Prolog
Prolog
Siedem lata temu...
Żaden smok nie był bezpieczny w Podniebnym Pałacu, ale zdecydowanie
największe niebezpieczeństwo zagrażało córkom królowej Czerwieni.
Czy może teraz należałoby już powiedzieć "córce" - w liczbie
pojedynczej?
Rubinia nie widziała swojej siostry Turmalin od trzech dni.
Nie widziała jej od czasu nocy, kiedy razem wybrały się polatać i wysoko
na rozgwieżdżonym niebie jarzącym się światłem dwóch księżyców Turmalin
szepnęła, że jest prawie gotowa.
- Nie bądź idiotką. Masz dopiero dziesięć lat, a poza tym nigdy nie
będziesz gotowa - odpowiedziała szeptem Rubinia. - Ona zabiła własną
matkę, a poza tym wszystkie trzy swoje siostry i jedenaście naszych. Nie
da się jej pokonać.
- Nie może wiecznie być królową - powiedziała Turmalin.
- Ona już jest królową od zawsze - odparła Rubinia.
- Dwadzieścia cztery lata to długi czas, ale nie aż tak bardzo. Królowa
Oaza dłużej rządziła i sama zobacz, co się z nią stało.
- Zamierzasz napuścić na matkę wyskrobka? - spytała Rubinia. - Bo jestem
pewna, że z przyjemnością coś przekąsi, nim cię zabije.
- Zawsze tak będzie - syknęła Turmalin. Ciemnopomarańczowymi skrzydłami
odrzuciła chmury na boki. - Dopóki jedna z nas nie rzuci jej wyzwania i nie wygra. Zostałyśmy teraz tylko ty i ja. Jesteśmy jedyną nadzieją dla
Nieboskrzydłych na przyzwoitą królową. Rubinio, jeśli ją pokonam i zostanę królową, moglibyśmy wyplątać się z tej wojny.
Rubinia nie była tego taka pewna. Poznała Pożogę i podejrzewała, że
Piaskoskrzydła nie wypuści tak łatwo sojuszników ze szponów. To jednak
nie miało znaczenia, bo nie było szansy, żeby Turmalin mogła wygrać
walkę z ich matką.
- Proroctwo zajmie się wojną - przekonywała siostrę. - Najjaśniejsza noc
jest już za cztery dni...
- Jasne. - Turmalin przewróciła oczami. - Poczekam, aż uratuje nas
garstka jaj, z których nawet jeszcze nic się nie wykluło. Rubinio, nie
chcę czekać, aż coś mi się przydarzy. Chcę sama pokierować własnym
życiem.
- Nie chcę patrzeć, jak umierasz - warknęła Rubinia.
Siostra zawisła na chwilę w powietrzu przed nią. Gwiazdy błyszczały w jej oczach, gdy przyglądała się Rubinii.
Zastanawia się, czy sama nie chcę zagarnąć tronu, pomyślała Rubinia.
Myśli, że próbuję ją zniechęcić, bo coś planuję. Jasne, bo jestem aż tak
głupia.
- Nie martw się, na razie niczego nie zrobię - obiecała jej Turmalin. -
Może po kolejnych paru miesiącach treningu. Ale czuję się naprawdę
silna. Ostatnio pokonałam Cynobra w pojedynku. Chcesz posłuchać?
Rubinia wysłuchała długiej opowieści, w której Turmalin opisała każdy
swój ruch, jakby to była relacja na żywo. Przez godzinę szybowały wokół
szczytów w księżycowym blasku. I ani razu Turmalin nie wspomniała nic o tym, że może opuścić pałac.
A potem przepadła. I najbardziej niepokojące było to, że nikt nawet nie
wspominał o jej nieobecności. Jej eskadra nadal przebywała w pałacu,
trenowała i polowała. Jakby nie wydarzyło się nic dziwnego. Żadne
patrole jej nie szukały, nikt nie przeszukiwał lasów, nie wysyłano
listów do innych królowych z zapytaniem, czy nie widziały (albo czy nie
porwały) starszej księżniczki Nieboskrzydłych.
Po prostu przepadła jak kamień w wodę.
Rubinia stała w pokoju, który dzieliła z siostrą, przyglądając się
stosowi koców, podrzuconych niedbale zwojów, falującym w oknie żółtym
zasłonom ze złotymi frędzelkami.
Nigdzie nie było rozbryzgów krwi. Żadnych śladów walki. Żadnego listu w rodzaju: "Ach, wyskoczyłam do jednej z naszych dalszych placówek na parę
dni, do zobaczenia wkrótce".
Czy Turmalin zmieniła zdanie i uciekła? Czy mogła udać się do Szponów
Pokoju?
Rubinia wiedziała jednak, że nic takiego się nie wydarzyło. Jej starsza
siostra nie była z tych smoków, które uciekają. A co więcej, królowa
Czerwień nigdy by nie pozwoliła, żeby ruch pokojowy dorwał w swoje
szpony jej córkę. Prędzej znalazłaby Szpony Pokoju i wszystkie wybiła.
Ciężkie szpony zaciskały się na wnętrznościach Rubinii, coraz mocniej
wbijając się z każdą minutą nieobecności Turmalin.
Jeśli matka dowiedziała się, że Turmalin zamierzała rzucić jej
wyzwanie...
Co ich matka zrobiła?
- Księżniczko Rubinio.
Aż podskoczyła z zaskoczenia. Obróciła się w miejscu. Strażnik w drzwiach odchrząknął.
- Królowa oczekuje cię w sali tronowej. Natychmiast.
- Oczekuje? - powtórzyła Rubinia.
Wyraz jego pyska jasno mówił, że nie pochwala tego pytania.
"Nigdy nie okazuj im, że się boisz" - tak powiedziała jej Turmalin.
Zachowuj się jak królowa, żeby pewnego dnia wiwatowali, gdy poderżniesz
matce gardło.
Jednakże teraz Turmalin przepadła. I może właśnie dlatego, że
zachowywała się jak królowa.
- Dziękuję - powiedziała Rubinia, kiwając głową do strażnika, gdy go
mijała.
Bicie serca dudniło jej przez ramiona aż do koniuszków skrzydeł. Tunel
wydawał jej się za mały, jakby była rozmiarów tysiącletniego smoka, a nie pięcioletniego smoczęcia.
Cokolwiek przydarzyło się Turmalin... Czy teraz to samo czeka mnie?
Smoki tłoczyły się przy wejściu do sali tronowej i szeptały. Wszystkie
wyprostowały szyje i skrzydła, gdy nadeszła Rubinia. W ich oczach lśniła
ciekawość. Musiały wiedzieć, że Turmalin zaginęła, nawet jeśli nikt o tym nie mówił. Musiały się zastanawiać, tak samo jak Rubinia, czy
królowa Czerwień postanowiła pozbyć się wszystkich potencjalnie
zagrażających jej następczyń tronu.
Tyle że ja przecież nikomu nie zagrażam! Nie zagrażam!
Rubinia pochyliła głowę, wchodząc do sali, zmrużyła oczy z powodu
jasności światła słonecznego, odbijającego się od wyłożonych złotem
ścian. Miała wrażenie, że wchodzi na stos pogrzebowy; potworny żar i zapach smoczego ognia promieniujący od stłoczonych dworzan zamknął się
wokół jej łusek.
Królowa Czerwień nie zabiłaby córki na oczach wszystkich smoków, prawda?
- Ach, Rubinia. - Głos królowej poniósł się śpiewnie ponad głosami
innych i w całej sali zapadło milczenie. - Nareszcie. Dworzanie, wielu z was nie zna mojej córki, Rubinii, ponieważ wyjechała, żeby trenować, a nawet kiedy tu jest, to siedzi w swojej jaskini jak zaspany nietoperz.
Jeśli jednak kiedykolwiek ją widzieliście, to pewnie z nosem w zwoju. I chociaż w niczym mnie nie przypomina, jakimś cudem jest moją córką.
Rozległy się posłuszne, grzecznościowe oklaski.
- No dobrze, zatem są tu już wszyscy! To znaczy wszyscy ważni. Mam taką
ekscytującą nowinę do ogłoszenia. Rubinio, nie czaj się pod ścianą jak
roztrzęsiona stonoga. Chodź, stań obok braci. Chcę, żebyś ty zobaczyła
to w szczególności.
Tłum rozstąpił się, żeby przepuścić Rubinię, gorliwe pomarańczowe i bursztynowe oczy obdzierały ją z łusek, gdy przemykała. Znalazło się
ledwie tyle miejsca, żeby stanęła między Cynobrem a Jastrzębiem; obaj
nad nią górowali. Jej pozostali dwaj bracia stali obok Jastrzębia.
Znajdowały się tu wszystkie dzieci Czerwieni oprócz Turmalin.
Cynober prychnął i odsunął się od niej nieco, ale Jastrząb szturchnął ją
przyjaźnie. Rubinia zawsze odnosiła wrażenie, że Jastrząb w pogodny
sposób okazuje jej serdeczność, bo wie, że ona wkrótce umrze. Widział,
jak pozostałe jego siostry zginęły w szponach Czerwieni. Rubinia
podejrzewała, że jego dobry humor wypływał z bezpiecznej pewności, że on
nigdy nie mógłby zająć tronu, więc nie warto go zabijać.
Ich matka pałała jak trująca pomarańcza na swym tronie, patrząc z góry
na zgromadzone w sali smoki. Ostre iskierki diamentów nad jej oczami i wzdłuż krawędzi skrzydeł odbijały światło.
Rubinii zaparło dech w piersi na widok zwalistego smoka obok królowej -
to była Pożoga, ich sprzymierzeniec z plemienia Piaskoskrzydłych.
Krzywiła pysk z niesmaku i nudy. Wszystkim polecono zwracać się do niej
"królowo Pożogo", ale Rubinia nie potrafiła myśleć o niej w taki sposób.
Przede wszystkim nie wygrała jeszcze wojny... a poza tym w świecie
Rubinii istniała tylko jedna królowa, która zaciskała na nim swoje
śmiercionośne łapy.
Po drugiej stronie królowej Czerwieni stał wysoki, dziwny stos czarnych
kamieni, które wyglądały, jakby dymiły.
- Nareszcie - powiedziała Czerwień, przewracając oczami. Jej
zniecierpliwienie wobec Rubinii rozlewało się na cały dwór.
Śmiech zawirował w tłumie.
- Pośpiesz się! - warknęła Pożoga.
Królowa Czerwień machnęła ogonem i rozciągnęła skrzydła z wystudiowanym
rozleniwieniem. Rubinia miała czas, żeby się zastanowić, czy ekscytująca
nowina ma coś wspólnego z Turmalin. ("To ekscytujące, zamordowałam
córkę! Czemu na tym poprzestać? Po co komu w ogóle córki, prawda?").
- Mogliście słyszeć o pewnym... proroctwie - powiedziała królowa
Czerwień. - Brednie o wyjątkowych smoczętach, które wyklują się w najjaśniejszą noc i zakończą wojnę. I mogliście zauważyć, że
najjaśniejsza noc nastąpi dzisiaj. Prawda, że to strasznie ekscytujące?
W każdej chwili maleńcy bohaterowie mogą wyczołgać się ze swoich jaj!
No, chyba że... wydarzy się coś zwyczajnie potwornego. Rzecz jasna.
Rzuciła spojrzenie Pożodze i uśmiechnęła się złowrogo.
- Nie wiecie zaś, że ktoś próbował ukraść Nieboskrzydłe jajo zeszłej
nocy.
Stłumione okrzyki rozległy się w całej sali.
- No właśnie! - powiedziała królowa Czerwień. - Paskudny Lodoskrzydły
złodziej dotarł aż tutaj i uciekł z jajem. Tak się składa, że z największym jajem w wylęgarni.
Powietrze iskrzyło, jakby w każdej chwili mogło buchnąć płomieniami.
Rubinia próbowała wyobrazić sobie życie Nieboskrzydłego wychowywanego
poza Królestwem Nieba. Złodziej nie mógł zabrać go do Królestwa Lodu.
Nieboskrzydły nigdy by tam nie przeżył.
Zatem należał do Szponów Pokoju? Zbierały smoczęta z przepowiedni? Czy
smoczę w skradzionym jaju miało ich wszystkich ocalić?
- Och, nie martwcie się - powiedziała jej matka. - Królowa Pożoga
odszukała go, zabiła i zniszczyła jajo. W końcu nie przepadamy zbytnio
za maleńkimi bohaterami. Zwłaszcza takimi, którzy mogliby próbować nam
powiedzieć, co mamy robić. Zatem! - Klasnęła i napięta atmosfera w sali
zawibrowała jak cięciwa łuku. - Na wszelki wypadek królowa Pożoga i ja
wpadłyśmy na cudowny pomysł. Zadbamy, by żadne Nieboskrzydłe smoczęta
nie wykluły się w najjaśniejszą noc. Ani jedno! W żadnym razie.
Przynieście je! - zawołała.
Rubinia patrzyła skonsternowana, jak siedmiu strażników wchodzi i każdy
niesie jajo. Czerwone i pomarańczowe kształty ruszały się pod cieniutką
powierzchnią skorupek. Widać już było pęknięcia rozciągające się na
trzech jajach.
Królowa Czerwień zmrużyła oczy.
- Powinno być ich osiem - zasyczała.
- Znajdziemy je, Wasza Wysokość - odpowiedział najwyższy strażnik. -
Obiecuję. Ona nie ucieknie daleko. W dodatku to było najmniejsze z lęgu.
Nad stosem obok królowej poniósł się szmer. Jeden z kamieni dygotał
przez chwilę, aż w końcu sturlał się i przeleciał w podskokach przez
podłogę, po czym zatrzymał się u łap Rubinii.
- Dobrze - powiedziała królowa Czerwień z swoją typową zirytowaną miną,
która mówiła "teraz świętujemy, więc zabiję kogoś później". - Mam tu
kogoś po prostu cudownego, kogo chcę wam wszystkim przedstawić, i mam
wrażenie, że to idealny sposób. Och, to napięcie!
Z nozdrzy Pożogi buchnął dym zniecierpliwienia.
- Wiecznie te widowiska - mruknęła. - Nie możesz po prostu sprawnie i szybko zabić i mieć to już z głowy?
Królowa Czerwień udała, że jej nie słyszy. Była zajęta zdejmowaniem
kamieni z wierzchu stosu i prowizorycznego daszku. Spod kamieni znowu
dobiegło szuranie.
Tam siedzi coś żywego, pomyślała Rubinia i nagle mała główka wyskoczyła
znad krawędzi stosu, raptem o włos od szponów królowej. Czerwień
odskoczyła gwałtownie, a Rubinia była zaszokowana widokiem czegoś, co
wyglądało jak przebłysk strachu w jej oczach.
Wyciągnęła szyję, żeby lepiej widzieć. Co takiego mogło przestraszyć
matkę? Ona niczego się nie boi.
Wyglądało jak zwyczajne smoczę, miało z rok, może półtora i niezwykle
jasne łuski w odcieniu miedzi.
Potem jednak smoczę obróciło główkę i napotkało spojrzenie Rubinii.
Oczy tego malucha.
Były niebieskie.
Najdziwniejsze, najbardziej upiorne niebieskie oczy, jakie Rubinia
widziała w swoim życiu, daleko wykraczające poza kolor nieba. Jakby ktoś
zebrał niebo i zanurzył je w ogniu, aż zaczęło płonąć od środka.
Tak właśnie, pomyślała Rubinia. Smoczę wyglądało, jakby płonęło od
środka. Nawet jego łuski dymiły.
Ponad głową Rubinii Cynober i Jastrząb wymieli się spojrzeniami.
- Wiedziałeś o tym? - warknął cicho Jastrząb pośród licznych szeptów
niosących się po sali. - Myślałem, że nie żyje. Powinna nie żyć.
- Nie kwestionuj decyzji królowej - mruknął w odpowiedzi Cynober,
patrząc przed siebie, i zdenerwowany zacisnął zęby.
- To wynaturzenie - syknął Jastrząb. - Prawo Nieboskrzydłych nakazuje
nam zabijać takie stworzenia zaraz po wykluciu.
Rubinia przypominała sobie jak przez mgłę, że coś wydarzyło się ponad
rok temu - z jaja wykłuły się bliźnięta, a matka próbowała uciec z obojgiem. Wrzawa w pałacu trwała tygodniami. Do Rubinii docierały jednak
tylko okruszyny plotek, zwykle przez Turmalin, jeśli szczęście jej
sprzyjało.
Myślała, że wszyscy zginęli... bliźnięta i matka.
Czy to mogło być smoczę, które ma za dużo ognia?
Dziwne smoczę pisnęło. Próbowało wspiąć się po ścianie z kamieni,
trzepotało z nadzieją malutkimi skrzydełkami.
Czerwień złapała długie metalowe berło oparte o jej tron i dźgnęła nim
malutką smoczycę w pierś.
- Siad! - warknęła.
Smoczę z krzykiem poleciało do tyłu. Kiedy Czerwień zabrała berło,
Rubinia zauważyła, że okrągłe zakończenie leciutko się stopiło w miejscu, gdzie dotykało łusek smoczęcia. Niepokojący zapach stopionego
metalu dołączył do skwaru panującego w sali tronowej.
- Wasza Wysokość - odezwał się przysadzisty smok w kolorze rdzy, stojący
prawie na samym przedzie tłumu.
To był jeden z najstarszych smoków w pałacu i służył jako doradca babce
Rubinii, kiedy tamta była jeszcze królową. Zawsze na widok Rubinii
dziwnie kłapał zębami, komentował jej przedziwnie długą szyję i powtarzał, że sekretem długiego życia jest jedzenie codziennie koziej
nerki. Mimo to nie pamiętała jego imienia. Ona i Turmalin nazywały go
"Nerkowym Oddechem".
- Ehm - odchrząknął z ważną miną Nerkowy Oddech, czekając, aż ucichną
pomruki i wszyscy na niego spojrzą. - Wasza Wysokość, zapewnij nas,
proszę, że to nie jest to, na co wygląda.
Królowa Czerwień posłała mu promienny uśmiech, w którym wyszczerzyła
wszystkie zęby.
- Czy to wygląda, jakbym zdobyła nową, przecudownie niebezpieczną
zabawkę? Bo właśnie to widzicie. - Machnęła skrzydłem w teatralnym
geście, wskazując smoczę. - Patrzcie, oto moja nowa przyszła
orędowniczka!
Smoczę znowu wysunęło łebek, przyglądając się wszystkim swoimi
złowieszczymi niebieskimi oczami. Zerknęła na skrzydło Czerwieni nad
sobą i sięgnęła po nie, ale królowa trzymała je poza jej zasięgiem.
- Wasza Wysokość jest najmądrzejsza spośród wszystkich smoków -
powiedział Nerkowy Oddech. - Każda twoja myśl jest genialna i wszystkie
twoje decyzje są pod każdym względem idealne. Ale... czy jesteś pewna,
że to bezpieczne? Zachować przy życiu... tego potwora?
- To nie jest jakiś tam potwór - oznajmiła zadowolona z siebie Czerwień.
- To mój potwór. I jest bardzo użyteczny. Proszę, kochanie, pokaż im, co
potrafisz. - Królowa wzięła jedno jajo od strażnika i podała je jak
gdyby nigdy nic smoczęciu.
A przynajmniej... starała się, żeby wyglądało to niefrasobliwie, bo
Rubinia zauważyła, jak starannie Czerwień unika kontaktu ze szponami
smoczęcia, jak szybko cofnęła łapy.
Smoczę popatrzyło na jajo, które było prawie jednej czwartej jej
wzrostu. Była zaciekawiona i odrobinę zachwycona, jakby nigdy wcześniej
nie dostała zabawki.
Po skorupie zaczęło przepływać drobne drżenie, półprzezroczysta biel
przygasała i szarzała, pomarańczowy kształt w środku zadygotał, a potem
poczerniał, stał się czarny jak węgiel, czarny jak śmierć, jak spalone
kikuty drzew, i wkrótce całe jajo poczerniało i nikt nie widział już
niczego w środku.
W Sali zapadła cisza.
Nikt nie odezwał się słowem. Nikt nie jest w stanie się odezwać,
pomyślała Rubinia. Sama miała wrażenie, że nie może oddychać. Jakby
bezpieczniej było już nigdy nie nabierać powietrza.
Jajo zamieniło się w stos popiołu w łapach smoczęcia.
Smoczę popatrzyło na swoje łapy z nieodgadnionym wyrazem pyszczka. Było
zaskoczone? Zadowolone z siebie? Wiedziało, że w tak prosty sposób,
jedynie trzymając jajo, zdołało przerazić wszystkie smoki w sali
tronowej?
Przechyliło odrobinę głowę, żeby zerknąć na królową, i wtedy Rubinia
spostrzegła coś znajomego w jego dziwnych oczach.
To smoczę, które miało w sobie za dużo ognia, martwiło się, że Czerwień
może się na nie rozgniewać.
Dopiero Pożoga przerwała milczenie.
- Imponujące - warknęła. - A teraz zajmij się pozostałymi albo daj mi je
samej potłuc.
Czerwień sięgnęła berłem i zburzyła ścianę z kamieni zagradzającą drogę
smoczęciu.
- Idź dotknąć pozostałych jaj, Groźbo - rozkazała.
Groźba, pomyślała Rubinia. Potwór ma imię.
Groźba zerknęła na jaja, potem na łapy i wreszcie na królową Czerwień.
Była malutka w porównaniu z dwiema królowymi.
- Ale... - odezwała się i gorące powietrze w cichej sali połknęło jej
głosik. - Ale ja je... spłonęłam.
- Jesteś moją orędowniczką - powiedziała zimnym tonem królowa Czerwień.
- Rób, co ci każę.
Groźba wahała się chwilę, rozglądając się po murze łusek, skrzydeł i nieprzyjaznych oczu. Zrobiła krok przed siebie i strażnicy pośpiesznie
odłożyli jaja na podłogę, po czym odsunęli się szybko.
Groźba zatrzymywała się przy każdym jaju po kolei, kładła na nim łapy,
aż smoczę w środku było martwe.
Ona może to zrobić każdemu, zdała sobie sprawę Rubinia. Może pewnie
zabić dorosłego smoka, tylko go dotykając. To najbardziej śmiercionośna
broń, jaką matka kiedykolwiek znalazła.
Fala zgrozy przewaliła się przez jej łuski.
Czy to właśnie przydarzyło się Turmalin?
Nie mogła oderwać wzroku od morderczego smoczęcia.
Czy z mojej siostry został gdzieś stosik popiołu?
Kiedy Groźba sięgnęła do ostatniego jaja, Rubinia wreszcie oderwała od
niej wzrok i spojrzała na królowe.
Czerwień przyglądała się Rubinii z zadowolonym i złowieszczym wyrazem
pyska. Jej spojrzenie mówiło: "Kto teraz odważy się rzucić mi wyzwanie?
Ty, moja córko-marzycielko? Śmiało, spróbuj. Jeśli choćby o tym
pomyślisz, teraz już wiesz, czyje łapy odnajdą cię w środku nocy".
Miała rację. Nikt teraz nie powstrzyma Czerwieni.
Rubinia nigdy nie zostanie królową.
Groźba zawsze tam będzie, zagrożenie czające się za tronem, dymiące
łuski, czekające na każdego smoka, który zdradzi choćby krztynę ambicji.
Zatem jej nie zdradzę, pomyślała Rubinia. Nie będę marzyć o tronie. Będę
posłuszna, lojalna, zgodna, będę taka, jaką Czerwień mnie zechce.
Wszystko, byle zachować życie i znaleźć się jak najdalej od tego
potwora.
Wygrałaś, matko.
Smoczę zabrało łapy z ostatniego dymiącego jaja i spojrzało na królową
Czerwień z głodnym wyrazem oczu. Rubinia rozpoznała także i to
spojrzenie - pytało: "A teraz już mnie kochasz?".
- Doskonale - powiedziała królowa Czerwień, wysuwając błyskawicznie
język między zębami. - Ekscytująca demonstracja. Spełnienie wszystkich
moich nadziei. Jak to powiedziałaś, królowo Pożogo, to byłoby tyle,
jeśli idzie o proroctwo, prawda? Groźbo, wracaj na miejsce.
Mam nadzieję, że wiesz, jak panować nad swoją nową orędowniczką, matko.
Bo ona stanowi zagrożenie nie tylko dla mnie, pomyślała Rubinia.
Tłum smoków cofnął się, starając się trzymać z dala od Groźby, kiedy
smoczę szło powoli do małego więzienia z kamieni.
To smoczę może zniszczyć cały świat, dodała w myślach Rubinia.
Rozdział 1
Głęboko w jaskini Jadeitowej Góry ukrywał się najbardziej niebezpieczny
smok Pyrrii.
I nie był z tego faktu szczególnie zadowolony.
- Tylko do czasu, aż Rubinia odleci - mruczała Groźba, krążąc po
jaskini. - To właśnie powiedział. Wiele godzin temu. Powiedział, że
przyjdzie po mnie, kiedy tylko zrobi się bezpiecznie. Ha! Jakbym to ja
miała bać się jej. Nikogo się nie boję! Na trzy księżyce, minęła już
wieczność. Ile czasu zajmuje zabranie ciała?
I dlaczego właściwie miała się ukrywać? Chciałaby się tego dowiedzieć.
Owszem, została wypędzona z Królestwa Nieba, ale królowa Rubinia nie
mogła jej wygnać z Jadeitowej Góry. Łupek sam powiedział, że to nie jest
Podniebny Pałac. Powiedział: "Masz wszelkie prawo, żeby tu przebywać".
Czy to była prawda?
Czy rzeczywiście miała prawo przebywać gdziekolwiek po tym wszystkim, co
zrobiła?
Ona jednak chciała tylko być z Łupkiem. Przebywać w jego pobliżu,
niedaleko, oddychać tym samym powietrzem co on, patrzeć na to samo
niebo. Nie prosiła o zbyt wiele. A jeśli przy okazji to oznaczało, że
nikogo więcej już nie skrzywdzi, to przecież właśnie tego wszyscy od
niej chcieli, prawda?
Może nie? Może królowa Rubinia życzyła sobie, żeby Groźba była
nieszczęśliwa i samotna?
Cóż. Groźba wypuściła z sykiem smużkę dymu i pomaszerowała do wyjścia z jaskini, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Gdyby jakikolwiek smok spróbował
trzymać ją z dala od Łupka, to już ona stopiłaby mu głowę. Nawet jeśli
ten smok byłby królową Nieboskrzydłych!
No, chyba że Łupek powiedziałby, żebym tego nie robiła, pomyślała.
Groźba znowu zaczęła krążyć po klaustrofobicznie małej jaskini,
potrząsając skrzydłami z powodu bliskości kamiennych ścian.
Była taka chwila wiele miesięcy temu, podczas chaosu, jaki zapanował
przy zmianie królowej u Nieboskrzydłych, kiedy Groźba myślała, że
sytuacja się zmieni. Po tym, jak pomogła Łupkowi i pozostałym uciec z areny Czerwieni, poleciała z powrotem do pałacu, a na miejscu okazało
się, że królowa Czerwień i królowa Pożoga zniknęły, a całe plemię
pogrążyło się w panice. Kto będzie teraz rządził? Co się stało z ich
niepokonaną królową?
Ulga, gdy zjawiła się królowa Rubinia i zajęła tron... Groźba pamiętała
to doskonale, aż krzywiła się z litości na myśl o sobie - głupiej,
pełnej nadziei smoczycy, którą kiedyś była. Razem ze wszystkimi myślała
sobie "Nowa królowa! Taka, która nie jest przerażająca! Teraz wszystko
się zmieni!".
I rzeczywiście, wszystko się zmieniło. Ogólnie rzecz biorąc, na lepsze
dla wszystkich oprócz Groźby.
Nie było żadnych podziękowań, żadnych uroczystości ani medali. Głupia,
naiwna smoczyca, którą Groźba była, miała na to nadzieję. Głupia naiwna
smoczyca, którą była, okazała się naprawdę bardzo głupia.
Co więcej, w ogóle nie odnotowano, że Groźba pomogła smoczętom
przeznaczenia pokonać królową Czerwień.
Oczywiście to one odwaliły większość roboty, ale ja naprawdę im
pomogłam. Nikt tego nie zauważył?
Zamiast tego pierwszym rozkazem Rubinii w roli królowej było skazanie
Groźby na banicję.
Nadal słyszała jej syk:
- Nie chcę cię nigdy więcej tu widzieć!
I nadal pamiętała to dziwne uczucie, ten zawrót głowy jak przy upadku,
jakie wtedy ją ogarnęło - jakby odcięto jej skrzydła.
Aż do tamtej chwili Rubinia zawsze była... Może nie była przyjazna, ale
też nie wroga. Przede wszystkim była cicha. Nie wchodziła Groźbie w drogę, kiwała do niej uprzejmie głową, gdy mijały się w korytarzach albo
gdy wychodziła z sali, bo Groźba została wezwana na rozmowę z Czerwienią. Szczerze mówiąc, nigdy nie zachowywała się po królewsku.
Skąd się wzięła ta władcza, zdecydowana smoczyca?
- Ale... dlaczego? - zapytała wtedy Groźba, starając się nie zważać na
wyraz pysków strażników, którzy otaczali Rubinię. Dlaczego robili
wrażenie takich zadowolonych?
- Bo jesteś morderczynią - odpowiedziała Rubinia, jakby to powinno być
oczywiste.
Ale czy my wszyscy nie jesteśmy mordercami? - zastanawiała się wtedy
Groźba. Czy wszyscy nie robiliśmy strasznych rzeczy, bo tak nam kazała
królowa Czerwień? Możesz znaleźć jednego smoka, który się jej
sprzeciwił? Dlaczego tylko ja jedna zostanę ukarana za posłuszeństwo?
Potem spojrzała w oczy Rubinii i zdała sobie sprawę, że to było coś
osobistego. Rubinia jej nienawidziła. Groźba dotąd o tym nie wiedziała,
nawet teraz nie była pewna powodów. Czy obie nie były lojalnymi
Nieboskrzydłymi poddanymi? Czy nie wypełniały zawsze rozkazów Czerwieni?
Czy spośród wszystkich smoków Rubinia nie powinna najlepiej rozumieć, co
takiego robiła Groźba?
- Odejdź natychmiast - powiedziała wtedy Rubinia. - Albo zgiń. Co
wolisz.
A jak zamierzasz mnie zmusić? Groźba poczuła, jak pod jej łuskami
wzbiera ognista furia. Mogłabym na miejscu cię zabić i byłoby to dla
mnie równie łatwe jak oddychanie. Mogłabym zabić wszystkich w tej
jaskini, po prostu rozkładając skrzydła.
I omal tego nie zrobiła. Miała na to naprawdę, naprawdę wielką ochotę.
Jedyne, co ją powstrzymało, to myśl o Łupku.
Powiedział, że spostrzegł w niej dobro. Co pewnie znaczyło, że nie
chciałby, żeby podpalała dużą grupę smoków za każdym razem, gdy się
wścieknie.
Uważał, że może być kimś więcej niż morderczą zabawką w szponach
królowej Czerwieni, więc dla niego stała się kimś więcej.
A w każdym razie się starała.
To było jednak trudne. Smoki potrafią być okropne. Niektóre naprawdę
zasługiwały na podpalenie.
Nie lubiła, gdy kazano jej siedzieć w jaskini przez wiele godzin tylko
dlatego, że jej widok mógłby rozgniewać Rubinię. Królowa Nieboskrzydłych
przybyła na Jadeitową Górę, by zabrać ciało uczennicy, która zginęła,
Karneoli. Zatem owszem, pewnie od początku wizyty nie będzie w dobrym
humorze. Groźba rozumiała, że Łupkowi i jego przyjaciołom może być
łatwiej, jeśli ona nie wejdzie królowej w drogę, dzięki czemu wizyta
Rubinii przebiegnie tak gładko, jak to możliwe.
Ale DLACZEGO TO TRWA TAK DŁUGO?!
Groźba znowu podeszła do wejścia do jaskini i zerknęła w słabo
oświetlony tunel.
W głębi tunelu, bliżej środka góry, rozlegało się słabe pluskanie i śmiechy niosące się echem znad podziemnego jeziora. Morskoskrzydli
uczniowie uznali, że jezioro to ich prywatny klub, i teraz ciągle tam
przebywali. Groźba zawsze starannie ich unikała. Unikała wszystkich
uczniów, jak tylko się dało.
Wszyscy tutaj bali się jej, ale nikt nie uważał na nią tak jak w Królestwie Nieba. Tylko Nieboskrzydłe wiedziały, jak obchodzić ją
szerokim łukiem. Smoki z pałacu Czerwieni były ekspertami w unikaniu
Groźby. Dokądkolwiek poszła, otwierała się wokół niej pusta przestrzeń.
Tutaj to ona musiała uważać. To ona była odpowiedzialna za to, żeby
schodzić innym z drogi. Chociaż ich przerażała, uczniowie zapominali o jej obecności.
A gdyby wpadła na kogoś? A gdyby przypadkiem musnęła ogonem czyjeś
skrzydło?
Jak Łupek patrzyłby na nią wtedy?
Powiedział, że zasługiwała na drugą szansę... Ale wiedziała, że gdyby
poparzyła jednego z jego uczniów, nie dostałaby trzeciej szansy.
Groźba zaciskała i wykręcała szpony, myśląc o smoczętach, które Łupek tu
chronił. Czy kochał je bardziej od niej. Musiał... Powinien... Dlaczego
miałoby być inaczej? To były niewinne symbole lepszej przyszłości, o której zawsze mówił. Żadne z nich nie zamordowało... - jej umysł
wzbraniał się przed konkretnymi liczbami - ... mnóstwa smoków.
Ale też żadne nie uratowało mu życia! Jemu i jego przyjaciołom!
To nie miało znaczenia. Nadal jej nienawidzili ci olśniewający
przyjaciele, którzy stali między nią a Łupkiem jak niebieskie, zielone i złote płomienie, srożąc się podejrzliwie za każdym razem, gdy choćby na
niego spojrzała.
Na piaskach fortecy Pożogi, po tym, jak go uratowała, na oczach
wszystkich plemion Łupek powiedział:
- Może Groźba jest naszymi skrzydłami ognia.
Przez jedną niepojętą chwilę myślała: "Może jestem, może to
zrekompensuje wszystko, co zrobiłam. Może, ratując Łupka, uratowałam
świat".
Może wszyscy mi teraz wybaczą. Może wszyscy mnie teraz pokochają.
Niestety nic takiego się nie stało.
Po zakończeniu wojny Groźba miesiącami szukała królowej Czerwieni na
całym kontynencie. I gdziekolwiek się pojawiła, smoki uciekały z krzykiem na jej widok. Albo mdlały. Albo rzucały w nią włóczniami i kamieniami, i wszystkimi ostrymi albo ciężkimi przedmiotami, jakie
wpadły im w łapy. Raz oberwała w pysk zdechłym krokodylem, którym
cisnął ktoś z głębi bagien Błotoskrzydłych.
To dziwne zdać sobie sprawę, że takie rzeczy ranią bardziej od środka
niż od zewnątrz.
To dziwne zdać sobie sprawę, że smok, którego łusek nie można zranić,
może skrywać tak wiele bolesnych ran w środku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki