Przedmowa
Polska była demograficznym i geograficznym centrum Holokaustu. Ponad
połowę jego ofiar stanowili polscy Żydzi. Co więcej, ponieważ reżim
nazistowski wybudował na polskiej ziemi największe obozy zagłady, gdzie
dopełnił się los Żydów deportowanych z Europy Środkowej i Zachodniej,
Polska stała się również największym w Europie cmentarzem żydowskim.
Trzy główne obozy zagłady - Bełżec, Sobibór i Majdanek - powstały na
Lubelszczyźnie, zamieszkanej przed wojną przez ćwierć miliona Żydów.
Tam właśnie urodził się autor tych wspomnień Thomas Toivi Blatt, tam
spędził dzieciństwo i młodość, która przypadła na lata wojny i okupacji.
Blatt wychował się w Izbicy, małym miasteczku w Lubelskiem, zamieszkanym
głównie przez ludność żydowską. Wywieziony do obozu zagłady w Sobiborze
uciekł, a przez następne miesiące ukrywał się przed prześladowcami
niczym tropione zwierzę. Blatt - jeden z nielicznych i wiarygodnych
świadków tego straszliwego epizodu w dziejach ludzkości - znajdował się
w samym centrum Holokaustu.
Przed najazdem na Polskę 1 września 1939 roku Hitler podpisał ze
Stalinem układ o rozbiorze ziem polskich. Początkowo Lubelszczyzna
przypadła w udziale Stalinowi i została zajęta przez Armię Czerwoną. W końcu września nastąpiła jednak korekta wyznaczonych przez układ granic
- Lublin, a wraz z nim rodzinne miasto Blatta, Izbica, przeszły w ręce
Niemców.
Zaczął się proces wyniszczania i eksterminacji polskich Żydów. Kilkaset
tysięcy z nich uciekło przed prześladowaniami na wschód, do sowieckiej
strefy okupacyjnej. Wielu Żydów, zwłaszcza z Lubelszczyzny, schwytano i odstawiono za linię demarkacyjną. Jednocześnie na tereny te napływały
rzesze Żydów wysiedlonych z Zachodu, ponieważ naziści bezwzględnie
realizowali politykę określaną dziś mianem czystek etnicznych.
Zachodnie regiony Polski zostały przyłączone do Trzeciej Rzeszy. Naziści
pragnęli ziemi, ale nie jej mieszkańców, dlatego - pozostawiwszy
niewielką mniejszość niemiecką - wygnano większość z nich, zarówno
Żydów, jak i Polaków, do centralnej Polski, do tak zwanego Generalnego
Gubernatorstwa. Dystrykt lubelski Generalnego Gubernatorstwa miał stać
się "rezerwatem dla Żydów". Zimą 1939/1940 napływały tu niezliczone
transporty Żydów wysiedlonych z Niemiec, ziem przyłączonych do Rzeszy, a także z różnych rejonów Generalnego Gubernatorstwa.
Pomysł zgromadzenia wszystkich europejskich Żydów w "rezerwacie" na
Lubelszczyźnie bardzo przypadł do gustu władzom nazistowskim. Jak
powiedział Arthur Seyss-Inquart, nazistowski kanclerz Austrii i późniejszy komisarz Rzeszy w Holandii, cytując po powrocie z inspekcji
dystryktu lubelskiego słowa jednego z miejscowych funkcjonariuszy: "Te
bagienne tereny [...] nadają się na żydowski rezerwat; utworzenie go
może doprowadzić do poważnego zdziesiątkowania Żydów"k1. Hans
Frank, generalny gubernator okupowanych ziem polskich, także początkowo
nakłaniał swoich podwładnych do wypędzania Żydów na Lubelszczyznę:
"Rozprawcie się szybko z Żydami. Cóż za przyjemność w końcu raz na
zawsze fizycznie unicestwić żydowską rasę"k2.
Wiosną 1940 roku wielu przywódców nazistowskich zaczęło się już jednak
zastanawiać nad konsekwencjami czystki etnicznej przeprowadzonej na
ziemiach wcielonych do Rzeszy. Hermann Göring uświadomił sobie, że na
wyludnionych terenach gospodarka wojenna nie będzie sprawnie działać, a Frank i jego ludzie, którzy musieli sobie radzić z zalewem wysiedleńców,
poniewczasie zrozumieli, że Generalne Gubernatorstwo nie będzie
"wzorcową kolonią", jeśli stanie się śmietniskiem niechcianych
mieszkańców Trzeciej Rzeszy. Zwolniono tempo wywózek, a wkrótce
zarzucono pomysł utworzenia żydowskiego rezerwatu na Lubelszczyźnie.
Niemieckie władze w Polsce, gromadzące w miastach Żydów, których miano
deportować do dystryktu lubelskiego, znalazły się w kłopocie. Utworzyły
więc dla nich duże, zamknięte getta miejskie. Ponieważ do dystryktu
lubelskiego planowano raczej przywozić Żydów, niż ich stąd wysiedlać,
proces koncentracji i tworzenia gett przebiegał tu inaczej niż w Łodzi i Warszawie, gdzie getta dla Żydów z okolicznych terenów zamknięto
odpowiednio w maju i listopadzie 1940 roku. Na Lubelszczyźnie nie
zwożono Żydów z małych miasteczek i wsi do stolicy dystryktu, ale
wygnano wielu Żydów z Lublina do prowincjonalnych miast takich jak
Izbica, pozostałych zaś, w liczbie około 40 tysięcy, zamknięto w getcie
wiosną 1941 roku. W większości tych prowincjonalnych miast,
przeludnionych z powodu napływu wypędzonych, nie tworzono zamkniętych
gett.
Żydzi z dystryktu lubelskiego, choć nie zostali zamknięci w gettach,
gdzie codziennością stały się wkrótce głód i epidemie, cierpieli jednak
takie same prześladowania, pozbawiano ich dobytku i zmuszano do
niewolniczej pracy tak samo, jak wszystkich polskich Żydów od początku
okupacji niemieckiej. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść.
Wiosną 1941 roku Hitler skłonił dowództwo wojskowe, przywódców partii i osoby kierujące gospodarką Rzeszy do przygotowania się do "wojny na
wyniszczenie" (Vernichtungskrieg) przeciwko Związkowi Radzieckiemu -
wojny o "przestrzeń życiową" (Lebensraum), a zarazem krucjaty przeciw
ojczyźnie komunizmu, gdzie mieszkało najwięcej Żydów na świecie. W pierwszych tygodniach rozpoczętej 22 czerwca 1941 roku wojny niemieccy
najeźdźcy odnosili sukcesy. W połowie lipca Hitler, upojony wizją
całkowitego zwycięstwa, zapoczątkował akcję systematycznej likwidacji
sowieckich Żydów. Na początku października przystał na rozciągnięcie tej
akcji - zmierzającej do "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej" -
na pozostałe kraje europejskie znajdujące się pod rządami nazistów.
W Związku Radzieckim Żydów mordowały masowo plutony egzekucyjne, metoda
ta nie mogła jednak zostać zastosowana w całej Europie. Wybrano inny
sposób - deportacje do obozów wyposażonych w urządzenia do zabijania
gazem trującym; metodę tę wypróbowano w Niemczech już wcześniej na ponad
70 tysiącach osób upośledzonych umysłowo. Jesienią 1941 roku zaczęto
budować pierwsze obozy zagłady: w Chełmnie niedaleko Łodzi i w Bełżcu
koło Lublina.
W Chełmnie mordowanie trującym gazem Żydów zamkniętych w ciężarówkach
rozpoczęto w pierwszych dniach grudnia 1941 roku, a wywózki z getta w Łodzi do Chełmna trwały od stycznia 1942 roku. W połowie marca na
przyjęcie transportów gotów był obóz zagłady w Bełżcu, wyposażony w stacjonarną komorę gazową zamiast ciężarówek. Lubelskie getto otoczono
16 marca i rozpoczęto jego likwidację. W następnym miesiącu około 40
tysięcy Żydów albo zastrzelono na miejscu podczas brutalnych łapanek,
albo wywieziono do Bełżca i zagazowano.
W czasie likwidacji lubelskiego getta Joseph Goebbels zapisał w swym
dzienniku pod datą 27 marca 1942 roku:
Poczynając od Lublina, w Generalnym Gubernatorstwie Żydzi są teraz
wywożeni na wschód. Procedura jest dość barbarzyńska i stanowczo nie
nadaje się do opisania. Niewiele zostanie z Żydów. [...] Na szczęście
wojna stwarza cały szereg możliwości, które trzeba by odrzucić w czasie
pokoju. Musimy to wykorzystać. Opustoszałe getta w Generalnym
Gubernatorstwie zostaną teraz zapełnione Żydami wyrzuconymi z Rzeszy.
Procedura ta będzie od czasu do czasu powtarzanak3.
Tak właśnie stało się w Izbicy. Mimo że Niemcy skupili się przede
wszystkim na likwidacji getta w Lublinie, ucierpiały również inne miasta
dystryktu lubelskiego, a także sąsiadującego z nim od wschodu dystryktu
galicyjskiego. 23 marca 1942 roku wywieziono z Izbicy do Bełżca około
2200 osób, prawie połowę żydowskich mieszkańców. Druga deportacja
nastąpiła 8 kwietnia. Miejsce wywiezionych szybko zajęli Żydzi z Zachodu
- do Izbicy przybyły po trzy transporty z Niemiec i Czechosłowacji.
Miasto stało się - wedle niemieckiego określenia - "tranzytowym",
skupiskiem Żydów czekających w kolejce na swą ostatnią podróż do komór
gazowychk4.
W połowie kwietnia 1942 roku obóz zagłady w Bełżcu pracował pełną parą.
W ciągu miesiąca zamordowano tam 48 tysięcy Żydów z dystryktu
lubelskiego i 36 tysięcy - z Galicji. Wkrótce przestały wystarczać trzy
małe komory gazowe w drewnianym baraku, nie nadążano również z pozbywaniem się zwłok. Franz Stangl, przyszły komendant obozu w Sobiborze, a potem Treblince, wspominał przerażającą scenę, której był
świadkiem podczas wizyty w Bełżcu w kwietniu 1942 roku. "Człowiek, z którym rozmawiałem, powiedział, że jeden z dołów był przepełniony.
Wrzucono tam za dużo ciał, rozkład przebiegał za wolno, tak że ciecz ze
spodu wypchnęła do góry ciała, które stoczyły się ze wzgórza. Widziałem
niektóre z nich. Boże, to było potworne"k5. W połowie kwietnia
wstrzymano więc transporty z Lubelszczyzny i Galicji do Bełżca,
rozebrano drewniany barak z trzema małymi komorami gazowymi i zbudowano
nowy, większy, kamienny budynek z sześcioma komorami.
Mordowanie na skalę masową trwało jednak nadal. Choć Bełżec został
zamknięty na czas rozbudowy, na początku maja rozpoczął działalność
budowany od połowy marca nowy obóz zagłady w dystrykcie lubelskim -
Sobibór. Wznowiono transporty, do połowy kwietnia zginęło tam ponad 50
tysięcy Żydów z Lubelszczyzny. Wywózka ofiar z Izbicy nastąpiła 15 maja.
Obóz w Bełżcu otwarto ponownie w końcu maja 1942 roku, ale jechały tam
transporty z Galicji i dystryktu krakowskiego, nie zaś z Lubelszczyzny.
W końcu czerwca kolej przewoziła wyłącznie wojsko. Gdy w lipcu znów
ruszyły transporty Żydów, linia kolejowa do Sobiboru została zamknięta z powodu naprawy, którą ukończono w październiku. W rezultacie Żydom z Lubelszczyzny darowano - z wyjątkiem sporadycznych egzekucji i kilku
wywózek w końcu sierpnia z północnej części dystryktu do Treblinki -
krótki okres wytchnienia.
Gdy otwarto linię kolejową do Sobiboru, a do Treblinki zaczęły napływać
transporty z likwidowanego getta warszawskiego, czas ten się skończył -
w październiku i listopadzie 1942 roku nastąpiła trzecia fala wywózek.
Systematycznie likwidowano jedną społeczność żydowską po drugiej.
"Czarny dzień Izbicy" nastąpił 15 października 1942 roku[^roku].
Spędzono wtedy do transportu większość Żydów znajdujących się z mieście.
Ponieważ w wagonach nie starczyło dla wszystkich miejsca, w pobliżu
stacji kolejowej zastrzelono około pięciuset osób. Według różnych źródeł
tego dnia wywieziono do Sobiboru od 6 do 10 tysięcy osób. 2 listopada
przyszło kolejne uderzenie. W Izbicy pozostało niespełna tysiąc Żydów.
Izbica znalazła się wówczas wśród ośmiu gett w dystrykcie lubelskim,
którym pozwolono przetrwać zimę, choć w styczniu przeprowadzono w mieście jeszcze jedną łapankę. Ostatecznie 28 kwietnia 1943 roku
ostatni Żydzi z Izbicy zostali wywiezieni do Sobiboru. Był wśród nich
Thomas Blatt z rodziną.
W 1942 roku niemieccy likwidatorzy gett skutecznie pozbawiali swoje
ofiary chęci oporu. Każda wywózka miała być ostatnia. Jeśli wszyscy
zachowają spokój, ci Żydzi, którzy przeżyją, będą mogli wrócić do pracy.
Ale w razie jakichkolwiek kłopotów getto zostanie natychmiast
zlikwidowane. To oszustwo działało, dopóki ostateczny niemiecki cel -
całkowite unicestwienie Żydów - wydawał się nie do uwierzenia. Dlaczego
Niemcy mieliby zachowywać się nieracjonalnie i zabijać żydowskich
pracowników, tak potrzebnych niemieckiej machinie wojennej? Jeśli wziąć
pod uwagę nierówność sił między Niemcami a ich ofiarami, a także realną
groźbę odwetu w razie jakiegokolwiek sprzeciwu wobec wywózek, opór nie
wydawał się rozsądny. W strasznym roku 1942 większość polskich Żydów
wybierała ukrywanie się w czasie łapanek i udowadnianie swej
przydatności dla niemieckiej gospodarki.
Ale w roku 1943 cel nazistów nie pozostawiał już wątpliwości, groźba
odwetu straciła na sile, a postawa Żydów zaczęła się zmieniać. Gdy w styczniu Niemcy wznowili wywózki z warszawskiego getta, napotkali opór i wycofali się. W kwietniu kolejna próba deportacji doprowadziła do
wybuchu w getcie powstania. W lipcu więźniowie obozu zagłady w Treblince
wszczęli bunt i zorganizowali ucieczkę. W sierpniu przeciwstawiono się
likwidacji pozostałości getta w Białymstoku. Bunt w Sobiborze i ucieczka
więźniów w październiku 1943 roku, w której wziął udział Thomas Blatt,
były przejawem zmiany postawy Żydów.
Na Lubelszczyźnie odpowiedź Niemców była miażdżąca. Heinrich Himmler
uważał istniejące jeszcze obozy pracy za potencjalne zagrożenie, nie
można było ich jednak likwidować etapami bez wywołania tego rodzaju
desperackiego oporu i ucieczki, jakie wydarzyły się w Treblince i Sobiborze. Na początku listopada 1943 roku Himmler wezwał więc do
Lublina jednostki SS i policji z całej Polski. 3 i 4 listopada
przeprowadziły one operację "Dożynki" (Erntefest) - zamordowano
wówczas około 42 tysięcy Żydów w obozach pracy w Majdanku (tam było
najwięcej zabitych), Poniatowej i Trawnikach. Była to największa
operacja w ramach "ostatecznego rozwiązania". Dymy z palonych ciał Żydów
z Majdanka przez ponad tydzień wisiały nad Lublinem niczym gęste chmury.
Dystrykt lubelski został ogłoszony Judenfrei - "wolnym od Żydów".
Na terenach tych pozostali tylko Żydzi walczący w ukryciu o przetrwanie,
tak jak Thomas Blatt. Próba przeżycia w sytuacji nieustannego zagrożenia
stanowiła ciężkie doświadczenie. Gdy w lipcu 1944 roku wkroczyła Armia
Czerwona, w kryjówkach pozostali już tylko nieliczni czekający na
ratunek. Thomas Blatt był jednym z nich. Jego książka to niezwykła
opowieść o zmaganiach o przeżycie w ciągu pięciu lat okupacji
niemieckiej.
Christopher R. Browning
Początek
Twarzą w twarz z rzeczywistością
Brama się otworzyła i ujrzeliśmy coś, co wyglądało jak ładna wioska.
Przed nami ciągnęła się czarna droga obsadzana kwiatami. Po lewej
stronie stał kolorowy dom, otoczony nienagannie utrzymanym trawnikiem,
drzewami i rabatami. Ruszyliśmy przed siebie, mijając drogowskazy i drewniane figury, przedstawiające kelnera z półmiskiem i fryzjera z brzytwą. Czy tego rodzaju miejsce mogło być fabryką śmierci? Niemożliwe!
Może to naprawdę jest obóz pracy, tak jak mówili Niemcy?
Ja jednak wiedziałem swoje. Nawet przechodząc obok zielonego domku z sielską nazwą Jaskółcze Gniazdo nad drzwiami, wiedziałem, że czeka mnie
tu śmierć. Ale dlaczego? Miałem zaledwie piętnaście lat. Cóż takiego
zrobiłem, żeby na nią zasłużyć? Oceniłem sytuację. Otaczały nas druty
kolczaste i ukraińscy strażnicy z karabinami. Beznadziejne. Żadnych
szans ucieczki. Zerknąłem na swoją matkę. Była blada i mizerna; po raz
pierwszy zauważyłem głębokie zmarszczki wokół jej ust. Miała tylko
czterdzieści sześć lat, ale cztery lata nieludzkiego życia w getcie
postarzyły ją i pozbawiły sił. Wydawało się, że nie dba już o to, co się
z nią stanie.
W tym rzecz. Mieliśmy zginąć w komorach gazowych lub porażeni prądem,
jak sądzili niektórzy z nas. To nasze ostatnie chwile. Słońce wciąż
stało wysoko, śpiewały ptaki. Był piękny wiosenny dzień - 28 kwietnia
1943 roku. Nie chciałem umierać.
- Zatrzymać się! Mężczyźni na prawo! Kobiety i dzieci na lewo! -
wrzasnął esesman. Nieliczni chłopcy w moim wieku pozostali przy matkach.
Mój dziesięcioletni brat zostawił ojca i podszedł do matki, którą wciąż
trzymałem za rękę. Czy mam jakąś szansę? Musiałem podjąć decyzję... Szybko
ucałowałem matkę w policzek.
Chciałem coś powiedzieć; wiedziałem, że rozstajemy się na zawsze. Ale z jakiegoś powodu, którego do dziś nie rozumiem, rzuciłem ni z tego ni z owego:
- Nie pozwoliłaś mi wczoraj wypić całego mleka. Chciałaś zostawić trochę
na dzisiaj.
Odwróciła się powoli i spojrzała na mnie ze smutkiem:
- O tym myślisz w takiej chwili?
Wspomnienie tej sceny prześladuje mnie po dziś dzień. Żałuję, że
pożegnałem matkę w taki dziwny sposób. Oddałbym wszystko, żeby cofnąć
czas, żeby móc ją uścisnąć i powiedzieć, że ją kocham. W 1943 roku
byliśmy już jednak niczym roboty, zobojętniałe na wszystko cienie. Nigdy
nie płakałem. Byłem za dorosły, żeby płakać. A gdybym nawet umiał
wyrażać uczucia, nie było na to czasu. Dołączyłem do ojca stojącego w grupie mężczyzn.
Przed nami stanął potężnie zbudowany Niemiec z pałką i zapytał, jakie
mamy zawody. Nawet w takiej chwili było to jak promyk nadziei, ochłap
rzucony skazańcom. Ludzie zaczęli przepychać się do przodu, krzycząc: -
Jestem szewcem! Jestem krawcem! Jestem cieślą! Jestem piekarzem! -
Właściwa odpowiedź mogła ocalić życie. Zdawałem sobie sprawę, że nikt
mnie nie uzna za jakiegokolwiek fachowca. Nieduży i chudy wyglądałem na
o wiele młodszego.
Nie miałem czym się pochwalić, ale też przepchnąłem się do przodu w nadziei, że zostanę zauważony. Wpatrywałem się intensywnie w esesmana,
powtarzając w myślach: "Boże, spraw, żeby wziął mnie, wziął mnie, wziął
mnie!".
W pewnym momencie nasze oczy się spotkały. Wiedziałem, że to decydujący
moment. Zwróciłem jego uwagę! Wskazał mnie i powiedział:
- Komm raus, du Kleiner [Wystąp, mały].
Chwilowo byłem uratowany.
Ludzie, których błagania pozostały bez odpowiedzi, wzniecili taki tumult
i zgiełk, że esesman chwycił pałkę i zaczął nią wymachiwać na prawo i lewo, bijąc na oślep, gdzie popadnie. Mój ojciec uginał się pod
uderzeniami. Cierpiałem katusze, nie mogąc mu pomóc. W zamieszaniu
straciłem go z oczu. W końcu wybrano i ustawiono z boku grupę około
czterdziestu mężczyzn reprezentujących różne zawody. Resztę (około
dwustu) poprowadzono dalej, powoli znikali nam z pola widzenia. Szli do
komór gazowych, a mój ojciec był jednym z nich, ale wtedy to do mnie nie
docierało.
Gdy pędzono naszą grupę wybrańców, z oddali słyszałem krzyki i od czasu
do czasu strzały. Nagle zapadła cisza, dochodził tylko głuchy warkot
jakiegoś silnika.
- Juden laufen! [Żydzi biegiem!] - krzyknął esesman.
Pobiegliśmy, pod groźbą bata i karabinu maszynowego, do ogrodzenia z drutu kolczastego. Wszystko działo się tak szybko, że nie mieliśmy czasu
pomyśleć.
- Herein! [Wchodzić!] - Znaleźliśmy się na dziedzińcu otoczonym
zwykłymi drewnianymi barakami.
Podszedł do nas schludnie ubrany więzień.
- Jestem Kurt - przedstawił się. - Podajcie wasze nazwiska i daty
urodzenia.
Kolejno wpisywał nas do księgi.
Ktoś zapytał:
- Co to za miejsce?
- Będziecie pracowali - odparł. I dodał szybko: - A teraz pójdziecie do
waszego baraku. Za mną.
Wnętrze baraku było bardzo czyste. Około jednej piątej dużego
pomieszczenia zostało oddzielone cienką ścianą z drzwiami; jak się
dowiedziałem później, była to kwatera kapok6. Pośrodku stał
drewniany stół z dwiema ławkami, a pod ścianami - trzy kondygnacje
wieloosobowych prycz, sięgających od podłogi do sufitu. To były nasze
legowiska.
- Wybierzcie sobie miejsca - polecił Kurt.
Zaczęła się szalona przepychanka. Od razu ruszyłem do najdalszego rogu
górnej pryczy i wspiąłem się na nią. Miejsca przeznaczone dla jednej
osoby były bardzo wąskie, miały zaledwie 60 centymetrów szerokości;
leżały na nich koce, jakby ktoś właśnie je opuścił. Rzeczywiście, pod
swoją poduszką znalazłem skarpety, chleb, papierosy, zdjęcia oraz
strzępki papieru z bazgraniną w obcym języku. Najwyraźniej ktoś tam
spał. Nie mogłem się nad tym zastanawiać. Nie byłem jeszcze gotowy
pogodzić się z myślą, że żyję, ponieważ ten ktoś jest teraz martwy.
Ze swojej pryczy widziałem przez otwór między ścianą a dachem, co dzieje
się na zewnątrz. Na dziedzińcu nagle pojawił się esesman. - Ty, ty i ty!
- krzyknął. Wybrał na chybił trafił piętnastu nowo przybyłych, którzy
stali najbliżej, i wyprowadził ich. Zeskoczyłem z pryczy i wyszedłem na
plac. W oddali widać było dym i płomienie, w powietrzu unosił się
dziwny, słodkawy zapach. Wolałem się nie domyślać, skąd się wziął.
Mężczyźni wrócili dość szybko, głęboko wstrząśnięci i przygnębieni.
Kazano im zebrać z ogrodzonego placu wciąż ciepłe ubrania osób z naszego
transportu i przenieść je na inny plac, gdzie więźniowie sortowali
rzeczy. Niektórzy rozpoznali ubrania swoich najbliższych.
Wróciłem do baraku i położyłem się na pryczy, w głowie miałem chaos. Ani
przez chwilę nie myślałem o stracie matki, ojca i brata, nie dałem się
ponieść emocjom. Chyba instynktownie przeczuwałem, że gdybym sobie na to
pozwolił, skutki byłyby katastrofalne. Nie mogłem się natomiast
powstrzymać od roztrząsania sekwencji wydarzeń, które doprowadziły do
tego okropnego finału. Bez końca zastanawiałem się, co by się stało,
gdyby moja rodzina uciekła w 1939 roku do Związku Radzieckiego, tak jak
planowaliśmy. Może byśmy przeżyli. Wracałem myślami do chwil i miejsc, w których prawdopodobnie nie wykorzystaliśmy szansy ratunku. Czy to by nas
ocaliło, czy tylko szybciej nas tu przywiodło? Jak mogliśmy uniknąć tej
okropnej sytuacji? Wyemigrować przed wojną, zanim zaczął się nazistowski
horror? I dokąd wyemigrować? Do Ameryki? Czyby nas przyjęto, nawet
gdybyśmy mieli pieniądze? Ale wtedy sprawy nie przedstawiały się tak
groźnie. Skąd mogliśmy wiedzieć, co się stanie?
Izbica
Urodziłem się w 1927 roku w Izbicy i tam spędziłem dzieciństwo, co
odcisnęło piętno na całym moim życiu. Uważałem to miejsce za pępek
świata. O tym, że istnieją inne miasta, wiedziałem przed pójściem do
szkoły tylko dzięki krewnym - jedna z moich ciotek, Chaja, wyszła za mąż
i przeprowadziła się do Krasnegostawu; moje babcie mieszkały w Zamościu
i Lublinie, a wujek w Warszawie. Kuzyni wyemigrowali za granicę; dwaj z nich, komuniści, w 1930 roku wyjechali do Rosji; kolejny, syjonista,
wyjechał do Palestyny, a jeszcze jeden, z głową do interesów, znalazł
się w Stanach Zjednoczonych. Z ich listów dowiadywałem się trochę o szerokim świecie.
Izbica była typowym sztetl położonym nieopodal Lublina, w południowo-wschodniej Polscek7. Na okolicznych wzgórzach
znajdowały się gospodarstwa katolickich chłopów, ale sama Izbica była
zamieszkana głównie przez Żydów. Większość mieszkańców żyła w biedzie, w drewnianych domach; tylko nieliczni zamożniejsi mieli domy murowane.
Wodę czerpano z trzech studni artezyjskich i kilku źródeł. Do połowy lat
trzydziestych ubiegłego wieku w mieście nie było elektryczności.
Wśród ludności żydowskiej przeważali ortodoksi, ale zaczęły pojawiać się
też postępowe nurty. Znikały brody i pejsy1; tradycyjne chałaty i jarmułki stopniowo ustępowały miejsca ubiorom współczesnym.
Moja rodzina mieszkała w jerisze, dużym domu wybudowanym przez
prapradziadka. Następne pokolenia stopniowo podzieliły dom na szereg
niewielkich mieszkań. Uchodziliśmy za rodzinę zamożną.
Dom był drewniany, piętrowy. Po obu stronach korytarza znajdowały się
małe, jedno- lub dwupokojowe mieszkanka. Mieszkaliśmy w pierwszym po
lewej stronie. Mieliśmy kuchnię z piecem opalanym drewnem i półkami na
naczynia; stało w niej łóżko dla służącej. Co dzień jeden z kilku
miejskich nosiwodów, Josele, przynosił nam wodę w wiadrach - był to
luksus zarezerwowany dla "bogaczy". Wodę trzymaliśmy w dużym zbiorniku z ocynkowanej blachy.
W jadalni stały: drewniany stół z czterema krzesłami, duży brązowy
kredens i zegar dziadka. Wysoko na ścianie wisiał wypchany kolorowy
bażant, prezent od pewnego myśliwego, oraz dwa obrazy ze scenami
ludowymi, kupione od biednego polskiego studenta malarstwa. Za
przepierzeniem znajdował się mały pokoik, w którym stała tylko kanapa.
Sypialnia była mała, z podwójnym łóżkiem, stolikiem nocnym, pełniącym
jednocześnie funkcję apteczki, i dużym kaflowym piecem, ogrzewającym
pokój zimą.
Obok nas mieszkała ciotka Miriam, której syn też miał na imię Tojwi i był moim rówieśnikiem. Mieszkanie naprzeciwko zajmował Motel Brinker z córką, wdowiec, właściciel małej kawiarni. Sąsiedni pokój, ciasny i ciemny, należał do Rajzł, która z trudem zarabiała na nędzne życie,
kupując parki młodych gęsi i tucząc je na sprzedaż. Jej jedyny syn,
młodzieniec chory na gruźlicę, nigdy nie opuszczał łóżka. Przy końcu
korytarza znajdowały się schody na piętro. Mieszkała tam w dwóch
pokojach moja babcia Hany-Sure z synem, wujem Jankielem. Dwa pozostałe
pokoje na tym piętrze stały nieużywane.
W Izbicy wszyscy znali wszystkich, a zamiast nazwisk używano przydomków.
Jedno lub dwa słowa często celnie opisywały czyjeś przekonania, pozycję
społeczną, pochodzenie rodzinne czy cechy fizyczne. Byli więc wśród nas
Łame (Kulawy) Chaim i Dziobaty Jojne. Każdy wiedział, że Zamościer
bekker to Szulim Handwerker, piekarz z Zamościa. Mojego ojca nazywano
Leibele goj, ponieważ uchodził za wolnomyśliciela, jadał szynkę i utrzymywał bliskie stosunki z chrześcijanami.
Zamieszanie w sprawach wiary pogłębiła u mnie szkoła. Uczęszczałem
zarówno na lekcje religii żydowskiej, jak chrześcijańskiej; ogromnie
fascynowały mnie opowieści biblijne. Gdy miałem około siedmiu lat,
myślałem: Może one mówią prawdę... może mój tata jest gojem! Rzadko chodzi
do synagogi, pali papierosy w sobotę i je szynkę! Co prawda, robiąc to,
zamyka drzwi na klucz i okiennice... ale wszyscy i tak wiedzą.
Pewnego dnia ojciec podał mi plasterek szynki.
- Spróbuj, Tojwi, no, spróbuj tego, to jest dobre!
Spróbowałem. Smakowało lepiej niż jakiekolwiek mięso, które jadłem. Ale
następnego dnia ciotka Miriam, która podsłuchała naszą rozmowę przez
cienką ścianę, zawołała mnie do swego pokoju.
- Tojwi, jesz szynkę... przyznaj się. - To nie było pytanie, ale
stwierdzenie, chciała się tylko upewnić. Nigdy nie kłamałem.
- Tak, ciociu Miriam, jadłem szynkę.
- Zostaniesz ukarany i pójdziesz do piekła - oznajmiła surowo. - Nie
słuchaj swojego ojca. On nie jest prawdziwym Żydem.
- Ale, ciociu, dlaczego mam pójść do piekła? Nauczyciel religii kazał
nam słuchać rodziców. Co złego zrobiłem? - Chciałem się jakoś
usprawiedliwić, na ciotce nie zrobiły jednak wrażenia ani mój drżący
głos, ani przerażona twarz.
- Tojwi - powtórzyła - dla Żydów zakazane jest jedzenie wieprzowiny. Nie
jest koszerna2, a ty pójdziesz za to do piekła.
Choć minęło wiele lat, wciąż pamiętam, jak bardzo byłem wstrząśnięty.
Wrażliwy chłopiec o bujnej wyobraźni ujrzałem się w płomieniach, wydany
na pastwę diabłów.
- O Boże, żałuję, żałuję... - szeptałem, leżąc na kanapie. Głowa mi pękała
od natrętnych myśli.
Gdy matka wróciła z zakupów, miałem wysoką gorączkę. Wezwano lekarza,
który przepisał mi lekarstwa. Chorowałem przez wiele dni, a wszyscy byli
dla mnie mili. Matka dała mi nawet do zabawy swój cenny zegarek. W końcu
pojawiła się ciotka Miriam.
- Ciociu Miriam, boję się.
- Czego się boisz?
- Boję się, że pójdę do piekła.
- Tojwi, martwisz się tym? - Patrząc na mnie długą chwilę, zrozumiała,
co się stało, i powiedziała: - Tojwi, musisz przestrzegać żydowskiego
prawa, ale Bóg jest miłosierny i z Jego woli, gdy skończysz trzynaście
lat i będziesz miał bar micwę3, zacznie się dla ciebie nowe
życie. Wszystkie twoje dawne grzechy zostaną odpuszczone.
Ujrzałem iskierkę nadziei dla swojej duszy. Jeszcze przez długi czas
martwiłem się jednak o skazaną na potępienie duszę ojca. Jego bar micwa
była dawno temu; nie miał już drugiej szansy. Ja natomiast mogłem zacząć
nowe życie. Cudownie ozdrowiałem... i mając w zapasie kilka lat do bar
micwy, znów zacząłem jeść szynkę.
Nazywano mnie Tojwi Hersza Bera, po dziadku. Hersz Ber był ortodoksyjnym
Żydem, bardzo pobożnym i szanowanym w społeczności. Gdy ktoś, kto znał
moją rodzinę, chciał zganić moje skandaliczne, gojowskie postępki, takie
jak nienoszenie pejsów czy opuszczanie chederu4, mówił z rozpaczą: "Tojwi, gdyby twój dziadek Hersz Ber, który jest teraz w niebie, wstał z grobu i cię zobaczył, ze wstydu sam by od razu znów się
położył". Mijały dni i lata, a moja rodzina wciąż trwała rozdarta między
skrywanymi próbami wyzwolenia się z pęt tradycji a potrzebą utrzymania
dobrych stosunków ze skrajnie ortodoksyjnymi krewnymi, z którymi
mieszkaliśmy pod jednym dachem. Od czasu do czasu nosiłem nawet pejsy.
Wierzyłem w Boga i bałem się Go; na ile mogłem, próbowałem przestrzegać
nakazów. Po porannym myciu odmawiałem Mode ani5, dziękując
Bogu, że strzegł mojej duszy, gdy spałem. Przed jedzeniem myłem ręce i odmawiałem modlitwę. Moi rodzice, których szanowałem i słuchałem,
postępowali jednak inaczej. Od czasu do czasu bywali w chrześcijańskich
domach i jedli niekoszerne jedzenie! Gdy krewni podejrzewali, że rodzice
nie uczczą należycie jakiegoś ważnego święta, po prostu "porywali" mnie,
zabierając do swoich domów i sadzając przy stole.
Nadal nie jestem pewny, na czym opierała się moja wiara w Boga.
Wierzyłem po prostu w jego wszechpotęgę, moc pomagania i karania.
Nabrałem jednak wątpliwości, gdy spłonął tutejszy bejt
midrasz6. To był Jego dom. To On miał władzę. Nic nie mogło
zdarzyć się wbrew Jego woli. Miałem wiele pytań do Boga. Mimo to
wierzyłem w Niego. Wiele razy, wracając późno od przyjaciół ciemnymi
ulicami, przestraszony, ścigany przez wyrosłe w mej wyobraźni demony,
powtarzałem modlitwę Szma Israel7. Podczas modlitwy nie mogło
spotkać mnie nic złego.
Z katolickimi sąsiadami żyliśmy w zgodzie. Co prawda na budynku poczty
pojawiały się czasem antysemickie hasła w rodzaju: "Żydzi do Palestyny"
czy "Nie kupuj u Żyda", ale nikt nie traktował ich poważnie. W szkole
uczniowie katoliccy i żydowscy trzymali się przeważnie w swoich grupach.
Dzieci żydowskich było mniej więcej tyle samo co katolickich, bo choć
Żydzi stanowili ponad 95 procent ludności miasteczka, do tutejszej
szkoły podstawowej chodziły też dzieci z okolicznych wsi. W klasach nie
dawały o sobie znać ostrzejsze antagonizmy.
Zdarzały się niepokoje na tle religijnym, ale wewnątrz społeczności
żydowskiej. Pewnego razu grupa młodych Żydów z Zamościa nieoczekiwanie
zjechała do Izbicy w szabat - na rowerach, bez jarmułek na głowach. Tego
było już za dużo dla mieszkańców; przybysze zostali przepędzeni
kamieniami przez swych ortodoksyjnych braci.
Zgodnie z żydowskim prawem w szabat życie w miasteczku zamierało.
Uczniowie żydowscy nie chodzili do szkoły. W całym miasteczku panowały
niezwykły spokój i świąteczny nastrój. Żydzi dostojnie, w atmosferze
świętości, kroczyli do synagogi. Mężczyźni w czarnych chałatach i jarmułkach lub kapeluszach nieśli tałesy w haftowanych torbach. Kobiety
miały długie spódnice, peruki i chustki, a towarzyszące im dzieci
wyglądały jak miniatury dorosłych. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że te
spokojne soboty w Izbicy wkrótce staną się tylko wspomnieniem.
Początek wojny
Nazistowski terror rozpoczął się wraz z najazdem niemieckim na Polskę we
wrześniu 1939 roku. Z afiszów krzyczało słowo: "Mobilizacja!", a na
rynku herold miejski ogłaszał zalecenia na wypadek nalotów.
Dwa dni później na miasto spadły pierwsze bomby. Nie wyrządziły szkód,
ale moja rodzina na wszelki wypadek przeniosła się do położonej w głębi
lasów wsi Pańska Dolina, około dwudziestu kilometrów od Izbicy.
Dotarłszy tam, usłyszeliśmy wybuchy. Niemcy bombardowali stanowiska
oddziałów polskich, które znalazły tu schronienie.
Kilka dni później polskie wojsko zaczęło się wycofywać; żołnierze
zakopywali w lesie broń i amunicję, aby zmniejszyć obciążenie.
Natychmiast pojawiali się jacyś polscy cywile i wszystko wykopywali.
Na skraju lasu młody porucznik przemawiał do grupy zmęczonych, brudnych
żołnierzy. Ze smutkiem mówił o bardzo ciężkich chwilach, które nadeszły,
wspominał walkę z Niemcami, podkreślał gotowość żołnierzy do oddania
życia w obronie ukochanej ojczyzny. Oznajmił, że komuniści, teraz
sojusznicy nazistów, zadali im cios w plecy i że armia sowiecka
najechała na Polskę ze wschodu. I choć wiadomo, że ich dywizja została
otoczona przez Niemców, stoczą swą ostatnią bitwę. Porucznik rozkazał
żołnierzom bronić tej wsi do ostatniego pocisku, do ostatniego granatu.
Oddział odśpiewał Rotę i ruszył w głąb lasu. Nieprzerwany terkot broni
maszynowej od zachodu zwiastował nadejście Niemców.
Nie wiedzieliśmy, co robić. Niektórzy Żydzi opowiadali się za ucieczką
na wschód, inni utrzymywali, że Niemcy nie są przecież pozbawieni
ludzkich uczuć i nie skrzywdzą cywilów. Część postanowiła przekroczyć
Bug i wyjść naprzeciw Sowietom. My wróciliśmy do Izbicy.
Po powrocie okazało się, że Niemcy byli w mieście i odeszli, a teraz
nadchodzą Sowieci. Byłem rozczarowany. Przybiegł do mnie mój brat,
Hersz, i powiedział, że są tu jeszcze dwaj żołnierze niemieccy, kupują
chleb w piekarni Handwerkera. Pomyślałem, że wojna zaraz się skończy, a ja nie mogę stracić szansy obejrzenia Niemca. Kilka minut później
znalazłem się przed piekarnią i zobaczyłem dwóch żołnierzy w nieznanych
ciemnozielonych mundurach, pakujących świeży chleb do toreb przy
rowerze. Przystanąłem w pobliżu i słuchałem. Mógłbym przysiąc, że mówili
w jidysz. Choć niektóre słowa brzmiały dziwnie, rozumiałem ich rozmowę.
Żołnierze rzucili mi cukierka, a ja podziękowałem w jidysz: A szejnem
dank. Roześmiali się i poprawili na Danke schön. A potem wyjechali z miasta.
Rosjanie weszli do Izbicy w ponury, dżdżysty dzień. Miejscowi komuniści,
których przywódcą był Żyd Abram Wajs, dawniej szewc, zorganizowali
"czerwoną milicję".
Około południa nasz rodzinny obiad został przerwany przez hałas
silników. Z balkonu widziałem ciężkie sowieckie czołgi, a za nimi
ciężarówki pełne żołnierzy. Ciągnęły błotnistym poboczem głównej ulicy,
aby nie natknąć się na miny przeciwczołgowe. W mieście wciąż przebywało
jeszcze trochę polskich żołnierzy i oficerów, więc co gorliwsi tutejsi
komuniści natychmiast rzucili się ich rozbrajać.
Oficerów Armii Czerwonej nie sposób było odróżnić od zwykłych
poborowych, ponieważ nie nosili żadnych dystynkcji, a wszyscy mieli
długie, szare, wystrzępione płaszcze. W stosunku do cywilów zachowywali
się przyzwoicie. Niektórzy żołnierze spali w ciężarówkach zaparkowanych
obok czołgów na rynku, inni - na wiązkach słomy w budynku kina. Żaden
nie odważył się wejść do prywatnego domu.
Kilka dni później wujek Szmul Staw powiedział nam, że Armia Czerwona się
wycofa. Krążyły pogłoski, że Niemcy i Sowieci podpisali pakt o nieagresji i podzielili Polskę między siebie. Na mocy tego porozumienia
Armia Czerwona miała wycofać się za linię Bugu.
A więc naziści znów przyjdą! Niemożliwe! Wujek Staw musiał się pomylić!
Ubrałem się i poszedłem zobaczyć to na własne oczy. Wujek wcale się nie
mylił - Sowieci odjeżdżali. Za nimi ciągnęło trochę żydowskich furmanek.
Żydzi uciekali, zabierając ze sobą swój mizerny dobytek.
Wałęsałem się przez cały dzień. Gdy wieczorem wróciłem do domu,
usłyszałem rodziców, gwałtownie spierających się w sąsiednim pokoju.
Matka, bardzo rozgorączkowana, próbowała namówić ojca do wyjazdu z Izbicy.
- Leibele, posłuchaj. Mówię po rosyjsku. Poradzimy sobie. Wszystko jest
lepsze niż znoszenie nazistowskich prześladowań. Słyszałam o ustawach
antysemickich w Niemczech. To samo mogą zrobić tutaj.
Ojciec powtarzał jednak uparcie:
- Nie chcę iść na wygnanie z małymi dziećmi. Tu się urodziłem i tutaj
umrę. A poza tym - mówił - zanim przyszli Rosjanie, Niemcy byli tu, w Izbicy, i nie działy się żadne okropności.
Dużo później, gdy groziło nam krematorium, utrzymywano, że gdyby Niemcy
urządzili pogrom i zabili wielu Żydów po pierwszym wejściu do Izbicy,
byłoby to dla nas błogosławieństwem. Wszyscy pozostali Żydzi uciekliby
na stronę sowiecką.
W rzeczywistości gdy Niemcy po raz pierwszy zajęli miasto, zabito
sześciu Żydów, między innymi naszego sąsiada, rzeźnika Brajtmana.
Społeczność żydowska złożyła to jednak na karb zamieszania panującego na
froncie, pewną rolę znów odegrała też nadzieja. Zawsze żywiliśmy
nadzieję, że wszystko wróci do normalności. Teraz nasza jedyna droga
ucieczki była zamknięta.
Sowieci wyszli, a Niemcy jeszcze nie nadeszli. Nasze miasto stało się na
pewien czas ziemią niczyją. Bandy tutejszych polskich chuliganów zaczęły
zagrażać ludności żydowskiej. Niewiele było trzeba, żeby ich podburzyć.
Wszędzie - na ulicach, na dworcu, w gabinecie burmistrza - wisiały duże,
kolorowe afisze, piętnujące Żydów. Jeden z obrazków przedstawiał
dodawanie zdechłych szczurów do mielonej wołowiny na sprzedaż; na innym
duża wesz przeskakiwała z kołnierza Żyda na Polaka chrześcijanina,
przenosząc tyfus. Jeszcze inne ukazywały Żydów jako morderców,
wysysających z niewinnych chrześcijańskich dzieci krew, rzekomo do
wypieku paschalnej macy. Niemiecka propaganda antysemicka szerzyła się
jak zaraza.
Nigdy nie rozmawialiśmy, nawet nie napomykaliśmy o tych afiszach. Tego
rodzaju obrazki stanowiły po prostu część naszego życia. Nic nie
mogliśmy na to poradzić. Czasami patrzyłem jednak na te afisze i zastanawiałem się, czy moi polscy sąsiedzi naprawdę wierzą w propagandowe bzdury. Przed wojną, choć stosunki bywały napięte,
chrześcijanie i Żydzi utrzymywali ze sobą kontakty, razem pracowali i uczyli się. Teraz nie wiedzieliśmy, komu zaufać.
Pewnego wieczoru, około szóstej, tuż po kolacji, ściany domów zatrzęsły
się od straszliwego wybuchu. Usłyszeliśmy przeszywający krzyk, potem
zapadła zupełna cisza. Następnego dnia pojawiły się pogłoski, że dwaj
kilkunastoletni mieszkańcy Izbicy, Maniek Królikowski i Jacek Malec,
wrzucili granat w grupę Żydów stojących na ulicy. Wiele osób zostało
rannych, między innymi kobieta, która kilka tygodni później zmarła z ran. Był to oczywisty akt zemsty za kolaborację bandy żydowskich
komunistów z Sowietami.
Mieszkańcy, obawiając się powtórzenia tego rodzaju aktów przemocy w pozbawionym władzy mieście, wysłali do Krasnegostawu delegację z ciotką
Miriam na czele, aby poprosić Niemców o przybycie i przywrócenie prawa i porządku. W Izbicy szybko utworzono tak zwaną Ortskommandantur der
Wehrmacht8 i zapanował względny porządek.
W pierwszych tygodniach okupacji życie toczyło się zwykłym trybem.
Niemcy założyli obok stacji kolejowej szpital polowy dla lżej rannych
żołnierzy Wehrmachtu. Spacerowałem swobodnie po mieście i bardzo
chciałem zobaczyć Niemców z bliska, porozmawiać z nimi.
Któregoś dnia, gdy starszyzna gminy żydowskiej wyznaczyła grupę Żydów do
sprzątania niemieckich koszar, dołączyłem do tej grupy bez wiedzy ojca.
Myliśmy podłogę, wynosiliśmy śmieci. Czas mijał. Wieczorem koszary
zapełniły się żołnierzami, którzy wracali z ćwiczeń. Wydawali się mili,
poprosiłem jednego z nich o papierosa.
- Ach du kleiner, du rauchst? [To ty palisz, mały?]
Wyjaśniłem, że to dla mojego ojca, który jest nałogowym palaczem.
- Masz może przypadkiem siostrę?
Byłem chłopcem nieśmiałym, ale zorientowanym w kwestiach zasadniczych.
Od razu podchwyciłem okazję.
- O, tak. Ma osiemnaście lat - odparłem.
Nie byłem pewny, czy on zdaje sobie sprawę, że jesteśmy Żydami.
- Masz - powiedział. Cała paczka papierosów znalazła się w mojej ręce. -
Powtórz jej, żeby jeśli może, przyszła tu jutro posprzątać.
Obiecałem, że powtórzę. W następnych dniach nieustannie nalegał, żebym
przyprowadził nieistniejącą siostrę, czego wynikiem były kolejne dwie
paczki papierosów. Poznałem go wtedy lepiej. Willy miał dwadzieścia lat,
tylko osiem więcej niż ja, i na swój sposób był nieśmiały. Gdy znów
zapytał o moją siostrę, wręczając mi jeszcze dwie paczki papierosów,
zdałem sobie sprawę, że nie mam wyboru.
- Panie kapralu, chcę panu coś powiedzieć.
- Mów, Tomek.
- Czy pan mnie zbije, jeśli się panu nie spodoba?
- Dlaczego miałbym to zrobić?
- Dobrze. Oddaję panu te dwie paczki i zapłacę za resztę.
- Tomek, co to znaczy?
- Wszyscy tu jesteśmy Żydami. Chciałby pan spotkać się z żydowską
dziewczyną? Wie pan, że to niebezpieczne.
Willy pokręcił głową.
- Nie jesteś Żydem, prawda?
- Owszem, jestem.
Czekałem w milczeniu. Instynktownie wyczuwałem, że ten Niemiec mnie nie
uderzy, ale mimo to, gdy się we mnie wpatrywał, serce mi waliło.
- Tomek, weź papierosy, a tu jest trochę czekolady dla twojej siostry. -
Zajął się swoją pracą i nigdy więcej nie wspomniał o tej sprawie.
Wkrótce potem wyjechał na front i nigdy go już nie zobaczyłem.
Początkowo Żydów zostawiono w spokoju. W mieście stacjonowały tylko
oddziały Wehrmachtu, nie było SS, a żołnierze handlowali nawet pokątnie
z mieszkańcami. Nagle pewnego dnia zabity został syn Lejzora Sieczki.
Nasz sąsiad. Niemiecki żandarm zastrzelił go na ulicy po prostu dla
sportu. To pierwsze rozmyślne zabójstwo w Izbicy wstrząsnęło nami
wszystkimi. Uświadomiliśmy sobie, że prawo już nie chroni Żydów.
Wkrótce potem na mieście pojawiły się obwieszczenia:
"Wprowadza się godzinę policyjną dla wszystkich Żydów od 5.00 po
południu do 7.00 rano".
"Wszyscy Żydzi w wieku powyżej sześciu lat zobowiązani są nosić na
przedramieniu, białe opaski szerokości 10 centymetrów z niebieską
gwiazdą Dawida".
"Żaden Żyd nie może opuszczać swego miejsca zamieszkania bez specjalnego
zezwolenia władz niemieckich".
"Żydów obowiązuje zakaz podróży pociągami".
"Zakaz wszelkiego handlu dla Żydów".
Za złamanie tych przepisów jedyną karą była śmierć. Społeczność żydowska
została w ten sposób odizolowana od reszty mieszkańców miasteczka.
Większość kupców, którzy wcześniej handlowali z polskimi chłopami,
porzuciła swe zajęcie; ci, którzy tego nie zrobili, ryzykowali życie.
W Izbicy jedynym dużym zakładem była państwowa cegielnia, produkująca
specjalne cegły używane do budowy fortyfikacji wojskowych. Żydzi nie
mogli tam pracować nawet przed wojną. Trzy działające w mieście młyny
dawały przedtem zajęcie wielu Żydom, ale teraz zatrudniano tam tylko
chrześcijan.
Przed wojną większość Żydów zajmowała się drobnym handlem i rzemiosłem;
małe żydowskie sklepiki i zakłady znajdowały się przy głównej ulicy. Mój
ojciec miał sklep z alkoholami. Licencję na handel otrzymał od polskich
władz w nagrodę za ochotniczą służbę w Legionach marszałka Piłsudskiego
w latach 1918-1919. Teraz, podobnie jak inni kupcy żydowscy, musiał
zamknąć sklep.
Ojciec zarabiał na życie dzięki temu, że zdołał zawrzeć umowę z przedsiębiorcą z Warszawy, panem Frydmanem, na dostawy drewna dla jego
wytwórni prawideł do butów. Pana Frydmana, choć był Żydem, nie
obowiązywały na razie ustawy antyżydowskie, ponieważ miał obywatelstwo
amerykańskie. Kilka lat później zginął wraz z żoną i dziećmi. Ojciec
spotykał się z panem Frydmanem w tajemnicy. Gdyby go schwytano, zostałby
zastrzelony. Wielu Żydów, mających mniej szczęścia, głodowało. Nie
chodziło się już co środę na targ na rynku sztetl, żeby pogadać ze
znajomymi, kupić co trzeba i sprzedać towar. Żydzi musieli potajemnie
przekradać się na wieś, aby kupić żywność.
W Izbicy przed wojną kwitło bogate i różnorodne życie kulturalne. Teatr
amatorski, w którym grywał czasami mój ojciec, był teraz zamknięty,
podobnie jak kino i biblioteka. Wciąż jednak działało wiele stowarzyszeń
politycznych i religijnych; spotkania odbywały się w domach. A bejt
midraszim wciąż skłaniał Żydów do modlitwy i nauki.
Szkoły publiczne były oczywiście dla nas zamknięte. Uczono nas jednak
potajemnie w domach, nie przerwaliśmy nauki. Naszym nauczycielem był
rebe Jakow Icchak Lewand, a lekcje odbywały się w jego kuchni. Pamiętam,
jak siedziałem w tym ciemnym pomieszczeniu, razem z ośmioma czy
dziesięcioma innymi chłopcami w wieku od siedmiu do trzynastu lat, wokół
starego stołu; każdy z nas miał przed sobą modlitewnik.
Nudziłem się przeraźliwie. Świeciło słońce, a na zewnątrz było tyle do
zrobienia. Czułem się jak w klatce. Bez końca mechanicznie powtarzałem
za rebe ustęp za ustępem po hebrajsku, w języku, którego nie rozumiałem.
Gdy któryś z nas ziewnął, rebe wtykał swój niezbyt czysty drewniany
wskaźnik w otwarte usta delikwenta, nie pozwalając mu usnąć.
Przed wojną w szkole publicznej prowadzono lekcje religii zarówno dla
katolików, jak i Żydów. Podręczniki były w języku polskim, który
naturalnie rozumiałem, a ilustracje wydawały mi się ciekawe. W chederze
powtarzałem jednak machinalnie to, czego wykułem się na pamięć. Ojciec
nigdy mnie nie sprawdzał, ale swoje wiedział. Powiedział kiedyś: -
Tojwi, nie będziesz nawet umiał odmówić za mnie kadyszu9, gdy
przyjdzie czas. - Miał rację, teraz tego żałuję.
Czułem się trochę zawstydzony, że moi koledzy robią postępy w studiach
nad Gemarą i Raszim10, podczas gdy ja wciąż borykałem się z podręcznikiem dla początkujących. Pewnego razu w czasie wakacji u babci
w Zamościu zostałem poddany prawdziwej próbie - babcia poprosiła mnie,
żebym przeczytał modlitewnik. Bez trudu powtórzyłem wszystkie
zapamiętane wersety i wszyscy byli ze mnie bardzo dumni. Później, gdy
dziadek zabrał mnie do synagogi, bałem się, że te nieliczne zapamiętane
wersety nie wystarczą, szybko odkryłem jednak, że muszę tylko naśladować
innych modlących się Żydów. Tak jak wszyscy kiwałem się z zapałem w przód i w tył, intonując co jakiś czas "amen", a jednocześnie
niecierpliwie wyczekując na koniec nabożeństwa.
Nie tęskniłem za szkołą. Niezbyt ją lubiłem, uwielbiałem jednak czytać.
To było jak odkrywanie nowych światów, bardzo mi się podobało. Gdy
książka wydawała się szczególnie ciekawa, czytałem do późnej nocy.
Zmuszony do pójścia do łóżka, często udawałem, że muszę skorzystać z nocnika. Wchodziłem do kuchni i zapalałem światło. Setki karaluchów
natychmiast rozbiegały się w różnych kierunkach. Tylko ta pierwsza
minuta była straszna. Na podłodze szybko robiło się pusto, a ja
siedziałem godzinami na nocniku i czytałem. Rano nie można było za nic
wyciągnąć mnie z łóżka. Założyłem własną bibliotekę, zbierając książki
od przyjaciół, i zawsze miałem mnóstwo do czytania.
Gestapo nie pojawiło się jeszcze w naszym mieście, ale opowieści o torturach i biciu mroziły krew w żyłach.
Rozpoczęła się nowa fala ucieczek na wschód. Granicy nie strzeżono zbyt
pilnie, tak że dość łatwo można było przedostać się na sowiecką stronę
Bugu, odległą zaledwie o niecałe 50 kilometrów.
Matka znów błagała ojca, żebyśmy wyjechali, i tym razem się zgodził. Do
spółki z Szulimem Handwerkerem kupił konia i furmankę. Zaraz potem ze
wschodu zaczęli wracać jeden po drugim uchodźcy z pierwszej fali.
Narzekali na chaos administracyjny na terenach sowieckich i na ciężkie
warunki życia.
Ojciec ponownie zmienił zdanie. Sprzedał konia i wóz równie szybko, jak
je kupił kilka dni wcześniej. Nie wyjechaliśmy z Izbicy, nasz los został
przypieczętowany.
W tamtym czasie wszystkie sprawy dotyczące Żydów w Izbicy leżały w gestii niemieckiego landrata, czyli starosty powiatowego, urzędującego w Krasnymstawie. Pewnego dnia landrat poinformował starszyznę żydowską, że
z powodu wysiedlania Żydów z ziem niemieckich przybędzie do nas
transport Żydów z Poznańskiego, przyłączonego teraz do Rzeszy.
Rozpoczęły się przygotowania na ich przyjęcie. Wygnańcy mieli zostać
zakwaterowani u rodzin żydowskich. Gromadzono zapasy jedzenia.
W grudniu 1939 roku przybyła ponad tysiącosobowa grupa Żydów z Koła.
Dano im bardzo mało czasu na wyprowadzkę i pozwolono zabrać tylko po 20
kilogramów na osobę, toteż niewiele ze sobą przywieźli. Rozmieszczanie
przybyszów w nowych kwaterach odbywało się wśród zgiełku i chaosu. U nas
zatrzymały się rodziny Kominkowskich i Frenklów.
Moi przyjaciele wywodzili się z sąsiedztwa. Najbliższy był mi Srulek
Handwerker, syn piekarza. Razem rozrabialiśmy i psociliśmy. Przyjaźniłem
się też z Herszem i Idelem Goldmanami, synami szewca, Perecem Dorfmanem
i kilkoma innymi chłopcami. Dziewczęta trzymały się razem, z boku;
przewodziły im rywalizujące ze sobą siostra Srulka, Chawa, olśniewająca
jasnowłosa piękność, oraz Małka Lerner, córka rzeźnika, wysoka, szczupła
brunetka. W święta i soboty spotykaliśmy się na skraju lasu i niewinnie
flirtowaliśmy.
W 1940 roku byliśmy jeszcze dziećmi, ale musieliśmy szybko dorosnąć i pomagać naszym rodzinom. Niemcy założyli w pobliżu obóz pracy. Na
początku, przez pierwszych kilka miesięcy, pracowali w nim ochotnicy.
Pierwsi zgłosili się oczywiście najubożsi, którzy chcieli po prostu
zaspokoić głód. W małym i ubogim sztetl istniały podziały społeczne.
Biednych nazywano grices (zupy), ponieważ żywili się prawie wyłącznie
zupami. Początkowo Niemcy zawozili robotników do pracy i odwozili
wieczorem do domów, później wszyscy musieli przebywać na stałe w zamkniętym obozie.
Wówczas zaczęły docierać do nas przerażające wieści. Z przemyconych
listów i od uciekinierów dowiedzieliśmy się o sadystycznych torturach i ciężkich warunkach pracy. Żydzi nie zgłaszali się już na ochotnika do
pracy w obozie; teraz starszyźnie żydowskiej nakazano sporządzić spis i przymusowo dostarczać nowych robotników. Choć oficjalnie nie istniało
rozróżnienie między bogatymi a biednymi, do obozu szli ci ostatni. Jeśli
rozkaz stawienia się do pracy dostał bogaty Żyd, mógł znaleźć zastępcę,
oczywiście spośród cierpiącej głód biedoty.
Obozów pracy przybywało, a sytuacja stawała się coraz trudniejsza. W końcu z powodu okropnego traktowania ludzi w obozach nawet najubożsi,
najbardziej zdesperowani biedacy odmawiali pójścia do obozu. Nie można
już było kupić zastępcy, a starszyzna żydowska nie radziła sobie z dostarczaniem żądanej liczby robotników.
Niemcy zaczęli więc urządzać łapanki uliczne. Jedna z pierwszych
nastąpiła 14 sierpnia 1940 roku. Ofiary wysłano do Bełżca, który wówczas
był jeszcze obozem pracyk8.
Wszyscy się ukrywali. Łapanki stawały się coraz częstsze. W środku dnia
do Izbicy wjeżdżały ciężarówki pełne Niemców i ukraińskich kolaborantów.
Łapano Żydów na ulicach i przez kilka godzin przetrzymywano na rynku.
Kto miał pieniądze, mógł się wykupić albo mogła zapłacić za niego
rodzina, niczym na targu niewolników. Pozostali szli do obozu.
Za zbyt powolne dostarczanie robotników do pracy niewolniczej landrat
karał społeczność żydowską grzywnami. Aby uchronić mnie przed łapanką,
ojciec, przy pomocy znajomych chrześcijan, znalazł mi pracę w warsztacie
mechanicznym prowadzonym przez Polaka niemieckiego pochodzenia, Leopolda
Platto. Ten prosty, uczciwy człowiek mówił płynnie w jidysz, ponieważ
przez lata pracował w tartaku Goldberga.
Do Izbicy przybywało coraz więcej transportów wysiedlonych
Żydówk9. 10 marca 1941 roku przyjechali wypędzeni z Koła, Konina
i Rzgowa. Wspólnota musiała powiększyć kuchnię, aby nakarmić tak wielu
nowo przybyłych. Obowiązku wydawania dwa razy dziennie zupy i gorącej
kawy zbożowej podjął się Samuel Kohn, wysoki, pełen dostojeństwa
mężczyzna. Kohn zamieszkał wraz z żoną w naszym domu, część przybyszów
przyjęły inne rodziny, a około czterystu osób umieszczono w synagodze.
Izbica stała się teraz nie tylko gettem, ale także "punktem
przeładunkowym" dla wysiedlanych na wschód.
Wojna ze Związkiem Radzieckim. Sytuacja się pogarsza
22 czerwca 1941 roku Niemcy najechały na Związek Radziecki. Przeżyliśmy
wstrząs. Czyż nie było paktu o nieagresji? Zaledwie kilka dni wcześniej
w Lublinie widziano radzieckich oficerów, krążyły też pogłoski, że
Niemcy pozwolą na emigrację do Związku Radzieckiego. A teraz nagle
zaatakowali własnego sojusznika?
Armia Czerwona wycofywała się na całej linii frontu. Byliśmy
zdruzgotani tym całkowitym zwrotem sytuacji. Żydzi, którzy uciekli
przed Niemcami, a teraz nie mogli lub nie chcieli pójść za cofającą się
Armią Czerwoną, wracali do Izbicy. Na niebie warczały potężne bombowce,
szosy były zapchane pojazdami zmotoryzowanej piechoty, pociągi
wyładowane bronią i czołgami, a wszystko ciągnęło na wschód.
Niemieckie flagi powiewały na każdym autobusie i pociągu, z okien
każdego urzędu - zadbali o to miejscowi naziści i antykomuniści. Wkrótce
ulicami maszerowały setki radzieckich jeńców wojennych.
Był to żałosny widok. Wygłodzeni, upokorzeni żołnierze łapczywie
chwytali kawałki chleba i papierosy rzucane na drogę przez żydowskich
mieszkańców miasteczka, próbujących im jakoś pomóc. Niemcy zwyciężali.
27 grudnia 1941 roku nasz lokator, Samuel Kohn, otrzymał list od swego
syna z Koła. "Od ponad miesiąca - pisał syn - Żydzi z transportów są
duszeni gazem w specjalnych ciężarówkach w jakimś Chełmnie"k10.
Słuchałem rozmowy rodziców z Kohnem na ten temat. Dorośli uznali tę
historię za wymysł i nie przejęli się zbytnio. "To niemożliwe -
stwierdzili. - To bujda. Nawet Niemcy nie mogą robić takich strasznych
rzeczy! Najgorszy bandyta nie zamorduje tylu niewinnych ludzi! Przecież
żyjemy w XX wieku!".
Wkrótce zapomnieliśmy o tej sprawie, ale niestety nie na długo. Najpierw
musieliśmy doświadczyć życia pod rządami gestapo. Ku naszemu przerażeniu
gestapo przybyło bowiem w końcu do naszego miasteczka w osobach dwóch
psychopatycznych morderców. Szef, Kurt Engels, był hałaśliwym,
nieobliczalnym osobnikiem. Ludwig Klemm, wysoki, spokojny podoficer,
mówiący doskonale po polsku, sumiennie wykonywał rozkazy swego budzącego
grozę przełożonegok11.
Gestapowcy założyli kwaterę i wkrótce sterroryzowali całą
okolicęk12. Engels zabawiał się strzelaniem do Żydów wczesnym
ranem, przed śniadaniem. Zawsze z uśmiechem na twarzy, odsłaniającym
złoty ząb. Niedługo potem przedstawicieli tutejszej chrześcijańskiej
inteligencji zesłano do Auschwitz i Majdanka. Zniknęli bezpowrotnie
nauczyciele Śliwa, Bazylko, Czubaszek i inni ważni w życiu miasteczka
Polacy.
Byłem nie tyle odważny, ile lekkomyślny. Pamiętam, jak wyszedłem z domu
mojego przyjaciela Srulka po godzinie policyjnej. Znałem na pamięć
wszystkie skróty, wszystkie zaułki w swoim sztetl i byłem pewny, że nie
grozi mi niebezpieczeństwo. Drzwi i okiennice wszystkich żydowskich
domów były dokładnie zamknięte. Zasłony zaciągnięte. Po godzinie
policyjnej sztetl wyglądało jak miasto duchów. Trzymając się ścian,
powoli zbliżałem się do domu.
Pejsy (hebr. peot, jid. pejes) - długie, niestrzyżone pasma włosów pozostawione na skroniach oraz po bokach brody; zgodnie z nakazem biblijnym Żydom nie wolno ich obcinać. [wróć]
Koszer (jid.) - "właściwy, nadający się", określenie odnoszące się do czystości rytualnej ("koszerności") pokarmów i przedmiotów. Najczęściej jest stosowane w odniesieniu do pożywienia (przeciwieństwem jest trejfe, "trefne", zakazane prawami dotyczącymi żywności). [wróć]
Bar micwa (hebr.) - uroczystość związana z uzyskaniem przez chłopca żydowskiego pełnoletności, czyli po ukończeniu 13 lat i jednego dnia, kiedy wkracza on w dorosłość religijną i staje się odpowiedzialny za wypełnianie przykazań prawa żydowskiego. [wróć]
Cheder (hebr.) - tradycyjna szkoła religijna dla chłopców żydowskich, w której prowadzono nauczanie na poziomie elementarnym. [wróć]
Mode ani (hebr.) - początkowe słowa krótkiej modlitwy odmawianej zaraz po przebudzeniu, w której dziękuje się Bogu za powrót ze snu do życia. [wróć]
Bejt midrasz (hebr.) - "dom nauki", w którym zgłębia się święte księgi, czyli wypełnia najważniejsze obowiązki religijne, jakim jest studiowanie Prawa, i odprawia modły. [wróć]
Szma Israel (hebr.) - nazwa, a zarazem pierwsze słowa jednej z najważniejszych modlitw żydowskich ("Słuchaj Izraelu! Pan jest naszym Bogiem - Panem jedynym!"). [wróć]
Ortskommandantur der Wehrmacht (niem.) - wojskowa komendantura miasta. [wróć]
Kadysz (z aram.) - jedna z najważniejszych modlitw w liturgii żydowskiej, wyraża wiarę w jedynego Boga i poddanie się jego woli; kadysz odmawia się za bliskich zmarłych (po śmierci rodziców synowie odmawiają kadysz codziennie przez 11 miesięcy). [wróć]
Gemara (aram.) - część tradycji literackiej składającej się na Talmud; powszechnie stosowano ten termin na określenie całego Talmudu. Raszi (Rabi Szlomo Icchaki, właśc. Szlomo Ben Icchak) - rabin, uczony, autor fundamentalnych dla judaizmu komentarzy do Biblii i Talmudu. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki