Ucieczka - Grace Reilly

Kup ebooka

35.00 zł
27.89 zł (29,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

COOPER

Po wielu latach budze­nia się o przy­pad­ko­wych porach, aby udać się na lodo­wi­sko, plus dwóch peł­nych sezo­nach hokeja w McKee, można by zało­żyć, że nie pomylę cze­goś tak głu­piego, jak godzina meczu poka­zo­wego na początku sezonu. A jed­nak bie­gnę na peł­nym gazie do Mar­kley Cen­ter, z torbą prze­wie­szoną przez ramię, jakby była pełna gotówki, i jak­bym pró­bo­wał uciec przed gli­nami do samo­chodu. Prze­bie­gam przez przej­ście dla pie­szych, igno­ru­jąc obu­rzone trą­bie­nie samo­chodu, gdy kie­rowca hamuje, by mnie omi­nąć, i pra­wie upa­dam na tyłek, gdy mijam grupę stu­den­tów roz­krę­ca­ją­cych się w dro­dze na imprezę. Ude­rzam dziew­czynę w ramię, a ona rzuca się na mnie, krzy­cząc: - Uwa­żaj, dupku! - Nie jestem wystar­cza­jąco szybki, by uchy­lić się przed kub­kiem piwa, któ­rym we mnie rzuca. Fan­ta­stycz­nie. Bie­gnąc, ście­ram kro­ple naj­le­piej, jak potra­fię. Kiedy w końcu docie­ram do drzwi, otwie­ram je i wśli­zguję się do środka.

Wcho­dzę do szatni dokład­nie w momen­cie, gdy tre­ner Ryder koń­czy swoją przed­me­czową poga­dankę. Wszy­scy moi kole­dzy z dru­żyny mają na sobie nasze domowe fio­le­towe stroje, ochra­nia­cze, łyżwy, a także kije i kaski w rękach. Ten mecz prze­ciwko Uni­wer­sy­te­towi Con­nec­ti­cut nie będzie liczył się w kla­sy­fi­ka­cji, ale sygna­li­zuje, że nad­szedł czas, aby zacząć na poważ­nie. Po tygo­dniach przy­go­to­wań do sezonu, to nasza pierw­sza szansa na poka­za­nie tre­nerowi, jak bar­dzo przy­swo­ili­śmy sobie nową stra­te­gię - i szansa dla mnie, by udo­wod­nić, że mogę być kapi­ta­nem. Ale teraz? Rzuca mi twarde spoj­rze­nie tymi bla­do­nie­bie­skimi oczami, które mogą prze­ciąć cię jak nóż. Przy­po­mi­nają mi mojego ojca, i to nie w dobry spo­sób.

- No dalej - mówi. - Pokaż­cie mi, na co was stać, pano­wie.

- Gdzie byłeś? - pyta Evan, mój part­ner w obro­nie. Roz­cze­suje war­ko­cze, zanim wkłada kask. - I dla­czego pach­niesz jak dom brac­twa?

- Utkną­łem na zaję­ciach. - Teo­re­tycz­nie nie jest to kłam­stwo; po pro­stu myśla­łem, że mam wię­cej czasu na pracę z pro­fe­sor Mor­gen­stern. Musia­łem bła­gać ją o prze­dłu­że­nie ter­minu na odda­nie mojego eseju o Mak­be­cie na semi­na­rium z Szek­spira, a kiedy się roz­kręca, trudno jest zakoń­czyć roz­mowę. Semestr trwa już od mie­siąca, ale na­dal nie mam wszyst­kiego pod kon­trolą, zwłasz­cza jeśli cho­dzi o trzy semi­na­ria, na które uczęsz­czam. Szek­spir. Femi­ni­styczny gotyk. Pie­przony Mil­ton. Od tygo­dnia nie czy­ta­łem lek­tur.

Ścią­gam bluzę przez głowę i wrzu­cam ją do szafki razem z moją szczę­śliwą czapką Yan­kees.

- Do zoba­cze­nia na lodo­wi­sku.

- Cal­la­han! - woła tre­ner Ryder. - Na słówko.

Żołą­dek mi się ści­ska, cho­ciaż spo­dzie­wa­łem się tego. Roz­bie­ram się i wkła­dam ochra­nia­cze tak szybko, jak to moż­liwe, ale pod­no­szę wzrok, gdy sły­szę jego kroki.

Mia­łem w swoim życiu wielu tre­ne­rów, ale żaden nie uosa­biał wyglą­dem "tre­nera hokeja" tak jak Law­rence Ryder. Zawsze nosi koszulę z koł­nie­rzy­kiem, nie tylko na mecze, ale także na tre­ningi, i cho­ciaż nie grał od ostat­niego roku na Harvar­dzie - kiedy popro­wa­dził swoją dru­żynę do zwy­cię­stwa w Fro­zen Four - krzywy nos i twarda postawa udo­wad­niają, że spę­dził dużo czasu na lodzie. Bar­dzo popra­wił moją grę w naszych pierw­szych dwóch sezo­nach razem i roz­ma­wia­li­śmy o przy­szło­ści - jedy­nej przy­szło­ści, którą zaak­cep­tuję dla sie­bie - w spo­sób, w jaki nie mogę roz­ma­wiać z moim praw­dzi­wym ojcem. Wiem, że tata ni­gdy się do tego nie przy­zna, praw­do­po­dob­nie dla­tego, że mama mu na to nie pozwala, ale jestem pewien, że na­dal żałuje, że nie zako­cha­łem się w fut­bolu tak jak on i mój star­szy brat James. Zamiast tego zamie­ni­łem korki na łyżwy i ni­gdy nie oglą­da­łem się za sie­bie.

- Dla­czego się spóź­ni­łeś? - pyta tre­ner. Schy­lam się, by zasznu­ro­wać łyżwy.

- Stra­ci­łem poczu­cie czasu, pro­szę pana.

- To dla­tego śmier­dzisz tanim piwem?

- Dziew­czyna wylała na mnie piwo. Na zewnątrz lodo­wi­ska. - Spo­glą­dam na niego, gdy stoję, balan­su­jąc na ostrzach łyżew. - To się wię­cej nie powtó­rzy.

- Dla­czego stra­ci­łeś poczu­cie czasu? - To nie­wy­po­wie­dziane pyta­nie wisi w powie­trzu. Nie żebym kie­dy­kol­wiek roz­ma­wiał z tre­ne­rem o moim życiu oso­bi­stym, ale nie jest tajem­nicą, że w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach spę­dzam wolny czas na zwie­dza­niu aka­de­mi­ków kam­pusu, po jed­nej córeczce tatu­sia na raz.

- Spę­dzi­łem kilka godzin pracy z pro­fe­sor.

Kiwa głową.

- W porządku. Ale nie chcę, żebyś znowu się spóź­niał, Cal­la­han. Zwłasz­cza nie na praw­dziwy mecz. Przy­go­to­wa­nie...

- ...two­rzy grę - koń­czę.

Sły­sza­łem to od niego wiele razy. Ocze­kuje naj­lep­szego od nas wszyst­kich, ale szcze­gól­nie od gra­czy takich jak ja, tych, któ­rzy mają szansę na przy­szłość w hokeju. Tre­ner Ryder jest tre­ne­rem uni­wer­sy­tec­kim; my jeste­śmy stu­den­tami, nie jego pra­cow­ni­kami. Uni­wer­sy­tet McKee nie płaci nam za gra­nie. Jeste­śmy tu dla edu­ka­cji, nie­za­leż­nie od tego, jak ważny jest sport dla ogól­nego pro­filu uczelni. Nauka powinna być na pierw­szym miej­scu, ale od pierw­szego roku wie­dział, że gdy­bym mógł, zgło­sił­bym się do dra­ftu NHL zaraz po ukoń­cze­niu osiem­na­stu lat. Zdo­by­wam dyplom dla moich rodzi­ców; mój tata zawsze nama­wiał nas, aby­śmy roz­wa­żyli karierę spor­tową na resztę naszego życia. Począt­kowo chcia­łem grać w lidze junio­rów, dostać się do dra­ftu, a w mię­dzy­cza­sie pra­co­wać nad dyplo­mem online, ale to nie wystar­czyło ani jemu, ani mamie. Jedyne pocie­sze­nie? Do tej pory mia­łem świetne przy­go­to­wa­nie do NHL w McKee, więc mam nadzieję, że będę mógł przejść od razu do ligi, a nie zaczy­nać w pod­rzęd­nej dru­ży­nie, jak tylko skoń­czę szkołę. Muszę tylko prze­trwać jesz­cze dwa lata. Jesz­cze dwa sezony. Teraz, gdy jestem rok wyżej, pre­sja wzro­sła jesz­cze bar­dziej. Wielu senio­rów, któ­rzy ukoń­czyli szkołę, pozo­sta­wiło dru­żynę w nie­pew­nej sytu­acji, a jeśli jest coś, co pomo­głoby ugrun­to­wać moje plany po ukoń­cze­niu stu­diów, byłyby to dwa pełne sezony gry jako kapi­tan dru­żyny. W ten spo­sób udo­wod­nił­bym że potra­fię zarówno prze­wo­dzić, jak i grać. Nie wiem jesz­cze, czy bie­rze mnie pod uwagę, ale mam nadzieję, że tak.

- Tak - mówi tre­ner, jego poważne oczy wciąż uważ­nie mnie badają. - A myśla­łem, że wyja­śni­li­śmy twoje pro­blemy w zeszłym sezo­nie.

Trzy­mam pod­bró­dek w górze, pomimo bólu, który zaha­cza o mój brzuch i szar­pie, jak ryba zła­pana na haczyk. W zeszłym sezo­nie nie udało nam się awan­so­wać do roz­gry­wek regio­nal­nych z wielu powo­dów, ale nie będę uda­wał, że kara za bójkę, która dopro­wa­dziła do mojego zawie­sze­nia w ostat­nim meczu sezonu, nie ode­grała dużej roli. Powi­nie­nem być na lodzie w tym meczu, a nie byłem. - Tak było.

- W porządku - Kle­pie mnie po ramie­niu. - Roz­grzej się szybko. Pokaż mi, na co cię stać.

Po naj­szyb­szym roz­cią­ga­niu, jakiego udało mi się doko­nać, udaję się na lód. Mimo że to tylko mecz towa­rzy­ski, jest tu wielu stu­den­tów, a nawet kilku kibi­ców UConn1. Klej­no­tem szkoły jest pro­gram fut­bo­lowy, jed­nak to mecze hoke­jowe McKee przy­cią­gają tłumy. Evan i ja jeste­śmy teraz obroń­cami na pierw­szej zmia­nie, więc kiedy tre­ner Ryder prze­rywa roz­mowę z głów­nym tre­nerem UConn, a sędzia sygna­li­zuje pierw­sze star­cie, jeste­śmy już na lodzie, aby chro­nić naszego bram­ka­rza Remmy'ego-Aarona Rem­beau i naszą strefę. Szybko wdro­ży­łem się w grę, roz­ko­szu­jąc się jej tem­pem, choć stawka jest niska. Kiedy sezon ofi­cjal­nie roz­pocz­nie się w ten pią­tek, naprawdę poczuję, że ruszy­łem do przodu. Od wio­sny roz­pa­mię­ty­wa­łem porażkę z poprzed­niego sezonu i wszystko, co się z nią wią­zało, ale w końcu jestem bli­ski wyczysz­cze­nia konta.

Krą­żek sunie w dół lodo­wi­ska, a za nim podąża jeden z zawod­ni­ków UConn. Spo­ty­kam się z nim na skraju strefy obron­nej i pró­buję go prze­pchnąć, ale źle odczy­tuję jego poda­nie. Krą­żek ląduje po naszej stro­nie lodo­wi­ska, zręcz­nie wpro­wa­dzony przez innego zawod­nika UConn. Tra­fia pro­sto mię­dzy nogami Remmy'ego do siatki.

Cho­lera. Zazwy­czaj nie popeł­niam takich błę­dów.

Zjeż­dżam z lodo­wi­ska, gdy moja zmiana dobiega końca i obser­wuję, jak przej­muje ją druga zmiana. Sia­dam na ławce i wypi­jam tro­chę wody. Pomimo ćwi­czeń, aby pozo­stać w for­mie poza sezo­nem, dyszę po pra­wie dwu­mi­nu­to­wym sprin­cie. Pocie­ram osłonę klatki pier­sio­wej. Mam tam jakby gulę ciśnie­nia, która spra­wia, że trudno jest ją prze­łknąć. Nie cho­dzi tylko o to, że się spóź­ni­łem i stra­ci­łem oka­zję, by ogar­nąć się przed meczem, ani o to, że prze­pu­ści­łem tego gola. To sięga głę­biej, bie­gnąc jak szcze­lina w dół mojego mostka.

Pre­sja zwią­zana z dobrymi wyni­kami, aby NHL zadzwo­niło, gdy skoń­czę szkołę. Pre­sja, aby pomóc dru­ży­nie dotrzeć do Fro­zen Four w tym sezo­nie, a nie sabo­to­wać cały wysi­łek. Pre­sja zwią­zana z opieką nad moją młod­szą sio­strą Izzy, która w tym roku jest na pierw­szym roku stu­diów w McKee, czego ocze­kują ode mnie moi rodzice teraz, gdy James ukoń­czył stu­dia i prze­szedł do NFL.

Zazwy­czaj lodo­wi­sko jest tym, gdzie chcę być. Tam jestem sku­piony. Spo­kojny. Ale przez ostat­nie kilka tygo­dni pod­czas tre­nin­gów, a teraz pod­czas tego meczu, a także zeszłej wio­sny, kiedy ude­rzy­łem Niko­laia Abney-Vol­kova w usta i obaj zosta­li­śmy wyrzu­ceni z gry, tra­ci­łem kon­trolę nad sku­pie­niem i wszyst­kim innym. Jeśli mam być ze sobą cał­ko­wi­cie szczery, jest też inny powód. Coś, czego nie chcia­łem nazwać, bo brzmi głu­pio, nawet w mojej gło­wie. Jedną rze­czą jest lubić seks, a inną czuć się jak na kra­wę­dzi, ponie­waż go nie upra­wia­łem. Ale nie zali­czy­łem od mie­sięcy. Mie­sięcy.

Ostat­nim razem, gdy widzia­łem parę cyc­ków, była wio­sna. Teraz jest pra­wie pie­przony paź­dzier­nik, a ja ude­rzam do każ­dej dziew­czyny, z którą pró­buję poroz­ma­wiać. Zwy­kle mój sta­tus gwiazdy hokeja na kam­pu­sie pro­wa­dzi do wyboru puck bun­nies2, ale teraz nie przy­cią­gam ich uwagi. Nie wiem, co jest ze mną nie tak; dla­czego czuję się, jak­bym miał świerzb lub jakieś podobne gówno z pod­sta­wówki. Wyglą­dam tak samo, zacho­wuję się tak samo, mówię tak samo - a urok, który kie­dyś spra­wiał, że otrzy­my­wa­łem wiele ofert w ciągu nocy, teraz nie daje mi nic.

Seks nie roz­wią­załby niczego, ale dziew­czyna zamiast pię­ści byłaby dobrym począt­kiem, jak­kol­wiek żenu­jąco by to nie brzmiało.

Roz­gry­wamy tylko kilka dzie­się­cio­mi­nu­to­wych par­tii, ponie­waż ten mecz jest tylko tre­nin­giem, więc czas leci szybko i wkrótce dobie­gają ostat­nie minuty, remi­su­jemy 1:1.

- Cal­la­han - mówi tre­ner. - Ty i Bell wra­ca­cie do gry.

Evan i ja prze­ska­ku­jemy przez bandę i usta­wiamy się na swo­ich pozy­cjach. Nie mija trzy­dzie­ści sekund, gdy jeden z naszych pierw­szo­rocz­nia­ków, Lars Halvor­sen, posyła piękny strzał do siatki UConn. Pod­jeż­dżamy, by mu pogra­tu­lo­wać. To nie jest bramka w liczą­cym się meczu, ale jest uta­len­to­wany, więc jestem pewien, że wkrótce będzie miał swoją pierw­szą. Poza tym, to prze­ła­muje remis i nie będzie dogrywki. Jesz­cze chwila i będziemy mogli udać się pod prysz­nic i wró­cić do domu.

Wygry­wamy star­cie, ale szybko zosta­jemy zmu­szeni do powrotu do wła­snej strefy obron­nej dzięki dobremu pres­sin­gowi. Zawod­nik UConn popy­cha Evana na bandę za siatką. Pędzę, by spraw­dzić, czy uda mi się uwol­nić krą­żek i odbi­jam go, zmu­sza­jąc do pościgu, aż skoń­czy się czas.

- Mama była gorącą laską - ćwierka gracz UConn, przy­ci­ska­jąc Evana ramie­niem. - Kiedy cię uro­dziła, jak miała pięt­na­ście lat? - Evan zastyga w bez­ru­chu. Przez chwilę myślę, że jest ranny, ale potem zdaję sobie sprawę, że powstrzy­muje łzy. Całe moje ciało się blo­kuje, a serce wali tak mocno, że sły­szę szum krwi w uszach. Evan to nie tylko mój kolega z dru­żyny, to jeden z moich naj­lep­szych przy­ja­ciół. Jego matka zmarła latem na raka. Moja pięść tra­fia w szczękę zawod­nika UConn z satys­fak­cjo­nu­ją­cym odgło­sem.

Rozdział 2

2

COOPER

W oddali sły­szę gwiz­dek sędziego. Czuję czy­jeś ramiona odcią­ga­jące mnie do tyłu. Zawod­nik UConn oddaje cios, strą­ca­jąc mój kask i tra­fia­jąc mnie w usta, zanim zosta­jemy odcią­gnięci od sie­bie. Doty­kam języ­kiem kącika ust i czuję smak mie­dzi.

Chło­paki cały czas sobie doga­dują i nie ma moż­li­wo­ści, by wie­dział, że poru­sza tak draż­liwy temat. Ale ja wiem i nie będę tego, kurwa, tole­ro­wał. Nawet jeśli ozna­cza to radze­nie sobie z gnie­wem tre­nera Rydera.

Jego oczy płoną, gdy pod­cho­dzę do ławki. Prze­ciąga dło­nią po ogo­lo­nej bro­dzie. Guziki jego koszuli wyglą­dają, jakby miały zaraz odpaść. Przez pół sekundy jestem prze­ko­nany, że chce mnie tu zru­gać, ale potem kręci głową.

- Chcę cię widzieć w moim biu­rze.

Kiwam głową.

- Tak, pro­szę pana.

Utrzy­muję głowę w górze, idąc do szatni. Trzy­mam się w ryzach nawet wtedy, gdy roz­sz­nu­ro­wuję łyżwy i zdej­muję sprzęt, kawa­łek po kawałku. Dru­żyna zbiera się wokół mnie, roz­ma­wia­jąc cicho, mimo że wygra­li­śmy. Kilku chło­pa­ków idzie pod prysz­nic, ale wiem, że tre­ner chce mnie widzieć teraz, a nie po tym, jak zmyję z sie­bie brud po meczu.

Przy­glą­dam się sobie w lustrze. Wyglą­dam jak wrak czło­wieka, włosy opa­dają mi na oczy, krew ścieka z wargi na brodę. Pod­no­szę kij i łamię go na pół o kolano, a następ­nie rzu­cam kawałki na pod­łogę. Ktoś za mną kaszle.

Kurwa.

Nie żałuję, że bro­ni­łem Evana, ale nie­na­wi­dzę tego, że pan "Twoja stara" Dupek spro­wo­ko­wał mnie do wzię­cia praw­dzi­wego zama­chu.

Z przy­zwy­cza­je­nia pukam do drzwi tre­nera, mimo że wciąż jest z dru­żyną, i opa­dam na krze­sło przed biur­kiem. Kiedy drzwi się otwie­rają, nie pod­no­szę wzroku. Roz­cza­ro­wana twarz tre­nera jest taka sama jak mojego taty, a widuję to wystar­cza­jąco czę­sto. Sły­szę, jak siada na krze­śle. Odchyla się do tyłu, a krze­sło skrzypi w ciszy. Chrząka.

- Cal­la­han - zaczyna.

To spra­wia, że na niego patrzę. A to róż­nica. Tata nazywa mnie moim imie­niem Cooper, ale tutaj jestem Cal­la­ha­nem. Jestem nazwi­skiem wyszy­tym z tyłu mojej fio­le­towo-bia­łej bluzy McKee. To nazwi­sko mojej rodziny, ale przy­naj­mniej na lodzie jest tylko moje. Tata i James mogą je nosić na boisku fut­bo­lo­wym, ale ja ni­gdy nie czu­łem się tam kom­for­towo. Mój adop­to­wany brat i naj­lep­szy przy­ja­ciel, Seba­stian, może nosić je na koszulce base­bal­lo­wej. Lód jest tylko mój.

Tre­ner wzdy­cha.

- Spóź­niony, nie­chlujny i poryw­czy. Obie­ca­łeś mi coś innego.

Prze­ły­kam ślinę. Zasłu­guję na to, by usły­szeć, co mówi, ale wciąż mnie to kłuje.

- Wiem, pro­szę pana.

- Chcesz wyja­śnić, co się stało? - pyta.

Bell nie prze­staje beł­ko­tać. Kocham tego dzie­ciaka, ale to o czym mówi, kiedy jest zde­ner­wo­wany, nie ma sensu. Przy­gry­zam wargę, przy­pad­kowo wbi­ja­jąc zęby w roz­cię­cie. Powstrzy­muję ból, patrząc na tre­nera.

- Ten facet obra­żał jego matkę.

Tre­ner wykrzy­wia usta.

- Kurwa.

- Wiem, że zgo­dzi­li­śmy się na brak bójek...

- Nie zgo­dzi­li­śmy się - prze­rywa. - Wyda­łem ci roz­kaz, który mia­łeś wyko­nać. A ty tego nie zro­bi­łeś.

- Nie mogłem pozwo­lić, by uszło mu to na sucho.

- Więc się rewan­żu­jesz w spo­sób, który nie dopro­wa­dzi do kary. - Tre­ner szczy­pie się w nos i potrząsa głową, przy­my­ka­jąc oczy. - Masz szczę­ście, że stało się to w meczu takim jak ten, bo udało mi się zacho­wać twoją kwa­li­fi­ka­cję na otwar­cie sezonu. - Patrzy na mnie, rusza­jąc szczęką. Kiedy unosi jedną brew, po pro­stu na niego patrzę. Wiem, że ocze­kuje prze­pro­sin, ale nie mam zamiaru ich skła­dać. Nie za obronę mojego kolegi z dru­żyny. Prawdę mówiąc, nawet nie myśla­łem o tym, czy ta walka dopro­wa­dzi do zawie­sze­nia, aż do tej chwili. Kolejny błąd. Kolejny poślizg w prze­ciw­nym kie­runku; z góry w dół zamiast z dołu na szczyt.

- Ktoś musiał go uci­szyć - stwier­dzam na koniec.

Wstaje i odwraca się, by spoj­rzeć na zdję­cie na ścia­nie za biur­kiem. Foto­graf uchwy­cił dokład­nie moment, w któ­rym jego dru­żyna zdała sobie sprawę, że wygrała Fro­zen Four - pod­eks­cy­to­wa­nie, radość, czy­stą pie­przoną ulgę, że udało im się dotrzeć na szczyt tej góry. Chciał­bym, żebym to był ja, tylko w kró­lew­skiej pur­pu­rze McKee zamiast kar­ma­zynu, wyma­chu­jący pucha­rem.

I to oczy­wi­ście zanim przejdę do NHL i pod­niosę Puchar Stan­leya.

- Chcę, żebyś był kapi­ta­nem - oznaj­mia tre­ner. Ze wszyst­kich rze­czy, które spo­dzie­wa­łem się, że teraz powie, to nie było na szczy­cie listy. Nie byłem nawet pewien, czy w ogóle się na niej znaj­dzie.

- Pro­szę pana - mówię, wygła­dza­jąc bluzę i pro­stu­jąc się.

- ... Oczy­wi­ście nie mogę tego zro­bić, jeśli zosta­niesz wyrzu­cony z powodu kar za bójkę - mówi. - Albo jeśli będziesz grał jak gówno. Masz poten­cjał, by być lide­rem tej dru­żyny, Cal­la­han. Chcę, żebyś nim był. Jesteś żądny suk­cesu. - Wska­zuje na zdję­cie. Jest w samym środku tłumu gra­czy Harvardu, roz­po­zna­walny nawet po dwu­dzie­stu latach, a litera C na jego koszulce świeci jak latar­nia mor­ska. - Jeśli doj­dziemy gdzie­kol­wiek w tym sezo­nie, to będzie to twoja zasługa. - Prze­ły­kam emo­cje gro­żące poja­wie­niem się na mojej twa­rzy. Co innego wie­dzieć, że jest się uta­len­to­wa­nym, a co innego usły­szeć to tak wprost. Kapi­tan. Oczy­wi­ście sta­ra­łem się o to, ale nie sądzi­łem, że sta­nie się to w tym roku. Kiedy zeszło­roczna grupa senio­rów ukoń­czyła stu­dia, to naprawdę osła­biło dru­żynę, ale wciąż jest kilku uta­len­to­wa­nych star­szych kole­gów.

- Ale ja jestem tylko junio­rem - mówię. - A co z któ­rymś z senio­rów? Bran­don albo Mic­key? Bran­don jest środ­ko­wym. - Tre­ner potrząsa głową.

- Jeśli to ma być kto­kol­wiek, to będziesz to ty. Ale musisz na to zasłu­żyć. Rozu­miesz? Koniec z walką. Nie wychy­laj się i skup się na grze.

Kiwam głową.

- Rozu­miem. - Wszystko dla tego C na mojej koszulce. James był de facto kapi­ta­nem dru­żyny fut­bo­lo­wej w zeszłym roku, a teraz pro­wa­dzi ofen­sywę Phi­la­del­phia Eagles. To nie jest porów­na­nie, bio­rąc pod uwagę, jak różne są fut­bol i hokej, ale dwa sezony w roli kapi­tana - miejmy nadzieję, że w dru­ży­nie fina­li­stów Fro­zen Four - pomogą mi zbu­do­wać argu­menty prze­ma­wia­jące za NHL i fajną umową debiu­tanta, którą mam nadzieję zgar­nąć.

- Mam pomysł, który moim zda­niem może pomóc - mówi. - Znasz lodo­wi­sko w mie­ście? - Zaj­muje mi to chwilę, ale potem wyobra­żam to sobie w gło­wie. Moor­bridge Ska­ting Cen­ter. Znaj­duje się w cen­trum mia­sta, nie­da­leko pasażu. James i ja poszli­śmy tam w zeszłym roku z jego dziew­czyną, Bex, teraz jego narze­czoną, aby nauczyć ją jeź­dzić na łyż­wach.

- Tak.

- Wła­ści­cielka, Nikki Rodri­guez, szuka pomocy. Mają lek­cje jazdy na łyż­wach i tego typu rze­czy. - Moje pod­eks­cy­to­wa­nie spada; widzę, dokąd to zmie­rza. Wszystko coś kosz­tuje, jeśli cho­dzi o tre­nera Rydera.

- I?

- I myślę, że był­byś ide­al­nym wolon­ta­riu­szem. Od środy będziesz poma­gać w lek­cjach. Co tydzień odby­wają się zaję­cia dla junio­rów. - Zwal­czam w sobie chęć powie­dze­nia mu, że szcze­rze mówiąc, zali­cze­nie byłoby praw­do­po­dob­nie lep­szym spo­so­bem na zła­go­dze­nie stresu.

- Mam poma­gać... dzie­ciom?

- Byłeś kie­dyś w ich wieku, odnaj­du­jąc swoją pasję do jazdy na łyż­wach i hokeja. Pomóż im nauczyć się, jak to odblo­ko­wać. Myślę, że pomoże ci to zna­leźć tro­chę cier­pli­wo­ści. - Kle­pie mnie po ramie­niu. - Któ­rej będziesz potrze­bo­wać, jeśli chcesz być moim kapi­ta­nem.

- Nie mogę - mówię. - Nawet nie...

- Synu, posłu­chaj. - Opiera się o kra­wędź biurka, krzy­żu­jąc ręce na piersi. Jego spoj­rze­nie jest współ­czu­jące, ale to w żaden spo­sób nie osła­bia jego inten­syw­no­ści. - Nie chcę uży­wać oczy­wi­stej meta­fory, ale lód? Jest cienki. Albo to zro­bisz, albo następ­nym razem, gdy stra­cisz pano­wa­nie nad sobą, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo będzie to uza­sad­nione, nie pozo­sta­wisz mi innego wyboru, jak tylko posa­dzić cię na ławce.

Rozdział 3

3

PENNY

Wsu­wam zabawkę jesz­cze głę­biej, moje palce pod­wi­jają się pod prze­ście­ra­dło, a kolana się roz­chy­lają. Wydaję z sie­bie małe sap­nię­cie, gdy tra­fia pod wła­ściwy kąt. Może nie jest to cie­pły penis, ale jest co naj­mniej tak samo gruby, dzięki czemu łatwiej jest oszu­kać moją fan­ta­zję. Wkła­dam go i wycią­gam, odwra­ca­jąc głowę do poduszki, gdy mój umysł wypeł­nia się odpo­wied­nimi obra­zami. Silne, wyta­tu­owane, obej­mu­jące mnie ramiona, moje nogi opla­ta­jące jego szczu­płą talię. Gry­zie mnie w szyję, prze­wraca, daje klapsa w tyłek, gdy roz­kłada moje nogi. Jego szorstki głos w moim uchu, szep­czący o tym, jaka jestem dobra, pach­nący jak... Nie. Nie to. Wszystko tylko nie to. Potrzą­sam głową, gdy fan­ta­zja słab­nie. Wygi­nam plecy, szu­ka­jąc wystar­cza­ją­cych doznań, by ją pod­trzy­mać, ale to na nic. Moje oczy otwie­rają się, fan­ta­zja ucieka, a obrazy - te złe - zale­wają mój umysł. Przy­gry­zam wargę, dysząc. Pół godziny spę­dzi­łam pra­cu­jąc nad sobą, tylko po to, by znów ude­rzyć w ścianę. Prze­cie­ram twarz dło­nią.

Trzy razy z rzędu. Przez lata ciężko pra­co­wa­łam, by trzy­mać Pre­stona - i wszyst­kich przy­szłych Pre­sto­nów - z dala od mojego życia, ale ostat­nio zna­lazł drogę do moich fan­ta­zji. Mojego szczę­śli­wego miej­sca. Są dwie rze­czy, któ­rych ni­gdy nie był w sta­nie dotknąć, moje fan­ta­zje i histo­rie, które zapi­suję w zeszy­tach, ale po tym? Można śmiało powie­dzieć, że to pierw­sze wła­śnie pękło.

Kie­dyś bez pro­blemu potra­fi­łam stwo­rzyć dobry sce­na­riusz fan­ta­zji. Nie­które dziew­czyny nie lubią się mastur­bo­wać, ale ja lubię to robić, odkąd zda­łam sobie sprawę, jak dobrze mogę się poczuć. Kilka minut myśle­nia o Mat­cie Barzalu lub Tyle­rze Segu­inie, lub jeśli byłam w bar­dziej nad­przy­ro­dzo­nym nastroju, o sek­sow­nym wil­ko­łaku lub orku, i byłam gotowa do dzia­ła­nia. Ostat­nio? Docho­dzę tak daleko jak mój fan­ta­zyjny facet wpy­cha­jący we mnie, i bez względu na to, co sobie wyobra­żam, czy to pozy­cja, atmos­fera lub spe­cy­ficzny typ bzy­ka­nia, mój orgazm roz­pływa się jak kamień ude­rza­jący w śro­dek jeziora, ni­gdy się nie odra­dza­jąc. Pikantne powie­ści roman­tyczne nie pomo­gły. Nie pomo­gły też hoke­jowe atrak­cje. Nawet powrót do naj­sek­sow­niej­szych frag­men­tów mojej na wpół napi­sa­nej powie­ści ni­gdzie nie dopro­wa­dził. Coś przy­po­mina mi o tej luto­wej nocy, o nim, a nutka paniki zatruwa wszystko. Przy­ci­ska­jąc dłoń do klatki pier­sio­wej, pró­bu­jąc uspo­koić walące serce, prze­ły­kam łyżkę tru­ci­zny, chcąc ją zneu­tra­li­zo­wać. Przez lata pra­co­wa­łam z dok­tor Faber nad tym, jak odcią­gnąć się od kra­wę­dzi, zanim wpadnę w spi­ralę. Fru­stra­cja jest w porządku. Nie muszę pozwa­lać, by mnie kon­tro­lo­wała. Z wyjąt­kiem trzech razy. Tak po pro­stu, moje pod­nie­ce­nie znik­nęło cał­ko­wi­cie, zastą­pione przez nie­bez­pieczny, krótki dreszcz nie­po­koju, który spra­wia, że ści­ska mnie w brzu­chu. Prze­ły­kam, pró­bu­jąc roz­luź­nić napięte ramiona. Spo­glą­dam w dół na dildo w mojej dłoni i wal­czę z falą wstrętu.

- Kurwa! - Rzu­cam nim przez pokój. Wpada moja współ­lo­ka­torka, owi­nięta w ręcz­nik, z ciem­nymi wło­sami prze­rzu­co­nymi przez ramię i oczami peł­nymi paniki. Czy to maszynka w jej dłoni?

- Co się dzieje? - pyta dokład­nie w tej samej sekun­dzie, w któ­rej moje jasno­nie­bie­skie dildo ude­rza ją w twarz. Znasz to uczu­cie kiedy widzisz coś strasz­nego w cza­sie rze­czy­wi­stym i czu­jesz się jak w zwol­nio­nym tem­pie? Tak. To moje dildo ude­rza Mię jak cho­lerny krą­żek w maskę ochronną. Ude­rza ją w poli­czek, sztuczne jądra odbi­jają się, zanim wylą­dują na pod­ło­dze z mokrym ude­rze­niem. Wpa­tru­jemy się w sie­bie przez chwilę, która trwa około miliona lat. Zaci­ska uchwyt na maszynce do gole­nia, wycie­ra­jąc poli­czek. Pamię­tam coś bar­dzo prze­ra­ża­ją­cego. Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka grała w soft­ball i była mio­taczką.

- Penny! - krzy­czy, dziko prze­ci­na­jąc powie­trze maszynką do gole­nia. Robię unik, ale maszynka nie opusz­cza jej dłoni. - Myśla­łam, że umie­rasz czy coś! Co to było? - Zarzu­cam koc na głowę. Upo­ko­rze­nie tej chwili ude­rza we mnie jak lawina i jeśli spoj­rzę na Mię jesz­cze przez pół sekundy, mogę zwy­mio­to­wać. Moje policzki muszą być bar­dziej czer­wone niż włosy. - Tak mi przy­kro!

- Ja pier­dolę! Rzu­ci­łaś we mnie Igo­rem? Zamor­duję cię! - To powstrzy­muje mój nie­do­szły atak lęku. Zwi­jam się w malutką kulkę, roz­darta mię­dzy ponow­nym krzy­kiem fru­stra­cji a śmie­chem. Jeśli jed­nak będę się śmiać, Mia może pociąć mnie golarką. Nadaje imiona wszyst­kim moim zabaw­kom ero­tycz­nym, a ja zapo­mnia­łam, jak do tej pory nazy­wało się duże nie­bie­skie dildo. Igor. Zrywa mi koc z głowy. Chwy­tam go z powro­tem i zakry­wam moje cycki. Dla­czego musia­łam się do tego cał­ko­wi­cie roze­brać? Mor­der­czy wyraz twa­rzy powi­nien spra­wić, że będę chciała uciec, ale zamiast tego otwie­rają się wrota; prze­wra­cam się ze śmie­chu, który nie­bez­piecz­nie zbliża się do łez. Czuję, jak cią­gnie mnie za włosy, ale tylko pry­cham.

- Igor - mówię mię­dzy sap­nię­ciami. - Pole­ciał.

- I teraz mam traumę na całe życie.

Zer­kam na Mię; znowu wyciera twarz. Nie winię jej za to. Mogłam nie dojść, ale to nie zna­czy, że tego nie czu­łam. Przy­trzy­ma­łam jej włosy, gdy zwy­mio­to­wała w rynsz­toku, ale to nie zna­czy, że chce mieć moje... rze­czy... na całej twa­rzy.

- Powin­naś chyba wró­cić pod prysz­nic.

- Masz szczę­ście, że cię tu nie zabi­łam. - Uśmiech­nęła się, ale potem jej wyraz twa­rzy zła­god­niał.

- Nie mogłaś tego zro­bić? Na­dal?

- Nie. A teraz nie mogę prze­stać myśleć o... nim. Och. - Zaci­skam dło­nie na oczach, gdy moje roz­ba­wie­nie znika. - Pie­przyć to. Jestem taka zmę­czona tym, że utknę­łam.

Mia sie­dzi na brzegu mojego łóżka, a jej piwne oczy są wiel­kie, gdy na mnie patrzy. Pociera dło­nią moją łydkę.

- On jest tylko wspo­mnie­niem.

Biorę głę­boki oddech i kiwam głową. Ma rację. Nie widzia­łam Pre­stona od lat i nawet jeśli ozna­cza to, że już ni­gdy nie posta­wię stopy w Ari­zo­nie, to tego nie zro­bię. Ale tu nawet nie cho­dzi o niego. Tu cho­dzi o mnie. Mogę być dobra w moich fan­ta­zjach i histo­riach przez więk­szość czasu, ale doty­czą one tylko mnie. Pod­czas gdy wszy­scy wokół mieli wyma­rzone doświad­cze­nia w col­lege'u, ja utknę­łam w neu­tral­nym punk­cie, nie­zdolna do urze­czy­wist­nie­nia moich pra­gnień. Daw­niej docho­dze­nie było łatwe, mogłam uda­wać, że mnie to nie obcho­dzi, ale teraz?

Teraz myślę, że będę krzy­czeć, jeśli nie osią­gnę orga­zmu. Pie­przyć Pre­stona Bil­lera. Pie­przę miłość, którą myśla­łam, że dzie­limy. Pod­cią­gam nogi, przy­tu­la­jąc je do piersi przez koc.

- Nie­na­wi­dzę być zła­mana. Tak dłu­żej być nie może.

- Nie mów tak. - Mia bie­rze mnie za rękę. Nasze mani­cure pasują do sie­bie. Wczo­raj poszły­śmy do wyszu­ka­nego salonu sty­li­za­cji paznokci w cen­trum han­dlo­wym Moor­bridge. Jej są jaskra­wo­zie­lone z czar­nymi koń­ców­kami i małymi naklej­kami duchów, a moje są białe z poma­rań­czo­wymi koń­ców­kami i naklej­kami dyni. Ide­alne na paź­dzier­nik, który zaczyna się za kilka dni. Ści­ska mnie uspo­ka­ja­jąco. - Może po pro­stu potrze­bu­jesz tro­chę uroz­ma­ice­nia.

- Roz­sze­rzy­łam swoją listę gorą­cych stwo­rzeń o orków - odpo­wia­dam usłuż­nie. Prze­wraca oczami.

- Wiesz, co mam na myśli. Może już czas.

W moim żołądku otwiera się dół, a serce prze­ska­kuje.

- Nie wiem.

- Jesteś na ogrom­nym uni­wer­sy­te­cie. Z pew­no­ścią na kam­pu­sie jest ktoś, z kim chcia­ła­byś się umó­wić. - Nie myli się; tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, poten­cjalni pod­ry­wa­cze są wszę­dzie. Cho­dzimy na Uni­wer­sy­tet McKee, który ma tysiące stu­den­tów i to nie jest tak, że faceci nie pró­bo­wali mnie pode­rwać. Zwy­kle jest to jakiś obrzy­dliwy flirt, który polega na pyta­niu, czy mój dywan pasuje do zasłon, skoro jestem ruda. Faceci z col­lege'u nie potrze­bują wiele zachęty do pod­rywu; mru­gnij w ich stronę, a będą cię ści­gać przez cały wie­czór.

- Wiesz, że nie o to cho­dzi.

- Wiem - mówi łagod­nie. - Ale nie możesz tak dalej postę­po­wać. - Prze­gląda moją szafkę nocną, wyciąga dzien­nik i wyma­chuje nim.

- Hej - mówię, odry­wa­jąc go od niej. Przy­tu­lam jasno­ró­żową okładkę do piersi. - Trak­tuj go deli­kat­nie.

Kiedy po raz pierw­szy zaczę­łam cho­dzić do dok­tor Faber, chciała, żebym pro­wa­dziła dzien­nik, i cho­ciaż mam teraz zeszyty sprzed trzech lat, zawsze zaczy­nam od tej samej listy. To lista wszyst­kiego, co chcia­ła­bym robić z kimś innym w łóżku; wszyst­kiego, czego pra­gnę - roz­pacz­li­wie - ale czego nie mia­łam. Pre­ston ode­brał mi mój naj­waż­niej­szy pierw­szy raz i zruj­no­wał go, więc chcia­łam odzy­skać wszystko, co mogłam, aby mieć nad tym kon­trolę. Odkąd to napi­sa­łam, udo­sko­na­li­łam, usu­nę­łam nie­które rze­czy i doda­łam inne. Kiedy zaczę­łam stu­dia w zeszłym roku, zak­tu­ali­zo­wa­łam listę i zde­cy­do­wa­łam, że ją zre­ali­zuję. Zna­la­zła­bym kum­pla do bzy­ka­nia, a może i kilku face­tów, i prze­cho­dzi­ła­bym listę pozy­cja po pozy­cji. Ale za każ­dym razem, gdy byłam bli­sko, po pro­stu nie mogłam pocią­gnąć za spust. Wyco­fy­wa­łam się do swo­ich ksią­żek i fan­ta­zji, bez względu na to, jak gorący był facet i jak miło się zacho­wy­wał. Jak mogłam zaufać nie­zna­jo­memu? Mógł być wtedy miły, ale kto wie, jaki byłby naprawdę, mając nade mną kon­trolę. Teraz jestem już na pierw­szym seme­strze dru­giego roku, i wciąż nie zro­bi­łam nic z Listą. Spo­glą­dam teraz na nią, prze­su­wa­jąc pal­cem po stro­nie, peł­nej pozy­cji takich jak seks oralny, odmowa orga­zmu i nie­wola. Ostat­nia pozy­cja na liście, seks wagi­nalny, zawsze pozo­sta­wała taka sama. Jeśli to zro­bię, poko­nam naj­więk­szą prze­szkodę. Będzie to naj­więk­szy pokaz zaufa­nia. Spo­glą­dam na Mię.

- A co, jeśli wszystko znowu się spie­przy?

Mia unosi brew.

- Jeśli będziesz cze­kać, to będziesz szu­kać wymó­wek.

- Masz rację, masz rację. Wiem, że masz rację.

- Musisz czuć się w porządku, skoro cytu­jesz Kiedy Harry poznał Sally. - Uśmie­chamy się do sie­bie. Mia wola­łaby oglą­dać chyba wszystko niż kome­die roman­tyczne, ale od czasu do czasu mi ulega. Nawet ona nie może zaprze­czyć talen­towi Nory Eph­ron.

- I gdy­byś nie chciała tego zro­bić, nie naci­ska­ła­bym. - Wstaje, zawią­zu­jąc ręcz­nik pod ramio­nami i pod­nosi maszynkę do gole­nia. - Ale wiem, że chcesz, Pen. Zasłu­gu­jesz na seks. Albo na zwią­zek. Albo jedno i dru­gie. Ale to się nie sta­nie, jeśli na­dal będziesz ukry­wać się w swoim pokoju z Igo­rem. Użyj Listy.

- Chyba powin­nam dać sobie spo­kój z myśle­niem, że znajdę się w sytu­acji Belli Swan, co? - pró­buję zażar­to­wać.

Twarz Mii pozo­staje kamien­nie poważna. Jest moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką, odkąd w zeszłym roku przy­dzie­lono nas do jed­nego pokoju. Tata dener­wo­wał się, że będę miesz­kać w aka­de­miku, ale mia­łam dobre prze­czu­cia i to się opła­ciło. Mia jest dla mnie więk­szą przy­ja­ciółką niż ludzie, któ­rych zna­łam w liceum, nawet zanim wszystko skoń­czyło się z Pre­sto­nem. Cza­sami mam jej za złe szcze­rość, ale zazwy­czaj ją podzi­wiam. Mówi to, co myśli, nie­za­leż­nie od tego, z kim roz­ma­wia i gdzie się znaj­duje. Gdy­by­śmy zamie­niły się miej­scami, poszłaby na imprezę, zna­la­zła faceta i w ciągu godziny skre­śli­łaby numer jeden z listy.

- Zasłu­gu­jesz na to - mówi. - Nie pozwól mu dalej ruj­no­wać ci życia. On nie jest tego wart.

Biorę głę­boki oddech. Mogę wiecz­nie krę­cić się w kółko albo spró­bo­wać prze­ła­mać ten sche­mat. Mogę na­dal wpusz­czać Pre­stona do swo­jego życia albo pogrze­bać pamięć o nim nowymi doświad­cze­niami. Spo­glą­dam z powro­tem na Listę. Pierw­sza pozy­cja, seks oralny (przyj­mo­wa­nie), wyróż­nia się moim sta­ran­nym pismem. Zaczę­łam to robić, by dać sobie poczu­cie kon­troli. Ale jaki jest poży­tek z kon­troli, jeśli ni­gdy nic z nią nie zro­bię? Jaki jest poży­tek z pożą­da­nia, jeśli nie sza­nuję wła­snego?

Jeden punkt, jedno doświad­cze­nie naraz. Mogę to zro­bić.

Kiwam głową, przy­ci­ska­jąc dło­nie do oczu, by powstrzy­mać łzy, które grożą ich zala­niem.

- Dobrze.

Mia rzuca się do przodu i przy­tula mnie.

- W porządku?

- W porządku. - Biorę duży, łap­czywy oddech. Serce mi wali, a ciało mrowi, ale czuję się dobrze. Już sta­bil­niej. Ni­gdy wię­cej nie chcę być tą dziew­czyną, roz­ło­żoną na lodzie, zła­paną jak motyl przy­pięty pod szkłem. Piękną i zła­maną. Kry­ty­ko­waną przez wszyst­kich, któ­rych zna­łam. Cała moja szkoła i połowa mia­sta widziała zna­mię, które mam obok pępka i za każ­dym razem, gdy myślę o tym dłu­żej niż pół sekundy, muszę ciężko pra­co­wać, aby sku­pić się na tym, co ważne. Mam dość tego, że to koniec histo­rii. Nie mam już szes­na­stu lat. Jestem doro­sła i zasłu­guję, by mieć kon­trolę. Fan­ta­zje, które mam i histo­rie, które piszę, się­gają tylko do pew­nego punktu. Mia ma rację. Jeśli mam mieć przy­szłość, jakiej pra­gnę, muszę pod­jąć ryzyko. Wyry­wam się z jej uści­sku i sia­dam pro­sto.

- Nie chcę się już bać.

Mia obda­rza mnie swoim naj­więk­szym i naj­rzad­szym uśmie­chem, zakła­da­jąc włosy za ucho.

- Jesteś zaje­bi­sta. Potrak­tuj to jako rese­arch do swo­jej książki.

Kiedy wycho­dzi, zamy­ka­jąc za sobą drzwi, scho­dzę z łóżka i pod­no­szę Igora. Nie czuję się źle, ale jest zde­cy­do­wa­nie lepiej i to będzie musiało na razie wystar­czyć. Muszę go umyć, a to nie jest tak, że zamie­rzam to teraz robić, więc po pro­stu prze­bie­ram się i prze­cze­suję włosy grze­bie­niem, a następ­nie wrzu­cam lap­top i zeszyt do che­mii do torby. Spraw­dzam godzinę na tele­fo­nie. Pla­no­wa­łam pójść do The Pur­ple Ket­tle wcze­śniej, by popi­sać kilka minut, zanim tata spo­tka się ze mną na naszej coty­go­dnio­wej randce przy kawie; odkąd semestr nabrał tempa, moja w poło­wie napi­sana powieść mar­niała na moim lap­topie jak zapo­mniana roślina domowa. Teraz jed­nak będę miała szczę­ście, jeśli zdążę na czas. Słu­cha­nie, jak narzeka na swoją dru­żynę hoke­jową, będzie przy­naj­mniej odwró­ce­niem uwagi. Jestem powo­dem, dla któ­rego pra­cuje tutaj, a nie w Ari­zona State, a ponie­waż cho­dze­nie na mecze wywo­łuje u mnie pokrzywkę, to naj­lep­sze, co mogę zro­bić.

Rozdział 4

4

PENNY

Pod­no­szę napoje z lady i dzię­kuję bari­ście, Wil­lowi, który ski­nął do mnie, zanim prze­szedł do następ­nego klienta. Nie znam wszyst­kich współ­pra­cow­ni­ków Mii, ale to jeden z nie­wielu, o któ­rych mówi bez nie­smaku. Zwy­kle prze­szka­dza jej jego chło­pięcy cha­rak­ter - woli part­nera, któ­rego ręka nie drży, gdy wcho­dzi jej pod koszulę - ale myślę, że przy­po­mina jej liczne rodzeń­stwo i kuzy­nów.

Biorę wzmac­nia­jący łyk mojego napoju, dynio­wego chai, wycho­dząc z cen­trum stu­denc­kiego na chłodne powie­trze. Może i dora­sta­łam na lodo­wi­sku, jako była łyż­wiarka figu­rowa, z ojcem, tre­ne­rem hokeja, ale na­dal wolę cie­pło niż zimno. Kiedy jeż­dżę na łyż­wach, przy­naj­mniej moja krew buzuje. Sto­jąc na kra­wę­dzi chod­nika, patrząc na klony, któ­rych liście dopiero zaczy­nają się obra­cać, zimno prze­nika przez moją kurtkę.

- Pene­lope. - Odwra­cam się z uśmie­chem, gdy pod­cho­dzi mój tata. Przy­ciąga mnie do sie­bie, uwa­ża­jąc, by nie roz­lać napo­jów, po czym bie­rze swoją czarną kawę. - Dzięki, robaczku. - Prze­zwi­sko, jakie mi nadał, które nie zmie­niło się odkąd skoń­czy­łam cztery lata, spra­wia, że mój uśmiech się posze­rza. Może nie­któ­rzy ludzie nie chcie­liby stu­dio­wać w tym samym miej­scu, w któ­rym pra­cuje ich tata, ale ja jestem wdzięczna, że mogę się z nim widy­wać, kiedy tylko chcę. Od śmierci mamy jeste­śmy tylko we dwoje, więc sta­ram się nie brać jego obec­no­ści za pew­nik. Fakt, że nawet spo­ty­kamy się co tydzień na kawę, jest cudem, bio­rąc pod uwagę bała­gan, jaki zro­bi­łam w wieku szes­na­stu lat i to, jak bar­dzo byli­śmy od sie­bie odda­leni. Nasze rela­cje nie są takie jak wtedy, gdy byłam młod­sza, nawet wiele lat po śmierci mamy i wszyst­kim, co wyda­rzyło się z Pre­sto­nem, ale on się stara, więc i ja się sta­ram. Szkoda tylko, że nie dzieje się to w Ari­zona State, a w McKee.

- Jak się masz? - pyta, gdy idziemy wzdłuż kra­wę­dzi dzie­dzińca. Zimno ni­gdy mu nie prze­szka­dzało; ma na sobie lekką kurtkę z logo McKee na piersi, cho­ciaż jego nos, zła­many pod­czas gry w hokeja i w rezul­ta­cie skrzy­wiony, jest jaskra­wo­czer­wony. - Dobrze poszedł ci egza­min z mikro­bio­lo­gii?

- Uhm, chyba tak. - Bawię się pokrywką mojego kubka. Chcia­ła­bym powie­dzieć, że mam w dupie zosta­nie fizjo­te­ra­peutką, tak jak on uważa, że powin­nam, ale nie chcę, bo to dopro­wa­dzi do roz­mowy, na którą nie jestem gotowa. Do mojego taty nie przy­cho­dzi się z życze­niami, tylko z pla­nami, z kon­kret­nymi kro­kami. Powie­dze­nie mu, że chcę zmie­nić kie­ru­nek stu­diów, a może nawet pisać roman­si­dła, dopro­wa­dziłoby mnie doni­kąd. - To zna­czy, myślę, że poszło mi dobrze. Mia pomo­gła mi się uczyć.

- A co u Mii? - Myślę o sytu­acji z Igo­rem i powstrzy­muję gry­mas wstydu. Muszę jej to wyna­gro­dzić. - U niej w porządku.

- Dobrze. - Bie­rze łyk swo­jej kawy. - Hej, robaczku. Wysy­łam jed­nego z chło­pa­ków, żeby pomógł ci na lodo­wi­sku.

Kilka popo­łu­dni w tygo­dniu pra­cuję na lodo­wi­sku w mie­ście, poma­ga­jąc w tre­nin­gach. Ponie­waż nie mogę już jeź­dzić na łyż­wach wyczy­nowo, jest to spo­sób na utrzy­ma­nie się na lodo­wi­sku, które nie należy do McKee, ponie­waż wolę oddać moją ulu­bioną parę rie­del­lów3, niż wpaść na gra­czy taty. Robię do niego minę, popi­ja­jąc chai. Chło­paki trzy­mają się z daleka, ponie­waż wie­dzą, że jestem córką ich tre­nera, ale sły­sza­łam o nich wystar­cza­jąco dużo, by móc wyobra­zić sobie każ­dego z nich. Podob­nie jak więk­szość męskich spor­tow­ców na kam­pu­sie, uwa­żają, że ich atle­tyczna spraw­ność ozna­cza, że każda dziew­czyna powinna uwa­żać się za szczę­ściarę, mając choćby pół sekundy ich uwagi. Mam nadzieję, że to nie Cal­la­han. Jestem zasko­czona, że lód nie pęka od cię­żaru jego ego za każ­dym razem, gdy na niego wcho­dzi.

- Ktoś z zespołu? Kto?

Dra­pie się po karku, lekko potrzą­sa­jąc głową.

- Cal­la­han.

Cho­lera.

- Cooper Cal­la­han? Poważ­nie?

Cooper jest naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nym zawod­ni­kiem męskiej dru­żyny hoke­jo­wej McKee i jeśli źró­dła Mii są praw­dziwe, pod­czas wczo­raj­szego meczu towa­rzy­skiego prze­ciwko UConn wdał się w bójkę. Z nagrań, któ­rych nie mogłam omi­nąć, widzia­łam, że prak­tycz­nie leci w dół lodo­wi­ska, gdy jeź­dzi na łyż­wach, rzu­ca­jąc się przed krą­żek, by bro­nić bramki, dając z sie­bie wszystko w każ­dym meczu. Jest pra­wie gotowy do gry w NHL, ale według mojego taty nie zgło­sił się do dra­ftu, gdy tylko mógł, co ozna­cza, że jest w McKee na czas trwa­nia swo­jej kariery uni­wer­sy­tec­kiej. Ozna­cza to rów­nież, że nie powi­nien się bić. Nie robią tego w col­lege'u tak jak w NHL i powi­nien o tym wie­dzieć lepiej. To śmieszne, że taki szorstki facet ma uczyć małe dzieci jazdy na łyż­wach.

- Musi okieł­znać swoje fru­stra­cje - mówi tata. - Nie wiem, co jest z nim nie tak, ale pozwala się roz­pra­szać. Myśla­łem, że poprzedni sezon to już prze­szłość, ale teraz... Może jeśli spę­dzi tro­chę czasu z tymi dzie­cia­kami, przy­po­mi­na­jąc sobie, dla­czego w ogóle zako­chał się w tej grze, to ponow­nie się skupi.

- Znasz go, prawda? To aro­gancki gracz, tato.

On tylko unosi brew.

- On ci pomoże, Pen. Jutro będzie na lodo­wi­sku, więc spraw, by poczuł się mile widziany. - Kiedy mój ojciec coś posta­nowi, zmiana zda­nia jest pra­wie nie­moż­liwa, więc po pro­stu wzdy­cham.

- Dobrze. Ale jeśli się nie uda, to nie moja wina.

- Nie - zga­dza się. - To jego wina. Wie, że albo to, albo wylą­duje na ławce następ­nym razem, gdy nie będzie w sta­nie nad sobą zapa­no­wać.

Moje serce lekko drży. Tylko tro­chę. Mów­cie, co chce­cie o hoke­istach - a uwierz­cie mi, mam wiele do powie­dze­nia - ale całe ich życie kręci się wokół gry. Cooper może dobrze się bawić poza lodo­wi­skiem, jeśli wie­rzyć histo­riom, ale sie­dze­nie na ławce byłoby ogrom­nym cio­sem. Kiedy po raz ostatni star­to­wa­łam w zawo­dach, poczu­łam, jak pęka mi serce i nawet po latach nie zago­iło się ono cał­ko­wi­cie.

- Ostro.

Tata pociera nos.

- Musi sku­pić się na swo­jej przy­szło­ści. Tak jak ty, robaczku. Powiedz mi, jak naprawdę poszedł egza­min z mikro­bio­lo­gii.

Rozdział 5

5

COOPER

Następ­nego ranka zwle­kam się z łóżka przed świ­tem i przy­go­to­wuję do tre­ningu. Kiedy James się wypro­wa­dził, Izzy się wpro­wa­dziła, a ponie­waż, kiedy chcemy, potra­fimy być miłymi star­szymi braćmi, Seba­stian i ja dali­śmy jej pokój z łazienką. Ozna­cza to, że na­dal dzielę łazienkę z Sebem, który łaska­wie igno­ruje, gdy zosta­wiam ręcz­niki na pod­ło­dze, więc w zamian sta­ram się nie narze­kać zbyt­nio na jego wyjąt­kowo dłu­gie prysz­nice. Przy­zwy­cza­ili­śmy się do tego; cho­ciaż tak naprawdę nie jeste­śmy bliź­nia­kami, nasi rodzice zacho­wują się tak, jak­by­śmy nimi byli. Jeste­śmy połą­czeni sil­nym węzłem, odkąd rodzice Seba - jego tata był naj­lep­szym przy­ja­cie­lem mojego taty - zgi­nęli w wypadku samo­cho­do­wym. Seb poja­wił się w naszej rodzi­nie, gdy oboje mie­li­śmy po jede­na­ście lat. James i ja bro­ni­li­śmy go w bójce w pierw­szym tygo­dniu w nowej szkole, a reszta to już histo­ria. Nie zawra­cam sobie głowy puka­niem do drzwi łazienki. Jest led­wie piąta rano, a Izzy ma swój wła­sny har­mo­no­gram z kole­żan­kami z dru­żyny siat­kówki; dzi­siaj ma mecz wyjaz­dowy. Seb cza­sami dołą­cza do mnie na siłowni, ale on ma mniej tre­nin­gów, ponie­waż jest poza sezo­nem, więc pojadę sam.

Zie­wam, pró­bu­jąc pozbyć się bólu głowy. Dla­czego wybra­łem wczo­raj­szy wie­czór, by dobrać się do zapa­sów wina Izzy? Wino zawsze spra­wia, że kręci mi się w gło­wie. Zamiast tego powi­nie­nem powal­czyć z sze­ścio­pa­kiem. W chwili, gdy otwie­ram drzwi, ście­ra­jąc sen z oczu, do moich uszu dobiega krzyk.

- Co ty robisz? - ktoś pyta. Naci­skam włącz­nik świa­tła, mru­żąc oczy, gdy górne świa­tło oświe­tla mały pokój. W mojej łazience jest dziew­czyna. Cał­kiem naga dziew­czyna w mojej łazience. Znowu krzy­czy, chwy­ta­jąc naj­bliż­szy ręcz­nik z haczyka. Zakry­wam oczy dło­nią, cofa­jąc się.

- Kim jesteś? - pytam.

- Seba­stian powie­dział, że nikt inny nie wsta­nie!

Jęk­ną­łem.

- Spik­nę­łaś się z nim?

- Mam na sobie ręcz­nik - mówi, brzmiąc znacz­nie bar­dziej opa­no­wa­nie. - Nie musisz już zakry­wać oczu. - Powoli opusz­czam rękę. Teraz, gdy mogę na nią spoj­rzeć bez bycia przy­pad­ko­wym zbo­czeń­cem, widzę, że jest sek­sowna, nawet będąc w poło­wie zmy­wa­nia resz­tek maki­jażu z wczo­raj­szej nocy. Przez jej ciemne włosy prze­bie­gają różowe pasemka, a tatu­aże pokry­wają połowę jej pra­wego ramie­nia. Nie uznał­bym jej za typ Sebby'ego, ale od lata ma gorącą passę. Iry­tu­jące. Jasne, wyszedł wczo­raj wie­czo­rem, praw­do­po­dob­nie do Red's lub na imprezę w aka­de­miku, a ja utkną­łem w domu, roz­pa­mię­tu­jąc moją nową rolę instruk­tora jazdy na łyż­wach.

- Prze­pra­szam. Po pro­stu nikogo się nie spo­dzie­wa­łem.

Seb poja­wia się przy moim ramie­niu z zaspa­nym wyra­zem twa­rzy i, ku mojemu zado­wo­le­niu, z zaschniętą śliną na ustach.

- Wszystko w porządku?

Wzdry­gam się.

- Stary. Powi­nie­neś mi powie­dzieć, kiedy zapra­szasz dziew­czynę.

Ma na tyle przy­zwo­ito­ści, by się zaru­mie­nić.

- Już spa­łeś, kiedy przy­szli­śmy. Napi­sa­łem SMS-a. - Cho­lera. Mój tele­fon wciąż leży na noc­nej szafce, ładu­jąc się, bo zapo­mnia­łem go pod­łą­czyć zeszłej nocy. Po tym, jak tre­ner pozwo­lił mi odejść, posze­dłem pro­sto do domu i gra­łem w Dark Souls, dopóki nie padłem. - Co nie zmie­nia faktu, następ­nym razem zapu­kaj do moich drzwi lub coś w tym stylu.

- Ładny tatuaż - mówi dziew­czyna, wska­zu­jąc na kawa­łek dziary na moim ramie­niu. - Czy to Andúril?

- Fanka Władcy Pier­ścieni?

- Mia­łam obse­sję na tym punk­cie jako dziecko.

Seba­stian sztur­cha mnie w plecy i mówi:

- Coop, Vanessa jest wielką fanką Zep­pe­lin. Pro­wa­dzi kla­syczną roc­kową audy­cję w sta­cji radio­wej McKee.

Opie­ram się moc­niej o fra­mugę drzwi, krzy­żu­jąc ramiona na klatce pier­sio­wej, więc przy­ciąga ją moja klata. Tatuaż nad moim ser­cem nie jest zwią­zany z Władcą Pier­ścieni; to cel­tycki węzeł, taki sam jak u moich braci, ale jeśli lubi tatu­aże, może uda nam się pod­trzy­mać roz­mowę. Nie jest w moim typie, ale w tym momen­cie wezmę wszystko.

- Naj­wy­raź­niej masz dobry gust. - Śmieje się krótko, prze­cze­su­jąc dło­nią włosy. - Uhm, tak. Cóż, powin­nam już iść.

- Dla­czego nie zosta­niesz na śnia­da­nie? - pyta Seb. - Wiem, że jest wcze­śnie, ale mogę pójść po kawę, pod­czas gdy ty i Cooper będzie­cie wymie­niać się histo­riami o tatu­ażach.

Spo­gląda na mnie, ale nie­stety bez cie­nia cie­pła na twa­rzy.

- Wybacz, ale nie anga­żuję się w związki z braćmi. Albo spor­tow­cami, zazwy­czaj. Byłeś zabaw­nym wyjąt­kiem, Seba­stia­nie. - Mija mnie i całuje Seba w poli­czek. - Do zoba­cze­nia, Cal­la­ha­no­wie.

Znika w pokoju Seba. Ten wzru­sza ramio­nami, rzu­ca­jąc mi prze­pra­sza­jące spoj­rze­nie.

- Wybacz. Sta­ra­łem się jak mogłem. - Iry­ta­cja prze­szywa mnie na wskroś.

- Nie potrze­buję, żebyś szu­kał dla mnie pod­rywu.

- To nie było to - mówi. - Myśla­łem, że naprawdę się doga­da­cie.

- Po tym jak ją prze­le­cia­łeś? Dzięki. - Pod­cho­dzę do zlewu i ochla­puję twarz wodą. - I tak nie byłem w nastroju na nie­chlujne resztki po tobie.

- O co cho­dzi? - pyta. - To miła dziew­czyna.

Oddy­cham z ulgą.

- Prze­pra­szam. Po pro­stu byłem taki, kurwa, nie wiem...

Głos Seba jest suchy jak pusty­nia.

- Potrze­bu­jesz się bzyk­nąć?

- Przy­się­gam, Izzy prze­klęła mnie zeszłej wio­sny. Mój pod­ryw nie jest taki sam od czasu wystawy w gale­rii Bex. - Albo moja gra w hokeja. Może moje błędy na lodzie wytrą­cają mnie z rów­no­wagi, jeśli cho­dzi o moje życie sek­su­alne. A może moje nie­ist­nie­jące życie sek­su­alne dopro­wa­dziło do nie­chluj­nej gry. Cokol­wiek to jest, muszę to roz­gryźć, zwłasz­cza że mam szansę zostać kapi­ta­nem dru­żyny. Nawet jeśli zgo­dzę się z żąda­niami tre­nera, jeśli będę grać jak gówno, nie powie­rzy mi dowo­dze­nia dru­żyną. On tylko unosi brew.

- Powiedz mi, że w to nie wie­rzysz.

- Jesteś naj­mniej prze­sąd­nym bejs­bo­li­stą, jakiego kie­dy­kol­wiek spo­tka­łem - mru­czę. - Poroz­ma­wiamy póź­niej; muszę iść poćwi­czyć. - Wygląda, jakby chciał mówić dalej, ale kle­pię go po ramie­niu, zanim wypy­cham go na kory­tarz. - Powiedz Izzy, że życzę jej powo­dze­nia w dzi­siej­szym meczu.

Wycie­ram ręcz­ni­kiem spo­coną twarz, opie­ra­jąc się o ścianę siłowni. Przez cały tre­ning wal­czy­łem o to, by nie roz­lać się po pod­ło­dze. Przy­gnę­bia­jące jest to, że wyglą­dam lepiej niż Evan, który wyko­nał swoje ruty­nowe ćwi­cze­nia z ener­gią zom­bie. Kiedy zoba­czył mnie wcze­śniej, pró­bo­wał prze­pro­sić, ale to nie jego wina, że ude­rzy­łem tego faceta. Tre­ner ma rację, powi­nie­nem był po pro­stu wywrzeć na nim pre­sję w następ­nym meczu, spró­bo­wać zmu­sić go do popeł­nie­nia błędu na lodzie, zamiast ata­ko­wać go bez­po­śred­nio. W hokeju są spo­soby na prze­ka­za­nie jasnej wia­do­mo­ści, które nie wyma­gają uży­cia pię­ści, ale nie mogłem sobie przy­po­mnieć żad­nego z nich. Może nie chcia­łem. Pozwo­le­nie, by mój tem­pe­ra­ment prze­ro­dził się w prze­moc, wyda­wało mi się wtedy świet­nym pomy­słem. Zatrzy­muję muzykę i prze­cho­dzę przez siłow­nię. Wła­śnie siada do wyci­ska­nia na ławce, ale potrze­buje kogoś, kto będzie go ase­ku­ro­wał.

- Hej, Evan. - Wyciąga jedną ze swo­ich słu­cha­wek.

- Hej.

- Potrze­bu­jesz pomocy?

Jego głos jest gruby, gdy odpo­wiada.

- Tak, dzięki.

Usta­wiam się w odpo­wied­niej pozy­cji, obser­wu­jąc, jak dosto­so­wuje cię­żar, zanim kła­dzie się na ple­cach i mocno sta­wia stopy na pod­ło­dze. Jest tro­chę za niski jak na obrońcę, więc pró­buje nabrać masy. Jeste­śmy parą obroń­ców od naszego pierw­szego wspól­nego sezonu. On zasłu­guje na to, by hokej był dla niego rado­sną roz­rywką, a nie cię­żarem. Chrzą­kam po kilku powtó­rze­niach.

- Słu­chaj, stary. Nie musisz się mar­twić tym, co się wczo­raj stało. Zasłu­ży­łem na to. - Jego brą­zowe oczy zacho­dzą łzami. Kurwa. Jego matka cho­ro­wała tak długo, jak go znam, ale wiem, że to tylko pogar­sza sprawę. - Przy­naj­mniej nie zosta­łeś zawie­szony. - Biorę od niego sztangę, a on odpo­czywa przez kilka ude­rzeń serca, wycie­ra­jąc pot z twa­rzy. - Ten koleś to dupek. Potrze­bo­wał kogoś, kto go uci­szy.

Wstaje, roz­gląda się, po czym pod­cho­dzi bli­żej.

- Jean powie­dział, że tre­ner chce cię mia­no­wać kapi­ta­nem, ale ostatni wie­czór mógł to spie­przyć.

Przy­gry­zam wewnętrzną stronę policzka.

- Pró­buję zna­leźć spo­sób, żeby to roz­wią­zać.

- Wiesz, że Bran­don też tego chce.

- Tak, cóż, Bran­don nie jest lide­rem. Tre­ner to zauważy.

Evan wraca na swoje miej­sce.

- Jest senio­rem.

Spo­glą­dam na salę, gdzie Bran­don i kilku innych senio­rów z dru­żyny stoją i roz­ma­wiają. Bran­don jest dobrym hoke­istą, ale nie wybit­nym. Jest powód, dla któ­rego nie zgło­sił się do dra­ftu i dla­czego jego plany po ukoń­cze­niu stu­diów obej­mują pracę w fir­mie inwe­sty­cyj­nej ojca, zamiast kon­ty­nu­owa­nia gry w hokeja. To nie jest zawód dla każ­dego, ale to jest to, czego ja chcę. Od małego marzy­łem tylko o grze w NHL. Być czę­ścią rzad­kiego brac­twa, bez względu na to, w jakiej dru­ży­nie gram. Chcę czuć pęd gry tak długo, jak pozwoli mi na to moje ciało. On nie powi­nien być kapi­ta­nem. Ja powi­nienem. Jestem uta­len­to­wany, chło­paki mnie słu­chają, a ja haruję jak wół, by sta­wać się lep­szym z każ­dym meczem. Zmu­szam się do sku­pie­nia uwagi na Eva­nie, na wypa­dek gdyby sztanga wyśli­zgnę­łaby się z jego dłoni, moje myśli podą­żają w milio­nach róż­nych kie­run­ków. To iro­nia losu, ponie­waż utrata zim­nej krwi na lodo­wi­sku dopro­wa­dziła do tego bała­ganu, ale chciał­bym, aby mieć siłę i wyostrzyć moje sku­pie­nie i uwol­nić część pre­sji, któ­rej nie mogę pozbyć się z klatki pier­sio­wej. Tre­ning nie pomógł; może powi­nienem pójść pobie­gać. To, co naprawdę chciał­bym zro­bić, to zna­leźć laskę. Nic nie oczysz­cza mojej głowy szyb­ciej niż ładna dziew­czyna owi­ja­jąca dłoń - a jesz­cze lepiej usta - wokół mojego kutasa.

- Tak, cóż, usta­li­łem coś z tre­ne­rem - mówię. - Popra­cuję dla niego jako wolon­ta­riusz, aby udo­wod­nić, że jestem gotowy do bycia kapi­ta­nem.

- To świet­nie.

- Tak.

Nie zawra­cam sobie głowy wyja­śnia­niem, że to w zasa­dzie chwa­lebna opieka nad dziećmi. Kiedy Evan koń­czy, spraw­dzam tele­fon. Jest nie­ode­brane połą­cze­nie wideo od mojego ojca, więc oddzwa­niam do niego, wymy­ka­jąc się z siłowni na kory­tarz. Kiedy odbiera, jego twarz jest tak czer­wona jak moja. Prze­suwa przed­ra­mie­niem po twa­rzy, odsu­wa­jąc ciemne, srebrne włosy przy­kle­jone do czoła. Nawet w ekra­nie tele­fonu widzę kolor jego oczu. Czy­sty błę­kit, taki sam odcień jak mój i mojego rodzeń­stwa, poza Seba­stia­nem. Nie cie­szę się, widząc je zachmu­rzone z roz­cza­ro­wa­nia, ale nie­ważne. Przy­wy­kłem do tego. Jeśli dzwoni, to wie, co się wczo­raj wyda­rzyło.

- Co tam? - pyta.

- Gdzie jesteś?

- U Jamesa. Bex potrze­bo­wała pomocy w stu­diu, a on jest już w Lon­dy­nie na meczu z Saints. Cie­szę się, że kiedy gra­łem, nie mie­li­śmy meczów na innych kon­ty­nen­tach.

- Jecha­łeś aż do Fila­del­fii?

- Hej, Coop! - sły­szę Bex w tle.

- Twoja mama też przy­je­chała, ale się z nią miną­łeś. Wybie­gła po śnia­da­nie. Wszystko w porządku, synu? - Opie­ram się chęci potrzą­śnię­cia głową. Zeszłej wio­sny tata nawet nie chciał, żeby James i Bex byli razem. Teraz naj­wy­raź­niej kocha ją na tyle, by pomóc jej zało­żyć stu­dio foto­gra­ficzne. Oczy­wi­ście. Nawet gdy James nawala, tata ni­gdy długo się nie gniewa. James prze­grał swój mecz o mistrzo­stwo dla Bex, a teraz on i mama już nazy­wają ją swoją synową, mimo że dopiero się zarę­czyli i jesz­cze nie pla­nują ślubu.

- Dobrze. - Chrzą­kam, odpy­cha­jąc od sie­bie falę emo­cji. - Mia­łem wczo­raj mecz towa­rzy­ski.

Tata siada w czymś, co wygląda jak fotel, wzdy­cha­jąc.

- Zawie­sili cię na następny mecz?

Mia­łem rację, on o tym wie. Nie jestem pewien, skąd, ale zawsze wie o moich wpad­kach, zanim zdążę mu o nich powie­dzieć.

- Zasłu­żył na to, pro­szę pana. Bro­ni­łem kolegi z dru­żyny.

On tylko unosi brew, pozo­sta­wia­jąc mnie albo z nie­zręczną ciszą, albo z papla­niną o szcze­gó­łach. Posta­na­wiam wytrzy­mać ciszę, cze­ka­jąc, aż on pierw­szy ją prze­rwie. Nie zga­dza się z zasadą NCAA o zaka­zie walki, ale to nie zna­czy, że nie jest wku­rzony, że spie­przy­łem w ten sam spo­sób dwa razy. Według Richarda Cal­la­hana błąd można popeł­nić raz, a powtó­rze­nie tego samego jest głu­potą.

- Szkoda - mówi w końcu. Nie jest zły, tylko zre­zy­gno­wany. Jakby nawet ta roz­mowa była cię­ża­rem, któ­rego nie chce dalej dźwi­gać. - Dru­żyna będzie cier­pieć bez cie­bie na lodzie.

- Tre­ner zdo­łał mnie zakwa­li­fi­ko­wać na otwar­cie sezonu. - Prze­cią­gam zębami po dol­nej war­dze. - Ale zmu­sza mnie do spraw zwią­za­nych z wolon­ta­ria­tem. Uważa, że to pomoże mi się sku­pić.

Ojciec unosi brew.

- Zawsze podzi­wia­łem tre­nera Rydera.

Spusz­czam wzrok na pod­łogę, pocie­ra­jąc czub­kiem buta ślad po zadra­pa­niu.

- Powie­dział, że jeśli posprzą­tam po sobie i wrócę do dobrej gry... może mia­nuje mnie kapi­ta­nem. - Pod­no­szę głowę na ostat­nią część; nic na to nie pora­dzę. Nie wiem, czego się spo­dzie­wam. Gra­tu­la­cji? Dumy? Zachwy­tów, jak­bym był cho­ler­nym gol­den retrie­ve­rem?

Zamiast tego marsz­czy brwi.

- Inte­re­su­jące. - Wzdy­cha ponow­nie. - Nie mogę powie­dzieć, że jestem zasko­czony, że to się powtó­rzyło, Cooper. To nie pierw­szy raz, kiedy dajesz się ponieść tem­pe­ra­men­towi. Zawsze zasta­na­wia­łem się, czy hokej wydo­bywa z cie­bie to, co naj­gor­sze.

- Mówi to czło­wiek, który zawo­dowo upra­wiał bru­talny sport. - Mój głos wyostrza się jak szpi­ku­lec do lodu, gdy zalewa mnie fru­stra­cja. - To nie hokej. Nie jestem...

- Pro­szę - prze­rywa, jego głos jest rów­nie ostry. Powi­nie­nem się roz­łą­czyć, wiem, że powi­nie­nem, ale nie mogę się do tego zmu­sić. Nie ocze­kuję od niego prze­pro­sin, ale może poczuje się tro­chę źle i będę mógł to zoba­czyć w jego oczach.

- Co masz robić? - pyta w końcu. - Jako wolon­ta­riusz.

- Uczyć dzieci jazdy na łyż­wach.

- To nie brzmi źle. Ile mają lat?

- Sie­dem? Osiem? Nawet nie wiem.

- Byłeś kie­dyś w tym wieku i uczy­łeś się, jak radzić sobie na lodzie.

Cze­kam, aż roz­wi­nie myśl, ale oczy­wi­ście tego nie robi. Nie lubi zbyt­nio roz­ma­wiać o wujku Blake'u, nawet od nie­chce­nia. Wujek Blake może być młod­szym bra­tem mojego ojca i tym, który zapo­znał mnie z hoke­jem, ale ponie­waż przez lata poja­wiał się i zni­kał z naszego życia, zma­ga­jąc się z uza­leż­nie­niem, tata trzyma go na dystans. To gów­niane, ale kłót­nie z nim pro­wa­dzą doni­kąd.

Noo.

- Wydaje się, że to dobra rzecz. Może dzięki temu nauczysz się cier­pli­wo­ści.

- Jestem pewien, że taki jest plan tre­nera.

Zaska­kuje mnie śmie­chem.

- Nie musisz się tak tym przej­mo­wać. On jest po pro­stu dobrym tre­ne­rem.

- Tak sądzę.

- Wiesz, jak do tego doszło i musisz sobie z tym pora­dzić.

Z tru­dem powstrzy­muję się przed powie­dze­niem mu, że jeśli roz­ma­wiał z Jame­sem, to przy­naj­mniej sta­rał się być pomocny. Zawiózł go do McKee po wszyst­kim, co wyda­rzyło się w LSU4.

- Wiem o tym.

- Daj mi znać, jak poszło. Na­dal pla­nu­jemy przy­je­chać na mecz z UMass5.

- Mam nadzieję, że ten, któ­rego jeste­śmy gospo­da­rzami.

- Oczy­wi­ście.

Sły­szę otwie­rane i zamy­kane drzwi. Moja mama praw­do­po­dob­nie wró­ciła ze śnia­da­niem.

- Muszę lecieć, ale uwa­żaj na swój nos, synu.

Roz­łą­cza się, zanim zdążę się poże­gnać. Nie spo­dzie­wa­łem się niczego innego po tej roz­mo­wie, ale i tak serce wali mi w piersi, jak­bym upu­ścił je na ruchome pia­ski. Wsu­wam tele­fon do kie­szeni, prze­cią­ga­jąc dło­nią po twa­rzy. Nie cho­dzi o to, że chcia­łem, aby wycią­gnął mnie z wolon­ta­riatu lub ocze­ki­wa­łem, że będzie świę­to­wał moją utratę pano­wa­nia nad sobą, ale jego wspar­cie w czymś byłoby miłe. Może do czasu meczu z UMass zoba­czy C na mojej koszulce. To byłby dowód mojego zaan­ga­żo­wa­nia w sport, któ­rego nie mógłby zigno­ro­wać. Dowód na to, że nawet jeśli chciałby, abym kon­ty­nu­ował rodzinne dzie­dzic­two jak James, zamiast podą­żać śla­dami brata, któ­rego porzu­cił dawno temu, buduję przy­szłość, któ­rej chcę dla sie­bie.

Rozdział 6

6

PENNY

- I pamię­taj­cie, że wasz egza­min odbę­dzie się w przy­szłą środę - mówi moja pro­fe­sor che­mii, wycie­ra­jąc tablicę. - Mam nadzieję, że wielu z was poprawi się w sto­sunku do ostat­niego egza­minu.

Wrzu­cam książki do mojej mate­ria­ło­wej torby i prze­wie­szam ją przez ramię, ukry­wa­jąc minę za sza­li­kiem. Słowa nie są w sta­nie wyra­zić tego, jak mało zależy mi na tych zaję­ciach. To ledwo ma sens, mimo że cho­dzę na wszyst­kie kore­pe­ty­cje ofe­ro­wane przez asy­sten­tów nauczy­cieli, a egza­miny są bru­talne. Wola­ła­bym wyry­wać sobie paznok­cie, niż sie­dzieć nad kolej­nym egza­mi­nem skła­da­ją­cym się ze stu pytań, wie­dząc, że wynik będzie taki sam, bez względu na to, jak dużo będę się uczyć. Tata odpy­tał mnie z mikro­bio­lo­gii, ale z che­mii idzie mi jesz­cze gorzej. Może jeśli obleję wszystko w tym seme­strze, będzie to dla niego wystar­cza­jący sygnał, że nie dam rady. Pró­bo­wa­łam, bo tego dla mnie chce - nawet jeśli trzyma się na wpół ufor­mo­wa­nego marze­nia, które mia­łam, gdy snu­łam szes­na­ście lat, pró­bu­jąc nadać sens upad­kowi mojej kariery w łyż­wiar­stwie figu­ro­wym - ale jeśli nie mogę ukoń­czyć stu­diów licen­cjac­kich na kie­run­kach ści­słych, to jak, u licha, będę w sta­nie robić to w pracy? Wycho­dzę z budynku, mocno zaci­ska­jąc sza­lik wokół szyi. Liście chrzęsz­czą pod moimi butami do kostek, gdy wra­cam do cen­trum kam­pusu. Na kam­pu­sie jest tak wiele wznie­sień - chory pro­jekt, jeśli o mnie cho­dzi - że zanim docie­ram do cen­trum stu­denc­kiego, boli mnie kolano. Się­gam w dół, pocie­ra­jąc je przez dżinsy, czu­jąc gładką bli­znę po ope­ra­cji. Jak każdy łyż­wiarz figu­rowy, mia­łam sporo kon­tu­zji, ale moja ostat­nia, kolano, ni­gdy nie zago­iła się tak dobrze, jak leka­rze mieli nadzieję. Kiedy jest tak zimno, powie­trze prze­nika przez moje ubra­nia, a to powo­duje, że moje ciało staje się jesz­cze sztyw­niej­sze.

Zauwa­żam Mię cze­ka­jącą na ławce przed The Pur­ple Ket­tle. Nie jestem pewna, jak to moż­liwe, ale jej czarna, matowa szminka wygląda bar­dzo luzacko. Doda­jąc do tego skó­rzaną kurtkę i wyso­kie buty, nic dziw­nego, że pra­wie każdy facet, który prze­cho­dzi obok, zerka na nią dwa razy. Kiedy mnie widzi, pod­cho­dzi do mnie pospiesz­nie i obej­muje mnie, a nasze zimne policzki sty­kają się ze sobą. Odsuwa się, obser­wu­jąc mój gry­mas twa­rzy. Mia ma dar uda­wa­nia suki, ale ja ni­gdy nie potra­fi­łam ukryć swo­ich emo­cji.

- Jak było na che­mii? - pyta.

- Okrop­nie - jęczę.

Opla­tamy się ramio­nami, wcho­dząc do środka. Biorę głę­boki oddech, roz­ko­szu­jąc się zapa­chem kawy i cukru.

- Gorzej niż zaata­ko­wa­nie współ­lo­ka­torki zabawką ero­tyczną? - pyta. Dziew­czyna przed nami odwraca się, uno­sząc brwi. Pró­bu­jemy powstrzy­mać śmiech, ale i tak się poja­wia. Przy­naj­mniej Mia nie jest aż tak wście­kła z powodu lata­ją­cego dildo. Zeszłej nocy prze­glą­da­ły­śmy Tin­dera w poszu­ki­wa­niu poten­cjal­nych ran­dek, a kiedy natknę­ły­śmy się na faceta o imie­niu Igor, śmiała się tak mocno, że zsu­nęła się z mojego łóżka.

- Tak. O wiele gorzej. - Grze­bię w tor­bie w poszu­ki­wa­niu port­fela. - Pocze­kaj, ja zapłacę. Przy­naj­mniej tyle mogę zro­bić po wczo­raj­szej trau­mie. - Prze­su­wamy się do przodu w kolejce.

- Sko­rzy­stamy z mojej zniżki pra­cow­ni­czej - mówi. - Ale zama­wiam ogromne kar­me­lowe mac­chiato. Przy­go­tuj się.

- Ni­gdy nie zgad­niesz, co robi mój tata. - Zer­kam na ladę, aby zoba­czyć, jakie mają wypieki. Wygląda na to, że jest cia­sto kawowe, moje ulu­bione. Przy­naj­mniej jedna rzecz idzie dziś po mojej myśli. - Chcesz podzie­lić się cia­stem kawo­wym?

- Zawsze. I co?

Spo­glą­dam na menu wiszące na ścia­nie, cho­ciaż już wiem, że zamó­wię dyniowy chai. To jedyna rzecz, która sprawi, że moje nudne zaję­cia z przed­mio­tów ści­słych będą zno­śne.

- Wysyła kogoś na wolon­ta­riat na jedne z moich zajęć.

- Kogo? - Dziew­czyna przed nami koń­czy pła­cić i odcho­dzi na bok, by pocze­kać na swój napój, więc skła­dam zamó­wie­nie, dorzu­ca­jąc kanapkę do podziału; w końcu to lunch. Kiedy wcze­śniej się umó­wi­ły­śmy, mia­ły­śmy nadzieję, że uda nam się tro­chę pouczyć przed pracą. Mia macha do swo­ich współ­pra­cow­ni­ków, gdy zaj­mu­jemy sto­lik przy oknie i każda z nas siada, wycią­ga­jąc notesy i lap­topy. Odła­muję kawa­łek cia­sta i delek­tuję się nim, zanim wygod­nie się oprę. Przy­się­gam, nie da się wypo­wie­dzieć imie­nia tego faceta bez co naj­mniej trzech dziew­czyn patrzą­cych w górę, na wypa­dek, gdyby samo powie­dze­nie go na głos było jakimś zaklę­ciem, które go przy­woła. Rozu­miem, jest przy­stojny, ale wielu hoke­istów takich jest. Wielu z nich jest też palan­tami, ale to nie powstrzy­muje zain­te­re­so­wa­nia ze strony dziew­czyn, które chcia­łyby zoba­czyć, czy ktoś taki jak Cooper pora­dzi sobie z nimi rów­nie dobrze jak z kijem hoke­jo­wym.

- Coopera Cal­la­hana.

Dziew­czyna przy sto­liku obok patrzy na nas przez pół sekundy, po czym wbija wzrok z powro­tem w tele­fon. Typowe. Mia unosi brew.

- Dla­czego?

- Sądzi, że wolon­ta­riat pomoże mu wró­cić na wła­ściwe tory. Nie wiem. Jestem pewna, że nie chce tego robić, a już na pewno nie ze mną. - Sły­szę swoje imię, więc wyska­kuję po nasze napoje. Wdy­cham zapach dynio­wej dobroci uno­szący się z mojego chai, biorę łyk i wra­cam do naszego małego kącika przy oknie. Kiedy sta­wiam napoje i panini na stole, Mia ma wyraz twa­rzy, który spra­wia, że czuję ciarki na karku. Ta jej intry­gu­jąca twarz. Zazwy­czaj jej plany doty­czą osoby, na któ­rej aktu­al­nie jej zależy, ale ona nie lubi face­tów takich jak Cooper bar­dziej niż ja, więc wąt­pię, by potrze­bo­wała mnie, by się przed­sta­wić. Co ozna­cza, że... myśli o czymś zwią­za­nym ze mną.

- Mia... - zaczy­nam.

- Penny - mówi spo­koj­nie, bio­rąc łyk kawy. - To dosko­nała oka­zja.

- Słu­chać, jak jeden z aro­ganc­kich gra­czy mojego ojca tłu­ma­czy mi jazdę na łyż­wach?

Ona tylko się uśmie­cha.

- Wszech­świat daje ci pre­zent. Mówi ci, żebyś chwy­ciła kutasa, jeśli chcesz. - Krztu­szę się kolej­nym łykiem chai.

- Nie ma mowy.

- To jest ide­alne! On nie wcho­dzi w związki, a ty potrze­bu­jesz kogoś, kto zagwa­ran­tuje ci dobrą zabawę. Jego repu­ta­cja w tym wzglę­dzie jest wyśmie­nita.

Rumie­nię się, wypeł­nia­jąc usta gorą­cym panini, zamiast odpo­wie­dzieć. Roz­to­piony ser pali mnie w język, ale zmu­szam się do prze­łknię­cia. Wszystko, aby nie myśleć zbyt inten­syw­nie o dobrej repu­ta­cji Coopera Cal­la­hana. I chwy­ce­nia jego, yyy, kutasa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki