Wstęp do wspomnień i post scriptum
Jan Lityński umarł 21 lutego 2021 roku nagle, w lodowatej wodzie, ratując kochanego psa, który tonął. Taki był - swoje dobro podporządkowywał dobru innych, gotów nieść im pomoc, stawać za nimi, narażać się. Szedł na pomoc kolegom, robotnikom, prześladowanym, by sprzeciwić się złu, by świat uczynić choć trochę lepszym.
O swojej drodze życia opowiedział we wspomnieniach, nad którymi pracował sumiennie przez kilka ostatnich lat. Opowiedział dzieje swojej aktywności publicznej, ale też opowiedział o sobie, o swoim dorastaniu, szkole, kolegach i ich rodzicach, o fascynacjach wieku młodzieńczego i czasu dorosłości. Czytając wspomnienia Lityńskiego, oglądamy wraz z nim centrum Warszawy lat 50., poznajemy obyczaje i przygody uczniów, a od pewnego momentu - z perspektywy dziesięciolatka - wielkie wydarzenia, które zmieniały Polskę, przede wszystkim rok 1956.
Aktywność publiczną - choć gdy mowa o szesnastolatku, brzmi to dziwnie - rozpoczął Janek w Klubie Poszukiwaczy Sprzeczności w 1962 roku. Tam spotkał przyjaciół, z którymi potem przez wiele lat współdziałał, w tym Adama Michnika, Seweryna Blumsztajna, Józefa Blassa. Jak większość członków tego klubu, pochodził z domu o radykalnie lewicowej przeszłości. Dziadek jeszcze przed I wojną światową działał w PPS. Ojciec, w okresie międzywojennym związany z KPP1, umarł krótko po wojnie. Mama, także z komunistyczną przeszłością, wychowała Janka i towarzyszyła mu w jego trudnych wyborach i niełatwym życiu aż do końca. O tych korzeniach i związanych z tym dylematach, odmienności tradycji - oznaczającej też inne kryteria oceniania otaczającej rzeczywistości - Jan Lityński opowiada ciekawie, zwracając uwagę na niuanse. Ale już w pierwszej próbie wspomnień z tego okresu, którą podjął jeszcze przed 1989 rokiem pisał:
Pochodziliśmy przeważnie z rodzin o przedwojennych komunistycznych tradycjach i od dzieciństwa mieliśmy wpojone, że żyjemy w ustroju najlepszym z możliwych. [...] Od początku szkoły średniej, kiedy już myślałem świadomie, wszystko, co się tutaj działo, nie podobało mi się. Nie dlatego, że jest komunistyczne, ale dlatego, że właśnie nie jest, nie spełnia założeń, o których uczyliśmy się w domu i w szkole2.
Na czym dokładniej ten szok poznawczy polegał, jakimi torami kształtował się bunt, Lityński opowiada w swoich wspomnieniach.
Od 1963 roku studiował na Uniwersytecie Warszawskim, na Wydziale Matematyczno-Fizycznym, podczas gdy wielu jego przyjaciół ze szkół średnich, poznanych w Klubie Poszukiwaczy Sprzeczności, studiowało historię, filozofię, socjologię i ekonomię. Ponad profesjonalnymi zainteresowaniami łączyła ich postawa ideowa wobec radykalnych tradycji, uznanie potrzeby sprzeciwiania się niesprawiedliwości, wzajemna solidarność, żywe zainteresowania polityką, ideologią, historią. Łączyło ich też uznanie wychowawcy Jacka Kuronia i jego przyjaciela, historyka Karola Modzelewskiego za ludzi bliskich, przyjaciół i autorytety zarazem. W 1965 roku Jacek i Karol zostali uwięzieni i skazani za opisanie istoty ustroju, odarcie jego mechanizmu z ideologicznych zasłon, propagandowych pozorów i zaklęć. Mimo to mieli nadzieję, że odwołanie się do wartości pierwotnych - rządów robotniczych jest możliwe. Ich obrona - przypominanie przy różnych okazjach, że są w więzieniu - złączyła tę grupę młodzieży i skazała na konfrontację z policją polityczną i monopolistyczną partią. Zarazem propozycja ideowa Kuronia i Modzelewskiego budziła i fascynację, i krytykę, gdyż zmuszała do rozważania, czy jest możliwe zbudowanie dla jednej klasy ustroju, który nie byłby dyktaturą. W tym kręgu dwudziestolatków Janek był jednym z najważniejszych - inteligentny i sprawny organizacyjnie. Na początku 1967 roku należał do inicjatorów i organizatorów akcji zbierania podpisów pod listem w obronie zagrożonego wyrzuceniem ze studiów Adama Michnika. Zebrano ponad tysiąc podpisów, co było liczbą oszałamiającą, przekraczającą wyobrażenia. Rok później przyszła sprawa Dziadów, z ostatnim przedstawieniem 30 stycznia 1968 roku, po nim demonstracja pod pomnikiem Mickiewicza. Janek był jednym z demonstrujących. Został zatrzymany, skazany na karę grzywny, objęty postępowaniem dyscyplinarnym, należał jednak do organizatorów listu protestacyjnego studentów przeciw zdjęciu Dziadów ze sceny Teatru Narodowego. Koordynował akcję zbierania podpisów na różnych wydziałach. Zebrano ich ponad trzy tysiące. Nadszedł 8 marca 1968 roku i na dziedzińcu uniwersytetu wiec, który rozpoczął studenckie wystąpienia. Janka na nim nie było, gdyż rano wraz z Sewkiem Blumsztajnem został zatrzymany i osadzony w areszcie. Zwolniony jednak, powrócił na uniwersytet, próbował nadal działać, ale 12 marca został aresztowany już na dłużej. W ciężkim marcowym śledztwie milczał, był odporny na kuszenie i podpuszczanie przez oficerów śledczych. Sądzony w grudniu 1968 roku razem z Blumsztajnem otrzymał wyrok dwa i pół roku więzienia.
Historię swego zaangażowania w Marzec '68 i doświadczenia więzienne opisał we wspomnieniach. Jest to świadectwo wyjątkowe, żadna bowiem z najaktywniejszych w tym czasie osób nie napisała wspomnień, choć o tych sprawach i latach mamy świadectwa Adama Michnika, przede wszystkim w zapisie rozmowy z księdzem Józefem Tischnerem i Jackiem Żakowskim, oraz Barbary Toruńczyk w obszernym eseju Opowieści o pokoleniu 19683. Świadectwo Lityńskiego wyróżnia się nie tylko osobistą perspektywą, ale także włączeniem w opowieść czasu uwięzienia i charakterystyki ludzi, z którymi dzielił więzienną celę. Nasuwa się tu porównanie ze wspomnieniami Jacka Kuronia Wiara i wina. Do i od komunizmu4 oraz Karola Modzelewskiego Zajeździmy kobyłę historii5. Lityński nie siedział w więzieniu aż prawie sześć lat, jak Kuroń i Modzelewski, ale ich bystrość obserwacji i refleksyjność jest porównywalna.
Rok 1968 był datą graniczną. Nie tylko dlatego, że młodzieńczość kontestującej młodzieży, nie całkiem świadomej, jakie represje ją mogą spotkać, oddzielała ją od dorosłości, w tym rozumienia natury "systemu". Także, a może przede wszystkim dlatego, że w 1968 roku system objawił brak skrupułów, lekceważenie fundamentów lewicowej tradycji, podkreślającej równość ludzi niezależnie od rasy, wierzeń, pochodzenia, i sięgał do tradycji bliskich faszyzmowi, by zbudować zaplecze dyktatury opartej na nawiązaniu do najbardziej odrażających schematów, czerpanych z ludowej ksenofobii, antysemityzmu, wrogości do inteligencji. Barbara Toruńczyk pisze:
Marzec naznaczył nas na resztę życia. Nie mam tu na myśli więzienia czy pozbawienia możliwości normalnego życia: studiów, pracy zawodowej, zarobkowania itd. Mam na myśli doznanie innego rzędu: to na nas eksperymentowano technikę wykluczenia ze społeczności, równocześnie wymazując z jej pamięci silne historyczne tradycje i przywiązania. [...] Ubecka propaganda okazała się chwytliwa. Samopoczucie nas wszystkich zależało od czysto nerwowej odporności na życie w atmosferze uprzedzeń, z którą stykaliśmy się każdego dnia, słuchając wypowiedzi lekarza czy kierowcy taksówki, na bazarze czy w parku. Owszem, nauczyliśmy się niedosłyszeć, niedowidzieć, nie wyciągać wniosków, nie reagować. Albo uciekać od tego w abstrakcyjne rozważania teoretyczne. Albo w gorzkie anegdoty - czarny humor. [...] Aby przedstawić nas opinii publicznej jako wrogów Polski, a następnie pozbawić możliwości normalnego funkcjonowania i należnych praw, nazwano nas zbiorczo Żydami. Podziałało. Ci, co zostali, musieli przeciwstawić temu własną wizję Polski, z której nie zamierzali ani dać się wykluczyć, ani się jej wyrzec6.
Jan Lityński może nie aż tak osobiście zetknął się z takim atakiem i próbą wykluczenia, ale dotyczyło ono jego najbliższych przyjaciół i całego środowiska, z którym ideowo, towarzysko i politycznie był związany. W notatkach SB inwigilującej dawnych "komandosów" był traktowany jako jeden z liderów środowiska, postać podejrzana, objęta rozpracowaniem agenturalnym, pozbawiona prawa wyjazdu za granicę i naturalnie szans zawodowego awansu.
Wyszedł z ciężkiego więzienia w Sztumie w lipcu 1969 roku na mocy amnestii. Pracował jako robotnik, potem technik, a relacja o tych sprawach i wydarzeniach jest rzadką, czy nawet wyjątkową w literaturze wspomnieniowej opowieścią o życiu codziennym w zakładzie pracy i nieracjonalności ekonomicznej, anachronizmie w zarządzaniu i planowaniu. Równolegle żył w kręgu przyjaciół, nadal nazywanych "komandosami". Pomarcowe represje i emigracja wielu kolegów uszczupliły to środowisko, ale go nie rozbiły i nie zniechęciły do aktywności. Jan miał swój udział w przemyceniu na Zachód nagrania ze spotkania Gierka ze strajkującymi robotnikami Szczecina w 1971 roku - i opowiada, jak do tego doszło.
Lityński relacjonuje swój udział w organizowanych przez także niedawno zmarłego Krzysztofa Śliwińskiego spotkaniach "komandosów" z młodzieżą Klubu Inteligencji Katolickiej. Celem było wzajemne poznanie, dyskusja o religii, ale i zaangażowanie społeczne, które może prowadzić do odbudowania więzi społecznych i przeciwstawienia się dyktaturze. Kilka lat później Śliwiński pisał o perspektywie ideowej i moralnej tych spotkań:
Marzec naturalnie nie sprowadza się tylko do kwestii żydowskiej, tyle że właśnie w tym miejscu najlepiej widać, jak bardzo fałszywa była patriotyczna ideologia władzy. Zmuszenie większości ludzi żydowskiego pochodzenia do emigracji było działaniem wymierzonym w polską kulturę, naukę, w wiele innych dziedzin życia, a przecież tego nie mógłby uczynić nikt, kto jest naprawdę patriotą. [...] Marcowy atak wymierzony był w to, co w polskiej kulturze niezależne, różnorodne, krytyczne, co stanowi o jej bogactwie i wielkości. Był próbą stworzenia czegoś, co kulturą polską nigdy naprawdę nie było: tworu jednolitego, ubogiego i sztucznego, udekorowanego w narodowe hasła, nieudolnie przemieszane z marksistowską ideologią. [...] Marzec, który był brutalną i haniebną próbą podzielenia społeczeństwa na robotników, inteligentów, Żydów, nie-Żydów, miał efekt zupełnie inny. Stworzył możliwość odnalezienia się ludziom wychodzącym z zupełnie innych tradycji, zbliżenia aktywnych politycznie środowisk katolickich i tej lewicowej grupy, która odegrała ważną rolę w wydarzeniach na Uniwersytecie. My odkryliśmy wówczas, że musimy zajmować stanowisko, angażować się. Zaczęliśmy też lepiej rozumieć sens rewolucji, walki robotników o sprawiedliwość społeczną. Natomiast środowiska lewicowe otworzyły się na wartości chrześcijańskie, odrzuciły schematy, według których katolicyzm świadczył o ciasnocie myślenia7.
Jedną z płaszczyzn tego spotkania były koła samokształceniowe, służące poznawaniu pluralistycznych tradycji politycznych z czasu, nim komunistyczny walec ich nie zdusił, nie zepchnął w zapomnienie. Lityński dużo czytał o Polskim Stronnictwie Ludowym, sięgał do gazet i broszur. Napisał solidną analizę jego dziejów w latach 1945-1947, pokazując model oporu wobec dyktatury demokratycznego ruchu politycznego, jakim było to Stronnictwo. Jego studium ukaże się na łamach "Krytyki" w 1982 roku, a więc w następnej epoce, której nadejście współtworzył8.
W czerwcu 1976 roku, po nieudanym przeprowadzeniu podwyżki cen, po robotniczym proteście w Radomiu i Ursusie, władze PRL podjęły masową akcję represjonowania robotników. Opozycyjne środowiska inteligenckie w Warszawie wystąpiły z obroną prześladowanych. Lityński był wśród inicjatorów akcji pomocy, a jego relacja uzupełnia tę historię o nowe szczegóły. 23 września 1976 roku powstał Komitet Obrony Robotników, pierwsza od wielu dziesięcioleci inicjatywa obywatelska podjęta bez zezwolenia władz i rozpoczynająca z władzami PRL walkę o praworządność. Obrona robotników przez udzielanie represjonowanym pomocy prawnej, materialnej, rozgłaszanie o łamaniu prawa, represjach, wzywanie do okazywania solidarności z prześladowanymi przez kierowanie do Sejmu listów z apelami o położenie kresu represjom i bezprawiu były istotą działalności KOR-u.
Lityński należał do najważniejszych współpracowników Komitetu. Znajdował się na sporządzonej w MSW liście 14 osób9, u których w październiku 1976 roku planowano przeprowadzenie rewizji, rozpoczynających aresztowania i zdławienie tej organizacji. Najwyższe władze PZPR nie zdecydowały się na takie uderzenie i Komitet przez następne miesiące działał w "szarej strefie" - między tym, co było dozwolone, a tym, co zwalczano za pomocą kodeksu karnego i sankcji prokuratorskich.
Od września 1976 roku Lityński tworzył wraz z Blumsztajnem, potem także z Joanną Szczęsną, redakcję "Biuletynu Informacyjnego", pierwszego niecenzurowanego pisma, wydawanego początkowo w maszynopisie, równolegle z "Komunikatem" KOR. Po rewizji w jego mieszkaniu 4 marca 1977 roku i "zdemaskowaniu" redakcji podpisywał wraz z Blumsztajnem "Biuletyn". Zarazem zaangażował się w próbę odbudowania ruchu robotniczego. Zaczął od radomskich robotników, ofiar represji, próbując organizować kółka robotnicze, a w nich pracę oświatową, dyskusje, także z przywożonymi z Warszawy gośćmi. Szło trudno, brakowało wspólnego języka, a na spotkania przeniknęli agenci SB. Próba się nie powiodła, choć Janek był ostrożny w osądzaniu, liczył na przełamanie impasu, pozyskanie innych. O tym doświadczeniu także ciekawie opowiada we wspomnieniach. W tych warunkach rodził się pomysł znacznie szerszego oddziaływania za pomocą pisma przeznaczonego dla robotników.
Nim jednak pomysł przybrał konkretny kształt, na początku maja w Krakowie znaleziono zwłoki studenta współpracującego z KOR-em - Stanisława Pyjasa. Odpowiedzią były demonstracje w Krakowie, a reakcją władz uwięzienie najaktywniejszych działaczy KOR-u, w tym Lityńskiego. Władze szykowały proces, ale po kilku tygodniach zapał do wielkiego procesu politycznego o międzynarodowym wydźwięku osłabł. Uchwalono amnestię, zwolniono ostatnich robotników więzionych za Czerwiec '76 i aresztowanych korowców.
O działaniach KOR-u i przełamywaniu kolejnych barier, tworzeniu ruchu, który już będzie działał systematycznie, ale też o towarzyszących temu obawach, dylematach daje Jan Lityński świadectwo ważne, ciekawe, uzupełniające wspomnienia innych: Jacka Kuronia, Jana Józefa Lipskiego czy Anki Kowalskiej.
Po amnestii lipcowej rozpoczął się okres szerokiej aktywności KOR-u, przekształconego we wrześniu w Komitet Samoobrony Społecznej "KOR". Rozwinęły się pisma niecenzurowane, drukowane w piwnicach, "NOWa" powielała maszynopisy książek, ruszyły wykłady dla studentów w prywatnych mieszkaniach. Jan Lityński został członkiem KSS "KOR", a aktywność skupił na środowisku robotniczym i piśmie "Robotnik". Wraz z nim pismo tworzył Henryk Wujec, Wojciech Onyszkiewicz, Helena Łuczywo, Dariusz Kupiecki i kilkoro innych. Celem było docieranie do zakładów pracy z wolnym słowem i poradą, jak bronić codziennych interesów robotniczych, jak skutecznie protestować, strajkować. Historię swoją i "Robotnika" opowiedział Lityński Andrzejowi Paczkowskiemu i mnie w 1981 roku, a po latach została opublikowana w tomie Niepokorni10. Pismo odegrało zasadniczą rolę w zbudowaniu przyczółków niezależnego ruchu robotniczego w niektórych zakładach, a największy wpływ wywarło w Gdańsku, w kręgu tworzonym przez Bogdana Borusewicza. Już jesienią 1977 roku Lityński w artykule Przedstawicielstwa robotnicze11 wzywał do zainicjowania dyskusji, w której pracownicy wyłonią swych reprezentantów, a władze będą musiały uznać ich za partnerów do rozmów. W ten sposób miały powstać przedstawicielstwa robotnicze. Taka była koncepcja KOR, rozwijana zwłaszcza w pismach Jacka Kuronia - budowanie samorządnych i niezależnych od władz przedstawicielstw różnych środowisk i grup społecznych, a tym samym ograniczanie totalnej kontroli partii nad społeczeństwem. A w przyszłości wymuszenie negocjacji. W KSS "KOR" Lityński był jednym z mózgów politycznych, bliski zwłaszcza Kuroniowi i Michnikowi - brał udział w licznych dyskusjach wewnętrznych, kształtowaniu linii całego środowiska, ale skupiał się głównie na "Robotniku".
Chociaż nie tylko. Wszedł do redakcji "Krytyki", pisma tej części KSS "KOR", która uznawała autorytet Kuronia. Uczestniczył w 1978 roku w spotkaniu z opozycjonistami z Czechosłowacji, w tym z Václavem Havlem. O wszystkim tym opowiada we wspomnieniach, dodając do znanych już relacji nowe szczegóły i pokazując klimat tych spotkań, w których radość mieszała się z niepewnością i obawami. Nawiązanie bliskiego kontaktu z przywódcami Karty 77 miało znaczenie symboliczne i praktyczne - oba były ważne. W trudnych stosunkach polsko-czechosłowackich udział Polski w inwazji 1968 roku stanowił poważne i aktualne obciążenie moralne. Deklaracja potępienia tego czynu przez polskich demokratów miała więc znaczenie zasadnicze. Był też i wzgląd praktyczny - stworzenie płaszczyzn współpracy, lepszego wzajemnego zrozumienia demokratów z sąsiednich krajów, udostępniania najważniejszych tekstów, jak na przykład Václava Havla Siła bezsilnych, czytelnikom "Krytyki". Lityński w tych kontaktach z Czechami, także Węgrami, był aktywny i pozostawił tego świadectwa na łamach "Krytyki". Kiedy czescy partnerzy zostali uwięzieni, Polakom pozostało manifestowanie solidarności, zwłaszcza w formie głodówki w kościele Świętego Krzyża w listopadzie 1979 roku.
Oprócz spraw robotniczych, dążenia do wywołania ruchu robotniczego świadomego swych celów, obliczalnego i trwałego, KSS "KOR" widział potrzebę budowania solidarności "dysydentów" także z innych krajów zniewolonych przez ZSRR. Była to droga do przełamywania barier, nieufności, konfliktów narodowych w imię budowania lepszej, demokratycznej przyszłości naszego regionu Europy. Ta potrzeba solidarności leżała u podstaw zaangażowania Lityńskiego w zredagowanie i uchwalenie Posłania do ludzi pracy Europy Wschodniej na I Zjeździe NSZZ "Solidarność" we wrześniu 1981 roku. O swojej kluczowej roli jako redaktora projektu uchwały opowiada we wspomnieniach, wskazując, że dokonał tego wbrew woli Kuronia, Modzelewskiego i Geremka, czyli przywódców, z którymi ściśle współdziałał w innych sprawach. Świadomie podjął ryzyko pójścia wbrew swoim towarzyszom w imię racji moralnych, ideowych, nie licząc się z realizmem praktycznej polityki, której skądinąd był zwolennikiem. Ale wobec kolizji tych wartości wybrał świadectwo. Jesienią 1981 roku Posłanie było postrzegane jako krok radykalny, antyradziecki, zwiększający zagrożenia dla "Solidarności" i Polski, ale stało się ważnym gestem symbolicznym, ułatwiającym ułożenie po 1989 roku stosunków z aspirującymi do niepodległości naszymi południowymi i wschodnimi sąsiadami.
W czasie strajków latem 1980 roku współorganizował sieć informacji o nich, kontaktując się między innymi z Ursusem, Lublinem, Świdnikiem. Zatrzymany przez SB 16 sierpnia, kolejne dni spędził w areszcie, następnie otrzymał sankcję prokuratorską jako oskarżony o przynależność do nielegalnej organizacji. Wiele wskazuje na to, że w kierownictwie PRL uformowała się w tych dniach koncepcja zakładająca, iż trzeba podpisać porozumienie ze strajkującymi wraz ze zgodą na tworzenie niezależnych związków zawodowych ("zrobić krok wstecz"), ale przywódców "sił antysocjalistycznych" należy uwięzić, by nie mogli oddziaływać na ten tworzący się ruch. Te założenia nie mogły być realizowane wobec stanowczego żądania gdańskiego MKS powiązania podpisania porozumienia z uwolnieniem aresztowanych. Lityński był więc jednym z 20 więźniów, którzy zostali uwolnieni zaraz po podpisaniu porozumienia kończącego historyczny strajk.
Od razu zaangażował się w powstającą "Solidarność". W wydanym z datą 2 września 1980 roku "Robotniku" pisano:
Gwarancji nie uzyskamy od władz. Nie chodzi tu o ich obietnice. Społeczeństwo musi się zdobyć na ogromny wysiłek samoorganizacji. Trzeba stworzyć niezależne, autentyczne reprezentacje zawodowe i społeczne (związki zawodowe, reprezentacje chłopów, towarzystwa kulturalne i naukowe itd.). Dzięki nim będzie można się uchronić od tego, co było po Październiku i Grudniu. Tylko one będą się mogły upomnieć o niespełnione obietnice i bronić tego, co zostało zdobyte. Dzięki nim krok po kroku rozszerzać będzie można zakres wolności12.
Lityński bardzo szybko zauważył naturalną w dużym ruchu różnicę poglądów, oczekiwań, dążeń, które w demokratycznej społeczności są nie do uniknięcia. Demokracja polega na nazywaniu różnic i zdolności do ich dyskutowania. Procedury dyskusji, uzgadniania kompromisów są więc konieczne. Związek nie może przyjmować języka władzy, która atakuje "Solidarność" za aspiracje polityczne. "Związek zawodowy nie ma i nie może mieć programu przejęcia władzy - pisał Lityński - natomiast musi mieć swoją politykę społeczną, politykę płac, politykę zatrudnienia"13.
W wywiadzie udzielonym jesienią 1980 roku redakcji "Res Publiki" (redagowanej przez Marcina Króla) Lityński opowiadał się za budowaniem związku jednoznacznie demokratycznego, samorządnego, z aktywnymi komisjami zakładowymi, umiarkowanego w postulatach i formach akcji rewindykacyjnych. Dla "Krytyki" z kolei wraz z Adamem Michnikiem przeprowadził obszerny wywiad dotyczący strajku sierpniowego w Ursusie z jego przywódcami, Zbigniewem Bujakiem i Zbigniewem Janasem14. Szczególną uwagę poświęcił robotnikom Wałbrzycha. Walnie przyczynił się do zorganizowania regionu. Wspomnienia Lityńskiego o Wałbrzychu i tworzącej się "Solidarności", charakterystyka ludzi i sytuacji, z którymi się stykał, należą do najciekawszych świadectw pamiętnikarskich okresu "Solidarności". Pokazują też rolę doradcy, bez którego robotnikom byłoby o wiele trudniej w kontaktach ze stroną przeciwną - dyrektorami, kadrą administracyjną, techniczną, no i Służbą Bezpieczeństwa. Zdolność do prowadzenia sporu, ale i zawierania w pewnych sprawach porozumień, kompromisów, które pozwalały iść naprzód, była istotą działania w ciągu owych 16 miesięcy. Lityński dużo czasu i energii poświęcał pracy doradczej na szczeblu regionalnym, gdzie formowali się przywódcy związkowi i uczyli działania. Był także doradcą regionu "Mazowsze", kierowanego przez Bujaka, podjął się doradzania Komisji Robotniczej Hutników w Nowej Hucie.
Traktowany przez władze jako "siła antysocjalistyczna", "ekstremista", w istocie dążył do umocnienia "Solidarności" jako potężnej organizacji samorządowej, ośrodka ruchu społecznego, który wymusi na monopolistycznej władzy głęboką ewolucję, by działała według zasad demokracji i pluralizmu na rzecz samorządności społecznej i wolności obywateli. W "Robotniku" zamieszczał artykuły poświęcone strategii Związku, w wielu zakładach pracy spotykał się z robotnikami i przekonywał ich do jego celów i zasad działania. W połowie 1981 roku, kiedy nastąpiło załamanie rynku, sklepy świeciły pustkami, brakowało pokrycia na kartki żywnościowe i narastał oddolny gniew, a władze PRL wobec tego były bezradne, "Solidarność" dojrzewała do przekonania, że musi wziąć na siebie odpowiedzialność za przebudowę ustroju gospodarczego. Związek przechodził w drugą fazę rewolucji - od samoorganizacji społeczeństwa poza kontrolą aparatu państwa do wymuszania reformy ustrojowej. Lityński pisał w czerwcu 1981 roku:
Uważam, że w sytuacji, gdy państwo nie pełni roli organizatora życia gospodarczego, zadanie to musi wziąć na siebie społeczeństwo. Kiedy nie ma co liczyć na to, że rząd przeprowadzi reformę gospodarczą - bo wszelkie jego inicjatywy paraliżowane są przez różne grupy wewnątrz aparatu władzy - jedyną drogą jest pozbawienie tego aparatu realnego wpływu na decyzje i ich wykonanie. Reformę należy więc przeprowadzić w taki sam sposób, jak wywalczono prawo do istnienia "Solidarności" - poprzez oddolny ruch społeczny. W ruchu tym będą działały różne grupy, odwołujące się do różnych interesów, walczące o społeczne poparcie. Stanie się to kolejnym krokiem do powstania demokratycznych instytucji w zróżnicowanym społeczeństwie15.
Mimo zainicjowania ruchu samorządowego pod koniec sierpnia sytuacja stała się jeszcze trudniejsza. Lityński, jako prowadzący dyskusję z udziałem Bronisława Geremka, Jacka Kuronia, Ryszarda Bugaja i Jerzego Milewskiego, oceniał, że istnieje możliwość oddolnej i niekontrolowanej radykalizacji, "przekształcenia się tego ruchu w dzikie strajki, zamieszki uliczne". Ruch samorządowy był nadzieją, choć nie wiadomo, jak miałby się wpisywać w istniejący system, ale też był "zbyt słaby, aby przejąć władzę gospodarczą. Zresztą takie przejęcie władzy niesie ze sobą niebezpieczeństwo anarchizacji życia gospodarczego". Rozwiązanie tych problemów w ówczesnych warunkach nie było możliwe, czego dowodził także przebieg tej dyskusji16.
Pod koniec września Lityński wraz z Pawłem Śpiewakiem opublikowali artykuł Między konfrontacją a porozumieniem, który zawierał spójną propozycję drugiej fazy solidarnościowej rewolucji. Stwierdzali bezradność władz, która ujawnia, że "system jest właściwie nieewolucyjny". Samorządność pracownicza była eksperymentem, dotąd nigdzie niesprawdzonym, poza tym niewiele zrobiono, "by przetłumaczyć idee samorządu na język codziennych działań w zakładach pracy". Twierdzili, że jeśli nie przeprowadzi się odpowiednich zmian prawnych i politycznych, nie zreformuje systemu gospodarczego, to samorząd zostanie zniszczony. "Ruch samorządowy nie ma innego wyjścia: musi zmierzać do przejmowania całości władzy gospodarczej". Zakładali, że będzie się to wiązać z wielkimi problemami - bankructwem części zakładów, redukcją zatrudnienia, nierównościami płac dla różnych grup pracowniczych. I będzie to prowadzić do nowych konfliktów i podziałów politycznych. "Dlatego konieczna jest walka o samorząd terytorialny i II Izbę w Sejmie. Tam znajdzie się miejsce na godzenie sprzecznych interesów, tam rozstrzygane będą konflikty między różnymi zakładami pracy, grupami społecznymi i regionami". Tworzenie samorządu terytorialnego miało się więc stać jednym z celów Związku. "Stąd postulat wolnych wyborów do rad narodowych, co przy poszerzeniu ich kompetencji da społeczeństwu możliwość przejmowania władzy w terenie". W przyszłości ruch przemian powinien doprowadzić "do wolnych wyborów do Sejmu. Taka jest logika tego ruchu".
Autorzy zastanawiali się, jaki będzie ciąg dalszy wydarzeń. Nie wykluczając prób rozbicia "Solidarności", przez konfrontacje i fakty dokonane, na które odpowiedzią będą strajki i dalsza destabilizacja, widzieli też możliwość cofnięcia się partii, odejścia od formuły jej kierowniczej roli, powołania rządu koalicyjnego, "w którym znaleźliby się zarówno przedstawiciele Kościoła i "Solidarności", jak i partii komunistycznej. Przerażony perspektywą całkowitej utraty kontroli nad Polską Kreml mógłby uderzyć". Jako możliwość trzecią widzieli dalsze kampanie propagandowe władzy przy braku istotnych reform.
Możliwe nawet, że uda się uzyskać jakieś częściowe porozumienia, zgodę na kompromisowy projekt samorządowy czy drugą Izbę w Sejmie. I wtedy władza mogłaby nawet zacząć zdobywać punkty, bo część odpowiedzialności wzięłoby na siebie społeczeństwo17.
W listopadzie 1981 roku Lityński należał do założycieli Klubów Rzeczypospolitej Samorządnej "Wolność-Sprawiedliwość-Niepodległość", w których skupili się działacze "Solidarności" wyznający wartości demokratycznej lewicy. Kluby miały w przyszłości wystawić kandydatów w wyborach do rad narodowych.
Władze PRL zrealizowały czwarty scenariusz, którego działacze "Solidarności" nie zakładali - rodzaj policyjno-wojskowego zamachu stanu, paraliżującego całe życie społeczne, rozbijającego "Solidarność" i wszystkie posierpniowe inicjatywy społeczne, samorządowe czy wydawnicze. Jan Lityński, jak kilka tysięcy innych osób, został 13 grudnia internowany i osadzony w więzieniu w Białołęce.
Tu kończą się wspomnienia Jana Lityńskiego, pisanie ciągu dalszego przerwała jego nagła śmierć. Dopowiedzmy więc krótko, co działo się później. Już w grudniu 1981 roku ruszyły w MSW przygotowania do przyszłego procesu działaczy KSS "KOR" i przywódców "Solidarności". 3 września 1982 roku Lityński został aresztowany wraz z Jackiem Kuroniem, Adamem Michnikiem i Henrykiem Wujcem. Wszystkich oskarżono o działalność w KSS "KOR", a więc próbę obalenia przemocą ustroju PRL, za co groziło wieloletnie więzienie. Dowody na tę zbrodnię stanowiły wypowiedzi publiczne i artykuły publicystyczne, jak te wyżej cytowane.
Reżim, w jakim przetrzymywano więźniów, był dość surowy, choć zdarzały się "akty humanitarne", jak zwolnienie na parę dni Kuronia po śmierci jego żony. Podobną decyzję podjął też prokurator Kubala, udzielając w czerwcu 1983 roku Lityńskiemu kilkudniowej przepustki w związku ze sprawami rodzinnymi. Więzień jednak z niej nie powrócił, wszedł w podziemie, nawiązał kontakt z redakcją "Tygodnika Mazowsze", a w 1984 roku przystąpił do podziemnego Zarządu Regionu Mazowsze - Regionalnej Komisji Wykonawczej. Jako jej członek bywał także na konspiracyjnych posiedzeniach władz krajowych - Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej. Na początku 1984 roku współtworzył linię TKK w niezwykle trudnej sprawie, a mianowicie stosunku do negocjacji między Kościołem a "Solidarnością" w sprawie dalszego losu więźniów politycznych, w tym kolegów z KSS "KOR" zagrożonych procesem politycznym. Ocenę sytuacji wyraził między innymi w wywiadzie dla tygodnika "Der Spiegel". O swojej aktywności w podziemiu Lityński pokrótce opowiedział mi w 2003 roku. Jest ona podstawą tekstu opublikowanego w aneksie do wspomnień.
W podziemnej "Solidarności" był jednym z najaktywniejszych działaczy i autorem artykułów, w których starał się określić sytuację ruchu i proponować drogi działania. Napisał w 1984 roku na ten temat broszurę Solidarność: problemy, znaki zapytania, próby odpowiedzi. Wydana została przez Bibliotekę Tygodnika Mazowsze, z którym stale współpracował. W 1987 roku opublikował wraz z Pawłem Śpiewakiem broszurę Książę jest nagi. Uwagi o socjotechnice komunizmu. Był współorganizatorem Solidarności Polsko-Czechosłowackiej. Poszukiwany intensywnie przez SB, skutecznie się ukrywał do 1986 roku, kiedy władze postanowiły zrezygnować ze ścigania działaczy opozycji. Wówczas, 30 września 1986 roku, uwolnieni z więzienia Zbigniew Bujak, Konrad Bieliński i Ewa Kulik zwołali konferencję prasową, na którą przybyli też pozostający do tej pory w konspiracji członkowie RKW Wiktor Kulerski i Jan Lityński. W swojej wypowiedzi Lityński wyraził nadzieję na przejście do etapu jawnej działalności komisji zakładowych. Było to zgodne z zasadniczym kierunkiem opozycji - dzień wcześniej Lech Wałęsa utworzył Tymczasową Radę NSZZ "Solidarność" jako jawne kierownictwo nielegalnego Związku. Podobnie jawnie miał działać RKW, do którego jako szósty dołączył Henryk Wujec. Kilka miesięcy później doszli Maciej Jankowski i Maciej Zalewski.
Jan Lityński mógł powrócić do normalnego życia, wznowić kontakty z przyjaciółmi i znajomymi. Mógł też wypowiadać się nie tylko w prasie podziemnej - nadal najważniejszym pismem był "Tygodnik Mazowsze" - ale też czasem w wydawanej i rozpowszechnianej jawnie na przykład "Res Publice" czy "Więzi". Tu trzeba wspomnieć o nieoczywistych drogach ludzi, choćby mamy Janka, Reginy Lityńskiej, w latach 80. pracującej w Klubie Inteligencji Katolickiej w Warszawie, znanej tam powszechnie i lubianej.
Lityński nadal był jednym z istotnych publicystów "Solidarności", jednym z tych, którzy tłumaczyli sytuację polityczną i projektowali działania ruchu. Jesienią 1987 roku pisał, że stan wojenny zakończyła amnestia w 1986 roku, która była "nieśmiałą próbą ogłoszenia przez władze cichego rozejmu". Jak twierdził, "polityka nie polega na trwaniu w oporze i czekaniu na wyśniony moment zwycięstwa, a na działaniu i podejmowaniu za nie ryzyka nie tylko osobistego, lecz i politycznego". Rządzący Polską wyczuwają, że zmiany są konieczne, kryzys ma charakter strukturalny, jednocześnie chcą zachowania tej wadliwej struktury. Katastrofalny stan gospodarki, wody, powietrza, zdrowia ludzi nie pozwala na ucieczkę od odpowiedzialności. Istnieje potrzeba wypracowania przez "Solidarność" programu działań zmuszających władze do podjęcia współpracy ze społeczeństwem.
Dziś droga do zniesienia systemu wiedzie poprzez wysunięcie programu reform i poparcie dla wszystkich - niezależnie od koloru politycznego - którzy te reformy chcą realizować. W tym sensie "S" chce być odpowiedzialna za losy kraju18.
Lityński wraz z 60 innymi doradcami i działaczami "Solidarności" 7 listopada 1987 roku podpisał oświadczenie stanowiące projekt kierunku zmian w systemie rządzenia i życiu publicznym. Jako zasady naczelne wysuwano upodmiotowienie społeczeństwa w stowarzyszeniach i związkach, porozumienia społeczne między władzą a autentycznymi przedstawicielstwami, przywrócenie do legalnego działania "Solidarności", zniesienie nomenklatury stanowisk kierowniczych, przywracanie praworządności19. Od siebie dodawał: "Podstawą reformy jest kompromis ze społeczeństwem, a właśnie "Solidarność" z Lechem Wałęsą jest symbolem umowy społecznej"20.
Powstanie "sześćdziesiątki" oraz projektowanie aktywnych działań, w których władze PRL miały być kontrpartnerem, wywołało sprzeciwy po stronie części związkowców. Zapowiadało bowiem odejście od sztywnego bojkotu władzy oraz poszerzenie zakresu działania i odpowiedzialności, podjęcie ryzyka niepopularnych decyzji. Sceptycyzm wyrażał między innymi Zbigniew Bujak: "Ta ekipa ma antysolidarnościową fobię i sama z siebie zdania nie zmieni. Wobec tego wszelkie dogadywanie się z władzą na poziomie centralnym czy regionalnym jest szkodliwe"21. Odpowiadał mu Lityński: "Polska stoi nieuchronnie przed zmianami, które mają szansę być bardzo głębokie. Bo żyjemy w epoce krachu komunizmu. Sposób, w jaki my zareagujemy na ten rozpad, będzie decydował o kształcie przyszłej Polski"22. Wykluczał rozmowy z władzami przy jednym stole, zamiast tego widział ruchy społeczne naciskające na kształt przyszłych zmian. Przekonywał, że trzeba reagować na zmieniającą się sytuację.
Politycznie jest może wygodniej zostać ostatnim na szańcu. Chodzi jednak nie o to, żeby były szańce, tylko żeby zaczęło się coś dziać. [...] Chodzi o to, żeby przełamać sytuację, w której nic nie możemy zrobić. [...] Ja jestem fundamentalistą w tym sensie, że od lat mówię NIE temu systemowi. Tylko chcę wiedzieć, co mam dziś do powiedzenia po tym NIE. Oczywiście ten system trzeba złamać, ale to my musimy go złamać, nie możemy czekać, aż sam się rozpadnie. Ta cała teoria, że tak będzie, bo system jest niewydolny ekonomicznie, wynika wprost z marksizmu. Czeka nas mozolna walka: przeciw nomenklaturze, przeciw lokalnej biurokracji, przeciw półprzestępczym powiązaniom administracji z miejscowymi grupami interesów. Tej walki nie da się toczyć słowami23.
W kuluarach kierownictwa "Solidarności" kształtowały się w tym czasie dwie koncepcje politycznego zmagania z władzami o zakres i kształt reform. Bronisław Geremek wystąpił z propozycją paktu antykryzysowego, który zakładał powrót do negocjacji podobnych do tych z sierpnia 1980 roku. Zauważał przy tym, że dopóki istnieje polityczny układ pojałtański, nie ma możliwości wolnych wyborów. Jacek Kuroń nie wierzył w jakiś jeden układ z władzami, opowiadał się za ruchem oddolnym, zdecentralizowanym, wymuszającym na władzy ustępstwa i reformy. Lityński podzielał wizję Kuronia.
Sytuacja jednak była dynamiczna, a obawa przed niekontrolowanym wybuchem społecznego niezadowolenia duża. Na początku maja 1988 roku wybuchły strajki w Stoczni Gdańskiej, Nowej Hucie i Stalowej Woli. Na żadne ustępstwa, na żadne negocjacje władze nie były gotowe. W krótkim komentarzu Jacek Kuroń pisał, że nastała sytuacja przypominająca tę z listopada 1981 roku. Powracał zatem do swej koncepcji z tamtego okresu - utworzenia rządu koalicyjnego, mającego poparcie "Solidarności" i innych ugrupowań społecznych, Episkopatu i ekipy dotąd rządzącej.
Ten kryzys jest bowiem kryzysem zaufania do władzy. Reformę może przeprowadzić tylko rząd obdarzony wyjątkowym zaufaniem, takim, które pozwoli mu wezwać do wyrzeczeń24.
Ta deklaracja oznaczała odejście Kuronia od wizji ruchu jedynie oddolnego, była de facto stwierdzeniem, że negocjacje z ludźmi władzy o konkretne rozwiązania instytucjonalne są konieczne.
Lityński był bardziej sceptyczny. Widział słabość majowych strajków, brak po stronie społecznej i determinacji, i programu reform. Władza natomiast, jego zdaniem, nie potrafiła zrozumieć, że podstawowym zadaniem rządu nie może być walka z "Solidarnością", ale odpowiedź na wielkie problemy, przed którymi stoi kraj.
Nie wiemy, jaki będzie rozwój sytuacji. Można zasadnie przypuszczać, że obecne strajki są jedynie preludium do przyszłych wydarzeń. Dlatego trzeba dążyć, by owe wydarzenia mogły znaleźć dla siebie szerszą perspektywę. Już dziś powinny powstawać programy nowego systemu gospodarczego zarówno na szczeblu całego kraju, jak i poszczególnych zakładów. Winny się rodzić programy lokalne koniecznych inwestycji ochrony środowiska. Potrzebni są ludzie zdolni do rządzenia i zyskania społecznego poparcia, którzy podejmą inicjatywę gospodarczą, potrafią modernizować przestarzałe fabryki, organizować, działać, ryzykować. Potrzebny jest też kompromis. Lecz nie może to być kompromis ze zdrowym rozsądkiem. [...] Kompromis musi polegać na określeniu sposobu naszego udziału w Pakcie Warszawskim i RWPG, zakresie suwerenności polskiego rządu. Musi też polegać na negocjacjach spłaty polskiego długu i warunków przyznania Polsce pomocy kredytowej i technologicznej.
Do takich zadań rządząca państwem ekipa nie jest zdolna.
Czyż można od lwa żądać, by nie jadł mięsa, od psa, by nie szczekał, od kreta, by przestał ryć?25
W lipcu 1988 roku Lityński wraz z Bujakiem, Kuroniem, Michnikiem, Romaszewskim i innymi opozycjonistami polskimi wziął udział w spotkaniu z opozycjonistami czechosłowackimi, w tym z Havlem. W przyjętej 9 lipca deklaracji sformowano pięć podstawowych praw człowieka, na rzecz których zobowiązano się działać: (1) prawo do suwerenności; (2) do rozwoju narodowego i religijnego; (3) do systemu prawnego, swobody organizacji, wolności słowa i wolności gospodarczej; (4) prawo do podróżowania; (5) do określenia systemu gospodarczego.
15 sierpnia 1988 roku rozpoczęła się kolejna fala robotniczych strajków. Lityński wyjechał na strajk w kopalni "Manifest Lipcowy" w Jastrzębiu, gdzie też pojawili się Bogdan Lis i Tadeusz Jedynak. O atmosferze tego strajku i swojej w nim roli napisał w "Tygodniku Mazowsze"26. Zastrajkowała także Stocznia Gdańska. Tym razem władze się cofnęły. Generał Kiszczak 31 sierpnia spotkał się z Lechem Wałęsą, by omówić warunki zorganizowania Okrągłego Stołu, którego obrady miały dotyczyć współdziałania we wprowadzaniu reform gospodarczej, społecznej i politycznej.
Akceptując wejście na drogę negocjacji, Lityński, jak wielu innych działaczy, był pełen obaw. Twierdził, że część negocjatorów uważa, że radykalizm "Solidarności" usztywnia władze, sam był zdania, że raczej skłania je do ustępstw. "Trzeba się przygotować na kompromis, ale taki, który nie zniszczy "Solidarności", tylko stworzy warunki do jej odbudowy". Niepodjęcie rozmów oznaczałoby zamrożenie stanu, który musiałby prowadzić do pogłębienia kryzysu. Ale uzyskanie zbyt mało także doprowadziłoby do kryzysu27. W rozmowach przygotowawczych nastąpił impas. Władze nie były gotowe do zasadniczych zmian, w tym do uznania istnienia "Solidarności". Impas przełamała dopiero telewizyjna debata Wałęsy z Miodowiczem, szefem prorządowych związków zawodowych, która odbyła się 30 listopada.
Lityński był 18 grudnia wśród założycieli Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, a następnie uczestniczył w rozmowach Okrągłego Stołu, w podzespole do spraw górnictwa. Był to jednak boczny podzespół Okrągłego Stołu, najważniejsze decyzje podejmował bowiem zespół do spraw reform politycznych, w którym "Solidarność" reprezentowali głównie Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń i Adam Michnik. Lityński nie bywał także w Magdalence, gdzie dyskutowano najtrudniejsze problemy kontraktu. Znalazł się więc poza głównym nurtem politycznym, choć podstolik do spraw górnictwa miał znaczenie, a doświadczenia wyniesione z Wałbrzycha z lat 1980-1981 oraz z niedawnego strajku w Jastrzębiu okazały się przydatne. Dnia 19 lutego na zebraniu NSZZ "Solidarność" Region Mazowsze - pierwszym legalnym i tłumnym od 13 grudnia - bronił rozmów przy Okrągłym Stole, choć opinie delegatów były podzielone. Został też wybrany do nowej Regionalnej Komisji Wykonawczej, w której skład z konspiracyjnego kierownictwa weszli oprócz niego tylko Bujak i od wielu lat skarbnik Mirosław Odorowski. Lityński został rzecznikiem prasowym regionu.
Pod koniec obrad Okrągłego Stołu w jednej z wypowiedzi twierdził:
Sądzę, że "stół" ma szansę zapoczątkowania epoki zmierzającej ku zniesieniu tego systemu, ku wolnym wyborom w Polsce suwerennej i niezawisłej. [...] Ale też warto pamiętać, że "stół" stoi bardzo słabo, bo na rozwalającej się gospodarce.
Zwrócił uwagę na przemiany w ZSRR, których dalszy bieg był zagadką.
Dlatego myślę, że im szybciej ustalenia "stołu" będą wchodzić w życie, im szybciej władza pogodzi się z myślą, iż jest zależna od społeczeństwa, tym większe mamy szanse na sukces. To, co dziś robi "Solidarność", to tworzenie podstaw suwerenności Polski w przyszłości. Im bardziej rozkłada się RWPG, im mocniej narasta w ZSRR konieczność innego ułożenia stosunków w bloku, tym bardziej nasze akcje rosną. I tu widać, jak bardzo problemy "okrągłego stołu" wiążą się z dążeniem do niepodległości. Osiągnięcie rzeczywistej suwerenności jest procesem, łączy się z nim również wypracowanie własnej polityki zagranicznej.
Mówiąc o dalszej ewolucji sytuacji wewnętrznej, zwracał uwagę na to, że z PZPR może się wyłonić zalążek normalnej partii politycznej reprezentującej czyjeś interesy, a nie "wizję uszczęśliwiania świata na swoją modłę".
Proces zmian zależał od "Solidarności".
I właśnie ze związku zawodowego może wyłonić się ruch polityczny, który powinien wyrażać i podsumowywać doświadczenia poprzednich lat. [...] To jest przyszłość. Trzeba wreszcie złamać to polskie nieszczęście występujące poprzez przestarzały sposób myślenia politycznego. Te podziały na socjalistów, chadeków, endeków itp., które były przejawem ideologicznej projekcji na życie kraju. Dziś nowoczesne partie nie kłócą się o ideologię, lecz o konkretne rzeczy28.
Ten pogląd na brak potrzeby odradzania się tradycyjnych, ideologicznych partii politycznych był powszechnie przyjmowany w kręgu Komitetu Obywatelskiego.
