Ucieczka Groźby. Saga Skrzydła ognia. Księga 8 - Tui T. Sutherland

Kup ebooka

36.50 zł
31.03 zł (29,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Pro­log

Sie­dem lata temu...

Żaden smok nie był bez­pieczny w Pod­nieb­nym Pałacu, ale zde­cy­do­wa­nie naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo zagra­żało cór­kom kró­lo­wej Czer­wieni.

Czy może teraz nale­ża­łoby już powie­dzieć "córce" - w licz­bie poje­dyn­czej?

Rubi­nia nie widziała swo­jej sio­stry Tur­ma­lin od trzech dni.

Nie widziała jej od czasu nocy, kiedy razem wybrały się pola­tać i wysoko na roz­gwież­dżo­nym nie­bie jarzą­cym się świa­tłem dwóch księ­ży­ców Tur­ma­lin szep­nęła, że jest pra­wie gotowa.

- Nie bądź idiotką. Masz dopiero dzie­sięć lat, a poza tym ni­gdy nie będziesz gotowa - odpo­wie­działa szep­tem Rubi­nia. - Ona zabiła wła­sną matkę, a poza tym wszyst­kie trzy swoje sio­stry i jede­na­ście naszych. Nie da się jej poko­nać.

- Nie może wiecz­nie być kró­lową - powie­działa Tur­ma­lin.

- Ona już jest kró­lową od zawsze - odparła Rubi­nia.

- Dwa­dzie­ścia cztery lata to długi czas, ale nie aż tak bar­dzo. Kró­lowa Oaza dłu­żej rzą­dziła i sama zobacz, co się z nią stało.

- Zamie­rzasz napu­ścić na matkę wyskrobka? - spy­tała Rubi­nia. - Bo jestem pewna, że z przy­jem­no­ścią coś prze­kąsi, nim cię zabije.

- Zawsze tak będzie - syk­nęła Tur­ma­lin. Ciem­no­po­ma­rań­czo­wymi skrzy­dłami odrzu­ciła chmury na boki. - Dopóki jedna z nas nie rzuci jej wyzwa­nia i nie wygra. Zosta­ły­śmy teraz tylko ty i ja. Jeste­śmy jedyną nadzieją dla Nie­bo­skrzy­dłych na przy­zwo­itą kró­lową. Rubi­nio, jeśli ją poko­nam i zostanę kró­lową, mogli­by­śmy wyplą­tać się z tej wojny.

Rubi­nia nie była tego taka pewna. Poznała Pożogę i podej­rze­wała, że Pia­sko­skrzy­dła nie wypu­ści tak łatwo sojusz­ni­ków ze szpo­nów. To jed­nak nie miało zna­cze­nia, bo nie było szansy, żeby Tur­ma­lin mogła wygrać walkę z ich matką.

- Pro­roc­two zaj­mie się wojną - prze­ko­ny­wała sio­strę. - Naj­ja­śniej­sza noc jest już za cztery dni...

- Jasne. - Tur­ma­lin prze­wró­ciła oczami. - Pocze­kam, aż ura­tuje nas garstka jaj, z któ­rych nawet jesz­cze nic się nie wykluło. Rubi­nio, nie chcę cze­kać, aż coś mi się przy­da­rzy. Chcę sama pokie­ro­wać wła­snym życiem.

- Nie chcę patrzeć, jak umie­rasz - wark­nęła Rubi­nia.

Sio­stra zawi­sła na chwilę w powie­trzu przed nią. Gwiazdy błysz­czały w jej oczach, gdy przy­glą­dała się Rubi­nii.

Zasta­na­wia się, czy sama nie chcę zagar­nąć tronu, pomy­ślała Rubi­nia. Myśli, że pró­buję ją znie­chę­cić, bo coś pla­nuję. Jasne, bo jestem aż tak głu­pia.

- Nie martw się, na razie niczego nie zro­bię - obie­cała jej Tur­ma­lin. - Może po kolej­nych paru mie­sią­cach tre­ningu. Ale czuję się naprawdę silna. Ostat­nio poko­na­łam Cyno­bra w poje­dynku. Chcesz posłu­chać?

Rubi­nia wysłu­chała dłu­giej opo­wie­ści, w któ­rej Tur­ma­lin opi­sała każdy swój ruch, jakby to była rela­cja na żywo. Przez godzinę szy­bo­wały wokół szczy­tów w księ­ży­co­wym bla­sku. I ani razu Tur­ma­lin nie wspo­mniała nic o tym, że może opu­ścić pałac.

A potem prze­pa­dła. I naj­bar­dziej nie­po­ko­jące było to, że nikt nawet nie wspo­mi­nał o jej nie­obec­no­ści. Jej eska­dra na­dal prze­by­wała w pałacu, tre­no­wała i polo­wała. Jakby nie wyda­rzyło się nic dziw­nego. Żadne patrole jej nie szu­kały, nikt nie prze­szu­ki­wał lasów, nie wysy­łano listów do innych kró­lo­wych z zapy­ta­niem, czy nie widziały (albo czy nie porwały) star­szej księż­niczki Nie­bo­skrzy­dłych.

Po pro­stu prze­pa­dła jak kamień w wodę.

Rubi­nia stała w pokoju, który dzie­liła z sio­strą, przy­glą­da­jąc się sto­sowi koców, pod­rzu­co­nych nie­dbale zwo­jów, falu­ją­cym w oknie żół­tym zasło­nom ze zło­tymi frę­dzel­kami.

