(Duża izba szkoły wiejskiej. Z
prawej strony sceny szereg prostych, długich ławek, uchodzący w
kulisę. Z lewej strony na małem podwyższeniu stolik i krzesło,
stanowiące "katedrę" szkoły).
CIEKOCKI, KLENIEWICZ I SMUGOŃ.
(Smugoń raz wraz wygląda przez okno)
CIEKOCKI
A jest i "dziatwa".. Specyalnie sprowadzona, nieprawdaż? Pewnie
będą śpiewać...
SMUGOŃ
(z ukłonem)
Tylko jednę piosenkę... Bo tylko tę jednę naprawdę dobrze
umieją.
KLENIEWICZ
Hymn na cześć księżniczki... Co? Pan pewnie mówi do niej -
"wasza książęca mość". Przyznaj no się pan, panie Smugoń...
SMUGOŃ
Panowie profesorowie pozwolą mi odejść.
KLENIEWICZ
Zaraz... Chcieliśmy zapytać pana o tę waszą księżniczkę... (Do
Ciekockiego:) Ale - ale, znawco mowy ludzkiej, jak mam mówić: panie
Smugoń, czy, panie Smugoniu?
CIEKOCKI
Mów, jak ci serce dyktuje. Najlepiej, żebyś mocniej trzymał
język za zębami. (Zcicha) Zadużo mówisz (wskazuje oczyma na
Smugonia) - przy tym...
SMUGOŃ
(z przejęciem)
Księżniczka nasza nigdy, przenigdy nie pozwoliłaby mówić do
siebie w taki sposób.
KLENIEWICZ
Demokratka - co? A może boi się jakiej srogiej kary, bo przecie
nasze... (złośliwie)... demokratyczne prawa zabroniły tytułów?
CIEKOCKI
(niecierpliwie)
Dowcipki!
KLENIEWICZ
Mówię co złego? Pytam się pana Smugonia. Mam czas, więc się
chcę oświecić. Gdybym nie miał czasu, tobym pana Smugonia nie
nagabywał.
SMUGOŃ
Panowie profesorowie pozwolą... Właśnie słyszę... Dzieci się
gromadzą...
(Słychać za sceną gwar dziecięcy. Smugoń wychodzi)
CIEKOCKI
(do Kleniewicza)
Gdzież są koledzy?
KLENIEWICZ
Radostowiec, Małowieski, Wilkosz i tamci byli przed szkołą.
CIEKOCKI
(ziewając)
Wilkosz grupuje fakty w cykle, Zabrzeziński przestępuje z nogi
na nogę, czekając na doniosłość wydarzeń.
KLENIEWICZ
Każą mi czekać na przyjazd okolicznej potentatki. Nie potom tu
ściągnął, żeby czynić honory takiej damie. Nie mam na to ani czasu,
ani ochoty.
CIEKOCKI
Przełęcki kazał, mój drogi. - Przełęcki!
KLENIEWICZ
No, tak, Przełęcki. - Przełęcki!
CIEKOCKI
I cóż? Siedziałbyś teraz w izbie i wciągał nozdrzami zapach
najbardziej rodzimy domowego ogniska, albo huśtałbyś się kędyś na
żerdzi, pod cudzem żytem, a może nawet pod jęczmieniem. Siedzisz
tutaj (uszczypliwie)... w mojem towarzystwie. Nie udawaj, nie
udawaj, proszę cię, notoryczny chłopie z chłopów, że nie jesteś
ciekawy tej tam księżniczki.
KLENIEWICZ
O mały włos drgawek nie dostanę z ciekawości. Ale... Ta nasza
Smugoniowa dała mi od niechcenia do zrozumienia, że przyjaźni się z
ową księżniczką.
CIEKOCKI
Przyjaźni się z księżniczką...
tiens. A ona tam jest przed szkolą?
KLENIEWICZ
Kto?
CIEKOCKI
Ta, mówię, Smugoniowa...
KLENIEWICZ
Jest, Jasieniu, jest. Ale ty sobie po próżnicy złotej główki
Smugoniową nie zaprzątaj. Najprzód - to nie pasuje, żeby tu oczy
przewracać. To sobie wyperswaduj. W mieście możesz, a tu, uważasz,
panie profesorze, - nie. Zrozumiano?
CIEKOCKI
Te piękne, łagodne, powabne, pociągające oczy, rzeczywiście
smugoniowate, umieszczasz w budżecie swoich wakacyjnych
przyjemności? To należy do dziedziny twej antropologii?... Powiedz
no mi, Antoś.
KLENIEWICZ
Mój kochany... Oczy ma ładne i cała jest śliczności... Ale co z
tego? Żebyś ty był, albo żebym ja był podobny do tego Przełęckiego,
toby tam może i spojrzała w naszą stronę. Teraz to patrzy na mnie,
a widzi Przełęckiego, żeby stał za nią z tyłu, z boku, a nawet za
drzwiami.
CIEKOCKI
Robicie z Przełęckiego jakiegoś bożka, Apollina.
KLENIEWICZ
Ty Apollina, bracie, nie przypominasz, ani
en face ani z profilu.
CIEKOCKI
Nie mam pretensyi.
KLENIEWICZ
Słusznie... Nie koniecznie znowu trzeba być Apollinem, żeby
mieć jakie takie powodzenie...
CIEKOCKI
Chcesz się czemś pochwalić?
KLENIEWICZ
Pochwalić, nie pochwalić, ale mogę ci opowiedzieć, jeżeliś
ciekawy.
CIEKOCKI
No?
KLENIEWICZ
Jakeśmy byli, w Krasnojarsku i powstawało z nas, austryackich
poddanych i z Polaków rozpadającej się armii rosyjskiej wojsko
polskie, zdarzyło mi się, wiesz, mieszkać u jednej rodziny...
CIEKOCKI
Spiesz się, uważasz, z wyłuszczeniem perypetyj romansu, bo...
(wygląda oknem)... wszyscy tutaj idą.
KLENIEWICZ
(ze złością)
Zawsze, skoro tylko zacznę co ciekawego opowiadać, ktoś idzie,
wchodzi, przyjeżdża, odjeżdża, wychodzi... Do dyabła! Nie będę
gadał!
CIEKOCKI
Ależ mów, tylko że idą. To tylko chciałem...
KLENIEWICZ
(urażony)
Mogę nie mówić. Nic mi na tem nie zależy...
CIEKOCKI
Złą chwilę zawsze wybierasz, Kleniewicz. Wybieraj dobre chwile
do swych przechwałek.
KLENIEWICZ
Nie puszczam się na przechwałki. Zresztą nic ci nie mam do
powiedzenia.
CIEKOCKI
To masz coś do powiedzenia, to nie masz...
KLENIEWICZ
(zirytowany)
Daj mi święty pokój!
CIEKOCKI
Ano - trudno, zmuszać cię przecie nie będę do opowieści...
(Wygląda oknem) Księżniczka, księżniczka... Wielkie słowo, a to
jest poprostu, mój antropologu, podstarzałe pudełeczko... Idą
tutaj... Przełęcki peroruje...
(Dzieci ze szkoły wiejskiej śpiewają zgodnym chórem pierwszą
strofkę piosenki: "Uciekła mi przepióreczka w proso"...)
(Wchodzą - Wilkosz, Radostowiec i Małowieski).
KLENIEWICZ
(z ironią)
Panowie profesorowie przyjęli już jaśnie pannę?..
RADOSTOWIEC
Komedya! Słowo daję, że komedja...
ZABRZEZIŃSKI
Każą nam, profesorom uniwersytetu, ludziom poważnym witać jakąś
tutejszą arystokratyczną znakomitość, jak gumiennym, ekonomom i
fornalom z jej majątku.
WILKOSZ
Mogliście koledzy oprzeć się, nie pójść. Dla czegóżeście
poszli?
RADOSTOWIEC
Dla czegośmy poszli? Przełęcki kazał, więc poszliśmy.