Wobec przygotowywanych na 4 czerwca wyborów parlamentarnych do kontraktowego Sejmu oraz wolnych wyborów do Senatu Komitet Obywatelski przekształcił się w wyborczy Komitet Obywatelski "Solidarność" i powołane zostały wojewódzkie i lokalne komitety obywatelskie. Komitet Obywatelski "Solidarność" w Warszawie rozpoczął działalność 19 kwietnia 1989 roku od zebrania na politechnice reprezentantów większości ośrodków opozycyjnych stolicy. Przewodniczącym z rekomendacji RKW "Mazowsze" został Jan Lityński. Ruch przedwyborczy komitetów ogarnął wiele środowisk i dzielnic, do pracy zgłaszali się członkowie "Solidarności" z 1981 roku, osoby wspierające w następnych latach podziemie, młodzież, uczniowie, robotnicy, nauczyciele, lekarze, intelektualiści i artyści. W maju warszawski Komitet Obywatelski "Solidarność" liczył 170 członków, a bieżąca praca opierała się na wolontariuszach. Należało wyłonić kandydatury posłów i senatorów, zorganizować im kampanię, zebrania, wiece, druk i kolportaż materiałów wyborczych, ulotek, plakatów. Centrum akcji mieściło się w kawiarni "Niespodzianka" przy placu Konstytucji w centrum miasta. Należało też zebrać i przeszkolić sześć tysięcy ochotników do pracy w komisjach wyborczych. Lityński kierował tą akcją, w którą w praktyce zaangażowanych było z ogromną energią i poświęceniem wiele osób. Sam kandydował do Sejmu na Dolnym Śląsku z okręgu Świdnica.
4 czerwca przyniósł ogromny sukces, który zmienił Polskę. Komitet Obywatelski "Solidarność" wygrał wybory w całym kraju i obsadził niemal wszystkie ze 161 miejsc, jakie na mocy kontraktu Okrągłego Stołu przypadały mu w Sejmie, oraz prawie wszystkie miejsca w Senacie. W Warszawie przeszli wszyscy kandydaci. W Świdnicy Lityński otrzymał prawie 106 tysięcy głosów (74,5%) i został wybrany na posła. Podjęta w sierpniu przez KKW NSZZ "Solidarność" decyzja o likwidacji komitetów obywatelskich rozproszyła skupionych w nim ludzi, a wraz z likwidacją komitetu w Warszawie Lityński utracił istotną pozycję. Został tym samym także podważony projekt skupienia w ruchu komitetowym różnych środowisk i grup ideowych, otworem natomiast stała droga do tworzenia się różnorodnych partii politycznych.
Lityński był posłem Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, zrzeszającego posłów i senatorów wybranych z list Komitetu Obywatelskiego "Solidarność". Podjął pracę w Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu, której przewodniczył Geremek.
W dramatycznej "wojnie na górze" w roku 1990 opowiedział się po stronie tych, z którymi blisko współdziałał w minionych latach, wraz z nimi pod koniec czerwca ustąpił z Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, a w lipcu należał do organizatorów Ruchu Obywatelskiego Akcja Demokratyczna. Powołanie ROAD było odpowiedzią na uformowanie się prawicy solidarnościowej w Porozumieniu Centrum oraz zdobycie przez tę grupę, wspieraną przez Wałęsę, kontroli nad Komitetem Obywatelskim. W wyborach prezydenckich Lech Wałęsa starł się z premierem Tadeuszem Mazowieckim, popieranym przez ROAD i inne grupy wywodzące się z "Solidarności". Po wyborach, w których prezydentem został Wałęsa, komitety wyborcze Mazowieckiego przekształcono w Unię Demokratyczną. Lityński był w kolejnych kadencjach posłem Unii Demokratycznej, potem - aż do 2001 roku - Unii Wolności. Należał do naczelnych władz UD/UW, słusznie uważano go za jednego z najaktywniejszych i rozumnych działaczy, zdolnego do porozumiewania się i prowadzenia sporów, ale bez agresji i eskalowania podziałów. Traktowany kiedyś jako "radykał z KOR", okazywał się człowiekiem pryncypialnie broniącym swoich poglądów, ale szanującym przeciwnika i zdolnym do szukania kompromisu. W kadencji 1991-1993 był przewodniczącym Komisji Polityki Społecznej Sejmu.
Opisanie jego aktywności w Sejmie wymagałoby osobnych badań, przypomnienia jego wystąpień sejmowych i stanowiska zajmowanego w konkretnych sprawach. Trzeba jednak wspomnieć aktywność w Komisji Polityki Społecznej, której był przewodniczącym. Zarzucano mu niekiedy, że jako jeden z inicjatorów ruchu robotniczego, przez wiele lat zwolennik samorządu robotniczego, poparł reformę Balcerowicza, która uderzyła w miejsca pracy i pozycję społeczną robotników. Lityński jednak nie myślał kategoriami klasowymi, ale ogólnokrajowymi, widział bankructwo peerelowskiego przemysłu, konieczność modernizacji, zaistnienia w Polsce konkurencyjności gospodarczej, był też zdecydowanym zwolennikiem integracji z Unią Europejską i NATO. Uważał, że ci, których zmiany ekonomiczne pozbawiają pracy, powinni otrzymywać pomoc państwa, stąd też ważna była Komisja Polityki Społecznej. Wypowiadał się najczęściej na łamach "Gazety Wyborczej", redagowanej przez Adama Michnika.
Zajmował się także sprawami lustracji, widząc jej potrzebę, co oznaczało spór z wieloma starymi przyjaciółmi, obawiającymi się rozpętania konfliktów wokół rozliczeń z epoką PRL-u. Lityński wierzył, że można proces lustracji przeprowadzić w sposób uporządkowany i uczciwy, poparł zatem projekt ustawy o lustracji, a potem powstanie Instytutu Pamięci Narodowej. Wierzył, że odpowiednie procedury i zasady działania pozwolą na regulowanie tych spraw zgodnie z zasadami prawa, politycznej bezstronności i uznaniem interesów państwa. Uważał, że w przeciwnym wypadku starcia o dekomunizację i lustrację będą eskalować konflikty i rozrywać tkankę demokratycznego państwa. W latach 1998-2001 wchodził do Sejmowej Komisji do Spraw Służb Specjalnych, miał więc wpływ na przyjęte wtedy rozwiązania prawne i organizacyjne. W 1999 roku zaproponował mi, a także Andrzejowi Paczkowskiemu, wejście do Kolegium IPN, które miało wyłonić prezesa i wraz z nim określić w praktyce sposób działania tej instytucji.
Dalsze lata przyniosły niejednoznaczne, a z czasem coraz gorsze efekty transformacji: rosnącą polaryzację polityczną, wrogość między stronnictwami, negatywne zmiany w kulturze politycznej. Dialog i kompromisy były coraz rzadziej praktykowane, coraz mniej cenione, bardziej pożądane było pokonanie przeciwnika, a zwłaszcza wyeliminowanie go z życia publicznego. Janek nigdy nie zaakceptował takiego rozumienia polityki, próbował zachowywać kontakty, także te nieoczywiste. Cenił dawne przyjaźnie z czasów "Solidarności", nigdy nie wystąpił przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu, przeciwnie, utrzymywał z nim osobiste stosunki. Z wieloma innymi, gotowymi do najbrutalniejszych pomówień, negowania zasług, podważania uczciwości dawnych wspólnych prac, było to niemożliwe. Doczekał się tego, że na pogrzebie w kościele św. Karola Boromeusza, gdzie w imieniu Prezydenta RP przyszedł pożegnać zmarłego przeciwnika politycznego, ale więźnia politycznego PRL-u, Józefa Szaniawskiego, przerywano mu buczeniem i gwizdami. Z godnością wypełnił swoją rolę, ale ten incydent pokazywał, do jakiego zdziczenia doprowadzono spór, a potem konflikt polityczny w Polsce. Jako doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego w latach 2010-2015 starał się łagodzić te konflikty, ale było to trudne.
Z niepokojem i smutkiem obserwował to, co dzieje się w Polsce. Także lekceważenie, a nieraz fałszowanie historii ruchu wolnościowego, brak uznania dla wielkości przełomu 1989 roku. Miałem zaszczyt wspólnie z Janem Lityńskim brać udział w programach telewizyjnych, by tłumaczyć potrzebę zachowania miary w ocenianiu Lecha Wałęsy, konieczność bardziej subtelnego postrzegania jego drogi życia i roli odegranej w wielkim sukcesie "Solidarności".
Janka martwiło też narażanie przez postawy i odruchy nacjonalistyczne stosunków z naszymi sąsiadami.
Dramat, jaki rozegrał się nad Narwią, gdzie z powodu epidemii koronawirusa Janek spędził ostatnio wiele miesięcy, przerwał nagle jego życie. Był człowiekiem lewicy, świadomym jej historii, złudzeń, utopii, które prowadziły do nieszczęść, zatem szukającym ocalenia w tej lewicy wartości nadrzędnych w demokratycznym, pluralistycznym społeczeństwie. Był rewolucjonistą, który szybko zrozumiał, że dobre skutki dają tylko rewolucje niedokończone, które pozostawiają dawnym przeciwnikom płaszczyznę wolności i udziału w budowaniu nowego ustroju. Był państwowcem, uznającym nadrzędność państwa i prawa wobec konfliktów, emocji i interesów, bo dobre państwo tworzy ramy wyrażania tych dążeń bez rozbijania wspólnoty, instytucji, pozycji międzynarodowej kraju. Był dobrym człowiekiem, który lubił ludzi, nie atakował bez potrzeby, a jeśli się spierał, to nie odbierał przeciwnikowi godności i prawa do jakiejś części racji. Był człowiekiem kochającym przyjaciół i swoje zwierzęta, braci mniejszych - za jednego z nich oddał życie.
Andrzej Friszke
1 KPP - Komunistyczna Partia Polski.
2 J. Lityński, My z Marca, w: Krajobraz po szoku, red. E. Żylińska, Przedświt, Warszawa 1989, s. 46-47.
3 B. Toruńczyk, Opowieści o pokoleniu 1968 (1), https://www.dwutygodnik.com/artykul/242-opowiesci-o-pokoleniu-1968-1.html [dostęp: 1.01.2021].
4 J. Kuroń, Wiara i wina. Do i od komunizmu, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990.
5 K. Modzelewski, Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2013.
6 B. Toruńczyk, Opowieści o pokoleniu 1968 (1), https://www.dwutygodnik.com/artykul/242-opowiesci-o-pokoleniu-1968-1.html [dostęp 1.01.2021].
7 Marzec 1968, głos K. Śliwińskiego w ankiecie, "Robotnik" 1981, nr 74.
8 J. Lityński, PSL - model oporu, "Krytyka" 1982, nr 10-11. (w 1988 roku praca ta zostanie wydana jako broszura przez podziemne wydawnictwo "Pryzmat").
9 Listę otwierał Jan Józef Lipski.
10 Marzec 1968 w dokumentach MSW, t. 1: Niepokorni, red. F. Dąbrowski, P. Gontarczyk, P. Tomasik, M. Biełaszko, C. Wilanowski et al., "Dokumenty", t. 23, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2008.
11 J. Lityński, Przedstawicielstwa robotnicze, "Robotnik" 1977, nr 5.
12 Jakie mamy gwarancje?, "Robotnik" 1980, nr 61.
13 J. Lityński, Demokracja w Związku czyli o nazywaniu różnic, "Robotnik" 1980, nr 72.
14 "Jak się zaczęło? Ze Zbigniewem Bujakiem i Zbigniewem Janasem rozmawiają Jan Lityński i Adam Michnik, "Krytyka" 1981, nr 8, s. 16-34.
15 J. Lityński, Dyskusja nad programem - czas zacząć się różnić, "Robotnik" 1981, nr 76.
16 W rok po Sierpniu - co dalej?, "Robotnik" 1981, nr 78.
17 J. Lityński, P. Śpiewak, Między konfrontacją a porozumieniem, "Robotnik" 1981, nr 79.
18 J. Lityński, Skończył się czas negacji, "Tygodnik Mazowsze" 1987, nr 224.
19 "Tygodnik Mazowsze" 1987, nr 228.
20 J. Lityński, Dlaczego zabrakło tych paru procent?, "Tygodnik Mazowsze" 1988, nr 230.
21 H. Łuczywo, L. Wujec, O "Solidarności" inaczej - rozmowa ze Zbigniewem Bujakiem i Janem Lityńskim, "Tygodnik Mazowsze" 1988, nr 235.
24 "Tygodnik Mazowsze" 1988, nr 249.
25 J. Lityński, Szanse na wyjście z pata, "Tygodnik Mazowsze" 1988, nr 251.
26 Manifest "sierpniowy", "Tygodnik Mazowsze" 1988, nr 262.
27 J. Klincz (J. Szczęsna), Między nadzieją a zwątpieniem, "Tygodnik Mazowsze" 1988, nr 266.
28 Okrągły stół. Kto jest kim. Opozycja, Komitet Obywatelski przy Przewodniczącym NSZZ "Solidarność", Warszawa 1989, s. 267-268.
Rok 1946
Urodziłem się w Warszawie. To tu chodziłem do przedszkola, szkoły i na uniwersytet. Do pewnego czasu moje życie ograniczało się wyłącznie do stolicy, a właściwie do ulic Śródmieścia, Ochoty i Mokotowa. Po wielu latach okazało się, że najciekawsze sprawy mające wpływ na moje życie działy się jednak poza Warszawą. Być może teraz nieco przesadzam, ale rzeczywiście to, co robiłem poza kręgiem moich najbliższych przyjaciół i znajomych, otworzyło mi oczy na inny świat, dało poczucie osadzenia i umiejętność samodzielnego podejmowania decyzji. Nauczyło też pewnego rodzaju tolerancji, poczucia, że nie zawsze moje racje muszą mieć walor uniwersalny. Tolerancja jest sprawą niełatwą. Uczyć się jej należy przez całe życie - i to tak, by nie zamieniła się w obojętność, co nie pozwala reagować na fałsz i podłość.
W roku 1946 trwała ostra polityczna walka. Formalnie współrządzące Polskie Stronnictwo Ludowe, z wicepremierem Stanisławem Mikołajczykiem, było permanentnie atakowane. W czerwcu władza zorganizowała referendum, które sfałszowano i ogłoszono jako wielkie zwycięstwo Bloku Demokratycznego, czyli koalicji tworzonej przez ukrywającą swój komunizm Polską Partię Robotniczą z ubezwłasnowolnioną Polską Partią Socjalistyczną i kilkoma przybudówkami, nad którymi komuniści panowali, wykorzystując represje oraz zainstalowane wtyczki. Blok Demokratyczny był przedsionkiem wprowadzonego dwa lata później systemu stalinowskiego. Z właściwym dla totalitaryzmu gwałtem na słowie władza kalająca prawa nazywała siebie demokracją, a swych oponentów reakcją, przeciwnikami ludu i zdrajcami. Podejrzewam, że gdzieniegdzie wisiały jeszcze plakaty ze złowieszczym napisem "AK zapluty karzeł reakcji". Kolejne amnestie były maską dla kolejnych represji. Działaczy PSL skrytobójczo mordowano. Pod koniec roku aresztowano redaktorów "Gazety Ludowej", organu stronnictwa: jej naczelnego Zygmunta Augustyńskiego, a także Jana Zarańskiego i Władysława Bartoszewskiego. Wyroki opiewały na kilkanaście lat więzienia.
Kończyłem pierwszy rok życia, gdy odbywał się proces przywódców WiN - jednym z głównych oskarżonych był Józef Rybicki. Miałem niecałe dwa lata podczas procesu działaczy PPS-WRN, z Kazimierzem Pużakiem i Ludwikiem Cohnem. Z oboma 30 lat później znalazłem się w Komitecie Obrony Robotników. Potem poznałem Jana Zarańskiego, z którego córką Katarzyną Skórzyńską jestem zaprzyjaźniony. Z Władysławem Bartoszewskim, nieznośnym gadułą, człowiekiem o fenomenalnej pamięci, jedną z najważniejszych postaci polskiego życia intelektualnego, odbyłem kilka ważnych dla mnie rozmów. Oni wszyscy znajdowali się wówczas po stronie przegrywającej.
Moi rodzice byli po stronie zwycięskiej. Wielokrotnie zastanawiałem się, gdzie ja bym się znalazł. Odpowiedź była prosta - tam, gdzie moi najbliżsi. Gdy miałem 10 lat, Leszek Kołakowski stwierdził:
Socjalizm, jakimikolwiek racjami bronimy go w teoretycznych dyskusjach, jest dla nas wszystkim, ale nie rezultatem działania prawa wartości. Uzasadniany niezdarnie na podstawie pośpiesznych lektur Marksa, Kautskiego czy Lenina, socjalizm naprawdę jest tylko mitem Lepszego Świata, niejasną nostalgią za życiem ludzkim, negacją zbrodni i poniżenia oglądanych w nadmiarze, królestwem równości i swobody, posłaniem wielkiej odnowy, racją istnienia. Jesteśmy braćmi komunardów paryskich, robotników rosyjskich z czasu rewolucji, żołnierzy z hiszpańskiej wojny domowej29.
To było moje myślenie. Kilka lat później poznałem odkrycia Dostojewskiego:
Socjalizm nie jest tylko "kwestią robotniczą", lecz przede wszystkim współczesnym wcieleniem ateizmu, wieżą Babel, budowaną bez Boga, nie dla osiągnięcia niebios, lecz dla ściągnięcia ich na ziemię30.
W mojej wspaniałej idei zło kryło się od samego początku. Czy jednak unieważnia to szlachetność stojącą za tą ideą? Nie.
29 L. Kołakowski, S?mierc? bogów, w: tenże, Z. Mentzel, Pochwała niekonsekwencji. Pisma rozproszone z lat 1955-1968, t. 2, Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA [Przedruk za wydaniem Pulsu], Warszawa 1989, s. 102.
30 F. Dostojewski, Bracia Karamazow, przeł. A. Wat, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970, s. 37.
Ojciec
Mój ojciec, Ryszard, zmarł na gruźlicę, gdy do pierwszych urodzin brakowało mi dwa tygodnie. Myśląc o nim, nazywam go ojcem, nigdy tatą. Czuję jego brak. Nie mogę go pamiętać, chociaż w rodzinnym archiwum jest zdjęcie, na którym stoją wspólnie z mamą na balkonie. Mama trzyma mnie na rękach, on stoi nad nami uśmiechnięty. Mam kilka miesięcy, na zdjęciu wyglądam radośnie. Musiało to być coś wyjątkowego, gdyż tak w ogóle mama nie pozwalała się ojcu zbliżać do mnie, bojąc się jego prątków Kocha. Czyniła to skutecznie, bo nawet kiedy sama zachorowała na gruźlicę, moje badania wykazywały brak jakiegokolwiek kontaktu z chorobą.
Ojciec pochodził ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Jego ojciec był członkiem PPS, chyba niezbyt aktywnym. Został też katolikiem jeszcze przed urodzeniem syna. Oczywiście nie wiem, co nim kierowało - czy tęsknota za nową tożsamością, czy po prostu uzyskanie możliwości szerokiego uprawiania swojego zawodu, gdyż był adwokatem. W wolnej Polsce w latach 30. został sędzią.
Razem z babcią mieszkali w tym samym domu przy Marszałkowskiej, gdzie mieli jeden pokój w mieszkaniu państwa Szostaków. Znacznie później dowiedziałem się, że w czasie wojny ukrywali się w Milanówku właśnie u Szostaków, a właściwie ukrywał się dziadek, bo stosunkowo bezpieczna babcia handlowała i utrzymywała rodzinę. Dziadka pamiętam z jednego tylko wydarzenia, za to bardzo wyraźnie. Mam trzy lata. Otwieram drzwi z ciemnego korytarza do pokoju i widzę dziadka - wysokiego, szczupłego - wstaje i wyciąga do mnie ręce. Uśmiecha się całym sobą. Niedługo potem zmarł na angina pectoris.
Członkiem PPS został jeszcze przed I wojną i to ukształtowało też poglądy zarówno mojego ojca, jak i jego starszego brata Jurka. Mój ojciec, w przeciwieństwie do brata, był zapalczywy. Szybko pożeglował w radykalnym kierunku i został komunistą. Jurek skończył medycynę i pozostawał w wiecznym sporze z Ryśkiem, który zarzucał mu, że jest lewicowy tylko w słowach, a nie w działaniu. Podobno w kłótni rozbił mu talerz na głowie i wyprowadził się z domu. Różnili się bardzo, nie tyle poglądami, ile temperamentem i wyglądem. Stryj był wysoki, spokojny i przystojny. Ojciec z kolei - niski, utykający z powodu zwichnięcia stawu biodrowego w czasie porodu, pełen temperamentu i energii.
Członkiem partii nie został, bo najpierw był za młody, a potem partię rozwiązał Stalin, mordując jej przywódców, którzy w większości przebywali w Moskwie. Był więc ojciec aktywnym członkiem AZNMS31 "Życie", który działał legalnie już po rozwiązaniu KPP. Zachowało się z tego okresu kilka zdjęć z obozu na Wileńszczyźnie. Jedno z nich pojawiło się w książce Ewy Kuryluk Goldi32. Jest na nim mój ojciec na łódce obok Karola Kuryluka i dwóch atrakcyjnych kobiet. Miał podobno słabość do płci pięknej, co jest dla mnie całkowicie zrozumiałe. Kiedy pokazałem mamie to zdjęcie, była lekko oburzona. - W moich czasach kobiety tak się nie zachowywały - stwierdziła, wbrew temu, co widziałem na zdjęciu.
Patrząc na tę fotografię, mam przed oczami siebie i swoich przyjaciół na wspólnych wyjazdach w latach 60. I odnoszę wrażenie, że mieliśmy te same odczucia: bycia wśród swoich, świadomości podobnego myślenia, wspólnych celów i radości przebywania razem.
Ojciec pięknie śpiewał. Nigdy tego nie słyszałem, lecz w domu było to tak często wspominane, że w głowie mam słowa piosenki "Nie lij, dyscu, nie lij, bo cię tu nie trzeba. Obeńdź lasy, góry, zawróć się do nieba". Niestety, tej umiejętności po nim nie odziedziczyłem.
Na Wileńszczyźnie ojciec poznał członków grupy "Poprostu" z ich przywódcą Henrykiem Dembińskim. Dembiński, błyskotliwy publicysta, urodzony przywódca, niemal rówieśnik Czesława Miłosza, z którym pisywał w lewicowych "Żagarach", na początku lat 30. był liderem Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej "Odrodzenie". W 1933 roku przebywał w Wiedniu, gdzie był świadkiem krwawo stłumionego buntu robotniczego. Od tego czasu rozpoczął marsz ku komunizmowi, co zaprowadziło go na ławę oskarżonych w 1938 roku. Pozostał jednak chrześcijaninem, czemu dał wyraz podczas procesu. Wydaje się jednak, że nie akceptował późniejszej okupacji sowieckiej. Zaprzestał działań politycznych, pracował jako nauczyciel. Zginął po wkroczeniu Niemców do Wilna, wskazany przez usłużnego kolaboranta.
Spotkania i rozmowy z takimi ludźmi umacniały ojca w obranej drodze postępowania. Rozpoczynając swoje działania, wyobrażałem sobie, że idę w tym samym kierunku, paradoksalnie jednak prowadziło mnie to zupełnie gdzie indziej.
Z ówczesnych przyjaciół ojca poznałem w 1966 roku Kazimierza Petrusewicza - członka wileńskiego "Poprostu", ojca mojej przyjaciółki Marty. Wzruszył się, kiedy mnie zobaczył. Przejmująca była dla mnie chwila, kiedy powiedział: - To syn Ryśka. - I natychmiast wypiliśmy po kieliszku, a może nawet po dwa. Byłem wtedy zbyt młody i pochłonięty działaniami na uniwersytecie, by wypytywać go o ojca w taki sposób, w jaki chciałbym zrobić to dzisiaj.
Kazimierz Petrusewicz był synem działacza PPS, więźnia caratu, prawnika i obrońcy więźniów politycznych, zwolnionego z Uniwersytetu Wileńskiego za protest przeciwko procesowi brzeskiemu. Petrusewicz - podobnie jak mój ojciec - poszedł dalej, został komunistą. Był wybitnym naukowcem, pionierem ekologii w Polsce. Jednocześnie stał się zatwardziałym dogmatykiem, przez wiele lat zwolennikiem teorii Łysenki. Sam łysenkizm był przez wiele lat lansowany w ZSRR i miał pokazać triumf myśli marksistowskiej nad zachodnią genetyką. Ta pseudonaukowa teoria spowodowała wyjałowienie pól uprawnych, ale przede wszystkim kosztowała życie wielu uczonych, którzy często lądowali w łagrach. W Polsce szczęśliwie udało się uniknąć prześladowań naukowców, choć w naszych podręcznikach do biologii wysławiano Łysenkę i jego poprzednika Miczurina.
Ojciec Marty był przy tym ciepłym, tolerancyjnym, miłym człowiekiem. I co więcej, wszyscy, którzy znali Petrusewicza, nawet w najgorszym okresie stalinowskiego terroru, wspominali go jak najlepiej. Jego naukowy dogmatyzm nie przenosił się na ludzi, a mocna partyjna pozycja pozwalała, by w jego katedrze znajdowali schronienie genetycy i wykładał ksiądz w sutannie. Komunizm był dla Petrusewicza ideologią, do której należy ludzi przekonać, a nie zmuszać siłą. I taki pozostał. Kiedy mama Marty próbowała jej wybić z głowy nasze uniwersyteckie boje z systemem, jej ojciec odpowiadał: - My też się buntowaliśmy. Może oni mają rację. - Porozumieliśmy się łatwo, zwłaszcza że był podobnie jak ja miłośnikiem Bułata Okudżawy. I chyba rozumiałem, dlaczego człowiek ciągle wierny ideologii mógł lubić czy wręcz uwielbiać piosenki Okudżawy, które w sposób poetycki, ale też bardzo mocny oskarżały komunizm.
O moim ojcu opowiadał mi również Bolek Gleichgewicht, ojciec mojego przyjaciela Olka, wybitny matematyk i działacz opozycji demokratycznej. Wyraźnie darzył ojca sympatią. Potwierdzało to opowieści rodzinne o tym, że mój ojciec był lubiany i serdeczny dla ludzi.
We wrześniu 1939 roku, po wkroczeniu Niemców do Warszawy, ojciec wyjechał do Lwowa. Po 17 września wkroczyli tam Sowieci. Opisał ten okres na kilku kartkach niedokończonych wspomnień, w czymś w rodzaju szkicu:
Co będzie dalej? Czyżby to upadek Polski? Dokąd dojdą? U niektórych z początku powstała myśl: może pójdą na Niemców i nam pomogą? A jeśli nie, to dokąd dojdą? Czy zajmą Warszawę? Psia krew! Cieszyć się czy martwić? [...].
Zaczęły się dyskusje. Co robić? Zostać we Lwowie i czekać aż do wojny niemiecko-radzieckiej i wraz z Armią Czerwoną wkraczać do Warszawy? To był jeden punkt widzenia. Już wtedy jasne było, że do tej wojny dojść musi i że Polska wyzwolona być może tylko przez Armię Czerwoną. Czy wracać do Warszawy i tam walczyć z najeźdźcą [...]. Ja należałem do tych, co zostali, a to dlatego, że utykałem na lewą nogę i towarzysze, którzy byli ostatnio w Warszawie, twierdzili, że będąc znany jako lewicowiec na wyższych uczelniach, "koledzy" z ONR sypną mnie, a po tej nodze poznać mnie łatwo.
- Ciebie Gestapo na pewno zaraz złapie - mówił Jurek - zostań. I zostałem.
Jurek to prawdopodobnie jego brat, który też pojechał do Lwowa, a w 1943 roku z żoną i niespełna roczną córką wrócił do Warszawy.
Po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej ojciec był w Kijowie, skąd wywieziony został na wschód. Z niejasnych wzmianek w jego notatkach można wnioskować, że dotarł do armii Andersa, lecz opuścił ją z nieznanych mi powodów. Znalazł się w Andiżanie, dużym uzbeckim mieście. I tutaj, niedożywiony, po raz pierwszy miał atak choroby - gruźlicy, pozornie zaleczonej. Ojciec nie przyjął do wiadomości tego, że jest chory. Wydawało mu się, że dłuższe leczenie nie pozwoli mu na udział w zwycięstwie. Pracował w fabryce, ale od 1942 roku, kiedy przy sierocińcu powstała polska szkoła, jedna z kilkudziesięciu na terenie ZSRR, został nauczycielem polskiego i wychowawcą. Tam zaprzyjaźnił się z Henrykiem. Z nim toczył gorące dyskusje. Henryk, młodszy od niego o jakieś trzy lata, miał poglądy lewicowe, był jednak daleki od komunistycznej wizji mojego ojca. Z tego okresu zachowały się dwa wyblakłe, częściowo naddarte zdjęcia. Drugie z nich ma dedykację, a zostało zrobione po powołaniu go do Moskwy i na front. Na obu Rysiek jest roześmiany i - jak się wydaje - ten uśmiech charakteryzuje jego stosunek do świata i ludzi.
W 1943 roku, prawdopodobnie od momentu powstania Związku Patriotów Polskich, poszukiwał kontaktu pomocnego w przedostaniu się na front, chociaż ze swoją ułomnością szanse miał marne. W listopadzie odnalazł Hankę Oderfeld, jedną ze swoich przyjaciółek ze środowiska warszawskiej akademickiej lewicy. Hanka pracowała w Zagorsku jako kierowniczka polskiej szkoły i miała kontakty w Moskwie. Odpowiedziała mu typowymi dla ich środowiska słowami:
Drogi Ryśku, każdy z nas powinien pracować tam, gdzie w danej chwili może przynieść najwięcej pożytku. Dlatego nie ma sensu Twoje rozdzieranie szat z powodu Dywizji. Pracujesz, przynosisz bezpośrednią korzyść sprawie, o którą walczyliśmy w Polsce i o którą walczyć będziemy nadal. Na jakimkolwiek bądź odcinku pracy polskiej pracujemy, jeśli jesteśmy wierni sobie i swoim ideom, to znaczy, że służymy naszej sprawie. Żołnierz dywizji czy nauczyciel, czy uczciwie pracujący kołchoźnik to właściwie wszystko jedno, to ten sam żołnierz walczący o sprawę. Jeśli Stefan obiecał, że Cię do dywizji ściągnie, to na pewno swoją obietnicę spełni. A do tego czasu przestań się dręczyć wyrzutami, że Twoi towarzysze walczą, a Ty nie.
Niemniej Hanka obiecała interwencję i albo ona, albo przywołany w liście Stefan zadziałali, bo Ryszard został korespondentem wojennym w stopniu porucznika w przyfrontowej gazecie "Wolność". Wtedy też poznał moją matkę. Stefan to prawdopodobnie Stefan Jędrychowski, wilnianin, którego ojciec znał z przedwojennych lewicowych środowisk Wilna i Warszawy, drugi obok Henryka Dembińskiego przywódca wileńskiego "Poprostu", błyskotliwy mówca i wspaniale zapowiadający się naukowiec. Po wojnie bezbarwny aparatczyk najwyższych szczebli, niezdolny do wyrażenia własnego zdania. Ten proces degrengolady działaczy komunistycznych, przeobrażających się z ideowych żarliwych ludzi w bezdusznych, posłusznych i zastraszonych aparatczyków, opisywał Aleksander Wat w rozmowach z Czesławem Miłoszem w Moim wieku33. Wśród zachowanych listów do ojca znalazłem jeden właśnie od Jędrychowskiego.
List zdumiewający - czy to ze strachu, czy z nadmiaru gorliwości pisany po rosyjsku. Zawiera mętną obietnicę pomocy dla ojca w jego staraniach dostania się na front. Lecz zasadniczą, jak się wydaje, treść stanowi opis przyjaźni Jędrychowskiego z Jurkiem Gibnerem. Nie jest to przypadkowe. Juliusz Hibner - bo o nim z rosyjska pisał Jędrychowski - późniejszy generał KBW, a w październiku 1956 roku jeden z organizatorów oporu przeciwko ewentualnej agresji sowieckiej na Warszawę, był bowiem bohaterem Związku Radzieckiego. Order ten, niedostępny dla żyjących Polaków, otrzymał po bitwie pod Lenino, kiedy to uznano go za zmarłego. Potem odnalazł się, a odznaczenie pozostało. Jędrychowski pisał więc o nim pod prawdopodobną enkawudowską cenzurę.
Po powrocie do Polski ojciec został kierownikiem organizacyjnym w Związku Walki Młodych. Jadąc na jakiś zlot, uległ wypadkowi. To prawdopodobnie ponownie wyzwoliło tkwiącą w nim gruźlicę. Wbrew zaleceniom lekarzy pracował dalej. Spalał się wewnętrzną energią. Z tego okresu zachował się stos listów. Do ojca pisano chętnie i dużo. To, co pozostało, zdaje się małą cząstką całej korespondencji. Zachowały się listy od Henryka, tego samego, którego poznał w Andiżanie. Henryk zamieszkał w Krakowie. Jak napisał - zgodnie z ówczesną propagandą - w jednym z listów do ojca:
Chociaż dzisiaj jest to najgorsze miasto w Polsce (jeśli idzie o atmosferę), to jednak mam do niego sentyment i zresztą lepiej się tutaj orientuję.
Słowa o "najgorszym mieście" pochodzą z czerwca 1946 roku, a wiążą się z tym, że z terytorium całej Polski jedynie w Krakowie nie udało się sfałszować referendum, które ostatecznie wygrało opozycyjne PSL. Stąd w ówczesnej propagandzie Kraków otrzymał zaszczytne miano "siedliska reakcji". Tylko czy rzeczywiście oni wówczas nie wiedzieli, że wszystkie wyniki tego ludowego głosowania są fikcją? Nie po raz pierwszy i nie ostatni ideologiczne kłamstwo wygrywa z wypartą ze świadomości wiedzą.
Henryk został dziennikarzem. Wstąpił też do PPR, z trudem - jak pisał - zamieniając "swój estetyzujący światopogląd światopoglądem społecznym". Zrobił to, pokonując wątpliwości, a także strach przed tym, że zostanie uznany za koniunkturalistę. Jednak wątpliwości pozostały. Pisał:
Będę z Tobą szczery: nad tym wszystkim jest jeden cień, cień Kielc. Cień powoduje nawet różnice w poglądach na przyszłość między Milą [żona Henryka] a mną. Ale ja już zdecydowałem.
Henryk dużo czytał. Po jakimś czasie został szefem działu kulturalnego w jednej z krakowskich gazet, do której sam pisał i namawiał do tego mojego ojca. Jednocześnie studiował i literaturę rosyjską, i sowiecką prasę. Jak pisałem, dużo czytał i... doczytał się. W 1946 roku główny sowiecki ideolog Andriej Żdanow opublikował w "Prawdzie" zasadniczy i obszerny referat o polityce kulturalnej. Skończył się okres względnego poluzowania i kokietowania inteligencji. Żdanow zaatakował między innymi Annę Achmatową. Dla Henryka to było za dużo. Zaczęła się rodzić "zbrodniomyśl". Pisał o tym do ojca, co świadczy o stopniu wzajemnego zaufania.
Trudno wyrobić sobie obiektywne zdanie. Sądzę, że to było konieczne: należało przypomnieć pracownikom sztuki, że jest ona jednym z narzędzi walki o pełne zwycięstwo socjalizmu i ostateczną miarą dzieła sztuki jest jego społeczna pożyteczność. To jest oczywiście słuszne, ale przyznam Ci się, że ton i sposób potraktowania Achmatowej, pisarki dużego talentu [...] trochę zabolał mnie. Siedzą we mnie, jak widać, jeszcze inteligenckie nawyki. Zresztą nie tylko we mnie. Czystkę przyjęli z dezaprobatą niektórzy wybitni publicyści w Czechosłowacji (pisała o tym "Odra"). A myśmy wszyscy (pomijając drobną informację w "Trybunie Wolności") nabrali wody do ust ("Kuźnica", "Odrodzenie"). Niby pochwalać, nie pochwalamy, ale na sprzeciw nas nie stać. Mało budujące.
Nie wiem, jak ojciec zareagował na ten przejaw niesubordynacji. Z innego listu wynika, że przyjął to z pewnym zrozumieniem. Mam też taką nadzieję.
Henryk z Krakowa to Henryk Markiewicz, późniejszy teoretyk literatury i wydawca, jeden z najwybitniejszych polskich filologów. Informację, że to o niego chodzi, znalazłem zbyt późno i nigdy z profesorem nie rozmawiałem. Kolejny grzech zaniechania.
W marcu 1946 roku, kiedy nie miałem jeszcze dwóch miesięcy, ojciec znalazł się w szpitalu wojskowym w Otwocku, by potem trafić do tamtejszego sanatorium. Otwock w tamtych latach uchodził za miejsce, którego klimat sprzyja leczeniu gruźlicy. Od tego czasu rozpoczyna się rozpaczliwa walka o życie. Z okresu pobytu ojca w Otwocku zachował się zbiór listów do matki, prawdopodobnie niepełny, bo ojciec pisał 2-3 razy w tygodniu, może nawet codziennie. Liczy 7 listów, które otrzymała w dniach od 11 kwietnia do 28 czerwca. Ponadto zachowało się 14 listów niedatowanych, napisanych co prawda ładnym, wyrobionym pismem, którego powinienem mu zazdrościć, jednak dość niestarannych, niekiedy pisanych ołówkiem. Wtedy jeszcze dość często kontaktował się z mamą, która co pewien czas przyjeżdża do Otwocka. Wydaje się, że robi również kilka wypadów do Warszawy, oczekuje też wizyt przyjaciół w Otwocku. Odwiedzają go rzadko. Życie toczy się poza nim. Bardzo się tym denerwuje. Pisze, że to nie tyle choroba, ile nerwy go wykańczają. Niekiedy dostaje pocztówki, które ukazują mu, jak daleko jest jego dotychczasowy świat.
Czytając listy ojca do mamy z czasu pobytu w Otwocku, odniosłem wrażenie, że wkraczam w ich intymny świat. Pewnie dlatego prosi, żeby jego korespondencję mama trzymała pod kluczem - jest zbyt intymna. W wielu miejscach otwiera się przed nią, a następnie kwituje wszystko ironicznymi podsumowaniami, jakby wstydził się swych słów.
Niemal połowę korespondencji wypełniają wyrazy miłości i wiecznej tęsknoty. Jest niestrudzony w wymyślaniu określeń mamy i urokliwych zdrobnień: "Moja najukochańsza Reginko", "Kochane moje Reginiątko". "Całuję mocno, bardzo mocno. Zresztą co mam o tym pisać - Ty sama wiesz, jak mocno". W każdym liście jest coś o mnie. Już chyba mnie nie zobaczył, może z daleka, kiedy mama przywiozła mnie na kilka dni do niego. Każdego 18 dnia miesiąca odlicza moje kolejne miesięcznice. Jakby czuł, że nie doczeka moich pierwszych urodzin. W dniu swoich urodzin w październiku zakłada mundur i robi sobie zdjęcie. Nieodłączny uśmiech na jego twarzy wygląda na wymuszony i niepewny.
Rysiek czuje, że życie z niego ucieka. W listach skarży się Hance, że nie jest już taki sam jak poprzednio i że nigdy już taki nie będzie. Ona odpowiada, że ludzie wychodzili z gorszych chorób - słabe to jednak pocieszenie. Do mamy pisze nieco innym tonem, z udawaną czy też z wmawianą sobie wiarą, że idzie ku lepszemu. A jest coraz gorzej. Wyniki są coraz bardziej niepokojące. Cierpi, nie może spać, kolejne odmy przynoszą wielki ból. Gorączka stale rośnie, jamy w płucach się powiększają. Jednak cały czas czyta, domaga się przysyłania prasy - i tej mu bliskiej, i "prawicowej", jak ma to w zwyczaju określać. Czyta więc "Tygodnik Powszechny", "Gazetę Ludową" czy "Gazetę Warszawską". Jednocześnie martwi się, czy mama dostatecznie dobrze się odżywia, czy starcza jej pieniędzy. W końcu - w stanie beznadziejnym - zostaje przeniesiony do sanatorium w Kowarach. Z Kowar zachowało się 7 listów.
"Nieporządne" listy z Otwocka zmieniają się, być może dlatego, że dostał wreszcie pióro wieczne, o którym marzył. Koperty są więc adresowane wręcz kaligraficznym pismem, ze zdobnym pogrubieniem imienia i nazwiska mamy. Pisze, że wszystko go denerwuje, nie ma żadnego kontaktu z pacjentami na sali, domaga się separatki bądź dwójki. Walczy o przeniesienie do szpitala w Bukowcu, gdzie - jak twierdzi - są znacznie lepsze warunki. Do szału doprowadza go personel, chociaż jego bezpośredni lekarz opisuje go mianem sympatycznego.
Przede wszystkim bardzo denerwująca jest niemieckość. Ten szwargot na każdym kroku, ta świadomość, że to właśnie niemiecki, a więc hitlerowski lekarz mnie osobiście denerwuje bardzo. Nawet wiesz, kochanie, jak gada ten lekarz, to ja go trochę, a czasem i dość dużo rozumiem, ale jakoś nie mogę odpowiadać mu: ja, Gut, nein, a odpowiadam mu tak, dobrze, nie itp. Nie wiem - może ten nastrój wrogości minie, ale tymczasem - to ciągłe słuchanie niemieckiego wprawia mnie w silne zdenerwowanie.
Ciągle łaknie kontaktów z przyjaciółmi, co zdarza się sporadycznie. Odwiedza go jedynie Marian Bojko. Pisze więc już chyba w ostatnim liście w post scriptum:
Pozdrów wszystkich i powiedz, żeby s.syny (lub córki) pisali R./.
W listach do matki prosi o zdobycie streptomycyny, już istniejącej na rynku, lecz w Polsce niedostępnej. I nawet wbrew swoim zasadom prosi o odnalezienie kogoś w Stanach Zjednoczonych. Niestety, zbyt późno. Mama przyjeżdża do niego 2 stycznia. Nie wiem, czy wie, że jego życie dobiega końca.
Zmarł dwa dni później, przy swojej żonie. Dwa tygodnie przed moimi pierwszymi urodzinami odwoziła go sama w trumnie do Warszawy, gdyż Jurek, jego brat lekarz dostał zapaści przy łóżku zmarłego. Ojciec miał prawdopodobnie niecałe 30 lat, chociaż dokumenty mówią, że był starszy. Chyba zafałszował dane, aby nie być młodszym od mamy. Przeżyłem go o wiele, wiele lat. Przez cały ten czas pragnąłem z nim porozmawiać, ale nie jak z młodym chłopcem, którym ciągle jeszcze był, gdy umierał, lecz z ojcem, o pokolenie starszym ode mnie. Na ile znaleźlibyśmy wspólny język?
W jednym z listów oburza się na współtowarzyszy gruźliczej niedoli, którzy słuchając radia, głośno popierali PSL. Zbliżały się wybory, które sfałszowano, zapewniając olbrzymią przewagę Blokowi Demokratycznemu.
Opisywałem to ponad 30 lat później w eseju PSL - model oporu34. Kłamstwa propagandy, nienawistne ataki, przekonanie o własnej racji i usprawiedliwianie tym wszystkich niegodziwości, aresztowania, wyroki, wreszcie fałszerstwa wyborcze. Zastanawiam się, kiedy by to wszystko zauważył. Pewnie przeszedłby proces podobny do tego, jaki przechodzili ludzie z jego środowiska - proces odchodzenia od komunizmu. Pewnie przeszedłby taką samą drogę jak większość jego przyjaciół z przedwojennej komunizującej młodzieży - drogę rozczarowania i odkrycia, że się oddali w służbę molochowi. Pewnie uprawiałby podobny "sport" jak oni - krytyczną obserwację i brak jakiegokolwiek działania. A może zdobyłby się na coś więcej i z hukiem pożegnałby się ze swoją partią? Chciałbym w to wierzyć.
W tym samym czasie wybitny działacz lewicy ludowej Stanisław Bańczyk przemawiał na posiedzeniu KRN35, pełniącej rolę tymczasowego parlamentu:
[...] tyle tego fałszu, zakłamania, niesprawiedliwości, że przerażenie ogarnia człowieka uczciwego.
i dodawał:
Przeżywamy okres nie tylko straszliwego zakłamania, ale i próbę użycia najdziwniejszych fikcji, którymi pragnie się odwrócić uwagę narodu od oceny prawdziwej rzeczywistości36.
Moi rodzice byli w tym czasie po tamtej stronie mocy.
31 AZNMS - Akademicki Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej.
32 E. Kuryluk, Goldi, Wydawnictwo Książkowe "Twój Styl", Warszawa 2004.
33 A. Wat, Mój wiek. Rozmowy z Czesławem Miłoszem, cz. 1-2, do druku przygot. L. Ciołkoszowa, Polonia Book Fund Ltd, Londyn 1977.
34 J. Lityński, PSL - model oporu, "Krytyka" 1982, nr 10-11.
35 KRN - Krajowej Rady Narodowej.
36 Domagamy się wyborów w dniu 28 lipca. Przemówienie wiceprezesa PSL posła Stanisława Bańczyka na plenum KRN, "Gazeta Ludowa" 1946, nr 115, s. 1.
Mama
Byłem więc wychowywany przez mamę, Reginę. Mama urodziła się we Lwowie, za którym nieustannie tęskniła. Jej ojciec, a mój dziadek, zaginął w roku jej urodzenia gdzieś na froncie wielkiej wojny jako żołnierz c.k. monarchii. Babka, której prawdziwego imienia właściwie nigdy nie poznałem (w dowodzie mamy figurowała jako Helena), była niepiśmienna i słabo znała polski. Pracowała jako sprzątaczka i wynajmowała na noc łóżko dla siebie i córki. Z poprzedniego małżeństwa mąż zostawił jej troje dzieci: Arona, Leę i Bronka. Znaleźli się w domu dziecka. Aron został tragarzem, Lea pielęgniarką, a Bronek, którym dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności zaopiekował się jakiś senator, ukończył szkołę handlową i został buchalterem, co oznaczało zarówno ogromny awans społeczny, jak i niezależność finansową.
Moja babcia umarła na gruźlicę w 1928 roku. Regina - wówczas dwunastoletnia dziewczynka - modliła się o wyzdrowienie matki, a po jej śmierci straciła wiarę w Boga. Zaopiekowała się nią ciotka z Uhnowa. Jej mąż był wesołym i lubiącym wypić stolarzem. Oboje poczuli sympatię do sieroty i starali się zapewnić jej jak najlepsze warunki. Tam mama po raz pierwszy mogła się normalnie najeść i nawet piła kakao, które stało się dla niej symbolem lepszego życia. W Uhnowie ukończyła szkołę podstawową prowadzoną przez siostry zakonne. Po polsku mówiła bezbłędnie i bez akcentu. To wtedy postanowiła zostać Polką. Czytała Sienkiewicza, znała na pamięć duże fragmenty Pana Tadeusza. Wróciła do Lwowa, poszła do szkoły średniej handlowej, zrobiła maturę, utrzymując się z korepetycji. Chciała zostać lekarką, lecz ta droga była dla niej zamknięta. Wtedy zetknęła się z komunizmem. Nie wiem, kto i w jaki sposób namówił ją, by wstąpiła do komunistycznej młodzieżówki, ale rozumiem jej wybór. Chciała być Polką; była Polką. Była też lwowianką. Dumną, że po latach umiała jeszcze mówić z lwowskim zaśpiewem, w przeciwieństwie do jidysz, który niemal całkowicie wyparła. Lwów zapadł jej w pamięć. Gdy w 1960 roku jechaliśmy na wczasy do Bułgarii, zatrzymaliśmy się u jej przyjaciółki z więzienia, Ukrainki Katii. Mama chodziła zachwycona po ulicach, potrafiła - z właściwą jej egzaltacją - opisywać dom po domu. Gdy w pewnym momencie podszedł do nas Polak stamtąd i zaczęliśmy rozmowę, Katia stanowczym ruchem nas odciągnęła. Zobaczyłem w jej oczach sowiecki strach.
Narastający w latach 30. nacjonalizm, przejawiający się chociażby w chodzących po ulicach bojówkach antysemickich, odmawiał jej i polskości, i Lwowa. Komunizm, z jego hasłami zrównania wszystkich narodowości - z nieomal Pawłowym "Nie ma Greka ani Żyda [...], cudzoziemca, Scyty, niewolnika, wolnego" (Kol 3,11)37, którego to tekstu oczywiście nie znała - z jego ideą równości, zdawał się rozwiązywać jej życiowe problemy, dawać poczucie osadzenia i przynależności. Z kogoś na samym dole społecznej drabiny stawała się człowiekiem równym innym ludziom, zmierzającym ku szczęściu ogółu ludzkości i każdego z osobna. Konspiracja dawała jej zapewne poczucie wtajemniczenia. Szybko znalazła się w więzieniu. Została skazana na półtora roku i zamknięto ją w Fordonie. Co prawda, oficjalne komuny więzienne były zakazane, jednak więźniarki polityczne tworzyły coś w tym rodzaju. Z tego okresu pochodziły jej najtrwalsze przyjaźnie - z Nusią, Zosią, a także z Katią. W końcu przyszedł wrzesień 1939 roku. Kierownictwo więzienia otworzyło wrota, ale jedynie dla kryminalnych. Kobiety rozwaliły drzwi i rozpoczęły długą, pod bombami, wędrówkę do Warszawy. Partia komunistyczna nie istniała, rozwiązana w poprzednim roku decyzją Stalina, ale działał MOPR ze Stefanią Sempołowską, która organizowała również grupy przerzucane do Lwowa. I tak pod koniec października mama znalazła się we Lwowie. Tam zaczęła pracę w fabryce czekolady "Branka" jako robotnica. To była jej decyzja - w ojczyźnie proletariatu chciała być robotnicą. I oczywiście została komsomołką, co później uratowało jej życie. Rytuał był stały - na zebraniach wychwalano nowe porządki. Przodownice niekiedy wysyłano do stolicy, by zobaczyły budujący się komunizm u samego źródła. Jedna z nich wróciła i opowiadała entuzjastycznie, że w Moskwie wszystkie prostytutki to teraz stachanowki38.
Pytałem ją kilkakrotnie, czy wiedziała, że wokół trwają czystki, wywożenie ludzi. Odpowiadała: - Nic nie wiedziałam, byłam ślepa. - Ten motyw zaślepienia powracał wielokrotnie w jej wspomnieniach. - Jaka ja byłam głupia - powtarzała. I nic nie pomagało moje tłumaczenie, że wybór, którego dokonała, był praktycznie jedynym możliwym wyborem - z jej punktu widzenia uczciwym i szlachetnym.
W kraju zniewolenia i terroru miała po raz pierwszy poczucie pełni życia. Mieszkała z przyjaciółkami u Nusi, w bogatym domu lwowskiego mieszczaństwa, zawierała nowe przyjaźnie z ludźmi pochodzącymi ze środowisk, do których nie miała dostępu. Zakochała się. Heniek pochodził z robotniczej rodziny, był wysoki, silny, przystojny. Zaszła w ciążę. W połowie czerwca 1941 roku urodziła córkę Malwinę. Córka była wcześniakiem, musiała pozostać w szpitalu w inkubatorze. Mama wróciła do pracy. Wojna rozpoczęła się 22 czerwca. Następnego dnia do fabryki przyjechały ciężarówki, do których załadowano komsomolców. Protesty na nic się zdały. Koleżanki nie pozwoliły jej wyskoczyć z pojazdu. Córka została we Lwowie i mimo kilkuletnich powojennych poszukiwań mama nigdy już jej nie zobaczyła. Mówiła: - Szukałam, szukałam, nie znalazłam nawet śladu. - Innym razem stwierdziła: - Nie chciałam szukać, może znalazła rodzinę, nie chciałam rozbijać jej życia. - I myślę, że te obie sprzeczne ze sobą wersje były na swój sposób prawdziwe.
Po ponad rocznej tułaczce po ZSRR w sierpniu 1942 roku znalazła się w sowchozie w Katta-Tałdyk w Kirgizji. Panował głód. Wtedy poznała prawdziwe życie w komunistycznym raju. Warunki były niemal tragiczne, brakowało jedzenia, podstawowych narzędzi. Jednak wszystko to zrzucała na wojnę, jakby zamykając oczy na prawdziwe przyczyny biedy i nieszczęść. Pracowała ciężko, by wyrobić normę, czy to w polu, czy przy zwierzętach. Jak napisano w jej świadectwie pracy wydanym w maju 1944 roku, awansowała z "czornoraboczej" na buchaltera. Ktoś z jej przyjaciół zatrudniony w ZPP, powstałym po agresji niemieckiej na Związek Sowiecki, odnalazł ją i umożliwił przyjazd do Moskwy. Już wcześniej pojechała do Stalingradu, gdzie spotkała się z Henrykiem, zmobilizowanym do Armii Czerwonej. Stalingrad wywarł na niej ogromne wrażenie i chyba wtedy umocniła się w niej wiara w komunizm. Związek z Henrykiem nie przetrwał jednak próby czasu.
Heniek był duży i dobry, lecz też ciężkawy i nie mógł pociągać matki intelektualnie. Co innego Rysiek - żywe srebro. Mama poznała go w 1944 roku w redakcji "Wolności". Niemal natychmiast wyszła za niego za mąż i z nim też tuż po wyzwoleniu przyjechała do Warszawy. Ojcu proponowano pracę w Łodzi, gdzie początkowo mieściły się nowo powstałe władze, jednak odmówił, chciał wracać do Warszawy. Zamieszkali w jednym z nielicznych ocalałych domów przy Marszałkowskiej. Przez to duże mieszkanie przewinęło się, pomieszkując, kilkadziesiąt osób. Śmierć ojca spowodowała, że niemal nikogo z jego przedwojennych przyjaciół nie poznałem. Okazało się, że byli ze sobą zbyt krótko, by ich kręgi towarzyskie, warszawski ojca i lwowski mamy, zlały się ze sobą. Ze stryjkiem Jurkiem - bratem ojca - miałem kontakt sporadyczny. Tak więc byłem pozbawiony nie tylko ojca, lecz i jego przeszłości.
37 Biblia. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, Warszawa 1984.
38 Stachanowiec to określenie pochodzące od nazwiska donieckiego górnika Aleksieja Stachanowa, który stał się radzieckim pierwowzorem przodownika pracy.
Dzieciństwo
Urodziłem się w komunistycznej rodzinie. Można niemal powiedzieć, że komunizm wyssałem z mlekiem matki. W dzieciństwie komunizm był dla mnie szlachetną ideą, której realizacja miała przynieść szczęście ludzkości. Całej ludzkości. I marzyłem, by zostać takim właśnie walczącym o wolność i szczęście komunistą. To marzenie potęgowały lektury dzieciństwa. Dzięki Witkowi Światowiakowi ten świetlany obraz ulegał początkowo lekkiemu, lecz stale pogłębiającemu się skrzywieniu. Potem przyszedł Październik i sowiecka interwencja na Węgrzech. Jednak pragnienie realizacji wzniosłej idei pozostało. Zacząłem się zastanawiać, gdzie popełniono błąd. Pytanie takie zadawali sobie moi koledzy i przyjaciele. Przede wszystkim Adam Michnik, Basia Toruńczyk, Sewek Blumsztajn, Irena Grudzińska, Andrzej Titkow, Witek Nagórski. Odpowiedzi poszukiwaliśmy niekiedy wspólnie, niekiedy na własną rękę. Lektury legalne, a później nielegalne ukazywały prawdę i wskazywały drogę. Początkowo ujrzałem stalinizm jako system zdegenerowany, czyli leninizm był dobry, a stalinizm stał się jego zaprzeczeniem. Jednak gdy czytałem komunistyczne pisma z lat 20., odkrywałem tę samą porcję nienawiści i pogardy nie tylko dla przeciwników, ale też dla komunistów, którzy mieli odmienne poglądy na jakieś zagadnienie. Podobnie było w pismach Lenina. Ciągle jeszcze wierzyłem - wierzyliśmy - w marksistowskie idee, ufając, że były wypaczone przez następców. Niemniej lektura publicystyki Marksa musi, a przynajmniej powinna wywołać refleksję. Pogarda dla ludzi inaczej myślących jest tam wyraźna. Ideał miał więc być osiągnięty nie poprzez zrównanie praw ludzi, lecz poprzez zniszczenie złych ludzi. Można to zrozumieć, gdy się pamięta, jak wielki był wyzysk - jest to oczywiście pojęcie marksistowskie - robotników. Idee głoszące wyzwolenie ich z nędzy i poniżenia kryły jednak w sobie zalążki totalitarne. Tak to też opisywał Camus w Człowieku zbuntowanym39. Ci, którzy to niebezpieczeństwo rozumieli, nazywani byli renegatami, jak w słynnym artykule Lenina o Kautskym40. "Sędziami wówczas będziem my" - słowa rewolucyjnej pieśni Czerwony sztandar, zwanej także Krew naszą długo leją katy, brzmią jak wezwanie do zemsty, podobnie jak zapowiedź Międzynarodówki, że "nadejdzie jednak dzień zapłaty". A później zrozumiałem, że postulat zniesienia prywatnej własności jest w swej istocie totalitarny.
Gdy czyta się o początkach ruchu rewolucyjnego w Rosji, musi zdumiewać jego idealizm, bezinteresowność. Lecz kryło się w tym poczucie przynależności do sekty. A sekta w swej istocie nie znosi krytycznego myślenia. Wspólnota i solidarność zamieniają się w poszukiwania odstępców oraz w pogardę i nienawiść do rzeczywistych czy wyimaginowanych przeciwników.
Z tego powodu ci sami ludzie po zwycięskiej rewolucji mogli organizować terror i stawać na czele oddziałów rozstrzeliwujących bez sądu przeciwników politycznych lub tych, których za takich uważali. Potem byli twórcami - już po zwycięstwie - czerwonego terroru wobec bezbronnych chłopów, powodując głód we wsiach ukraińskich. Na koniec większość z oprawców zamieniła się w ofiary, by w wyniku szybkiego sądu doraźnego dostać kulkę w tył głowy. Być może w ostatniej chwili życia pomyśleli o tym, że dzielą los swoich ofiar.
Polski komunizm naznaczony był grzechem podstawowym. W wojnie polsko-bolszewickiej opowiedział się przeciwko niepodległości ojczyzny. Jednak ci ludzie wierzyli, że w ten sposób realizują najszlachetniejsze ideały. I powoli stawali się niewolnikami swojej własnej partii, odrzucając wszelkie wątpliwości. Idee zamieniały się w fanatyzm i podporządkowanie, myślenie w wiarę i w dogmaty. Niewątpliwie sprzyjało temu odrzucenie religii i uznanie jej za wroga. W ten sposób partia stawała się bogiem, groźnie karzącym wszelkie odchylenia od swoich przykazań, a ona sama została utożsamiona z jej wodzem, który swą mądrością realizował drogę do szczęścia. Uważny analityk komunizmu Aleksander Wat nie potępiał komunistów w sposób jednoznaczny. Natomiast sam komunizm traktował jak rodzaj diabła. Uporczywe bóle głowy, na które cierpiał, symbolicznie uważał za wdarcie się do niej komunistycznego szatana. Ten ból - co prawda, w nie aż tak fizycznej postaci - dzielili ludzie, których kiedyś uwiodła komunistyczna idea. Pewnego razu Włodzimierz Brus w rozmowie ze mną i Adamem Michnikiem powiedział, że to, co dostał w Marcu '68, i tak uważa za niewspółmierne do tego, co wygadywał i wypisywał w latach 40. Podobnie niemal cała twórczość Tadeusza Konwickiego jest przesiąknięta poszukiwaniem błędu, który jego, dawnego żołnierza AK, sprowadził do roli komunistycznego propagandzisty. A dostrzegł to Konwicki dość wcześnie. Jego powieści z połowy lat 50. zawierają nieśmiałą jeszcze refleksję nad niszczącym wpływem komunistycznego fanatyzmu. Komunizm ciągle tworzył dysydentów, którzy stawali się wnikliwymi krytykami swego dawnego wyznania: Arthur Koestler, Robert Havemann, Ignazio Silone, Jorge Semprún - by wymienić kilku z nich. Niektórzy, jak Đilas czy Šabata, za swe działania płacili wieloma latami więzienia. W Polsce tego samego doświadczyli Jacek Kuroń i Karol Modzelewski. Podobne zjawisko w faszyzmie niemal nie występowało. Prawdą jest, że idee komunistyczne prowadziły do powstawania najbardziej zbrodniczych systemów w historii ludzkości, na przykład w Kambodży czy Korei Północnej, które zostały przekształcone w wielkie obozy koncentracyjne, czy w maoistowskich Chinach i stalinowskim Związku Sowieckim. Jałowe byłyby rozważania, jakie systemy są bardziej zbrodnicze: czy te oparte na idei komunistycznej, czy na szowinizmie, jak Niemcy w okresie Hitlera, frankistowska Hiszpania lub wojskowe dyktatury w Chile, Argentynie i Paragwaju. Kilkanaście lat temu trzech polskich polityków pojechało do krwawego dyktatora Pinocheta, by wręczyć mu ryngraf - jedna z najgłupszych demonstracji w wolnej Polsce. Co najmniej dwóch z nich tego się wstydzi.
W wolnej Polsce komunizm został nieomal utożsamiony z faszyzmem. W konstytucji znalazł się artykuł zakazujący praktyk związanych z nazizmem, faszyzmem i komunizmem. Pojęcie opozycji demokratycznej w ustawach zostało zastąpione sformułowaniem opozycji antykomunistycznej. Kryje się w tym oczywisty błąd, gdyż do opozycji w PRL mogliby zostać zaliczeni i naziści, i faszyści, jako że bezspornie oba te nurty były antykomunistyczne.
Dziś w Polsce komunizm jest ideą przebrzmiałą, a ponadto ośmieszoną. Dlatego mogą powstawać knajpy typu "czar PRL", a wiszące w nich fotografie komunistycznych przywódców wywołują śmiech i rodzaj politowania. Natomiast nacjonalizm, będący zasadniczym ideologicznym elementem faszyzmu, jest ciągle niebezpieczny. Ostatnie lata pokazały, że jest silny i truje umysły także w Polsce i w polskim rządzie.
39 A. Camus, Człowiek zbuntowany, przeł. J. Guze, Oficyna Literacka, Kraków 1993.
40 W.I. Lenin, Rewolucja proletariacka a renegat Kautsky, Książka i Wiedza, Warszawa 1949.
Moje wspomnienia z dzieciństwa to gruzy
Mój dom miał numer 18, był elegancki, przedwojenny, z początku lat 30. Budynek samotnie sterczał wśród ruin. Nieco dalej w kierunku placu Unii Lubelskiej z tyłu ulicy ocalał inny budynek - czynszowa kamienica, dom przedwojennej biedoty. Ocalały również pierwsze domy przy placu Unii z imponującym, wykładanym czerwonym marmurem, domem z numerem 5, gdzie mieściła się redakcja "Życia Warszawy". Z okna mojego pokoju w kierunku zachodnim widać było nowy ogródek jordanowski przy Polnej, a dalej Pola Mokotowskie. Po prawej stronie stały trzy ocalałe budynki dochodzące do Oleandrów - ulicy, która przetrwała wojnę niemal w całości. Przedłużeniem Oleandrów była biegnąca do Szucha ulica Litewska, przy której również zachowało się kilka przedwojennych domów.
Gdzieś około 1950 roku rozpoczęto intensywną budowę i rozległe widoki zastąpiły rusztowania, na których kręcili się murarze. Lubiłem obserwować któregoś z nich i zgadywać, gdzie znajdzie się następnego dnia, a także robić ze sobą zakłady, który z murarzy buduje szybciej. Wreszcie w 1952 roku widok został całkowicie zasłonięty przez białe wapienne domy, podobnie jak otaczające dom, w którym mieszkałem, budynki po mojej stronie ulicy. Zaczęli się wprowadzać mieszkańcy. Powstał MDM, a ulica Oleandrów, nazwana tak na cześć pierwszej kompanii kadrowej, zalążka Legionów Piłsudskiego, zmieniła nazwę na Partyzantów.
W naszym mieszkaniu, gdy się urodziłem, mieszkało kilkanaście osób. Był wśród nich Marek Oberlander, późniejszy wybitny malarz, któremu w przyszłości będę zawdzięczał pierwsze pójście na wystawę, a także jego przyjaciel, Bohdan Czeszko, wówczas jeszcze, podobnie jak Marek, student ASP, nazywany swym okupacyjnym pseudonimem z oddziałów Gwardii Ludowej - "Agawa". Późniejszy niezły pisarz, jednocześnie był działaczem partyjnym, pilnującym przestrzegania właściwej linii w Związku Literatów.
Z całej rodziny mamy ocalał tylko Bronek, który w chwili wybuchu wojny był w wojsku w strojbatalionach. Zamieszkał razem z nami i swoją nową żoną, niespełna dwudziestojednoletnią Helą - wywiezioną w 1940 roku ze wschodnich terenów Polski na Syberię, a następnie żołnierzem I Armii, gdzie, odrzucając pamięć o zesłaniu, została ideową komunistką. Z mamą zaprzyjaźniła się bardzo szybko. Hela pochodziła ze zubożałej szlachty przyzagrodowej, a z takim pochodzeniem ona i jej rodzina podlegali wywózce w pierwszej kolejności. To o takich ludziach jak ona pisał Adam Ważyk: "wczoraj łach, mundur dziś", przy czym pieśń oczywiście nie wyjaśnia, dlaczego nosili owe łachy na krańcach Syberii i kto to spowodował. Po nędzy, głodzie i trudzie zesłania otrzymali mundury. I wraz z mundurami wkładano im do głów ideologiczną papkę, która znaczyła dla nich nadzieję na lepsze czasy. Wielu w to uwierzyło, w tym Hela. Stała się fanatyczną zwolenniczką władzy. Rodzina Heli na białostockiej wsi patrzyła na ten entuzjazm sceptycznie, doceniając jednak awans, jaki stał się jej udziałem.
Wujek Bronek zaczął pracować jako buchalter w partyjnej młodzieżówce, a Hela w Radzie Narodowej. Była ambitna, skończyła prawo i awansowała na dyrektorkę w jednym z wydziałów. Po pewnym czasie rozeszła się z Bronkiem, usynowiła swojego bratanka, ale po latach wróciła do wujka i pomagała mu w ostatnich latach życia. Wujek był utalentowany. Umiał pięknie śpiewać i lubił malować. W tym malowaniu brakowało jednak iskry bożej. Jego portrety, a namalował ich mnóstwo - mojego ojca, mamy, Heli, wreszcie mój - oddawały podobieństwo modela, jednak były toporne i bez życia.
W ich pokoju na Śniadeckich stało małe, niezbyt wyraźne zdjęcie młodej kobiety. Była to fotografia Meli, pierwszej żony Bronka. Miał to zdjęcie prawdopodobnie przy sobie, gdy jego oddział był przerzucany na tyły frontu. To wszystko, co pozostało z jego dawnego życia. Wujek całe życie się bał. Bał się, gdy mama zaczęła komunizować, bał się, gdy mamę aresztowali i co prawda posyłał jej paczki do więzienia, ale odwiedzała ją tylko Mela. Wiele lat później, gdy ja byłem w więzieniu, praktycznie przestał się spotykać z mamą. Z mojego powodu wysłano go na wcześniejszą emeryturę, co jeszcze wzmogło jego strach. Spotkałem go kiedyś na ulicy. Po chwili wahania zgodził się przyjść do nas do domu. W rozmowie wspomniałem o kimś, kto załamał się w więzieniu ze strachu. Pokiwał głową i stwierdził melancholijnie: - Tak, strach... to jest coś, na co nie ma lekarstwa.
W latach 80., gdy ukrywałem się po ucieczce z przepustki, przechodziłem ulicą Zielną, gdzie mieszkał w małym, dwupokojowym mieszkaniu. Wszedłem do jego domu i zadzwoniłem. Otworzył drzwi. Gdy mnie zobaczył, jakby nieśmiało się ucieszył. Przez chwilę rozmawialiśmy. Po kilku, najwyżej kilkunastu minutach wstał i podszedł do drzwi. Zrozumiałem, że to koniec wizyty. Gdy wychodziłem, zapytał mnie: - A Reginę odwiedzasz? - Nie - odpowiedziałem. - No to i mnie nie odwiedzaj - polecił. Zobaczyłem go potem dopiero w latach 90. Był dobrym człowiekiem. I jemu, i Heli wiele zawdzięczam. Niemal co roku jeździłem z nimi na wakacje. Gdy czasem miałem problemy z mamą - lub raczej, kiedy ona miała ze mną problemy - brali mnie do siebie i spałem w ich jednopokojowym mieszkaniu na amerykance.
Nasze mieszkanie powoli opuszczali tymczasowi lokatorzy i gdzieś około 1950 roku mieszkały tam cztery rodziny: ja z mamą, wujek z Helą, Jerzy Wiechecki, brat słynnego Stefana Wiecheckiego "Wiecha", z żoną i córką Joasią, moją rówieśnicą, oraz pan Gut z bratankiem, Jakubem Gutenbaumem, cudem ocalałym z powstania w getcie i z obozów koncentracyjnych.
Jakub Gutenbaum
Jakub był moim przyjacielem z dzieciństwa. Starszy ode mnie o niemal 17 lat, traktował mnie jednak zawsze poważnie, nigdy nie dając odczuć różnicy wieku i doświadczeń. Mieszkał ze swym wujem Józefem, który przeżył wojnę w ZSRS41, a potem pracował w "Nowych Drogach" - teoretycznym piśmie PZPR. Wiem, że Jakub odnalazł go, gdy wrócił z obozowej i poobozowej gehenny w 1947 roku, chociaż opowiadał o tym niechętnie, pozornie bez emocji, jakby to wszystko, co przeżył, było czymś naturalnym.
Gdy wybuchła wojna, miał 10 lat, a niecałe 11, gdy znalazł się w getcie. Jego ojciec uciekł na wschód w 1941 roku, przed wybuchem wojny sowiecko-niemieckiej. Zdecydował się na ucieczkę razem z bratem. Byli przekonani, że hitlerowcy będą mordować mężczyzn, a kobiety i dzieci są bezpieczne. Dopadł go drugi totalitaryzm. W ZSRS został aresztowany i zmarł w obozie.
W pierwszym okresie jego matka pracowała i - jak mówił - głodu nie zaznali. Po akcji wysiedleńczej w 1942 roku, którą przeżyli w ukryciu i w której zginęli ich wszyscy krewni, trzynastoletni Jakub stał się praktycznie jedynym żywicielem rodziny - matki i młodszego brata. Pracował w gminie jako goniec. Do jego obowiązków należało też co rano rozpalanie pieców. Mieszkał na północy, w okolicy Świętojerskiej, i codziennie musiał przemierzać getto. W salach szkolnych wegetowali Żydzi z podwarszawskich miasteczek. Pewnego dnia przyniósł zdobyty chleb. Wszedł do jednej z sal, rzucił chleb i uciekł. Widok dogorywających ludzi, zapach moczu, potu i śmierci był nie do zniesienia. W ciągu dnia handlował papierosami. Związał się też z jedną z grup oporu i stał na czujce przy udanym zamachu na konfidenta Gestapo. Podczas powstania w getcie razem z matką i bratem ukrywał się w bunkrze. Bez wody i światła. Pod koniec kwietnia kryjówka została odkryta lub zdradzona. Przeszedł przez Umschlagplatz i znalazł się na Majdanku. Podczas transportu matka kazała mu włożyć swoje buty na wysokim obcasie. - Nie wiem, dlaczego to zrobiła - mówił - buty mnie uwierały i było mi w nich niewygodnie. - Ale to te buty pomogły mu przeżyć selekcję. Był niski, a dzięki obcasom uzyskał wzrost pozwalający skierować go na prawo - do życia. Matka i brat zginęli w komorze gazowej. Przeżył Majdanek, obóz w Skarżysku-Kamiennej, Buchenwald, Terezin. Pracował w fabrykach i przy kuchni. Miał tyfus plamisty i chorobę wrzodową. - Bez pomocy ludzi bym nie przeżył - mówił. Gdy podczas pracy zachorował i jednego dnia był nieobecny, pijany esesman wtargnął do kuchni i zastrzelił pracujące tam osoby.
Znalazł się w Polsce i z domu dziecka wyjechał do Paryża. Po jakimś czasie postanowił jednak wrócić do kraju. - Tam mógłbym być najwyżej robotnikiem - twierdził. Pojechał na studia inżynieryjne do Moskwy. W 1953 roku, kiedy aresztowano lekarzy i rozpoczęła się walka z "kosmopolityzmem i syjonizmem", poczuł nagle wokół siebie pustkę. Niedawni koledzy i przyjaciele zaczęli go unikać. Zrobiło się groźnie. Śmierć Stalina przerwała rozpoczętą nagonkę. Skończył studia, wrócił do Warszawy. W 1979 roku został profesorem. Zdumiewała mnie zawsze jego pogoda ducha. Jednak wyczuwałem, że pod spokojnym, mądrym uśmiechem, kryje się głęboki smutek. Pamiętam, jak stwierdził, że w Marcu '68 nie spotkał się z antysemityzmem, i jak wtedy przerwała mu jego żona, Irena, która dodała: - No tak, tylko ja otrzymywałam telefony typu: "Kiedy wyjedziesz, ty żydowska kurwo". - Założył Stowarzyszenie "Dzieci Holocaustu" i został jego honorowym przewodniczącym. Nie widziałem w nim cienia nienawiści. Był pogodnym, spokojnym człowiekiem. Na pytanie, kim jest, odpowiadał z wahaniem: - Polakiem, Żydem. - Jakub zmarł w listopadzie 2017 roku.
41 ZSRS - Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich.
Przedszkole - dzieciństwo (ciąg dalszy)
Miałem dobre dzieciństwo. Mama była wiecznie zajęta, opiekowała się mną niania, która prawie codziennie prowadzała mnie do przedszkola. Dzięki niej poznałem drugą stronę Warszawy. Rodzina niani mieszkała na Pradze, gdzie niekiedy jeździliśmy. Miałem wówczas wrażenie, że znajdujemy się w innym świecie. Przy stole zbierało się kilka, kilkanaście osób, toczyły się rozmowy, popijano wódkę, na co jednak niania patrzyła niechętnie. Świat praski wydawał się barwny i pociągający. Z nianią chodziłem na Puławską, gdzie przy Dworkowej znajdował się ogromny bazar, ciągnący się w dół, aż do małego oczka wodnego. To był kolorowy, krzykliwy świat. Tam niania kupowała kurę na niedzielę. Wspólnie jedliśmy ugotowany przez nią rosół z własnoręcznie zrobionymi kluskami. - Kluseczki z mączeczki - mówiła. A potem dostawałem udko. Niania również robiła omlety. Nie byle jakie omlety. Ubijała białko widelcem. Powstawała piana z kaczym dziubkiem, wieńczącym dzieło. Pomieszana z rozbełtanym z mąką i mlekiem żółtkiem piana lądowała następnie na patelni. Po kilku minutach niania zręcznym ruchem przewracała omlet na drugą stronę i po chwili pomarańczowobrązowy, pięknie wyrośnięty omlet był gotowy. Wiele lat później w jednym z barów zamówiłem omlet i dostałem nieudolnie wysmażone rozbełtane jajko. Postanowiłem wówczas, że sam będę robił prawdziwe omlety. Smażę je do dzisiaj, ale nie udało mi się osiągnąć swobody i doskonałości niani.
W czasie gdy zacząłem chodzić do szkoły, wujek dostał mieszkanie na Śniadeckich i wprowadziła się do nas babcia. Niania odeszła. Wtedy dopiero dowiedziałem się, jak miała na imię - Józefa. Tęskniłem za nią bardzo, jednak po pewnym czasie przywiązałem się do babci, która była kolejnym dobrym duchem mojego dzieciństwa.
Do przedszkola poszedłem, gdy miałem trzy lata. Właściwie to pojechałem na trzykołowym rowerku. Wszedłem tam z mamą, rowerek został przed furtką. Natychmiast chciałem pochwalić się nowym kolegom swoim rowerkiem. Zaprowadziłem ich do furtki. I bardzo się zdziwiłem - przed furtką było pusto. Mama zabrała mój rower.
Przedszkole znajdowało się w pięknym miejscu, na Jazdowie, wśród domków fińskich. Domki fińskie był to dar Związku Radzieckiego, podobnie jak pierwsze trolejbusy w Warszawie. Przy czym ten pierwszy dar został ufundowany przez Finów jako wymuszone reparacje wojenne po agresji Związku Sowieckiego na Finlandię. Hojność towarzyszy odbywała się cudzym kosztem. W Warszawie były dwa osiedla tych domków - jedno na Polach Mokotowskich, drugie właśnie wokół mojego przedszkola, na tyłach parku Ujazdowskiego. Skwer w pobliżu nosi nazwę Tadeusza Mazowieckiego.
Do przedszkola szło się przez ulicę Litewską, jakże różną od zrujnowanej Marszałkowskiej. Pierwszym budynkiem był szpital dziecięcy, z pięknymi trójkątnymi szklanymi balkonami. Kolejne dwa lub trzy budynki były tylko trochę zaniedbane - tam po schodkach można było zejść do klitek, w których swoje interesy prowadzili prywaciarze ocalali z "bitwy o handel". W jednej z nich urzędował szewc, w drugiej był sklep spożywczy, gdzie można było kupić kiszoną kapustę, zachwalaną jako najlepsza w całej Warszawie. Kolejny dom - o numerze 14 - był elegancki, zamieszkany głównie, jak się potem okazało, przez wyższych urzędników partyjnych. Na końcu Litewskiej, tuż przy alei Szucha, znajdował się przyciągający witryną ze zdjęciami Teatr Syrena. Potem wchodziło się w aleję Szucha, już wówczas przemianowaną na I Armii Wojska Polskiego, gdzie w Ministerstwie Oświaty mieściło się pierwsze muzeum, jakie widziałem. Nazywało się Mauzoleum Walki i Męczeństwa i byłem tam tuż przed pójściem do szkoły. Szczególne wrażenie robiła część z ławkami, czyli tak zwany tramwaj. Znajdujący się tam rysunek z siedzącymi w "tramwaju" nędznie ubranymi kobietami i mężczyznami i kroczącym nad nimi gestapowcem z pejczem wbijał się w pamięć, rodząc poczucie bezsilności i buntu.
Na końcu alei Szucha stał samotnie dość ponury czerwony gmach, gdzie mieściło się kasyno oficerskie. Za nim ruiny dawnej ulicy 6 Sierpnia, mającej w nazwie datę wymarszu Pierwszej Kadrowej z ulicy Oleandrów, później przemianowanej zgodnie z doktryną niepamięci na aleję Wyzwolenia. Wówczas nie wiedziałem, że właśnie tam przyjdzie mi mieszkać. Przecinając Aleje Ujazdowskie, wchodziło się na Agrykolę, jedną z najciekawszych warszawskich ulic, biegnącą w wąwozie, z gazowymi latarniami, kocimi łbami i dwoma poziomami chodnika. Wymarzone miejsce do zabaw dziecięcych. Jednak w normalny dzień nie schodziłem w dół, ale szedłem w lewo, mijając budynki dawnego Szpitala Ujazdowskiego, miejsca bohaterskich wysiłków lekarzy i personelu medycznego w czasie Powstania Warszawskiego. Czerwone ceglaste budynki, niektóre częściowo zniszczone, sprawiały tajemnicze wrażenie.
W czerwcu 1952 pani Henia, która przychodziła do nas sprzątać, zabrała mnie do swojej rodzinnej wsi. Nazywała się Głody. Wcześniej jeździłem już na wieś, do Głoskowa i Józefowa, jednak to były miejscowości letniskowe, mieszkało się tam w warunkach zbliżonych do miejskich. Głody to była prawdziwa wieś - bez wygód sanitarnych, z lampami naftowymi - położona tuż nad Bugiem. Ponieważ wiedziałem, że Bug jest naszą granicą, przez pewien czas byłem przekonany, że po drugiej stronie jest już Związek Radziecki. Wyprowadzono mnie z błędu, mówiąc, że granica przebiega nieco dalej, a na drugim brzegu jest jeszcze Polska. Byłem rozczarowany. Nie zobaczyłem ziemi wszelkiej szczęśliwości. Wtedy po raz pierwszy w życiu i myślę, że ostatni, splamiłem się donosem. Na wsi obowiązywał zakaz kąpieli w Bugu przed dniem św. Jana, czyli 24 czerwca. Kiedy zobaczyłem chłopców brodzących w wodzie, natychmiast pobiegłem do pani Heni, krzycząc: - Oni się kąpią! - Ze śmiechem wytłumaczono mi, że brodzenie w wodzie to nie jest prawdziwa kąpiel. Kąpiel jest wtedy dopiero, gdy ktoś pływa. Zawstydziłem się, bo nie tylko skarżyłem, ale jeszcze skarżyłem niesłusznie. Zbliżał się odpust. Nie bardzo wiedziałem, co to znaczy, lecz z rozmów kobiet w chałupie zorientowałem się, że to jakaś zabawa, a kobiety tej właśnie zabawy bardzo się obawiają. Zabawa oznaczała picie, a po piciu awantury i bójki. Kobiety zastanawiały się, kto zacznie bójkę i kto będzie najbardziej poturbowany. Jedna z nich stwierdziła: - Mój Stach jest spokojny. Jak już sobie popije, to pada i śpi. A jak będzie ciepło, to mu nocka na polu nie zaszkodzi.
Wiele lat potem w Ucieczce na południe Sławomira Mrożka przeczytałem opis wiejskiego wesela42. Jakby było na mojej wsi. Dziś te same Głody są atrakcyjną miejscowością turystyczną. "Polska w ruinie".
42 S. Mrożek, Ucieczka na południe, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1961.