Ni­gdzie nie było roz­bry­zgów krwi. Żad­nych śla­dów walki. Żad­nego listu w rodzaju: "Ach, wysko­czy­łam do jed­nej z naszych dal­szych pla­có­wek na parę dni, do zoba­cze­nia wkrótce".

Czy Tur­ma­lin zmie­niła zda­nie i ucie­kła? Czy mogła udać się do Szpo­nów Pokoju?

Rubi­nia wie­działa jed­nak, że nic takiego się nie wyda­rzyło. Jej star­sza sio­stra nie była z tych smo­ków, które ucie­kają. A co wię­cej, kró­lowa Czer­wień ni­gdy by nie pozwo­liła, żeby ruch poko­jowy dorwał w swoje szpony jej córkę. Prę­dzej zna­la­złaby Szpony Pokoju i wszyst­kie wybiła.

Cięż­kie szpony zaci­skały się na wnętrz­no­ściach Rubi­nii, coraz moc­niej wbi­ja­jąc się z każdą minutą nie­obec­no­ści Tur­ma­lin.

Jeśli matka dowie­działa się, że Tur­ma­lin zamie­rzała rzu­cić jej wyzwa­nie...

Co ich matka zro­biła?

- Księż­niczko Rubi­nio.

Aż pod­sko­czyła z zasko­cze­nia. Obró­ciła się w miej­scu. Straż­nik w drzwiach odchrząk­nął.

- Kró­lowa ocze­kuje cię w sali tro­no­wej. Natych­miast.

- Ocze­kuje? - powtó­rzyła Rubi­nia.

Wyraz jego pyska jasno mówił, że nie pochwala tego pyta­nia.

"Ni­gdy nie oka­zuj im, że się boisz" - tak powie­działa jej Tur­ma­lin. Zacho­wuj się jak kró­lowa, żeby pew­nego dnia wiwa­to­wali, gdy pode­rżniesz matce gar­dło.

Jed­nakże teraz Tur­ma­lin prze­pa­dła. I może wła­śnie dla­tego, że zacho­wy­wała się jak kró­lowa.

- Dzię­kuję - powie­działa Rubi­nia, kiwa­jąc głową do straż­nika, gdy go mijała.

Bicie serca dud­niło jej przez ramiona aż do koniusz­ków skrzy­deł. Tunel wyda­wał jej się za mały, jakby była roz­mia­rów tysiąc­let­niego smoka, a nie pię­cio­let­niego smo­czę­cia.

Cokol­wiek przy­da­rzyło się Tur­ma­lin... Czy teraz to samo czeka mnie?

Smoki tło­czyły się przy wej­ściu do sali tro­no­wej i szep­tały. Wszyst­kie wypro­sto­wały szyje i skrzy­dła, gdy nade­szła Rubi­nia. W ich oczach lśniła cie­ka­wość. Musiały wie­dzieć, że Tur­ma­lin zagi­nęła, nawet jeśli nikt o tym nie mówił. Musiały się zasta­na­wiać, tak samo jak Rubi­nia, czy kró­lowa Czer­wień posta­no­wiła pozbyć się wszyst­kich poten­cjal­nie zagra­ża­ją­cych jej następ­czyń tronu.

Tyle że ja prze­cież nikomu nie zagra­żam! Nie zagra­żam!

Rubi­nia pochy­liła głowę, wcho­dząc do sali, zmru­żyła oczy z powodu jasno­ści świa­tła sło­necz­nego, odbi­ja­ją­cego się od wyło­żo­nych zło­tem ścian. Miała wra­że­nie, że wcho­dzi na stos pogrze­bowy; potworny żar i zapach smo­czego ognia pro­mie­niu­jący od stło­czo­nych dwo­rzan zamknął się wokół jej łusek.

Kró­lowa Czer­wień nie zabi­łaby córki na oczach wszyst­kich smo­ków, prawda?

- Ach, Rubi­nia. - Głos kró­lo­wej poniósł się śpiew­nie ponad gło­sami innych i w całej sali zapa­dło mil­cze­nie. - Naresz­cie. Dwo­rza­nie, wielu z was nie zna mojej córki, Rubi­nii, ponie­waż wyje­chała, żeby tre­no­wać, a nawet kiedy tu jest, to sie­dzi w swo­jej jaskini jak zaspany nie­to­perz. Jeśli jed­nak kie­dy­kol­wiek ją widzie­li­ście, to pew­nie z nosem w zwoju. I cho­ciaż w niczym mnie nie przy­po­mina, jakimś cudem jest moją córką.

Roz­le­gły się posłuszne, grzecz­no­ściowe okla­ski.

- No dobrze, zatem są tu już wszy­scy! To zna­czy wszy­scy ważni. Mam taką eks­cy­tu­jącą nowinę do ogło­sze­nia. Rubi­nio, nie czaj się pod ścianą jak roz­trzę­siona sto­noga. Chodź, stań obok braci. Chcę, żebyś ty zoba­czyła to w szcze­gól­no­ści.

Tłum roz­stą­pił się, żeby prze­pu­ścić Rubi­nię, gor­liwe poma­rań­czowe i bursz­ty­nowe oczy obdzie­rały ją z łusek, gdy prze­my­kała. Zna­la­zło się led­wie tyle miej­sca, żeby sta­nęła mię­dzy Cyno­brem a Jastrzę­biem; obaj nad nią góro­wali. Jej pozo­stali dwaj bra­cia stali obok Jastrzę­bia. Znaj­do­wały się tu wszyst­kie dzieci Czer­wieni oprócz Tur­ma­lin.