CIEKOCKI
"Przełęcki kazał"... Nie rozumiem! My z Kleniewiczem nie
poszliśmy tam wcale i kwita! Cóż mnie mogą obchodzić życzenia, albo
rozkazy Przełęckiego.
(Smugoń wszedł, czegoś szuka na sali i znowu wyszedł).
KLENIEWICZ
Wogóle nie podoba mi się to burmistrzowanie Przełęckiego.
Przybiera tony jakiegoś nad nami rektora, czy dziekana.
CIEKOCKI
Nie chciałem mówić przy tym nauczycielu, Smugoniu. Trzeba
rozmówić się otwarcie, szczerze z Przełęckim.
KLENIEWICZ
Niech sobie sam skacze koło tej panny. A my co?
WILKOSZ
Ależ koledzy zapominają, dla czego on skacze...
RADOSTOWIEC
Nie zapominamy o niczem, ale niech też i Przełęcki raczy
pamiętać, kim jesteśmy.
ZABRZEZIŃSKI
I kim sam jest.
WILKOSZ
Nie robi przecie tych prysiudów dla osobistego, ani poziomego
celu.
RADOSTOWIEC
Niech sobie sam robi!
ZABRZEZIŃSKI
Tymczasem on najwyraźniej "rozkazał", powtarzam "rozkazał" i
mnie i Radostowcowi i naszemu historykowi, no i wam... (Do
Kleniewicza i Cichockiego) że mamy tę pannę poprostu emablować,
puścić w ruch najordynarniejszą karotę...
WILKOSZ
Koledzy raczą zwrócić uwagę... Cel jest niemały!...
(Wchodzi księżniczka Celina Sieniawianka, panna w pewnym wieku.
Za nią idzie Smugoń i Przełęcki).
KSIĘŻNICZKA
(spostrzega profesorów)
Ach, może przeszkadzamy!... Przepraszam.
PRZEŁĘCKI
Pozwoli pani przestawić sobie nasze "ciało".(Daje znaki
profesorom, żeby podeszli bliżej. Ci podchodzą, ociągając się). Oto
nasz geolog, doktór Radostowiec, o którym tyle...
RADOSTOWIEC
(Do Przełęckiego)
Co "tyle"?
(Kłania się księżniczce, ona uprzejmie podaje mu rękę).
PRZEŁĘCKI
Przewraca kamienie, pastwiska, podorywki, a szczególniej
wzgórza całej okolicy. Przynajmniej chce przewrócić wszystkie
ustalone o niej pojęcia tutejsze.
KSIĘŻNICZKA
Niestety, jesteśmy tutaj tak zacofani, że nawet ustalonych
pojęć w tej dziedzinie wcale nie posiadamy.
SMUGOŃ
(zcicha)
Sami nie wiemy, co posiadamy.
KSIĘŻNICZKA
Właśnie, właśnie!
RADOSTOWIEC
Nie sądzę, łaskawa pani, żeby tak źle było z tą okolicą. Co do
moich przewrotów, to mieszkańcy mogą być spokojni. Wszystko
zostanie na miejscu, kamienie, pastwiska, podorywki.
KSIĘŻNICZKA
A gdzież jest nasza kochana gospodyni, pani Smugoniowa? Bez
niej, jak bez słońca.
SMUGOŃ
Zajęta jest jeszcze wyprawianiem dziatwy. Zaraz tu będzie.
PRZEŁĘCKI
(pociąga Małowieskiego)
Doktór Józef Małowieski, botanik. (Księżniczka wita się z
Małowieskim) Doktór Kleniewicz, antropolog. (Ciekocki podchodzi do
księżniczki i przedstawia się).
CIEKOCKI
Jestem doktór filozofii Ciekocki, nauczyciel gramatyki.
KSIĘŻNICZKA
(uprzejmie)
Jakże jestem szczęśliwa, poznając panów, witając panów w tej
szkole...
(Wchodzi profesor Bukański)
PRZEŁĘCKI
Jeszcze tylko trzech z seryi najciężej uczonych. (Wskazuje)
Doktór Wilkosz, nasz sławny historyk...
KSIĘŻNICZKA
(zcicha)
Aa...
PRZEŁĘCKI
...który tyle narobił rumoru swemi odkryciami. Doktór Wilkosz,
wróg osobisty Czarnka z Jankowa, czy Janka z Czarnkowa... Czy to
nie jest, zaprawdę, szczyt, zenit nauki, wykazać takiemu z
Czarnkowa, który już ze czterysta lat leży sobie na cmentarzu, w
którem miejscu skłamał, a nawet dla czego? Tamten w grobie
przewraca się ze wstydu, ale za to prawda triumfuje.
WILKOSZ
(wita się z księżniczką)
Ostrożnie, ostrożnie, hołdowniku Einsteina.
PRZEŁĘCKI
Proszę pani, ci panowie rozpuszczający plotki o przeszłości,
albo demaskujący plotki plotkarzy z przed stu i dwustu lat, radziby
coś złośliwego powiedzieć także o Einsteinie. Ale - przykrótki
języczek! Pozwoli pani... właśnie... geograf Bukański. (Bukański
kłania się) A to doktór Zabrzeziński... niestety... historyk
sztuki.
ZABRZEZIŃSKI
(z uśmiechem)
Do usług.
PRZEŁĘCKI
On to właśnie "odkrył" Porębiany.
KSIĘŻNICZKA
Ach, więc to panu profesorowi zawdzięczamy te szczegóły o
naszej kochanej ruinie, te prawdziwe rewelacye, które mi w
krótkości powtórzył właśnie profesor Edward.
ZABRZEZIŃSKI
Pewnie wszystko poprzekręcał według swej zasady względności.
Porębiany same mówią za siebie każdym złomem ciosu, każdą skarpą,
sklepieniem, kształtem okna. Przepyszny zamek!
PRZEŁĘCKI
I taki oto zamek - w ruinie. O, losy, losy!
(Wchodzi Smugoniowa)
KSIĘŻNICZKA
A jest nasza pani Dorotka.
SMUGONIOWA
(wesoło)
Jestem.
PRZEŁĘCKI
No, to możebyśmy usiedli. Wprawdzie niema na czem...
SMUGOŃ
Zaraz, zaraz! Przyniosę krzesła od siebie. (Wybiega.
Profesorowie Wilkosz, Zabrzeziński, Radostowiec jeden przez
drugiego, zdejmują krzesło z katedry. Wilkosz podaje krzesło
księżniczce.
KSIĘŻNICZKA
(najuprzejmiej)
Dziękuję. Moglibyśmy tutaj w ławkach usiąść. Doprawdy wstydzę
się zabierać tego miejsca.
WILKOSZ
W ławkach... A tak, że to w szkole. Przed chwilą siedzieli
tutaj nauczyciele ludowi, nasi słuchacze...
KSIĘŻNICZKA
Właśnie to pragnęłam zobaczyć i usłyszeć, choćby przez szparkę
we drzwiach.
SMUGONIOWA
Czemuż to przez szparkę? Nasza droga księżniczka tyle opieki
roztacza nad tą szkołą, że jako honorowej opiekunce, należy jej się
honorowy udział w kursach.
KSIĘŻNICZKA
Pani Smugoniowa po przyjacielsku wywyższa moje zasługi wobec
panów profesorów - i to tak szczodrze, że gotowi pomyśleć...
SMUGONIOWA
Wywyższam? Broń Boże! Rząd ani w części nie może łożyć na to
wszystko, co w szkole posiadamy. Wszystko to mamy od księżniczki.
Przecież to prawda.
(Smugoń przynosi trzy krzesła. Zebrani siadają na krzesłach i na
ławkach szkolnych).
SMUGOŃ
Śmiało można powiedzieć, że drugiej takiej szkoły w Polsce
niema. A wszystko to dzięki naszej księżniczce. Sprzęty, pomoce
szkolne, bibljoteka, opał, remont budynku, nie mówiąc już...
SMUGONIOWA
Każda choinka, każde święta...
KSIĘŻNICZKA
Chciałam dowiedzieć się czegoś nowego, a państwo obydwoje
częstują mnie dawno znanemi szczegółami...
PRZEŁĘCKI
Nowego! Oczywiście! Nowego! "Dalej z posad, bryło świata,
nowemi cię pchniemy tory"!
RADOSTOWIEC
(Do Zabrzezińskiego)
Zaczyna się robota.
ZABRZEZIŃSKI
(do Radostowca)
A niech odstawia swoją sztukę. Mogę posłuchać.
KSIĘŻNICZKA
Więc w tym roku kurs wykładów dla nauczycieli ludowych trwać
będzie taksamo, jak w zeszłym, - pięć tygodni?
PRZEŁĘCKI
Pięć tygodni i oha! - jak tutaj mówi się o długich drogach.
Prawda, Ciekocki, że tak się mówi?
CIEKOCKI
Mów, jak ci serce dyktuje.
KSIĘŻNICZKA
Ciekawa jestem, czy też w tym roku ilość słuchaczów powiększyła
się?
PRZEŁĘCKI
Bardzo. Musieliśmy ograniczyć ilość przyjętych.
SMUGONIOWA
Zgłoszeń mieliśmy ogrom.
SMUGOŃ
Z całej naszej prowincyi koledzy pospieszyli ze
zgłoszeniami.
PRZEŁĘCKI
Gdzieżbyśmy mogli pomieścić tylu ludzi?
SMUGONIOWA
Teraz mieszczą się w chłopskich izbach, jak mogą. Ale wieś jest
literalnie przepełniona.
KSIĘŻNICZKA
Jakie to jest doniosłe zjawisko! Jakie to piękne dzieło!
PRZEŁĘCKI
Tak...
KSIĘŻNICZKA
Mój Boże! Ileż można zrobić, - poprostu, - ot, z niczego! Rzecz
znakomita, utkana z zapału. Już zeszłoroczne rezultaty kursu były
olśniewające, a oto w tym roku sprawa tak się rozwija.
PRZEŁĘCKI
(cicho, ale tak, że wszyscy słyszą)
Mamy takich prelegentów, jak nasi znakomici profesorowie.
Przecież to jest elita! Kamień-by zaczął słuchać, gdyby miał uszy,
paskarz-by się roztkliwił.
KSIĘŻNICZKA
Chciał pan profesor powiedzieć: tak zwana księżniczka
wzruszyłaby się i przejęła entuzyazmem...
SMUGOŃ
(zgorszony)
Jakże można! Cóż za porównanie!
PRZEŁĘCKI
Prawdę mówię, choć mi to nie łatwo przychodzi w oczy kolegów
chwalić...
CIEKOCKI
Niepotrzebnie się kolega tak fatyguje. My jesteśmy ludzie
niewdzięczni.
PRZEŁĘCKI
Z własnej chęci nigdy się nie zagłębiałem w arkana gramatyki.
Wyznaję ze wstydem i skruchą, że dla mnie przyimek i przysłówek to
było niemal to samo. Jednego dnia byłem tutaj w sieni, gdy się
odbywał wykład profesora Ciekockiego. Drzwi były otwarte. Profesor
opowiadał właśnie nauczycielom o zaimku...
CIEKOCKI
Proszę cię, panie doktorze Przełęcki! Co to ma do rzeczy?
KLENIEWICZ
W istocie...
PRZEŁĘCKI
Zaraz. Mam w tej chwili głos, a jeszcze nie skończyłem.
CIEKOCKI
Nie rozumiem... I doprawdy!...
PRZEŁĘCKI
Jakże się nasz językoznawca zaczął unosić nad tem szczęściem,
nad tym darem losu, że my oto posiadamy zaimek! Jakże nie zacznie
wychwalać tego zaimka za to, że nie potrzebujemy powtarzać
dziesięć, albo i sto razy tego samego rzeczownika, ale możemy go
chytrze zamienić zaimkiem! Jakże nie zacznie wychwalać tych
rozmaitych zaimków za ich zasługi!
CIEKOCKI
To jest dowcipne - prawda? To dowcipne?
PRZEŁĘCKI
Zstąpił z tej oto katedry, wszedł między nauczycieli i przejął
ich takim szałem uwielbienia najprzód dla zaimków jakichś
osobowych, później dla zwrotnych a gdy doszedł do dzierżawczych,
słuchacze szaleli gromadnie ze szczęścia. O mało nie płakali całym
tłumem wraz ze swym mistrzem...
SMUGONIOWA
Pan profesor Przełęcki, tak to dziwnie tutaj przedstawił...
Tymczasem pan profesor Ciekocki budzi rzeczywiście zachwyt swemi
wykładami pospolitej, nieefektownej gramatyki.
CIEKOCKI
(kłania się Smugoniowej)
Pani!
SMUGONIOWA
Jest to właściwie wykład wiedzy o naszym języku. To czegoby
nikt nie dokonał, osiągnął właśnie nasz profesor Ciekocki: pobudził
nauczycieli ludowych do studjów samodzielnych, do pracy nad
mową...
SMUGOŃ
(z zapałem)
Cóż dopiero, gdy przychodzą wykłady i dyskusye o gwarze
tutejszej i gwarach innych!...
CIEKOCKI
(do Przełęckiego)
Czy to ja mam ci się wywdzięczyć kontr-odą na cześć twoich
wykładów, znakomity fizyku, o ostatnich figlach i sztuczkach, o
różnych tam telefonach bez drutu, fotografiach na odległość, o
relatywizmie...
PRZEŁĘCKI
Nie teraz! Kontr-oda nie teraz. W przyszłości. Wydam w tej
sprawie specyalne orędzie.
WILKOSZ
(zcicha)
Co prawda - jeszcze ci słuchacze nie bardzo się otrzaskali z
systematem starego Kopernika, aż ci tu wali się na nich ów
relatywizm...
PRZEŁĘCKI
Niestety! Niestety! Nie mam tutaj laboratoryum, nie mam
najprostszych najzwyklejszych narzędzi. Jestem ubogi w przyrządy,
jak Kopernik, albo jak Galileusz.
ZABRZEZIŃSKI
Chciałeś kolega powiedzieć, jak galicyanin?...
PRZEŁĘCKI
Nie, chciałem w skromności mej powiedzieć, jak Galileusz.
ZABRZEZIŃSKI
Jesteś kolega za skromny. To nie zdrowo.
WILKOSZ
Do dzieła, koledzy! Do dzieła!
PRZEŁĘCKI
"Do dzieła" - powiada nasz dziejopis. Dobrze!
KSIĘŻNICZKA
Ułatwię panom początek, który jest zawsze i wszędzie
najtrudniejszy. Chodzi o zamek, o Porębiany?
PRZEŁĘCKI
O Porębiany, złota księżniczko! O Porębiany.
KSIĘŻNICZKA
A więc - do dzieła!
PRZEŁĘCKI
Nasz znakomity historyk Wilkosz ma głos.
WILKOSZ
"Wilkosz ma głos"... Tak. Głos. Cóż to chciałem powiedzieć?
Prastare gniazdo. Mocny Boże - Porębiany! Kolega Zabrzeziński badał
ruinę po swojemu, ze znawstwem, którego mu śmiertelny wróg nie
odmówi. Zapewnia nas o czternastym wieku...
ZABRZEZIŃSKI
Tak, to murowana prawda. Mówią ją fundamenty i skarpy
zamczyska.
WILKOSZ
Nie o to chodzi! Nie o to! Ja wam dam, jeśli chcecie, tysiące
dowodów, że na miejscu tych murowanych ścian i skarp stało gniazdo
o dwa wieki starsze.
ZABRZEZIŃSKI
Tego nie wiem. To do mnie nie należy.
WILKOSZ
Porębiany - toż to jest dworzyszcze, leśny zamek tego wisusa i
- żal się Boże! - biskupa, Pawła z Przemankowa.
PRZEŁĘCKI
Ciekawe: biskupa, a zarazem wisusa.
WILKOSZ
Wiadoma rzecz. Nie o tem mowa. Ależ co za postać, co za figura,
co za przepyszny pan owych czasów! Zjeżdża do tego uroczyska w
olbrzymiej, niezbrodzonej puszczy, otoczony szczwaczami,
strzelcami, siłaczami leśnymi, walecznym ludem myśliwców na
niedźwiedzie, na wilki, na łosie, otoczony zgrają pochlebców,
błaznów, wesołków, śpiewaków, oraz mniej ciekawem towarzystwem
przyjaciółek...
PRZEŁĘCKI
Paweł z Przemankowa! Świetny egzemplarz tamtych czasów,
niestety, minionych. Kolega Zabrzeziński ma głos.
WILKOSZ
Jeżeli się przypatrzeć tym czasom, wmyśleć się, wgryźć w tamte
obyczaje... Zobaczyć ich tutaj wśród puszczy szumiącej, na łowach
dzikich, jak owe knieje, wśród uczt, podczas hulatyk
niesłychanych...
PRZEŁĘCKI
(grzecznie)
Przepraszam... Właśnie kolega Zabrzeziński...
WILKOSZ
A... Kolega Zabrzeziński... Proszę, proszę...
ZABRZEZIŃSKI
Porębiany - przepyszna, olbrzymia, kazimierzowska skorupa! Na
dziesięć mil, wokoło widać ją, jak na dłoni. Każde dziecko z
najodleglejszych wsi wskazuje paluszkiem na wyniosłą górę i ten
dziwaczny poszczerbiony, groźny szczyt i mówi: oto są Porębiany. To
siedlisko nietoperzy, sów i jaszczurek...
PRZEŁĘCKI
Doskonale powiedziane: siedlisko nietoperzy, sów i
jaszczurek... To właśnie!
SMUGONIOWA
Widok z narożnej, kwadratowej baszty nie da się z niczem
porównać! Cały kraj pod nogami, lasy, rzeki, miasteczka, wsie...
Zdaje się, że, jeśli wzrok natężyć, toby się Warszawę
zobaczyło...
KLENIEWICZ
(do Smugoniowej)
A czyż pani spoglądała kiedy na kraj ze szczytu tej wieży?
SMUGONIOWA
Nieraz. My tutaj mamy tak mało rozrywek...
KLENIEWICZ
Że trzeba dorabiać je sobie na zasadzie teoryi -
nieprawdopodobieństwa. Współczuję pani.
SMUGONIOWA
Pan profesor ma dobre serce.
WILKOSZ
(do księżniczki)
To wielkie szczęście, pani, posiadać Porębiany.
KSIĘŻNICZKA
Szczęście? Posiadanie nie jest szczęściem. Właściwie, - dopiero
uświadomienie sobie ogromu braków jest jakąś postacią posiadania.
Ja tyle razy błąkałam się po ruinie Porębian, patrzyłam na nie - i
nic w nich nie widziałam nadzwyczajnego. Ot - ruina. Miejsce do
samotnych rozmyślań. Dopiero teraz dowiaduję się, czem one są w
istocie.
MAŁOWIESKI
Doskonale to pani ujęła. Zrozumienie wartości jest dopiero
bogactwem. My tu wszyscy jesteśmy takimi właśnie magnatami. Widzimy
w tem starem zamczysku skarb bez ceny, ponieważ go nie posiadamy. A
pani nic w niem nie dostrzega?
KSIĘŻNICZKA
Przeciwnie, dostrzegam. Teraz dostrzegam. Od czasu gdy
wysłuchałam w mieście szeregu odczytów profesora Przełęckiego o
regionalizmie, o konieczności organizowania nauczycielskich kursów
wakacyjnych, oczy mi się otworzyły.
KLENIEWICZ
A więc o cóż chodzi? Mówmy otwarcie. Jesteśmy ludźmi jednego
ducha. Gdyby nasz zespół, pracujący tutaj w lecie z tak dobrym
rezultatem, posiadł ten stary, nieużyteczny zamek, - gdybyśmy się
mogli tam roztasować...
PRZEŁĘCKI
Przedewszystkiem - tam zmieściliby się wszyscy nauczyciele
ludowi naszej prowincji... Mogliby mieć w porze letniej za darmo
pomieszczenie i noclegowisko podczas kursu.
SMUGOŃ
A, - znakomicie, w tych dolnych salach! Znakomicie!
RADOSTOWIEC
W jednej z mnóstwa tych pustych jam, a z czasem, kiedyś, sal
założyłoby się laboratoryum i muzeum geologiczne tej okolicy.
Ludzie zwiedzający nauczyliby się patrzeć na rzeczy, rozumieć te
bezcenne wartości, po których depcą bezmyślnie, albo które niszczą,
jak wandale.
MAŁOWIESKI
Oczywiście. Bez wielkiego trudu mógłbym w sąsiedniej sali
urządzić stacyę naukową botaniczną, nawet praktycznie rolniczą,
wystawę stałą okazów i wzorów...
KLENIEWICZ
Małą jakąś izdebkę dla antropologa! Małą, najgorszą, choćby w
tej narożnej, kwadratowei wieży, gdzie pani Smugoniowa chodzi
marzyć o Warszawie.
SMUGONIOWA
Ja nie marzę o Warszawie!
PRZEŁĘCKI
Będzie, będzie! Wszystko będzie. Następny! Doktór Ciekocki ma
głos.
CIEKOCKI
Nie wymagam wiele. Ale muszę mieć widną salę do ustawienia
skrzynek z katalogami gwarowemi tej ziemi. Od tego nasz regionalizm
musi zacząć. W tejże sali, właśnie w tejże sali, nie gdzieś tam, na
jakiemś piętrze, chcę prowadzić wykłady i rozmowy ze słuchaczami,
których do rzeczy zapalę. Moja z nimi nauka musi polegać na
wykładzie metody zbierania, na umiejętnym i planowym
sposobie...
PRZEŁĘCKI
Wiem, naturalnie, ależ tak! Na sposobie zbierania
gadania...
CIEKOCKI
Przepraszam. Muszę wyjaśnić...
PRZEŁĘCKI
Przepraszam, ale mówi sam Wilkosz. No, historyk i geograf nic
osobnego nie dostaną! Do sali bibliotecznej! Tę salę sobie
fundniemy, zabierając z okolicy bez pardonu, co tam gdzie jeszcze
gnije po strychach, po lamusach i starych dzwonnicach.
WILKOSZ
Akurat! Zaraz, zaraz! Nie tak znowu obcesowo. Jeżeli o tem
mowa, to tutaj właśnie, dla tej okolicy powinny być zostawione w
celu ich wystawienia w specjalnych gablotach akty i dyplomaty,
które się jej tyczą. Nic tak nie zachęca obywatela do czci, do
studyów przeszłości, jak widok prastarego zabytku z jego okolicy
rodzimej.
ZABRZEZIŃSKI
To jest prawda.
PRZEŁĘCKI
Kolega Zabrzeziński otrzyma wszystkie wolne, widne
korytarze...
ZABRZEZIŃSKI
Co takiego? Korytarze?!
PRZEŁĘCKI
Tam porozwiesza swe widoki, przekroje, rzuty co
najwilgotniejszych piwnic, ruder i ułomków... No, kto
jeszcze?...
SMUGONIOWA
Jeszcze pan profesor.
PRZEŁĘCKI
Jeszcze ja. Otóż - nie żądam ci ja wiele, ale biorę poniekąd
wszystko. Taki jest mój los fizyczny. Jeszcze ja. Otóż - nie żądam
ci ja wiele, ale biorę poniekąd wszystko. Taki jest mój los
fizyczny.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.