Ucieleśnione emocje. Osobliwość. Tom 2 - Aleksandra Turek

Kup ebooka

41.00 zł
32.80 zł (24,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

LOT

- Chciałam, byś był ze mną, gdy będę tworzyć - powiedziałam do Yaku następnego dnia po moim ucieleśnieniu. Dziś znów było wyjątkowo słonecznie i ciepło jak na wiosnę. Wzgórza nadal były lekko zielone, a trawa pokryta kwieciem; niczego więcej tu nie było. Żadnych ptaków, drzew czy budowli, poza katedrą, oczywiście, która stała wciśnięta w skałę.

- Wiesz, że to nie takie łatwe - mruknął Yaku cicho, ale z uśmiechem. Vivid siedział obok, obserwując nas. Słońce odbijało się od jego złotych łusek, a piękne, granatowe oczy obserwowały świat uważnie. Canis, jak na razie, pozostawał w bezpiecznym sercu Yaku.

- Zacznij najpierw od czegoś małego. Pamiętasz, jak mówiłem, że tworzenie dużych obiektów zajmuje sporo czasu?

Nie odpowiedziałam, tylko skrzyżowałam z Vividem znaczące spojrzenia, a potem podeszłam krok do Yaku. Moje oczy i uśmiech mówiły jedno.

- Przekonajmy się.

- Jak chcesz - westchnął zrezygnowany, wiedząc, że mnie i tak nie przekona. - To co chcesz wymyślić?

Posłałam mu jeszcze bardziej zadziorne spojrzenie, a chłopak lekko się zarumienił. Popatrzyłam na horyzont, tam gdzie między górami widać było jego linię. Morze traw stykało się daleko z pastelową linią nieba. Oceniłam to wszystko. Doskonale wiedziałam, co chcę stworzyć. Widziałam to przez tyle lat w swojej głowie i koniecznie chciałam tego dotknąć. Wysunęłam ręce przed siebie. Nie wiem czemu, ale uznałam, że tak będzie mi łatwiej.

Trawa rozwiała się na boki, odkrywając ziemię, ale nie taką jak wcześniej, spękaną i suchą. Właściwie spod trawy wyłaniała się pustynia. Ze śmiechem obserwowałam, jak wydmy rosną na moją komendę, jak piasek dociera do gór i styka się, hen daleko, z niebem już nie tak odmiennym jak trawa.

Po skończonym pokazie odwróciłam się. Yaku, z oczami wielkimi jak spodki, leżał po szyję zanurzony w piasku. Wybuchnęłam śmiechem i podałam mu rękę.

- Mogłem się domyślić - powiedział, ogarniając wzrokiem pustynię o granatowym piasku.

- Jeszcze nie koniec - mruknęłam.

Obok nas, lekko na lewo, z piasku wystrzeliło drzewo. Pięło się szybko ku górze z skrzypnięciami masywnego pnia i gałęzi. Sama nie wiedziałam, co to było za drzewo. Wiedziałam tylko, że musi mieć złote liście, i takie oczywiście były. Z jednej z gałęzi zwisała szeroka huśtawka. Najpierw Yaku wytrzeszczył oczy, potem zaśmiał się, a następnie pokręcił głową. Usiadłam na huśtawce, a on obok mnie. Instynktownie splotłam nasze palce.

- Teraz ty możesz mnie zaskakiwać - mruknął.

Obserwowaliśmy, jak na tle krótkiej linii horyzontu, która ucinana była z obu stron przez góry, Vivid tarza się w piasku. Granatowe ziarenka przesypywały się między jego złotymi łuskami. Czasem zakopywał się i z piachu wystawała tylko jego głowa, a czasem wzbijał tumany przez wiatr, jaki wzniecał skrzydłami.

- Livid, ja chciałbym cię naprawdę... - zaczął Yaku. Jego czarne włosy opadły na skośne oczy, usta miał smutne, ale nadal piękne.

- Jeśli jeszcze raz usłyszę od ciebie słowo "przepraszam", to gwarantuje ci, że Vivid zrzuci cię z wysokości trzech kilometrów.

Mówiłam to spokojnie i z uśmiechem, ale Yaku wiedział, że nie żartuję.

- Dopiero teraz widzę ogrom twojej wyobraźni. Gdy chciałem coś dla ciebie wymyślić, nie miałem pojęcia, jakie to było dla ciebie bolesne. To jak próbować wcisnąć stopę rozmiaru czterdzieści do dziecięcego bucika.

- To nie jest twoja wina, Yaku. Nie wiedziałeś, bo niby skąd. Mogłam ci to wszystko opisać, ale ty i tak widziałbyś to inaczej. Każdy jest inny. Tak jak nie ma dwóch takich samych płatków śniegu, tak nie ma dwóch takich samych wyobraźni. Każda jest unikalna, i twoja, i moja. Razem mogą stworzyć coś niesamowitego.

Chłopak nachylił się i nabrał trochę piasku.

- Patrz, jaka niesamowita jesteś. - Podstawił mi pod nos dłoń z kilkoma ziarenkami. - Największe komputery świata nie są w stanie wymyślić tego, co ty tu stworzyłaś.

W pierwszej chwili nie wiedziałam, o czym on mówi. Dopiero po chwili spostrzegłam, że to nie są małe kamyczki, ale maluteńkie muszelki w różnych odcieniach granatu. Wzięłam jedną i przyjrzałam się jej. Słońce prześwitywało przez jej cieniuteńkie ścianki. Uśmiechnęłam się. Wiatr zdmuchnął z dłoni małą muszelkę, a ja zerknęłam na Yaku.

Długo rozmawialiśmy o wszystkim, o tematach mniej i bardziej przyziemnych, napawając się obecnością mojej ucieleśnionej wyobraźni.

- Ale powiem ci jedną rzecz - odezwałam się po krótkiej ciszy. Obejmował mnie za szyję, a ja położyłam mu głowę na ramieniu i znów bawiłam się jego palcami.

- Słucham.

- To, co wymyślasz, a rzeczywistość, to zupełnie dwa różne światy.

- Co masz na myśli?

- Ten krajobraz w mojej głowie był czymś niezwykłym, moim największym arcydziełem i całe życie czekałam, aż będę miała możliwość, by to zobaczyć. A rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Nie podoba mi się tu.

Zaśmiałam się, widząc jego zdziwioną minę. Wstałam, pociągając go za sobą. Granatowy piasek uciekł spod naszych nóg, a drzewo zostało wciągnięte pod powierzchnię. Vivid znów siedział na trawie z małym kopczykiem muszelek na głowie. Obtrząsnął się, wzbijając tuman kurzu.

- Chodź - mruknęłam do Yaku, gdy zobaczyłam, jak przygląda się smokowi. Złapałam go za rękę i ruszyłam w stronę Vivida. Yaku nadal był niepewny; czułam to choćby przez to, jak pociła mu się dłoń. Zapewne Canis doszedł do głosu, a poza tym Vivid robił wrażenie.

Stanęliśmy przed smokiem. Vivid górował nad nami i obserwował nas jednym okiem. Buchało od niego ciepło. Jego oddech rozwiewał nasze włosy. W końcu schylił łeb na tyle, by Yaku mógł go dotknąć, ale tego nie zrobił, więc chwyciłam jego dłoń i razem położyliśmy je na gorącym nosie smoka. Yaku zamknął oczy i odetchnął głęboko. Po łuskach na moim kręgosłupie przeszedł dreszcz. Miłość, jaką darzył mnie Yaku, ugodziła mnie w mózg tak, że aż przymknęłam oczy. Można to było porównać do wszystkich pięknych chwil spędzonych razem, zamkniętych tylko w tym jednym dotyku, jakim Yaku obdarował Vivida. Czułam, jak smok drży z rozkoszy. A więc właśnie to czuł Yaku, gdy dotknęłam Canisa po raz pierwszy. Vivid zamruczał gardłowo, a jego szyja zafalowała. Lekko nastroszył grzebienie i dmuchnął Yaku w twarz.

Nie wiedziałam, kiedy Canis się pojawił. Vivid otworzył oczy, a ja od razu poczułam jego złość oraz mój strach, pamiętając, jak jeszcze wczoraj smok rzucił się na rysia. Było to instynktowne zachowanie, coś jak odpowiedź na zadane mi wcześniej w podświadomości rany przez Canisa.

Canis przykucnął na łapach, prawie kładąc się na trawie. Vivid uniósł górną wargę ostrzegawczo, ale nie zawarczał. Oddychał tylko głośno i obserwował. Ryś nie patrzył na smoka, tylko położył łeb na łapach w geście uległości. Smok złożył łapy i zniżył pysk, by być na tym samym poziomie, co Canis.

- Spójrz mi w oczy - powiedział.

Ryś uniósł wzrok i starał się nie mrugać. Vivid obserwował go dumnie i z wyższością. Nagle parsknął zirytowany.

- Ależ ja byłem głupi. Wszyscy byliśmy - stwierdził. Wstał i zaczął chodzić w koło. Dumał przez chwilę, następnie spojrzał na nas. - Yaku, jak się czułeś, gdy drugi raz straciłeś panowanie nad Canisem? Wtedy, gdy Livid przeszkodziła ci podczas transmisji z fanami.

- Przepraszam - mruknął od razu ryś.

- To nie była twoja wina - odparł krótko Vivid. - Yaku, odpowiedz mi.

Chłopak milczał chwilę, by w końcu rzec:

- Jakbym obudził się z transu.

- Dokładnie.

Vivid wyglądał na wściekłego. Ja też starałam się połączyć wątki, ale nic mi nie wychodziło.

- Ktoś bardzo stara się przejąć nad nami kontrolę. Zwłaszcza nad wami. Najpierw była Mo, ale najwyraźniej Canisem też ktoś zawładnął...

- Vivid, co ty chcesz nam powiedzieć?

Smok warknął wściekły, kręcąc głową.

- Umyka mi coś, coś bardzo istotnego. Mamy to przed nosem, a tego nie widzimy. To nie ty, Canis, zaatakowałeś Livid. Ktoś się tobą posłużył, by wprowadzić zamęt u nas. Chciał nas złamać.

- Ale kto? - spytaliśmy jednocześnie z Yaku.

Vivid zatoczył koło. Cały był zjeżony.

- Ktoś musi mieć do was dostęp, bezpośredni dostęp. To ktoś, komu ufacie i...

Nagle zbladłam. Vivid odczytał moje myśli i również zamarł. Spojrzałam na Yaku.

- Wasz doktor - powiedziałam.

Yaku wytrzeszczył oczy.

- Ale jak?

- Nie wiem, ale Livid może mieć rację. To wszystko się łączy, on dał lek dla Mo, on również powiedział, byśmy jechali do Argenti, a tam czekała na nas zasadzka.

- Jeśli to naprawdę on, to w jaki sposób zawładnął mną? - spytał Canis.

- Myślę, że miał mnóstwo okazji, by coś ci podać - mruknął Yaku, gładząc swoją Emocję po głowie.

- Dobrze, w takim razie wie o nas wszystko. - Yaku wydawał się przerażony. - Wie o nas, o Vividzie i o Mo.

- Masz rację, ale w jednej kwestii się mylisz. - Vivid spojrzał na Yaku poważnym wzrokiem. - Nie mają pojęcia, jak wyglądam.

Faktycznie. Vivid ucieleśnił się zaledwie wczoraj, a nie sądzę, by ktoś z naszych przyjaciół plotkował o tym, że mam smoka.

- Ale zaraz ktoś tu przyjdzie, zaraz ktoś się dowie, odkryje ten ląd - jęknęłam, siadając przy Vividzie.

- Nie martw się, Livid, to nie jest takie łatwe. Bogowie nie mają tu wstępu. Ty musiałabyś ich tu zaprosić, inaczej nie mogą tu wejść.

- Tyle dobrego - odetchnęłam. Rozejrzałam się. Musiałam odreagować. Spojrzałam na góry po naszej lewej stronie. Po tej stronie katedry był mały zaułek, idealny na powstanie wodospadu. Nagle z miejsca, na które padł mój wzrok, spadły z hukiem masy wody i uderzyły o ziemię, tworząc niewielki wąwóz. Woda rozpruwała ziemię, płynąc tuż przy wysokich ścianach skalnych. Minęła nas z niebywałą prędkością i pognała dalej do linii horyzontu, gdzie spotkała się z nowo powstałym morzem.

Pozostałym powiedzieliśmy o naszych podejrzeniach, gdy tylko zamknął się za nami portal. Wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że nie będą utrzymywać z doktorem kontaktu. Manager oczywiście również został poinformowany o sytuacji i zapewnił, że postara się jakoś temu zaradzić.

- Sprawdzi go. Oraz poszuka nam innego, w końcu musimy mieć jakiegoś w razie nagłych wypadków - powiedział Zemi po rozmowie z managerem.

Trochę mnie to wszystko niepokoiło i bałam się, że bogowie odkryją, kim jest Vivid.

- Nie martw się - mruknął Yaku, gdy leżeliśmy, oglądając coś. Tym razem ja wybrałam film, więc nie przykładałam do niego aż takiej uwagi i mogłam zatracić się w myślach. Yaku oczywiście to zauważył i ścisnął mnie za udo pod kocem. - Tak jak mówiłaś, nikt nie ma dostępu do twojego lądu, a Vivid tylko tam się ujawnia. Nikt z nas nie zdradzi, kim on jest, więc możesz spać spokojnie.

- Spać spokojnie to ja mogę tylko z tobą - powiedziałam automatycznie, ale Yaku i tak się zaśmiał.

- Dziś nigdzie się nie wybieram - szepnął i wtulił głowę w moją szyję. Objęłam go. Lubiłam, jak wtulał się we mnie, choć najczęściej było odwrotnie. Kochałam bawić się jego włosami. Odgarniać je z czoła i przeplatać między palcami. Czasem po występie były posklejane od lakieru, więc cały wieczór siedziałam i rozdzielałam je, włosek po włosku. Często zasypiał tak, ukojony moim dotykiem, gdy już nie musiał trzymać fasonu przed kamerą.

- Wiem, jak nazwę swój ląd - odezwałam się po dłuższym milczeniu. Yaku zerknął na mnie. Widziałam tylko jego oczy ukryte za zmierzwioną grzywką.

- Aurum. Skoro jest Argenti, co oznacza srebro, to mój ląd będzie złotem.

- Aurum. Podoba mi się. - Uśmiechnął się, nachylił i pocałował mnie w policzek. Wtedy na jego brzuch wskoczyła Stella i zaczęła się mościć na jego klatce.

- Znowu? Jak ja mam oglądać?! Nie jesteś przezroczysta. - Zepchnął ją między nas. Starałam się powstrzymać parsknięcie. Stella podjęła kolejną próbę, by Yaku zwrócił na nią uwagę.

- Małpo - syknął, znów ją spychając. Tym razem nie potrafiłam się nie zaśmiać.

- Chodź, Stella, Yaku cię nie lubi. - Wzięłam kotkę i położyłam ją w zagłębieniu mojej ręki.

- Lubiłbym ją bardziej, gdyby mnie nie budziła. Ty wiesz, że ona zawsze się wpycha między nas. Ja chcę się przytulić do ciebie, a napotykam kota.

- Sam taką wybrałeś. Ona jest ci wdzięczna - mówiłam przez śmiech, nie mogąc się opanować.

Nagle Yaku złapał mnie za kolano, aż jęknęłam. Przekręcił się na brzuch i obserwował moją reakcję. Wypuściłam Stellę. Otworzyłam usta w niemym jęku, starając się nie roześmiać z powodu łaskotek. Chłopak ścisnął jeszcze mocniej, trafiając w nerw.

- O nie! To był cios poniżej pasa - zaczęłam się skarżyć, starając się wyswobodzić.

- I to dosłownie. Kto to widział, żeby tak się ze mnie nabijać? - fuknął, ale na jego twarzy widniał zadziorny uśmiech. Pociągnął mnie w dół i usiadł na mnie. Ja nadal się śmiałam.

- Nawet kot cię nie słucha - wybuchnęłam śmiechem.

W końcu zastosował metodę, która zawsze mnie uciszała. Nachylił się i pocałował mnie tak, jak wiedział, że lubię najbardziej. Wolno, bez pośpiechu. Delikatnie położył opuszki palców na ramionach i miękki język na moich wargach. Zaczerpnęłam powietrza, czując, jak kręci mi się w głowie.

- Już będzie spokój? - spytał, puszczając mnie. - Chciałbym dokończyć film.

Położył się i wcisnął play. Wciąż czerwona na twarzy rozlałam się pod kocem. Yaku zaśmiał się i znów położył głowę na moim ramieniu.

Czułam, że nie powinnam mieć dobrego humoru. Żal po Mo nadal był świeży i wracał do mnie w momentach, gdy byłam sama, albo jej postać pojawiała się po ciemnej stronie moich powiek tuż przed zaśnięciem. Jednak gdy dotarło do mnie, że nie jestem zwyczajna i faktycznie mogę dotknąć mojej wyobraźni, poczułam się tak, jakbym uniosła się kilka centymetrów nad ziemię. Często przesiadywałam z Alex u chłopaków. Właściwie kiedy tylko miałam wolną chwilę, to byłam z nimi. Alex często nawet nie wracała do domu, tylko z uczelni jechała prosto do nich. Próbowała się też uczyć. Nawał egzaminów sprawił, że zawsze gdy ją widziałam, siedziała z książką. Miała jednak coś, czego nie miała żadna jej koleżanka z uczelni. Siedmiu korepetytorów, którzy godnie spełniali swoje zadanie.

Był luty. Słoneczny, choć irytująco mroźny dzień. Przyszłam odwiedzić wraz z Alex chłopaków. Ona miała ambitny plan przygotować się do egzaminów, a ja zwyczajnie pragnęłam pobyć z Yaku. Po obiedzie każdy rozsiadł się w salonie i zajął się swoimi sprawami. Alex poprosiła Teniego, by wytłumaczył jej gramatykę wyjątkowo złożonego zdania. Chłopak oczywiście przystał na to z ochotą. Podziwiałam ją z całego serca, zastanawiając się, jak ta dziewczyna może się skupić, gdy Teni, tłumacząc, jednocześnie palcem wskazującym głaszcze ją po karku. Zobaczyłam, jak czerwienieje od szyi aż po policzki, i parsknęłam śmiechem znad mojej książki.

- Co robicie? - Obok mnie pojawił się Alti z telefonem w ręce. Jego jasne, pofarbowane włosy były jak zawsze idealnie ułożone z przedziałkiem na środku. Oczy miał wąskie, a policzki pełne, zwłaszcza teraz gdy się uśmiechał. Domyśliłam się, że nas nagrywa. Leżałam na kolanach Yaku, który ukrył nos w swoim iphonie, i czytałam książkę, poza tą krótką przerwą, gdy podziwiałam cierpliwość Alex.

Znów parsknęłam i skinęłam na nich głową. Alti dostrzegł aluzję i kamera uchwyciła moment, w którym Alex zdzieliła Teniego w kolano. Chłopak syknął i pomasował się po udzie. Widać było, że naprawdę nie ma pojęcia, za co to było.

- Co ja zrobiłem? - jęknął.

- Musisz?! - krzyknęła. Była czerwona jak piwonia.

- Ale co?!

- Ty już dobrze wiesz co - fuknęła na niego. Wstała, wzięła książkę i przesiadła się na fotel po drugiej stronie pokoju. Chichotałam, cały czas bawiąc się sznurówką od dresów Yaku. Chłopak, zaciekawiony akcją w salonie, również się zaśmiał.

Tak wyglądało nasze życie. Cudowne i szalone. Czasem niebezpieczne, z zaskakującymi zwrotami akcji, ale nareszcie czułam, że jestem częścią tego wszystkiego. Nareszcie czułam, że należę i do nich, i do samej siebie.

Jednak coś jeszcze nie dawało mi spokoju, czułam to właściwie przez cały czas, szczególnie intensywnie, gdy widziałam Vivida. Jego umięśnione ciało, wielkie łapy i skrzydła, które łapały ciepły wiatr.

- Zawsze się możesz do mnie przyłączyć - mruknął, gdy odczytał moje myśli.

Cofnęłam się, kręcąc głową. Starałam się na niego nie patrzeć.

- No chyba się nie boisz?

- Nie, no skąd.

Byłam przerażona. Zawsze o tym marzyłam. By latać, obserwować świat z góry. Dlatego tak kochałam podróżować samolotem, mimo że znad chmur nie było widać ziemi. Wystarczała mi sama świadomość, że pode mną i nade mną są kilometry przestrzeni, a ja jestem zawieszona i unoszę się w niej.

Bałam się jednak. W samolocie byłam oddzielona od lodowatej masy powietrza. Gdy wyobrażałam sobie, jak siedzę na Vividzie i oboje lecimy z zawrotną prędkością, to aż mnie mdliło. Przed oczami miałam każdą możliwą sytuację, która kończy się tragicznie, a szczególnie jak ześlizguję się z jego łusek i lecę w dół na pewną śmierć.

- Ale ja nie jestem samolotem. Samoloty są nudne i nie potrafią cię złapać, a ja tak. Proszę, wiem, że pragniesz tego tak samo jak ja.

Siedziałam otulona jego skrzydłem. Ogrzewał mnie swym ciałem i czułam, jak przy każdym oddechu lekko drży. Jego wielkie płuca pracowały, by natlenić każdą komórkę; serce wielkości pustaka pompowało hektolitry krwi do najdalszych części jego ciała. Minęło dużo czasu, zanim podjęłam decyzję, ale w końcu musiało do tego dojść.

Ogłosiłam to reszcie, a gdy Maru się o tym dowiedziała, zrobiła z tego wydarzenie.

- Słuchaj, trzeba to dobrze rozegrać. Zaproszę wszystkich z wioski - mówiła cała zaaferowana.

- Nie! Bo wydadzą, kim jest Vivid - powiedziałam szybko. Dziewczyna zamilkła na chwilę, myśląc intensywnie.

- To przyjdzie Larry, opisze wszystko. Stworzy kroniki.

Nie podzielałam jej entuzjazmu, ale cieszyłam się, że ma co robić. Dzięki temu nie myślała ciągle o Mo, choć zapewne powracała do niej, gdy zasypiała sama w jaskini. Zaproponowałam jej, by wraz z Larrym przenieśli się na Aurum. Powstało tam kilka domków, idealnych do tego, by rozpocząć nowe życie. Maru przystała na to, ale Larry wolał zostać w wiosce Lum. Nie zdradził nam, dlaczego woli tamto miasteczko, a ja nie pytałam.

Jednak przyszedł wraz z Vialinem na to jakże ekscytujące wydarzenie. Jedna ze skał specjalnie na ten dzień została mocniej wysunięta z dziewiczej linii gór. Powstała płaska, ostro zakończona półka skalna ze stromym dojściem na szczyt. Wspinanie się nie było łatwe i dojście na porośniętą niską trawą półkę zajęło nam ze dwie godziny. Tam czekali już na nas Vivid i Aquil wraz z Altim. Oj, zazdrościłam im tego, że w ciągu kilku sekund mogli znaleźć się kilometr nad ziemią. Byli z nami wszyscy. Cała siódemka chłopaków, którzy wypuścili swoje Emocje, Alex z Acinoną oraz Larry ze swym Tyto, Vialin z krukiem na ramieniu. Cała drżałam. Zaschło mi w gardle, a dłonie się pociły. Vivid siedział na skraju urwiska, a jego ogon i część skrzydeł zwisały luźno poza jego krawędź. W jego łuskach odbijały się promienie słońca, przez co wyglądał jak posąg.

- Podejdź. - Skinął na mnie głową.

Ruszyłam z miejsca i na drżących nogach podeszłam do smoka. Nakazał mi spojrzeć w dół. Był jeden sposób, bym to zrobiła. Położyłam się płasko na ziemi i wychyliłam koniuszek nosa poza krawędź urwiska. W dole, setki metrów pod nami, przepływały masy wody, obmywając surową skałę. Koryto rzeki miało jakieś dziesięć metrów szerokości, jednak z takiej wysokości wyglądało jak wstążka.

- Nie ma szans - jęknęłam, wracając. - Za żadne pieniądze tego nie zrobię.

- A za wolność? - Vivid napotkał mój wzrok, pełen strachu i przerażenia. Patrzył na mnie, ze spokojem i cierpliwością. Wstałam i na drżących nogach ruszyłam w przeciwnym kierunku.

- Nie, ja wysiadam! Nie ma opcji - biadoliłam, ale drogę zastąpili mi przyjaciele. Yaku stanął tuż przede mną i chwycił mnie za ramiona.

- Nie możesz się teraz poddać, już za późno. Wiem, że się boisz, ja też, ale jestem pewny, że Vivid zawsze cię złapie. - Pocałował mnie w czoło i odwrócił do smoka. Vivid przykucnął na łapach, ustawiając się w stronę końca półki skalnej, ale łeb nadal na nas patrzył. Skrzydła leżały luźno po obu jego bokach, tak bym mogła na niego wejść. Yaku pchnął mnie delikatnie, a ja mało co nie wyrżnęłam nosem w ziemię.

- Musi być inny sposób. - Znów spróbowałam ucieczki.

- Wiesz, że nie ma. - Maru wzięła mnie za rękę i podprowadziła do smoka. - Jesteś naszą nadzieją, Livid, jesteś naszą przyszłością. Wszyscy w ciebie wierzą, więc i ty nie wątp w siebie.

Podprowadziła mnie pod Vivida i pomogła zająć miejsce tam, gdzie szyja łączyła się z grzbietem. Skrzydła miałam za sobą, tak by Vivid mógł ich swobodnie używać. W miejscu, gdzie siedziałam, złożył grzebień; zostawił go na szyi, reszcie grzbietu oraz ogonie, by łatwiej mu było sterować.

- Gotowa? - spytał, zerkając na mnie jednym okiem.

- Zdecydowanie nie! - krzyknęłam, chwyciwszy go za grzebień. Czułam, że zaraz się porzygam. Serce miałam w gardle, nie mogłam też oddychać. Chciałam gwałtownie zaprotestować, ale w tym samym momencie Vivid bez ostrzeżenia rozłożył skrzydła i stalowe mięśnie ruszyły z miejsca wielkie cielsko. Wystarczyły dwa susy, by poderwał się z zawrotną szybkością.

Chwyciłam go za szyję, inaczej już bym była mokrą plamą. Z mojego gardła wydobywał się wrzask przerażenia, który przerywałam tylko na chwilę, by zaczerpnąć powietrza. Po obu moich stronach potężne skrzydła chłostały przestrzeń, a każdy ich ruch sprawiał, że podskakiwałam na grzbiecie smoka. Vivid pruł w górę między chmurami, a przyspieszenie i grawitacja ciągnęły mnie w dół. W pewnym momencie Vivid zaczął spadać, a ja prawie wyplułam żołądek. Złożył skrzydła i oboje z prędkością, od której zakręciło mi się w głowie, pędziliśmy na spotkanie z ziemią. Mimo że dalej się darłam, gdy lecieliśmy w dół, tuż przy półce skalnej usłyszałam, jak pozostali wiwatują i krzyczą. Rzeka coraz bardziej się powiększała, już słyszałam jej ryk, czułam, jak masy wody kotłują się pod nami.

Vivid poderwał się tuż nad jej powierzchnią, prawie smagając ogonem pianę. Dłonie ślizgały mi się po jego łuskach i znów siła przyciągania ściągała mnie w dół. Skrzydła pracowały nad wysokością. Smok coraz szybciej wzbijał się tą samą trajektorią, co wcześniej. Prędkość była zdecydowanie za duża. W końcu zdarłam sobie gardło i głos zamarł mi w krtani. Nie mogłam już więcej krzyczeć.

Trochę zwolnił i wyrównał lot. Byliśmy na wysokości półki skalnej.

Puść się!

- CO?! - wyrwało mi się, ale nie zdążyłam doczekać się odpowiedzi. Vivid otrząchnął się jak mokry pies, a ja zaczęłam spadać jak kamień. Co tam zdarte gardło, wrzeszczałam jak nowo narodzony dzieciak. Rękami łapałam powietrze, szukając cienia szansy na to, by się czegoś złapać. W górze widziałam złote cielsko smoka i nic więcej. W moim mózgu wyryła się jedna jedyna myśl: Vivid nawet nie ruszył się, by mnie ratować. Zginę tu! Ponownie usłyszałam huk wody, która kotłowała się pode mną. Już wiedziałam, że jej masy zaraz rozerwą mnie na kawałki. Będę tylko pływającą, oderwaną głową, która wbrew swej woli popłynie martwa do morza, gdzie zgnije na brzegu.

Wtem poczułam szarpnięcie, tak gwałtowne, że byłam pewna, że wpadłam do wody. Czekałam, aż los będzie na tyle łaskawy, by pozbawić mnie przytomności. Ale nie byłam mokra; jakaś siła trzymała mnie za kostkę. Dostałam wyjątkowo wysoką falą w twarz i pognałam w górę. To Vivid złapał mnie w ostatniej chwili, a teraz trzymał za prawą nogę. Druga wielka łapa chwyciła mnie za plecy i smok przyciągnął mnie do swojego brzucha, ochraniając przed śmiercią.

- Zawsze cię złapię - powiedział, schylając łeb.

Wylądowaliśmy w tym samym miejscu, w którym zaczęła się ta nasza szalona przygoda. Vivid wypuścił mnie z objęć. Przewaliłam się na plecy, jakby ktoś wyjął mi wszystkie kości. Nad moją głową pojawił się wianuszek twarzy. Yaku złapał mnie za rękę i potrząsnął, ale równie dobrze mógł chwycić zdechłego węgorza.

- Żyjesz? - spytała Alex.

- Nic do mnie nie mów. - Wydawało mi się, że coś powiedziałam, ale z moich ust wydobył się tylko szept. Gardło miałam kompletnie zdarte. W następnej chwili świadomość mnie opuściła.

Ocknęłam się, gwałtownie siadając na łóżku.

- Witamy wśród żywych - usłyszałam śmiech Yaku. Rozejrzałam się. Znałam doskonale to miejsce, ale zajęło mi dobre kilka sekund, bym zajarzyła, gdzie jest góra, a gdzie dół.

- Jak się tu znalazłam? - jęknęłam, wciąż szepcząc. Gardło bolało jak diabli. Chwyciłam się za szyję, krzywiąc się.

- Maru otworzyła przejście. Poprosiłem ją, by przeniosła nas wprost do mojego studia. Masz, dopiero co zrobiłem herbatę, rozgrzejesz gardło.

Usiadł obok mnie i podał mi gorący kubek. Czułam zapach jagód i malin. Upiłam kilka łyków.

- Nie wierzę, że mi się udało.

Nam.

- Vivid się upiera, że nam się udało - szepnęłam z lekkim uśmiechem. - Ma rację. Teraz wiem, że złapie mnie w każdej sytuacji. Nie pozwoli mi spaść.

- Już się nie boisz latać?

Pokręciłam głową.

- To było moje marzenie, zawsze, taka tęsknota, której nie można zaspokoić. Właściwie żądza.

- Cieszę się, że masz Vivida. - Odgarnął moje włosy. - Bałem się, że będziesz miała dość tego, że tylko ty jesteś inna.

- Normalna.

- Właśnie. Wtedy, gdy stworzyłem dla ciebie róże, serce mnie bolało, bo nie potrafiłem ci dać tego, czego chciałaś. Z początku wydawało się to takie łatwe, a potem zderzyłem się z rzeczywistością i już wiedziałem, że twoja wyobraźnia to jest jedyna rzecz, jakiej nie mogę posiąść.

Kiwnęłam głową. Cieszyłam się, że rozumie. W końcu wiedziałam, co czuł, gdy mówił, że Canis jest dla niego całym światem. Bolało mnie, że kocha go bardziej niż mnie, ale dopiero po ucieleśnieniu zrozumiałam, co miał na myśli. Po prostu kochał siebie. Ja również kochałam Vivida bardziej niż Yaku. Gdyby Yaku nie kochał Canisa, nie mógłby kochać mnie. Nie zdołałby dać mi tej miłości, której nie potrafił odnaleźć w sobie. Nie można pokochać kogoś, nie pokochawszy najpierw siebie.

Wstałam, odstawiwszy kubek na szafkę.

- Chciałabym ci coś dać - powiedziałam, patrząc na dobrze mi znane ciężkie kremowe zasłony. Jednym ruchem odsłoniłam część ściany, którą zakrywały. Yaku wstał i podszedł do mnie.

- Ufam ci bezgranicznie i chcę, byś mógł zawsze mnie odnaleźć. Maru mi to pokazała. - Nadal szeptałam, bo gardło wydawało mi się całkiem zdarte. Podeszłam jeszcze krok do ściany i dotknęłam jej prawą dłonią. Gdy spotkała się z zimną powierzchnią, zapłonęła złotym ogniem. Powstawało przejście do mojego świata, a dokładniej do jednej z komnat mojej katedry. Ciemny marmur wyłaniał się ze ściany i łączył ze sklepieniem. Widać było witraże, przez które wpadało światło księżyca.

- Niezależnie od tego, co by się działo, czy jestem tu, czy tam, albo czy Vivid jest we mnie, czy nie, to przejście zawsze będzie aktywne. Zawsze będzie twoje i zawsze będziesz mile widziany na Aurum.

Odwróciłam się do niego. Yaku obdarzył mnie ciepłym uśmiechem wdzięczności i objął. Tuliliśmy się do siebie, a on gładził mnie po włosach.

- Jak ja się cieszę, że cię mam - powiedział. - Jesteś ideałem.

Parsknęłam i odsunęłam się kawałek. Yaku splótł dłonie za moimi plecami, cały czas patrząc mi w oczy.

- Jestem taką, jakiej szukałeś. - Uśmiechnęłam się.

- Jak jeszcze zostanie ci ten głos, to przejdę się do nieba na piechotę i podziękuję Bogu osobiście.

Pacnęłam go w ramię.

- Nieładnie się tak ze mnie wyśmiewać.

- Naprawdę jest bardzo seksowny. - Wyszczerzył się i puścił mi oczko. Zaczął się pochylać nade mną, by mnie pocałować. Już mnie trącił nosem, gdy nagle drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Alti z kamerą.

- Co robicie, gołąbeczki? - zaśmiał się.

Yaku drgnął i się obrócił, ale mnie nie puścił. Szybko zasłoniłam przejście, ale Alti był tak zaaferowany nami, że nic nie zauważył.

- Nic takiego, ja tylko mam radochę z głosu Livid. - Yaku wyszczerzył się do kamery.

- Odczepcie się ode mnie! - Chciałam krzyknąć, ale z moich ust wydobył się tylko nieartykułowany skrzek, jakby ktoś zafałszował na skrzypcach. Chłopaki ryknęli śmiechem. Alti nadal starał się utrzymać kamerę we względnym pionie.

- Czemu ty właściwie ciągle kręcisz? - spytałam go, by zmienić temat. Alti otarł łzę z oka i wyjaśnił:

- Chcę uwiecznić te dobre chwile. Zobaczycie, jeszcze mi podziękujecie.

- Dobra, dobra, a teraz, sio! Chcemy być sami. - Yaku pchnął przyjaciela w stronę drzwi.

Alti obrócił się jeszcze i rzekł:

- Ja tam już swoje wiem. Bądźcie grzeczni. - Pogroził nam palcem i wyłączył kamerę, a drzwi się za nim zamknęły.

Obiecałam Yaku, że noc spędzę z nim w studiu. Nawet mi to pasowało, bo za oknem było już ciemno, a nie chciałam wracać sama do domu. Mogłam niby przenieść się dzięki swojej mocy, ale tak naprawdę nie chciałam. Wolałam zostać z nim. Chłopak rozłożył tapczan i pościelił go. W tym czasie poszłam do łazienki, żeby się umyć i przebrać. Założyłam jego T-shirt i wróciłam do pokoju. Na szafce paliła się świeczka, roznosząc miękki, delikatny zapach, a w rogu świeciła się jedna lampka. Yaku leżał już w łóżku przykryty do pasa, a jego twarz oświetlał ekran telefonu.

- Co robisz? - spytałam, rzucając się na łóżko.

- Piszę na Twitterze, że jestem szczęśliwy. - Uśmiechnął się do mnie półgębkiem i odłożył telefon. Wślizgnęłam się pod kołdrę i przytuliłam do jego klatki. Objął mnie automatycznie.

Myślałam, że po wydarzeniach zeszłego dnia padnę jak trup, ale nie mogłam zasnąć. Oboje nie odzywaliśmy się otoczeni ciszą i naszymi oddechami. Myślałam dużo, i o pierdołach w stylu, co bym zjadła na śniadanie, i o rzeczach typu, jak wygląda władca wszystkich bogów i jak ja, do cholery, mam go pokonać.

- Nie mogę zasnąć - szepnął nagle Yaku, poruszywszy się pode mną. Podejrzewałam, że jest jakaś trzecia w nocy, gdy to powiedział. Westchnęłam i spojrzałam na niego.

- To co zamierzasz robić?

- Kochać się z tobą, aż zabraknie mi sił - powiedział, patrząc na mnie miękko. Zaśmiałam się, nadal lekko rzężąc.

- Jestem twoja - zachichotałam, zakładając mu ręce na szyję i witając go pocałunkiem.

ROZDZIAŁ 2

TWORZENIE

Obudziłam się rano, a Yaku już nie było. Znalazłam za to kartkę obok siebie.

Poszedłem do łazienki,jak wstaniesz, to chodź do mnie.

Odkleiłam się od pościeli, założyłam koszulkę oraz majtki, wzięłam swoje ubrania i wychyliłam głowę na korytarz. Po raz kolejny miałam szczęście, bo był pusty. Przemknęłam szybko na palcach do drzwi łazienki i z bijącym sercem zapukałam.

Chłopak od razu otworzył. Wślizgnęłam się do zaparowanej łazienki, zastając Yaku w jeansach z gołym torsem i przewieszonym przez ramię ręcznikiem. Na jednej dłoni miał kopczyk z pianki do golenia.

- Dzień dobry, kochanie. - Nachylił się, żądając buziaka. Pocałowałam go soczyście. Pachniał parą, żelem pod prysznic i pianką do golenia.

- Boże, potrzebuję prysznica! - jęknęłam, ściągając T-shirt.

- To wskakuj. - Skinął na kabinę.

Posłuchałam i po chwili włączyłam wodę. Cudownie obmywała moje zmęczone ciało. Wyszorowałam się od stóp do głów i wyszłam jak nowo narodzona, akurat gdy Yaku skończył się golić. Pogłaskałam go po zaróżowionym policzku i pocałowałam.

- Jakie plany na dziś? - spytał, siadając na sedesie i obserwując bacznie, jak się ubieram.

- Idę polatać. - Uśmiechnęłam się znacząco w lustrze.

Tak też zrobiłam. Z powodu mojego gardła musiałam odwołać wszystkie jazdy konne w stajni, ale i tak nie miałam dużo czasu, bo w klinice nadal byłam potrzebna. Pożegnałam się z Yaku i przeszłam nowo powstałym przejściem na Aurum. Słońce świeciło wysoko, stanęłam na szczycie schodów i rozejrzałam się. Po mojej lewej, lekko w głębi, spadał z hukiem niedawno stworzony wodospad, dając początek rzece, przy której moja wyobraźnia postawiła kilka małych domków. W jednym z nich mieszkała Maru - nikt więcej nie chciał się przenieść na mój ląd, a ja miałam lekkie wyrzuty sumienia, że dziewczyna jest tam sama.

- Chcę zaproponować Vialinowi, by się tu przeniósł - powiedziałam, gdy wpuściła mnie do środka. Vivid już gdzieś poleciał, by zbadać swoje włości.

- Jak chcesz. To twoje ziemie, ale on dla mnie jest już stracony - fuknęła, nalewając mi wody do kubka.

- To nie była jego wina. Nie wiedział, że go śledzą.

- Ale należał do obskurnych. Nie zaufam mu już.

- Tu będzie bezpieczny. Jeśli nadal go ścigają, to całe Lum jest zagrożone.

Gdy Maru przeniosła się do mnie, Vialin odważył się zamieszkać w jednym z domków obok Larry'ego, z którym bardzo się zakolegował.

- Powinnaś raczej martwić się Wiecem, który odbędzie się już za dwa tygodnie. Jak na razie szastasz wyobraźnią na prawo i lewo. Zobaczysz, źle się to skończy.

- Jak na razie nie wiem, czego mam się spodziewać.

- Poznasz wszystkich władców Motus. Musisz nauczyć się wszystkich imion i tego, jakie posiadają Emocje. Kto z jakiego lądu pochodzi. Potem musisz ich przekonać, że jesteś tą, która ma pokonać bogów. Najlepiej jakbyś pokazała, jak rozmawiasz z gwiazdami.

- Ale ja nie mam pojęcia, jak mam z nimi rozmawiać. Próbowałam w myślach, gapiąc się w niebo, ale nic z tego nie wyszło. Mamy jeszcze czas, najlepiej jakbym miała jakąś książkę, gdzie są wszyscy władcy, tak byłoby mi łatwiej.

- Postaram ci się ich wszystkich wypisać. Tylu, ilu znam - obiecała.

- Dziękuję, a teraz idę polatać.

Wyszłam z chatki i zawołałam Vivida. Po chwili wylądował z łomotem nad brzegiem rzeki, wzbijając tuman kurzu.

- Idziemy polatać? - spytałam.

- Zawsze.

- Tylko się napiję. - Zeszłam nad sam brzeg i zamoczyłam dłonie w zimnej, wartkiej wodzie. Ugasiłam pragnienie. Do głowy przyszedł mi zadziorny pomysł. Nabrałam wody i chlapnęłam Vivida. Smok, gdy tylko poczuł zimne kropelki, zerwał się, chcąc odlecieć, ale chyba zapomniał, jak się używa skrzydeł, bo zwalił się na grzbiet. Na jego pysku widniało przerażenie i wściekłość.

- Nigdy więcej tak nie rób!

- Przestań, to tylko woda. - Ruszyłam w jego kierunku. Gdy dostrzegł, że nadal mam mokre ręce, prychnął na mnie.

- Nie wsiadasz, dopóki ich nie wytrzesz!

- Od kiedy smoki boją się wody?

- Nie obchodzi mnie to, nienawidzę wody!

Nadal zdziwiona wytarłam ręce o bluzę i pokazałam mu, że są suche. Dopiero wtedy pozwolił mi wejść na swój grzbiet.

Usadowiłam się na nim, a Vivid odbił się od ziemi, machając potężnymi skrzydłami. Żołądek nadal płatał mi figle, gdy widziałam szybko uciekającą spod moich stóp ziemię, ale teraz Vivid leciał miękko i równo. Pierwsze, co spostrzegłam, to fakt, że nie było mi zimno. Wiatr smagał moje włosy, ale ciepło, jakie biło od smoka, niwelowało chłód panujący dookoła.

Jesteś częścią mnie, dlatego nie czujesz zimna. Poza tym mój ogień cię grzeje.

Porozumiewaliśmy się w myślach, bo na normalną rozmowę było za głośno. Vivid wleciał w jedną z chmur, przez co na chwilę straciłam orientację. Byliśmy otoczeni mlecznobiałą mgłą, która osadziła się w moich płucach, lekko pozbawiając mnie tchu. Machnął gwałtownie skrzydłami, posyłając nas wyżej. Jedną rękę zanurzyłam w chłodnej chmurze, białej jak wata cukrowa. Nic się z tym nie równało. Każda chmura była inna, każda miała swój własny kształt, a każde machnięcie nadawało im nowe wzory i kolory. Vivid spadał łukiem, by po chwili miękko poszybować w górę.

Wyłoniliśmy się z białego świata, a przed nami wyrosło zbocze górskie wspinające się hen, hen ponad nasze głowy. Szczyt niknął gdzieś w masach powietrza, a połacie śniegu zlewały się z chmurami. Vivid leciał pod linią wiecznego śniegu, gdzie skały były brązowe i surowe. Gdzieniegdzie można było dostrzec zielony zalążek życia, ale flora potrzebowała pomocy, by w pełni obudzić się do trwałej egzystencji.

Twórz, polecił smok, zniżając lot i szybując tak, że prawie dotykał zbocza góry. Wyciągnęłam rękę, nakazując, by z ziemi wyrosły sosny. Każda po kolei pod moim rozkazem wystrzeliwała w górę w kaskadzie skrzypnięć igieł i kory. Smok leciał, zostawiając za sobą ogon nowo powstałego lasu. Tajgi liczącej w swej armii tysiące świerków i modrzewi, stojącej na straży zwierzyny, która wkrótce zasili jej szeregi.

W jednej z małych dolinek wymyśliłam jeziorko. Powstał też wartki potok spływający z gór i będący początkiem kolejnej rzeki - Aminy.

Całe Aurum pokryło się połaciami lasów, nadal cichych, w których mieszkał tylko wiatr. Odetchnęłam głęboko, napawając się czystym powietrzem przesyconym zapachem mokrej ziemi, ściółki leśnej i żywicy. Las oddychał i w podzięce za podarowanie życia produkował cenny tlen.

Wylądowaliśmy na polance z każdej strony otoczonej drzewami. Na jej środku rósł maleńki dąb o jasnozielonych liściach.

Vivid złożył skrzydła, a ja zsunęłam się z jego grzbietu. Nogi mi drżały od wysiłku i wiedziałam, że nabawiłam się kilku poważnych obtarć, ale nie to teraz było ważne. W moim umyśle powstała kreacja. Najpierw zobaczyłam smukłą postać o długich cienkich nogach, ładnym zarysie szyi, na której spoczywała mała podłużna głowa o łagodnych, mądrych oczach. Zamknęłam powieki i dłonią wodziłam w powietrzu, starając się odnaleźć jej kształt. Poczułam nagle delikatny dotyk gładkiej sierści. Boki uniosły się w rytm pierwszych oddechów, czułam jej ciepło i zero objawów lęku.

- Idź, daj życie tym lasom - szepnęłam, popychając sarnę przed siebie. Badała raciczkami nowo powstałą ziemię. Stworzyłam jej koziołka, by razem byli początkiem życia w tych lasach.

Stworzyłam również jelenie, dziki, króliki oraz, na wzór Canisa, rysie, które miały jako pierwsze utrzymać populacje roślinożerców w dobrej kondycji. Wyżej w górach narodziły się kozice, irbisy i pumy. Powtarzałam te czynności w innych częściach mego lądu, tak by powstało kilka nowych populacji, i zostawiłam życie w lasach, by toczyło się swoim trybem.

Gdy wracałam z Vividem, las tętnił życiem już nie tylko od odgłosów wiatru, ale też całej gamy ptaków i ssaków. W końcu mój ląd żył.

- Mam propozycję, by spróbować przelecieć nad górami, do Lum - powiedział Vivid, obserwując niknące w chmurach szczyty.

- Ktoś cię może zobaczyć w Lum. Bogowie się dowiedzą.

- Nie zobaczą. - Vivid patrzył na mnie tak długo, aż odpuściłam.

- Dobra, ale masz wrócić do mnie, gdy tylko wylądujemy.

- Oczywiście, waćpanna.

Popchnął mnie pyskiem w kierunku grzbietu, a ja prychnęłam na niego obruszona. Przypominaliśmy przyjaciół, starych, dobrych znajomych, którzy wiedzą o sobie dosłownie wszystko. Vivid był zadziorny, lubił się przekomarzać, a z jego pyska nigdy nie schodził szelmowski uśmieszek. W jego oczach widać było bystrość, ale i wielką mądrość. Czasem w ogóle nie zachowywał się jak dostojny smok, a raczej jak kociak, któremu się nudzi. Lubił ganiać swój ogon, wzbijać tumany kurzu skrzydłami, ale bywał również groźny i głośny. Stawiał na swoim, jednak ja także, a gdy uznawał, że tym razem to ja mam rację, swoje niezadowolenie wyrzucał głośnym rykiem, płosząc wszystkie ptaki w okolicy.

Polecieliśmy w końcu do Lum. Przeprawa nad górami była męcząca, głównie dla mnie. Rzadkie powietrze przyprawiało o ból głowy, a każdy oddech przychodził z wielkim trudem. Przylgnęłam do ciała Vivida i modliłam się, by w końcu zniżył lot. Sama podróż trwała około godziny, a lot dziesięć kilometrów nad ziemią trwał z piętnaście minut, jednak dla mnie było to bardzo wyczerpujące. Tak jak Vivid obiecał, gdy tylko zsunęłam się z niego, wrócił do mnie. Po raz kolejny złapałam się na tym, że myślę, jak dobrze do mnie pasuje. Uczucie podobne do tego, gdy bez patrzenia udaje się trafić długopisem do skuwki albo gdy miecz idealnie wsuwa się do pochwy.

Gdy Vivid był we mnie, czułam się trochę silniejsza, ale i tak musiałam przysiąść na trawie, by zawroty głowy minęły. Ostatnie pół kilometra zbocza przeszłam na piechotę.

W Lum było chłodniej niż na Aurum, więc lekko drżałam z zimna. Zapukałam do domku, w którym mieszkał Vialin, i uśmiechnęłam się na jego widok.

- Cześć, Złota - powiedział. - Wchodź. Wyglądasz, jakbyś miała zamarznąć.

Weszłam do ciepłej, nagrzanej od kominka izby i rozejrzałam się. Pokój wyglądał tak, jakby Vialin to, co miał na drzewie, po prostu wrzucił do środka chatki. Pełno skór zwierząt leżało na łóżku, jakieś kości zwisały na linkach zaczepionych pod sufitem, a nad kominkiem suszyły się paski mięsa.

- Trzymaj - rzekł, podając mi gorący napar z mięty. Grzałam dłonie o kubek i przyglądałam się Vialinowi. Dobrze wyglądał. Uśmiechał się, a w jego oczach widać było błysk zadowolenia.

- Przyszłam ci złożyć propozycję, byś przeniósł się na mój ląd. Tam cię nie znajdą, a tutaj sporo ryzykujesz.

- Dziękuję ci bardzo, Złota. Jednak ktoś powinien tutaj dbać o wszystko. Gdy Maru nie ma, ci ludzie są pozostawieni sami sobie. Prosta wioska, pełno pasterzy i rolników, kto ma ich bronić?

- Wszyscy mogą się przenieść. Bogowie nie mają wstępu na mój ląd. Tam będziecie bezpieczni.

- Ludzie są przywiązani do tego miejsca. Poza tym nie władasz jeszcze Aurum. Wiec nie zaakceptował twojego panowania.

- A chrzanić ten wasz Wiec. Vivid jest mój, tak jak i Aurum, mogę robić to, co chcę.

- Jak uważasz, Złota. - Uśmiechnął się do mnie. - Chodź, miałem się przejść do Mo.

Wyszliśmy na dwór, a Vialin podarował mi swój płaszcz. Gdzieniegdzie leżał jeszcze śnieg, ale temperatura była na plusie. W milczeniu wspominaliśmy Mo, stojąc nad jej grobem. Przyglądałam się zamarzniętym różom, które przez chłód skurczyły się jeszcze bardziej. Ja też postanowiłam jej coś dać. Uklękłam i na moją komendę cały grób pokrył się małymi granatowymi muszelkami, tymi samymi, które stworzyłam kilka dni wcześniej. Spojrzałam w górę na klon rosnący nad nami, a każdy liść, na który padł mój wzrok, zmienił kolor na złoty. Wstałam i otrzepałam kolana. Teraz wizja, którą trzymałam w umyśle przez tyle lat, była kompletna.

Wytarłam łzy wierzchem dłoni, pożegnałam się z Vialinem i wróciłam do siebie. Miałam nadzieję, że chłopak wkrótce zmieni zdanie i zamieszka na Aurum.

***

- Livid przyszła? - spytał Larry Vialina, który właśnie wracał ze wzgórza. Przystanął z naręczem polan do kominka i popatrzył na złote drzewo.

- Tak, chciała mnie namówić, bym zamieszkał na Aurum.

- Mnie też starała się przekonać, ale odmówiłem.

Obaj ruszyli do domu. Rzeczywiście było zimno. Vialin tęsknił już za kojącym ciepłem kominka i towarzystwem przyjaciela.

- Wiesz, że bez ciebie nigdzie nie idę. - Uśmiechnął się, otulając się szczelniej płaszczem. Weszli do izby, a Larry od razu dorzucił do ognia. W pomieszczeniu było ciemno i gorąco, cudownie gorąco. Słychać było trzask ognia, pachniało drewnem. Vialin zaczął się krzątać po izbie, a Larry przysiadł na łóżku. Wyglądał, jakby walczył sam ze sobą. Tyto usiadł na belce obok Vigo.

- Co miałeś na myśli, że beze mnie nie idziesz? - spytał nagle, patrząc na swoje dłonie. Vialin zamarł i spojrzał na Larry'ego.

- Jesteś moim przyjacielem, nie chcę cię zostawiać samego.

Larry pokiwał głową, dając znak, że rozumie, ale nie podniósł wzroku. Czarnowłosy wiedział, że Larry'ego coś gryzie. Wziął krzesło, przysunął je bliżej łóżka i usiadł tak, że oparcie, na którym położył ręce, miał między nogami.

- O co chodzi?

Chłopak na łóżku westchnął.

- Czy chodzi o to, jaki jestem?

Larry podniósł wzrok na Vialina. Był lekko przerażony.

- Przecież wiesz, jaki jestem. Jaki jest Vigo. - Vialin uśmiechnął się. Larry odwrócił wzrok. Zaczął jeszcze mocniej wyginać palce.

- Larry? - wypowiedział cicho jego imię.

- Nie nazywam się Larry. - Chłopak popatrzył na Vialina ciężkim, wyzywającym wzrokiem, jakby walczył sam ze sobą. Mierzyli się chwilę spojrzeniami. - Matka dała mi na imię Balbin, ale zmieniłem na Larry, bo... - Westchnął.

- Jesteś taki sam jak ja, zgadza się? Tyto też jest jak Vigo.

Balbin pokiwał głową. Nie patrzył na Vialina.

- To dobrze. Pamiętaj, że cię nie oceniam. Nadal możemy się przyjaźnić.

- W tym sęk, że nie możemy. - Balbin skierował wzrok na Vialina, zagryzając wargę. Vialin pobladł na chwilę. Zrozumiał. Widział prawdę w oczach Balbina. Chłopak lekko zesztywniał po tej wymianie spojrzeń, bo wiedział, że Vialin już wie.

- Och, mój drogi - uśmiechnął się - to całkiem dobrze się składa.

- Bo?

Odpowiedział mu, przechylając się lekko na krześle, i musnął delikatnie Balbina w usta. Chłopak zdębiał, jednak nie uciekł. Pocałunek był krótki, ale miękki i składający obietnicę.

- Zawsze cię uważałem za wyjątkowo przystojnego mężczyznę, Balbinie. - Vialin uśmiechnął się ciepło. Balbin oblał się rumieńcem. Zerknął przelotnie na Emocje siedzące pod sufitem. Tyto obejmował jednym skrzydłem Vigo, który drzemał z dziobem schowanym w piórach.

ROZDZIAŁ 3

LĘKI

Moje życie podzieliło się na momenty, w których przebywałam na Aurum, oraz na marną egzystencję na Ziemi. Po raz pierwszy czułam w sercu, że odnalazłam swoje miejsce. Pochodziłam z innej planety, nie urodziłam się na Ziemi, teraz wiedziałam to na pewno. Dla mnie słodszy smak miało tamto powietrze, woda z Motus lepiej gasiła moje pragnienie. Jednak jedna rzecz trzymała mnie na Ziemi jak korzenie - Yaku. On był jedynym, co sprawiało, że z radością wracałam tam, gdzie spędziłam większość życia. Nawet stajnia nie była aż takim motywatorem - na Motus też były konie. Znów mniej sypiałam, ale dzięki Vividowi jakoś to na mnie nie wpływało. Kevin starał się rozgryźć, czemu jestem taka szczęśliwa, ale jak na razie bezskutecznie. Nie mogłam mu przecież powiedzieć, że w mym sercu mieszka prawdziwy smok. Nastał marzec, a Maru wciąż mnie gnębiła, przypominając, że mam się nauczyć imion i Emocji wszystkich władców. Dla mnie to była strata czasu, wolałam latać z Vividem. Rogata, gdy tylko mnie widziała, recytowała listę władców, panujących na Motus, a ja udawałam, że jej słucham.

- Jaką Emocję posiada Capit? - Maru pomachała mi kawałkiem pergaminu przed nosem. Ja w tym samym czasie obserwowałam góry.

Jak szybko możemy tam dolecieć? - spytałam go w myślach.

Szybciej niż wczoraj, uwierz mi.

Pokaż.

Wstałam, ale Maru chwyciła mnie za ramię.

- Livid, błagam, Emocja Capita.

- Jezu, jakiś ptak.

- Feniks! Skup się. Jak pojawisz się na Wiecu, nie znając ich imion, nigdy cię nie zaakceptują.

- Nie wiem, czy w ogóle zamierzam się tam pojawić - mruknęłam, patrząc, jak Vivid drapie się po szyi.

- Chyba sobie żartujesz. Jak się nie pojawisz, Capit zabierze ci ogień. Nie będziesz mogła tworzyć. Musisz się tam pojawić.

Prawie mnie przestraszyła, ale w tym samym czasie Vivid zaczął unosić się nad ziemią, kusząc mnie, bym się do niego przyłączyła. Nie mogłam odpuścić.

- Wybacz, Maru, nie sądzę, że będą aż tak głupi, by stracić ich ostatnią nadzieję - powiedziałam, biegnąc do Vivida.

- Przestań być taka zarozumiała i posłuchaj mnie!

Ale jej nie posłuchałam, wolałam polatać.

***

Skradał się. Miękko stawiał łapy, nie wydając żadnego dźwięku. Spostrzegł suchą gałązkę przed sobą i ominął ją. Miał cel. Każdy jego mięsień był naprężony do granic wytrzymałości. Widział ją, już mu nie umknie. Stała w promieniach słońca padających między koronami drzew. Delikatnie dotykały poszycia i oświetlały jej rudą sierść. Nagle stanęła jak wryta, czując zapach drapieżnika. On był władcą lasów, nie ona, nawet jeśli to nie były jego ziemie. Podszedł jeszcze krok, a potem kolejny i puścił się biegiem. Spłoszona łania uciekła w panice. Dopadł ją po minucie i zatopił zęby w jej gardle. Skóra pękła, a on poczuł smak krwi na języku. Zadrżała, ale trzymał mocniej, czekając, aż się udusi.

- Mogę się przyłączyć? - spytał Vivid, powoli podchodząc do rysia. Widać było, że smok szanuje zdolności Canisa. To on ją upolował i to on miał prawo do zdobyczy.

- Naturalnie. - Canis usiadł i patrzył, jak smok przytrzymuje między łapami tył łani, a paszczą rozrywa ją na pół. Krew siknęła na poszycie, wnętrzności rozlały się dookoła. Ryś poczuł, jak do pyska napływa mu ślina. Zaczęli jeść, każdy swoją część, poczynając od najbardziej wartościowych części ciała, od wnętrzności.

Spożywali w milczeniu, słychać było tylko odgłos łamanych kości. W pewnym momencie Vivid podniósł głowę, po chwili zrobił to także Canis.

- Coś się stało - oznajmił smok. Z jego pyska ciekła krew.

Canis oblizał się.

- Livid! - Ryś zerwał się z miejsca i puścił się biegiem. W lesie nikt nie mógł się z nim równać, nawet smok. Nim Vivid znalazł dogodne miejsce na wystartowanie, Canis był już w połowie drogi w dół.

***

Leżeli na trawie. Livid bawiła się źdźbłem trzymanym w zębach, a Yaku oglądał swoje powieki od środka. Spać mu się chciało, a tu trawa była wyjątkowo miękka. Był po próbie, występie i dopiero co zjadł. Nadszedł czas na drzemkę, ale Livid ewidentnie się nudziło.

- No gdzie oni są? - mruknęła, wiercąc się.

- Przecież słyszysz jego myśli. Zapytaj. - Już był na najlepszej drodze, by zasnąć. Odpłynąć stąd, ale zawróciła go.

Westchnęła, jednak nic nie odpowiedziała. Yaku znów poczuł nadzieję, że będzie mógł zasnąć. Tak bardzo mu się chciało spać, ale...

- Ty wiesz co!

...nie było mu dane. Westchnął i mruknął na potwierdzenie, że jej słucha.

- Maru mi powiedziała, że Emocja jednej z władczyń to panda mała. Ta ruda.

- Serio? - Yaku nadal nie otwierał oczu. Zastanawiał się tylko, do czego ona zmierza.

- Tak, ale najbardziej niezwykłe jest to, że dziewczynka ma trisomię dwudziestego pierwszego chromosomu.

Yaku otworzył oczy. To rzeczywiście była niezwykła wiadomość. Spojrzał na nią.

- Ponoć jest bardzo bystra. Włada krainą, skąd pochodzi Evelyn. Niesamowite, że nawet tacy ludzie tu na Motus nie są gorzej traktowani.

- Ale w ogóle traktują ją poważnie?

- Ma u nich wielki szacunek, nikt nie próbuje nawet kwestionować jej władzy.

Livid usiadła, bawiąc się źdźbłami trawy. Yaku podłożył rękę pod głowę i patrzył na nią.

- Słyszałam, że schizofrenia jest gorsza. Podobno wtedy twoja własna Emocja obraca się przeciw tobie.

- Tak, Alti mi mówił. Emocja potrafi cię zrujnować. Szepcze ci do ucha jakieś okropne rzeczy.

- To pewnie dlatego mówi się, że schizofrenicy słyszą głosy. To są głosy ich Emocji. Okropne.

- A zobacz, ile jest jeszcze innych zaburzeń psychicznych.

- Depresja pojawia się pewnie wtedy, gdy osoba nie rozmawia ze swoją Emocją. A na przykład nerwica czy napady paniki wtedy, gdy to osoba chce skrzywdzić swoją Emocję.

- Albo odwrotnie, każda choroba psychiczna jest inna.

- Ty też chorowałeś na depresję? - zapytała o to w końcu.

Czuł, jak wiele ją to kosztuje, wiedział, że bała się jego reakcji, bo boi się odtrącenia. Yaku nie lubił o tym rozmawiać. Westchnął i usiadł. Chwycił ją za rękę, by dać jej dowód na to, że nie ma zamiaru jej odtrącać.

- Posłuchaj mnie. Kiedy Canis się ujawnił, nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje. Byłem dzieckiem, nikogo nie było przy mnie. Myślałem, że umieram. Przez dłuższy czas nienawidziłem Canisa, czyli nie akceptowałem siebie. Dopiero gdy poznałem chłopaków i zobaczyłem, że oni są tacy sami, powoli zacząłem się otwierać przed Canisem. Przez pierwsze lata praktycznie siedział we mnie, a jak już wyszedł, to nie odzywałem się do niego.

Pociągnęła nosem, ale nie płakała.

- Co sprawiło, że Canis się ujawnił?

Yaku wiedział, że pragnęła zapytać o to od momentu, gdy zobaczyła rysia po raz pierwszy w wesołym miasteczku. Rozumiał ją, dla niego też nie było to łatwe, ale musiał się przed nią otworzyć.

- Miałem czternaście lat. Ojciec nie podzielał mojej pasji do muzyki i kiedyś spalił wszystkie moje piosenki, bo nie chciałem się uczyć. Płakałem całą noc i tej nocy ucieleśnił się Canis. Rodzice zauważyli pewną zmianę we mnie, ale nic nie mówiłem. Była to dla mnie najtrudniejsza chwila w życiu. Musiałem sobie udowodnić, że nie zwariowałem.

Ścisnęła jego rękę. Nie mogła wydobyć z siebie głosu.

- Nie martw się, teraz jest dobrze. - Pogładził ją po policzku. - Mam ciebie i chłopaków. Jestem szczęśliwy.

Uśmiechnęła się. Pociągnęła nosem i wstała. Obok nich wartko płynęła rzeka, obijając się o skałę. Obserwował ją, jak podchodzi nad jej brzeg. Napiła się i zapatrzyła na horyzont. Widział napięcie w jej ramionach. Zmarszczył brwi.

- O co chodzi?

Nagle zaczęła krzyczeć. Pisk rozdarł słodką ciszę. Yaku zerwał się. Livid zaczęła się cofać, cały czas gapiąc się w rzekę. Jej twarz zdjęta była przerażeniem. Złapał ją za ramiona i chciał potrząsnąć, ale w tej chwili zobaczył to, co ona.

Woda w rzece zmieniła się w krew. Masy kotłującej czerwonej brei gnały w ich kierunku, rozchlapując się dookoła. Rzeka nie była pusta. Na jej powierzchni unosiły się ciała, wiele ciał. Yaku, sparaliżowany, patrzył na zakrwawione martwe postacie jego przyjaciół, wśród nich była też Alex. Nie widział ich Emocji, ale wiedział, że wszyscy nie żyją. Livid piszczała dalej, przytknąwszy dłonie do buzi. Jednak krwawa rzeka nie niosła ze sobą tylko ludzkich ciał. Widział ciało Gringa i wszystkie konie, z jakimi Livid kiedyś miała styczność. Wszyscy byli martwi. Ostatecznie zobaczył też siebie. Jego ciało unosiło się twarzą ku niebu całe zakrwawione i lekko nadgniłe. Nagle większa fala krwi przykryła jego usta.

- Zawołaj Vivida! - krzyknął Yaku, trzymając Livid. Doskonale wiedział, co się stało. W końcu musiało do tego dojść. Dziewczyna zaczęła się wyrywać. Nie miał pojęcia, czy zrozumiała, co do niej krzyknął; była w tak wielkiej panice, że pewnie nawet nie rejestrowała, że ją trzyma. Zobaczyła, jak ciało Alex przybiło do brzegu, barwiąc na czerwono piasek. Yaku musiał użyć wszystkich swoich mięśni, by ją utrzymać.

- ALEX!!!

- Ona nie jest prawdziwa! Zostaw!

Usłyszał ryk i świst skrzydeł. Obejrzał się. Posłuchała go. Ku nim biegł Canis, a nad nim leciał Vivid. Canis nie zwolnił, tylko wskoczył gwałtownie w klatkę Yaku.

- Vivid, wracaj w nią! Szybko!

Smok wylądował i cały zapłonął złotym ogniem. Portal wyrył się w przestrzeni. Vivid nie pytał, co się stało, czemu Yaku mu rozkazuje. Był tak samo przerażony, jak Livid. Yaku prawie na siłę przepchnął dziewczynę przez portal, a smok wsiąknął w jej ciało.

Stali w pokoju Yaku. Chłopak obejmował ją, a ona drżała, płacząc głośno.

- Już. Ciii.... - Głaskał ją po głowie, mocno przytulając. Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie. Do pokoju weszli Nifi i Zemi zaalarmowani płaczem Livid.

- Spokojnie - szepnął Yaku. Nad głowami Zemiego i Nifiego dostrzegł pozostałych. - Zobaczyła tylko swoje lęki.

***

- To było straszne - powiedziałam, siedząc na łóżku. Nadal drżałam. Yaku podszedł, narzucił mi na ramiona koc i objął mnie.

- Wiem. Nasze lęki zazwyczaj są straszne.

- Boże, to było takie realne. Takie prawdziwe. - Ukryłam twarz w dłoniach. Czułam pot pod pachami, ale było mi zimno. - Czułam się, jakbym zobaczyła przyszłość. Jakby to miało się wydarzyć, i to dlatego, że zawiodę. Dlaczego je widziałam?

- Możemy ucieleśnić swoją wyobraźnię, tworzymy to, co mamy w głowach, a w głowach mamy również lęki. Nasze obawy zawsze dotyczą przyszłości. Nie boimy się tego, co się wydarzyło. Owszem, przeszłość może mieć wpływ na przyszłość. Ale nie przejmuj się, wszyscy je odczuwamy.

- Jak je kontrolujesz? Jak sprawić, by ich nie widzieć.

- Nawet mój pałac ma piwnice. Zamknąłem tam wszystkie swoje obawy. Jeśli je zaakceptujesz, będzie ci łatwiej.

- Pomożesz mi? - Spojrzałam na niego zapuchniętymi oczami. Uśmiechnął się ciepło. Odgarnął za ucho kosmyk moich włosów.

- Zawsze.

Ponownie przeniosłam się wraz z Yaku na Aurum. Tym razem jednak nie czułam radości. Wiedziałam, co muszę zrobić, i nawet we własnej głowie wydawało mi się to okropne.

Nad rzekę pojechaliśmy wozem. Wielki koń pociągowy szedł wolno, a my bujaliśmy się na rozklekotanym wozie. Vivid szedł łapa za łapą obok nas.

- Znalazłaś już dla nich miejsce? - spytał, by przerwać ciszę. Kiwnęłam głową. Czułam, że zaraz się porzygam.

Podjechaliśmy w to samo miejsce, w którym po raz pierwszy zobaczyłam własne lęki. Minął prawie tydzień, odkąd ostatnio byłam na Motus. Bałam się wrócić. Przez te siedem dni nabierałam odwagi, by stanąć twarzą w twarz z własnymi lękami.

Oczywiście, że teraz też się bałam, ale na tym to właśnie polegało, na robieniu czegoś wbrew strachowi. Patrzy mu się w oczy i godzi prosto w serce tym, co go niszczy - nadzieją i miłością, ale nie w tak bezpośredni sposób, bo ani miłość, ani nadzieja nie ma mocy destrukcyjnej, a jedynie twórczą. Nadzieja gasi lęk, miłość pobudza nadzieję, bym miała siłę spojrzeć strachowi w oczy. Dlatego teraz byłam tutaj, w tym miejscu nad rzeką pełną krwi.

Wszyscy leżeli razem, tworząc wielki kopiec ciał. Smród unoszący się w słońcu był nie do zniesienia. Wokół nadgniłej skóry zebrało się pełno much. Gdy stanęłam obok, góra była większa ode mnie. Widziałam stopy i dłonie, powykręcane w dziwne pozycje. Włosy oblepione zaschniętą krwią. Gdy wzięłam na ręce pierwsze ciało, łzy pociekły mi ciurkiem po policzkach. Było niebywale ciężkie. Śliskie od krwi. Od razu umazało mi nią ubrania. Yaku nic nie mógł zrobić, stał obok i po prostu był. Był moją nadzieją i miłością.

Zagryzłam wargę i łkając, przeniosłam pierwsze ciało na wóz. Koń zastrzygł uszami i parsknął zaniepokojony, czując zapach krwi. Yaku uspokoił go, szepcząc coś cicho. Ruszyłam po kolejne ciało. Remo. Był dla mnie za ciężki, musiałam go ciągnąć za nogi, co jeszcze zwiększyło moją rozpacz. Wiedziałam, że to nie będzie łatwe, że dotykanie własnych lęków jest bolesne. Nawet u psychologa się czasem płacze, tylko na Ziemi terapia trwa nawet latami, a tu kilka godzin. Coś za coś, na moim lądzie łatwiej mogłam dotrzeć do mych obaw, ale za to były one wyraźniejsze.

Nogi się pode mną ugięły, gdy wzięłam na ręce Alex. Jej głowa opadła do tyłu, a czerwone włosy musnęły o trawę.

- Nie mogę już! - jęknęłam. Czułam, jak zawartość żołądka podchodzi mi do gardła, smród i widok martwych ciał nie pomagał.

- A właśnie że możesz. Zaakceptuj siebie i ich. Oni pochodzą od ciebie, Livid. Są twoją kreacją.

Załkałam, ale się podniosłam. Poprawiłam ciało Alex na rękach i przeniosłam je na wóz. Następna była Pinna. Jej skrzydła były oderwane, a z pleców sterczały tylko kościste, zakrwawione kikuty. Odczułam pewną zmianę, Pinna była już zdecydowanie lżejsza od pozostałych. Przeniosłam ją do reszty, następnie zaniosłam jej skrzydła. Były całe, choć brudne od krwi. To był przełom. Resztę ciał byłam w stanie nieść na rękach bez wysiłku. Był i Koto, i Maru, ale największy ból przeżyłam, niosąc na rękach Yaku. Wiedziałam, że prawdziwy stoi tuż obok, a ten na mych rękach jest tylko kłamstwem, jednak nie mogłam oderwać oczu od jego martwej, zimnej twarzy. Złożyłam go delikatnie na wozie i pogłaskałam po głowie.

Nadszedł czas na Vivida. Nad brzegiem rzeki zostały już tylko ciała trzech koni. Smok chwycił szponami Gringa za nogi i przeniósł go na wóz. Wracał jeszcze dwa razy, by przenieść Banky'ego i Baro. Wtedy przeżyłam szok. Puściłam się biegiem nad rzekę i dopadłam do małego ciałka odzianego w białą sukienkę. Jak reszta była poplamiona czerwonymi plamami. Chwyciłam ją w ramiona, płacząc rzewnie. Yaku podszedł powoli do mnie. Czarne włosy przykleiły jej się do policzków, a oczy miała zamknięte.

- To tylko twoja kreacja, Livid - szepnął, ściskając mnie za ramię.

- NIE! - krzyknęłam, tuląc do piersi jej ciałko. - JEJ JUŻ NIE MA!

Kucnął przede mną na jedno kolano i prawie siłą odebrał mi Mo.

- To nie jest ta prawdziwa Mo - powiedział rzeczowo. Była tak maleńka, że mógł ją nieść jedną ręką. Drugą złapał mnie i pociągnął za sobą.

Zaniósł Mo na wóz i wraz ze mną uczepioną jego ramienia wskoczył na miejsce woźnicy. Strzelił lejcami, a koń ruszył.

Dojechaliśmy do katedry. Teraz zaczęło się wszystko od nowa. W podziemiach mojej świątyni stworzyłam dla nich grobowiec pełen miękkich białych łoży, na których spoczęli każdy z osobna. Vivid, ciągnąc za sobą ciała koni, sapał i przeciskał się przez wąskie korytarze. W końcu wszyscy spoczęli na swych miejscach w spokoju i ciszy. Nie były to prawdziwe ciała, więc teraz, gdy pogodziłam się z nimi, gdy odbyłam swą pokutę, poczułam, że będą spoczywać we wnętrzu mojej katedry i nie wyrządzą mi więcej krzywdy. Jeśli pojawią się nowe, znajdę dla nich miejsce.

Zamknęłam potężne wrota na zasuwę i oparłam czoło o zimny kamień ściany. Żołądek już nie wytrzymywał, a ja nie miałam siły z tym odruchem walczyć. Zwróciłam wszystko, co ostatnio zjadłam, i rozkaszlałam się. Yaku chwycił mnie za włosy i przeczekał chwilę mojej słabości.