Cyno­ber prych­nął i odsu­nął się od niej nieco, ale Jastrząb szturch­nął ją przy­jaź­nie. Rubi­nia zawsze odno­siła wra­że­nie, że Jastrząb w pogodny spo­sób oka­zuje jej ser­decz­ność, bo wie, że ona wkrótce umrze. Widział, jak pozo­stałe jego sio­stry zgi­nęły w szpo­nach Czer­wieni. Rubi­nia podej­rze­wała, że jego dobry humor wypły­wał z bez­piecz­nej pew­no­ści, że on ni­gdy nie mógłby zająć tronu, więc nie warto go zabi­jać.

Ich matka pałała jak tru­jąca poma­rań­cza na swym tro­nie, patrząc z góry na zgro­ma­dzone w sali smoki. Ostre iskierki dia­men­tów nad jej oczami i wzdłuż kra­wę­dzi skrzy­deł odbi­jały świa­tło.

Rubi­nii zaparło dech w piersi na widok zwa­li­stego smoka obok kró­lo­wej - to była Pożoga, ich sprzy­mie­rze­niec z ple­mie­nia Pia­sko­skrzy­dłych. Krzy­wiła pysk z nie­smaku i nudy. Wszyst­kim pole­cono zwra­cać się do niej "kró­lowo Pożogo", ale Rubi­nia nie potra­fiła myśleć o niej w taki spo­sób. Przede wszyst­kim nie wygrała jesz­cze wojny... a poza tym w świe­cie Rubi­nii ist­niała tylko jedna kró­lowa, która zaci­skała na nim swoje śmier­cio­no­śne łapy.

Po dru­giej stro­nie kró­lo­wej Czer­wieni stał wysoki, dziwny stos czar­nych kamieni, które wyglą­dały, jakby dymiły.

- Naresz­cie - powie­działa Czer­wień, prze­wra­ca­jąc oczami. Jej znie­cier­pli­wie­nie wobec Rubi­nii roz­le­wało się na cały dwór.

Śmiech zawi­ro­wał w tłu­mie.

- Pośpiesz się! - wark­nęła Pożoga.

Kró­lowa Czer­wień mach­nęła ogo­nem i roz­cią­gnęła skrzy­dła z wystu­dio­wa­nym roz­le­ni­wie­niem. Rubi­nia miała czas, żeby się zasta­no­wić, czy eks­cy­tu­jąca nowina ma coś wspól­nego z Tur­ma­lin. ("To eks­cy­tu­jące, zamor­do­wa­łam córkę! Czemu na tym poprze­stać? Po co komu w ogóle córki, prawda?").

- Mogli­ście sły­szeć o pew­nym... pro­roc­twie - powie­działa kró­lowa Czer­wień. - Bred­nie o wyjąt­ko­wych smo­czę­tach, które wyklują się w naj­ja­śniej­szą noc i zakoń­czą wojnę. I mogli­ście zauwa­żyć, że naj­ja­śniej­sza noc nastąpi dzi­siaj. Prawda, że to strasz­nie eks­cy­tu­jące? W każ­dej chwili maleńcy boha­te­ro­wie mogą wyczoł­gać się ze swo­ich jaj! No, chyba że... wyda­rzy się coś zwy­czaj­nie potwor­nego. Rzecz jasna.

Rzu­ciła spoj­rze­nie Pożo­dze i uśmiech­nęła się zło­wrogo.

- Nie wie­cie zaś, że ktoś pró­bo­wał ukraść Nie­bo­skrzy­dłe jajo zeszłej nocy.

Stłu­mione okrzyki roz­le­gły się w całej sali.

- No wła­śnie! - powie­działa kró­lowa Czer­wień. - Paskudny Lodo­skrzy­dły zło­dziej dotarł aż tutaj i uciekł z jajem. Tak się składa, że z naj­więk­szym jajem w wylę­garni.

Powie­trze iskrzyło, jakby w każ­dej chwili mogło buch­nąć pło­mie­niami. Rubi­nia pró­bo­wała wyobra­zić sobie życie Nie­bo­skrzy­dłego wycho­wy­wa­nego poza Kró­le­stwem Nieba. Zło­dziej nie mógł zabrać go do Kró­le­stwa Lodu. Nie­bo­skrzy­dły ni­gdy by tam nie prze­żył.

Zatem nale­żał do Szpo­nów Pokoju? Zbie­rały smo­częta z prze­po­wiedni? Czy smo­czę w skra­dzio­nym jaju miało ich wszyst­kich oca­lić?

- Och, nie mar­tw­cie się - powie­działa jej matka. - Kró­lowa Pożoga odszu­kała go, zabiła i znisz­czyła jajo. W końcu nie prze­pa­damy zbyt­nio za maleń­kimi boha­te­rami. Zwłasz­cza takimi, któ­rzy mogliby pró­bo­wać nam powie­dzieć, co mamy robić. Zatem! - Kla­snęła i napięta atmos­fera w sali zawi­bro­wała jak cię­ciwa łuku. - Na wszelki wypa­dek kró­lowa Pożoga i ja wpa­dły­śmy na cudowny pomysł. Zadbamy, by żadne Nie­bo­skrzy­dłe smo­częta nie wykluły się w naj­ja­śniej­szą noc. Ani jedno! W żad­nym razie. Przy­nie­ście je! - zawo­łała.

Rubi­nia patrzyła skon­ster­no­wana, jak sied­miu straż­ni­ków wcho­dzi i każdy nie­sie jajo. Czer­wone i poma­rań­czowe kształty ruszały się pod cie­niutką powierzch­nią sko­ru­pek. Widać już było pęk­nię­cia roz­cią­ga­jące się na trzech jajach.

Kró­lowa Czer­wień zmru­żyła oczy.

- Powinno być ich osiem - zasy­czała.

- Znaj­dziemy je, Wasza Wyso­kość - odpo­wie­dział naj­wyż­szy straż­nik. - Obie­cuję. Ona nie uciek­nie daleko. W dodatku to było naj­mniej­sze z lęgu.

Nad sto­sem obok kró­lo­wej poniósł się szmer. Jeden z kamieni dygo­tał przez chwilę, aż w końcu stur­lał się i prze­le­ciał w pod­sko­kach przez pod­łogę, po czym zatrzy­mał się u łap Rubi­nii.

- Dobrze - powie­działa kró­lowa Czer­wień z swoją typową ziry­to­waną miną, która mówiła "teraz świę­tu­jemy, więc zabiję kogoś póź­niej". - Mam tu kogoś po pro­stu cudow­nego, kogo chcę wam wszyst­kim przed­sta­wić, i mam wra­że­nie, że to ide­alny spo­sób. Och, to napię­cie!

Z noz­drzy Pożogi buch­nął dym znie­cier­pli­wie­nia.

- Wiecz­nie te wido­wi­ska - mruk­nęła. - Nie możesz po pro­stu spraw­nie i szybko zabić i mieć to już z głowy?

Kró­lowa Czer­wień udała, że jej nie sły­szy. Była zajęta zdej­mo­wa­niem kamieni z wierz­chu stosu i pro­wi­zo­rycz­nego daszku. Spod kamieni znowu dobie­gło szu­ra­nie.

Tam sie­dzi coś żywego, pomy­ślała Rubi­nia i nagle mała główka wysko­czyła znad kra­wę­dzi stosu, rap­tem o włos od szpo­nów kró­lo­wej. Czer­wień odsko­czyła gwał­tow­nie, a Rubi­nia była zaszo­ko­wana wido­kiem cze­goś, co wyglą­dało jak prze­błysk stra­chu w jej oczach.

Wycią­gnęła szyję, żeby lepiej widzieć. Co takiego mogło prze­stra­szyć matkę? Ona niczego się nie boi.

Wyglą­dało jak zwy­czajne smo­czę, miało z rok, może pół­tora i nie­zwy­kle jasne łuski w odcie­niu mie­dzi.

Potem jed­nak smo­czę obró­ciło główkę i napo­tkało spoj­rze­nie Rubi­nii.

Oczy tego malu­cha.

Były nie­bie­skie.

Naj­dziw­niej­sze, naj­bar­dziej upiorne nie­bie­skie oczy, jakie Rubi­nia widziała w swoim życiu, daleko wykra­cza­jące poza kolor nieba. Jakby ktoś zebrał niebo i zanu­rzył je w ogniu, aż zaczęło pło­nąć od środka.

Tak wła­śnie, pomy­ślała Rubi­nia. Smo­czę wyglą­dało, jakby pło­nęło od środka. Nawet jego łuski dymiły.

Ponad głową Rubi­nii Cyno­ber i Jastrząb wymieli się spoj­rze­niami.

- Wie­dzia­łeś o tym? - wark­nął cicho Jastrząb pośród licz­nych szep­tów nio­są­cych się po sali. - Myśla­łem, że nie żyje. Powinna nie żyć.

- Nie kwe­stio­nuj decy­zji kró­lo­wej - mruk­nął w odpo­wie­dzi Cyno­ber, patrząc przed sie­bie, i zde­ner­wo­wany zaci­snął zęby.

- To wyna­tu­rze­nie - syk­nął Jastrząb. - Prawo Nie­bo­skrzy­dłych naka­zuje nam zabi­jać takie stwo­rze­nia zaraz po wyklu­ciu.

Rubi­nia przy­po­mi­nała sobie jak przez mgłę, że coś wyda­rzyło się ponad rok temu - z jaja wykłuły się bliź­nięta, a matka pró­bo­wała uciec z oboj­giem. Wrzawa w pałacu trwała tygo­dniami. Do Rubi­nii docie­rały jed­nak tylko okru­szyny plo­tek, zwy­kle przez Tur­ma­lin, jeśli szczę­ście jej sprzy­jało.

Myślała, że wszy­scy zgi­nęli... bliź­nięta i matka.

Czy to mogło być smo­czę, które ma za dużo ognia?

Dziwne smo­czę pisnęło. Pró­bo­wało wspiąć się po ścia­nie z kamieni, trze­po­tało z nadzieją malut­kimi skrzy­deł­kami.

Czer­wień zła­pała dłu­gie meta­lowe berło oparte o jej tron i dźgnęła nim malutką smo­czycę w pierś.

- Siad! - wark­nęła.

Smo­czę z krzy­kiem pole­ciało do tyłu. Kiedy Czer­wień zabrała berło, Rubi­nia zauwa­żyła, że okrą­głe zakoń­cze­nie leciutko się sto­piło w miej­scu, gdzie doty­kało łusek smo­czę­cia. Nie­po­ko­jący zapach sto­pio­nego metalu dołą­czył do skwaru panu­ją­cego w sali tro­no­wej.

- Wasza Wyso­kość - ode­zwał się przy­sa­dzi­sty smok w kolo­rze rdzy, sto­jący pra­wie na samym prze­dzie tłumu.

To był jeden z naj­star­szych smo­ków w pałacu i słu­żył jako doradca babce Rubi­nii, kiedy tamta była jesz­cze kró­lową. Zawsze na widok Rubi­nii dziw­nie kła­pał zębami, komen­to­wał jej przedziw­nie długą szyję i powta­rzał, że sekre­tem dłu­giego życia jest jedze­nie codzien­nie koziej nerki. Mimo to nie pamię­tała jego imie­nia. Ona i Tur­ma­lin nazy­wały go "Ner­ko­wym Odde­chem".

- Ehm - odchrząk­nął z ważną miną Ner­kowy Oddech, cze­ka­jąc, aż ucichną pomruki i wszy­scy na niego spoj­rzą. - Wasza Wyso­kość, zapew­nij nas, pro­szę, że to nie jest to, na co wygląda.

Kró­lowa Czer­wień posłała mu pro­mienny uśmiech, w któ­rym wyszcze­rzyła wszyst­kie zęby.

- Czy to wygląda, jak­bym zdo­była nową, prze­cu­dow­nie nie­bez­pieczną zabawkę? Bo wła­śnie to widzi­cie. - Mach­nęła skrzy­dłem w teatral­nym geście, wska­zu­jąc smo­czę. - Patrz­cie, oto moja nowa przy­szła orę­dow­niczka!

Smo­czę znowu wysu­nęło łebek, przy­glą­da­jąc się wszyst­kim swo­imi zło­wiesz­czymi nie­bie­skimi oczami. Zer­k­nęła na skrzy­dło Czer­wieni nad sobą i się­gnęła po nie, ale kró­lowa trzy­mała je poza jej zasię­giem.

- Wasza Wyso­kość jest naj­mą­drzej­sza spo­śród wszyst­kich smo­ków - powie­dział Ner­kowy Oddech. - Każda twoja myśl jest genialna i wszyst­kie twoje decy­zje są pod każ­dym wzglę­dem ide­alne. Ale... czy jesteś pewna, że to bez­pieczne? Zacho­wać przy życiu... tego potwora?

- To nie jest jakiś tam potwór - oznaj­miła zado­wo­lona z sie­bie Czer­wień. - To mój potwór. I jest bar­dzo uży­teczny. Pro­szę, kocha­nie, pokaż im, co potra­fisz. - Kró­lowa wzięła jedno jajo od straż­nika i podała je jak gdyby ni­gdy nic smo­czę­ciu.

A przy­naj­mniej... sta­rała się, żeby wyglą­dało to nie­fra­so­bli­wie, bo Rubi­nia zauwa­żyła, jak sta­ran­nie Czer­wień unika kon­taktu ze szpo­nami smo­czę­cia, jak szybko cof­nęła łapy.

Smo­czę popa­trzyło na jajo, które było pra­wie jed­nej czwar­tej jej wzro­stu. Była zacie­ka­wiona i odro­binę zachwy­cona, jakby ni­gdy wcze­śniej nie dostała zabawki.

Po sko­ru­pie zaczęło prze­pły­wać drobne drże­nie, pół­prze­zro­czy­sta biel przy­ga­sała i sza­rzała, poma­rań­czowy kształt w środku zady­go­tał, a potem poczer­niał, stał się czarny jak węgiel, czarny jak śmierć, jak spa­lone kikuty drzew, i wkrótce całe jajo poczer­niało i nikt nie widział już niczego w środku.

W Sali zapa­dła cisza.

Nikt nie ode­zwał się sło­wem. Nikt nie jest w sta­nie się ode­zwać, pomy­ślała Rubi­nia. Sama miała wra­że­nie, że nie może oddy­chać. Jakby bez­piecz­niej było już ni­gdy nie nabie­rać powie­trza.

Jajo zamie­niło się w stos popiołu w łapach smo­czę­cia.

Smo­czę popa­trzyło na swoje łapy z nie­od­gad­nio­nym wyra­zem pyszczka. Było zasko­czone? Zado­wo­lone z sie­bie? Wie­działo, że w tak pro­sty spo­sób, jedy­nie trzy­ma­jąc jajo, zdo­łało prze­ra­zić wszyst­kie smoki w sali tro­no­wej?

Prze­chy­liło odro­binę głowę, żeby zer­k­nąć na kró­lową, i wtedy Rubi­nia spo­strze­gła coś zna­jo­mego w jego dziw­nych oczach.

To smo­czę, które miało w sobie za dużo ognia, mar­twiło się, że Czer­wień może się na nie roz­gnie­wać.

Dopiero Pożoga prze­rwała mil­cze­nie.

- Impo­nu­jące - wark­nęła. - A teraz zaj­mij się pozo­sta­łymi albo daj mi je samej potłuc.

Czer­wień się­gnęła ber­łem i zbu­rzyła ścianę z kamieni zagra­dza­jącą drogę smo­czę­ciu.

- Idź dotknąć pozo­sta­łych jaj, Groźbo - roz­ka­zała.

Groźba, pomy­ślała Rubi­nia. Potwór ma imię.

Groźba zer­k­nęła na jaja, potem na łapy i wresz­cie na kró­lową Czer­wień. Była malutka w porów­na­niu z dwiema kró­lo­wymi.

- Ale... - ode­zwała się i gorące powie­trze w cichej sali połknęło jej gło­sik. - Ale ja je... spło­nę­łam.

- Jesteś moją orę­dow­niczką - powie­działa zim­nym tonem kró­lowa Czer­wień. - Rób, co ci każę.

Groźba wahała się chwilę, roz­glą­da­jąc się po murze łusek, skrzy­deł i nie­przy­ja­znych oczu. Zro­biła krok przed sie­bie i straż­nicy pośpiesz­nie odło­żyli jaja na pod­łogę, po czym odsu­nęli się szybko.

Groźba zatrzy­my­wała się przy każ­dym jaju po kolei, kła­dła na nim łapy, aż smo­czę w środku było mar­twe.

Ona może to zro­bić każ­demu, zdała sobie sprawę Rubi­nia. Może pew­nie zabić doro­słego smoka, tylko go doty­ka­jąc. To naj­bar­dziej śmier­cio­no­śna broń, jaką matka kie­dy­kol­wiek zna­la­zła.

Fala zgrozy prze­wa­liła się przez jej łuski.

Czy to wła­śnie przy­da­rzyło się Tur­ma­lin?

Nie mogła ode­rwać wzroku od mor­der­czego smo­czę­cia.

Czy z mojej sio­stry został gdzieś sto­sik popiołu?

Kiedy Groźba się­gnęła do ostat­niego jaja, Rubi­nia wresz­cie ode­rwała od niej wzrok i spoj­rzała na kró­lowe.

Czer­wień przy­glą­dała się Rubi­nii z zado­wo­lo­nym i zło­wiesz­czym wyra­zem pyska. Jej spoj­rze­nie mówiło: "Kto teraz odważy się rzu­cić mi wyzwa­nie? Ty, moja córko-marzy­cielko? Śmiało, spró­buj. Jeśli choćby o tym pomy­ślisz, teraz już wiesz, czyje łapy odnajdą cię w środku nocy".

Miała rację. Nikt teraz nie powstrzyma Czer­wieni.

Rubi­nia ni­gdy nie zosta­nie kró­lową.

Groźba zawsze tam będzie, zagro­że­nie cza­jące się za tro­nem, dymiące łuski, cze­ka­jące na każ­dego smoka, który zdra­dzi choćby krztynę ambi­cji.

Zatem jej nie zdra­dzę, pomy­ślała Rubi­nia. Nie będę marzyć o tro­nie. Będę posłuszna, lojalna, zgodna, będę taka, jaką Czer­wień mnie zechce. Wszystko, byle zacho­wać życie i zna­leźć się jak naj­da­lej od tego potwora.

Wygra­łaś, matko.

Smo­czę zabrało łapy z ostat­niego dymią­cego jaja i spoj­rzało na kró­lową Czer­wień z głod­nym wyra­zem oczu. Rubi­nia roz­po­znała także i to spoj­rze­nie - pytało: "A teraz już mnie kochasz?".

- Dosko­nale - powie­działa kró­lowa Czer­wień, wysu­wa­jąc bły­ska­wicz­nie język mię­dzy zębami. - Eks­cy­tu­jąca demon­stra­cja. Speł­nie­nie wszyst­kich moich nadziei. Jak to powie­działaś, kró­lowo Pożogo, to byłoby tyle, jeśli idzie o pro­roc­two, prawda? Groźbo, wra­caj na miej­sce.

Mam nadzieję, że wiesz, jak pano­wać nad swoją nową orę­dow­niczką, matko. Bo ona sta­nowi zagro­że­nie nie tylko dla mnie, pomy­ślała Rubi­nia.

Tłum smo­ków cof­nął się, sta­ra­jąc się trzy­mać z dala od Groźby, kiedy smo­czę szło powoli do małego wię­zie­nia z kamieni.

To smo­czę może znisz­czyć cały świat, dodała w myślach Rubi­nia.

Roz­dział 1

Głę­boko w jaskini Jade­ito­wej Góry ukry­wał się naj­bar­dziej nie­bez­pieczny smok Pyr­rii.

I nie był z tego faktu szcze­gól­nie zado­wo­lony.

- Tylko do czasu, aż Rubi­nia odleci - mru­czała Groźba, krą­żąc po jaskini. - To wła­śnie powie­dział. Wiele godzin temu. Powie­dział, że przyj­dzie po mnie, kiedy tylko zrobi się bez­piecz­nie. Ha! Jak­bym to ja miała bać się jej. Nikogo się nie boję! Na trzy księ­życe, minęła już wiecz­ność. Ile czasu zaj­muje zabra­nie ciała?

I dla­czego wła­ści­wie miała się ukry­wać? Chcia­łaby się tego dowie­dzieć.

Ow­szem, została wypę­dzona z Kró­le­stwa Nieba, ale kró­lowa Rubi­nia nie mogła jej wygnać z Jade­ito­wej Góry. Łupek sam powie­dział, że to nie jest Pod­niebny Pałac. Powie­dział: "Masz wszel­kie prawo, żeby tu prze­by­wać".

Czy to była prawda?

Czy rze­czy­wi­ście miała prawo prze­by­wać gdzie­kol­wiek po tym wszyst­kim, co zro­biła?

Ona jed­nak chciała tylko być z Łup­kiem. Prze­by­wać w jego pobliżu, nie­da­leko, oddy­chać tym samym powie­trzem co on, patrzeć na to samo niebo. Nie pro­siła o zbyt wiele. A jeśli przy oka­zji to ozna­czało, że nikogo wię­cej już nie skrzyw­dzi, to prze­cież wła­śnie tego wszy­scy od niej chcieli, prawda?

Może nie? Może kró­lowa Rubi­nia życzyła sobie, żeby Groźba była nie­szczę­śliwa i samotna?

Cóż. Groźba wypu­ściła z sykiem smużkę dymu i poma­sze­ro­wała do wyj­ścia z jaskini, żeby wyj­rzeć na zewnątrz. Gdyby jaki­kol­wiek smok spró­bo­wał trzy­mać ją z dala od Łupka, to już ona sto­pi­łaby mu głowę. Nawet jeśli ten smok byłby kró­lową Nie­bo­skrzy­dłych!

No, chyba że Łupek powie­działby, żebym tego nie robiła, pomy­ślała.

Groźba znowu zaczęła krą­żyć po klau­stro­fo­bicz­nie małej jaskini, potrzą­sa­jąc skrzy­dłami z powodu bli­sko­ści kamien­nych ścian.

Była taka chwila wiele mie­sięcy temu, pod­czas cha­osu, jaki zapa­no­wał przy zmia­nie kró­lo­wej u Nie­bo­skrzy­dłych, kiedy Groźba myślała, że sytu­acja się zmieni. Po tym, jak pomo­gła Łup­kowi i pozo­sta­łym uciec z areny Czer­wieni, pole­ciała z powro­tem do pałacu, a na miej­scu oka­zało się, że kró­lowa Czer­wień i kró­lowa Pożoga znik­nęły, a całe ple­mię pogrą­żyło się w panice. Kto będzie teraz rzą­dził? Co się stało z ich nie­po­ko­naną kró­lową?

Ulga, gdy zja­wiła się kró­lowa Rubi­nia i zajęła tron... Groźba pamię­tała to dosko­nale, aż krzy­wiła się z lito­ści na myśl o sobie - głu­piej, peł­nej nadziei smo­czycy, którą kie­dyś była. Razem ze wszyst­kimi myślała sobie "Nowa kró­lowa! Taka, która nie jest prze­ra­ża­jąca! Teraz wszystko się zmieni!".

I rze­czy­wi­ście, wszystko się zmie­niło. Ogól­nie rzecz bio­rąc, na lep­sze dla wszyst­kich oprócz Groźby.

Nie było żad­nych podzię­ko­wań, żad­nych uro­czy­sto­ści ani medali. Głu­pia, naiwna smo­czyca, którą Groźba była, miała na to nadzieję. Głu­pia naiwna smo­czyca, którą była, oka­zała się naprawdę bar­dzo głu­pia.

Co wię­cej, w ogóle nie odno­to­wano, że Groźba pomo­gła smo­czę­tom prze­zna­cze­nia poko­nać kró­lową Czer­wień.

Oczy­wi­ście to one odwa­liły więk­szość roboty, ale ja naprawdę im pomo­głam. Nikt tego nie zauwa­żył?

Zamiast tego pierw­szym roz­ka­zem Rubi­nii w roli kró­lo­wej było ska­za­nie Groźby na bani­cję.

Na­dal sły­szała jej syk:

- Nie chcę cię ni­gdy wię­cej tu widzieć!

I na­dal pamię­tała to dziwne uczu­cie, ten zawrót głowy jak przy upadku, jakie wtedy ją ogar­nęło - jakby odcięto jej skrzy­dła.

Aż do tam­tej chwili Rubi­nia zawsze była... Może nie była przy­ja­zna, ale też nie wroga. Przede wszyst­kim była cicha. Nie wcho­dziła Groź­bie w drogę, kiwała do niej uprzej­mie głową, gdy mijały się w kory­ta­rzach albo gdy wycho­dziła z sali, bo Groźba została wezwana na roz­mowę z Czer­wie­nią. Szcze­rze mówiąc, ni­gdy nie zacho­wy­wała się po kró­lew­sku. Skąd się wzięła ta wład­cza, zde­cy­do­wana smo­czyca?

- Ale... dla­czego? - zapy­tała wtedy Groźba, sta­ra­jąc się nie zwa­żać na wyraz pysków straż­ni­ków, któ­rzy ota­czali Rubi­nię. Dla­czego robili wra­że­nie takich zado­wo­lo­nych?

- Bo jesteś mor­der­czy­nią - odpo­wie­działa Rubi­nia, jakby to powinno być oczy­wi­ste.

Ale czy my wszy­scy nie jeste­śmy mor­der­cami? - zasta­na­wiała się wtedy Groźba. Czy wszy­scy nie robi­li­śmy strasz­nych rze­czy, bo tak nam kazała kró­lowa Czer­wień? Możesz zna­leźć jed­nego smoka, który się jej sprze­ci­wił? Dla­czego tylko ja jedna zostanę uka­rana za posłu­szeń­stwo?

Potem spoj­rzała w oczy Rubi­nii i zdała sobie sprawę, że to było coś oso­bi­stego. Rubi­nia jej nie­na­wi­dziła. Groźba dotąd o tym nie wie­działa, nawet teraz nie była pewna powo­dów. Czy obie nie były lojal­nymi Nie­bo­skrzy­dłymi pod­da­nymi? Czy nie wypeł­niały zawsze roz­ka­zów Czer­wieni? Czy spo­śród wszyst­kich smo­ków Rubi­nia nie powinna naj­le­piej rozu­mieć, co takiego robiła Groźba?

- Odejdź natych­miast - powie­działa wtedy Rubi­nia. - Albo zgiń. Co wolisz.

A jak zamie­rzasz mnie zmu­sić? Groźba poczuła, jak pod jej łuskami wzbiera ogni­sta furia. Mogła­bym na miej­scu cię zabić i byłoby to dla mnie rów­nie łatwe jak oddy­cha­nie. Mogła­bym zabić wszyst­kich w tej jaskini, po pro­stu roz­kła­da­jąc skrzy­dła.

I omal tego nie zro­biła. Miała na to naprawdę, naprawdę wielką ochotę. Jedyne, co ją powstrzy­mało, to myśl o Łupku.

Powie­dział, że spo­strzegł w niej dobro. Co pew­nie zna­czyło, że nie chciałby, żeby pod­pa­lała dużą grupę smo­ków za każ­dym razem, gdy się wściek­nie.

Uwa­żał, że może być kimś wię­cej niż mor­der­czą zabawką w szpo­nach kró­lo­wej Czer­wieni, więc dla niego stała się kimś wię­cej.

A w każ­dym razie się sta­rała.

To było jed­nak trudne. Smoki potra­fią być okropne. Nie­które naprawdę zasłu­gi­wały na pod­pa­le­nie.

Nie lubiła, gdy kazano jej sie­dzieć w jaskini przez wiele godzin tylko dla­tego, że jej widok mógłby roz­gnie­wać Rubi­nię. Kró­lowa Nie­bo­skrzy­dłych przy­była na Jade­itową Górę, by zabrać ciało uczen­nicy, która zgi­nęła, Kar­ne­oli. Zatem ow­szem, pew­nie od początku wizyty nie będzie w dobrym humo­rze. Groźba rozu­miała, że Łup­kowi i jego przy­ja­cio­łom może być łatwiej, jeśli ona nie wej­dzie kró­lo­wej w drogę, dzięki czemu wizyta Rubi­nii prze­bie­gnie tak gładko, jak to moż­liwe.

Ale DLA­CZEGO TO TRWA TAK DŁUGO?!

Groźba znowu pode­szła do wej­ścia do jaskini i zer­k­nęła w słabo oświe­tlony tunel.

W głębi tunelu, bli­żej środka góry, roz­le­gało się słabe plu­ska­nie i śmie­chy nio­sące się echem znad pod­ziem­nego jeziora. Mor­sko­skrzy­dli ucznio­wie uznali, że jezioro to ich pry­watny klub, i teraz cią­gle tam prze­by­wali. Groźba zawsze sta­ran­nie ich uni­kała. Uni­kała wszyst­kich uczniów, jak tylko się dało.

Wszy­scy tutaj bali się jej, ale nikt nie uwa­żał na nią tak jak w Kró­le­stwie Nieba. Tylko Nie­bo­skrzy­dłe wie­działy, jak obcho­dzić ją sze­ro­kim łukiem. Smoki z pałacu Czer­wieni były eks­per­tami w uni­ka­niu Groźby. Dokąd­kol­wiek poszła, otwie­rała się wokół niej pusta prze­strzeń.

Tutaj to ona musiała uwa­żać. To ona była odpo­wie­dzialna za to, żeby scho­dzić innym z drogi. Cho­ciaż ich prze­ra­żała, ucznio­wie zapo­mi­nali o jej obec­no­ści.

A gdyby wpa­dła na kogoś? A gdyby przy­pad­kiem musnęła ogo­nem czy­jeś skrzy­dło?

Jak Łupek patrzyłby na nią wtedy?

Powie­dział, że zasłu­gi­wała na drugą szansę... Ale wie­działa, że gdyby popa­rzyła jed­nego z jego uczniów, nie dosta­łaby trze­ciej szansy.

Groźba zaci­skała i wykrę­cała szpony, myśląc o smo­czę­tach, które Łupek tu chro­nił. Czy kochał je bar­dziej od niej. Musiał... Powi­nien... Dla­czego mia­łoby być ina­czej? To były nie­winne sym­bole lep­szej przy­szło­ści, o któ­rej zawsze mówił. Żadne z nich nie zamor­do­wało... - jej umysł wzbra­niał się przed kon­kret­nymi licz­bami - ... mnó­stwa smo­ków.

Ale też żadne nie ura­to­wało mu życia! Jemu i jego przy­ja­cio­łom!

To nie miało zna­cze­nia. Na­dal jej nie­na­wi­dzili ci olśnie­wa­jący przy­ja­ciele, któ­rzy stali mię­dzy nią a Łup­kiem jak nie­bie­skie, zie­lone i złote pło­mie­nie, sro­żąc się podejrz­li­wie za każ­dym razem, gdy choćby na niego spoj­rzała.

Na pia­skach for­tecy Pożogi, po tym, jak go ura­to­wała, na oczach wszyst­kich ple­mion Łupek powie­dział:

- Może Groźba jest naszymi skrzy­dłami ognia.

Przez jedną nie­po­jętą chwilę myślała: "Może jestem, może to zre­kom­pen­suje wszystko, co zro­bi­łam. Może, ratu­jąc Łupka, ura­to­wa­łam świat".

Może wszy­scy mi teraz wyba­czą. Może wszy­scy mnie teraz poko­chają.

Nie­stety nic takiego się nie stało.

Po zakoń­cze­niu wojny Groźba mie­sią­cami szu­kała kró­lo­wej Czer­wieni na całym kon­ty­nen­cie. I gdzie­kol­wiek się poja­wiła, smoki ucie­kały z krzy­kiem na jej widok. Albo mdlały. Albo rzu­cały w nią włócz­niami i kamie­niami, i wszyst­kimi ostrymi albo cięż­kimi przed­mio­tami, jakie wpa­dły im w łapy. Raz obe­rwała w pysk zde­chłym kro­ko­dy­lem, któ­rym cisnął ktoś z głębi bagien Bło­to­skrzy­dłych.

To dziwne zdać sobie sprawę, że takie rze­czy ranią bar­dziej od środka niż od zewnątrz.

To dziwne zdać sobie sprawę, że smok, któ­rego łusek nie można zra­nić, może skry­wać tak wiele bole­snych ran w środku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki