Uciekałem pięć razy. Walijski gwardzista w szeregach Armii Krajowej - John Elwyn Jones

-
Proszę czekać

W serii Wojna i Ludzie polecamy także:

Erwin Bartmann

Za wodza i naród

Wspomnienia weterana 1. Dywizji Pancernej SS Leibstandarte SS Adolf Hitler

J. Michael Cleverley

Urodzony żołnierz

Czasy i życie Larry'ego Thorne'a

Donald L. Miller

Władcy przestworzy

Amerykańscy lotnicy w walce z nazistowskimi Niemcami

Peter Wilhelm Stahl

Tajny pułk KG 200

Wspomnienia pilota Luftwaffe

Colin D. Heaton, Anne Marie Lewis

Gwiazda Afryki

Hans Marseille - niepokorny as Luftwaffe

Hans-Ekkehard Bob

Zdradzone ideały

Wspomnienia asa Luftwaffe

Frank Mares

Zadanie wykonane

Wspomnienia czeskiego asa myśliwskiego z czasów II wojny światowej

Alicja Sułkowska

Złamane skrzydła

Życie i sława Manfreda von Richthofena

Jiftach Spektor

Głośno i wyraźnie

Wspomnienia izraelskiego asa myśliwskiego

JENIEC WOJENNY

LLEWELYN LEWIS

(pochodził z Merioneth w północnej Walii,

zmarł w niewoli na terytorium Polski 28 września 1941 r. w wieku 22 lat)

Gorzki jest los jeńca - znikł pokój,

Przyszły dni ciężkiej niewoli

I każdy dzień w nim utwierdza

Gorycz więziennej niedoli.

Gdzie tylko popatrzy - strażnicy

Nieczuli, pełni czujności.

On też zdrętwiały, choć baczny,

Brudny i godny litości.

Dopóki wśród bitwy - choć cierpiał,

Czuł jednak poryw natarcia;

Dziś więzień smutkiem przybity,

W nikim nie znajdzie oparcia.

Pusto w celi, w brzuchu - a jednak

Drga krew, trwa życia potrzeba;

O każdej tu porze roku

Na stole brakuje chleba.

Hej, wydają racje - na obiad

Podadzą mu cienką zupę

I mały chleb na kolację,

Co stanie się pięciu łupem.

Lecz pamięć dni dawnych - przetrwała,

Budzi się w ciszy posłania;

Widzi swój dom, miasto, krewnych,

Serdeczne brzmią powitania.

W tej smutnej historii - wśród mąk,

Choć głód przenika aż do dna,

Pobrzmiewa nuta nadziei,

Że jest wszak droga powrotna.

Zbrojna ręka - w łopatę czy kilof -

Zawsze uważna, spokojna,

A w sercu jasna piosenka:

"W końcu przeminie ta wojna".

Wówczas wzburzone dzieje - i ludy

Znów będą w jedności trwały,

A gdy ów świt zajaśnieje,

Nastaną dni bólu i chwały.

Rozdział 1

KAŻDY ZA SIEBIE

To była wina podporucznika - naszego oficera i dowódcy plutonu. Gdyby nie on, może nigdy nie trafilibyśmy do obozu jenieckiego. Gdyby tylko trochę dłużej zachował zimną krew, myślę, że wszystko skończyłoby się dobrze i wyślizgnęlibyśmy się z sieci, która coraz mocniej zaciskała się wokół nas.

A było to tak. Gdy tylko zaczęło świtać, Niemcy zaatakowali nas z wykorzystaniem całej swojej siły i sprzętu. Nie sposób było się oprzeć ostrzałowi o takiej mocy i w przeciągu kilku godzin ponad połowa z nas poniosła śmierć. Nieprzyjaciel miał znaczną przewagę liczebną, a do dyspozycji ciężkie działa i czołgi, podczas gdy my mieliśmy tylko lekką broń, nie licząc jednego działa przeciwpancernego. Działo to wyrządziło zresztą wśród sił wroga sporo szkód; na własne oczy widzieliśmy, jak zniszczyło dwa czołgi, a może i więcej, lecz w końcu samo zostało trafione bezpośrednim strzałem z jednego z ciężkich dział. Rozpadło się na kawałki, a trzech obsługujących je ludzi zginęło na miejscu. W tym momencie nasza sytuacja stała się beznadziejna. Już nie było czym się bronić przed atakiem wrogich czołgów.

Ernest, kolega z mojego rodzinnego Dolgellau, stał tuż obok w okopie. Tkwiliśmy tam od samego rana i z początku przepełniała nas ufność we własne siły, zwłaszcza gdy widzieliśmy spustoszenia, które czyniło nasze działo wśród czołgów nieprzyjaciela. Lecz kiedy zostało zniszczone, dotarło do nas, że wkrótce znajdziemy się w nie lada niebezpieczeństwie.

Oficer też to sobie uświadomił i zagwizdał głośno, by przyciągnąć naszą uwagę; po chwili usłyszeliśmy, że coś krzyczy:

- Ernest, co on tam woła?

- Nie słyszę dobrze, chyba mówi, że każdy ma uważać na siebie.

Słuchałem.

- Każdy za siebie! Każdy za siebie!

Tak, to właśnie krzyczał: "Każdy za siebie!". Poczułem w sercu ołowiany ciężar. W życiu nie śniło mi się, że usłyszę z ust któregoś z naszych oficerów takie słowa, słowa oznaczające tylko jedno: kapitulację.

Spojrzałem w kierunku, z którego dobiegał głos, i ujrzałem dwóch czy trzech żołnierzy, jak wyskakują z okopu i usiłują przedrzeć się przez znajdujący się za nim żywopłot, lecz po chwili padają na ziemię, trafieni ogniem z czołgów. Tymczasem trzy inne czołgi zdążyły podjechać na odległość niecałych stu metrów od nas i bez przeszkód ziały ogniem w sam środek naszego oddziału.

- Co robimy, Ernest?

- Nie mam pojęcia. Co możemy zrobić?

Zauważyłem, że Ernest jest równie przerażony, jak ja. Zobaczyłem na jego twarzy ów strach, który odczuwa się, stając twarzą w twarz ze śmiercią - paraliżujący strach, który czyni człowieka bezradnym i niezdolnym do myślenia.

Ogień nieprzyjaciela przybrał już na sile do tego stopnia, że nie dało się wyjrzeć choćby o centymetr ponad brzeg okopu. Zanosiło się na to, że czołgi najadą na nas lada moment i albo zostaniemy zastrzeleni w okopie, albo pogrzebani żywcem pod ich gąsienicami. Na myśl o takim końcu przebiegł mnie dreszcz grozy. Lepiej już dać się zastrzelić na polu niż zdechnąć w rowie jak psy.

- Ernest! - zawołałem. - Wynośmy się stąd! Szybko!

Wyskoczyłem z okopu i rzuciłem się ku narożnikowi żywopłotu, a potem przebiegłem wzdłuż całej jego długości. Ernest biegł tuż za mną. Znajdowaliśmy się teraz w ocienionym miejscu i mieliśmy chwilę, by rozejrzeć się dookoła.

Za nami stał mały domek, gdzie, jak przypuszczałem, schronił się oficer wraz z pozostałymi. Łatwo byłoby się do nich przyłączyć, ale obawialiśmy się, że koniec końców Niemcy i tam nas znajdą.

Przed nami ciągnęło się pole szerokości około stu metrów, ogrodzone po drugiej stronie wysokim kamiennym murem. Gdybyśmy zdołali go przeskoczyć, bylibyśmy bezpieczni, gdyż znaleźlibyśmy się w zasięgu reszty pułku, broniącego drogi do portu Boulogne.

- Jak myślisz, Ernest, próbujemy przebiec przez to pole?

Ernest skinął głową i ruszył, ale powstrzymałem go, ponieważ zauważyłem trzech żołnierzy, trzech naszych kolegów, którzy dotarli właśnie na środek pola, ale Niemcy dostrzegli ich i otworzyli ogień. Cała trójka czołgała się na kolanach, ile tylko starczyło im sił, a deszcz smugaczy dziurawił ziemie dookoła. Zorientowaliśmy się, że ich sytuacja jest beznadziejna; pociski wymiatały ziemię jak warstwa ognia i nikt nie zdołałby żywy przejść przez to pole.

Przez kilka sekund cała trójka posuwała się naprzód w cudowny sposób, kule śmigały o centymetry od nich. Potem wszyscy trzej zostali jednocześnie trafieni. Zobaczyliśmy, jak przeszyci od tyłu kulami giną na miejscu. Żaden z nich nie zdążył wykonać jakiegoś przedśmiertnego gestu, choćby unieść ręki; upadli tylko na bok i leżeli na polu jak sterta ubrań. Dokładnie tak wyglądali w moich oczach. Sekundę temu byli trzema żołnierzami; znałem ich, spędziliśmy razem wiele miłych godzin, a teraz byli tylko kupką ubrań na obcym polu na północy Francji. Przypomniało mi się, że poprzedniej nocy posprzeczałem się z jednym z nich o jakąś błahostkę i pomyślałem, że już więcej się nie pokłócimy.

Popatrzyłem na Ernesta. Twarz miał białą jak kreda. Bez słowa zawróciliśmy i weszliśmy do tamtego domku.

Był tam oficer i sześciu żołnierzy. Oznaczało to, że zostało nas dziewięciu, a ponad dwudziestu zginęło.

Oficer przedstawił nam swój plan: mieliśmy przeczekać w domku do zapadnięcia zmroku, a potem spróbować ucieczki w kierunku Boulogne. Zdziwiłem się, że wszyscy wyglądają tak pogodnie. Zdawało mi się, że poweseleli jeszcze bardziej, kiedy opowiedziałem im o trzech zabitych na polu. Najpierw nie rozumiałem tej wesołości, lecz w końcu znalazłem dla niej wyjaśnienie. Po prostu cieszyli się, że żyją, a nie leżą martwi z pozostałymi w okopie lub na polu. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu uświadomiłem sobie, że czuję dokładnie to samo.

Byłem zmęczony i wkrótce usnąłem. Nie dane mi jednak było się wyspać, gdyż dom został trafiony wystrzałem z jednego z wielkich dział i dach zawalił się doszczętnie. Wybiegliśmy do ogrodu, gdzie zauważyliśmy niewielką szopę, i weszliśmy do środka.

Ponieważ wszedłem jako ostatni, a szopa była bardzo ciasna, musiałem zadowolić się siedzeniem na progu. Szopa nie miała drzwi, nie była więc dobrą kryjówką. Wciąż jednak mieliśmy nadzieję, że wystarczy na schronienie do wieczora. Mieliśmy przed sobą długie godziny oczekiwania i postanowiłem znowu się przespać. Był to bardzo niespokojny sen.

Obudziłem się, czując rękę oficera na ustach, a jego głos szeptał mi do ucha:

- Cicho sza! Wróg.

Otworzyłem oczy i ujrzałem czterech Niemców, wtaczających do ogrodu wielkie działo. Byli nie więcej niż dziesięć metrów od nas. Podniosłem karabin na ramię i w nich wycelowałem. Już miałem zawołać "Ręce do góry", kiedy oficer gwałtownie przechylił moją broń w dół i zawołał:

- Kamerad! Kamerad!

Niemcy odwrócili się i, zorientowawszy się, że oficer się poddaje, zaczęli zbliżać się do niego z groźnymi minami. Wszyscy mieli w rękach pistolety. Po raz drugi uniosłem karabin, ale inny żołnierz wytrącił mi go z ręki.

Następnie wszyscy po kolei wyszliśmy z szopy bez broni i z podniesionymi rękami. Trafiliśmy do niewoli.

Teraz Niemcy wiedzieli dobrze, co z nami zrobić! Wydali rozkaz, byśmy położyli ręce na głowie, a następnie wyprowadzili nas z ogrodu i popędzili drogą do jakiejś wioszczyny. Była pełna Niemców. Na ich twarzach malowała się taka determinacja, jak gdyby zdecydowani byli podbić cały świat. Serce mi się ścisnęło na widok ilości i jakości ich uzbrojenia, i zdałem sobie sprawę, o ile przewyższało ono uzbrojenie armii brytyjskiej.

Podszedł do nas jakiś oficer i usłyszeliśmy słowa, które słyszało podczas wojny wielu brytyjskich jeńców: "For you, Tommies, ze var is over!". Jak się jednak okazało, słowa te nie całkiem się sprawdziły.

Potem kazano nam opróżnić kieszenie i poprowadzono dalej drogą do Abbeville. Zamiast przydzielić nam strażnika, uczynili odpowiedzialnym za nas naszego oficera i ostrzegli, że zastrzelą go, jeśli któremuś z nas uda się uciec.

Uważałem, że taki marsz, bez osoby, która by nas pilnowała, jest zniewagą nie do przyjęcia dla żołnierza Gwardii Walijskiej, i oświadczyłem to podporucznikowi, ale nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia. Był tak szczęśliwy, że żyje! Teraz już tylko to się dla niego liczyło - żyć i pozostać przy życiu. Całkiem zapomniał o honorze oficerskim i swoich obowiązkach dowódcy.

Było zupełnie tak, jakbyśmy szli w tę niewolę dobrowolnie i myśl ta doprowadzała mnie do szału. Rozglądając się na boki po polach ciągnących się wzdłuż drogi, nabrałem przekonania, że najprościej w świecie moglibyśmy teraz wszyscy uciec i ukrywać się do wieczora, a potem iść do Boulogne.

Powiedziałem to oficerowi, ale zdecydowanie odmówił dalszego słuchania moich wywodów. Zapytałem go, czy mogę uciec sam, ale tu też napotkałem opór. Przypomniał mi, że wedle słów niemieckiego oficera, zastrzelą go, jeśli choć jeden z nas ucieknie. Może to była i prawda, ale mimo to jego obowiązkiem było zignorować groźby i uciekać przy pierwszej okazji. Nie było wątpliwości - podporucznik zupełnie stracił serce do walki. Powinniśmy byli go tam zostawić i uciekać bez pozwolenia. Najdziwniejsze było to, że nikt nie chciał iść ze mną; nikt nie chciał narażać życia, skoro uszedł cało z bitwy.

Po mniej więcej dwóch godzinach marszu doszliśmy do małego miasteczka. Na środku placu znajdował się szynk, a na ławkach przed nim rozsiadło się mnóstwo ludzi. Oficer stanął przed szynkiem, jakby usiłował rozeznać się, co robić i dokąd iść. Wtem podeszło do nas kilku Francuzów. Zaczęliśmy rozmawiać i po chwili wszyscy weszliśmy do szynku.

Spotkaliśmy tam młodą kobietę. Jej mąż był w armii - gdzieś na Linii Maginota. Wkrótce ustaliliśmy, że pójdziemy do jej domu i zostaniemy tam, dopóki nie wyjaśni się, w jakim kierunku zmierza ta wojna. Lecz, niestety, sprawy potoczyły się inaczej. Do szynku weszła grupa uzbrojonych Niemców i wyprowadziła nas wszystkich na zewnątrz.

Popędzono nas z miasteczka w eskorcie jadących z tyłu na motocyklach dwóch żołnierzy uzbrojonych w karabiny automatyczne. Pamiętam, że zacząłem się śmiać tak bardzo, aż zrobiło mi się niedobrze - widok dumnych członków Gwardii Walijskiej biegnących przez francuskie miasteczko z rękami na głowie i motorem depczącym im po piętach wydawał mi się niesamowicie zabawny! Pamiętam, że jeden z kolegów, młody chłopak imieniem Kay, powtarzał raz za razem, żebym się uspokoił, bo zastrzelą mnie jak nic, ale to nie robiło mi różnicy, a w zasadzie jeszcze bardziej pobudzało do śmiechu. Przestałem bać się Niemców i już nigdy potem się ich nie bałem.

Noc spędziliśmy w jakimś kościele razem z licznymi jeńcami francuskimi. Wraz z nastaniem brzasku otworzono drzwi i na nowo wyruszyliśmy drogą w kierunku Abbeville.

Po całodziennym marszu bez jedzenia i picia doszliśmy do Montreuil. Niemcy ogrodzili główny plac miasteczka drutem kolczastym i w ten sposób przerobili go na więzienie. Znajdowało się tam kilka tysięcy jeńców - zdecydowaną większość stanowili Francuzi. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem po przybyciu, był mężczyzna stojący na wozie i sprzedający mleko. Otaczał go wielki tłum ludzi, z których każdy unosił do góry swoje naczynie i usiłował zwrócić na siebie jego uwagę. Zauważyłem, że cena jest zbójnicka, i postanowiłem, że nie zapłacę, ale byłem również zdecydowany dostać mleko. Podszedłem do konia i znienacka wymierzyłem mężczyźnie takiego kuksańca, że skoczył do przodu. Wypadł z wozu, a ja wskoczyłem do środka. Napełniłem swoją puszkę i zeskoczyłem z powrotem.

Zostawiłem towarzyszy i przespacerowałem się po obozie. Ku swojemu zaskoczeniu natknąłem się na Teda Coope'a z Denbigh, starego znajomego z czwartej kompanii, obecnie policjanta w St. Helens, hrabstwo Lancashire. Trzymałem się z Tedem aż do ucieczki tydzień później, ale już nigdy więcej go nie spotkałem, chociaż słyszałem, że bezpiecznie wrócił do domu pod koniec wojny.

W Montreuil nie dostawaliśmy od Niemców ani jedzenia, ani picia i ani chybi pomarlibyśmy z głodu, gdybyśmy sami nie troszczyli się o zaopatrzenie. Mieliśmy trochę pieniędzy i takim czy innym sposobem udawało nam się kupować odrobinę żywności, ale ogólna sytuacja była bardzo ciężka.

Pamiętam tylko trzy wydarzenia warte wzmianki z mojego pobytu w Montreuil - jedno przerażające, dwa pozostałe całkiem zabawne.

Nie mieliśmy ani łóżek, ani dachu nad głową. Nocowaliśmy, leżąc na bruku pod rozgwieżdżonym niebem.

Było to pierwszej nocy. Leżałem na chodniku, podłożywszy sobie pod głowę zamiast poduszki buty, gdy obudził mnie dźwięk bardzo podobny do wycia psa. Usiadłem i zobaczyłem Murzyna z Senegalu, żołnierza Legii Cudzoziemskiej, który leżał na plecach jakieś dwa metry ode mnie i zawodził w najbardziej upiorny sposób, jaki można sobie wyobrazić, jak gdyby cierpiał straszliwe bóle. Zimny dreszcz przeszedł mnie na ten dźwięk. Wszyscy dookoła usiedli i wpatrywali się w niego. Czułem w kościach, że zaraz wydarzy się jakieś nieszczęście. Niebawem usłyszeliśmy niemieckiego żołnierza, który groźnym krzykiem nakazał ciszę, ale Senegalczyk nie przerwał swojego wycia, a wręcz przybrało ono na sile.

Żołnierz podszedł bliżej, z pistoletem maszynowym w ręce, i ponownie wrzasnął. Wszyscy odsunęli się, na ile się dało, od nieszczęsnego wyjca, jakby wyczuwali, że grozi mu wielkie niebezpieczeństwo. Zanim żołnierz do niego doszedł, dookoła była już tylko pusta przestrzeń, a biedak wciąż leżał na plecach i wydawał z siebie ten przerażający dźwięk. Wtedy Niemiec stanął mu nad głową, przyłożył mu broń do piersi i głośnym krzykiem rozkazał się zamknąć. Potem przeszył go serią pocisków. Usłyszałem rzężenie i odgłos kul odbijających się od kamiennego chodnika. Przekręciłem się na brzuch i zakryłem uszy rękoma. Zacząłem drżeć, i to tak, że dzwoniły mi zęby, a ciało oblał zimny pot. Opadła mnie nieprzezwyciężona ochota, aby zacząć wyć tak samo jak Senegalczyk, i z całej siły musiałem się przed tym powstrzymywać. Przyszedłem do siebie dopiero na dźwięk kroków żołnierza cichnących w oddali i nigdy wcześniej tak bardzo nie ucieszyłem się na widok świtu.

Pewnego dnia, kiedy szwendałem się w pobliżu wejścia, usłyszałem, jak niemiecki podoficer woła sześciu ludzi do pracy na zewnątrz. Natychmiast przepchnąłem się do przodu. Tak samo zrobiło pięciu Francuzów z marynarki wojennej. Podoficer zabrał nas do jakiegoś budynku, w którym znajdowało się mnóstwo skrzyń, po czym kazał nam wynieść je na zewnątrz i załadować na ciężarówkę stojącą przy drzwiach.

W niedługim czasie odkryłem, że skrzynie zawierały żywność, która zresztą była własnością armii brytyjskiej. Bezzwłocznie więc przywłaszczyłem sobie, ile tylko się dało. Wypełniłem ubranie puszkami sardynek, śledzi i peklowanej wołowiny, a w nogawki spodni wepchnąłem sześć butelek Guinnessa.

Gdy już wynieśliśmy ostatnią skrzynię, podoficer podarował nam wielką skrzynkę biszkoptów do podziału. Od razu ją chwyciłem i położyłem sobie na ramieniu, chociaż pięciu marynarzy sięgało po nią jednocześnie. Następnie wyruszyliśmy w drogę powrotną: ja szedłem ze skrzynką na ramieniu, a każdy z pięciu marynarzy trzymał na niej rękę i każdy gorliwie proponował, że poniesie, a ja przy każdym kroku powtarzałem:

- Non! Non! C'est bien! Je suis tr?s fort. Merci, merci.

Tak doszliśmy do bramy. Marynarze nastawali coraz gwałtowniej i coraz mocniej wczepiali się w skrzynkę. Już byłem pewien, że przepadną mi wszystkie biszkopty, gdy nagle ujrzałem stojącego przy samej bramie Teda.

- Hej, Ted! - zawołałem. - Trzymaj!

I przerzuciłem skrzynkę ponad drutem kolczastym. Ted złapał ją i zaczął biec. Ja poszedłem w jego ślady, a żądni krwi marynarze za mną. Nastąpił szaleńczy pościg, ale w końcu jakimś cudem wywinęliśmy się im, inaczej byłoby z nami krucho.

Po sukcesie z biszkoptami zacząłem wystawać przy bramie cały dzień w nadziei, że nadarzy się kolejna okazja do zdobycia czegoś do jedzenia.

Któregoś dnia podoficer zażądał dwudziestu ludzi i usłyszałem, że mówi coś o załadowywaniu ciężarówek. Od razu pomyślałem, że rozkaz dotyczy przenoszenia skrzyń z żywnością, i natychmiast powiedziałem Tedowi, żeby pozbierał jak najwięcej chłopaków z Gwardii Walijskiej, gdyż jest szansa na zdobycie odrobiny jedzenia. Zdołaliśmy zebrać większą część kolegów i zaprowadziłem ich do podoficera. Wyprowadził nas do innej części miasteczka, gdzie na środku dużego placu stały dwie czy trzy ciężarówki. Cały plac był zawalony papierami, setkami tysięcy kartek papieru - wojskowych dokumentów, które wyrzucono przez okno ze znajdującej się w pobliżu kwatery głównej Francuzów. Otrzymaliśmy rozkaz pozbierania wszystkich kartek i umieszczenia ich w ciężarówkach.

Dzień był okropnie upalny, słońce prażyło na bezchmurnym niebie, a powierzone nam zadanie zdawało się nie mieć końca.

Wszyscy popatrzyli na papiery, na ciężarówki, a potem na mnie.

- Los! Auf! Auf! Schnell! - zawołał podoficer.

- Słuchaj, popaprańcu! - powiedział ktoś. - Jeszcze raz usłyszę, jak gadasz po francusku, to połamię ci wszystkie żebra.

SPIS TREŚCI

Jeniec wojenny

Przedmowa Autora

Podziękowania

Rozdział 1: Każdy za siebie

Rozdział 2: Pierwsza próba ucieczki

Rozdział 3: Gwiazda wyznacza szlak

Rozdział 4: Więzień w Doullens

Rozdział 5: Droga do Niemiec

Rozdział 6: Trewir

Rozdział 7: W kuźni

Rozdział 8: Choroba

Rozdział 9: Paczki z Czerwonego Krzyża

Rozdział 10: Celinka

Rozdział 11: Ślub

Rozdział 12: Zmiana zwyczajów

Rozdział 13: Katastrofa

Rozdział 14: Kraj Sudecki

Rozdział 15: Bauerwitz

Rozdział 16: Lamsdorf

Rozdział 17: Münsterberg

Rozdział 18: Druga próba

Rozdział 19: Trzej Bułgarzy

Rozdział 20: Tu i tam

Rozdział 21: Sandowitz

Rozdział 22: Racibórz

Rozdział 23: Trzecia próba

Rozdział 24: Przez granicę

Rozdział 25: Armia Krajowa

Rozdział 26: Starcie

Rozdział 27: Szekspir i pułkownik SS

Rozdział 28: Więzienie w Opolu

Rozdział 29: Kraj Sudecki raz jeszcze

Rozdział 30: Czwarta próba

Rozdział 31: Włamanie

Rozdział 32: Gestapo

Rozdział 33: Cieszyn

Rozdział 34: Powrót do Lamsdorfu

Rozdział 35: Tajne stowarzyszenie pilotów RAF-u

Rozdział 36: Derschau

Rozdział 37: Piąta próba

Rozdział 38: Daleka podróż

Rozdział 39: Dziewczyna z Morawskiej Ostrawy

Rozdział 40: Marysia

Rozdział 41: Nils Nilson

Rozdział 42: Komu w drogę, temu dłuży się czas

Rozdział 43: Port wolności

Rozdział 44: "Upiór w operze" .

Epilog

Posłowie. O Autorze

Zdjęcia