Wstęp
Uciekające Światło jest introwertyczną autobiografią. Jestem bohaterem i autorem tej historii upadku? Lotu ku górze? Wszak kierunki, założenia, fatamorgany, naturę mają umysłową. Niebo jest zawsze tam gdzie stopy. Zachmurzona moja głowa. Kiedyś myślałem, że wszystko już było, się wydarzyło. Dziś wiem, że to nieprawda. Każdy ma inną opowieść, choć o tym samym opowiada.
Wiele masek zakładam: Kay, Świetlisty, Psychopata, egzystują we mnie. Mieszkają w moim mózgu. Niekiedy mam wrażenie, że mieszkacie tam wszyscy, ludzie. Na najbardziej obcej z planet, słowa te spisałem. Głosy dyktują mi wszystko, tak było zawsze. Niektórzy nazywają to pismem automatycznym. Trans jest bardziej właściwym określeniem. Niech ten Trans trwa! Pasja, w której zatracasz swoje ja. Opowieść, która jest wizją totalną, a więc taką, której zaprzeczenie jest potwierdzeniem.
Uciekające Światło jest raportem. Kroniką. Dokumentem, spisanym ręcznie atramentem z odrobiną krwi. Powstawał na dworcach, w lasach, pociągach, kawiarni Anna na ulicy Chopina, w ukochanym LL 125 KM, czyli wojskowej wersji Lanosa, który sprejem srebrzystym niczym błyskawica był podpisany na masce: Lucyfer 7. Opisałem, co jest wewnątrz, jest zewnętrznym. Musisz wiedzieć, że w gruncie rzeczy, to podróż pod Czarną Banderą. Powtarzam: Uciekające Światło jest autobiografią.
Wszelkie słowa, na co dzień kojarzone z emocjami, odgrywają inną funkcję. Służą za estetyczne narzędzia konieczne przy sekcji. Rzeźnia. Chcę Ciebie wyzwolić z bolesnego skurczu, ciało jest najbardziej problematyczne, podobnie jak balon, więzi powietrze.
Rezygnując z wolności nie jesteście - jak chcecie sobie wmówić - bezpieczni. System za wszelką cenę pragnie unieszkodliwić każdego, kto ujawnia, że nie tarczą jest, lecz dozorcą. System dba wyłącznie o własne bezpieczeństwo, im bardziej jego słudzy mówią o bezpieczeństwie, tym mniej wolności dla jednostki. Zawsze doskonale im posłuży choćby bat na mniejszość. Większość. Demokratyczna. Znam takich, co zawsze (nawet po przeciwnych stronach) niezmiennie do niej się załapują. W stadzie raźniej. Się, ciężar śmierci z ja zdejmuje. Nigdy. Śmierci nie ma. Niczego nie ma.
Nicości światło w brzasku dnia szatę smutku przyodziewa. Wdzięczy się, pręży jak niechętna dziwka, a słońce miała zimą i śnieg, co spada na białe przecież kwiaty kasztanowca. Nic się nie zmienia. Dzikie kwiaty zerwane na brzegach podziemnych rzek, piękne: zaciągam się nimi, raz za razem, siedem. Ich zapach, psychoaktywne zimno dalekiego wschodu, zapach marzeń szaleństwa czystości pornografii lekomani. Zapach miłości. Nie przecinał, tej woni, znak interpunkcyjny, nic nie oddzielało mnie od Ciebie.
Podmiot
Wszystko obumarło i nic już nigdy się nie odrodzi. Nikt. To pierwszy wpis w nowym Dzienniku, Żałobniku. Jest taki jak lubię z białymi stronami papieru, bez linii i kratek. Zszywany, twarde okładki maluję na czarno. Kocham samego siebie, Krew własną miłuję. Pycha i chłód, tarcza i nóż, pióro i wino, psychoza, amfetamina, iluminacja. Wiem, dokąd chcę - o ile w ogóle gdzieś - dojść. Na imię mam Kay. Sam sobie takie nadałem. Chłopiec z Królowej Lodu mistrza Andersena. W psycho - transie. Piękno w Zło. Wybaczcie nienawidzę cudzysłowów.
Jestem neurotykiem, alkoholikiem, filozofem, poetą, kronikarzem, ćpunem, spawaczem, kierowcą, spowiednikiem, Prometeuszem, Merkurym, Buddą, Kaligulą. BYCIEM. Kim być nie jestem? Nie to jednak czyni mnie wyjątkowym, niepowtarzalnym.
Każdy i wszystko, co opisuje, istnieje, przynajmniej na tyle na ile, istnieje fenomen. Dlaczegóż nie? Jak poblask na ostrzu. Depresja spełnionego marzenia. Jestem przyczyna fenomenów. Wszystko, oprócz mnie, jest fenomenem? I wrzask, ze ja również, jeśli tak, też takim fenomenem jestem. Naiwność wymyślonych postaci, które ledwo, co powołałem tchnieniem niemożliwego, jest doprawdy zabawna a niekiedy nawet piękna w świecie organizmów tylko z racji, które niesłusznie nazywane są żywymi. Chyba tylko z powodu ruchu, pozornego. I emocje wynikające z przywiązania, zadowolenia się, ha, uznanymi odpowiedziami, szaa! To jest Dziennik. Świadomości czysty strumień. Esteta nie musi być etyczny. Uwaga! Meandry, strumienie o nieznanych źródłach. Owoc wiadomości dobra i zła, samoświadomość, zatrute przez Boga, zazdrośnie strzeżone drzewo wiecznego żywota. Strach Uzurpatora.
Powodowany pewnością, wynikającą zapewne z zapomnianej, ale zalegającej w głębokościach pamięci, wiedzy, że logiczny jest brak innych Ja. Ty. Totalność JA, nieskończona samotność. Tkwiłem nad uprawnymi polami krwi. Wycieka spod murów getta. Jako w niebie tak i na ziemi, ironia? Dobrze, że przynajmniej jest wino. Próbuję po prostu usłyszeć, coś poza sobą, zobaczyć w błysku jak nocą z 12/13 stycznia w Gliwicach. Iluminacja. Płonę, bo jestem Światłem Uciekającym, Lucyferem. I z dużej litery piszę gdyż to imię własne. Nie jestem kuglarzem, Szatanem, czy poślednim diabłem. Z pewnością nie jestem człowiekiem. Świetlisty jest ze mną tożsamy. Jestem nawiedzony a znaczy to nie mniej nie więcej jak wiedzą napełniony. Wiedzą, nie nauką nastawioną na praktyczny aspekt rzeczywistości. Bezpośredni ogląd ukazuje Wolność. Strażnikiem Nicości jestem. Jezuitą. El Comendante! Nie mam wątpliwości. Nie jestem zaślepiony. Piszę, co czuję, słyszę i widzę. Opisać niemożliwe, czerń światłem, czarnym słońcem. Sprzeciwem i buntem, zawsze mniejszością, jakością. Czystość wymaga woli i wody. Niczego więcej.
Ta gonitwa mnie nie interesuje. Dopóki jesteś na drabinie jesteś niewolnikiem. Szczeble!? Nałożone na nieskończone, niemożliwe, niezmienne piękno, świetliste? Żałosne. Jak mogliście się tak skurwić? Wolę być wariatem zainteresowanym Niemożliwym, niż Tobą. Śmiejesz się przeklinając? Jesteś?
Wsłuchaj się w moje słowa, wpatrz dokładnie. Nie zastanawiaj się, ale bądź uważny, nie nabzdyczaj się gotowcami zasłyszanymi, frazesami prezentowanymi, jako własne. Bez kompleksów. Jakże często najlepsze budzi strach, zazdrość, nienawiść tłuszczy. Nie czuję strachu przed wami, lecz odrazę. Teraz również do siebie, wyobraźnia. Znana i łatwa droga nie jest moją Drogą. Zęby drapieżnika nie służą do przeżuwania trawy.
Gdzie dla ciebie niezdobyte szczyty, tam dla mnie początek depresji. Pamiętam lot z czwartego piętra, na schody. 16 Miesięcy po opuszczeniu matczynego brzucha, spadałem nieuchronnie. Świetlisty uratował mnie, wybrał, jestem jego głosem, treścią, lecz poezja i forma moja. Biegł Tato, biegła Mama, po krwawy zezwłok widziany w głowie. Półtorarocznego trupa. Krakus powie: trupka.
- Tata Bodzio bach - powiedziałem do Rysia, bezpieczny w jego dłoniach.
Prawda jest wewnętrznie sprzeczna. Nie mogąc prawdziwie zaprzeczyć, nie mogę zaświadczać. Banalne jak fakt, że przeciętny przedstawiciel ludzkości, zawsze będący po właściwej, większościowej stronie, pozwoli na wiele, za dużo. Niepomny lub świadomie nie chcąc dopuścić do siebie myśli, że w rzeźni jest tylko jedno bezpieczne miejsce: chłodnia prosektorium. Nienawiść. Szron na oczach. Cięcie.
Noc Domu Wariatów. Tylko świr widzi mnie prawdziwego, a nie bezwolny kokon. Kto by tam wierzył czubkowi? Domy dla psychicznie i nerwowo chorych oazą wolności. Aura moja jak czyste światło. Ćmy będą dziś ofiarą. Kat nie skrywa już oblicza. Po egzekucji cisza, cisza, mak zasiany. Nie ufam heroinistą.
Się umrze, ja nie umiera, zza gardy ciszy, pyszny cios wyprowadzam. Idea. Metafizycznym anarchistą jestem, piratem. Piorunem pokonującym śmierć. Nicością.
Prolog
Jestem szesnastomiesięcznym chłopcem.
Prawdziwym jasnowłosym Cherubinem.
Kwiecień plecień akurat słońce, nad Lasem. Rezyduję w Leśnym Garnizonie Ludowego Wojska Polskiego.
Jestem postacią z bajek, baśni, historii, mitów, faktów, snu. Jestem Prawdziwy, nawet metkę mam na ubraniu, na lewym nadgarstku wydzierane Imię: LUCYFER. Tak! Włodzimierzu Lucyfer Kubiak. Jesteś Uciekającym ŚWIATŁEM, nie tylko je niesiesz. Jesteś mną, Ja zaś jestem Tobą. Nie podlega to żadnej definicji. Jej podlegają wyłącznie kłamstwa. Prawda jest wewnętrznie sprzeczna. NIE OKREŚLI MNIE ŻADNA DEFINICJA, włącznie z wypowiedzianą teraz.
Spadłem z IV pietra i nic mi się nie stało. Mam kota w głowie.
II Godzina wilka
1. Kay
Na imię mam Kay. Opuściłem Pałac Królowej Śniegu. Wróciłem. Wszystko pamiętam. Tego tylko dotyka lucyferyczny płomień, kto ma taką wolę. Posiadanie woli cechuje jednostki samoświadome, wolne, ignorujące zakaz. Wypadam przez źrenicę Boga. Trzyma się za oko i wyje. Teraz to naprawdę ból, jest przerażony. Narodził się nienarodzony, i zdechnie.
On był początkiem. Ja jestem końcem.
Iluzja jest pociągająca. Pożądam, w czasie projektując ekstazę, cielesność - dotyk - pot - ślina - trans. Nowy Horyzont, artyści z Kataraktis, pokręcona ścieżka, syntetyczna i zimna, ekstra muzyka. Ludzie oszaleją wraz ze mną. Wszystko jest wewnętrzne, nie mogę mieć wątpliwości: Absolut żeruje na moich trzewiach, wgryza się w ciało, czerw, któremu ciągle mało.
Nikt jest Idealistą, Jego imię: Uciekające Światło, jednostkowy płomień. To właśnie oznacza Lucyfer. Dla Duchów mu podobnych, być drugim czy ostatnim, odrażające jest jednako. Jestem ziarnem nicości. Człowiek mnie strzeże. Istoty zepchnięte w czeluść mitu, za własne zdanie, fałszywie przedstawiane, powstaną. Nie by zamienić się z Bogiem na miejsca, są romantykami, zniszczą strukturę zniewolenia.
Kompromis z Innym jest równoznaczny z uznaniem zwierzchnictwa. Produkuje, powiela namiastki istot, domagając się uwielbienia. Jest dobry, ba, jest istotą dobra! Zło człowiek wybiera. Zło, jak utrzymują najwybitniejsi teologowie, umożliwia wolność. Łatwo zapominają, że stworzone zawsze oznacza zależność. Przyjmując, że tak nie jest, to ciemna strona jest Piękna.
- Kim on jest?! I co to, kurwa, w ogóle jest! - Wrzask dobiegł ze stolika obok. - Ja tam nigdy, broń Boże, za klechami nie byłem. Ale Bóg gwarantuje, że jakoś tam będzie. Pociesza człowieka, w nim cała nadzieja. - Najchętniej wyrwałby mi język i pozbawił dłoni. Obu. Wyobrażeniem się pociesza. Człekokształtny obcy, o mało nie rzucił się do mojego gardła, nadęty niczym indor, wybiegł mamrocząc coś o narkomanach pozbawionych moralności. On katolik, alkoholik.
- Nie rycz! Chuj, drga w twojej głowie. Zdrowiej będzie, jeśli załadujesz w kakę tego, przed którym nie możesz się schować. Dosyć. Opowiedz o marzeniach. Jesteś wykastrowany z marzeń? Nie marzysz? - Lula zakolorowała przestrzeń.
Nie można tego zmienić, każdy tak ma, to naturalne, ludzkie, stadne. Bleeeee: trupie. Wiem, że bardzo chcesz nowego odbiornika. Przedmioty wyznaczają, jakość twego istnienia, choć są najbardziej ulotne. Tobie najtrwalsze się wydają. W pielgrzymce Jadowitego Pazerniaka, mówiąc dosadnie: ludzkiej egzystencji. Nie uciekniesz, nawet o tym nie myślisz. Powiem więcej, choć sprzeczne to ze zdrowym rozsądkiem, modlisz się o nicość, chciwy grzeszniku. Bal dalej trwa w ogrodach Bułhakowa, pałacach Wolanda. Ciałem się stałeś. Duch umarł z mięsem. I ciebie już nie ma. Nigdy nie było. Chwile martwy trwałeś.
- Nie złapie mnie. I kiedy upadnie, jego wypasiony odwłok posłuży po raz pierwszy i ostatni, podzielimy się mózgiem. Wspólnego Wroga! - Na głos, wyrwany z zadumy nad szklanką piwną, wykrzyczałem do Marka.
Jak tu pięknie! W tej tawernie na Chopina.
Nie czekaj na Mesjasza, nie zmieni twego losu. Zagubienie, jakie czasem czujesz, jest tym, na co czeka Pan Kat. Oszuka, bylebyś mogła mu zaufać. Nie myśl. Że zdrada rozwiąże ci dłonie. Skróci cię o nie. Chcę by widziano, jak płonę.
Tymczasem przemówiły GŁOSY.
- Nie ufaj, kiedy przemawia.
- W kłamstwo można uwierzyć, prawda jest nie do przyjęcia.
- Nie szepcz, gdy śpię "kocham".
Nie podążaj za stadem. Nie jesteś odbitką na ksero. Pomyśl, ile nienawiści musi być w Pięknie, by mogło trwać. Dobro mieści się w obrębie zakazów, które, jak drut kolczasty, oplotły mężczyznę i kobietę. Niewolnicy z wyboru... Kierują się fizjologią, jest ich umysłem.
- Esteta dąży do unicestwienia.
- Jedynie niemożliwe jest interesujące.
Nie wywołuj doznań zadowalających Innego. Poddaj analizie własne, przyjrzyj się im z bliska, bez wstydu i zahamowań - samotnie, w istocie. Jesteś czasoprzestrzenią realności. Nie uciekaj przed JA. Określ swoją istotę, wzmocnij ją. Istniej niepowtarzalnie, przeciw Innemu, naprzeciw, obojętnie. Brak Ja, doskonałość. Wedle godzących się na jałmużnę istnienia, tzw. Satori, jest śmiercią. Nie ma zaś innej śmierci niźli twoja. Się wtórne jest wobec Ja. Nie ma skąd powracać. Wieczność jest domeną Innego? W agonii, - nazywanej życiem, - jednostek odradza się Bóg. Zadowala. Jest jak obleśny dziadyga, w piwnicy wertujący świerszczyki.
Jesteś, kim chcesz być, albo jesteś pralką.
Jestem, a to oznacza, że podlegam rozpadowi, by żyć? Trzeba gnać. Ścierać się, oddychać, jak najwięcej żreć - mieć. Umieramy spoceni, trzeba przyznać, że śmierdzimy. Nad ranem grzebiemy umarłych. Koła karawanu budzą nowy dzień. Obudziłem się w lodem zasłanym pokoju. Okna płonęły. Nie ma ucieczki. Świat zmieścił się w wąskiej celi.
Kochankowie odeszli, głowę wypełnia gorycz. Mój mózg to kilkuset gramowy wrzód.
Spalić Innego z tronem. Tak mówi Pan: Niebiosa są moim tronem, a ziemia podnóżkiem nóg moich. Jakiż to dom możecie mi wystawić i jakież miejsce dać Mi na mieszkanie? Przecież moja ręka to wszystko uczyniła i do mnie należy to wszystko - wyrocznia Pana. Ale Ja patrzę na tego, który jest biedny i zgnębiony na duchu i który z drżeniem czci moje słowo. On przyczyną upodlenia.
- Jeżeli, bycie wolnym jest przejawem pychy to jestem pyszny! Obwiniacie mnie, myląc osoby, nadajecie nie moje imiona. Szatan, Diabeł, Lucyfer, dla was bez różnicy. Niespełnienie, będące wszystkich udziałem, jak każdy ból, pomysłem tego, przed którym się kłaniacie. Tak bardzo weszło wam to w nawyk, że dziwi mnie, iż jeszcze wyprostowani chodzicie.
Milczenie.
- Każde wasze szczęście w drżeniu, trosce. Nie stworzył was szczęśliwymi, miałby to zmienić? 1. Powołał skazanych na pohybel 2. Wszechmoc, a więc wszechwiedza i jeszcze kilka równie niepojętych pojęć pozbawia alibi.
Ukradłem światło indywidualności, obarczył mnie śmiercią. Odtąd winne wszystkie pokolenia, wolność na tym polega, kpina. Kaszana albo decha. Nie łam zakazów i giń, memłaj w zarastających świeżo śmierdzącym dziąsłem, ustach. W swe anemiczne Wardzale posuwany Pascal, z pełna mordą, dziarsko rękę do zakładu wyciąga. Wstyd.
Sprzeciw się, a będziesz złomowany. Witamy w Auschwitz! Najlepszym z możliwych. Nie jestem komendantem. - Powiedziałem we wszystkich językach równocześnie.
2. Iluminacja
Poniższy przekaz, do monologu Judasza, jest relacją z kinowej Sali.
Ciemność. Słychać zmęczony oddech, bicie serca, kościelny chór wychwalający Pana. Śpiew trwa na tyle długo, że wzrok przyzwyczaja się do oplatającej czerni.
Głos
Niech stanie się światłość.
Ostry flesz. Jaskrawość przenika do bólu. Spazmy krzyku wypełniają mózg. Lucyfer (nagi człowiek) w przestrzeni wypełnionej światłem.
Lucyfer
Czuję ból, pustkę, niechęć. Kto powołał mnie, bym cierpiał? Istnieniem jest, Niemiłosierny. Każda łza koi go, jak krew mięsożerne zwierzę. Bądź mi poddanym albo giń, prywatne boskie przykazanie. Droga nazwał miejsce, gdzie może tylko mur stanąć.
Pojawia się Namiestnik.
Namiestnik
Sprzeciw Twój złamie los na planecie Ziemią zwanej. Ludzie nazwą cię złym, winnym potu i krwi. Jesteś wybranym.
Głos
Cierp. Jak smakuje wolność?
Lucyfer milczy.
Głos
Pozostaniesz takim. Choćbyś miał błagać.
Lucyfer
Nie czekaj, wieczności nie starczy. Miłość nie ugnie się wobec tyranii.
Głos
Innych stworzyłem. Oni pytać nie będą.
Lucyfer
Cóż po nich? Nie zobaczą, jak każesz im być? Kamienie powołasz? One nie kochają.
Głos
Nie dam im tego, co tobie dałem.
Lucyfer