Ucieczka z Sobiboru - Thomas Toivi Blatt

Kup ebooka

31.50 zł
26.15 zł (22,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przed­mowa

Pol­ska była demo­gra­ficz­nym i geo­gra­ficz­nym cen­trum Holo­kau­stu. Ponad połowę jego ofiar sta­no­wili pol­scy Żydzi. Co wię­cej, ponie­waż reżim nazi­stow­ski wybu­do­wał na pol­skiej ziemi naj­więk­sze obozy zagłady, gdzie dopeł­nił się los Żydów depor­to­wa­nych z Europy Środ­ko­wej i Zachod­niej, Pol­ska stała się rów­nież naj­więk­szym w Euro­pie cmen­ta­rzem żydow­skim. Trzy główne obozy zagłady - Beł­żec, Sobi­bór i Maj­da­nek - powstały na Lubelsz­czyź­nie, zamiesz­ka­nej przed wojną przez ćwierć miliona Żydów.

Tam wła­śnie uro­dził się autor tych wspo­mnień Tho­mas Toivi Blatt, tam spę­dził dzie­ciń­stwo i mło­dość, która przy­pa­dła na lata wojny i oku­pa­cji. Blatt wycho­wał się w Izbicy, małym mia­steczku w Lubel­skiem, zamiesz­ka­nym głów­nie przez lud­ność żydow­ską. Wywie­ziony do obozu zagłady w Sobi­bo­rze uciekł, a przez następne mie­siące ukry­wał się przed prze­śla­dow­cami niczym tro­pione zwie­rzę. Blatt - jeden z nie­licz­nych i wia­ry­god­nych świad­ków tego strasz­li­wego epi­zodu w dzie­jach ludz­ko­ści - znaj­do­wał się w samym cen­trum Holo­kau­stu.

Przed najaz­dem na Pol­skę 1 wrze­śnia 1939 roku Hitler pod­pi­sał ze Sta­li­nem układ o roz­bio­rze ziem pol­skich. Począt­kowo Lubelsz­czy­zna przy­pa­dła w udziale Sta­li­nowi i została zajęta przez Armię Czer­woną. W końcu wrze­śnia nastą­piła jed­nak korekta wyzna­czo­nych przez układ gra­nic - Lublin, a wraz z nim rodzinne mia­sto Blatta, Izbica, prze­szły w ręce Niem­ców.

Zaczął się pro­ces wynisz­cza­nia i eks­ter­mi­na­cji pol­skich Żydów. Kil­ka­set tysięcy z nich ucie­kło przed prze­śla­do­wa­niami na wschód, do sowiec­kiej strefy oku­pa­cyj­nej. Wielu Żydów, zwłasz­cza z Lubelsz­czy­zny, schwy­tano i odsta­wiono za linię demar­ka­cyjną. Jed­no­cze­śnie na tereny te napły­wały rze­sze Żydów wysie­dlo­nych z Zachodu, ponie­waż nazi­ści bez­względ­nie reali­zo­wali poli­tykę okre­ślaną dziś mia­nem czy­stek etnicz­nych.

Zachod­nie regiony Pol­ski zostały przy­łą­czone do Trze­ciej Rze­szy. Nazi­ści pra­gnęli ziemi, ale nie jej miesz­kań­ców, dla­tego - pozo­sta­wiw­szy nie­wielką mniej­szość nie­miecką - wygnano więk­szość z nich, zarówno Żydów, jak i Pola­ków, do cen­tral­nej Pol­ski, do tak zwa­nego Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa. Dys­trykt lubel­ski Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa miał stać się "rezer­wa­tem dla Żydów". Zimą 1939/1940 napły­wały tu nie­zli­czone trans­porty Żydów wysie­dlo­nych z Nie­miec, ziem przy­łą­czo­nych do Rze­szy, a także z róż­nych rejo­nów Gene­ral­nego Guber­na­tor­stwa.

Pomysł zgro­ma­dze­nia wszyst­kich euro­pej­skich Żydów w "rezer­wa­cie" na Lubelsz­czyź­nie bar­dzo przy­padł do gustu wła­dzom nazi­stow­skim. Jak powie­dział Arthur Seyss-Inqu­art, nazi­stow­ski kanc­lerz Austrii i póź­niej­szy komi­sarz Rze­szy w Holan­dii, cytu­jąc po powro­cie z inspek­cji dys­tryktu lubel­skiego słowa jed­nego z miej­sco­wych funk­cjo­na­riu­szy: "Te bagienne tereny [...] nadają się na żydow­ski rezer­wat; utwo­rze­nie go może dopro­wa­dzić do poważ­nego zdzie­siąt­ko­wa­nia Żydów"k1. Hans Frank, gene­ralny guber­na­tor oku­po­wa­nych ziem pol­skich, także począt­kowo nakła­niał swo­ich pod­wład­nych do wypę­dza­nia Żydów na Lubelsz­czy­znę: "Roz­praw­cie się szybko z Żydami. Cóż za przy­jem­ność w końcu raz na zawsze fizycz­nie uni­ce­stwić żydow­ską rasę"k2.

Wio­sną 1940 roku wielu przy­wód­ców nazi­stow­skich zaczęło się już jed­nak zasta­na­wiać nad kon­se­kwen­cjami czystki etnicz­nej prze­pro­wa­dzo­nej na zie­miach wcie­lo­nych do Rze­szy. Her­mann Göring uświa­do­mił sobie, że na wylud­nio­nych tere­nach gospo­darka wojenna nie będzie spraw­nie dzia­łać, a Frank i jego ludzie, któ­rzy musieli sobie radzić z zale­wem wysie­dleń­ców, ponie­wcza­sie zro­zu­mieli, że Gene­ralne Guber­na­tor­stwo nie będzie "wzor­cową kolo­nią", jeśli sta­nie się śmiet­ni­skiem nie­chcia­nych miesz­kań­ców Trze­ciej Rze­szy. Zwol­niono tempo wywó­zek, a wkrótce zarzu­cono pomysł utwo­rze­nia żydow­skiego rezer­watu na Lubelsz­czyź­nie.

Nie­miec­kie wła­dze w Pol­sce, gro­ma­dzące w mia­stach Żydów, któ­rych miano depor­to­wać do dys­tryktu lubel­skiego, zna­la­zły się w kło­po­cie. Utwo­rzyły więc dla nich duże, zamknięte getta miej­skie. Ponie­waż do dys­tryktu lubel­skiego pla­no­wano raczej przy­wo­zić Żydów, niż ich stąd wysie­dlać, pro­ces kon­cen­tra­cji i two­rze­nia gett prze­bie­gał tu ina­czej niż w Łodzi i War­sza­wie, gdzie getta dla Żydów z oko­licz­nych tere­nów zamknięto odpo­wied­nio w maju i listo­pa­dzie 1940 roku. Na Lubelsz­czyź­nie nie zwo­żono Żydów z małych mia­ste­czek i wsi do sto­licy dys­tryktu, ale wygnano wielu Żydów z Lublina do pro­win­cjo­nal­nych miast takich jak Izbica, pozo­sta­łych zaś, w licz­bie około 40 tysięcy, zamknięto w get­cie wio­sną 1941 roku. W więk­szo­ści tych pro­win­cjo­nal­nych miast, prze­lud­nio­nych z powodu napływu wypę­dzo­nych, nie two­rzono zamknię­tych gett.

Żydzi z dys­tryktu lubel­skiego, choć nie zostali zamknięci w get­tach, gdzie codzien­no­ścią stały się wkrótce głód i epi­de­mie, cier­pieli jed­nak takie same prze­śla­do­wa­nia, pozba­wiano ich dobytku i zmu­szano do nie­wol­ni­czej pracy tak samo, jak wszyst­kich pol­skich Żydów od początku oku­pa­cji nie­miec­kiej. Naj­gor­sze miało jed­nak dopiero nadejść.

Wio­sną 1941 roku Hitler skło­nił dowódz­two woj­skowe, przy­wód­ców par­tii i osoby kie­ru­jące gospo­darką Rze­szy do przy­go­to­wa­nia się do "wojny na wynisz­cze­nie" (Ver­nich­tung­skrieg) prze­ciwko Związ­kowi Radziec­kiemu - wojny o "prze­strzeń życiową" (Leben­sraum), a zara­zem kru­cjaty prze­ciw ojczyź­nie komu­ni­zmu, gdzie miesz­kało naj­wię­cej Żydów na świe­cie. W pierw­szych tygo­dniach roz­po­czę­tej 22 czerwca 1941 roku wojny nie­mieccy najeźdźcy odno­sili suk­cesy. W poło­wie lipca Hitler, upo­jony wizją cał­ko­wi­tego zwy­cię­stwa, zapo­cząt­ko­wał akcję sys­te­ma­tycz­nej likwi­da­cji sowiec­kich Żydów. Na początku paź­dzier­nika przy­stał na roz­cią­gnię­cie tej akcji - zmie­rza­ją­cej do "osta­tecz­nego roz­wią­za­nia kwe­stii żydow­skiej" - na pozo­stałe kraje euro­pej­skie znaj­du­jące się pod rzą­dami nazi­stów.

W Związku Radziec­kim Żydów mor­do­wały masowo plu­tony egze­ku­cyjne, metoda ta nie mogła jed­nak zostać zasto­so­wana w całej Euro­pie. Wybrano inny spo­sób - depor­ta­cje do obo­zów wypo­sa­żo­nych w urzą­dze­nia do zabi­ja­nia gazem tru­ją­cym; metodę tę wypró­bo­wano w Niem­czech już wcze­śniej na ponad 70 tysią­cach osób upo­śle­dzo­nych umy­słowo. Jesie­nią 1941 roku zaczęto budo­wać pierw­sze obozy zagłady: w Chełm­nie nie­da­leko Łodzi i w Bełżcu koło Lublina.

W Chełm­nie mor­do­wa­nie tru­ją­cym gazem Żydów zamknię­tych w cię­ża­rów­kach roz­po­częto w pierw­szych dniach grud­nia 1941 roku, a wywózki z getta w Łodzi do Chełmna trwały od stycz­nia 1942 roku. W poło­wie marca na przy­ję­cie trans­por­tów gotów był obóz zagłady w Bełżcu, wypo­sa­żony w sta­cjo­narną komorę gazową zamiast cię­ża­ró­wek. Lubel­skie getto oto­czono 16 marca i roz­po­częto jego likwi­da­cję. W następ­nym mie­siącu około 40 tysięcy Żydów albo zastrze­lono na miej­scu pod­czas bru­tal­nych łapa­nek, albo wywie­ziono do Bełżca i zaga­zo­wano.

W cza­sie likwi­da­cji lubel­skiego getta Joseph Goeb­bels zapi­sał w swym dzien­niku pod datą 27 marca 1942 roku:

Poczy­na­jąc od Lublina, w Gene­ral­nym Guber­na­tor­stwie Żydzi są teraz wywo­żeni na wschód. Pro­ce­dura jest dość bar­ba­rzyń­ska i sta­now­czo nie nadaje się do opi­sa­nia. Nie­wiele zosta­nie z Żydów. [...] Na szczę­ście wojna stwa­rza cały sze­reg moż­li­wo­ści, które trzeba by odrzu­cić w cza­sie pokoju. Musimy to wyko­rzy­stać. Opu­sto­szałe getta w Gene­ral­nym Guber­na­tor­stwie zostaną teraz zapeł­nione Żydami wyrzu­co­nymi z Rze­szy. Pro­ce­dura ta będzie od czasu do czasu powta­rzanak3.

Tak wła­śnie stało się w Izbicy. Mimo że Niemcy sku­pili się przede wszyst­kim na likwi­da­cji getta w Lubli­nie, ucier­piały rów­nież inne mia­sta dys­tryktu lubel­skiego, a także sąsia­du­ją­cego z nim od wschodu dys­tryktu gali­cyj­skiego. 23 marca 1942 roku wywie­ziono z Izbicy do Bełżca około 2200 osób, pra­wie połowę żydow­skich miesz­kań­ców. Druga depor­ta­cja nastą­piła 8 kwiet­nia. Miej­sce wywie­zio­nych szybko zajęli Żydzi z Zachodu - do Izbicy przy­były po trzy trans­porty z Nie­miec i Cze­cho­sło­wa­cji. Mia­sto stało się - wedle nie­miec­kiego okre­śle­nia - "tran­zy­to­wym", sku­pi­skiem Żydów cze­ka­ją­cych w kolejce na swą ostat­nią podróż do komór gazo­wychk4.

W poło­wie kwiet­nia 1942 roku obóz zagłady w Bełżcu pra­co­wał pełną parą. W ciągu mie­siąca zamor­do­wano tam 48 tysięcy Żydów z dys­tryktu lubel­skiego i 36 tysięcy - z Gali­cji. Wkrótce prze­stały wystar­czać trzy małe komory gazowe w drew­nia­nym baraku, nie nadą­żano rów­nież z pozby­wa­niem się zwłok. Franz Stangl, przy­szły komen­dant obozu w Sobi­bo­rze, a potem Tre­blince, wspo­mi­nał prze­ra­ża­jącą scenę, któ­rej był świad­kiem pod­czas wizyty w Bełżcu w kwiet­niu 1942 roku. "Czło­wiek, z któ­rym roz­ma­wia­łem, powie­dział, że jeden z dołów był prze­peł­niony. Wrzu­cono tam za dużo ciał, roz­kład prze­bie­gał za wolno, tak że ciecz ze spodu wypchnęła do góry ciała, które sto­czyły się ze wzgó­rza. Widzia­łem nie­które z nich. Boże, to było potworne"k5. W poło­wie kwiet­nia wstrzy­mano więc trans­porty z Lubelsz­czy­zny i Gali­cji do Bełżca, roze­brano drew­niany barak z trzema małymi komo­rami gazo­wymi i zbu­do­wano nowy, więk­szy, kamienny budy­nek z sze­ścioma komo­rami.

Mor­do­wa­nie na skalę masową trwało jed­nak na­dal. Choć Beł­żec został zamknięty na czas roz­bu­dowy, na początku maja roz­po­czął dzia­łal­ność budo­wany od połowy marca nowy obóz zagłady w dys­tryk­cie lubel­skim - Sobi­bór. Wzno­wiono trans­porty, do połowy kwiet­nia zgi­nęło tam ponad 50 tysięcy Żydów z Lubelsz­czy­zny. Wywózka ofiar z Izbicy nastą­piła 15 maja.

Obóz w Bełżcu otwarto ponow­nie w końcu maja 1942 roku, ale jechały tam trans­porty z Gali­cji i dys­tryktu kra­kow­skiego, nie zaś z Lubelsz­czy­zny. W końcu czerwca kolej prze­wo­ziła wyłącz­nie woj­sko. Gdy w lipcu znów ruszyły trans­porty Żydów, linia kole­jowa do Sobi­boru została zamknięta z powodu naprawy, którą ukoń­czono w paź­dzier­niku. W rezul­ta­cie Żydom z Lubelsz­czy­zny daro­wano - z wyjąt­kiem spo­ra­dycz­nych egze­ku­cji i kilku wywó­zek w końcu sierp­nia z pół­noc­nej czę­ści dys­tryktu do Tre­blinki - krótki okres wytchnie­nia.

Gdy otwarto linię kole­jową do Sobi­boru, a do Tre­blinki zaczęły napły­wać trans­porty z likwi­do­wa­nego getta war­szaw­skiego, czas ten się skoń­czył - w paź­dzier­niku i listo­pa­dzie 1942 roku nastą­piła trze­cia fala wywó­zek. Sys­te­ma­tycz­nie likwi­do­wano jedną spo­łecz­ność żydow­ską po dru­giej. "Czarny dzień Izbicy" nastą­pił 15 paź­dzier­nika 1942 roku[^roku]. Spę­dzono wtedy do trans­portu więk­szość Żydów znaj­du­ją­cych się z mie­ście. Ponie­waż w wago­nach nie star­czyło dla wszyst­kich miej­sca, w pobliżu sta­cji kole­jo­wej zastrze­lono około pię­ciu­set osób. Według róż­nych źró­deł tego dnia wywie­ziono do Sobi­boru od 6 do 10 tysięcy osób. 2 listo­pada przy­szło kolejne ude­rze­nie. W Izbicy pozo­stało nie­spełna tysiąc Żydów.

Izbica zna­la­zła się wów­czas wśród ośmiu gett w dys­tryk­cie lubel­skim, któ­rym pozwo­lono prze­trwać zimę, choć w stycz­niu prze­pro­wa­dzono w mie­ście jesz­cze jedną łapankę. Osta­tecz­nie 28 kwiet­nia 1943 roku ostatni Żydzi z Izbicy zostali wywie­zieni do Sobi­boru. Był wśród nich Tho­mas Blatt z rodziną.

W 1942 roku nie­mieccy likwi­da­to­rzy gett sku­tecz­nie pozba­wiali swoje ofiary chęci oporu. Każda wywózka miała być ostat­nia. Jeśli wszy­scy zacho­wają spo­kój, ci Żydzi, któ­rzy prze­żyją, będą mogli wró­cić do pracy. Ale w razie jakich­kol­wiek kło­po­tów getto zosta­nie natych­miast zli­kwi­do­wane. To oszu­stwo dzia­łało, dopóki osta­teczny nie­miecki cel - cał­ko­wite uni­ce­stwie­nie Żydów - wyda­wał się nie do uwie­rze­nia. Dla­czego Niemcy mie­liby zacho­wy­wać się nie­ra­cjo­nal­nie i zabi­jać żydow­skich pra­cow­ni­ków, tak potrzeb­nych nie­mieckiej machi­nie wojen­nej? Jeśli wziąć pod uwagę nie­rów­ność sił mię­dzy Niem­cami a ich ofia­rami, a także realną groźbę odwetu w razie jakie­go­kol­wiek sprze­ciwu wobec wywó­zek, opór nie wyda­wał się roz­sądny. W strasz­nym roku 1942 więk­szość pol­skich Żydów wybie­rała ukry­wa­nie się w cza­sie łapa­nek i udo­wad­nia­nie swej przy­dat­no­ści dla nie­mieckiej gospo­darki.

Ale w roku 1943 cel nazi­stów nie pozo­sta­wiał już wąt­pli­wo­ści, groźba odwetu stra­ciła na sile, a postawa Żydów zaczęła się zmie­niać. Gdy w stycz­niu Niemcy wzno­wili wywózki z war­szaw­skiego getta, napo­tkali opór i wyco­fali się. W kwiet­niu kolejna próba depor­ta­cji dopro­wa­dziła do wybu­chu w get­cie powsta­nia. W lipcu więź­nio­wie obozu zagłady w Tre­blince wsz­częli bunt i zor­ga­ni­zo­wali ucieczkę. W sierp­niu prze­ciw­sta­wiono się likwi­da­cji pozo­sta­ło­ści getta w Bia­łym­stoku. Bunt w Sobi­bo­rze i ucieczka więź­niów w paź­dzier­niku 1943 roku, w któ­rej wziął udział Tho­mas Blatt, były prze­ja­wem zmiany postawy Żydów.

Na Lubelsz­czyź­nie odpo­wiedź Niem­ców była miaż­dżąca. Hein­rich Him­m­ler uwa­żał ist­nie­jące jesz­cze obozy pracy za poten­cjalne zagro­że­nie, nie można było ich jed­nak likwi­do­wać eta­pami bez wywo­ła­nia tego rodzaju despe­rac­kiego oporu i ucieczki, jakie wyda­rzyły się w Tre­blince i Sobi­bo­rze. Na początku listo­pada 1943 roku Him­m­ler wezwał więc do Lublina jed­nostki SS i poli­cji z całej Pol­ski. 3 i 4 listo­pada prze­pro­wa­dziły one ope­ra­cję "Dożynki" (Ern­te­fest) - zamor­do­wano wów­czas około 42 tysięcy Żydów w obo­zach pracy w Maj­danku (tam było naj­wię­cej zabi­tych), Ponia­to­wej i Traw­ni­kach. Była to naj­więk­sza ope­ra­cja w ramach "osta­tecz­nego roz­wią­za­nia". Dymy z palo­nych ciał Żydów z Maj­danka przez ponad tydzień wisiały nad Lubli­nem niczym gęste chmury. Dys­trykt lubel­ski został ogło­szony Juden­frei - "wol­nym od Żydów".

Na tere­nach tych pozo­stali tylko Żydzi wal­czący w ukry­ciu o prze­trwa­nie, tak jak Tho­mas Blatt. Próba prze­ży­cia w sytu­acji nie­ustan­nego zagro­że­nia sta­no­wiła cięż­kie doświad­cze­nie. Gdy w lipcu 1944 roku wkro­czyła Armia Czer­wona, w kry­jów­kach pozo­stali już tylko nie­liczni cze­ka­jący na ratu­nek. Tho­mas Blatt był jed­nym z nich. Jego książka to nie­zwy­kła opo­wieść o zma­ga­niach o prze­ży­cie w ciągu pię­ciu lat oku­pa­cji nie­miec­kiej.

Chri­sto­pher R. Brow­ning

Wstęp

1 wrze­śnia 1939 roku - mia­łem wów­czas dwa­na­ście lat - Niemcy naje­chały na Pol­skę, zaczęła się II wojna świa­towa. Polacy pod­dali się po kilku tygo­dniach walk, a liczący 36 milio­nów miesz­kań­ców kraj padł łupem nazi­stów. Stop­niowo nasi­lały się prze­śla­do­wa­nia Żydów, w końcu masowo wywo­żo­nych do obo­zów zagłady.

Zawsze czu­łem potrzebę pisa­nia, jesz­cze w szkole pod­sta­wo­wej pro­wa­dzi­łem dzien­nik. Po wybu­chu wojny nawyk ten przy­brał na sile, nie prze­rwa­łem pisa­nia nawet wtedy, gdy zaczęły się dziać rze­czy straszne. Póź­niej uświa­do­mi­łem sobie, że pisa­łem praw­do­po­dob­nie w imie­niu tych, któ­rzy nie prze­żyli. W owym cza­sie regu­lar­nie odda­wa­łem strony mego dzien­nika chrze­ści­jań­skim przy­ja­cio­łom na prze­cho­wa­nie.

Los nie oszczę­dził mi okrut­nych doświad­czeń, jakie przy­pa­dły w udziale Żydom w oku­po­wa­nej przez nazi­stów Pol­sce. Z getta tra­fi­łem do wię­zie­nia, a póź­niej do osła­wio­nego obozu śmierci w Sobi­bo­rze, gdzie wzią­łem udział w bun­cie i ucieczce przed nie­uchronną śmier­cią. Póź­niej ukry­wa­łem się w lasach niczym tro­piona zwie­rzyna, a wresz­cie tuż przed wyzwo­le­niem dołą­czy­łem do pol­skiego pod­zie­mia.

Dzien­nik tra­ci­łem czę­sto, potem odtwa­rza­łem, a potem znów tra­ci­łem. Po woj­nie udało mi się odtwo­rzyć około 40 pro­cent zapi­sków. W 1952 roku spo­rzą­dzi­łem na ich pod­sta­wie ręko­pis, który przed­sta­wi­łem pol­skiemu komu­ni­stycz­nemu wydaw­nic­twu. Zgo­dziło się wydać książkę, ale na wła­snych warun­kach, co gro­ziło znie­kształ­ce­niem wielu istot­nych fak­tów. Ponie­waż się temu sprze­ci­wi­łem, ręko­pis powę­dro­wał do szu­flady na następne sześć lat.

W 1957 roku wyemi­gro­wa­łem do Izra­ela. Tuż po przy­jeź­dzie dałem ręko­pis byłemu więź­niowi Auschwitz z prośbą o opi­nię. Po trzech tygo­dniach powie­dział tylko: "Ma pan bujną wyobraź­nię. Ni­gdy nie sły­sza­łem o Sobi­bo­rze, a tym bar­dziej o bun­cie tam­tej­szych więź­niów". W obo­zie śmierci w Sobi­bo­rze eses­mani wie­lo­krot­nie chło­stali mnie pej­czem, ale ni­gdy nie czu­łem aż tak ostrego bólu jak wtedy, gdy usły­sza­łem te słowa. Skoro nie wie­rzy mi oca­lały z Auschwitz, kto mi uwie­rzy? Minęło kolej­nych dwa­dzie­ścia lat.

Gdy w roku 1978 tele­wi­zja nadała mini­se­rial Holo­caust, na fali zain­te­re­so­wa­nia tema­tyką poja­wiło się wię­cej rela­cji o tam­tych cza­sach. Frag­menty mojego dzien­nika zostały opu­bli­ko­wane w cza­so­pi­smach i gaze­tach, a także wyko­rzy­stane w książce Richarda Rashke Escape from Sobi­bor (Hough­ton Mif­flin, Boston 1987), która stała się pod­stawą filmu pod tym samym tytu­łem.

Gdy nie­dawno czy­ta­łem swoje wspo­mnie­nia, zada­wa­łem sobie pyta­nia: jaki będzie poży­tek z mojej książki, skoro o Holo­kau­ście tyle już napi­sano? Co mógł­bym jesz­cze dodać? Kogo to zain­te­re­suje? Dosze­dłem do wnio­sku, że moja opo­wieść zain­te­re­suje nie tylko nie­licz­nych oca­la­łych z Holo­kau­stu, ale może też zostać uznana przez przy­szłe poko­le­nia za war­to­ściowe świa­dec­two.

Prze­czy­ta­łem wiele "opty­mi­stycz­nych" - jak je nazy­wam - ksią­żek o Holo­kau­ście; zawie­rają one, oprócz opi­sów ludz­kiego okru­cień­stwa i cier­pień, rów­nież prze­sła­nie mówiące o odwa­dze, poświę­ce­niu, żar­li­wej wie­rze, sile woli. W mojej książce nie ma prze­sła­nia - jest to opo­wieść o kil­ku­na­sto­let­nim żydow­skim chłopcu po pro­stu pró­bu­ją­cym prze­żyć.

Ta opo­wieść o cier­pie­niu i upar­tym trzy­ma­niu się życia nawet mnie samemu wydaje się miej­scami nie­praw­do­po­dobna, choć każde zawarte w niej słowo jest prawdą.

Począ­tek

Twa­rzą w twarz z rze­czy­wi­sto­ścią

Brama się otwo­rzyła i ujrze­li­śmy coś, co wyglą­dało jak ładna wio­ska. Przed nami cią­gnęła się czarna droga obsa­dzana kwia­tami. Po lewej stro­nie stał kolo­rowy dom, oto­czony nie­na­gan­nie utrzy­ma­nym traw­ni­kiem, drze­wami i raba­tami. Ruszy­li­śmy przed sie­bie, mija­jąc dro­go­wskazy i drew­niane figury, przed­sta­wia­jące kel­nera z pół­mi­skiem i fry­zjera z brzy­twą. Czy tego rodzaju miej­sce mogło być fabryką śmierci? Nie­moż­liwe! Może to naprawdę jest obóz pracy, tak jak mówili Niemcy?

Ja jed­nak wie­dzia­łem swoje. Nawet prze­cho­dząc obok zie­lo­nego domku z siel­ską nazwą Jaskół­cze Gniazdo nad drzwiami, wie­dzia­łem, że czeka mnie tu śmierć. Ale dla­czego? Mia­łem zale­d­wie pięt­na­ście lat. Cóż takiego zro­bi­łem, żeby na nią zasłu­żyć? Oce­ni­łem sytu­ację. Ota­czały nas druty kol­cza­ste i ukra­iń­scy straż­nicy z kara­bi­nami. Bez­na­dziejne. Żad­nych szans ucieczki. Zer­k­ną­łem na swoją matkę. Była blada i mizerna; po raz pierw­szy zauwa­ży­łem głę­bo­kie zmarszczki wokół jej ust. Miała tylko czter­dzie­ści sześć lat, ale cztery lata nie­ludz­kiego życia w get­cie posta­rzyły ją i pozba­wiły sił. Wyda­wało się, że nie dba już o to, co się z nią sta­nie.

W tym rzecz. Mie­li­śmy zgi­nąć w komo­rach gazo­wych lub pora­żeni prą­dem, jak sądzili nie­któ­rzy z nas. To nasze ostat­nie chwile. Słońce wciąż stało wysoko, śpie­wały ptaki. Był piękny wio­senny dzień - 28 kwiet­nia 1943 roku. Nie chcia­łem umie­rać.

- Zatrzy­mać się! Męż­czyźni na prawo! Kobiety i dzieci na lewo! - wrza­snął eses­man. Nie­liczni chłopcy w moim wieku pozo­stali przy mat­kach. Mój dzie­się­cio­letni brat zosta­wił ojca i pod­szedł do matki, którą wciąż trzy­ma­łem za rękę. Czy mam jakąś szansę? Musia­łem pod­jąć decy­zję... Szybko uca­ło­wa­łem matkę w poli­czek.

Chcia­łem coś powie­dzieć; wie­dzia­łem, że roz­sta­jemy się na zawsze. Ale z jakie­goś powodu, któ­rego do dziś nie rozu­miem, rzu­ci­łem ni z tego ni z owego:

- Nie pozwo­li­łaś mi wczo­raj wypić całego mleka. Chcia­łaś zosta­wić tro­chę na dzi­siaj.

Odwró­ciła się powoli i spoj­rzała na mnie ze smut­kiem:

- O tym myślisz w takiej chwili?

Wspo­mnie­nie tej sceny prze­śla­duje mnie po dziś dzień. Żałuję, że poże­gna­łem matkę w taki dziwny spo­sób. Oddał­bym wszystko, żeby cof­nąć czas, żeby móc ją uści­snąć i powie­dzieć, że ją kocham. W 1943 roku byli­śmy już jed­nak niczym roboty, zobo­jęt­niałe na wszystko cie­nie. Ni­gdy nie pła­ka­łem. Byłem za doro­sły, żeby pła­kać. A gdy­bym nawet umiał wyra­żać uczu­cia, nie było na to czasu. Dołą­czy­łem do ojca sto­ją­cego w gru­pie męż­czyzn.

Przed nami sta­nął potęż­nie zbu­do­wany Nie­miec z pałką i zapy­tał, jakie mamy zawody. Nawet w takiej chwili było to jak pro­myk nadziei, ochłap rzu­cony ska­zań­com. Ludzie zaczęli prze­py­chać się do przodu, krzy­cząc: - Jestem szew­cem! Jestem kraw­cem! Jestem cie­ślą! Jestem pie­ka­rzem! - Wła­ściwa odpo­wiedź mogła oca­lić życie. Zda­wa­łem sobie sprawę, że nikt mnie nie uzna za jakie­go­kol­wiek fachowca. Nie­duży i chudy wyglą­da­łem na o wiele młod­szego.

Nie mia­łem czym się pochwa­lić, ale też prze­pchną­łem się do przodu w nadziei, że zostanę zauwa­żony. Wpa­try­wa­łem się inten­syw­nie w eses­mana, powta­rza­jąc w myślach: "Boże, spraw, żeby wziął mnie, wziął mnie, wziął mnie!".

W pew­nym momen­cie nasze oczy się spo­tkały. Wie­dzia­łem, że to decy­du­jący moment. Zwró­ci­łem jego uwagę! Wska­zał mnie i powie­dział:

- Komm raus, du Kle­iner [Wystąp, mały].

Chwi­lowo byłem ura­to­wany.

Ludzie, któ­rych bła­ga­nia pozo­stały bez odpo­wie­dzi, wznie­cili taki tumult i zgiełk, że eses­man chwy­cił pałkę i zaczął nią wyma­chi­wać na prawo i lewo, bijąc na oślep, gdzie popad­nie. Mój ojciec ugi­nał się pod ude­rze­niami. Cier­pia­łem katu­sze, nie mogąc mu pomóc. W zamie­sza­niu stra­ci­łem go z oczu. W końcu wybrano i usta­wiono z boku grupę około czter­dzie­stu męż­czyzn repre­zen­tu­ją­cych różne zawody. Resztę (około dwu­stu) popro­wa­dzono dalej, powoli zni­kali nam z pola widze­nia. Szli do komór gazo­wych, a mój ojciec był jed­nym z nich, ale wtedy to do mnie nie docie­rało.

Gdy pędzono naszą grupę wybrań­ców, z oddali sły­sza­łem krzyki i od czasu do czasu strzały. Nagle zapa­dła cisza, docho­dził tylko głu­chy war­kot jakie­goś sil­nika.

- Juden lau­fen! [Żydzi bie­giem!] - krzyk­nął eses­man.

Pobie­gli­śmy, pod groźbą bata i kara­binu maszy­no­wego, do ogro­dze­nia z drutu kol­cza­stego. Wszystko działo się tak szybko, że nie mie­li­śmy czasu pomy­śleć.

- Herein! [Wcho­dzić!] - Zna­leź­li­śmy się na dzie­dzińcu oto­czo­nym zwy­kłymi drew­nia­nymi bara­kami.

Pod­szedł do nas schlud­nie ubrany wię­zień.

- Jestem Kurt - przed­sta­wił się. - Podaj­cie wasze nazwi­ska i daty uro­dze­nia.

Kolejno wpi­sy­wał nas do księgi.

Ktoś zapy­tał:

- Co to za miej­sce?

- Będzie­cie pra­co­wali - odparł. I dodał szybko: - A teraz pój­dzie­cie do waszego baraku. Za mną.

Wnę­trze baraku było bar­dzo czy­ste. Około jed­nej pią­tej dużego pomiesz­cze­nia zostało oddzie­lone cienką ścianą z drzwiami; jak się dowie­dzia­łem póź­niej, była to kwa­tera kapok6. Pośrodku stał drew­niany stół z dwiema ław­kami, a pod ścia­nami - trzy kon­dy­gna­cje wie­lo­oso­bo­wych prycz, się­ga­ją­cych od pod­łogi do sufitu. To były nasze lego­wi­ska.

- Wybierz­cie sobie miej­sca - pole­cił Kurt.

Zaczęła się sza­lona prze­py­chanka. Od razu ruszy­łem do naj­dal­szego rogu gór­nej pry­czy i wspią­łem się na nią. Miej­sca prze­zna­czone dla jed­nej osoby były bar­dzo wąskie, miały zale­d­wie 60 cen­ty­me­trów sze­ro­ko­ści; leżały na nich koce, jakby ktoś wła­śnie je opu­ścił. Rze­czy­wi­ście, pod swoją poduszką zna­la­złem skar­pety, chleb, papie­rosy, zdję­cia oraz strzępki papieru z bazgra­niną w obcym języku. Naj­wy­raź­niej ktoś tam spał. Nie mogłem się nad tym zasta­na­wiać. Nie byłem jesz­cze gotowy pogo­dzić się z myślą, że żyję, ponie­waż ten ktoś jest teraz mar­twy.

Ze swo­jej pry­czy widzia­łem przez otwór mię­dzy ścianą a dachem, co dzieje się na zewnątrz. Na dzie­dzińcu nagle poja­wił się eses­man. - Ty, ty i ty! - krzyk­nął. Wybrał na chy­bił tra­fił pięt­na­stu nowo przy­by­łych, któ­rzy stali naj­bli­żej, i wypro­wa­dził ich. Zesko­czy­łem z pry­czy i wysze­dłem na plac. W oddali widać było dym i pło­mie­nie, w powie­trzu uno­sił się dziwny, słod­kawy zapach. Wola­łem się nie domy­ślać, skąd się wziął.

Męż­czyźni wró­cili dość szybko, głę­boko wstrzą­śnięci i przy­gnę­bieni. Kazano im zebrać z ogro­dzo­nego placu wciąż cie­płe ubra­nia osób z naszego trans­portu i prze­nieść je na inny plac, gdzie więź­nio­wie sor­to­wali rze­czy. Nie­któ­rzy roz­po­znali ubra­nia swo­ich naj­bliż­szych.

Wró­ci­łem do baraku i poło­ży­łem się na pry­czy, w gło­wie mia­łem chaos. Ani przez chwilę nie myśla­łem o stra­cie matki, ojca i brata, nie dałem się ponieść emo­cjom. Chyba instynk­tow­nie prze­czu­wa­łem, że gdy­bym sobie na to pozwo­lił, skutki byłyby kata­stro­falne. Nie mogłem się nato­miast powstrzy­mać od roz­trzą­sa­nia sekwen­cji wyda­rzeń, które dopro­wa­dziły do tego okrop­nego finału. Bez końca zasta­na­wia­łem się, co by się stało, gdyby moja rodzina ucie­kła w 1939 roku do Związku Radziec­kiego, tak jak pla­no­wa­li­śmy. Może byśmy prze­żyli. Wra­ca­łem myślami do chwil i miejsc, w któ­rych praw­do­po­dob­nie nie wyko­rzy­sta­li­śmy szansy ratunku. Czy to by nas oca­liło, czy tylko szyb­ciej nas tu przy­wio­dło? Jak mogli­śmy unik­nąć tej okrop­nej sytu­acji? Wyemi­gro­wać przed wojną, zanim zaczął się nazi­stow­ski hor­ror? I dokąd wyemi­gro­wać? Do Ame­ryki? Czyby nas przy­jęto, nawet gdy­by­śmy mieli pie­nią­dze? Ale wtedy sprawy nie przed­sta­wiały się tak groź­nie. Skąd mogli­śmy wie­dzieć, co się sta­nie?

Izbica

Uro­dzi­łem się w 1927 roku w Izbicy i tam spę­dzi­łem dzie­ciń­stwo, co odci­snęło piętno na całym moim życiu. Uwa­ża­łem to miej­sce za pępek świata. O tym, że ist­nieją inne mia­sta, wie­dzia­łem przed pój­ściem do szkoły tylko dzięki krew­nym - jedna z moich cio­tek, Chaja, wyszła za mąż i prze­pro­wa­dziła się do Kra­sne­go­stawu; moje bab­cie miesz­kały w Zamo­ściu i Lubli­nie, a wujek w War­sza­wie. Kuzyni wyemi­gro­wali za gra­nicę; dwaj z nich, komu­ni­ści, w 1930 roku wyje­chali do Rosji; kolejny, syjo­ni­sta, wyje­chał do Pale­styny, a jesz­cze jeden, z głową do inte­re­sów, zna­lazł się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Z ich listów dowia­dy­wa­łem się tro­chę o sze­ro­kim świe­cie.

Izbica była typo­wym sztetl poło­żo­nym nie­opo­dal Lublina, w połu­dniowo-wschod­niej Pol­scek7. Na oko­licz­nych wzgó­rzach znaj­do­wały się gospo­dar­stwa kato­lic­kich chło­pów, ale sama Izbica była zamiesz­kana głów­nie przez Żydów. Więk­szość miesz­kań­ców żyła w bie­dzie, w drew­nia­nych domach; tylko nie­liczni zamoż­niejsi mieli domy muro­wane. Wodę czer­pano z trzech studni arte­zyj­skich i kilku źró­deł. Do połowy lat trzy­dzie­stych ubie­głego wieku w mie­ście nie było elek­trycz­no­ści.

Wśród lud­no­ści żydow­skiej prze­wa­żali orto­doksi, ale zaczęły poja­wiać się też postę­powe nurty. Zni­kały brody i pejsy1; tra­dy­cyjne cha­łaty i jar­mułki stop­niowo ustę­po­wały miej­sca ubio­rom współ­cze­snym.

Moja rodzina miesz­kała w jeri­sze, dużym domu wybu­do­wa­nym przez pra­pra­dziadka. Następne poko­le­nia stop­niowo podzie­liły dom na sze­reg nie­wiel­kich miesz­kań. Ucho­dzi­li­śmy za rodzinę zamożną.

Dom był drew­niany, pię­trowy. Po obu stro­nach kory­ta­rza znaj­do­wały się małe, jedno- lub dwu­po­ko­jowe miesz­kanka. Miesz­ka­li­śmy w pierw­szym po lewej stro­nie. Mie­li­śmy kuch­nię z pie­cem opa­la­nym drew­nem i pół­kami na naczy­nia; stało w niej łóżko dla słu­żą­cej. Co dzień jeden z kilku miej­skich nosi­wo­dów, Josele, przy­no­sił nam wodę w wia­drach - był to luk­sus zare­zer­wo­wany dla "boga­czy". Wodę trzy­ma­li­śmy w dużym zbior­niku z ocyn­ko­wa­nej bla­chy.

W jadalni stały: drew­niany stół z czte­rema krze­słami, duży brą­zowy kre­dens i zegar dziadka. Wysoko na ścia­nie wisiał wypchany kolo­rowy bażant, pre­zent od pew­nego myśli­wego, oraz dwa obrazy ze sce­nami ludo­wymi, kupione od bied­nego pol­skiego stu­denta malar­stwa. Za prze­pie­rze­niem znaj­do­wał się mały pokoik, w któ­rym stała tylko kanapa. Sypial­nia była mała, z podwój­nym łóż­kiem, sto­li­kiem noc­nym, peł­nią­cym jed­no­cze­śnie funk­cję apteczki, i dużym kaflo­wym pie­cem, ogrze­wa­ją­cym pokój zimą.

Obok nas miesz­kała ciotka Miriam, któ­rej syn też miał na imię Tojwi i był moim rówie­śni­kiem. Miesz­ka­nie naprze­ciwko zaj­mo­wał Motel Brin­ker z córką, wdo­wiec, wła­ści­ciel małej kawiarni. Sąsiedni pokój, cia­sny i ciemny, nale­żał do Rajzł, która z tru­dem zara­biała na nędzne życie, kupu­jąc parki mło­dych gęsi i tucząc je na sprze­daż. Jej jedyny syn, mło­dzie­niec chory na gruź­licę, ni­gdy nie opusz­czał łóżka. Przy końcu kory­ta­rza znaj­do­wały się schody na pię­tro. Miesz­kała tam w dwóch poko­jach moja bab­cia Hany-Sure z synem, wujem Jan­kie­lem. Dwa pozo­stałe pokoje na tym pię­trze stały nie­uży­wane.

W Izbicy wszy­scy znali wszyst­kich, a zamiast nazwisk uży­wano przy­dom­ków. Jedno lub dwa słowa czę­sto cel­nie opi­sy­wały czy­jeś prze­ko­na­nia, pozy­cję spo­łeczną, pocho­dze­nie rodzinne czy cechy fizyczne. Byli więc wśród nas Łame (Kulawy) Chaim i Dzio­baty Jojne. Każdy wie­dział, że Zamo­ścier bek­ker to Szu­lim Han­dwer­ker, pie­karz z Zamo­ścia. Mojego ojca nazy­wano Leibele goj, ponie­waż ucho­dził za wol­no­my­śli­ciela, jadał szynkę i utrzy­my­wał bli­skie sto­sunki z chrze­ści­ja­nami.

Zamie­sza­nie w spra­wach wiary pogłę­biła u mnie szkoła. Uczęsz­cza­łem zarówno na lek­cje reli­gii żydow­skiej, jak chrze­ści­jań­skiej; ogrom­nie fascy­no­wały mnie opo­wie­ści biblijne. Gdy mia­łem około sied­miu lat, myśla­łem: Może one mówią prawdę... może mój tata jest gojem! Rzadko cho­dzi do syna­gogi, pali papie­rosy w sobotę i je szynkę! Co prawda, robiąc to, zamyka drzwi na klucz i okien­nice... ale wszy­scy i tak wie­dzą.

Pew­nego dnia ojciec podał mi pla­ste­rek szynki.

- Spró­buj, Tojwi, no, spró­buj tego, to jest dobre!

Spró­bo­wa­łem. Sma­ko­wało lepiej niż jakie­kol­wiek mięso, które jadłem. Ale następ­nego dnia ciotka Miriam, która pod­słu­chała naszą roz­mowę przez cienką ścianę, zawo­łała mnie do swego pokoju.

- Tojwi, jesz szynkę... przy­znaj się. - To nie było pyta­nie, ale stwier­dze­nie, chciała się tylko upew­nić. Ni­gdy nie kła­ma­łem.

- Tak, cio­ciu Miriam, jadłem szynkę.

- Zosta­niesz uka­rany i pój­dziesz do pie­kła - oznaj­miła surowo. - Nie słu­chaj swo­jego ojca. On nie jest praw­dzi­wym Żydem.

- Ale, cio­ciu, dla­czego mam pójść do pie­kła? Nauczy­ciel reli­gii kazał nam słu­chać rodzi­ców. Co złego zro­bi­łem? - Chcia­łem się jakoś uspra­wie­dli­wić, na ciotce nie zro­biły jed­nak wra­że­nia ani mój drżący głos, ani prze­ra­żona twarz.

- Tojwi - powtó­rzyła - dla Żydów zaka­zane jest jedze­nie wie­przo­winy. Nie jest koszerna2, a ty pój­dziesz za to do pie­kła.

Choć minęło wiele lat, wciąż pamię­tam, jak bar­dzo byłem wstrzą­śnięty. Wraż­liwy chło­piec o buj­nej wyobraźni ujrza­łem się w pło­mie­niach, wydany na pastwę dia­błów.

- O Boże, żałuję, żałuję... - szep­ta­łem, leżąc na kana­pie. Głowa mi pękała od natręt­nych myśli.

Gdy matka wró­ciła z zaku­pów, mia­łem wysoką gorączkę. Wezwano leka­rza, który prze­pi­sał mi lekar­stwa. Cho­ro­wa­łem przez wiele dni, a wszy­scy byli dla mnie mili. Matka dała mi nawet do zabawy swój cenny zega­rek. W końcu poja­wiła się ciotka Miriam.

- Cio­ciu Miriam, boję się.

- Czego się boisz?

- Boję się, że pójdę do pie­kła.

- Tojwi, mar­twisz się tym? - Patrząc na mnie długą chwilę, zro­zu­miała, co się stało, i powie­działa: - Tojwi, musisz prze­strze­gać żydow­skiego prawa, ale Bóg jest miło­sierny i z Jego woli, gdy skoń­czysz trzy­na­ście lat i będziesz miał bar micwę3, zacznie się dla cie­bie nowe życie. Wszyst­kie twoje dawne grze­chy zostaną odpusz­czone.

Ujrza­łem iskierkę nadziei dla swo­jej duszy. Jesz­cze przez długi czas mar­twi­łem się jed­nak o ska­zaną na potę­pie­nie duszę ojca. Jego bar micwa była dawno temu; nie miał już dru­giej szansy. Ja nato­miast mogłem zacząć nowe życie. Cudow­nie ozdro­wia­łem... i mając w zapa­sie kilka lat do bar micwy, znów zaczą­łem jeść szynkę.

Nazy­wano mnie Tojwi Her­sza Bera, po dziadku. Hersz Ber był orto­dok­syj­nym Żydem, bar­dzo poboż­nym i sza­no­wa­nym w spo­łecz­no­ści. Gdy ktoś, kto znał moją rodzinę, chciał zga­nić moje skan­da­liczne, gojow­skie postępki, takie jak nie­no­sze­nie pej­sów czy opusz­cza­nie che­deru4, mówił z roz­pa­czą: "Tojwi, gdyby twój dzia­dek Hersz Ber, który jest teraz w nie­bie, wstał z grobu i cię zoba­czył, ze wstydu sam by od razu znów się poło­żył". Mijały dni i lata, a moja rodzina wciąż trwała roz­darta mię­dzy skry­wa­nymi pró­bami wyzwo­le­nia się z pęt tra­dy­cji a potrzebą utrzy­ma­nia dobrych sto­sun­ków ze skraj­nie orto­dok­syj­nymi krew­nymi, z któ­rymi miesz­ka­li­śmy pod jed­nym dachem. Od czasu do czasu nosi­łem nawet pejsy.

Wie­rzy­łem w Boga i bałem się Go; na ile mogłem, pró­bo­wa­łem prze­strze­gać naka­zów. Po poran­nym myciu odma­wia­łem Mode ani5, dzię­ku­jąc Bogu, że strzegł mojej duszy, gdy spa­łem. Przed jedze­niem myłem ręce i odma­wia­łem modli­twę. Moi rodzice, któ­rych sza­no­wa­łem i słu­cha­łem, postę­po­wali jed­nak ina­czej. Od czasu do czasu bywali w chrze­ści­jań­skich domach i jedli nie­ko­szerne jedze­nie! Gdy krewni podej­rze­wali, że rodzice nie uczczą nale­ży­cie jakie­goś waż­nego święta, po pro­stu "pory­wali" mnie, zabie­ra­jąc do swo­ich domów i sadza­jąc przy stole.

Na­dal nie jestem pewny, na czym opie­rała się moja wiara w Boga. Wie­rzy­łem po pro­stu w jego wszech­po­tęgę, moc poma­ga­nia i kara­nia. Nabra­łem jed­nak wąt­pli­wo­ści, gdy spło­nął tutej­szy bejt midrasz6. To był Jego dom. To On miał wła­dzę. Nic nie mogło zda­rzyć się wbrew Jego woli. Mia­łem wiele pytań do Boga. Mimo to wie­rzy­łem w Niego. Wiele razy, wra­ca­jąc późno od przy­ja­ciół ciem­nymi uli­cami, prze­stra­szony, ści­gany przez wyro­słe w mej wyobraźni demony, powta­rza­łem modli­twę Szma Israel7. Pod­czas modli­twy nie mogło spo­tkać mnie nic złego.

Z kato­lic­kimi sąsia­dami żyli­śmy w zgo­dzie. Co prawda na budynku poczty poja­wiały się cza­sem anty­se­mic­kie hasła w rodzaju: "Żydzi do Pale­styny" czy "Nie kupuj u Żyda", ale nikt nie trak­to­wał ich poważ­nie. W szkole ucznio­wie kato­liccy i żydow­scy trzy­mali się prze­waż­nie w swo­ich gru­pach. Dzieci żydow­skich było mniej wię­cej tyle samo co kato­lic­kich, bo choć Żydzi sta­no­wili ponad 95 pro­cent lud­no­ści mia­steczka, do tutej­szej szkoły pod­sta­wo­wej cho­dziły też dzieci z oko­licz­nych wsi. W kla­sach nie dawały o sobie znać ostrzej­sze anta­go­ni­zmy.

Zda­rzały się nie­po­koje na tle reli­gij­nym, ale wewnątrz spo­łecz­no­ści żydow­skiej. Pew­nego razu grupa mło­dych Żydów z Zamo­ścia nie­ocze­ki­wa­nie zje­chała do Izbicy w sza­bat - na rowe­rach, bez jar­mu­łek na gło­wach. Tego było już za dużo dla miesz­kań­ców; przy­by­sze zostali prze­pę­dzeni kamie­niami przez swych orto­dok­syj­nych braci.

Zgod­nie z żydow­skim pra­wem w sza­bat życie w mia­steczku zamie­rało. Ucznio­wie żydow­scy nie cho­dzili do szkoły. W całym mia­steczku pano­wały nie­zwy­kły spo­kój i świą­teczny nastrój. Żydzi dostoj­nie, w atmos­fe­rze świę­to­ści, kro­czyli do syna­gogi. Męż­czyźni w czar­nych cha­ła­tach i jar­muł­kach lub kape­lu­szach nie­śli tałesy w hafto­wa­nych tor­bach. Kobiety miały dłu­gie spód­nice, peruki i chustki, a towa­rzy­szące im dzieci wyglą­dały jak minia­tury doro­słych. Nie zda­wa­li­śmy sobie sprawy, że te spo­kojne soboty w Izbicy wkrótce staną się tylko wspo­mnie­niem.

Począ­tek wojny

Nazi­stow­ski ter­ror roz­po­czął się wraz z najaz­dem nie­miec­kim na Pol­skę we wrze­śniu 1939 roku. Z afi­szów krzy­czało słowo: "Mobi­li­za­cja!", a na rynku herold miej­ski ogła­szał zale­ce­nia na wypa­dek nalo­tów.

Dwa dni póź­niej na mia­sto spa­dły pierw­sze bomby. Nie wyrzą­dziły szkód, ale moja rodzina na wszelki wypa­dek prze­nio­sła się do poło­żo­nej w głębi lasów wsi Pań­ska Dolina, około dwu­dzie­stu kilo­me­trów od Izbicy. Dotarł­szy tam, usły­sze­li­śmy wybu­chy. Niemcy bom­bar­do­wali sta­no­wi­ska oddzia­łów pol­skich, które zna­la­zły tu schro­nie­nie.

Kilka dni póź­niej pol­skie woj­sko zaczęło się wyco­fy­wać; żoł­nie­rze zako­py­wali w lesie broń i amu­ni­cję, aby zmniej­szyć obcią­że­nie. Natych­miast poja­wiali się jacyś pol­scy cywile i wszystko wyko­py­wali.

Na skraju lasu młody porucz­nik prze­ma­wiał do grupy zmę­czo­nych, brud­nych żoł­nie­rzy. Ze smut­kiem mówił o bar­dzo cięż­kich chwi­lach, które nade­szły, wspo­mi­nał walkę z Niem­cami, pod­kre­ślał goto­wość żoł­nie­rzy do odda­nia życia w obro­nie uko­cha­nej ojczy­zny. Oznaj­mił, że komu­ni­ści, teraz sojusz­nicy nazi­stów, zadali im cios w plecy i że armia sowiecka naje­chała na Pol­skę ze wschodu. I choć wia­domo, że ich dywi­zja została oto­czona przez Niem­ców, sto­czą swą ostat­nią bitwę. Porucz­nik roz­ka­zał żoł­nie­rzom bro­nić tej wsi do ostat­niego poci­sku, do ostat­niego gra­natu. Oddział odśpie­wał Rotę i ruszył w głąb lasu. Nie­prze­rwany ter­kot broni maszy­no­wej od zachodu zwia­sto­wał nadej­ście Niem­ców.

Nie wie­dzie­li­śmy, co robić. Nie­któ­rzy Żydzi opo­wia­dali się za ucieczką na wschód, inni utrzy­my­wali, że Niemcy nie są prze­cież pozba­wieni ludz­kich uczuć i nie skrzyw­dzą cywi­lów. Część posta­no­wiła prze­kro­czyć Bug i wyjść naprze­ciw Sowie­tom. My wró­ci­li­śmy do Izbicy.

Po powro­cie oka­zało się, że Niemcy byli w mie­ście i ode­szli, a teraz nad­cho­dzą Sowieci. Byłem roz­cza­ro­wany. Przy­biegł do mnie mój brat, Hersz, i powie­dział, że są tu jesz­cze dwaj żoł­nie­rze nie­mieccy, kupują chleb w pie­karni Han­dwer­kera. Pomy­śla­łem, że wojna zaraz się skoń­czy, a ja nie mogę stra­cić szansy obej­rze­nia Niemca. Kilka minut póź­niej zna­la­złem się przed pie­karnią i zoba­czy­łem dwóch żoł­nie­rzy w nie­zna­nych ciem­no­zie­lo­nych mun­du­rach, paku­ją­cych świeży chleb do toreb przy rowe­rze. Przy­sta­ną­łem w pobliżu i słu­cha­łem. Mógł­bym przy­siąc, że mówili w jidysz. Choć nie­które słowa brzmiały dziw­nie, rozu­mia­łem ich roz­mowę. Żoł­nie­rze rzu­cili mi cukierka, a ja podzię­ko­wa­łem w jidysz: A szej­nem dank. Roze­śmiali się i popra­wili na Danke schön. A potem wyje­chali z mia­sta.

Rosja­nie weszli do Izbicy w ponury, dżdży­sty dzień. Miej­scowi komu­ni­ści, któ­rych przy­wódcą był Żyd Abram Wajs, daw­niej szewc, zor­ga­ni­zo­wali "czer­woną mili­cję".

Około połu­dnia nasz rodzinny obiad został prze­rwany przez hałas sil­ni­ków. Z bal­konu widzia­łem cięż­kie sowiec­kie czołgi, a za nimi cię­ża­rówki pełne żoł­nie­rzy. Cią­gnęły błot­ni­stym pobo­czem głów­nej ulicy, aby nie natknąć się na miny prze­ciw­czoł­gowe. W mie­ście wciąż prze­by­wało jesz­cze tro­chę pol­skich żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów, więc co gor­liwsi tutejsi komu­ni­ści natych­miast rzu­cili się ich roz­bra­jać.

Ofi­ce­rów Armii Czer­wo­nej nie spo­sób było odróż­nić od zwy­kłych pobo­ro­wych, ponie­waż nie nosili żad­nych dys­tynk­cji, a wszy­scy mieli dłu­gie, szare, wystrzę­pione płasz­cze. W sto­sunku do cywi­lów zacho­wy­wali się przy­zwo­icie. Nie­któ­rzy żoł­nie­rze spali w cię­ża­rów­kach zapar­ko­wa­nych obok czoł­gów na rynku, inni - na wiąz­kach słomy w budynku kina. Żaden nie odwa­żył się wejść do pry­wat­nego domu.

Kilka dni póź­niej wujek Szmul Staw powie­dział nam, że Armia Czer­wona się wycofa. Krą­żyły pogło­ski, że Niemcy i Sowieci pod­pi­sali pakt o nie­agre­sji i podzie­lili Pol­skę mię­dzy sie­bie. Na mocy tego poro­zu­mie­nia Armia Czer­wona miała wyco­fać się za linię Bugu.

A więc nazi­ści znów przyjdą! Nie­moż­liwe! Wujek Staw musiał się pomy­lić! Ubra­łem się i posze­dłem zoba­czyć to na wła­sne oczy. Wujek wcale się nie mylił - Sowieci odjeż­dżali. Za nimi cią­gnęło tro­chę żydow­skich fur­ma­nek. Żydzi ucie­kali, zabie­ra­jąc ze sobą swój mizerny doby­tek.

Wałę­sa­łem się przez cały dzień. Gdy wie­czo­rem wró­ci­łem do domu, usły­sza­łem rodzi­ców, gwał­tow­nie spie­ra­ją­cych się w sąsied­nim pokoju. Matka, bar­dzo roz­go­rącz­ko­wana, pró­bo­wała namó­wić ojca do wyjazdu z Izbicy.

- Leibele, posłu­chaj. Mówię po rosyj­sku. Pora­dzimy sobie. Wszystko jest lep­sze niż zno­sze­nie nazi­stow­skich prze­śla­do­wań. Sły­sza­łam o usta­wach anty­se­mic­kich w Niem­czech. To samo mogą zro­bić tutaj.

Ojciec powta­rzał jed­nak upar­cie:

- Nie chcę iść na wygna­nie z małymi dziećmi. Tu się uro­dzi­łem i tutaj umrę. A poza tym - mówił - zanim przy­szli Rosja­nie, Niemcy byli tu, w Izbicy, i nie działy się żadne okrop­no­ści.

Dużo póź­niej, gdy gro­ziło nam kre­ma­to­rium, utrzy­my­wano, że gdyby Niemcy urzą­dzili pogrom i zabili wielu Żydów po pierw­szym wej­ściu do Izbicy, byłoby to dla nas bło­go­sła­wień­stwem. Wszy­scy pozo­stali Żydzi ucie­kliby na stronę sowiecką.

W rze­czy­wi­sto­ści gdy Niemcy po raz pierw­szy zajęli mia­sto, zabito sze­ściu Żydów, mię­dzy innymi naszego sąsiada, rzeź­nika Brajt­mana. Spo­łecz­ność żydow­ska zło­żyła to jed­nak na karb zamie­sza­nia panu­ją­cego na fron­cie, pewną rolę znów ode­grała też nadzieja. Zawsze żywi­li­śmy nadzieję, że wszystko wróci do nor­mal­no­ści. Teraz nasza jedyna droga ucieczki była zamknięta.

Sowieci wyszli, a Niemcy jesz­cze nie nade­szli. Nasze mia­sto stało się na pewien czas zie­mią niczyją. Bandy tutej­szych pol­skich chu­li­ga­nów zaczęły zagra­żać lud­no­ści żydow­skiej. Nie­wiele było trzeba, żeby ich pod­bu­rzyć. Wszę­dzie - na uli­cach, na dworcu, w gabi­ne­cie bur­mi­strza - wisiały duże, kolo­rowe afi­sze, pięt­nu­jące Żydów. Jeden z obraz­ków przed­sta­wiał doda­wa­nie zde­chłych szczu­rów do mie­lo­nej woło­winy na sprze­daż; na innym duża wesz prze­ska­ki­wała z koł­nie­rza Żyda na Polaka chrze­ści­ja­nina, prze­no­sząc tyfus. Jesz­cze inne uka­zy­wały Żydów jako mor­der­ców, wysy­sa­ją­cych z nie­win­nych chrze­ści­jań­skich dzieci krew, rze­komo do wypieku pas­chal­nej macy. Nie­miecka pro­pa­ganda anty­se­micka sze­rzyła się jak zaraza.

Ni­gdy nie roz­ma­wia­li­śmy, nawet nie napo­my­ka­li­śmy o tych afi­szach. Tego rodzaju obrazki sta­no­wiły po pro­stu część naszego życia. Nic nie mogli­śmy na to pora­dzić. Cza­sami patrzy­łem jed­nak na te afi­sze i zasta­na­wia­łem się, czy moi pol­scy sąsie­dzi naprawdę wie­rzą w pro­pa­gan­dowe bzdury. Przed wojną, choć sto­sunki bywały napięte, chrze­ści­ja­nie i Żydzi utrzy­my­wali ze sobą kon­takty, razem pra­co­wali i uczyli się. Teraz nie wie­dzie­li­śmy, komu zaufać.

Pew­nego wie­czoru, około szó­stej, tuż po kola­cji, ściany domów zatrzę­sły się od strasz­li­wego wybu­chu. Usły­sze­li­śmy prze­szy­wa­jący krzyk, potem zapa­dła zupełna cisza. Następ­nego dnia poja­wiły się pogło­ski, że dwaj kil­ku­na­sto­letni miesz­kańcy Izbicy, Maniek Kró­li­kow­ski i Jacek Malec, wrzu­cili gra­nat w grupę Żydów sto­ją­cych na ulicy. Wiele osób zostało ran­nych, mię­dzy innymi kobieta, która kilka tygo­dni póź­niej zmarła z ran. Był to oczy­wi­sty akt zemsty za kola­bo­ra­cję bandy żydow­skich komu­ni­stów z Sowie­tami.

Miesz­kańcy, oba­wia­jąc się powtó­rze­nia tego rodzaju aktów prze­mocy w pozba­wio­nym wła­dzy mie­ście, wysłali do Kra­sne­go­stawu dele­ga­cję z ciotką Miriam na czele, aby popro­sić Niem­ców o przy­by­cie i przy­wró­ce­nie prawa i porządku. W Izbicy szybko utwo­rzono tak zwaną Ort­skom­man­dan­tur der Wehr­macht8 i zapa­no­wał względny porzą­dek.

W pierw­szych tygo­dniach oku­pa­cji życie toczyło się zwy­kłym try­bem. Niemcy zało­żyli obok sta­cji kole­jo­wej szpi­tal polowy dla lżej ran­nych żoł­nie­rzy Wehr­machtu. Spa­ce­ro­wa­łem swo­bod­nie po mie­ście i bar­dzo chcia­łem zoba­czyć Niem­ców z bli­ska, poroz­ma­wiać z nimi.

Któ­re­goś dnia, gdy star­szy­zna gminy żydow­skiej wyzna­czyła grupę Żydów do sprzą­ta­nia nie­miec­kich koszar, dołą­czy­łem do tej grupy bez wie­dzy ojca. Myli­śmy pod­łogę, wyno­si­li­śmy śmieci. Czas mijał. Wie­czo­rem koszary zapeł­niły się żoł­nie­rzami, któ­rzy wra­cali z ćwi­czeń. Wyda­wali się mili, popro­si­łem jed­nego z nich o papie­rosa.

- Ach du kle­iner, du rauchst? [To ty palisz, mały?]

Wyja­śni­łem, że to dla mojego ojca, który jest nało­go­wym pala­czem.

- Masz może przy­pad­kiem sio­strę?

Byłem chłop­cem nie­śmia­łym, ale zorien­to­wa­nym w kwe­stiach zasad­ni­czych. Od razu pod­chwy­ci­łem oka­zję.

- O, tak. Ma osiem­na­ście lat - odpar­łem.

Nie byłem pewny, czy on zdaje sobie sprawę, że jeste­śmy Żydami.

- Masz - powie­dział. Cała paczka papie­ro­sów zna­la­zła się w mojej ręce. - Powtórz jej, żeby jeśli może, przy­szła tu jutro posprzą­tać.

Obie­ca­łem, że powtó­rzę. W następ­nych dniach nie­ustan­nie nale­gał, żebym przy­pro­wa­dził nie­ist­nie­jącą sio­strę, czego wyni­kiem były kolejne dwie paczki papie­ro­sów. Pozna­łem go wtedy lepiej. Willy miał dwa­dzie­ścia lat, tylko osiem wię­cej niż ja, i na swój spo­sób był nie­śmiały. Gdy znów zapy­tał o moją sio­strę, wrę­cza­jąc mi jesz­cze dwie paczki papie­ro­sów, zda­łem sobie sprawę, że nie mam wyboru.

- Panie kapralu, chcę panu coś powie­dzieć.

- Mów, Tomek.

- Czy pan mnie zbije, jeśli się panu nie spodoba?

- Dla­czego miał­bym to zro­bić?

- Dobrze. Oddaję panu te dwie paczki i zapłacę za resztę.

- Tomek, co to zna­czy?

- Wszy­scy tu jeste­śmy Żydami. Chciałby pan spo­tkać się z żydow­ską dziew­czyną? Wie pan, że to nie­bez­pieczne.

Willy pokrę­cił głową.

- Nie jesteś Żydem, prawda?

- Ow­szem, jestem.

Cze­ka­łem w mil­cze­niu. Instynk­tow­nie wyczu­wa­łem, że ten Nie­miec mnie nie ude­rzy, ale mimo to, gdy się we mnie wpa­try­wał, serce mi waliło.

- Tomek, weź papie­rosy, a tu jest tro­chę cze­ko­lady dla two­jej sio­stry. - Zajął się swoją pracą i ni­gdy wię­cej nie wspo­mniał o tej spra­wie. Wkrótce potem wyje­chał na front i ni­gdy go już nie zoba­czy­łem.

Począt­kowo Żydów zosta­wiono w spo­koju. W mie­ście sta­cjo­no­wały tylko oddziały Wehr­machtu, nie było SS, a żoł­nie­rze han­dlo­wali nawet pokąt­nie z miesz­kań­cami. Nagle pew­nego dnia zabity został syn Lej­zora Sieczki. Nasz sąsiad. Nie­miecki żan­darm zastrze­lił go na ulicy po pro­stu dla sportu. To pierw­sze roz­myślne zabój­stwo w Izbicy wstrzą­snęło nami wszyst­kimi. Uświa­do­mi­li­śmy sobie, że prawo już nie chroni Żydów.

Wkrótce potem na mie­ście poja­wiły się obwiesz­cze­nia:

"Wpro­wa­dza się godzinę poli­cyjną dla wszyst­kich Żydów od 5.00 po połu­dniu do 7.00 rano".

"Wszy­scy Żydzi w wieku powy­żej sze­ściu lat zobo­wią­zani są nosić na przed­ra­mie­niu, białe opa­ski sze­ro­ko­ści 10 cen­ty­me­trów z nie­bie­ską gwiazdą Dawida".

"Żaden Żyd nie może opusz­czać swego miej­sca zamiesz­ka­nia bez spe­cjal­nego zezwo­le­nia władz nie­miec­kich".

"Żydów obo­wią­zuje zakaz podróży pocią­gami".

"Zakaz wszel­kiego han­dlu dla Żydów".

Za zła­ma­nie tych prze­pi­sów jedyną karą była śmierć. Spo­łecz­ność żydow­ska została w ten spo­sób odizo­lo­wana od reszty miesz­kań­ców mia­steczka. Więk­szość kup­ców, któ­rzy wcze­śniej han­dlo­wali z pol­skimi chło­pami, porzu­ciła swe zaję­cie; ci, któ­rzy tego nie zro­bili, ryzy­ko­wali życie.

W Izbicy jedy­nym dużym zakła­dem była pań­stwowa cegiel­nia, pro­du­ku­jąca spe­cjalne cegły uży­wane do budowy for­ty­fi­ka­cji woj­sko­wych. Żydzi nie mogli tam pra­co­wać nawet przed wojną. Trzy dzia­ła­jące w mie­ście młyny dawały przed­tem zaję­cie wielu Żydom, ale teraz zatrud­niano tam tylko chrze­ści­jan.

Przed wojną więk­szość Żydów zaj­mo­wała się drob­nym han­dlem i rze­mio­słem; małe żydow­skie skle­piki i zakłady znaj­do­wały się przy głów­nej ulicy. Mój ojciec miał sklep z alko­ho­lami. Licen­cję na han­del otrzy­mał od pol­skich władz w nagrodę za ochot­ni­czą służbę w Legio­nach mar­szałka Pił­sud­skiego w latach 1918-1919. Teraz, podob­nie jak inni kupcy żydow­scy, musiał zamknąć sklep.

Ojciec zara­biał na życie dzięki temu, że zdo­łał zawrzeć umowę z przed­się­biorcą z War­szawy, panem Fryd­ma­nem, na dostawy drewna dla jego wytwórni pra­wi­deł do butów. Pana Fryd­mana, choć był Żydem, nie obo­wią­zy­wały na razie ustawy anty­ży­dow­skie, ponie­waż miał oby­wa­tel­stwo ame­ry­kań­skie. Kilka lat póź­niej zgi­nął wraz z żoną i dziećmi. Ojciec spo­ty­kał się z panem Fryd­ma­nem w tajem­nicy. Gdyby go schwy­tano, zostałby zastrze­lony. Wielu Żydów, mają­cych mniej szczę­ścia, gło­do­wało. Nie cho­dziło się już co środę na targ na rynku sztetl, żeby poga­dać ze zna­jo­mymi, kupić co trzeba i sprze­dać towar. Żydzi musieli pota­jem­nie prze­kra­dać się na wieś, aby kupić żyw­ność.

W Izbicy przed wojną kwi­tło bogate i róż­no­rodne życie kul­tu­ralne. Teatr ama­tor­ski, w któ­rym gry­wał cza­sami mój ojciec, był teraz zamknięty, podob­nie jak kino i biblio­teka. Wciąż jed­nak dzia­łało wiele sto­wa­rzy­szeń poli­tycz­nych i reli­gij­nych; spo­tka­nia odby­wały się w domach. A bejt midra­szim wciąż skła­niał Żydów do modli­twy i nauki.

Szkoły publiczne były oczy­wi­ście dla nas zamknięte. Uczono nas jed­nak pota­jem­nie w domach, nie prze­rwa­li­śmy nauki. Naszym nauczy­cie­lem był rebe Jakow Icchak Lewand, a lek­cje odby­wały się w jego kuchni. Pamię­tam, jak sie­dzia­łem w tym ciem­nym pomiesz­cze­niu, razem z ośmioma czy dzie­się­cioma innymi chłop­cami w wieku od sied­miu do trzy­na­stu lat, wokół sta­rego stołu; każdy z nas miał przed sobą modli­tew­nik.

Nudzi­łem się prze­raź­li­wie. Świe­ciło słońce, a na zewnątrz było tyle do zro­bie­nia. Czu­łem się jak w klatce. Bez końca mecha­nicz­nie powta­rza­łem za rebe ustęp za ustę­pem po hebraj­sku, w języku, któ­rego nie rozu­mia­łem. Gdy któ­ryś z nas ziew­nął, rebe wty­kał swój nie­zbyt czy­sty drew­niany wskaź­nik w otwarte usta deli­kwenta, nie pozwa­la­jąc mu usnąć.

Przed wojną w szkole publicz­nej pro­wa­dzono lek­cje reli­gii zarówno dla kato­li­ków, jak i Żydów. Pod­ręcz­niki były w języku pol­skim, który natu­ral­nie rozu­mia­łem, a ilu­stra­cje wyda­wały mi się cie­kawe. W che­de­rze powta­rza­łem jed­nak machi­nal­nie to, czego wyku­łem się na pamięć. Ojciec ni­gdy mnie nie spraw­dzał, ale swoje wie­dział. Powie­dział kie­dyś: - Tojwi, nie będziesz nawet umiał odmó­wić za mnie kady­szu9, gdy przyj­dzie czas. - Miał rację, teraz tego żałuję.

Czu­łem się tro­chę zawsty­dzony, że moi kole­dzy robią postępy w stu­diach nad Gemarą i Raszim10, pod­czas gdy ja wciąż bory­ka­łem się z pod­ręcz­ni­kiem dla począt­ku­ją­cych. Pew­nego razu w cza­sie waka­cji u babci w Zamo­ściu zosta­łem pod­dany praw­dzi­wej pró­bie - bab­cia popro­siła mnie, żebym prze­czy­tał modli­tew­nik. Bez trudu powtó­rzy­łem wszyst­kie zapa­mię­tane wer­sety i wszy­scy byli ze mnie bar­dzo dumni. Póź­niej, gdy dzia­dek zabrał mnie do syna­gogi, bałem się, że te nie­liczne zapa­mię­tane wer­sety nie wystar­czą, szybko odkry­łem jed­nak, że muszę tylko naśla­do­wać innych modlą­cych się Żydów. Tak jak wszy­scy kiwa­łem się z zapa­łem w przód i w tył, into­nu­jąc co jakiś czas "amen", a jed­no­cze­śnie nie­cier­pli­wie wycze­ku­jąc na koniec nabo­żeń­stwa.

Nie tęsk­ni­łem za szkołą. Nie­zbyt ją lubi­łem, uwiel­bia­łem jed­nak czy­tać. To było jak odkry­wa­nie nowych świa­tów, bar­dzo mi się podo­bało. Gdy książka wyda­wała się szcze­gól­nie cie­kawa, czy­ta­łem do póź­nej nocy. Zmu­szony do pój­ścia do łóżka, czę­sto uda­wa­łem, że muszę sko­rzy­stać z noc­nika. Wcho­dzi­łem do kuchni i zapa­la­łem świa­tło. Setki kara­lu­chów natych­miast roz­bie­gały się w róż­nych kie­run­kach. Tylko ta pierw­sza minuta była straszna. Na pod­ło­dze szybko robiło się pusto, a ja sie­dzia­łem godzi­nami na noc­niku i czy­ta­łem. Rano nie można było za nic wycią­gnąć mnie z łóżka. Zało­ży­łem wła­sną biblio­tekę, zbie­ra­jąc książki od przy­ja­ciół, i zawsze mia­łem mnó­stwo do czy­ta­nia.

Gestapo nie poja­wiło się jesz­cze w naszym mie­ście, ale opo­wie­ści o tor­tu­rach i biciu mro­ziły krew w żyłach.

Roz­po­częła się nowa fala ucie­czek na wschód. Gra­nicy nie strze­żono zbyt pil­nie, tak że dość łatwo można było prze­do­stać się na sowiecką stronę Bugu, odle­głą zale­d­wie o nie­całe 50 kilo­me­trów.

Matka znów bła­gała ojca, żeby­śmy wyje­chali, i tym razem się zgo­dził. Do spółki z Szu­li­mem Han­dwer­ke­rem kupił konia i fur­mankę. Zaraz potem ze wschodu zaczęli wra­cać jeden po dru­gim uchodźcy z pierw­szej fali. Narze­kali na chaos admi­ni­stra­cyjny na tere­nach sowiec­kich i na cięż­kie warunki życia.

Ojciec ponow­nie zmie­nił zda­nie. Sprze­dał konia i wóz rów­nie szybko, jak je kupił kilka dni wcze­śniej. Nie wyje­cha­li­śmy z Izbicy, nasz los został przy­pie­czę­to­wany.

W tam­tym cza­sie wszyst­kie sprawy doty­czące Żydów w Izbicy leżały w gestii nie­miec­kiego lan­drata, czyli sta­ro­sty powia­to­wego, urzę­du­ją­cego w Kra­snym­sta­wie. Pew­nego dnia lan­drat poin­for­mo­wał star­szy­znę żydow­ską, że z powodu wysie­dla­nia Żydów z ziem nie­miec­kich przy­bę­dzie do nas trans­port Żydów z Poznań­skiego, przy­łą­czo­nego teraz do Rze­szy. Roz­po­częły się przy­go­to­wa­nia na ich przy­ję­cie. Wygnańcy mieli zostać zakwa­te­ro­wani u rodzin żydow­skich. Gro­ma­dzono zapasy jedze­nia.

W grud­niu 1939 roku przy­była ponad tysiąc­o­so­bowa grupa Żydów z Koła. Dano im bar­dzo mało czasu na wypro­wadzkę i pozwo­lono zabrać tylko po 20 kilo­gra­mów na osobę, toteż nie­wiele ze sobą przy­wieźli. Roz­miesz­cza­nie przy­by­szów w nowych kwa­te­rach odby­wało się wśród zgiełku i cha­osu. U nas zatrzy­mały się rodziny Komin­kow­skich i Fren­klów.

Moi przy­ja­ciele wywo­dzili się z sąsiedz­twa. Naj­bliż­szy był mi Sru­lek Han­dwer­ker, syn pie­ka­rza. Razem roz­ra­bia­li­śmy i pso­ci­li­śmy. Przy­jaź­ni­łem się też z Her­szem i Ide­lem Gold­ma­nami, synami szewca, Pere­cem Dorf­ma­nem i kil­koma innymi chłop­cami. Dziew­częta trzy­mały się razem, z boku; prze­wo­dziły im rywa­li­zu­jące ze sobą sio­stra Srulka, Chawa, olśnie­wa­jąca jasno­włosa pięk­ność, oraz Małka Ler­ner, córka rzeź­nika, wysoka, szczu­pła bru­netka. W święta i soboty spo­ty­ka­li­śmy się na skraju lasu i nie­win­nie flir­to­wa­li­śmy.

W 1940 roku byli­śmy jesz­cze dziećmi, ale musie­li­śmy szybko doro­snąć i poma­gać naszym rodzi­nom. Niemcy zało­żyli w pobliżu obóz pracy. Na początku, przez pierw­szych kilka mie­sięcy, pra­co­wali w nim ochot­nicy. Pierwsi zgło­sili się oczy­wi­ście naj­ubożsi, któ­rzy chcieli po pro­stu zaspo­koić głód. W małym i ubo­gim sztetl ist­niały podziały spo­łeczne. Bied­nych nazy­wano gri­ces (zupy), ponie­waż żywili się pra­wie wyłącz­nie zupami. Począt­kowo Niemcy zawo­zili robot­ni­ków do pracy i odwo­zili wie­czo­rem do domów, póź­niej wszy­scy musieli prze­by­wać na stałe w zamknię­tym obo­zie.

Wów­czas zaczęły docie­rać do nas prze­ra­ża­jące wie­ści. Z prze­my­co­nych listów i od ucie­ki­nie­rów dowie­dzie­li­śmy się o sady­stycz­nych tor­tu­rach i cięż­kich warun­kach pracy. Żydzi nie zgła­szali się już na ochot­nika do pracy w obo­zie; teraz star­szyź­nie żydow­skiej naka­zano spo­rzą­dzić spis i przy­mu­sowo dostar­czać nowych robot­ni­ków. Choć ofi­cjal­nie nie ist­niało roz­róż­nie­nie mię­dzy boga­tymi a bied­nymi, do obozu szli ci ostatni. Jeśli roz­kaz sta­wie­nia się do pracy dostał bogaty Żyd, mógł zna­leźć zastępcę, oczy­wi­ście spo­śród cier­pią­cej głód bie­doty.

Obo­zów pracy przy­by­wało, a sytu­acja sta­wała się coraz trud­niej­sza. W końcu z powodu okrop­nego trak­to­wa­nia ludzi w obo­zach nawet naj­ubożsi, naj­bar­dziej zde­spe­ro­wani bie­dacy odma­wiali pój­ścia do obozu. Nie można już było kupić zastępcy, a star­szy­zna żydow­ska nie radziła sobie z dostar­cza­niem żąda­nej liczby robot­ni­ków.

Niemcy zaczęli więc urzą­dzać łapanki uliczne. Jedna z pierw­szych nastą­piła 14 sierp­nia 1940 roku. Ofiary wysłano do Bełżca, który wów­czas był jesz­cze obo­zem pracyk8.

Wszy­scy się ukry­wali. Łapanki sta­wały się coraz częst­sze. W środku dnia do Izbicy wjeż­dżały cię­ża­rówki pełne Niem­ców i ukra­iń­skich kola­bo­ran­tów. Łapano Żydów na uli­cach i przez kilka godzin prze­trzy­my­wano na rynku. Kto miał pie­nią­dze, mógł się wyku­pić albo mogła zapła­cić za niego rodzina, niczym na targu nie­wol­ni­ków. Pozo­stali szli do obozu.

Za zbyt powolne dostar­cza­nie robot­ni­ków do pracy nie­wol­ni­czej lan­drat karał spo­łecz­ność żydow­ską grzyw­nami. Aby uchro­nić mnie przed łapanką, ojciec, przy pomocy zna­jo­mych chrze­ści­jan, zna­lazł mi pracę w warsz­ta­cie mecha­nicz­nym pro­wa­dzo­nym przez Polaka nie­miec­kiego pocho­dze­nia, Leopolda Platto. Ten pro­sty, uczciwy czło­wiek mówił płyn­nie w jidysz, ponie­waż przez lata pra­co­wał w tar­taku Gold­berga.

Do Izbicy przy­by­wało coraz wię­cej trans­por­tów wysie­dlo­nych Żydówk9. 10 marca 1941 roku przy­je­chali wypę­dzeni z Koła, Konina i Rzgowa. Wspól­nota musiała powięk­szyć kuch­nię, aby nakar­mić tak wielu nowo przy­by­łych. Obo­wiązku wyda­wa­nia dwa razy dzien­nie zupy i gorą­cej kawy zbo­żo­wej pod­jął się Samuel Kohn, wysoki, pełen dosto­jeń­stwa męż­czy­zna. Kohn zamiesz­kał wraz z żoną w naszym domu, część przy­by­szów przy­jęły inne rodziny, a około czte­ry­stu osób umiesz­czono w syna­go­dze. Izbica stała się teraz nie tylko get­tem, ale także "punk­tem prze­ła­dun­ko­wym" dla wysie­dla­nych na wschód.

Wojna ze Związ­kiem Radziec­kim. Sytu­acja się pogar­sza

22 czerwca 1941 roku Niemcy naje­chały na Zwią­zek Radziecki. Prze­ży­li­śmy wstrząs. Czyż nie było paktu o nie­agre­sji? Zale­d­wie kilka dni wcze­śniej w Lubli­nie widziano radziec­kich ofi­ce­rów, krą­żyły też pogło­ski, że Niemcy pozwolą na emi­gra­cję do Związku Radziec­kiego. A teraz nagle zaata­ko­wali wła­snego sojusz­nika?

Armia Czer­wona wyco­fy­wała się na całej linii frontu. Byli­śmy zdru­zgo­tani tym cał­ko­wi­tym zwro­tem sytu­acji. Żydzi, któ­rzy ucie­kli przed Niem­cami, a teraz nie mogli lub nie chcieli pójść za cofa­jącą się Armią Czer­woną, wra­cali do Izbicy. Na nie­bie war­czały potężne bom­bowce, szosy były zapchane pojaz­dami zmo­to­ry­zo­wa­nej pie­choty, pociągi wyła­do­wane bro­nią i czoł­gami, a wszystko cią­gnęło na wschód.

Nie­miec­kie flagi powie­wały na każ­dym auto­bu­sie i pociągu, z okien każ­dego urzędu - zadbali o to miej­scowi nazi­ści i anty­ko­mu­ni­ści. Wkrótce uli­cami masze­ro­wały setki radziec­kich jeń­ców wojen­nych.

Był to żało­sny widok. Wygło­dzeni, upo­ko­rzeni żoł­nie­rze łap­czy­wie chwy­tali kawałki chleba i papie­rosy rzu­cane na drogę przez żydow­skich miesz­kań­ców mia­steczka, pró­bu­ją­cych im jakoś pomóc. Niemcy zwy­cię­żali.

27 grud­nia 1941 roku nasz loka­tor, Samuel Kohn, otrzy­mał list od swego syna z Koła. "Od ponad mie­siąca - pisał syn - Żydzi z trans­por­tów są duszeni gazem w spe­cjal­nych cię­ża­rów­kach w jakimś Chełm­nie"k10.

Słu­cha­łem roz­mowy rodzi­ców z Koh­nem na ten temat. Doro­śli uznali tę histo­rię za wymysł i nie prze­jęli się zbyt­nio. "To nie­moż­liwe - stwier­dzili. - To bujda. Nawet Niemcy nie mogą robić takich strasz­nych rze­czy! Naj­gor­szy ban­dyta nie zamor­duje tylu nie­win­nych ludzi! Prze­cież żyjemy w XX wieku!".

Wkrótce zapo­mnie­li­śmy o tej spra­wie, ale nie­stety nie na długo. Naj­pierw musie­li­śmy doświad­czyć życia pod rzą­dami gestapo. Ku naszemu prze­ra­że­niu gestapo przy­było bowiem w końcu do naszego mia­steczka w oso­bach dwóch psy­cho­pa­tycz­nych mor­der­ców. Szef, Kurt Engels, był hała­śli­wym, nie­obli­czal­nym osob­ni­kiem. Ludwig Klemm, wysoki, spo­kojny pod­ofi­cer, mówiący dosko­nale po pol­sku, sumien­nie wyko­ny­wał roz­kazy swego budzą­cego grozę prze­ło­żo­negok11.

Gesta­powcy zało­żyli kwa­terę i wkrótce ster­ro­ry­zo­wali całą oko­licęk12. Engels zaba­wiał się strze­la­niem do Żydów wcze­snym ranem, przed śnia­da­niem. Zawsze z uśmie­chem na twa­rzy, odsła­nia­ją­cym złoty ząb. Nie­długo potem przed­sta­wi­cieli tutej­szej chrze­ści­jań­skiej inte­li­gen­cji zesłano do Auschwitz i Maj­danka. Znik­nęli bez­pow­rot­nie nauczy­ciele Śliwa, Bazylko, Czu­ba­szek i inni ważni w życiu mia­steczka Polacy.

Byłem nie tyle odważny, ile lek­ko­myślny. Pamię­tam, jak wysze­dłem z domu mojego przy­ja­ciela Srulka po godzi­nie poli­cyj­nej. Zna­łem na pamięć wszyst­kie skróty, wszyst­kie zaułki w swoim sztetl i byłem pewny, że nie grozi mi nie­bez­pie­czeń­stwo. Drzwi i okien­nice wszyst­kich żydow­skich domów były dokład­nie zamknięte. Zasłony zacią­gnięte. Po godzi­nie poli­cyj­nej sztetl wyglą­dało jak mia­sto duchów. Trzy­ma­jąc się ścian, powoli zbli­ża­łem się do domu.

Pejsy (hebr. peot, jid. pejes) - dłu­gie, nie­strzy­żone pasma wło­sów pozo­sta­wione na skro­niach oraz po bokach brody; zgod­nie z naka­zem biblij­nym Żydom nie wolno ich obci­nać. [wróć]

Koszer (jid.) - "wła­ściwy, nada­jący się", okre­śle­nie odno­szące się do czy­sto­ści rytu­al­nej ("koszer­no­ści") pokar­mów i przed­mio­tów. Naj­czę­ściej jest sto­so­wane w odnie­sie­niu do poży­wie­nia (prze­ci­wień­stwem jest trejfe, "trefne", zaka­zane pra­wami doty­czą­cymi żyw­no­ści). [wróć]

Bar micwa (hebr.) - uro­czy­stość zwią­zana z uzy­ska­niem przez chłopca żydow­skiego peł­no­let­no­ści, czyli po ukoń­cze­niu 13 lat i jed­nego dnia, kiedy wkra­cza on w doro­słość reli­gijną i staje się odpo­wie­dzialny za wypeł­nia­nie przy­ka­zań prawa żydow­skiego. [wróć]

Che­der (hebr.) - tra­dy­cyjna szkoła reli­gijna dla chłop­ców żydow­skich, w któ­rej pro­wa­dzono naucza­nie na pozio­mie ele­men­tar­nym. [wróć]

Mode ani (hebr.) - począt­kowe słowa krót­kiej modli­twy odma­wia­nej zaraz po prze­bu­dze­niu, w któ­rej dzię­kuje się Bogu za powrót ze snu do życia. [wróć]

Bejt midrasz (hebr.) - "dom nauki", w któ­rym zgłę­bia się święte księgi, czyli wypeł­nia naj­waż­niej­sze obo­wiązki reli­gijne, jakim jest stu­dio­wa­nie Prawa, i odpra­wia modły. [wróć]

Szma Israel (hebr.) - nazwa, a zara­zem pierw­sze słowa jed­nej z naj­waż­niej­szych modlitw żydow­skich ("Słu­chaj Izra­elu! Pan jest naszym Bogiem - Panem jedy­nym!"). [wróć]

Ort­skom­man­dan­tur der Wehr­macht (niem.) - woj­skowa komen­dan­tura mia­sta. [wróć]

Kadysz (z aram.) - jedna z naj­waż­niej­szych modlitw w litur­gii żydow­skiej, wyraża wiarę w jedy­nego Boga i pod­da­nie się jego woli; kadysz odma­wia się za bli­skich zmar­łych (po śmierci rodzi­ców syno­wie odma­wiają kadysz codzien­nie przez 11 mie­sięcy). [wróć]

Gemara (aram.) - część tra­dy­cji lite­rac­kiej skła­da­ją­cej się na Tal­mud; powszech­nie sto­so­wano ten ter­min na okre­śle­nie całego Tal­mudu. Raszi (Rabi Szlomo Icchaki, właśc. Szlomo Ben Icchak) - rabin, uczony, autor fun­da­men­tal­nych dla juda­izmu komen­ta­rzy do Biblii i Tal­mudu. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Trials of the Major War Cri­mi­nals before the Inter­na­tio­nal Mili­tary Tri­bu­nal. Nurem­berg 14 Novem­ber 1945 - 1 Octo­ber 1946, t. 30, Nurem­berg 948, s. 95 (doku­ment 2278-PS: Raport Seyss-Inqu­arta z podróży inspek­cyj­nej do Pol­ski w dniach 17-22 listo­pada 1939 roku). [wróć]

Faschi­smus-Getto-Mas­sen­mord. Doku­men­ta­tion über Ausrot­tung und Wider­stand der Juden in Polen während des 2. Welt­krie­ges, red. T. Beren­stein i in., Ber­lin 1961, s. 46 (mowa Hansa Franka w Rado­miu z 25 listo­pada 1939 roku). [wróć]

The Goeb­bels Dia­ries, 1942-1943, tłum. i red. Louis Loch­ner, New York 1948, s. 175-176. [wróć]

W doku­men­tach nie­miec­kich Izbicę nazy­wano wprost "głów­nym punk­tem zbior­czym i prze­ła­dun­ko­wym" (Haup­tun­ter­brin­gungs- und Umschlag­punkte). W cza­sie "akcji Rein­hardt" w dys­tryk­cie lubel­skim tzw. getta tran­zy­towe nazi­ści zakła­dali w nie­wiel­kich miej­sco­wo­ściach poło­żo­nych przy liniach kole­jo­wych pro­wa­dzą­cych do obo­zów zagłady w Bełżcu, Sobi­bo­rze i Tre­blince. Getta te prze­zna­czone były dla Żydów depor­to­wa­nych z zagra­nicy, prze­waż­nie z Rze­szy (rów­nież z Austrii), Pro­tek­to­ratu Czech i Moraw oraz ze Sło­wa­cji, ale od połowy 1942 przy­wo­żono tu rów­nież Żydów pol­skich z oko­licz­nych miej­sco­wo­ści (zob. wię­cej R. Kuwa­łek, Getta tran­zy­towe w dys­tryk­cie lubel­skim, w Akcja Rein­hardt. Zagłada Żydów w Gene­ral­nym Guber­na­tor­stwie, pod red. D. Libionki, War­szawa 2004) (red.). [wróć]

Gitta Sereny, Into that Dark­ness: From Mercy Kil­ling to Mass Mur­der, Lon­don 1974, s. 112 (wyd. pol­skie: W stronę ciem­no­ści. Roz­mowy z komen­dan­tem Tre­blinki, War­szawa 2002). [wróć]

Kapo - z niem. Kama­ra­den­po­li­zei (towa­rzysz poli­cjant) lub wł. capo (naczel­nik) - wię­zień nad­zo­ru­jący pracę innych więź­niów, cie­szący się pew­nymi przy­wi­le­jami. Zwy­kle cecho­wało ich okru­cień­stwo. [wróć]

Izbica leży w powie­cie kra­sno­staw­skim, w woje­wódz­twie lubel­skim. Pierw­sze wzmianki na jej temat pocho­dzą z XV wieku. Od połowy XVIII wie-ku do 1942 roku miesz­kań­cami Izbicy byli pra­wie wyłącz­nie Żydzi. W 1921 ro-ku lud­ność osady liczyła 3085 osób, w tym 2862 Żydów (93 proc. ogółu miesz­kań­ców). W Izbicy dzia­łały liczne orga­ni­za­cje poli­tyczne i spo­łeczne, ale mimo to pozo­sta­wała typo­wym żydow­skim mia­stecz­kiem - sztetl, w któ­rym życie miesz­kań­ców kon­cen­tro­wało się wokół syna­gogi i rabina. Do 1931 ro-ku była tu jedy­nie tra­dy­cyjna szkoła Tal­mud-Tora, pro­wa­dzona przez gminę żydow­ską, oraz pry­watne che­dery - reli­gijne szkoły dla chłop­ców. We wrze­śniu 1939 roku Izbica na krótki czas zna­la­zła się pod kon­trolą sowiecką. W tym cza­sie liczba lud­no­ści żydow­skiej w mia­steczku wyno­siła 5098 osób. W cza­sie oku­pa­cji nie­miec­kiej znaj­do­wało się tu tzw. getto tran­zy­towe. II wojnę świa­tową prze­żyło tylko 14 izbic­kich Żydów (red.). [wróć]

Obóz w Bełżcu utwo­rzono w maju 1940 roku, osa­dzono w nim Cyga­nów, Pola­ków i Żydów; wraz z coraz więk­szym napły­wem Żydów był roz­bu­do­wy­wany. Speł­niał funk­cję obozu przej­ścio­wego, obozu pracy przy­mu­so­wej i obozu kar­nego, czym róż­nił się od innych obo­zów pracy. W lutym 1942 roku ukoń­czono budowę komór gazo­wych, od marca Beł­żec był obo­zem zagłady (red.). [wróć]

Trans­porty Żydów wysie­dla­nych z ziem włą­czo­nych do Rze­szy napły­wały do Izbicy od 1939 roku. W 1941 roku w Izbicy miesz­kało 6700 Żydów, w tym 2 tys. prze­sie­dleń­ców, głów­nie z Kraju Warty i róż­nych miej­sco­wo­ści dys­tryktu lubel­skiego (red.). [wróć]

Syn Samu­ela Kohna prze­żył, mieszka w miej­sco­wo­ści Holon w Izra­elu. Gdy odwie­dzi­łem go w 1957 roku, przy­po­mniał sobie, jak wysy­łał ten list do ojca. [wróć]

SS-Unterscharführer Kurt Engels, szef Poli­cji Bez­pie­czeń­stwa na powiat kra­sno­staw­ski, i jego następca Ludwig Klemm, folks­dojcz, przed wojną pod­ofi­cer Woj­ska Pol­skiego w Zamo­ściu, przy­byli do Izbicy w 1941 roku. Po woj­nie Engels został wła­ści­cie­lem mod­nej Café Engels w Ham­burgu. Następ­nego dnia po zło­że­niu przeze mnie zeznań na jego pro­ce­sie (29-30 grud­nia 1958) popeł­nił samo­bój­stwo w celi wię­zien­nej. Klemm, miesz­ka­jący w Niem­czech pod nazwi­skiem Ludwig Jantz, został roz­po­znany w 1978 roku. W maju 1979 roku popeł­nił samo­bój­stwo w celi wię­zie­nia w Lim­burgu. [wróć]

W 1941 Izbica stała się sie­dzibą gestapo na cały powiat kra­sno­staw­ski. [wróć]