Ucieczka - Piotr Tosz
0.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Twarz ciotki Haliny zapamiętam do końca życia. Była długa i smukła, z charakterystyczną włochatą brodawką na brodzie. Gdy ciotka się śmiała, to wszystkie zmarszczki uwydatniały się jeszcze bardziej, jak wygnieciona serwetka i w takich chwilach jej twarz przypominała mi mordkę szczura z jednej z telewizyjnych bajek. Raz nawet miałem sen, w którym ciotka miała szczurze ciało wielkości dorosłego borsuka zakończone długim na metr oślizgłym ogonem. Pamiętam ten sen dobrze, bo goniła mnie w nim, a jej twarz unosząca się znad tego nietuzinkowego korpusu wołała moje imię. Ja natomiast uciekałem co sił w nogach przez jakiś gęsty las.
W ten poniedziałek jej twarz także wyglądała mi na szczurzą. I choć nie śmiała się jak kiedyś, to ciągle widziałem w niej ten szczury ryjek. Jej broda wystawała lekko znad poziomu trumny, sprawiając wrażenie, jakby ta miała się przez to nie domknąć. Leżąc tak, wyglądała zupełnie jak szary szczur, z którego ktoś wyssał całą krew.
Mama płakała trochę na pogrzebie. Tata pozostał niewzruszony. Najwięcej łez uronił wuj, czyli mąż ciotki, co dla jednych było zrozumiałe, a u innych budziło zdziwienie.
- Teraz płacze, a za życia to za nic miał Halinę - skomentował ktoś z komitetu blokowego, wskazując ręką na wuja.
- Taki łajdak - potwierdził ktoś inny.
Bolało mnie, gdy tak go oceniali. Miałem w sobie coś, co sprawiało, że przy każdym sporze, czy nawet złym słowie rzucanym na kogoś czułem, jakbym stał pomiędzy tymi dwojga i jakbym to ja był winny w takiej sytuacji. To coś, jakbym znajdował się pod wielką soczewką, która wszystkie problemy dookoła skupiała strumieniem centralnie na mnie, jak na mrówce przypalanej lupą przez promienie słoneczne. W takich chwilach uciekałem wzrokiem w najdalsze zakamarki pomieszczenia, starając się jakoś opanować. Za nic nie chciałem złapać wzrokowego kontaktu z którąkolwiek ze stron. Jedni mogą powiedzieć, że to głupie i że powinienem wziąć się w garść. Ja natomiast wiem, że zachowania te działają tak samo odruchowo, jak mrużenie powiek, gdy zaświeci jaskrawe słońce, czy jak przykładanie dłoni do zranionego, bolącego miejsca w ciele. Trudno nad tym zapanować.
Podobnie do wuja i rodziców również mi było szkoda, że ciotka odeszła. Znałem ją słabo, lecz wystarczająco, by poznać jej szczere, miękkie serce, którym wręcz emanowała. Dla mnie zawsze miała swój serdeczny, szczurzy uśmiech i nieodłączne czekoladki z wisienką, którymi obdarowywała mnie przy każdym spotkaniu. Te czekoladki były jak jej znak firmowy, z którym będzie mi się zawsze kojarzyć. Traktowała mnie trochę jak dziecko, którym od wielu lat już nie byłem. Co więcej, na karku miałem nieuchronnie zbliżającą się pięćdziesiątkę.
Wstyd mi przyznać się do tego i źle się czuję, gdy o tym myślę, lecz ten pogrzeb był mi trochę na rękę. Pojawił się dokładnie w dniu, gdy miałem stawić się do szpitala na Grockiej. To był prezent, który osobiście traktowałem jak znak z nieba, tego samego nieba, do którego pewnie trafi ciocia. Z powodu pogrzebu moja mama poprosiła o przeniesienie rozpoczęcia pobytu w szpitalu na kilka dni później.
Szpital to miejsce, do którego trudno mi się wracało. Ścinało mnie z nóg za każdym razem, gdy moja doktor Graczyk mówiła:
- No, to potrzebny jest szpital.
Te słowa były dla mnie jak wyrok skazujący na więzienie, z tym wyjątkiem, że ja nic nie przeskrobałem, a jedyną moją winą było to, że byłem z doktor szczery. Nie umiałem kłamać i nigdy nie chciałem kłamać. Mówienie prawdy traktowałem niezwykle honorowo, lecz w tym wypadku ta pozytywna cecha po raz ósmy doprowadziła do skierowania mnie do szpitala.
Podczas ostatniej wizyty przed otrzymaniem skierowania nawet nie za wiele mówiłem o swych dolegliwościach, lecz moja lekarka jak wyborowy strzelec zadawała dwa lub trzy pytania, którymi trafiała w samo sedno. Z tymi pytaniami przypominała mi myśliwego, który z ostrą dzidą poluje w rzece na ryby. Kiedyś widziałem na filmie przyrodniczym, jak taki myśliwy stawał nieruchomo w wodzie z piką uniesioną nad taflą wody i wypatrywał, aż nadpłynie jakaś ryba, a gdy tylko nadpływała, jednym zgrabnym rzutem w wodę nadziewał ją na pikę. Tak samo doktor potrafiła idealnie wypatrzyć ten moment, w którym zadawała odpowiednie pytanie, na które mogłem jedynie smutno przytaknąć.
Ósma wizyta w szpitalu to było za wiele, nawet jak dla mnie. Z poprzednich siedmiu, to może tylko jedną uznałbym za stosowną. Reszty nie rozumiałem. Drobiazgowo analizowałem mój stan zdrowia i trudno było mi zrozumieć, czemu po raz kolejny zostaję skazany na szpital. Było też coś, o co podejrzewałem doktor Graczyk, a mianowicie, że działa na nią jakiś demon, dzięki czemu podejmuje ona takie, a nie inne decyzje w mojej terapii.
Dwie podstawowe rzeczy odpychały mnie od pobytu w szpitalu. Pierwsza z nich to lekarstwa, którymi hojnie obdzielano pacjentów. Po kilku takich dawkach człowiek czuł się tak otępiały, że miał ochotę jedynie skulić się w łóżku i zasnąć. Oczy piekły, jakby się zarwało kilka nocy, a gdy próbowało się zasnąć, to pomimo uczucia senności sen nie nadchodził. Myśli jak gdyby gęstniały, tworząc mulistą papkę o konsystencji kisielu. Z tego powodu trudno przychodziło myślenie, bo myśli niejako zatykały neuronowe drogi w głowie, powodując powstanie dźwięczącej w uszach pustki.
Leków nie można było odmówić, gdyż pielęgniarka czekała tak długo, aż się je w końcu przełknęło. A gdy ktoś chciał odmówić przyjęcia lekarstw, to zwykle słyszał oschłe zdanie od pielęgniarki:
- Nie chce się pan leczyć, to się pan wypisz.
Druga rzecz, która odpychała mnie od szpitala to doskwierająca i ogarniająca zewsząd nuda. Na lekowym "haju" nie dało się czytać gazet, książek czy czegokolwiek innego. Wzrok był za szybki do powolnych myśli, co skutkowało tym, że po przeczytaniu kilku zdań nie pamiętało się tego, co było w pierwszych przeczytanych zdaniach. Po kilku powrotach wzrokiem do początku w celu przypomnienia sobie treści, człowiek miał dość. Telewizja także nie dawała komfortu zabicia pustki, gdyż informacje spływające z telewizyjnego głośnika, podobnie jak wzrok przy czytaniu, stawały się za szybkie do ogarnięcia i człowiek grzązł w nich jak samochód zakopany kołem w śniegu. Raz nawet próbowałem oglądać jakiś film kowbojski, lecz myśli były za gęste i powodowały utworzenie przede mną jakiegoś pola siłowego, przez które przekaz z obrazu telewizyjnego nie mógł się przebić.
W dniach roboczych rano i przed południem z nudą w szpitalu nie było jeszcze tak całkiem źle, gdyż zdarzały się jakieś zajęcia grupowe, można było porozmawiać z psychiatrą lub skorzystać z porad psychologa. Jednak czas weekendu był czymś, co sprawiało, że chciałem wyć. Stan ten nazwałbym orbitowaniem w próżni, kiedy to minuty przeciągały się jak karmel z batonika, a ja krążyłem po korytarzu jak zbłąkany mały owad.
Spojrzałem raz jeszcze na trumnę. Było to ostatni raz, gdy widziałem ciotkę. Zaraz potem starszy pan w czarnym fraku zamknął wieko, wywołując tą czynnością kilka cichych westchnień. Westchnąłem też i ja, gdyż wtedy wreszcie dotarła do mnie myśl o tym, że cioci już nie ma i na tym świecie już jej wśród żywych nie będzie. Zakłębiło się we mnie smutne uczucie i nawet nie poczułem, gdy me oczy stały się mokre od łez. Przez myśli jeszcze raz przebiegł mi ten sympatyczny, roześmiany ryjek, którym ciocia będzie uśmiechać się w niebie i czekoladki z wisienką, którymi poczęstuje pewnie samego Pana Boga.
- Ty, beksa - usłyszałem zza pleców szept Sławka. - Jakby mama pytała, gdzie jestem, to poszedłem zajarać.
Sławek to mój młodszy brat. Na jego słowa spojrzałem w stronę mamy, siedzącej w ławce po drugiej stronie sali. Rozmawiała z wujem, nie zwracając na nas uwagi.
- Dobra, idź - szepnąłem za siebie.
Ze wszystkich zebranych w domu pogrzebowym Sławek chyba najmniej interesował się pogrzebem. Sprawiał wrażenie, jakby nawet śmierć ciotki nie za bardzo go obchodziła. W głowie miał tylko motocykle i kobiety. Nosił starą, obtartą kurtkę ze skóry i wysłużone dżinsy. Tego poranka mama stoczyła z nim kolejną batalię o to, aby na pogrzeb włożył garnitur lub choćby koszulę. Niestety, pod względem ubioru pomimo swych czterdziestu trzech lat zachowywał się jak uczniak. Tata nazywał go "hipis", co działało na niego jak płachta na byka.
Popatrzyłem raz jeszcze za siebie. Zobaczyłem Sławka znikającego w drzwiach sali. Mój wzrok zatrzymał się na kimś, kto stał tuż u wejścia na salę. Od razu poznałem te hipnotyczne spojrzenie i szyderczy półuśmiech. Gapił się na mnie zimnym, charakterystycznym dla niego wzrokiem. Po mym ciele przebiegły ciarki. Czułem strach za każdym razem, gdy w ten sposób mnie podglądał. Używał ciał ludzkich do tego, aby na moment zasygnalizować mi swą obecność, tak jak teraz, gdy wybrał postać jakiegoś nieświadomego mężczyzny.
Ścisnąłem dłonie w pięści i zacząłem się w myślach modlić. Nie spuszczałem z niego wzroku, bojąc się, że może do mnie podejść. Jego twarz, nienaturalnie sina jak u wisielca, wykrzywiała się lekko, jak w grymasie bólu. W tych sytuacjach modlitwa jest najlepszym środkiem do tego, aby sobie poszedł. Po jakiejś minucie wpatrywania się w niego, oblicze mężczyzny zaczęło się płynnie zmieniać, a sina twarz nabierać naturalnego koloru, aż wreszcie z demonicznego wyglądu nie zostało zupełnie nic.
To był demon. Wiele razy w ten sposób objawiał mi swą obecność. Niby to nic nadzwyczajnego, że twarz jest nieco sina i spojrzenie wwierca się w człowieka jak niewidzialne świdry, jednak zawsze poznawałem, kiedy ukazywał się poprzez jakąś postać. Może było też i tak, że to ja miałem jakąś zdolność do wychwytywania tych sytuacji. Do pokazania mi tego, że jest, używał najróżniejszych osób, od sprzedawcy w sklepie, przez przechodniów po osoby mi znajome, jak choćby sierżant Bonkowski.
Byłem przekonany, że demon obserwuje mnie nie tylko poprzez formy widzialne. Te chwile, gdy go zauważałem, były jakby fizyczną emanacją jego duchowej natury. Przypuszczam, że chciał mnie w ten sposób nastraszyć, co całkiem nieźle mu wychodziło. Ja natomiast miałem na niego potężną Bożą broń, jaką była modlitwa.
Trochę obawiałem się tego demona. Byłem czujny, a w chwilach jego uzewnętrzniania pomimo lęku starałem się zachować spokój. Raz tylko spanikowałem. To było wtedy, gdy objawił się w postaci pacjenta w poradni zdrowia psychicznego. Zauważyłem go na ostatnim krzesełku w rogu poczekalni. Uśmiechał się złowrogo i wlepiał we mnie te nieprzyjemne ślepia. Wtedy w poczekalni usłyszałem także głos, który wołał moje imię.
- Marcel. Marcel - wołał głos.
Był przeciągły i z lekkim echem, jakby ktoś wołał do mnie w gmachu katedry. Wpatrywałem się w siną, demoniczną twarz, a głos rozkazał mi:
- Podejdź do mnie.
Całe zajście skończyło się tym, że zwiałem z poczekalni. Gdy opowiedziałem o tym zdarzeniu doktor Graczykowej, to na tej samej wizycie otrzymałem skierowanie do szpitala. Od tamtej pory jestem bardzo ostrożny w mówieniu jej o takich przygodach. No, chyba że ustrzeli mnie którymś ze swych przeszywających pytań.
W domu pogrzebowym podniósł się mały gwar. Ludzie zaczęli wstawać z krzeseł, a przed trumną ustawiło się czterech panów w czarnych frakach. Mogło to oznaczać, że trumna zostanie wyniesiona do samochodu, a potem pojedzie prosto na cmentarz. Ktoś z tyłu złapał mnie za ramię.
- Marcelku, gdzie Sławek? - to była moja mama.
- Pali - odpowiedziałem.
Mama zmarszczyła czoło i szybkim krokiem udała się do wyjścia. W tym czasie czterech panów we frakach już wsparło trumnę na ramionach. Spojrzałem w tamtą stronę i przeszła mnie dziwna myśl, po której spróbowałem wyobrazić sobie, jak to jest być niesionym w takiej trumnie. Musiało tam być wygodnie i ciepło. Pewnie trochę kołysało i było całkiem ciemno. Zaraz potem przeniosłem się myślami na cmentarz do dwumetrowej dziury w ziemi i przeszedł mnie strach. Na ciele doznałem nieprzyjemnego uczucia podobnego do tego, gdy jakiś gryzący owad przebiegnie po skórze. Ocknąłem się i niemal wystraszyłem się własnych myśli.
- Marcel, chodź - usłyszałem głos taty, który wskazywał w stronę drzwi.
Wstałem z krzesła i poszedłem za nim.