Rozdział pierwszy
Hél?ne
Hél?ne Podliasky
Kobieta wyrwała się z szeregu i wbiegła w łan falującego, żółto
kwitnącego rzepaku. Zrywała kwiaty garściami i wpychała sobie do ust.
Chociaż były wycieńczone i półprzytomne, wszystkie ją zauważyły i przez
kolumnę przebiegła iskra paniki. Wstrząśnięta Hél?ne czekała na
nieuchronny strzał z karabinu. Serie z kaemów dosięgłyby całej grupy -
może nawet ich. Strażnicy nie wahali się tego robić: bez namysłu
strzelać w szeregi, żeby dać im nauczkę. Ale nic się nie wydarzyło.
Słychać było tylko nieprzerwany stukot drewniaków na tysiącach
maszerujących stóp.
Kiedy kobieta wróciła do kolumny, Hél?ne zauważyła, że twarz miała całą
w żółtych plamkach; uśmiechała się.
Wtedy druga kobieta wbiegła na pole i zerwała tyle kwiatów, ile zdołała,
zbierając je w wyświechtaną bluzę. Kiedy wróciła do szeregu, kobiety
przepychały się, żeby roztrzęsionymi rękami zrywać kwiaty i natychmiast
je zjeść.
Dlaczego uszło im to na sucho?
Wczoraj jedna z nich, tylko kilka szeregów przed Hél?ne, zginęła od
strzału w głowę, kiedy próbowała podnieść nadgniłe jabłko.
Hél?ne się rozejrzała. Kolumna mocno się rozciągnęła. Między rzędami i grupami były luki. Nigdzie nie mogła dostrzec strażników.
- Teraz! - szepnęła gorączkowo do Jacky i szturchnęła ją łokciem.
- Ale miałyśmy czekać do zmroku - odpowiedziała cicho zagadnięta głosem
zachrypniętym i przerażonym.
Hél?ne klepnęła Zinkę w ramię.
- Patrz! Nie ma strażników!
- Oui, widzę. - Zinka kiwnęła głową i chwyciła Zazę za rękę. - To
nasza szansa.
Doszły do zakrętu. Z drogą, którą szły, krzyżowała się gruntówka, a równolegle do niej biegł głęboki rów. Hél?ne wiedziała, że to idealny
moment. Maszerowały w dwóch rzędach, wszystkie obok siebie, więc nikt
nic nie zauważy. Zinka, Zaza, Lon, Mena i Guigui, które szły przed nimi,
wyślizgnęły się, a w ich ślady poszły Hél?ne z Jacky, Nicole i Josée.
Piąta kobieta z ich rzędu wzdrygnęła się i stwierdziła, że jest zbyt
zmęczona.
- No to ją zostawmy! - syknęła Hél?ne i pociągnęła przyjaciółki. -
Szybko!
Było ich razem dziewięć. Trzymając się za ręce, wymknęły się bokiem z kolumny i jedna po drugiej wskoczyły do rowu. Położyły się płasko na
ziemi w najgłębszym miejscu, gdzie ziemia była wilgotna. Hél?ne czuła,
jak mocno wali jej serce. Tak bardzo chciało jej się pić, że próbowała
lizać błoto. Nie była w stanie się unieść, żeby sprawdzić, czy zaraz ich
ktoś nie odkryje, czy nie zostanie zastrzelona w rowie podczas lizania
ziemi. Spojrzała na Lon, która wpatrywała się w drogę.
- Co widzisz? - spytała szeptem. - Widać nas?
- Tylko stopy. - Lon obserwowała ciągnące się bez końca szeregi
wlokących się z trudem kobiet, niektórych boso, niektórych w drewniakach. Wszystkie były ubłocone, bose stopy były czerwone i krwawiły.
Lon zapewniła, że z drogi ich nie widać. Zresztą kolumny mijały po
drodze tyle trupów, że leżące na dnie rowu kobiety mogły uchodzić za
kolejne zwłoki.
Obejmując się nawzajem ramionami, z bijącymi sercami czekały, aż w oddali ucichnie szuranie drewniaków. Kiedy kolumna zniknęła z pola
widzenia i nie słyszały już rytmicznego tupotu, Lon powiedziała:
- Jest czysto.
- Dalej! Musimy się stąd ruszyć.
Hél?ne wstała i poprowadziła je rowem w przeciwną stronę. Ale wkrótce
zabrakło im tchu i ogarnęła je najprawdziwsza euforia. Wygramoliły się z rowu i padły na pole. Leżały tam, wpatrywały się w niebo, klaskały i histerycznie się śmiały.
Udało im się! Uciekły!
Teraz jednak znajdowały się w samym środku Saksonii, otoczone
przerażonymi i wrogimi niemieckimi wieśniakami, narażone na spotkanie ze
wściekłymi, uciekającymi esesmanami i armią radziecką oraz krążącymi nad
głowami alianckimi bombowcami. Miały nadzieję, że gdzieś w pobliżu
znajdują się Amerykanie. Znajdą ich albo zginą podczas tych poszukiwań.
? ? ?
Moja ciocia, tante Hél?ne, była piękną młodą kobietą. Miała wysokie
czoło i szeroki uśmiech, kruczoczarne włosy i ciemne oczy pod szerokimi,
zmysłowymi brwiami. Wydawała się mała i delikatna, lecz wyczuwało się w niej ukrytą siłę. Nawet w późnym wieku, kiedy ją znałam, nosiła się po
królewsku; zawsze elegancko ubrana, z nienagannym manicure'em, biła od
niej inteligencja. Na zdjęciach z czasu, kiedy miała dwadzieścia parę
lat, wyglądała na opanowaną i mądrą. Była urodzoną przywódczynią.
W maju 1943 roku dołączyła do Résistance, działała w Bureau des
opérations aériennes (BOA) na region M. BOA powstało w kwietniu tamtego
roku i odgrywało rolę łącznika między Forces françaises de l'intérieur
(FFI, nazwy tej Charles de Gaulle używał na określenie Résistance) a Anglią. Miało zapewniać przepływ agentów i wiadomości oraz przyjmować
zrzuty broni. Region M, największy w FFI, obejmował Normandię, Bretanię
i Andegawenię. Tuż przed lądowaniem w Normandii prowadzenie działań na
tym terytorium miało kluczowe znaczenie i było niebezpieczne. Gestapo
chwytało i zabijało alarmująco wielu przywódców i bojowników. W nerwowych miesiącach poprzedzających D-Day region Hél?ne był obszarem
intensywnej aktywności zarówno ruchu oporu, jak i gestapo, które
podejmowało coraz bardziej bezwzględne i rozpaczliwe próby rozbicia
podziemia.
Hél?ne miała dwadzieścia trzy lata, kiedy wstąpiła do organizacji. W przerwie w studiach na Sorbonie na wydziale fizyki i matematyki objęła
ważne stanowisko chemiczki w fabryce lamp. Ale kiedy jej działalność w Résistance nabrała rozmachu, zwolniła się z pracy, żeby całkowicie
poświęcić się walce z Niemcami. Rodzicom nakłamała w kwestii swojej
pracy. Przyjęła pseudonim "Christine" i w nazistowskich aktach figuruje
pod tym imieniem1. W grupie kobiet, które razem uciekły,
zawsze tak była nazywana.
Jej dowódcą był Paul Schmidt "Kim". Na początku wojny stał na czele
elitarnego oddziału francuskiej piechoty górskiej. W 1940 roku walczył w Norwegii, jego batalion został ewakuowany do Anglii i tam Schmidt leczył
się z ciężkich odmrożeń. Gdy wyzdrowiał, wstąpił do Forces françaises de
l'intérieur i potajemnie wrócił do Francji. W marcu 1943 roku objął
kierownictwo BOA i zorganizował wiele "komitetów powitalnych" na północy
kraju. Hél?ne należała do czternaściorga agentów, których zwerbował.
Odpowiadała za wyszukiwanie miejsc dla zrzutów spadochronowych. Przy
każdym zrzucie musiała zebrać zespół bojowników, który czekał w gotowości na lądowiskach. Wkrótce jej obowiązki rozszerzyły się o nawiązywanie łączności między różnymi siatkami Résistance w regionie M.
Aby wymieniać z Londynem informacje o wydarzeniach w terenie, szyfrowała
i odszyfrowywała wiadomości nadawane przez radio.
Wyczekiwała na pełnię księżyca, kiedy samoloty mogły dokonać zrzutu
nocą. Na trzy dni przed wyznaczonym terminem słuchała radia. Tajne kody
nadawano w BBC podczas specjalnego piętnastominutowego programu
radiowego Les Français Parlent aux Français (Francuzi mówią do
Francuzów). Hél?ne często zastanawiała się, co zwykli słuchacze myślą
sobie, kiedy słyszą słowa w rodzaju: "les souliers de cuir d'Ir?ne sont
trop grands" (skórzane pantofle Ir?ne są za duże).
Czekała z zebraną grupą w cieniu drzew okalających nieduże pole na
ulubionym przez nią lądowisku w Semblançay koło Tours. Nasłuchiwali
silników zbliżających się samolotów. Włączyła latarkę i nadała alfabetem
Morse'a uzgodniony zestaw liter. Odetchnęła z ulgą, kiedy samolot
odmrugał do niej światłami.
- Teraz - szepnęła, a bojownicy jeden pod drugim, jak kostki domina,
zapalali lampy, które wyznaczały obwód strefy zrzutu. Samolot zatoczył
kilka kół. Serce Hél?ne biło mocno, pomyślała, że mieszkańcy wsi usłyszą
głośny ryk silnika albo zobaczą białe spadochrony, które opadały,
połyskując w świetle księżyca. Gdy zasobniki uderzyły o ziemię, jej
ludzie wybiegli je pozbierać. W środku znajdowała się broń ręczna,
materiały wybuchowe, nowy nadajnik i nowe szyfry. Aby podnieść morale
jej grupy, Brytyjczycy dorzucili czekoladę i papierosy.
Kiedy wypychali kieszenie papierosami, a plecaki bronią, usłyszeli, że
samolot wraca i znów zaczyna krążyć. Zamarli. Coś jeszcze spadało,
widoczne na nocnym niebie. Hél?ne zobaczyła zarys sylwetki człowieka,
który opadał na ziemię pod białym jedwabnym spadochronem. Szybko
rozdzieliła resztę zawartości zasobników między ludzi i kazała im się
rozproszyć. Lepiej, żeby już ich nie było, kiedy spadochroniarz
wyląduje; im mniej osób wie, tym lepiej. Zostało tylko dwóch ludzi, żeby
pomóc przy ukrywaniu zasobników i zakopywaniu spadochronów. Nie po raz
pierwszy pożałowała, że nie może zachować tego pięknego jedwabiu na
uszycie sukienki. Ale takie były rozkazy.
Tajemniczy mężczyzna wypiął się z uprzęży i zapalił papierosa. Stanął z boku i patrzył, jak Hél?ne dyryguje dwoma bojownikami. Ona też go nie
zaczepiała. Chciała zebrać myśli, zanim zaczną rozmawiać. Poza tym tę
fazę operacji należało przeprowadzić szybko. Musieli się ulotnić z miejsca zrzutu w ciągu piętnastu minut, żeby nikogo nie było w okolicy
na wypadek, gdyby ktoś dostrzegł spadochrony lub usłyszał samolot.
Wreszcie Hél?ne podeszła do nieznajomego. Był wysoki i szczupły. Kiedy
się zaciągał papierosem, ognik rozbłyskał i mogła zobaczyć jego
kanciastą twarz o ostrych rysach. Wydawał się rozbawiony.
- Nie powiedzieli mi, że będę odbierać żywy ładunek - zaczęła, z trudem
ukrywając gniew.
- Fantassin - odparł i wyciągnął do niej rękę. Niechętnie ją uścisnęła.
- A ty pewnie jesteś Christine? Wiele o tobie słyszałem.
- Dlaczego nie słyszałam nic o tobie? Nic nie przygotowałam.
Kiedy czegoś się bała, jej głos brzmiał gniewnie. Fantassin znaczyło
po francusku "żołnierz piechoty", a swój kryptonim przybysz dorzucił
szeptem. Był kimś ważnym. Cieszyła się, że jest ciemno i nie mógł
zobaczyć jej rumieńców.
- Nie chcieliśmy ryzykować, żeby ktoś się dowiedział o moim powrocie do
Francji. Szkopy zinfiltrowały nasze siatki. Musimy być bardzo ostrożni.
Podał Hél?ne papierosa i ogień. Zyskała dzięki temu chwilę na myślenie.
- Ale nie wiem, dokąd mam cię zabrać - powiedziała, zrzucając maskę
surowości.
- Ufamy ci. Zatrzymam się u ciebie, dopóki nie nawiążę kontaktu.
Nie spytał jej. To był rozkaz. I wydawał się rozbawiony jej
zakłopotaniem. Gdyby mama się dowiedziała... - pomyślała. Matka chodziła
do szkoły, gdzie chłopcy i dziewczynki byli całkowicie rozdzieleni, a zakonnice, które ich uczyły, kazały dziewczynkom odwracać wzrok, kiedy
przechodziły obok budynku chłopców, żeby uniknąć pokusy grzechu.
Hél?ne mieszkała w sąsiednim miasteczku, spory kawałek jazdy rowerem od
miejsca zrzutu. Fantassin miał czarną skórzaną teczkę, którą podczas
skoku przypiął sobie do ręki, żeby nie zginęła. Teraz podał ją Hél?ne i powiedział, że mogą jechać rowerem razem. Usiadła z tyłu. Jedną ręką
ściskała teczkę, a drugą trzymała się tego dziwnego mężczyzny, który
powiózł ich w ciemną noc. Próbowała nie obejmować go zbyt mocno, ale
czuła ciepło bijące z jego pleców. Nie rozmawiali, tylko udzielała mu
wskazówek, gdzie skręcić. Kilka razy kazała mu zejść z roweru i ukrywali
się za murkiem albo krzakami, żeby sprawdzić, czy nikt ich nie śledzi.
Było to rutynowe działanie, a tamtej nocy należało zachować szczególną
ostrożność.
Długa jazda w wilgotny wczesny poranek pozwoliła jej opanować
zdenerwowanie. Przyjechali na miejsce tuż przed wschodem słońca. Była
wyczerpana. Miała niewielkie mieszkanie: duży pokój z aneksem kuchennym
i maleńką sypialnią. Zdecydowała, że odda mu swoje łóżko, a sama będzie
spać w większym pokoju. Ale kiedy znaleźli się już w mieszkaniu, poczuła
nagłe onieśmielenie. Powiedziała sobie w duchu, że wykonuje tylko swoje
zadanie. Stanęła wyprostowana.
Fantassin położył teczkę na kuchennym stole i otworzył ją. Była pełna
pieniędzy, nigdy w życiu tyle nie widziała. Podał jej plik banknotów.
- Nie - powiedziała i poczuła, że się czerwieni. - Nie chcę pieniędzy.
Robię to dla Francji, to zaszczyt.
Udawała oburzenie, ale tak naprawdę była przerażona. Nie chciała, by
pomyślał, że jest "taka".
- To nie dla ciebie, tylko dla całej grupy. Dla ludzi, którzy byli z tobą w nocy.
- Oni też robią to dla Francji - odpowiedziała natychmiast, bez
zastanowienia, co nie zdarzało jej się często.
- No to dla rodzin, dla rodzin tych, którzy się poświęcili - stwierdził.
Kiwnęła głową, ponieważ miał rację. Duma i niezręczność sytuacji
zaburzyły jej myślenie. Wiele osób ukrywało się i nie mając dostępu do
kartek na żywność, głodowały. Pieniądze na pewno im pomogą. Musi wziąć
się w garść. Odetchnęła głęboko.
- Pewnie jesteś zmęczona. - Jego głos złagodniał. - Ile masz lat?
Odparła, że kilka tygodni temu skończyła dwadzieścia cztery.
Usiadł na krześle obok sofy i zapalił papierosa. Zapanowała długa cisza.
- Będziesz spać w sypialni - powiedziała po chwili.
- Nie, dziękuję, tu będzie mi wygodnie. - Wskazał kanapę.
Kiedy Hél?ne zaprotestowała, że przecież jest wyższy rangą, odparł:
- Owszem, jesteśmy żołnierzami, ale, proszę, pozwól mi być również
dżentelmenem.
Fantassin tak naprawdę nazywał się Valentin Abeille. Był szefem całego
regionu M2. Niemcy wyznaczyli za jego głowę wysoką nagrodę. Na tym
etapie wojny gestapo odnosiło duże sukcesy. Udało mu się umieścić kilku
podwójnych agentów w komórkach Résistance. W ruchu oporu działali
głównie młodzi idealiści, którzy przeszli albo pobieżne szkolenie, albo
wręcz żadnego i nie potrafili zadbać o bezpieczeństwo. Niektórzy młodsi
pochwalili się zbyt wielu ludziom, co robią szkopom, więc zaczynali być
śledzeni, lub nie przestrzegali zasad konspiracji. Od chwili
przystąpienia do Résistance do schwytania mijało średnio od trzech do
sześciu miesięcy.
Ostatecznie Fantassin został najprawdopodobniej zdradzony dla nagrody
przez swojego współpracownika. Aresztowało go gestapo i w drodze do
niesławnego miejsca tortur przy rue des Saussaies w Paryżu wyskoczył z samochodu niedaleko Łuku Triumfalnego. Wielokrotnie postrzelony zmarł
wkrótce w szpitalu. W czasie tych kilku dni spędzonych wspólnie
powiedział Hél?ne, że nie pozwoli wziąć się żywcem. Pokazał jej tabletki
cyjanku, zawsze miał je przy sobie. Im mniej wie, tym lepiej -
stwierdził.
Kiedy Hél?ne pracowała dla ruchu oporu, miała więcej swobody niż zwykle
młode Francuzki w owym czasie. Na początku wojny jej rodzice i siostry
przenieśli się do Grenoble, gdzie ojciec został dyrektorem fabryki.
Rodzice myśleli, że została w Paryżu, by kontynuować studia. O działalności córki dowiedzieli się później, gdy skontaktował się z nimi
ktoś z siatki.
Ona sama wspominała tamten czas jako ekscytujący. Była młodą, niezależną
kobietą, której powierzono ważne zadanie i dowodzenie starszymi
mężczyznami. Życie innych zależało od niej. Działała na takiej
adrenalinie, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyła. Kiedy pewnego razu
przyjechała na wyznaczone miejsce zrzutu, zastała tam grupę francuskich
żandarmów. Pewnie mają ją aresztować; poczuła lodowaty dreszcz paniki
przebiegający po plecach. Już chciała się odwrócić i odjechać rowerem,
kiedy jeden z nich wykrzyknął hasło. Zamarła i szybko przeprowadziła
kalkulację. Skoro znają hasło, muszą wiedzieć wszystko. Poczuła falę
mdłości i rezygnację pomieszaną z ulgą. Gra skończona. Nie ma drogi
ucieczki. Ale automatycznie wypowiedziała odzew, a wtedy mężczyźni
podeszli do niej i poprosili o rozkazy.
Dłuższą chwilę docierało do niej, że nie zamierzają jej aresztować. To
była tylko grupa wyznaczona do odbioru zrzutu. Nie koniec gry, jak
założyła, tylko kolejny osobliwy zwrot akcji. Całe jednostki
umundurowanych żandarmów dołączały do ruchu uporu. Zdarzenie to ją
podbudowało, sprawiło, że poczuła się bardzo pewnie.
4 lutego 1944 roku miała dostarczyć wiadomość generałowi Marcelowi
Allardowi, który dowodził częścią regionu M. Kiedy przyjechała do
hoteliku w Bretanii, gdzie mieli się spotkać, zobaczyła, jak generał
wybiega jednymi drzwiami, podczas gdy drugimi wchodziło po kolei pięciu
niemieckich żołnierzy. Trafiła prosto w zasadzkę. Została aresztowana
tylko dlatego, że się tam znalazła, Niemcy zatrzymali wszystkich, którzy
znajdowali się w hotelowym lobby. Wiadomość miała zaszytą pod podszewką
torebki i jakimś cudem gestapo jej nie znalazło. Mogła podtrzymywać
wersję, że nie zna Allarda, którego ścigali. Nic na nią nie mieli,
dokumenty były w porządku, więc jak wiele razy wcześniej odgrywała rolę
potulnej, głupiutkiej dziewczyny.
Kilka dni trzymali ją w więzieniu w Vannes, ale strażnik zapewniał
Hél?ne, że to tylko biurokracja. Niech się nie martwi, wkrótce wróci do
domu, do matki i ojca. Ale nie wypuścili jej, tylko przenieśli do
więzienia w Rennes, gdzie została przez kilka tygodni. Nadal nie odbyło
się żadne formalne przesłuchanie. Pytali tylko, po co przyszła do hotelu
akurat wtedy.
Pewnego dnia do celi, gdzie przebywała z dwudziestką innych kobiet,
weszli dwaj strażnicy i wywołali jej nazwisko. Zakuli Hél?ne w kajdanki
i zaprowadzili do czarnego samochodu. Mężczyźni aż kipieli ze złości,
nie chcieli odpowiadać na pytania ani w ogóle się do niej odzywać.
Przewieźli ją do więzienia w Angers w dolinie Loary, gdzie spędziła dwa
miesiące.
Pięćdziesiąt osiem lat później, podczas wywiadu w jej mieszkaniu, gdzie
zgodziła się na nagranie opowieści, powiedziała: "Angers już zawsze
kojarzy mi się z cierpieniem".
Tam ją przesłuchiwali i torturowali tak, że czasem wracała do celi na
noszach. Najgorsze było le suplice de la baignoire, podtapianie.
Zabierali ją do łazienki, gdzie stała wanna napełniona zimną wodą. Ręce
miała skute za plecami. Wtedy dwaj mężczyźni stawali po obu stronach i wpychali jej głowę pod wodę. Przytrzymywali, aż zaczynała się dusić.
Czuła na sobie ich ręce, jeden trzymał ją za kark, drugi przyciskał
głowę. Próbowała zachować spokój, ale płuca domagały się powietrza, a panika narastała. Czuła przeraźliwy ból w piersi, kark i głowa boleśnie
pulsowały, pragnienie oddechu narastało. Walczyła, ale nie miało to
sensu. Woda wlewała jej się do ust i dławiła.
Kiedy czuli, że przestaje walczyć, wyciągali jej głowę z wody za włosy i wznawiali przesłuchanie. Co chwila wymiotowała. W tych momentach
skrajnego bólu najbardziej czuła swoje ciało, swoją cielesną
egzystencję. Jakby ciało było jej wrogiem i zadawało cierpienie.
Odkryli, kim jest, do jakiej siatki należy i poznali personalia kilku
osób, z którymi współpracowała. Wiedzieli, że Fantassin zatrzymał się u niej. Przesłuchiwali ją dzień w dzień, pytali o nazwiska innych członków
ruchu oporu, kryptonimy, skrzynki kontaktowe, punkty zrzutów, daty,
liczby. Próbowała nie ujawnić żadnej użytecznej informacji. Kilka nocy,
mokra i zmarznięta, spędziła z rękami związanymi za plecami i przywiązana do kaloryfera. Próbowała wymyślić wiarygodne historie,
zupełnie zmyślone, które pasowałyby do tego, co już wiedzieli, ale
jednocześnie nikogo nie zdradzić.
Wieszali ją za ręce. Zabierali do tej samej wykafelkowanej łazienki i podtapiali raz po raz. Zrywali jej paznokcie obcęgami. Robili jej inne
straszne rzeczy. Podczas naszego wywiadu w tym miejscu Hél?ne przerwała,
a ja nie naciskałam o szczegóły. Zapaliła kolejnego papierosa, a ja
zauważyłam staranny manicure.
Potem znów zaczęła mówić i opowiedziała mi o jezuickim księdzu.
- P?re Alcantara - przypomniała sobie nazwisko. - Dostał zgodę na
odwiedziny w niektórych więzieniach. Pewnego dnia podał mi małą
paczuszkę. Zobaczyłam na niej swoje imię napisane charakterem pisma
mamy. Wtedy się rozpłakałam.
Na widok paczki kolana się pod nią ugięły i rozszlochała się na dobre.
Płakała po raz pierwszy od chwili aresztowania. Aby nie stracić odwagi,
nie załamać się pod wpływem tortur, starała się nie myśleć o ukochanych,
o rodzinie. Przesyłka oznaczała, że wiedzą, co robiła za ich plecami.
Poczuła wyrzuty sumienia, że naraziła ich na cierpienie, rozpaczliwie
zapragnęła usłyszeć głos matki.
Celi Hél?ne pilnował Alzatczyk mniej więcej w jej wieku. Mówiła płynnie
po niemiecku, więc czasem rozmawiali. Nie podobało mu się, co gestapo
jej robiło. Nienawidził ich i miał łzy w oczach, kiedy wracała na
noszach zakrwawiona i poturbowana. Szeptał jej przez judasza w drzwiach
celi słowa zachęty, które ledwo słyszała na wpół przytomna. Mówił jej,
że powinna im powiedzieć, co chcą, a wtedy ją wypuszczą. Mówił, że
chciałby, by nie była taka odważna. Raz przyniósł jej kilo masła. Była
wdzięczna, ale nie bardzo miała jak je ukryć w celi. Nie wiedziała, co z nim zrobić, gdzie włożyć. Nie miała go z czym zjeść. Później przyniósł
jej cukier, o wiele bardziej praktyczny dar.
Zabrał krótki list, jaki napisała do rodziny, i wysłał go jej ojcu
chrzestnemu. Hél?ne wiedziała, że w ten sposób nie zostanie wytropiona.
Młody alzacki żołnierz musiał zachować adres, ponieważ później, po
wojnie, skontaktował się z ojcem chrzestnym, chciał się dowiedzieć, czy
przeżyła i co się z nią dzieje. Ale wtedy Hél?ne była już po jeszcze
gorszych przejściach, nie zostało w niej nic z tamtej względnie
niewinnej młodej dziewczyny, której pilnował w więzieniu w Angers.
Odpisała mu, że tak, przetrwała wojnę, ale to wszystko. Poprosiła, żeby
więcej do niej nie pisał.
W celi więzienia w Angers nie mogła nic mieć, siedziała zupełnie sama,
bez książek, gazet, czasopism, czasem czuła, że jest na granicy
szaleństwa. Wybłagała u strażnika ołówek. Na białej ścianie celi
rozwiązywała zadania matematyczne. Kiedy spytałam, jakiego rodzaju,
Hél?ne napisała mi na kartce równanie:
Pokazałam je mojej siostrze Annie, matematyczce, i spytałam, co Hél?ne
robiła. "Obliczała całkę Gaussa z e i pi" - odpowiedziała Annie.
Wyjaśniła mi, że e i pi to "liczby przestępne". Liczby przestępne, jak
liczby urojone, istnieją poza zwykłą matematyką. W historii matematyki
koncepcja liczb urojonych budziła emocje i sprawiała kłopot przez wieki,
w miarę jak różni matematycy stopniowo odkrywali ich konieczność. Na
początku dziewiętnastego wieku porywczy młody francuski matematyk
?variste Galois został wyrzucony z ?cole Normale za działalność
polityczną. Chociaż uznawano go za obiecującego, jego koncepcje
matematyczne były zbyt radykalne dla ówczesnego establishmentu.
Ostatniej nocy, zanim zginął w pojedynku, napisał wiele emocjonalnych
listów, a na marginesach rozpisał dowody dotyczące liczb przestępnych i urojonych. Galois uznał, że są takie problemy, których nie da się
rozwiązać wyłącznie za pomocą konkretnych liczb, z jakimi stykamy się na
co dzień. W ostatnich słowach zwrócił się do brata: "Nie płacz,
Alfredzie! Muszę zebrać całe swoje siły, żeby umrzeć w wieku dwudziestu
lat".
W swojej celi dwudziestoczteroletnia Hél?ne zbierała siły, żeby umrzeć.
Próbowała rozwiązać różne klasyczne problemy matematyczne, wykazać, że
nie można dokonać trysekcji kąta ani rozwiązać kwadratury koła za pomocą
linijki i cyrkla. Istnieją liczby, których nie da się skonstruować.
Później, kiedy trafiła do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück,
rozpoznała koleżankę z liceum Zazę. Przytuliły się do siebie pod
prysznicem, przerażone, że prawdziwe okażą się pogłoski, iż przez małe
otwory w suficie zostanie wpuszczony zabójczy gaz. Ale zamiast tego
polała się na nie lodowata woda. Dostały numery: Hél?ne stała się
więźniarką o numerze 43209, a Zaza 43203. Więźniarki uczestniczyły w niekończących się apelach, podczas których raz po raz je przeliczano.
Ludzie stawali się liczbami, niczym więcej.
"Nie tylko liczby rzeczywiste są nieskończone - mówi moja siostra - lecz
również liczb przestępnych musi być nieskończenie wiele. Ale znamy ich
tylko kilka". Annie uważa, że być może wynika to z ludzkiej obsesji na
tle narzędzi: linijka i cyrkiel ograniczyły naszą wyobraźnię. Nasze
myślenie ogranicza nam zrozumienie.
Kiedy pisałam tę historię, zastanawiałam się, czy język także ogranicza
myślenie. Rodziny, z którymi rozmawiałam, potomkowie dziewięciu kobiet,
które uciekły tamtego dnia w Niemczech, mówiły to samo: ich matki, babki
czy ciotki nie potrafiły tak do końca opisać swoich doświadczeń. W ich
opowieściach istniała pewna granica; opowiedziały je w połowie, o ile w ogóle.
W więzieniu w Angers w czerwcu 1944 roku usłyszeli z oddali odgłosy
wybuchów. Alianci szturmowali plaże w Normandii. Młody strażnik
Alzatczyk powiedział Hél?ne: "Jutro będziesz wolna, a ja zostanę
więźniem".
Pozwoliła sobie na cień nadziei. Ale potem przesiedziała cały dzień w celi, obejmując nogi rękami, z podbródkiem na kolanach, patrząc na
ścianę zapisaną równaniami, jej zmaganiami z liczbami przestępnymi. Na
zewnątrz, na więziennym dziedzińcu, w regularnych odstępach czasu
rozlegały się serie z karabinów, ponieważ niemieccy strażnicy
systematycznie rozstrzeliwali wszystkich więźniów mężczyzn. Przygotuj
się na najgorsze - powtarzała sobie w duchu.
Wieczorem, być może zmęczeni zabijaniem, ci sami niemieccy strażnicy
zapakowali kobiety do pociągu, który zawiózł je do obozu przejściowego w Romainville pod Paryżem.
Niektóre przygotowały małe kawałki kradzionego papieru, nazywane
papillons (motyle), z krótkimi informacjami dla rodzin i adresem.
Kiedy wieziono je przez Paryż, wyrzucały te liściki przez szpary w ścianach wagonów. Część z nich podnieśli odważni ludzie i przesłali pod
wskazane adresy. Często był to ostatni ślad po córkach, siostrach i matkach.
Z obozu w Romainville Hélene zapamiętała widok leżącej na ziemi,
umierającej kobiety. Rzekomo chorowała na syfilis i zaraziła kilku
niemieckich żołnierzy, więc porzucono ją na śmierć.
Hél?ne niewiele pamięta z tamtych dni, kiedy siedziała na ziemi otoczona
drutem kolczastym - tylko niewyraźne wspomnienie niekończącego się
czekania. Zamknęła się w sobie. Opierała się każdej myśli, która
osłabiłaby jej wolę przetrwania. Ogarnęło ją odrętwienie, jakby pustka
wzięła górę, gdy próbowała się przystosować do nowej rzeczywistości.
Było gorąco, w powietrzu unosił się pył. Przetrzymywano je w dużych
zagrodach bez cienia i osłony. Ludzie siedzieli w milczącym cierpieniu,
wpatrując się przed siebie pustym wzrokiem. Słychać było brzęczenie much
i niski jęk, ale nic przypominającego ludzki język. Unosił się odór
gnijących ciał, śmierci, ludzkich ekskrementów, brudu, potu i lęku.
Po kilku dniach - Hél?ne nie wiedziała ilu dokładnie - wpakowali ją do
zatłoczonego bydlęcego wagonu kolejowego. Rozpoczęła się podróż na
wschód Niemiec do Ravensbrück położonego dziewięćdziesiąt kilometrów na
północ od Berlina.
? ? ?
W rodzinie wiedzieliśmy, że ciocia Hél?ne dostała wysokie odznaczenia.
Nadano jej klasę oficerską Legii Honorowej, jedno z najzaszczytniejszych
odznaczeń francuskich, szczególnie że klasę officier w jej pokoleniu
rzadko przyznawano kobietom. Dostała Krzyż Wojenny, nadawany za
wyjątkowe męstwo podczas wojny; a także Medal Francuskiego Ruchu Oporu i Medal Pamiątkowy Ochotników Wolnej Francji za działalność w Résistance.
Rodzina była z niej dumna, ale rzadko rozmawialiśmy o przeszłości.
Podobnie jak w przypadku wielu rodzin po wojnie ludzie chcieli zostawić
mroczny czas za sobą. Uważano, że lepiej dla wszystkich będzie po prostu
zapomnieć o przeszłości. Nie mówić o niej, nie zagłębiać się w ciemności. Niektórzy zmagali się z poczuciem winy, ponieważ przeżyli,
mieli luki w pamięci wywołane traumą, tym, w jak niewyobrażalny sposób
zachowywali się czasem ludzie. Hél?ne chciała oszczędzić najbliższym
drastycznych szczegółów. A jeśli czegoś nie przeżyłeś, nie jesteś w stanie sobie tego wyobrazić. Potrzeba było czasu; musiało nadejść
pokolenie, które nie pamiętało wojny, żeby zaczęły padać pytania. W 2002
roku, podczas lunchu ze mną i babcią, Hél?ne opowiedziała mi, jak z ośmioma innymi kobietami uciekły Niemcom. Zdumiona poprosiłam ją o zgodę
na nagranie rozmowy i całej tej historii.
Pojechałyśmy z ciocią Evą do mieszkania Hél?ne w przyjemnej dzielnicy
koło Neuilly na przedmieściach Paryża. Małe pokoje wypełniały fotografie
i książki. Hél?ne, starannie uczesana i ubrana w spódnicę i żakiet od
Chanel, podała herbatę. Ale kiedy podziękowałam jej, że zgodziła się na
nagranie, najpierw spytała:
- Po co ci to?
- To ważne - wyjaśniłam, nagle zakłopotana własnym młodym wiekiem,
niefrasobliwym amerykańskim entuzjazmem i względnie wygodnym życiem.
- Ta historia opowiada tylko o losie kilku istot ludzkich spośród wielu
innych, które starały się żyć z godnością mimo poniżeń i wysiłków
nazistów, by je zniszczyć - powiedziała.
Zabrzmiało to tak, jakby wyćwiczyła te słowa, przygotowała się do ich
wygłoszenia.
Spytałam, dlaczego przystąpiła do Résistance.
- Z powodu okrucieństw nazizmu i wszystkich reżimów totalitarnych -
odpowiedziała.
Spytałam, czy się bała, a ona odparła, że nie. Była szczęśliwa mimo
ryzyka, ponieważ wiedziała, że pomaga w walce za kraj.
Zastanawiała się na głos, czy jest jakiś sens w odgrzebywaniu starych
wspomnień. Ja natomiast zastanawiałam się w duchu, czy postąpiłam
niewłaściwie, nakłaniając ją do przypomnienia rzeczy, o których chciała
zapomnieć. Stwierdziła, że woli nie wracać do przeszłości, chociaż - jak
przyznała - myśli o wojnie cały czas, każdego dnia. Można powiedzieć, że
ją prześladowała i że całe jej późniejsze życie zostało ukształtowane
przez to, co wtedy przeżyła.
W miarę upływu czasu mówiła coraz swobodniej. Hipotetycznie założyłam,
że będą kolejne rozmowy i wtedy uzupełni szczegóły. Wyszłam od niej z przekonaniem, że opowiadała chętnie i może nie bardzo żałowała, że się
przede mną otworzyła. Ale czy to z powodu powściągliwości ciotki, czy
mojego wahania nigdy więcej nie wróciłyśmy do przeszłości.
Później, kiedy próbowałam spisać jej historię i zagłębiłam się w dzieje
rodziny, czułam się, jakbym przełamała tabu. W głowie odezwały mi się
głosy, że to nie moja sprawa; powinnam się wstydzić, że wykorzystuję jej
historię. Zostawmy przeszłość w spokoju. Ale nie daje mi ona spokoju.
Historia, tak jak osobiste wspomnienia, nie jest ustalona raz na zawsze.
Stale odżywa na nowo.
Dwa lata po rozmowie z Hél?ne natknęłam się na książkę Suzanne Maudet
Neuf filles jeunes qui ne voulaient pas mourir (Dziewięć młodych
dziewcząt, które nie chciały umrzeć). Zaza była przyjaciółką Hél?ne.
Spisała wspomnienia od razu, w kilka miesięcy po ucieczce, ale rękopis
został opublikowany dopiero w 2004 roku, dziesięć lat po jej
śmierci3. Lektura jej książki zaprowadziła mnie do kolejnej
relacji, spisanej przez Nicole Clarence dla czasopisma "Elle" w 1964
roku, w dwudziestą rocznicę deportacji. Po tym artykule trafiłam do
kilku radiowych wywiadów Nicole4. Tuż przed śmiercią Hél?ne w 2012 roku dwie holenderskie realizatorki filmowe, Ange Wieberdink i Jetske Spanjer, nakręciły dokument Ontsnapt (Ucieczka), w którym
Hél?ne spotkała się z Lon Verstijnen, kolejną członkinią grupy5.
Film opierał się głównie na książce Lon Mijn Oorlogskroniek (Moja
kronika wojenna). Kilka lat później syn Guigui, Marc Spijker, przesłał
mi dokonany przez samą Lon przekład jej książki na angielski, który
podarowała jego matce.
Hél?ne, Zaza, Nicole i Lon wspólnie opowiedziały historię o przyjaźni,
niewiarygodnej odwadze i przetrwaniu. Ich relacje różnią się w pewnych
szczegółach, ale pokrywają, jeśli chodzi o kluczowe momenty. Są w nich
duże braki; nigdy się nie dowiem, czy to świadome opuszczenia, czy luki
w pamięci. Na początku znałam osiem z dziewięciu kobiet tylko z przydomków: poza Christine (moja cioteczna babcia Hél?ne) były jeszcze
Zaza, Lon, Guigui, Zinka, Josée, Mena, Nicole i Jacky. Wszystkie były
więźniarkami politycznymi. Później dowiedziałam się, że ojciec Hél?ne
był Żydem i że Nicole pochodziła z rodziny żydowskiej, chociaż żadna z nich nie nazywała tak siebie i prawdopodobnie nie utożsamiała się z tym
pochodzeniem. A nawet jeśli tak, to udało im się to ukryć przed
Niemcami. Bo źle było być więźniem obozu koncentracyjnego, ale znacznie
gorzej było być żydowskim więźniem.
Kobiety ustawione piątkami
W młodości ojciec Hél?ne, Rosjanin, był nauczycielem matematyki na
Litwie, zanim wyjechał kontynuować studia do Heidelbergu. Następnie
przeniósł się do Francji na Sorbonę. Jej matka była w owym czasie jedną
z dwóch kobiet zapisanych na tę uczelnię. Martine pochodziła ze wsi z regionu Lot; jej ojciec był znanym producentem wina. Rodzina szczyciła
się tym, że ksiądz używał ich wina podczas niedzielnej mszy. Martine
wychowała się w pobożnej katolickiej rodzinie, a uczyła się u zakonnic.
Nigdy nie mogła być nago, nawet w kąpieli. Ale musiała być bardzo
zdolna, ponieważ po egzaminach końcowych w liceum zakonnice
zasugerowały, by zaczęła studia - rzecz niesłychana w tamtych czasach,
kiedy powszechnie uważano, że zbyt gruntowna edukacja rujnuje szanse
przyzwoitej dziewczyny na małżeństwo. Co zaskakujące, rodzice zgodzili
się, żeby wyjechała do Paryża studiować chemię. Ojciec Hél?ne zajmował
się fizyką atomową. Poznali się z Martine na uniwersytecie i sześć
miesięcy po pospiesznym ślubie urodziła się Hél?ne.
Błyskotliwa Martine musiała przerwać studia. Może właśnie frustracja z tego powodu skomplikowała relację matki z córką. W każdym razie Hél?ne
identyfikowała się z ojcem. Siedem i osiem lat później urodziły się dwie
kolejne córki. Relacje Hél?ne z dwiema dużo młodszymi siostrami
cechowała trwała niechęć. Zmuszano ją do niańczenia rodzeństwa, ale
ojciec wyraźnie ją faworyzował. Kiedy rodzina dowiedziała się, że Hél?ne
została deportowana do Niemiec, ojciec był zdruzgotany. Któregoś
wieczoru przy kolacji młodsze córki o coś go zapytały, a kiedy nie
odpowiedział, Martine go przynagliła:
- Nie odpowiesz córce?
- Mam tylko jedną córkę - odparł. - A ona jest w Niemczech6.
Hél?ne wyróżniała się wśród sióstr intelektem. Zdobyła imponująco wiele
dyplomów z inżynierii i matematyki. Miała talent do języków i w kilku
mówiła płynnie, w tym po polsku, niemiecku, angielsku i rosyjsku. To
właśnie dzięki znajomości języków, jasnemu myśleniu w chwilach
zagrożenia i zdolności do chłodnej dyplomacji została naturalną
przywódczynią w Ravensbrück. Nicole wspominała później, że była
"filarem" ich grupy.
? ? ?
Przez pięć dni Hél?ne jechała zatłoczonym bydlęcym wagonem, właściwie
bez wody, bez jedzenia, światła, powietrza i miejsca do załatwienia
potrzeb fizjologicznych. W transporcie było dwieście osób, w większości
francuskie więźniarki polityczne - les résistantes. Przeżyły nieludzki
transport dzięki temu, że się zorganizowały, stały i leżały na zmianę.
Najbardziej chore umieszczono przy małym okienku, którym wpadało świeże
powietrze. Morale podbudowywały, śpiewając Marsyliankę i inne pieśni.
Hél?ne nie miała pojęcia, gdzie się znajdują, dopóki pociąg nie dotarł
do ostatniej stacji, Fürstenberg, miasta położonego najbliżej obozu
koncentracyjnego w Ravensbrück. Miasto i obóz leżały na przeciwległych
brzegach jeziora. Okolica ta, położona niedaleko Bałtyku, narażona była
na lodowate wiatry i miejscowi nazywali ją Małą Syberią.
Dotarły nocą; peron był rzęsiście oświetlony reflektorami i strzeżony
przez esesmanów i strażniczki nazywane Aufseherinnen z owczarkami,
które warczały i szarpały się na smyczach. Więźniarki musiały wyskoczyć
z wagonu. Niektóre kobiety niezgrabnie upadały, skręcając sobie przy tym
kostkę lub uszkadzając kolano. Strażnicy je popychali. W chaosie wpadały
na siebie. Aufseherinnen biły je pejczami i wrzeszczały po niemiecku.
Jeśli któraś miała jeszcze jakiś bagaż, był on odbierany i wrzucany na
ciężarówkę.
Ciała tych, które nie przeżyły podróży, trzeba było przenieść do innej
ciężarówki, podczas gdy niemieccy strażnicy krzyczeli: Schnell! Raus!
Ustawili więźniarki w dwie kolumny: te, które miały jeszcze dość sił na
marsz, i te, które ledwo stały. Słabe skierowano do ciężarówek z bagażem. Niektóre córki zachęcały zmęczone i schorowane matki, żeby
wsiadły do aut. Nie mogły wiedzieć, że właśnie uczestniczyły w pierwszej
selekcji do krematorium i miały już nigdy nie zobaczyć matek.
- Zu fünft! - wrzeszczeli strażnicy i kopali kobiety, kiedy nie
rozumiały, czego się od nich wymaga.
- Każą nam się ustawić piątkami - wyszeptała nagląco Hél?ne.
- Po pięć w rzędzie - ktoś powtórzył po francusku i komunikat przebiegł
przez tłum.
Maszerowały około czterech kilometrów ze stacji do obozu. 14 czerwca
1944 roku, kiedy Hél?ne dotarła na miejsce, obóz tonął w błocie, a wszędzie unosił się odór gnijących ciał, ludzkich ekskrementów i gęstego, zmieszanego z popiołem dymu z krematorium.
? ? ?
Hél?ne miała "twarz, której nie da się zapomnieć, i nawet w całym tym
tłumie rozpoznałam ją od razu" - napisała Zaza o dniu przyjazdu do
obozu, kiedy w ciżbie kobiet wypatrzyła koleżankę z liceum7.
Zaza, pod wieloma względami zupełne przeciwieństwo Hél?ne, była poetką,
która zwróciła uwagę na kolor nieba, podczas gdy cała reszta myślała
tylko o głodzie. Hél?ne była opanowana i uporządkowana; Zaza ciepła i otwarta. W chwili aresztowania miała dwadzieścia dwa lata, była
optymistką z dużym poczuciem humoru i wielkim umiłowaniem życia. Zawsze
cierpliwa, przyjaźniła się ze wszystkimi, ale najbardziej z Hél?ne jako
jedyna osoba, której ta pozwoliła się do siebie zbliżyć. Od przyjazdu do
Ravensbrück trzymały się razem. Kiedy Hél?ne niezmordowanie planowała
ucieczkę, Zaza zachowywała bardziej bierną postawę. Z natury ufna,
czekała na rozwój wydarzeń.
Działający od 1939 do 1945 roku Ravensbrück był jedynym obozem
koncentracyjnym, który Niemcy zbudowali wyłącznie dla kobiet. Większość
więźniarek, w tym ich dziewiątka, trafiła do Ravensbrück przejściowo, w drodze do jednego z setek obozów pracy niewolniczej lub zagłady. Ale
wiele zamordowano też tutaj. Większość akt Ravensbrück Niemcy spalili w ostatnich tygodniach wojny. Ale dzięki historykom i więźniarkom, na
przykład Germain Tillion, etnolożce, która w ostatnich miesiącach
prowadziła szczegółowe notatki, udało się zebrać sporo materiałów o obozie.
Przez obóz przewinęło się około 132 tysięcy kobiet i dzieci oraz 20
tysięcy mężczyzn. Ravensbrück miało czterdzieści filii, mniejszy obóz
dla mężczyzn, obóz przy fabryce Siemensa i tak zwany Jugendschutzlager
Ückermark, który faktycznie był obozem zagłady. Według różnych szacunków
zginęło tu od 30 do 90 tysięcy osób. Fondation pour la méemoire de la
déportation podaje liczbę około 40 tysięcy osób, ale trudno oszacować to
dokładnie. Większość kobiet, które tu trafiły w chaosie ostatnich
miesięcy wojny, nie została nawet zarejestrowana. Nie ma też danych o kobietach, które "odesłano" do zagazowania w ciężarówkach; jedno źródło
podaje, że w prowizorycznych komorach gazowych zamordowano ich od 5 do 6
tysięcy8. Nie doliczono też ofiar z podobozów. Były również
malutkie dzieci zamordowane zaraz po urodzeniu albo zagłodzone na
śmierć, których nie objęły oficjalne szacunki. Nie wliczano do tych
szacunków również kobiet zmarłych podczas marszów śmierci.
Same ocalone uważały, że nazwiska są dużo ważniejsze od liczb9.
Ale liczby dają pojęcie o ogromie cierpienia. W czerwcu 1944 roku, kiedy
siedem z dziewięciu kobiet z grupy Hél?ne dotarło do Ravensbrück, w obozie zbudowanym dla 3 tysięcy więźniarek przebywało 30 849
osób10. Poranne apele trwały po trzy-cztery godziny. W tym czasie
więźniarki musiały stać w miejscu, żeby można je było policzyć. W obliczu przepełnienia i braku podstawowych środków warunki w obozie
stały się katastrofalne.
Kiedy nowo przybyłe kobiety wmaszerowały do obozu, najpierw skierowano
je do Effektenkammer, magazynu, gdzie musiały się rozebrać do naga i włożyć ubrania do wielkich papierowych worków. Kiedy oddały worki
strażniczkom, te zanotowały ich numery, a worki rzuciły na stos. Musiały
oddać też drobiazgi osobiste, jak biżuteria czy pieniądze, jeśli jakieś
miały. Ponieważ naziści przykładali dużą wagę do prowadzenia
dokumentacji, wszystko było skrupulatnie spisywane. Kiedy w 2018 roku
wystąpiłam o udostępnienie niemieckiej kartoteki Hél?ne, dostałam z International Tracing Service w Bad Arolsen wiele dokumentów, w tym
kilka stron dotyczących właśnie rzeczy osobistych. Przeczytałam, że Zaza
oddała obrączkę i pięć franków. Hél?ne miała bransoletkę, zegarek i siedemdziesiąt centymów.
Ogolono im głowy. Musiały stanąć w rozkroku do golenia włosów łonowych,
co dokonywało się w brutalny sposób i zostawiało rozcięcia i krwawiące
rany, w które łatwo mogła wdać się infekcja.
Przepchnięto je pod prysznice. Kiedy znalazły się w pomieszczeniu z otworami w suficie, Zaza mocno złapała Hél?ne za rękę. Spojrzała w górę.
- Jak myślisz, co wyleci stamtąd: gaz czy woda? - spytała.
Po spłukaniu gwałtownymi strumieniami wody z pryszniców przeszły do
następnego pomieszczenia, gdzie wydawano ubrania. W tamtym czasie
władzom obozowym skończyły się już pasiaki. Zamiast nich nowo przybyłe
otrzymały ubrania nieżyjących kobiet. Co tydzień przyjeżdżały ciężarówki
z Auschwitz z ubraniami po zamordowanych tam Żydach11. Rozdawano
je losowo - można było dostać wieczorową suknię tancerki z nocnego klubu
albo piżamę licealistki - więc kiedy więźniarki wychodziły z tych zmagań
o odzież, wyglądały groteskowo. Ale w tym momencie, który miał je
upokorzyć i złamać, kobiety potrafiły śmiać się z siebie nawzajem. Lise
London, jedna z résistantes z tego samego transportu, wspominała tamte
chwile w pamiętniku i przytoczyła słowa Rabelais'go: Le rire est bien
le propre de l'homme (Śmiech to szczere królestwo
człowieka)12. Śmiejąc się i śpiewając, nie zatracały
człowieczeństwa i potrafiły walczyć.
Grupa francuska trafiła na kwarantannę do specjalnego bloku, gdzie
przebywało już około czterystu więźniarek. Niemieccy urzędnicy,
przerażeni szybkością rozprzestrzeniania się chorób i zarazków,
restrykcyjnie przestrzegali obowiązku kierowania nowo przybyłych
więźniarek na kilkutygodniową kwarantannę. W tym bloku znajdowały się
też osoby, które Niemcy nazywali asozial, czyli aspołeczne:
prostytutki, lesbijki, Sinti i Romki (nazywane Zigeuner, Cygankami)
oraz pospolite przestępczynie.
Połowę ogromnej hali stanowiła otwarta przestrzeń ze stołami, w drugiej
części stały drewniane czteropoziomowe prycze. Hél?ne i Zaza zajęły
miejsce obok siebie na samej górze. Hél?ne liczyła na to, że stamtąd
będą miały oko na wszystko.
Wspominała, że podczas kwarantanny spędzały całe dnie nad stosami
niemieckich mundurów. Musiały usunąć guziki, rozpruć szwy i posortować
kawałki materiału. Mundury miały plamy krwi i charakterystyczne dziury
po kulach. Należały do niemieckich żołnierzy, którzy zginęli na froncie
wschodnim. Czasem znajdowały w kieszeni niewysłany list. Po przeczytaniu
kilku takich listów Hél?ne odkryła, jak niskie było morale żołnierzy na
Wschodzie.
Tydzień później, 23 czerwca, dotarł kolejny transport, w którym
przyjechały dwie koleżanki z Holandii: dwudziestoośmioletnia Lon i dwudziestopięcioletnia Guigui. Razem w 1944 roku porzuciły studia w Lejdzie i dołączyły do Résistance w Paryżu.
Powabna Guigui o wysportowanej sylwetce miała proste brązowe włosy do
podbródka, ostrzyżone na pazia, z prostą grzywką tuż nad brwiami.
Łagodne szare oczy były ozdobą jej owalnej twarzy. Wyglądała skromnie i spokojnie jak Madonna. W chaosie panującym w bloku zachowywała się
nonszalancko i z kojącym opanowaniem.
Lon stanowiła jej przeciwieństwo. Słowa wylatywały jej z ust w kombinacjach wszystkich sześciu języków, którymi mówiła. Była odważna,
szybko podejmowała decyzje i pakowała się tam, gdzie ktoś ostrożniejszy
mógłby się zawahać. Pełna życia i ekstrawertyczna, dorodna, o mocnej
sylwetce i rubasznym śmiechu, znajdowała sobie przyjaciółki przeróżnych
narodowości. Może i była apodyktyczna i bezkompromisowa, ale to jej
odwaga nieraz uratowała całą dziewiątkę.
Pewnego dnia, kiedy stały na jednym z niekończących się apeli, Hél?ne
spytała ją szeptem:
- O czym myślisz?
- Myślę o tym, że pół roku temu mój narzeczony chciał, żebyśmy poszli do
łóżka, a ja odmówiłam. Teraz żałuję13.
Lon wspominała, że podczas kwarantanny odwiedzała ją inna więźniarka z Holandii.
- Jedynym radosnym przerywnikiem była Sabine, Holenderka, która
mieszkała koło moich rodziców w Hadze. Regularnie i niewzruszenie
przychodziła i stukała w okno, żeby pogadać. Oczywiście zawsze ją
przeganiano, ale ona się nie poddawała i wracała. Te pospieszne rozmowy
były jednak dla nas obu niezwykle cenne i z pewnym smutkiem
wspominałyśmy naszą dzielnicę14.
Sabine referowała Lon, kto przebywał w obozie. Była tu grupa francuskich
więźniarek politycznych, które już skończyły kwarantannę, i Zaza
dowiedziała się, że jest wśród nich Zinka, jej koleżanka z Fresnes.
Wśród dziewiątki bohaterek tylko Zaza i Zinka były mężatkami. Zaza
wyszła za mąż zaledwie miesiąc przed aresztowaniem, a Zinka dziewięć
miesięcy przed uwięzieniem jej męża. Obu deportowano w nieznanych
kierunkach. Los mężów był źródłem ogromnego zmartwienia obu młodych
kobiet.
Dwudziestodziewięcioletnia Zinka była najstarsza w dziewiątce, ale
młodzieńcze usposobienie odejmowało jej lat. Miała przepiękną grzywę
blond loków, duże niebieskie oczy, uroczą przerwę między przednimi
zębami oraz delikatnie zadarty nos, przez co wyglądała trochę
zawadiacko. Nie znała pojęcia strachu. Wysuwała podbródek do przodu i śmiała się z gróźb wysuwanych przez najniebezpieczniejsze grupy w obozie. Kiedy inne powtarzały przerażające plotki, wzruszała ramionami.
- Dajcie sobie spokój z tymi pesymistycznymi bobards - upominała je.
Była drobna. Saboty na jej małych stopach wyglądały jak kajaki;
zostawiały jej otarcia i krwawiące rany. Ale inspirowała inne żelazną
siłą woli. Mała Zinka zawsze była gotowa zmierzyć się z najcięższym
ładunkiem i najgorszą pracą, więc przyjaciółki opracowały całe strategie
powstrzymywania jej.
? ? ?
Hél?ne dowiedziała się od Lon, że w obozie znajduje się jej przyjaciółka
Genevi?ve de Gaulle, bratanica generała Charles'a de Gaulle'a. W 1943
roku słuchacze radia słyszeli głos tego mało znanego général brigade,
który zachęcał ich do stawiania oporu, chociaż nie wiedzieli, do kogo
ten głos należy. Geneviéve napisała pod pseudonimem "Gallia" dwa
artykuły o swoim stryju dla tajnej gazety ruchu oporu "Défense". Te
teksty pomogły uspokoić ludzi z Résistance w kwestii tego najwyraźniej
samozwańczego przywódcy z Londynu15.
Hél?ne chciała się spotkać z Genevi?ve i spytać, czy w obozie jest
zorganizowana grupa Résistance. Jednak żeby to zrobić, musiała się
najpierw wydostać z kwarantanny. Kobiety miały szczęście, że trafiły na
przyjazną blokową. Blokowe, więźniarki (głównie Polki), które zarządzały
każdym blokiem, miały pilnować osadzonych. Niektóre wykorzystywały swoje
uprzywilejowane stanowisko, żeby pomagać i przeciwstawiać się wrogom.
Inne chciały się tylko wzbogacić. Niektóre były gorsze od Niemców. Ale
ich blokowa, Hilda Synková, czeska komunistka, wprowadziła Francuzki w obozowe tajniki. Pewnej niedzieli Hél?ne spytała ją, czy może się na
chwilę wymknąć i odszukać swoją przyjaciółkę Genevi?ve, a ta się
zgodziła.
Obóz był ogromny, wzdłuż długich ulic ciągnęły się drewniane baraki
ustawione w regularny geometryczny wzór. Hél?ne pomyliła się w liczeniu,
źle skręciła i zabłądziła w labiryncie. Wszystko wyglądało tak samo,
wszędzie dominowały szarość i błoto. W niedzielne popołudnia więźniarki,
jeśli tylko mogły, zostawały w barakach. Była to ich jedyna chwila
oddechu w ciągu całego tygodnia. Pracować musiały tylko Żydówki,
świadkinie Jehowy i kobiety, które dostały dodatkową karę. W upale i odorze rozkładu obóz wydawał się pozbawiony życia. Nagle zdezorientowana
Hél?ne spanikowała i za szybko wyszła zza rogu. Wpadła prosto na dwóch
esesmanów. Uśmiechnęli się na jej widok. Jeden był wysokim mężczyzną,
grubszym od większości ludzi w tamtym czasie, gdy jedzenie było trudne
do zdobycia. Jego pomagier był chudy i zadziorny, miał okrutne
spojrzenie. Większy mówił, mniejszy chichotał.
Hél?ne cała się trzęsła. Nie przygotowała się na coś takiego i przez
chwilę nie potrafiła wymyślić powodu, dla którego się tu znalazła, ani
jak się bronić. Chwycili ją pod ramiona.
- Pomożemy ci znaleźć drogę, dobrze? - spytał grubszy.
Mniejszy tylko się zaśmiał i zaciągnęli ją do małej wartowni.
Popchnęli ją na ścianę. Poczuła twarde deski pod plecami. Próbowała
dotrzeć do tego zakątka umysłu, w którym szukała schronienia w Angers
podczas tortur. Ale czuła kwaśny zapach potu i słyszała żarciki o tym,
co "może jej pomóc".
Chciała zamknąć oczy, ale nauczyła się, że w ten sposób okazuje się
słabość, a to zachęca oprawców. Zmusiła się do patrzenia prosto w oczy
większemu, który wyciągnął obcęgi i machnął jej nimi przed oczami.
- Trochę ją upiększymy - powiedział.
Nachylił się i wyszeptał jej do ucha:
- Teraz będziesz piękniejsza16.
A potem warknął:
- Otwieraj!
Grubymi jak kiełbaski paluchami siłą otworzył jej usta.
Czuła oleisty metal na języku, kiedy grzebał jej w ustach. W końcu
wybrał jeden trzonowiec i zacisnął na nim obcęgi.
- Trzymaj mocno - rozkazał koledze.
Poczuła uchwyt spoconych rąk mniejszego żołnierza, który przycisnął ją w chwili wyrywania zęba. Ostry ból wyrywanych korzeni sprawił, że mroczki
stanęły jej przed oczami, poczuła w ustach ciepły strumień rozlewającej
się krwi. Oblał ją pot, myślała, że zaraz zwymiotuje, ale wszystko
przełknęła.
- Ja, dobrze. Teraz jest o wiele lepiej.
Strażnik przysunął jej do twarzy obcęgi z zakrwawionym zębem. Hél?ne
widziała, że nie jest do końca usatysfakcjonowany; tacy jak on nigdy nie
byli. Ale na szczęście rozległ się dzwon oznaczający cogodzinną zmianę
warty. Wiedziała, że żołnierze mieli obowiązki, harmonogram, którego
musieli się trzymać. Niechętnie pokazali jej drzwi. Szła, utykając,
plując krwią, ale w jakiś cudowny sposób odnalazła drogę do względnie
bezpiecznego schronienia i przyjaciółek w bloku kwarantanny.