Rozdział 1
Patrzyła na swoją córkę i się bała. Ten strach towarzyszył jej od lat. Odkąd ją urodziła. Nie tylko bała się, że coś jej się stanie. Bała się tego, co ona potrafi. Sonia nie była zwykłym dzieckiem. Była dorosłą osobą w ciele dziecka. Kilkulatką z umysłem geniusza.
Anita Zielińska marzyła o dziecku przez wiele lat. Sama była jedynaczką, a jej rodzice zmarli, kiedy kończyła studia. Na drodze do spełnienia tego marzenia stało jednak kilka przeszkód. Po studiach założyła własną firmę, żeby osiągnąć stabilność finansową. Udało jej się to po paru latach. Była właścicielką jednej z najlepszych agencji reklamowych w kraju. Praca pochłaniała cały jej czas, co nie sprzyjało zakładaniu rodziny. Dobrym wyjściem okazało się znalezienie wspólnika, który przejął połowę jej obowiązków, a dodatkowo dzięki niemu zyski firmy jeszcze wzrosły. Mateusz Małecki został nie tylko dobrym wspólnikiem, ale również przyjacielem, który z racji tego, że był gejem, nie próbował jej podrywać, a poza tym był aż do bólu uczciwy.
Kupiła ładny dom na przedmieściach Lublina, ponieważ nie chciała wychowywać dziecka w mieście. Skoro więc miała już niezły majątek i urządzone gniazdko rodzinne, najwyższa pora zadbać o to, aby mieć tę rodzinę. I tu pojawiła się kolejna przeszkoda. Anita nie była może pięknością, ale jednak była ładna. Miała pełne usta, prosty nos i ciemne, brązowe oczy. Włosy czarne, długie do połowy pleców. Figurę miała bardzo kobiecą, co przy wzroście metr siedemdziesiąt robiło duże wrażenie. Może dlatego przyciągała do siebie głównie facetów, którzy byli zainteresowani krótką przygodą. Nawet jeżeli udało jej się poznać mężczyznę zainteresowanego długotrwałym związkiem, to nie był gotowy na dziecko. W wieku trzydziestu lat była już tak sfrustrowana niepowodzeniami, że postanowiła zrezygnować.
Na koniec każdego miesiąca Anita i Mateusz mieli zwyczaj spędzać jeden wieczór na rozmowach o firmie i jej przyszłości. Czasami te wieczory zamieniały się w poważne rozmowy o życiu, a czasami po prostu siedzieli z kieliszkiem wina i rozmawiali o niczym. Właśnie w czasie jednego z takich wieczorów Anita wspomniała, że rezygnuje z poszukiwań partnera, a tym samym z dziecka.
- Powiedz mi, moja droga, czy tobie bardziej zależy na mężu, czy na dziecku? - zapytał Mateusz.
- Prawdę mówiąc, mężczyzn to ja mam dość na bardzo długo - odparła Anita, wzdychając. - Ale nadal chcę mieć dziecko.
- Więc czemu nie zainteresujesz się innymi metodami niż tradycyjne, skoro chcesz je mieć?
- Myślisz, że to takie proste? - Spojrzała na niego znużonym wzrokiem. - Adopcja nie wchodzi w grę. Samotnym kobietom nie chcą powierzać dzieci. Zwłaszcza takim, które mają na głowie własne firmy.
- A in vitro? - zapytał, przyglądając jej się uważnie. - Zastanawiałaś się kiedykolwiek nad tym?
- Oczywiście - odpowiedziała. - Ale dobrze wiesz, że w Polsce mam na to takie same szanse, jak ty na zawarcie małżeństwa z Markiem.
- To nie znaczy, że zamierzamy się poddać - odparł z uśmiechem. - Zdecydowaliśmy się pojechać do Norwegii i tam się pobrać. Marek już wszystko załatwia. Dlatego zarezerwuj sobie ostatnią sobotę przyszłego miesiąca. W piątek weźmiemy ślub, a w sobotę robimy imprezę. Więc jak widzisz, ty też możesz spełnić swoje marzenie. Po prostu poszukaj kliniki poza granicami naszego zacofanego kraju.
Po tej rozmowie Anita długo o tym myślała. Wieczory spędzała przy komputerze, przeglądając niezliczoną liczbę stron internetowych. Przeczytała o in vitro wszystko, co było do przeczytania. Później zaczęła przeglądać oferty klinik w innych krajach Europy, ale nadal nie mogła się zdecydować.
Wesele Mateusza i Marka odbyło się w hotelu pod Świdnikiem. Zabawa była rewelacyjna. Mimo że Anita poszła tam sama, bawiła się znakomicie. Ze względu na to, że goście nie byli na ślubie, ceremonia została nagrana i wyświetlona podczas wesela. Następnego dnia młodzi mieli wyjechać na tydzień do Grecji, więc firma została na głowie Anity. Nawet się z tego cieszyła, gdyż tylko kiedy była bardzo zajęta, nie myślała o dziecku.
Po powrocie Mateusza znalazła wolną chwilę, żeby przejrzeć zaległą pocztę. Znalazła w niej mail z informacją o nowo otwartej klinice płodności w Holandii. W wiadomości było zastrzeżenie, że informacje wysyłane są tylko do osób zainteresowanych zapłodnieniem in vitro. Ostatnio dostawała wiele takich ofert reklamowych, więc ta jej nie zdziwiła, była jednak inna niż pozostałe. Przede wszystkim klinika nie miała swojej strony internetowej, a chętni mogli kontaktować się wyłącznie telefonicznie z doktor Alison Roberts.
Anita wpisała w wyszukiwarkę nazwisko lekarki i natychmiast znalazła o niej wiele informacji. Alison Roberts miała nie tylko doktoraty z ginekologii i psychologii, ale była też genetykiem i immunologiem. Wiele lat pracowała w najlepszych klinikach Ameryki Północnej, aż do chwili, kiedy pięć lat temu w wypadku samochodowym zginęli jej mąż i syn. Zrezygnowała wtedy z pracy i wyjechała z kraju.
Prawdopodobnie Anita nie zwróciłaby uwagi na tę wiadomość, gdyby nie jedno ze zdań zawarte w treści. Napisano, że liczba chętnych jest ograniczona ze względu na niewielką ilość materiału od dawców.
W taki właśnie sposób zaczęła się jej przygoda z in vitro.
Zadzwoniła, umówiła się na spotkanie i poleciała do Holandii. Z lotniska w Rotterdamie odebrała ją pani doktor i pojechały do małego miasteczka o nazwie Strijen. Alison Roberts wyjaśniła, że każdą pacjentką zajmuje się osobiście, ponieważ robi to dla przyjemności, a nie dla pieniędzy. No i faktycznie cena za zabieg nie była wysoka.
Klinika okazała się naprawdę mała. Na piętrze sala zabiegowa, laboratorium i gabinet lekarski oraz pokój dla pacjentki. Parter był raczej zwykłym mieszkaniem niż kliniką. Wszędzie jednak było sterylnie czysto, a sprzęt w sali zabiegowej i gabinecie bardzo nowoczesny. Pierwszego dnia Anita została dokładnie zbadana, a następnie dostała sześć teczek z ofertami dawców.
Nie było zdjęć, ale nie potrzebowała tego. Pani doktor wyjaśniła jej, że każdy materiał przebadała osobiście, żeby wykluczyć jakiekolwiek choroby genetyczne. Miała więc do wyboru triatlonistę, geniusza matematycznego, profesora humanistyki, żołnierza, autora książek kryminalnych i biologa morskiego. Każdy z nich był szczegółowo opisany pod względem wyglądu i zainteresowań. I każdy z nich byłby odpowiednim dawcą, dlatego Anicie trudno było się zdecydować.
W końcu po długich godzinach zdecydowała się na matematyka. Nie tylko ze względu na inteligencję, ale też trochę na wygląd, bo miał czarne włosy i brązowe oczy jak ona.
Do owulacji zostało jej trzy dni, więc spędziła je na rozmowach z doktor Alison i czytaniu książek. Po zabiegu została w klinice jeszcze siedem dni. Pani doktor wyjaśniła, że jest to konieczne, by mieć pewność, iż jest w ciąży, ponieważ pacjentka płaci za zapłodnienie, a nie tylko za taką możliwość. Tak więc kiedy tylko badanie wyszło pozytywnie, Anita wróciła do domu. Przed wyjazdem pani doktor poprosiła o przesłanie zdjęcia dziecka, kiedy już się urodzi, na co kobieta bardzo chętnie się zgodziła.
Następne dziewięć miesięcy Anita spędziła w dziwnej huśtawce nastrojów. Powoli urządzała pokój dla dziecka. Były dni, kiedy była tak szczęśliwa, że mogłaby to wykrzyczeć całemu światu. Ale zdarzały się też takie, kiedy strach ściskał jej serce.
Regularnie chodziła do lekarza na badania, więc wiedziała, że dziecko jest zdrowe. Kiedy w USG wyszło, że będzie dziewczynka, była szczęśliwa. Przez całą ciążę czuła się dobrze, miała tylko lekkie mdłości.
Wszystkie wyniki badań były w normie, nawet nie przytyła zbyt wiele, dlatego była zdziwiona, że są komplikacje podczas porodu. Bóle zaczęły się podczas zebrania wspólników, na którym Mateusz popijał wino, a Anita mleko, które nieoczekiwanie bardzo polubiła. Wspólnik właśnie opowiadał anegdotkę o najnowszym kliencie, kiedy ciężarna mu przerwała.
- Okej, muszę jechać do szpitala.
- Co się dzieje? - zapytał.
- Chyba zaczynam rodzić. Od półgodziny mnie boli i chyba nie przejdzie.
- Masz bóle i nic nie mówisz? - oburzył się. - Zawiozę cię.
Zanim dotarli do samochodu, mężczyzna zdążył wysłać mnóstwo wiadomości do Marka i znajomych. Wszyscy odpisywali, że trzymają kciuki, a Marek, że zaraz do nich dojedzie.
W szpitalu podczas badania okazało się, że dziecko się przekręciło i trzeba robić cesarkę. Nie było bólu i krzyków, tylko znieczulenie i sala operacyjna.
Tak więc Sonia urodziła się szóstego maja dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku i była naprawdę ślicznym noworodkiem. Miała delikatne czarne włoski i wielkie brązowe oczy. Wszystkie pielęgniarki na oddziale zachwycały się nią, ponieważ nigdy nie płakała. Swoje potrzeby sygnalizowała cichym kwękaniem, a kiedy nie spała, z ciekawością rozglądała się szeroko otwartymi oczami. Tak jak obiecała, młoda matka wysłała zdjęcie córki do doktor Alison Roberts, na adres kliniki w której została poczęta.
Pierwsze miesiące jej życia były typowe dla każdego niemowlaka. No, prawie. Była tak spokojnym dzieckiem, że Anita zrezygnowała z pomysłu wynajęcia niańki i zabierała ją ze sobą do pracy. W swoim biurze urządziła kącik dla małej, w którym stały łóżeczko i komoda z dziecięcymi rzeczami. Na zebraniach Sonia siedziała w foteliku samochodowym i przysłuchiwała się rozmowom dorosłych.
Dopiero kiedy córka miała około sześciu miesięcy, Anita zaczęła zauważać u niej zachowania nietypowe dla dzieci w jej wieku. Nie interesowały jej pluszaki i grzechotki ani żadne inne zabawki dla niemowlaków. Za to uważnie przysłuchiwała się rozmowom ludzi. Lubiła oglądać z mamą telewizję, zwłaszcza wiadomości. Trochę to martwiło Anitę, ale nie zabraniała jej tego.
Z każdym miesiącem mała uczyła się coraz szybciej. Nie miała jeszcze roku, kiedy zaczęła sama chodzić, a potem mówić. Nie były to jednak pojedyncze słowa, tylko całe zdania. Kobieta nie zdradziła tego nikomu. Przestała zabierać córkę do pracy, brała więcej wolnego, aby siedzieć z nią w domu i szukać informacji w Internecie. Nigdzie jednak nie znalazła nawet jednej wzmianki o tak szybkim rozwoju u dzieci.
Niestety nie to najbardziej ją niepokoiło.
Czasami bała się patrzeć córce w oczy. Jej mała córeczka miała oczy dorosłej osoby. Były tak inteligentne, że budziły strach. Ale mimo że się tego bała i nie rozumiała, nadal kochała ją ponad wszystko. Dlatego tak zorganizowała swoją pracę, żeby móc jak najwięcej czasu spędzać w domu z Sonią.
Mijały miesiące i mama z córką wypracowały sobie niezły system pracy i nauki. Anita kupowała Sonii książki, najpierw kilka do nauki czytania, a potem już całkiem poważne, naukowe. Mała dużo czasu spędzała przy komputerze, czytając o tym, co się dzieje na świecie. Kobieta większość pracy wykonywała w domu, a jeżeli musiała jechać do biura, zabierała ze sobą córkę, która łaskawie zgadzała się "udawać" małe dziecko. Kiedy Sonia skończyła trzy lata, miała już własne biuro w domu, wyposażone w sprzęt komputerowy. Rozliczała matce podatki i doradzała, w co inwestować pieniądze, dzięki czemu stan konta Anity stale się powiększał.
Pewnego dnia, kiedy siedziały przy stole, jedząc kolację, Sonia podjęła temat, który od dawna nurtował jej matkę.
- Musimy się dowiedzieć, dlaczego taka jestem - powiedziała dziewczynka. - Wiem, że są ludzie wybitnie inteligentni, ale nie aż tak. To nie jest normalne.
- Mówiłam ci już o klinice i doktor Alison - odparła matka. - Nic więcej nie wiem.
- Ona nie żyje - poinformowała Sonia. - Zginęła w wypadku dwa lata temu. Wyszukałam informacje o niej. Była genetykiem. A jeśli jest więcej takich dzieci jak ja? Mówiłaś, że było sześciu dawców.
- Tak. Niestety nie mamy możliwości dostać się do jej dokumentacji, jeżeli w ogóle jakąś prowadziła. A to, że było sześciu dawców, nie oznacza, że było tyle samo chętnych do zapłodnienia. Ale możemy spróbować odnaleźć dzieci podobne do ciebie, jeżeli takie są.
- Byłoby dobrze, bo może potrafią robić to, co ja - szepnęła dziewczynka.
- To znaczy co? - zapytała matka.
- Tylko nie krzycz - poprosiło dziecko, a kobieta pokiwała głową. - Patrz.
Mała wyciągnęła rękę i po chwili trzymała w niej pilota od telewizora, który dotąd leżał na stoliku w salonie. Następnie puściła go i poszybował z powrotem na stolik.
- Okej - powiedziała powoli Anita. - To coś nowego.
- To się nazywa telekineza - odparła Sonia. - Zaczęło się kilka dni temu. Dlatego chcę poszukać innych.
- Więc dajmy ogłoszenie - zaproponowała matka.
- Ogłoszenie? - zapytała dziewczynka.
- No pewnie. Oczywiście musi być napisane tak, aby ukryć jego prawdziwy sens. Umieścimy je tam, gdzie często zaglądają rodzice dzieci w twoim wieku.
Ogłoszenie wrzuciły na kilka portali z poradami dla rodziców oraz na strony reklamujące prywatne lekcje i korepetycje. Jego treść była krótka i zwięzła.
Twoje dziecko jest wybitnie inteligentne? Ma unikalne talenty? Chcesz, aby poznało podobnych do siebie rówieśników? Zadzwoń.
W ogłoszeniu Anita podała swój prywatny numer telefonu. Zdawała sobie sprawę, że będzie dużo odpowiedzi od ludzi, którzy zwyczajne dzieciaki uważają za ósmy cud świata, ale była na to przygotowana. Dla swojego dziecka była gotowa na wiele. Przez kilka miesięcy dzwonili tylko rodzice "zwykłych" geniuszy, czyli nastolatków z wysokim ilorazem inteligencji. Grzecznie wtedy odpowiadała, że ogłoszenie dotyczy przedszkolaków i wtedy rezygnowali z dalszej rozmowy.
Właśnie zbliżały się czwarte urodziny Sonii, kiedy coś zaczęło się zmieniać. Zadzwonił telefon.
- Anita Zielińska. Słucham.
- Dzień dobry. - Usłyszała cichy kobiecy głos. - Dzwonię w sprawie ogłoszenia. Mój syn Adam jest chyba właśnie takim dzieckiem. Znaczy inteligentnym. Sama nie wiem, dlaczego dzwonię. - Usłyszała westchnienie i kobieta się rozłączyła.
Przez chwilę Anita zastanawiała się nad zachowaniem nieznajomej, a potem odszukała jej numer i kliknęła "zadzwoń". Po trzech sygnałach odebrała.
- Dzwoniła pani do mnie przed chwilą - powiedziała Anita. - Chyba rozumiem, dlaczego pani się waha, ale proszę mi powiedzieć jedną rzecz. Czy pani syn ma około czterech lat?
- Skończy cztery w lipcu - szepnęła kobieta. - Zadzwoniłam, bo miałam nadzieję porozmawiać z kimś, kto też ma dziecko inne niż... Ale chyba nie potrafię tak przez telefon rozmawiać o prywatnych sprawach.
- Dobrze, wiem, o co pani chodzi - odparła Anita. - Może mogłybyśmy się spotkać? Myślę, że nasze dzieci powinny się poznać.
- Byłoby dobrze, ale nie mogę się teraz wyrwać nigdzie daleko - westchnęła. - Próbuję właśnie sprzedać swoją restaurację i muszę być na miejscu. Mieszkam w Rzeszowie.
- To nie tak daleko od Lublina - powiedziała Anita. - Mogłabym do pani przyjechać nawet jutro.
Kobieta przedstawiła się jako Beata Ostrowska i podała swój adres. Umówiły się, że Anita przyjedzie z Sonią następnego dnia po południu.
Na miejscu zastała nieduży, ale bardzo ładny dom z ogrodem. Beata okazała się ładną blondynką z zielonymi oczami. Zaprosiła gości do domu i tam poznały Adama, małego chłopca z jasnymi włosami i bardzo inteligentnymi oczami. Anicie wystarczyło jedno spojrzenie i już wiedziała, że jej córka nie jest jedynym tak wyjątkowym dzieckiem. Sonia i Adam siedzieli w pokoju chłopca i rozmawiali, a ich matki, pijąc kawę w salonie, porównywały swoje doświadczenia.
- Jesteś młoda. Masz dopiero dwadzieścia dziewięć lat. Czemu więc in vitro? - zagadnęła Anita.
- Mój mąż był bezpłodny. Jakaś wada genetyczna - odpowiedziała Beata. - Po studiach otworzyliśmy swoją restaurację za pieniądze ze spadku po jego rodzicach. Nie chcieliśmy czekać z dzieckiem za długo, a że knajpa odniosła sukces, wiodło nam się dobrze. Długo szukaliśmy odpowiedniej kliniki, aż dostaliśmy tę ofertę od doktor Alison.
- Którego dawcę wybraliście? - zapytała Anita.
- Autora kryminałów - odparła Beata. - Ale głównie ze względu na wygląd. Maciek też był blondynem, więc chcieliśmy, żeby i dziecko miało jasne włosy.
- Ja też brałam to pod uwagę. Wybrałam matematyka - westchnęła. - A teraz moja córka inwestuje moje pieniądze i rozlicza podatki. Czy Adam ma jakieś specjalne zdolności?
- Mam - poinformował Adam, wchodząc do salonu. - Słyszę wszystko z dużych odległości. I widzę z daleka. Mam też wyczulone inne zmysły, smak i węch oraz dotyk.
- A Sonia co potrafi? - zapytała Beata.
- To - powiedziała Sonia i zrobiła pokaz swoich umiejętności, przemieszczając w powietrzu kilka przedmiotów naraz.
- No tak - sapnęła Beata. - Więc uważacie, że jest więcej takich dzieci jak wy?
- Jest nas sześcioro - oznajmił Adam. - I musimy znaleźć wszystkich. To ogłoszenie to dobry pomysł, ale trzeba je dać też na inne strony. Zajmiemy się tym z Sonią.
Po tym stwierdzeniu dzieci zniknęły ponownie w pokoju Adama.
- Czemu sprzedajesz restaurację? - zapytała Anita.
- Po śmierci Maćka nie daję rady zajmować się wszystkim - odparła Beata. - Restauracja jest popularna, więc nie mogę jej zamykać, kiedy tylko mi się zachce. A nie mogę oddać Adama do przedszkola. Sama dobrze o tym wiesz. Teoretycznie mógłby siedzieć sam w domu, ale w praktyce to nie przejdzie. Wydałoby się, że nie jest zwykłym dzieckiem. A jeżeli sprzedam knajpę teraz, kiedy jest dużo warta, spokojnie mogę szukać pracy, która nie będzie wymagała mojej ciągłej obecności.
- A może przeniesiesz się do mnie? - zapytała nieoczekiwanie Anita.
- Nie rozumiem - mruknęła Beata.
- Och, no wiesz - westchnęła Anita. - Fajnie byłoby mieć z kim pogadać o dzieciach i nie tylko. Ja nie mam rodziny. Mój wspólnik jest dobrym przyjacielem, ale nawet jemu nie potrafię się zwierzyć z tego, że moja córka jest wyjątkowa. Dzieci miałyby siebie nawzajem, co z pewnością wyjdzie im na dobre.
- No i musimy im pomóc w poszukiwaniach pozostałych dzieci - powiedziała Beata.
- Mam duży dom - dodała z uśmiechem Anita. - A Sonia pomoże ci zainwestować pieniądze, żebyś nie musiała szukać pracy.
Tak też zrobiły. W ciągu kilku tygodni Beata sprzedała restaurację i dom, a potem przeniosła się do Anity. Do przewozu rzeczy swoich i Adama wynajęła firmę transportową. Kiedy dwóch miłych mężczyzn wnosiło pudła do domu Anity, dzieci uważnie się im przyglądały i szeptały coś między sobą. Jeden z mężczyzn zerkał na nie i się denerwował. Zauważyła to Anita i podeszła do niego.
- Czy coś się stało?
- Właściwie nie - odparł. - Chodzi tylko o to, że te dzieci patrzą tak na człowieka, jakby wiedziały, o czym myśli. Zupełnie jak syn naszego szefa.
- Naprawdę? - zapytała zaintrygowana kobieta.
- Szef mówi, że jego dzieciak jest wybitnie inteligentny - odpowiedział mężczyzna. - Może i tak, ja się na tym nie znam. Wasze dzieci też są takie mądre?
- Niestety tak - westchnęła teatralnie Anita. - Zamiast się bawić, bez przerwy chcą się uczyć.
- Ach, no to faktycznie muszą być mądre. - Mężczyzna pokiwał głową.
Kiedy tylko pracownicy firmy transportowej odjechali, Anita zadzwoniła do ich szefa. Telefon odebrała kobieta.
- Czy mogłabym rozmawiać z właścicielem, Wiktorem Podgórskim? - zapytała Zielińska.
- Mówi Anna Podgórska, jego żona - odpowiedziała kobieta. - Mąż ma dziś wolne, ale jesteśmy wspólnikami, więc równie dobrze może pani rozmawiać ze mną.
- Och, to nawet lepiej - ucieszyła się Anita. - Bo ja dzwonię w sprawie raczej prywatnej. Chodzi o państwa syna.
- Czego pani chce? - warknęła Podgórska.
Anita w jednej chwili zrozumiała, że źle zaczęła tę rozmowę.
- Może powiem to inaczej - spróbowała jeszcze raz. - Chodzi o nasze dzieci. Mam czteroletnią córkę. Jest bardzo mądra. Bardzo - podkreśliła.
- Rozumiem - powiedziała już spokojniej Podgórska. - A skąd pani wie, że mój syn też jest bardzo mądry?
- Tak się złożyło, że z waszej firmy skorzystała moja przyjaciółka, która też ma tak inteligentne dziecko. A wasz pracownik napomknął, że nasze dzieci patrzą na niego jak syn szefa. Tak więc pomyślałam, że zadzwonię i zaproponuję spotkanie, żeby nasze dzieci się poznały.
Zapadła cisza, lecz Anita słyszała przyspieszony oddech i szloch. Cierpliwie czekała, aż kobieta się uspokoi.
- Muszę najpierw porozmawiać o tym z mężem - powiedziała w końcu Podgórska. - Niemniej bardzo chciałabym się z wami spotkać i myślę, że Wiktor też będzie chciał.
Umówiły się na rozmowę telefoniczną wieczorem. Wiktor Podgórski zgodził się natychmiast i umówili się, że przyjadą do domu Anity już następnego dnia, w niedzielę.
Podgórscy byli miłymi ludźmi, a ich syn Oskar uściskał Sonię i Adama, jakby byli starymi przyjaciółmi, co Anitę niezmiernie zdziwiło.
Mały rudzielec z zadartym noskiem szybko się zadomowił. Dzięki niemu nawet pozostałe dzieci się uśmiechały, co nie zdarzało się często.
Chłopiec wytłumaczył wszystkim, że jego zainteresowania naukowe to biologia i chemia. Obecnie zajmuje go tylko genetyka, ponieważ chce wyjaśnić, w jaki sposób stał się właśnie taki. Dodatkowo jego talentem jest empatia, co znaczy, że wyczuwa emocje ludzi wokół siebie.
Jak tylko dzieci zniknęły w nowo urządzonym pokoju Adama, ich rodzice usiedli w salonie i rozmawiali przy kawie.
Anna, niska i szczupła, z kasztanowymi włosami, wydawała się dużo młodsza od Wiktora, który był wysoki i barczysty. Miał jasne włosy i elegancko przystrzyżoną brodę.
Ania miała trzydzieści lat, a Wiktor trzydzieści trzy.
O synu opowiadali z pasją i widać było, że są z niego bardzo dumni.
Ich przeżycia od urodzenia dzieci były bardzo podobne. I wszyscy zgodnie przyznali, że zrobią wszystko, co będzie trzeba, aby dzieci były szczęśliwe i bezpieczne.
- Mamo, musimy kupić większy dom - oznajmiła Sonia, wchodząc do salonu razem z chłopcami.
- Okej - powiedziała powoli Anita. - Wyjaśnij.
- Może ja powiem, o co nam chodzi - wtrącił Adam. - Niedługo będziemy musieli pójść do szkoły, a wszyscy wiemy, że to raczej niemożliwe. Nawet jeżeli będziemy się bardzo starać, nie damy rady udawać, że jesteśmy normalni. Poszukałem więc trochę informacji na temat nauczania w domu oraz założenia szkoły. Dla naszej szóstki możemy otworzyć szkołę specjalną.
- Jest was troje - wtrącił Wiktor.
- Będzie nas sześcioro. - Adam pokręcił głową. - Musimy znaleźć pozostałych.
- Co z tą szkołą? - dopytywała się Anka.
- No więc wystarczy założyć szkołę specjalną - kontynuował chłopiec. - Oczywiście trzeba będzie uściślić, dla jakich dzieci będzie ta szkoła, ale coś się wymyśli. Potem wystarczy tylko, że będziemy wysyłać do kuratorium wyniki naszych postępów w nauce, a nie powinni się czepiać. W tym czasie możemy prowadzić nasze badania, ale do tego będziemy potrzebowali czegoś więcej niż zwykłego domu. Zwłaszcza Oskar musi mieć porządne laboratorium.
- Jak stoimy z finansami? - zapytała Anita.
Sonia podała jej kartkę, którą trzymała w ręce.
- W ciągu roku udało mi się potroić stan naszego konta - odpowiedziała dziewczynka. - Część pieniędzy nadal jest zainwestowana, więc do końca tego roku powinno być dwa razy więcej niż jest obecnie. A gdybyś chciała sprzedać udziały w firmie, to wiedz, że agencja jest teraz warta około dwóch milionów, więc połowa z tego byłaby twoja.
- Dziękuję, kochanie, ale Mateusz nie zgodzi się sprzedać firmy - odparła Anita.
- Może odkupi od ciebie udziały? - podsunęła mała.
- Przemyślę to - westchnęła Anita.
- Moimi finansami też się zajmiesz, Soniu? - zapytała Beata.
- Oczywiście - ucieszyła się dziewczynka. - Proszę dać mi tylko pełny dostęp do konta. Od każdej inwestycji od razu odprowadzam podatek, by nie było później żadnych problemów. Lepiej, żeby skarbówka nie węszyła wokół nas. Ach, i jeszcze jedno. Pod koniec roku ceny nieruchomości powinny nieco spaść, więc dobrze by było do tej pory zdecydować się na jakiś zakup.
- Jest czerwiec, więc mamy jeszcze trochę czasu - odparła Anita. - Obecnie musimy się skupić na znalezieniu pozostałych dzieci.
- Umieściliśmy teraz ogłoszenie na innych portalach, może to coś da - dodał Adam.
- Pod warunkiem, że pozostałe dzieci są w Polsce - zauważył Wiktor. - Tak sobie pomyślałem, że to trochę dziwne, iż amerykańska lekarka otwiera klinikę w Holandii i wysyła zaproszenia tylko do Polaków. My się nigdzie nie ogłaszaliśmy. Jedynie szukaliśmy w Internecie kilku stron o in vitro i ofert klinik.
- To samo robiłam z mężem - poinformowała Beata.
- Ja też tylko przejrzałam strony internetowe - mruknęła Anita.
- W jakiś sposób jednak ta lekarka się o tym dowiedziała i wysłała oferty do wybranych osób - uznała Anka. - Ale czy na pewno tylko w Polsce?
- Akurat wtedy to u nas był największy problem z in vitro - powiedziała Anita. - Ja się skusiłam po przeczytaniu, że liczba dawców jest mała. No i nie była to reklama, tylko zaproszenie.
- No właśnie! Zaproszenie! - zawołała Sonia. - Mamo, masz jeszcze ten mail czy skasowałaś?
- Powinien być - poinformowała matka. - O co chodzi?
- Spróbuję prześledzić pocztę z adresu, z którego zostało wysłane zaproszenie - odparła dziewczynka. - Muszę też sprawdzić urodzenia dzieci z szóstego dnia każdego miesiąca. Okazało się, że każde z nas urodziło się w szóstym dniu. Ja w maju, Adam w lipcu, a Oskar w październiku. Statystycznie jest to mało prawdopodobne, więc koniecznie muszę to sprawdzić.
Jak tylko dzieci zniknęły w pokoju Sonii, Anita westchnęła.
- Ma w pokoju już pięć komputerów - powiedziała cicho. - I na wszystkich bez przerwy coś robi. Już wspomniała kilka razy, że potrzebuje kolejnego.
- Wiem, co masz na myśli. - Wiktor się zaśmiał. - Czterolatki powinny układać puzzle, a nasz syn prosi o nowy mikroskop i zestaw zlewek do badań zamiast układanki. Ale prawdę mówiąc, nie zamieniłbym go na żadne inne dziecko.
Wszystkie kobiety pokiwały głowami ze zrozumieniem.
- Przy Adamie często czuję się strasznie głupia - zwierzyła się Beata. - Pocieszam się tym, że jeszcze długo będę mu potrzebna.
- O to akurat nie powinnaś się martwić. - Anita machnęła ręką. - We wszystkim, co robią, mimo że tego nie rozumiemy, uwzględniają i nas. Oczywiście gdyby byli dorośli, byłoby inaczej, ale mimo to uważam, że nas kochają. Sonia mogła sama kupić nowy dom i postawić mnie przed faktem dokonanym. Przez Internet można załatwić przecież teraz wszystko. Ale ona nie robi nic bez wcześniejszej rozmowy ze mną.
- Może jestem wścibska, ale powiedz, czemu zdecydowałaś się na samotne macierzyństwo? - zapytała Anka.
- Zawsze chciałam mieć dziecko - odpowiedziała Anita, wzruszając ramionami. - Kiedy miałam już firmę i dom, zaczęłam się rozglądać za mężem, ale kiedy stuknęła mi trzydziestka i nie udało mi się spotkać żadnego przyzwoitego mężczyzny, dałam sobie spokój.
- Uważasz, że nie ma już przyzwoitych facetów? - zapytał żartobliwie Wiktor.
- Och, nie. Przeciwnie. - Anita się zaśmiała. - Z pewnością są tacy, tylko pewnie już zajęci. Albo mieszkają tak daleko, że nie miałam szansy ich spotkać. Dlatego zdecydowałam, że będę matką bez męża.
Do salonu ponownie weszły dzieci. Po ich minach można było poznać, że nie mają dobrych wieści.