Chłopiec z Jante
W Jante znajdowała się fabryka, więc w mieście mieszkało dużo robotników. Było to na wskroś ubogie miasteczko, i to od zawsze, co potwierdza statystyka. Położenie nie zapewniało mu żadnych większych możliwości. Ale pod względem ekonomicznym Jante utrzymywało się w pewnym sensie stabilnie na swoim naturalnym poziomie. Hierarchią w mieście nie wstrząsały ani dobre, ani złe czasy. Koniunktura odzwierciedlała się jedynie w obojętnych dla reszty mieszkańców wzlotach pojedynczych osób i następujących po nich bankructwach. Jante to miasto dla skromnych, ciężko pracujących ludzi. Jest pięknie położone, chociaż dość nisko, więc jesienią niektóre jego części bywają zalewane. Otoczenie miejscami jest naprawdę bardzo piękne - uśmiechnięty, zmienny krajobraz.
Wiem, że miasto właśnie tak wygląda. To obiektywny opis, mniej więcej taki, jaki powinien zostać zamieszczony w przewodniku, nawet bez ulegania agitacji towarzystwa turystycznego i bez oglądania się na nastroje poszczególnych osób. Ale dla mnie to najbardziej szare miejsce na świecie. Dla mnie to miasto jest czymś zupełnie innym, a mianowicie moim prywatnym stosunkiem do wielu postaci. Gdybym wychował się w Arendal albo w Jönköping, ale wśród tych samych ludzi, moje uczucia wobec tych miast byłyby przypuszczalnie takie same.
Ulicami Jante chodził codziennie przez wiele lat dokładnie o tej samej godzinie mój ojciec. Musiałem opisać miasto teraz, kiedy wspominam ojca. W dzieciństwie brałem go za rękę i odprowadzałem kawałek, do rogu ulicy. Tam ojciec mnie puszczał i znikał, daleko w głębi drogi, przy której stał nieduży żółty dom, uważany przeze mnie wtedy za koniec świata. Koło żółtego domu ojciec skręcał w lewo i pochłaniała go tajemnica wielkiego świata. Z wielkością świata nie mogłem się mierzyć i czułem przerażenie na myśl o czasie, kiedy sam będę chodził tak daleko. A przecież istniało coś jeszcze dalej. Starsza siostra była na służbie w innym mieście, daleko, daleko. Gdy o tym pomyślałem, musiałem stanąć spokojnie, żeby się zastanowić.
Dochodzę do czegoś, czego nigdy nie da się przekazać tak, aby obraz był dostatecznie wyraźny. To widok mojego ojca na ulicy. Ojciec nie był wysoki, a w dodatku nieco się garbił. Jego chód nigdy się nie zmieniał, ojciec zawsze chodził w takim samym tempie, stawiał takie same kroki, tak samo poruszał rękami. Przychodził i odchodził, przychodził i odchodził, i w ten sposób przeszedł trzydzieści lat. Tak chodzili robotnicy z Jante, te same twarze, rok po roku, a w ślad za nimi ich synowie. Gdy któryś ze starych odpadał, jego synowie już od kilku lat nabierali odpowiednich zwyczajów. Tam i z powrotem to taka sama droga! Jakże w późniejszych latach podziwiałem mojego ojca i innych za to, że mieli siłę! Jako chłopiec myślałem: Że też wam się chce, ja nigdy z wami nie pójdę! Ale wspominając, nabrałem pokory wobec tej bezgranicznej cierpliwości. Istnieli ludzie, którzy chodzili tak do ciężkiej pracy w fabryce i z powrotem przez blisko pięćdziesiąt lat, przez całą młodość, wiek męski i starość, dopóki nie padli, a ich nazwiska nie wydrukowano w gazecie. Czy kiedykolwiek się nad tym zastanawiali? Gdy wyobrażam sobie ów pochód pokoleń idący przez Jante, to mimo wszystko nie potrafię stłumić protestu, będącego zapewne dawnym lękiem przed tym, że sam tak skończę: To przecież człowieczeństwo skamieniałe! To człowiek w państwie mrówek, likwidacja jednostki, szara mechaniczna masa żyjąca dla dobra martwej fabryki. To dokonywany przez formę podbój życia, triumf mrowiska nad mrówką.
Mimo to widzę mojego ojca na ulicy jako element maszyny, który jednak miał własne życie. Miał. Fabryka nie zdołała zabić jego duszy. Był najlepszym i najmądrzejszym człowiekiem, jakiego spotkałem w Krainie Baśni, obdarzonym łagodnością tak wielką, że wciąż w moich najlepszych chwilach pozostaje dla mnie wzorem.
Trudne może być wyjaśnienie, z jakiego środowiska się wywodzę, chyba najbardziej pasowałoby określenie "proletariat", ale ono stało się etykietą polityczną.
Było nas dziewięcioro rodzeństwa, lecz nigdy nie mieszkaliśmy w domu równocześnie, najstarsi opuścili gniazdo, zanim najmłodsi się urodzili. Za moich najwcześniejszych lat ojciec zarabiał dziewięć koron tygodniowo, później jego pensja wzrosła do osiemnastu koron.
Mówi się, że w tamtych czasach wszystko było o wiele tańsze, a ludzie skromniejsi. To ostatnie ma związek ze stale powtarzającymi się przechwałkami, jak niewiele dawniej ludziom wystarczało do przeżycia. To jedno z tych haniebnych twierdzeń, którymi ubodzy sami siebie dobijają - zachwalanie tego, czego niesprawiedliwość powinno się podkreślać właśnie z uwagi na własne dzieci. Teraz znów plecie się o umiarkowaniu, co zresztą można sobie darować, bo obecnie mało jest rzeczy, z których można korzystać bez umiarkowania, podczas gdy planeta jest tak obciążona nadmiarem wszelkiego rodzaju towarów, że o mało nie wypadnie ze swej orbity.
No ale ceny też były chyba niższe? Nie zamierzam zarzucać cię liczbami, lecz w stosunku do pensji ceny były wysokie. W czasie gdy ojciec zarabiał dziewięć koron tygodniowo, rodzina mieszkała w ponurej norze, którą miałem okazję oglądać później, roczny czynsz wynosił siedemdziesiąt koron, a piec musiał lokator załatwić sobie we własnym zakresie. Sam możesz obliczyć, ile zostawało na opał, żywność i odzież po opłaceniu komornego, podatku, kasy chorych, akuszerki i pastora. Możesz zresztą w rachunkach uwzględnić, że czas pracy wynosił dwanaście godzin.
Ale i tak żyło się nam lepiej niż wielu innym, którzy musieli wyprawiać się w trudną drogę do opieki społecznej. Ojciec nigdy nie był bezrobotny, a matka potrafiła dużo wyciągnąć z dwóch ?re. Większość nocy do godziny drugiej albo i do trzeciej spędzała z igłą w ręku, pochylona nad naszymi ubraniami.
Aby samemu sobie nie przeczyć, nie będę twierdził, że w dzieciństwie czułem się biedakiem. Żadną miarą. Jedną z przyczyn zapewne było to, że niemal wszyscy, których znaliśmy i którzy mieszkali w pobliżu, żyli w takich samych lub w jeszcze gorszych warunkach. Ale patrząc głębiej, chodziło o to, że podziwialiśmy ojca i nawet nam się nie śniło, że on może być biedny. Przeciwnie, często padały stwierdzenia o "nieszczęsnych biedakach" - w domyśle pozostawało, że my nimi nie jesteśmy. Dopiero gdy miałem około dwunastu lat, zaczęło mi się rozjaśniać w głowie, częściej wychodziłem z domu, zdobywałem zatem więcej materiału do porównania. Wówczas moje myśli bardziej się rozszczepiły, bo nie potrafiłem zrezygnować z wyobrażenia o tym, że ojciec jest wielkim, znaczącym człowiekiem. To, że jesteśmy proletariuszami, odkryłem dopiero wtedy, gdy już nimi nie byliśmy w pełnym znaczeniu tego słowa, nosiliśmy jednak wszelkie stygmaty proletariatu, znaki, które miały decydujące znaczenie dla mojego życia. Piętno niewolnika tkwi w duszy tak mocno, że z całą pewnością nie ma większego znaczenia, czy jest się czarnym na zewnątrz, jak niewolnicy amerykańscy - kolor skóry nie jest absolutnie konieczny, aby móc złapać takiego, który uciekł. Bez względu na rasę niewolnik i tak się zdradzi, gdy tylko zbliży się do ludzi. Opowiadają, że kiedy dawniej w Australii chciano sprawdzić, czy ktoś nie jest zbiegiem z kolonii karnej, potrząsano tuż przy nim łańcuchem. Byli więźniowie przeżywali taki szok, że natychmiast się ujawniali. Kipling opisuje pewną historię o Angliku, który wrócił z zesłania na Syberię, a wiele lat później rozpłakał się i padł na kolana, gdy usłyszał rozkaz wydany po rosyjsku.
Ja ciągle się trzęsę, kiedy tylko usłyszę pobrzękiwanie łańcucha Jante, i odwracam się jak wściekły pies. Tak zachowują się również ci wciąż skuci tym łańcuchem, lecz oni sądzą, że właśnie tak powinni zachowywać się ludzie, i nie mają świadomości istnienia łańcucha. Wielu z tych, którzy usiłują sobie wyrobić nazwisko jako poeci proletariatu, to właśnie tacy ludzie - strasznie się szarpią na łańcuchu i kąsają na oczach lekko zalęknionej widowni, która najpierw badawczo przygląda się łańcuchowi, a później ze spokojem przyjmuje rozrywkę.
Gdy dochód rodziny zapewnia wyłącznie minimum egzystencji, potrzeba bezgranicznej cierpliwości. Jedna stracona tygodniowa wypłata lub jakiś wypadek i rodzina wpada w beznadziejne długi albo głoduje.
Pewnego razu przed świętami przyszedł do ojca jego majster - nazywał się Sandness - i okazywał mu wielką życzliwość. Czy ojcu nie potrzeba czegoś w gospodarstwie, trochę fajansów czy czegoś podobnego? Owszem, ojciec przyznał, że różne rzeczy by się przydały. Majster zaproponował wtedy, aby matka poszła do sklepu i kupiła towarów za dziesięć koron, miała powiedzieć, żeby rachunek wysłali Sandnessowi, bo przecież idą święta, więc ludzie powinni troszczyć się o siebie nawzajem. Ojciec dziękował, a matka bardzo się ucieszyła, włożyła swoje najlepsze ubranie i odważyła się iść z dziękczynną wizytą do Sandnessa, który machał ręką i wypinał pierś, doprawdy, przecież są święta, trzeba zatem bodaj odrobinę myśleć o biedakach. Matka, wróciwszy ze sklepu, pokazała nam, co kupiła, ten wieczór był bardzo radosny. Najwspanialszą niespodziankę zostawiła na koniec - zrobiła zakupy tylko za osiem koron, Sandness z pewnością więc zrozumie, że wie ona co nieco o przyzwoitości -.
Po świętach Sandness co tydzień odciągał ojcu od wypłaty jedną koronę, dopóki tych osiem koron nie zostało spłaconych. Najgorsze w tym było chyba to, że zachwiał budżet rodziny na długi czas. Matka musiała nieźle się nagłowić, aby przez dwa miesiące równo rozkładać stratę, oszczędzając na jedzeniu. Ponad trzy lata ukrywała rzeczy z podarku od Sandnessa.
Ojciec wiedział, że nie ma żadnych praw. Gdyby zaczął się burzyć, straciłby pracę, a majster powiedziałby, że udzielił jedynie gwarancji na te pieniądze. Sandness słyszał coś o filantropii, lecz gdy świąteczne świece się wypalą, nadciąga szary styczeń i gdzie się wtedy podziewa Zbawiciel, którego nadejście ogłaszano w grudniu?
Nie da się teraz stwierdzić, co myślał ojciec, lecz sądzę, że nie miał odwagi dostrzec podłości w całym jej wymiarze, bo wówczas raczej nie opowiadałby o tym swoim dzieciom. Miałem jakieś osiem-dziewięć lat, gdy usłyszałem o tym zdarzeniu, i wyobrażałem sobie, jak matka idzie dziękować Sandnessowi. Ciężko przeżyłem to, że tak krwawy wstyd padł na nią i na ojca, na nas wszystkich. Z powątpiewaniem patrzyłem na ojca i czułem, jak mocno bije mi serce: Jak on się na to godził?
Jedyną rzeczą, jaką mam z domu rodziców, jest niewielki półmisek, cząstka podarku od starego Sandnessa. Jest dość ładny, często biorę go do ręki i myślę o matce, która przez lata dotykała go wiele razy w ciągu dnia. Stał się relikwią, jak pryzmat skupia coś w sobie, cienie ubogich, skromnych ludzi, którzy zginają kark i cierpią, przestrzegając wszystkich tych praw, w których pobliże się ich przywiedzie.
Innym razem ojcu zaproponowano pracę na akord, kilkuset małym metalowym częściom należało nadać określoną formę, Sandness miał płacić pół ?re od sztuki. Ojciec poprosił dwóch moich starszych braci o pomoc i w świetnych humorach pracowali przez cały wieczór od siódmej do dwunastej, zarabiając na tym półtorej korony. Ale dzień później Sandness wybuchł. Półtorej korony w jeden wieczór! Zapłacę ćwierć ?re za sztukę i niech się pan cieszy.
Ojciec dostał siedemdziesiąt pięć ?re. Tego wieczoru jednak powiedział do nas coś dziwnego: Wydaje mi się, że Sandness nie jest mądrym człowiekiem. Wyliczył, że opłaca się dać mi pół ?re za sztukę - i gdybym mógł zrobić tysiąc sztuk w ciągu dnia, to oczywiście nieźle bym się naharował. Ale ogień na palenisku i tak musi płonąć cały czas, bez względu na to, czy zarabiam dużo, czy mało, tyle samo węgla potrzeba niezależnie, czy zrobię sto sztuk, czy tysiąc. Dlaczego więc on tak się boi zrobienia tysiąca?
Sposób myślenia ojca podzielał w tym samym czasie inny człowiek, w Ameryce. Raczej na tym nie stracił. Ale stary Sandness nie był Fordem.
Ojciec nie był zbytnio pokrzywdzony przez los, mając takiego pracodawcę jak Sandness, wielu wręcz zazdrościło mu miejsca zatrudnienia. Miał też wyjątkowe szczęście, bo po śmierci majstra tylko on mógł dalej prowadzić firmę. Ale przyszło to za późno, stanowczo za późno.
Rozumie się samo przez się, że w domu nie zaznaliśmy luksusu, a poza wszystkim określenia "luksus" często używa się kompletnie bez sensu. Nie wiem, gdzie przebiega granica luksusu. U nas luksusem były naleśniki i kisiel owocowy. To było jedzenie urodzinowe, o którym zaczynaliśmy marzyć wiele tygodni wcześniej. W kwestii uczt najlepiej pamiętam dzielenie cotygodniowej kiełbasy za dziesięć ?re, nazywała się krucha, a jej cenę podniesiono później do dwunastu ?re. Miała długość sześciu cali[2], a średnicę jednego, teraz wydaje mi się dość podejrzana z uwagi na dziwnie ostry smak. Jej niezwykle ważnym składnikiem był z pewnością kwas siarkawy, a Bóg jeden wie, co zawierała poza nim. Nie odrywaliśmy oczu od noża w ręce matki! Ojciec dostanie końcówkę, bo on pracuje, tak brzmiało jej stałe oświadczenie. Ponieważ każda kiełbasa ma dwie końcówki, ta druga niezmiennie stwarzała okazję do wymiany zdań i zawsze ktoś odchodził od stołu z przekonaniem, że został poważnie oszukany. Matka brała trzy czwarte cala kiełbasy jak wszyscy pozostali, ale go nie zjadała. Wieczorem było z tego po plasterku o grubości papieru dla każdego, na smak, jak mówiła, umieszczając plasterek na środku kromki razowego chleba.
Kiedy ojciec opowiadał o skromności za dawnych dni, miał zawsze na myśli obecne pławienie się w luksusie. W jego rodzinnym domu głód był stałym gościem, a kiełbasa się nie pojawiała. Przed opuszczeniem domu o cukrze lub żywności zawierającej cukier jedynie słyszał. Podobnie było u mojej matki, a więc znali to oboje. Matka jednak odcięła się od swojego dzieciństwa, nigdy więc nic o nim nie mówiła. Nie dawało się z niej wyciągnąć ani słowa o tamtych czasach, z wyjątkiem jednego zdarzenia: W pewien bożonarodzeniowy poranek trzyletnia siostra matki została sama w domu i chciała wspiąć się do dymnika. Mieszkali w niewielkiej jednoizbowej chacie, w której była dziura w dachu nad paleniskiem. Ta siostra miała na imię Ingebj?rg. Spadła z dymnika do kotła z gotującą się wodą, babcia znalazła ją przewieszoną przez brzeg. Przez trzynaście dni Ingebj?rg cierpiała męki, zanim Pan Bóg wreszcie wysłuchał modlitw babci i zabrał dziecko do siebie. Odwiedziłem to miejsce, ale teraz wszystko bardzo się tam zmieniło. Matka wyszła w świat i za życia swoich rodziców nie wróciła do domu.
To dziwne, że wszystkie dzieci rodzeństwa mojej matki trzymają się co najmniej stuletniej tradycji rodzinnej. Podobnie jest z dziećmi rodzeństwa mojego ojca, z jednym wyjątkiem, który bardziej przypomina myśl niż rzeczywistość: Najmłodszy brat ojca ożenił się z dziewczyną ze Szwecji. Jego dzieci wyłamały się z tego kręgu. Również ojciec przywiózł sobie dziewczynę z innego kraju: jego dzieci wyłamały się z kręgu. Ale wszyscy inni, zarówno po stronie ojca, jak i matki, żenili się z podobnymi sobie i wszystkie dzieci zginały kark pod prawem Jante.
W dzieciństwie nigdy nie głodowałem. Doszło do tego, dopiero gdy sam mogłem sobie za to podziękować. Z całą pewnością jednak z odżywianiem nie było dobrze. Nie dawało się nad nami zapanować wśród obcych, gdy zobaczyliśmy jedzenie różne od znanego nam z domu. W dzieciństwie kradłem artykuły spożywcze, lecz nie z powodu tego bardzo wąskiego pojęcia, które określa się głodem - chociaż czym jest głód? Czy oznacza jedynie pusty żołądek? Kiedy kobieta w ciąży zajada się wapnem i węglem, to przecież dlatego, że tego potrzebuje, jest zatem głodna, ale nie ogólnie, tylko, można rzec, częściowo.
Brzuch nie był więc moim bogiem, jak napisano w Piśmie. Mój stosunek do jedzenia wyglądał mniej więcej tak: Oprócz tego, że musieliśmy je zjadać, to również o nie konkurowaliśmy, nikt nie mógł dostać czegoś, czego nie dostawali inni. A bez jedzenia człowiek nie czuł się dobrze. Ale żywność ciążyła w żołądku, po jedzeniu człowiek czuł się ospały i wzdęty, miał lekkie zawroty głowy i ulewało mu się przy odbijaniu. Przyjemność jedzenia była pojęciem wymyślonym przez nauczycielkę, pannę Nibe, która nas przed tym ostrzegała. Uważam jednak, że to, iż jedzenie nam smakuje, jest po prostu rozwiązaniem praktycznym, dzięki temu mamy możliwość skupienia się na innych rzeczach. Kiedy z rzadka wpadła nam w ręce jakaś moneta, kupowaliśmy przedziwne rzeczy. Jeden z moich braci przepuścił swoje dwu?rówki na cynamon.
Moje największe związane z jedzeniem przestępstwo z tamtych czasów nie miało w sobie, o dziwo, żadnej nieuczciwości, lecz przypisałem sobie przez nie wielkość, czego później się wstydziłem. Zjadłem całą kruchą kiełbasę zupełnie sam, zarówno zgięcie, jak i oba końce. Zdarzyło mi się znaleźć dziesięcio?rówkę na ulicy i z sercem w gardle poszedłem do rzeźnika, gdzie dokonałem zakupu całkowicie prywatnej kiełbasy. Ukryłem ją pod bluzą i pobiegłem do lasu, tam się schowałem i przez długi czas przyglądałem się swojej zdobyczy, pełen podziwu dla samego siebie i wyrzutów sumienia, ponieważ tej kiełbasy naprawdę miałem z nikim nie dzielić. Ach, jakże ucieszyłaby się z niej matka - ale nie, ani za dziesięć, ani za dwadzieścia ?re nie zamierzałem okazywać się szlachetny: ta kiełbasa była moja i tylko moja. Zamyślony odgryzłem końcówkę, a potem jadłem dalej. Wstyd wirował mi w głowie, ileż by z tego było plasterków, i jeszcze obiad dla ośmiu osób! Ale przed oczami jaśniało mi jak płomień: nareszcie, wyjątkowo, kiełbasa nie zostanie podzielona!
Liczba dzieci mieszkających w domu bywała różna, starsi wyjeżdżali, aż w końcu przyszedł dzień, kiedy rodzice zostali sami. Niedługo potem zgaśli. Od czasu gdy urodziło się najmłodsze dziecko, nigdy nie przebywaliśmy w domu jednocześnie. Niektórzy spośród rodzeństwa nie widzieli się od pięciu albo i od dwudziestu lat. Moje uczucia wobec poszczególnych braci i sióstr są niesłychanie różne - może właśnie dlatego, że wszyscy tak się od siebie różnimy; często przychodziło mi wręcz na myśl, że rodzeństwo potrafi być mniej sobie pokrewne niż całkowicie obcy ludzie. Wygląda na to, że pragnienie katastrof było wyłącznie moją cechą.