Uciec od samotności - Maciej Parszewski

Reflow text when sidebars are open.
Minęły już dwa lata, odkąd zaczął pracować w antykwariacie. Właściciela, pana Edwarda, poznał około pięciu lat wcześniej, jeszcze zanim wyjechał na studia do Poznania. Gdy chodził do technikum, odwiedzał "Kazamaty" w poszukiwaniu podręczników szkolnych. Jeszcze wtedy pan Edward - niewysoki, łysiejący - prowadził ten antykwariat razem z żoną Marią. Tak naprawdę to ona zajmowała się lokalem, bo jej mąż chorował na serce i Patryk prawie go nie widywał, kiedy tam zaglądał.
Niestety gdy Patryk był na drugim roku studiów, pani Maria zmarła nagle tuż przed świętami wielkanocnymi. Nigdy na nic się nie skarżyła, nie było po niej widać żadnych oznak choroby. Czasami tylko pobolewała ją głowa, ale zawsze zwalała ten ból na zmianę ciśnienia. Okazało się jednak, że pękł tętniak w mózgu.
Od tamtej pory pan Edward pracował w antykwariacie sam. Tylko latem pomagał mu pewien student, który specjalnie przyjeżdżał z Poznania do rodziców i w wolnych chwilach spędzał czas w "Kazamatach".
Patryk nigdy nie lubił czytać lektur szkolnych, ale klasykę literatury i wiele innych ciekawych książek pochłaniał w dużych ilościach. Kiedy tylko udało mu się zaoszczędzić trochę pieniędzy, szedł do antykwariatu mieszczącego się w starej kamienicy z popękanym tynkiem, niedaleko ulicy Maksymiliana Kolbego.
Antykwariat znajdował się w piwnicy, lecz wejście do niego prowadziło bezpośrednio z ulicy. Przed drzwiami i oknami były zamontowane kraty, z których łuszczyła się żółta farba. Po otwarciu drzwi schodziło się kilkoma schodkami do wnętrza. Praktycznie wszystkie ściany były zasłonięte przez półki i regały, na których znajdowały się stosy książek. Każdy mógł tam znaleźć coś dla siebie. Na półkach stały i leżały romanse, książki historyczne, dramaty, kryminały, powieści przygodowe, science fiction, biograficzne, filozoficzne, psychologiczne, horrory, różnego rodzaju podręczniki szkolne i do nauki języków obcych, słowniki, a nawet kilka poradników.
Tuż przy wejściu, po lewej stronie, gdzie znajdowały się okna, stało nieduże biurko, za którym siedział pan Edward. Patryk nigdy nie zapytał go o wiek, ale na oko oceniał go między sześćdziesiąt pięć a siedemdziesiąt lat. Miał już wyrobiony styl ubierania się - zawsze nosił białą lub jasnokremową koszulę z długimi rękawami, krawat w różnych odcieniach brązu i spodnie od garnituru, na ogół czarne lub granatowe.
Patryk zawsze się zastanawiał, czy antykwariusz tę swoją szczecinę jakoś przycinał, czy ze starości przestała mu rosnąć. I nigdy nie miał odwagi, aby o to zapytać.
W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach starych książek, wydanych od kilku do kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat temu.
Mijało lato za latem, a między młodym studentem a Edwardem narodziła się przyjaźń. Niestety nie mogła trwać tak długo, jak obaj by chcieli. Po obronie pracy magisterskiej Patryk próbował znaleźć pracę w stolicy Wielkopolski, jak zapewne każdy absolwent uczelni wyższej w tym regionie. Jednym udawało się to od razu, innym również, ale podejmowali nie taką pracę, jaką chcieli, a jeszcze inni szukali, szukali... bez rezultatu.
W końcu i Patrykowi udało się znaleźć pracę. Nie miała wiele wspólnego z kierunkiem studiów, które ukończył, i nie była tak dobrze płatna, jakby chciał, ale była. I nagle, pewnego ciepłego lipcowego poranka odebrał telefon.
- Cześć, synek, co robisz? - To była mama. - Jesteś w pracy czy w domu? - dopytywała.
- Cześć, mamo. Dzisiaj mam wolne, a czemu pytasz?
Patryk do drugiej w nocy czytał książkę. Jakiś kryminał kupiony w koszu z książkami w hipermarkecie. Tytuł nie zrobił na nim wrażenia, ale postanowił dać mu szansę. No i dał. Zakładka w książce była wsunięta między sto dwudziestą pierwszą a sto dwudziestą drugą stroną.
- Słuchaj, pan Edward miał zawał i nie żyje. - Głos jego matki nieco drżał w słuchawce. Dobrze wiedziała, że jej syn zaprzyjaźnił się z właścicielem antykwariatu.
- Ale jak? Kiedy? - Do Patryka nie od razu dotarło, że jego znacznie starszy przyjaciel odszedł, ale postanowił zachować spokój.
- Dowiedziałam się, że dostał zawału w antykwariacie i zmarł w szpitalu wczoraj wieczorem. Synek, bardzo mi przykro. Za dwa dni jest już pogrzeb. Przyjedziesz?
- Tak, przyjadę. Jeszcze dzisiaj będę. Do zobaczenia i dzięki, że zadzwoniłaś.
Patryk się rozłączył. Usiadł na brzegu łóżka. Najpierw patrzył przed siebie, potem na małe białe chmury na błękitnym niebie. Sam nie wiedział, czy myślał o czymś, o kimś, czy może miał w głowie zupełną pustkę. Poczuł jednak, że po policzku spłynęła mu łza.
I wtedy zaczął płakać. Tak po prostu. Płakał tak, jak się płacze po stracie bliskiej osoby. W swoim życiu tylko dwa razy tak się czuł i tak płakał. Za pierwszym razem, gdy zmarł jego ojciec, kiedy chłopak był w klasie maturalnej, a za drugim razem, gdy raptem kilka miesięcy później rozstał się ze swoją pierwszą dziewczyną.
Po dłuższej chwili wziął się w garść. Wstał z łóżka, poszedł do łazienki i przemył twarz zimną wodą. Następnie chwycił smartfon i zadzwonił do pracy z informacją, że ma pogrzeb w rodzinie i musi wyjechać na dwa dni do Piły. Nawet nie czekał na odpowiedź, tylko od razu się rozłączył.
Kolejną rzeczą, jaką musiał zrobić, było poszukanie w Internecie, o której godzinie odjeżdża najbliższy pociąg do rodzinnego miasta. Po sprawdzeniu rozkładu i kupieniu biletu szybko się spakował, począwszy od czarnego garnituru, który służył mu ostatnio podczas obrony pracy magisterskiej. Nie spodziewał się, że przyjdzie mu ponownie go włożyć, i to jeszcze w takich okolicznościach.
Pan Edward spoczął obok swojej ukochanej małżonki, za którą szczerze tęsknił. Pogrzeb był świecki, ponieważ takie było życzenie zmarłego. Był katolikiem średnio wierzącym, a praktykującym - właściwie wcale. Z Bogiem pokłócił się na dobre po śmierci Marii. Teraz miał okazję, aby się z Nim pogodzić.
Nie było stypy. Bo i dla kogo miałaby być i kto miałby ją urządzić? Przy grobie, poza Patrykiem i jego matką, stało jeszcze paru sąsiadów z jego kamienicy przy ulicy Tucholskiej i kilku stałych klientów "Kazamat". I tyle.
Chociaż nie... Był jeszcze ktoś. Stał trochę z boku i cierpliwie czekał na koniec ceremonii. Patryk go nie widział. Zauważył go dopiero wtedy, gdy odchodził od grobu. Ten nieznajomy mężczyzna - szczupły, średniego wzrostu, o inteligentnym spojrzeniu - okazał się prawnikiem. Powiedział, że Edward zostawił po sobie testament i że Patryk jest wymieniony w tym dokumencie.
- Wolą pana Edwarda było, aby odczytać testament niezwłocznie po pogrzebie - poinformował dojrzały, a jednocześnie bardzo delikatny głos czterdziestopięcioletniego prawnika z kancelarii notarialnej.
- Testament? Jaki testament? Nigdy mi nie wspominał o żadnym testamencie. - Patryk mówił prawdę. Choć rozmawiali na różne tematy, to o śmierci i testamentach nigdy mowy nie było. - Jest pan pewny, że o mnie chodzi?
- Tak. Jestem pewny, a testament został spisany w mojej kancelarii jakieś dwa... nie, przepraszam, trzy miesiące temu.
- A, chyba że tak. - Patryk na moment się zamyślił. - Dobrze, to kiedy odbędzie się odczytanie tego testamentu?
- Jutro, o godzinie dziewiątej - oznajmił prawnik i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki swoją wizytówkę, po czym wręczył ją Patrykowi. - Tutaj ma pan adres mojej kancelarii.
Patryk odebrał wizytówkę od prawnika i już miał się żegnać, gdy nagle pojawiła się jego matka i zapytała:
- A co jest w tym testamencie? Może jakieś długi do spłacenia?
- Nie mogę zdradzić treści testamentu przed jego oficjalnym odczytaniem. Zapraszam jutro pana i tylko pana, bo tylko pan jest stroną wymienioną w testamencie.
Patryk przeprosił za mamę, ale prawnik nie był zły. Jeszcze raz złożył szczere kondolencje i odszedł w stronę bramy głównej, od strony ulicy Motylewskiej, gdzie stał zaparkowany jego czarny Lexus.
Następnego dnia, punktualnie o godzinie ósmej pięćdziesiąt, Patryk przybył do Kancelarii Prawniczej Kandynewicz i Wspólnicy. Kancelaria zajmowała całe drugie piętro kamienicy, przerobionej całkowicie na biura na piętrach i sklepy na parterze.
- Dzień dobry, ja na odczytanie testamentu. Jestem Patryk Winiarski - przywitał się z sekretarką, którą uznał za ładną, ale w tamtym momencie nie było mu w głowie flirtowanie z tą kobietą.
- Dzień dobry. - Uśmiech nie znikał z jej twarzy od chwili, gdy wszedł do pierwszego pomieszczenia, które pełniło funkcję recepcji i poczekalni przed wejściem do gabinetu mecenasa. - Pan doktor Kandynewicz ma teraz ważną rozmowę telefoniczną. Proszę usiąść i zaczekać.
Patryk usiadł na głębokiej skórzanej kanapie i rozglądał się po pomieszczeniu.
- Może zechce pan kawy lub herbaty? - dopytywała sekretarka.
- Nie, dziękuję. Herbatę już piłem w domu, a kawy w ogóle nie piję. - Chyba to miejsce sprawiło, że Patryk stał się wyjątkowo uprzejmy, mimo że ciągle trapiła go myśl, co może być zapisane w tym testamencie.
I gdy tak siedział i rozmyślał, z tych myśli wyrwała go sekretarka, która poinformowała, że mecenas już na niego czeka.
Gabinet mecenasa okazał się większy, niż Patryk sobie wyobrażał. Drewniane, staromodne drzwi pomalowane były na biało. Na wprost drzwi znajdował się rząd okien - wymienionych podczas generalnego remontu kamienicy blisko dziesięć lat wcześniej. Po lewej stronie, w dalszej części gabinetu, stał na metalowych nogach stół ze szklanym blatem, a wokół niego ustawiono osiem krzeseł w kremowym kolorze. Między stołem a biurkiem mecenasa, na drewnianych panelach, leżał ciemny dywan bez wzorów.
Biurko mecenasa stanowiło ze stołem komplet. Różniło się jedynie tym, że leżał na nim czarny podkład na dokumenty z biurowym wyposażeniem. Mecenas, siedzący na czarnym, skórzanym i bardzo wygodnym fotelu biurowym, odłożył teczkę z dokumentami za siebie, do jednej z plastikowych kuwet na regale.
- Dzień dobry, panie Patryku. Bardzo się cieszę, że jest pan na czas - powitał go. - Proszę spocząć. - Wskazał na wąski skórzany fotel po drugiej stronie biurka, ewidentnie przeznaczony dla jego klientów.
- Dzień dobry. - Usiadł na fotelu. - To na kogo jeszcze czekamy? - Patryk zauważył, że poza nim i mecenasem nie ma nikogo więcej.
- Jesteśmy już w komplecie. Pan Edward nie miał dzieci ze swoją małżonką. Poza tym w testamencie uwzględnił tylko pana. - Mecenas otworzył teczkę, która leżała na jego biurku, kiedy przyszedł Patryk, i wyjął testament. - Jest pan gotowy, panie Patryku?
- Tak. - Skinął głową na potwierdzenie.
Mecenas zaczął od wstępu, jaki zawiera standardowy testament. Patryk słuchał z uwagą i skupieniem. Dłonie lekko zaciskał na udach.
- Punkt pierwszy - mecenas zaczął odczytywać testament - moje mieszkanie na poddaszu w kamienicy przy ulicy Tucholskiej zapisuję panu Patrykowi Winiarskiemu na własność. Wraz z całym jego wyposażeniem. Punkt drugi: antykwariat "Kazamaty" zapisuję również panu Patrykowi i moją wolą jest, aby dalej prowadził wyżej wymieniony podmiot wraz ze wszystkimi książkami, podręcznikami, encyklopediami itp. Punkt trzeci: a żeby na start życia zawodowego nie był bez grosza, zapisuję mu wszystkie moje oszczędności. Patryku, przez ten czas bardzo cię polubiłem. Mam nadzieję, że z wzajemnością. A na koniec, mam nadzieję, że znajdziesz w swoim życiu pokrewną duszę, jak ja znalazłem ją w swojej Marii. Powodzenia i nie żegnam się z tobą. Poczekam na ciebie tam, po drugiej stronie, ale się nie śpiesz. Edward. - Mecenas zakończył odczytywanie ostatniej woli.
- O cholera. - Patryk przerwał ciszę, która przez chwilę opanowała gabinet mecenasa.
I tak oto Patryk stał się właścicielem antykwariatu oraz mieszkania. Od czasu przejęcia "Kazamat" wprowadził to miejsce w dwudziesty pierwszy wiek, czyli do Internetu, i zaczął sprzedawać książki na serwisach aukcyjnych, a czasami włączał licytacje egzemplarzy, które uznawał za "białe kruki". Oczywiście najpierw sam je czytał, bo inaczej nie mógłby sobie później tego darować. W ten sposób zarówno sprzedawał, jak i kupował książki.
Właśnie przeglądał w mieszkaniu przy Tucholskiej kolejne aukcje na laptopie, obok którego leżało zaproszenie na wesele.
***
- Kurwa, spóźnię się do pracy. - Aneta syknęła ze złością sama na siebie, gdy ponownie spojrzała na godzinę na wyświetlaczu telefonu.
Co prawda mogła wstać, kiedy włączył się alarm, ale w pierwszym odruchu po przebudzeniu pomyślała, że ustawiła go na wcześniejszą godzinę i ma jeszcze trochę czasu. Nie spała już, ale oczy miała nadal zamknięte. Leżała tak z pięć minut, nie dłużej, a gdy ponownie spojrzała na wyświetlacz telefonu, w ułamku sekundy uświadomiła sobie, że to, co było w jej odczuciu pięcioma minutami, w rzeczywistości okazało się prawie czterdziestoma.
Mogła nie rozmawiać z Błażejem, swoim mężem, do prawie pierwszej w nocy na Messengerze, ale on wcześniej nie mógł, bo miał szkolenie. Wyjechał trzy dni temu do Poznania i miał wrócić dopiero w poniedziałek.
Błażej Garlicki miał trzydzieści siedem lat i był kimś ważnym w dużej firmie transportowej Taurus, ale nie był jej właścicielem. Jej siedziba mieściła się gdzieś na obrzeżach Torunia, miasta, w którym mieszkali, ale praktycznie na drugim jego końcu. Oni mieszkali na cichym i spokojnym osiedlu domków jednorodzinnych.
Kiedyś interesowała się jego pracą, ale z czasem przestała. W ogóle od jakiegoś czasu Aneta czuła, że coś się wypaliło w ich małżeństwie, i nawet nie wiedziała, kiedy to mogło się zacząć. Domyślała się, ale nie miała pewności. Myślała, że nastąpiło to po urodzeniu drugiej córeczki. Jakby jej mąż nie chciał mieć już więcej dzieci, a jej marzeniem była zawsze trójka. Jakoś nigdy z nim o tym nie rozmawiała. Może powinna była zrobić to wcześniej, ale obecnie już jej się nie chciało. Ta nocna rozmowa wynikała bardziej z obowiązku czy przyzwyczajenia niż z realnej potrzeby.
Aneta Garlicka, trzydziestosześcioletnia nauczycielka języka polskiego w katolickim liceum ogólnokształcącym, była matką dwóch córek: sześcioletniej Nadii i czteroletniej Mai.
I właśnie musiała je obudzić, umyć, ubrać, zrobić im śniadanie i zawieźć do przedszkola. Dzięki Bogu, przedszkole miała po drodze do szkoły, więc wierzyła, że zdąży przed porannymi korkami. Musiała jechać Szosą Chełmińską, która potrafiła być zakorkowana w godzinach porannego szczytu. Zastanawiała się, czy skończyli już remontować jedną z nitek.
Ale zanim zajęła się dziećmi, sama musiała się ogarnąć, bo aktualnie była w koszuli nocnej. Dlatego szybko wstała i poszła do pokoju swoich córek, po drodze wtapiając palce w swoje kręcone włosy o naturalnie wyrazistym rudym kolorze i drapiąc się po głowie.
Kiedyś, jeszcze w szkole podstawowej, w gimnazjum i na początku liceum, miewała nieprzyjemności z powodu swoich włosów. Zmieniło się to, gdy poznała swojego pierwszego chłopaka, z którym była prawie rok. To on przekonał ją, że jej włosy nie są przekleństwem, lecz atutem.
Weszła do niedużego pokoju, w którym spały jej córeczki. Nadia, po lewej stronie od wejścia, znowu miała kołdrę na dywanie, ale dzisiaj Aneta nie miała czasu nawet pomyśleć o tym, aby zwrócić jej uwagę. Nie, dzisiaj nie. Maja, której chyba zawsze było zimno, leżała zawinięta w swoją kołderkę jak naleśnik, na łóżku po prawej stronie od wejścia.
I dziwnie jakoś te geny się ułożyły, bo Nadia miała proste, jasnorude włosy, a Maja kręcone, w kolorze włosów ojca, czyli ciemny blond. Pewnie z wiekiem jej się rozjaśnią - tak nieraz myślała sobie Aneta, gdy na nią spoglądała.
Zapaliła światło włącznikiem znajdującym się po prawej stronie od drzwi. Jaskrawy blask lampy wypełnił pokój. W czerwcu poranki są już jasne, ale w pokoju dziewczynek zamontowane były granatowe rolety, przez co było dość ciemno. Nadia i Maja prawie od razu zaczęły mrużyć oczy i się przeciągać.
- Dziewczynki! Wstajemy. - Aneta podeszła najpierw do jednej córki, potem do drugiej, i delikatnie je szturchnęła. - Już jest późno. No, wstawajcie i idźcie do łazienki się myć. Mama w tym czasie szybko zrobi śniadanie.
Dzieci nieśpiesznie wstały i poczłapały do dużej łazienki znajdującej się na półpiętrze. Zeszły do niej po drewnianych schodach. Co ciekawe, gdy one schodziły lub wchodziły po tych schodach, to trzeci stopień od góry nie skrzypiał. Kiedy przechodził tamtędy kto inny, rozlegało się charakterystyczne skrzypnięcie tego jednego stopnia. Mąż Anety miał naprawić ten schodek już dawno temu, ale wciąż nie miał czasu, a gdy tylko delikatnie mu o tym przypominała, zapewniał, że pamięta.
Aneta zabrała się za robienie śniadania dla siebie i dzieci. Dla córek było łatwiej - płatki śniadaniowe i po toście z dżemem truskawkowym. Ona sama szybko zje tosta i zapije go sokiem. Kawę wypije dopiero w szkole, a w sklepiku szkolnym kupi sobie bułkę - drożdżówki z serem i kruszonką zawsze były świetne.
Maja i Nadia Garlickie w kwestii śniadań również się od siebie różniły. Nawet w wyborze płatków śniadaniowych. Jedna lubiła płatki kukurydziane albo z dodatkiem miodu, a druga nie tknęła innych niż czekoladowe, najlepiej w kształcie muszelek. Dobrze, że podobnie jak ich matka, lubiły dżemy o każdym smaku.
Gdy dziewczynki jadły śniadanie, Aneta przygotowała im ubrania do przedszkola. Jej córki po śniadaniu udały się prosto do pokoju, aby się ubrać, a Aneta w tym czasie sama poszła do łazienki się wyszykować.
Stała tylko w bieliźnie, myjąc zęby. Spojrzała na swoje ciało. Lubiła na nie patrzeć. Akceptowała je, bo wyglądało niemal jak przed pierwszą ciążą. Ta sama bardzo jasna skóra - niektórzy kiedyś jej dokuczali, że jest za blada.
Zmieniły się za to jej piersi. Już nie było to jędrne 70C. Nadal jej się podobały, ale tylko w staniku, który eksponował biust. Takie jak kiedyś to już nigdy nie będą.
Włosy spięła szybko zieloną gumką, aby jej nie przeszkadzały. Włosy. Naturalnie kręcone i rude. Jako jedyna ruda dziewczyna w klasie nigdy nie miała łatwo. Nie lubiła wracać myślami do tamtych czasów. Przez te lata nauczyła się być odporna i akceptować siebie taką, jaką była. I nauczyła się lubić siebie.
Patrzyła w swoje zielone oczy, na chude ramiona i szczupłe ciało - udało jej się wrócić do formy po urodzeniu dziewczynek. Uważała siebie samą za kobietę atrakcyjną, bo w rzeczywistości taka była, ale czuła, że jej mąż już jej takiej nie widzi.
Tego poranka nie miała jednak już czasu na rozmyślanie o tym kolejny raz. Zapowiadał się bardzo ciepły piątek, więc włożyła seledynową koszulkę z dekoltem szerszym niż głębszym. Wzięła jeszcze cienki ciemnozielony sweterek zapinany na guziki. Nie malowała się. Nie z powodu braku czasu, choć rzeczywiście go nie miała, ale dlatego, że tego nie potrzebowała. Kontrast między jasną skórą twarzy a jej włosami był wyraźny. Uwagę, poza nimi, przyciągały usta. Naturalnie pełne. Gdy się uśmiechała, w kącikach jej ust tworzyły się charakterystyczne malutkie dołeczki.
Tego ranka sam Bóg musiał być po jej stronie, bo co prawda na Szosie Chełmińskiej był duży ruch samochodowy, ale bez problemu zdążyła zawieźć dzieci do przedszkola i dojechać do Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Pawła II, w którym pracowała. Uczyła języka polskiego.
Ledwo wbiegła do pokoju nauczycielskiego po dziennik klasy 1A, gdy zadzwonił dzwonek, zapraszający nauczycieli - a uczniów w szczególności - na pierwszą lekcję tego dnia. Był to ostatni dzień wystawiania ocen końcowych. Pośpiech zrobił swoje, bo uczniowie czekający przed salą języka polskiego zobaczyli jej policzki rozgrzane do czerwoności.
Czas w szkole spędziła spokojnie, żeby nie powiedzieć: nudno. Dopiero na drugiej lekcji przepytała ucznia klasy 2C - Szymona, klasową gwiazdę, któremu groziła ocena niedostateczna. Aneta nie lubiła wystawiać takich ocen, dlatego słabszym uczniom starała się pomagać - przepytywała ich tak, aby sami przypominali sobie właściwe odpowiedzi. I podobnie było w tym przypadku. Dzięki jej wskazówkom uczeń wyszedł z zagrożenia.
Dwa miesiące wcześniej klasy maturalne zakończyły naukę, więc w szkole było o prawie jedną trzecią klas mniej. Dlatego, pomimo jednego okienka, skończyła pracę przed godziną dwunastą i mogła odebrać dziewczynki z katolickiego przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne i wrócić do domu.
Gdy dziewczynki jadły obiad, Aneta miała czas na dopakowanie się na weekendowy wyjazd do Piły. Miała powód - jechała na wesele swojej przyjaciółki jeszcze ze szkoły podstawowej. Musiała spakować tylko sukienkę, ale jeszcze się wahała. Spośród trzech propozycji, nad którymi się zastanawiała, wybrała tę, która jej się podobała od początku. I już zapinała walizkę, gdy uświadomiła sobie, że musi dobrać inne buty, bo te nie będą pasować do ostatecznie wybranej kreacji. Szybko wymieniła obuwie na wesele, następnie zamknęła niedużą walizkę i akurat wtedy przyjechała jej młodsza siostra.
Dagmara Boetke, młodsza o pięć lat od Anety, również mężatka i matka rocznego Antoniego, zgodziła się zająć dziećmi siostry, aby mogła spokojnie jechać na wesele. Bez męża, bo ten był na szkoleniu. Pracoholik.
- Cześć, siostra! - zawołała Dagmara od progu.
Aneta pojawiła się na schodach.
- Cześć, Daga, super, że już jesteś. Dzisiaj czuję, że z niczym się nie wyrabiam. Dobrze, że dziewczynki spakowałam już wczoraj. - Wskazała gestem głowy na dwie małe walizeczki w kolorze takim samym jak jej walizka, którą postawiła obok.
Dziewczynki wybiegły z kuchni, aby przywitać się z ciocią.
- Cioooociaaaaaaa! - krzyczały, biegnąc do Dagmary.
Po obiedzie szybko umyła naczynia, następnie wyłączyła prąd, zakręciła główny zawór gazu i wody. "Strzeżonego Pan Bóg strzeże", jak zawsze mówiła jej matka. Samochód zostawiła w garażu. Jechały autem Dagmary, a raczej jej i jej męża, Adama.
Musiały się trochę śpieszyć, ponieważ równo o piętnastej odjeżdżał pociąg InterCity Zamoyski. Pojechały Szosą Chełmińską, jedną z głównych arterii miasta, prosto na Dworzec Główny PKP. Jechały nieco ponad dwadzieścia minut, więc Aneta miała jeszcze około kwadransa, aby pożegnać się z dziećmi i przytulić siostrę w podziękowaniu za to, że zajmie się jej dziewczynkami. Bilet miała w telefonie, bo kupiła go w zeszłym tygodniu przez Internet. W budynku dworca, na elektronicznej tablicy z żółtym napisem "ODJAZDY" u góry sprawdziła, z którego peronu odjedzie pociąg, ale obok numeru peronu przesuwał się powoli jakiś napis na białym tle. "Opóźnienie 45 minut". Taki sam komunikat pojawił się w języku angielskim i niemieckim.
Zajebiście - pomyślała Aneta. W brzuchu jej zaburczało, bo nie zjadła w domu obiadu, a w szkole tylko bułkę pełnoziarnistą. Na dworcu znalazła małe bistro, gdzie zamówiła zapiekankę XXL z pieczarkami, serem i surówką. Była tak głodna, że zjadła całą zapiekankę, która miała chyba z pięćdziesiąt centymetrów. Do tego wzięła półlitrową butelkę Coca-Coli.
Po zjedzeniu obiadu przechadzała się jeszcze po dworcu, bo miała nieco czasu do odjazdu pociągu. Nagle wpadła na pomysł, aby sprawić przyjemność swojej przyjaciółce, i w jednym z kiosków nakupowała pierników toruńskich. Jak po drodze zgłodnieje, to też sobie zje - pomyślała.
Pociąg na szczęście nie wydłużył już swojego spóźnienia i przyjechał - zgodnie z aktualnym rozkładem - ponad czterdzieści minut po czasie. Gdy zobaczyła, jak na peron wjeżdża niebieska lokomotywa EP-07 z białym poziomym pasem, pomyślała, że gdyby jechała samochodem, już dawno byłaby poza Toruniem. Ale byłaby głodna, więc musiałaby zjechać na stację paliw i tam coś zjeść. Właściwie więc czasowo nic by nie zyskała.
Pociąg zaczął hamować i po peronie rozniósł się pisk hamulców. Wagon, w którym miała miejsce, był drugi od końca. Pociąg zatrzymał się idealnie przed nią - "Wagon numer 17, miejsce 32, okno". Zapamiętała informację zawartą na bilecie podróżnym.
Zaczekała cierpliwie, aż z przednich drzwi wagonu, przed którym stała wraz z niedużą grupą pasażerów, wyjdą podróżni kończący swoją podróż tego dnia. Aneta nie pamiętała już, kiedy ostatni raz jechała pociągiem, i Zamoyski zdążył ruszyć, nim znalazła odpowiednie miejsce. Pogubiła się w numeracji. Pewnie nie ona jedna.
Podróż planowo miała trwać prawie dwie godziny, bo na dworcu głównym w Pile miała wysiąść o godzinie 16:50, ale doliczając spóźnienie i ewentualne dalsze opóźnienia, postanowiła napisać do prawie już panny młodej z informacją o sytuacji.
Ewelina - jeszcze panna, a już za chwilę pani Paprocka - przyjaciółka Anety, czekała właśnie na drugim peronie dworca głównego PKP w Pile. Już w sobotę miała wziąć ślub ze swoim ukochanym narzeczonym Wojtkiem. Wiedziała, że pociąg ma opóźnienie, więc skorzystała z okazji i przeszła się po kilku sklepach w galerii handlowej obok dworca.
Peron był osłonięty, a cień dawał ochłodę w to piątkowe, czerwcowe popołudnie. Ewelina miała nadzieję, że w dniu ślubu będzie nieco chłodniej. Przez głośnik słychać było komunikat zapowiadający przyjazd pociągu. Brzmiał, jakby był wygenerowany przez jakiś program komputerowy. Po krótkiej chwili zobaczyła po swojej lewej stronie charakterystyczną niebieską lokomotywę, a chwilę później rozbrzmiał pisk wydobywający się spod hamujących żelaznych kół.
Aneta Garlicka wysłała Ewelinie zdjęcie z pociągu, aby ta mogła ją rozpoznać na zatłoczonym peronie, kiedy pasażerowie wysiadający z pociągu zmieszają się z tymi wsiadającymi. Pewnie i tak by ją rozpoznała po jej rudych włosach, ale wolała się zabezpieczyć, gdyby jej charakterystyczny kolor włosów okazał się mało rzucający się w oczy. Ewelina zrewanżowała się tym samym, kiedy była jeszcze w galerii. Pociąg się zatrzymał. Ewelina stanęła na wysokości wagonu numer 14, więc musiała się cofnąć do właściwego, ale wysiadający i wsiadający pasażerowie utrudniali jej sprawne i szybkie dojście. Doszła do wagonu numer 17 w momencie, kiedy Aneta wysiadała. Rude loki były na tyle charakterystyczne, że wyróżniały się w tłumie.
Aneta zaczęła się rozglądać po peronie, stając na drobnej kostce brukowej. Nawet nie wiedziała, że kostka w tym miejscu ma przeszło sto lat. Szukała niskiej brunetki o długich i prostych włosach. Nadal nosiła okulary. Jednak to Ewelina zauważyła ją jako pierwsza.
- Aneta! - krzyknęła z radości i rzuciła się jej w ramiona.
Mocno się uścisnęły, ucałowały w policzki i roześmiały się głośno.
- Ewela! Jak cudownie cię widzieć.
Po przywitaniu się Ewelina wzięła od Anety walizkę. Przeszły podziemnym przejściem między peronem drugim a pierwszym. Tam rudowłosą Toruniankę urzekły małe, prostokątne, poziome kafelki w kolorze kremowobiałym z jednym rzędem niebieskich, które ciągnęły się przez cały tunel.
- W Toruniu takich nie ma - zauważyła Aneta.
- Bo zrobili bezsensowny remont. Dworzec w Toruniu mi się nie podoba. Ale to nic. Zobaczysz, jak wygląda tutaj dworzec w środku. Będziesz w szoku.
I faktycznie. Zeszły do przejścia podziemnego pod peronami i zaczęły wychodzić na powierzchnię. Weszły po kamiennych schodach, tak samo starych jak kostka brukowa na peronie, na pierwszy peron, przy którym stał budynek dworca głównego.
Aneta przystanęła na chwilę. Musiała zrobić zdjęcie budynkowi dworca. Był pięknie odrestaurowany, miał jasnożółty kolor z białymi obramowaniami na ścianach. Następnie przeszły przez uchylone drewniane, ciężkie drzwi i Aneta, którą Ewelina puściła pierwszą, poczuła się, jakby przeszła do innego świata. A raczej jakby cofnęła się w czasie o przynajmniej sto lat.
Od razu otworzyła w telefonie aparat i zaczęła robić zdjęcia. Stanęła na środku poczekalni i obracała się wokół własnej osi, aby wszystko dokładnie zobaczyć. Popołudniowi pasażerowie w niczym jej nie przeszkadzali. Drewniane i złote zdobienia nadawały tej sali historyczny charakter.
- Chodź, pokażę ci coś. - Ewelina wskazała na otwarte drzwi po jej prawej stronie, gdy Aneta zatrzymała się naprzeciw wiszącej na ścianie elektronicznej tablicy odjazdów pociągów.
I weszły do Sali Cesarskiej, która pierwotnie miała być specjalną salą dla cesarza pruskiego i jego gości oraz urzędników. Aneta stanęła w drzwiach i zobaczyła trójboczną absydę, która rozświetlała naturalnym światłem całe pomieszczenie. Weszła głębiej do sali i wszystko dokładnie obserwowała oraz robiła zdjęcia.
- Ej, Ewelina, zobacz, te boazerie i strop wyglądają, jakby były zrobione od zera. - Aneta była pod wrażeniem tego, co widziała. Myślała, że takich dworców już nie ma, że istnieją tylko nowoczesne.
- Bo to są stare boazerie i ten strop też jest stary. Po prostu wszystko zostało poddane renowacji - wyjaśniła Ewelina i zapytała: - A zwróciłaś uwagę na drzwi? A w szczególności na to, co się na nich znajduje?
- Tak, ale nie wiem, co to jest. - Aneta teraz dokładniej się przyglądała jednym z tych dwuskrzydłowych, ciężkich, czarnych drewnianych drzwi ze złotymi zdobieniami.
- To cesarski emblemat z inicjałem samego cesarza pruskiego.
- Ale to jest niezwykłe. Piękna ręczna robota. Dziś tak już się nie robi.
Czas płynął szybko i zrobiło się już późne popołudnie. Aneta na chwilę zapomniała o tym, że jej przyjaciółka jutro ma swój najważniejszy dzień w życiu.
Wyszły z Sali Cesarskiej, przeszły przez poczekalnię i jednym krokiem znalazły się w XXI wieku. W nowoczesności. A potem znów cofnęły się w czasie, bo aby wyjść na miasto, musiały przejść przez podziemny tunel. Znowu Aneta czuła pod podeszwami butów kamienne schody, trzymała się przy tym drewnianej poręczy osadzonej w pięknie zdobionej żeliwnej konstrukcji pomalowanej na czarno.
Szybko poczuła, że nie jest tak przyjemnie, jak w tunelu między peronami. Raptem po trzech, może czterech krokach poczuła smród moczu. Zagłębienia rynnowe znajdujące się po obu stronach tunelu często służyły jako pisuary dla tych, którzy wypili o kilka piw za dużo w okolicznych barach i nie wiedzieli, gdzie są toalety. Aneta postanowiła przyśpieszyć krok, aby jak najszybciej wydostać się z tunelu. Widziała, że wyglądał identycznie jak wcześniejszy tunel, ale odór był na tyle silny, że nie pozwalał jej się na tym skupić.
W końcu wyszły i Aneta mogła odetchnąć pełną piersią. Ewelina od razu zaprowadziła swoją przyjaciółkę na parking przed galerią handlową, gdzie zaparkowała samochód. Walizkę włożyły do bagażnika i ruszyły w drogę.
Ewelina mieszkała z Wojtkiem od zaręczyn. Nie chcieli udawać cnotliwych i żyć osobno do ślubu. Wzięli kredyt na dom, który niedawno wykończyli i się do niego wprowadzili. Rodzice pary młodej dołożyli za to sporo do ślubu.
Ruszyły spod galerii handlowej, pojechały przez most prosto w ulicę Okólną i dalej ulicą Kusocińskiego. Po prawej stronie mijały kolorowe wieżowce, a po lewej gęste zarośla, ponad którymi widać było wysokie maszty oświetleniowe.
Aneta nie musiała o nic pytać Eweliny, bo ta cały czas jej wyjaśniała, co widzą, więc dowiedziała się, że to maszty oświetleniowe stadionu żużlowego. Nasz w Toruniu jest większy i widoczny, Aneta zaśmiała się w duchu i pomyślała, że ani razu nie była na żadnym meczu. Chętnie by poszła, ale nigdy nie chciała iść sama, a Błażej nie interesował się sportem.
Następnie skręciły w prawo na ulicę Kossaka i jechały dalej prosto, a potem w lewo, wjeżdżając w ulicę Philipsa. W końcu zobaczyły przy otwartej bramie Wojtka, który na nie czekał. Aneta widziała go tylko na zdjęciach na Facebooku albo kiedy czasami rozmawiały na Skypie i pojawiał się w tle. Na żywo wyglądał lepiej niż na zdjęciach. Ewelina dobrze trafiła.
Resztę wieczoru dziewczyny spędziły na rozmowie, ale nie na tak długiej, jakby chciały. Ewelina następnego dnia brała ślub, a Aneta też czuła się zmęczona po całym dniu. Rozpakowała się w pokoiku gościnnym, wzięła prysznic, włożyła koszulę nocną i położyła się spać. Pogadała jeszcze przez telefon z siostrą, dopytywała, czy dziewczynki za bardzo jej nie męczą. Chciała też z nimi porozmawiać, ale już spały. Na koniec napisała jeszcze tylko Błażejowi, że jest już na miejscu. Czekała chwilę, aż odpisze, i zasnęła.
Aneta Garlicka zbierała się do wyjścia na ślub. Grzebała w torebce, aby wyjąć błyszczyk do ust. Z zaskoczeniem odkryła, że zabrała ze sobą zaproszenie na ślub i wesele. Po co wzięłam je ze sobą? - pomyślała i odruchowo przeczytała wytłuszczony fragment: "w Kościele pw. św. Antoniego Padewskiego w Pile, o godzinie 15:00" i dalej data.
Na tę wyjątkową okazję Aneta zdecydowała się włożyć sukienkę koloru butelkowej zieleni, przylegającą do ciała, sięgającą kolan oraz zapinaną na zamek błyskawiczny na plecach. Talię podkreślił lekki, szeroki czarny pas z cienką metalową klamrą. Biżuterię, którą wybrała na tę szczególną okoliczność w życiu jej przyjaciółki, stanowiły srebrzystobiałe kolczyki przylegające do uszu i cienki łańcuszek ze srebrnym, lekko pękatym serduszkiem. Zostało tylko założyć na lewy nadgarstek cienki zegarek i już mogła wychodzić.
A właśnie że nie! Zapomniała o butach. Nie wypakowała swoich siedmiocentymetrowych czarnych szpilek z zapięciem nad kostką. Dawno nie miała na nogach tak wysokich obcasów, a kiedyś uwielbiała w nich chodzić. Jednak łatwiej i wygodniej było biegać za dziewczynkami w wygodnych adidasach niż w szpilkach.
Pogoda tego dnia zapowiadała się na bardzo ciepłą. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Prognozowali około dwudziestu stopni Celsjusza i chyba miało się to sprawdzić.
Aneta zabrała się samochodem z innymi członkami rodziny pana młodego.
Przyjechali przed kościół jako pierwsi i chyba byli nieco za wcześnie, dzięki czemu Aneta mogła dokładniej zobaczyć świątynię z zewnątrz. Sam budynek został wzniesiony we wczesnym stylu romańskim, co było charakterystyczne dla niemieckich architektów tego okresu. Ciężkie, mosiężne drzwi otworzyły się zaskakująco lekko, gdy Aneta chciała wejść do środka.
Zachwyciło ją wnętrze, które przypominało katakumby. Spojrzała w kierunku ołtarza i aż się zatrzymała. Za ołtarzem na ścianie wisiał drewniany krzyż z przybitym do niego drewnianym Jezusem Chrystusem. Patrzyła na prawdopodobnie największy drewniany krzyż w Europie. Po lewej stronie, na ścianie, zobaczyła namalowane sceny drogi krzyżowej, a po prawej - wąskie, ale bardzo wysokie witraże. Długie, drewniane ławy przystrojone zostały białym materiałem, jakiego używa się do szycia firanek. Dodatkowo został przyozdobiony gałązkami. Między rzędami ław, pośrodku położono czerwony dywan prowadzący prosto do ołtarza. Tam stały krzesła zarówno dla pary młodej, jak i dla świadków, również przystrojone na biało. Było tak przyjemnie chłodno, że nie chciała wychodzić na zewnątrz. Zajęła miejsce i postanowiła poczekać.
Ledwo usiadła w ławie po prawej stronie, kiedy zaczęli wchodzić goście. Rozległ się stukot wielu par męskich butów na twardych podeszwach, a także wielu par damskich butów z obcasami. Po chwili zamieszania i hałasu zaczęła się ceremonia.
Po czerwonym dywanie powoli, dostojnie, ale pewnie też z przejęciem i uczuciem stresu, a także szczęścia, szła jej przyjaciółka wraz ze swoim przyszłym mężem.
Ewelina - za moment już Paprocka - nie zdecydowała się na welon. Miała za to włosy spięte w kok białą klamrą. Na szyi wisiał złoty łańcuszek z bursztynem. Dostała go w prezencie od narzeczonego, gdy pierwszy raz pojechali razem nad morze do Sarbinowa. Suknia ślubna była bez ramiączek, trzymała się na biuście. I nie była śnieżnobiała, lecz jasnokremowa. Długa do samej ziemi. Materiał na wysokości piersi miał kwiecisty wzór, a koronkowe bolerko, również ozdobione kwietnym wzorem, zasłaniało gołe ramiona. Smukłe dłonie panny młodej trzymały bukiet składający się z białych kwiatów o delikatnych listkach, a także dwóch błękitnych i dwóch różowych.
Ksiądz stanął przed ołtarzem, który miał za sobą, przed sobą zaś miał Ewelinę i Wojtka, którzy uklękli przed nim. Ksiądz rozłożył ręce na boki, dłonie skierował ku górze. Rozpoczęła się ceremonia. Kapłan miał przed sobą mikrofon, który trzymał jego pomocnik - jeden z braci kapucynów. Zwrócił się do pary młodej z następującymi pytaniami:
- Czy chcecie dobrowolnie i bez żadnego przymusu zawrzeć związek małżeński?
- Chcemy - odpowiedzieli jednocześnie, zgodnie z rytuałem.
- Czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i w złej doli, aż do końca życia?
- Chcemy.
- Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym Bóg was obdarzy?
- Chcemy.
- A teraz, proszę, odmówmy wspólnie modlitwę do Ducha Świętego - kontynuował ksiądz.
- Duchu Święty, przyjdź do naszego małżeństwa, przyjdź przez potężne wstawiennictwo Niepokalanego Serca Maryi, Twojej umiłowanej oblubienicy. Duchu Święty, przyjdź do naszego małżeństwa z darem miłości, wierności i uczciwości. - Ksiądz pierwszy mówił słowa modlitwy, stosując odpowiednie przerwy, a para młoda równocześnie je powtarzała.
Ewelina i Wojtek na chwilę usiedli na krzesłach.
Po modlitwie ksiądz przystąpił do przysięgi małżeńskiej. Poprosił o powstanie. Zanim doszło do jej złożenia, ksiądz zwrócił się do młodych następującymi słowami:
- Skoro zamierzacie zawrzeć sakramentalny związek małżeński, podajcie sobie prawe dłonie...
W tym momencie Ewelina i Wojtek stanęli przodem do siebie, a po ich bokach znajdowali się ksiądz i zgromadzeni goście.
- ...i wobec Boga - ksiądz obwijał stułą prawe dłonie pary młodej - i Kościoła powtarzajcie za mną słowa przysięgi małżeńskiej.
Pierwszy mówił Wojtek.
Ja, Wojciech, biorę ciebie, Ewelino, za żonę i ślubuję ci...
Tak, biorę ciebie za żonę... Aneta kiedyś bardzo chciała zostać żoną Błażeja Garlickiego. Chyba nawet bardziej niż on sam. W tamtym czasie miała go za cud, wręcza ideał. Teraz nie wiedziała, czy wtedy był inny niż teraz,, czy ona po prostu nie chciała tego dostrzegać. W jej wyobrażeniach nie był taki. Był kochany, zabawny, inteligentny, troskliwy, romantyczny. Ucieszyła się bardzo, kiedy się jej oświadczył. Po ślubie szybko przyzwyczaiła się do nowego nazwiska. Chociaż na początku myliła się, gdy podpisywała dokumenty.
...miłość...
Na początku kochał. Teraz? Aneta nie lubiła zadawać sobie tego pytania. Już tego nie okazywał tak, jak kiedyś. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz usłyszała od niego "kocham cię" ani kiedy dostała od niego kwiaty z okazji rocznicy ślubu, jej urodzin czy Dnia Kobiet. Za to dziewczynki ją kochały. Trochę na swój sposób, ale czasami mówiły: "mamo, kocham cię", i to sprawiało Anecie przyjemność.
... wierność...
Błażej Garlicki był wierny Anecie i ona to wiedziała. Oczywiście nigdy jej tego nie powiedział, ale ona to czuła - bardziej niż jego miłość. Podobno gdy mężczyzna zdradza swoją kobietę, to zaczyna bardziej o siebie dbać. Nie tylko zmienia dietę na zdrowszą, ale zaczyna dbać o swoje ciało, na przykład uprawiając jakiś sport, aby poprawić swoją sylwetkę; nagle ubiera się w lepsze ciuchy, które sam kupił; częściej chodzi ogolony i zaczyna ładniej pachnieć. A u niego wszystko było tak samo - chodzenie w starym i dziurawym dresie albo w samych bokserkach po domu, golenie się raz na tydzień, albo i jeszcze rzadziej, a od lat ten sam żel pod prysznic, którego zapach jej receptory w nosie już dawno przestały odbierać.
...i uczciwość małżeńską...
Czym jest uczciwość w małżeństwie, Aneta Garlicka pamiętała z kursu przedmałżeńskiego, który prowadził młody ksiądz w parafii na Wrzosach w Toruniu. Nieraz bywało zabawnie podczas tych spotkań, ale też ciekawie.
Dokładniej mówiąc, znała definicję, ale tylko definicję. Obecnie Aneta nie widziała tej uczciwości w ich domu. Od jakiegoś czasu tylko do siebie mówili, a powinni rozmawiać z pełnym szacunkiem i zrozumieniem.
Z tych wszystkich elementów najdłużej utrzymała się szczerość, lecz osamotniona coraz częściej doprowadzała do kłótni między nimi, więc i ją zaczęli sobie wzajemnie dawkować. Chyba nadal się wspierali. Na pewno Aneta wspierała Błażeja, ale czy on ją? Nie czuła tego. A przynajmniej nie tak, jak czuła kiedyś, gdy Błażej był dla niej wszystkim. Chyba ten brak odpowiedniego wsparcia zaczął się jakiś czas po urodzeniu drugiej córki. Nieraz bywało ciężko, ale wyrobiła sobie system samowsparcia i automotywowania się. Musiała jednak uczciwie przyznać, że Błażej jest bardzo kochającym ojcem. Dziewczynki go uwielbiają i Aneta widziała, że czasami próbują go naśladować.
...oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci...
Tutaj Aneta zbytnio nie rozmyślała, bo jako praktykująca uczestniczka życia Kościoła rzymskokatolickiego nie uznawała rozwodów po ślubie kościelnym. Sakrament małżeństwa był święty i nie można go było w żaden sposób złamać, bo to był ciężki grzech. Niezależnie, co by się działo w ich małżeństwie, ona od niego nie odejdzie. Nawet jeśli będzie się męczyć, będzie nieszczęśliwa czy zaniedbana jako kobieta, to i tak nie odejdzie. Chyba że...
Spojrzała na dłoń położoną na udzie, na palec, na którym miała złotą obrączkę. Palcami drugiej dłoni obracała ją na palcu i niespodziewanie usłyszała swój głos w głowie. To była tylko myśl, ale taka, że poczuła, jak sutki, schowane w gładkim białym biustonoszu, robią BAH!
Wojtek Paprocki swoją przysięgę kończył słowami:
- Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy jedyny, i wszyscy święci.
***
W soboty antykwariat "Kazamaty" był czynny do godziny trzynastej, lecz z powodu ślubu kolegi Patryk zamknął go godzinę wcześniej, o czym klienci byli już poinformowani kilka dni wcześniej - na drzwiach wejściowych od strony ulicy, na kartce formatu A4 zawisł odpowiedni komunikat. Zresztą dzisiaj mógł w ogóle nie otwierać, bo i tak nikt nie przyszedł.
Droga z pracy do domu zajęła mu niecałe pół godziny. Wziął szybki prysznic, ogolił się, co można było uznać za wyjątkową sytuację, bo robił to tylko w niedzielę. Takie przyzwyczajenie. Szybko coś zjadł, taki mały obiad, czyli podgrzał sobie wcześniej zrobione danie jednogarnkowe z ziemniakami, kiełbasą i warzywami. Kilka miesięcy temu kupił sobie książkę z przepisami na takie dania i uznał, że to idealna opcja dla samotnych facetów. Szybkie, proste i przez następne dni mało zmywania.
Mieszkanie Patryka było dość blisko kościoła, w którym miał się odbyć ślub Eweliny i Wojtka, dlatego stwierdził, że ma jeszcze czas, aby spokojnie sobie obejrzeć tylko jeden odcinek serialu na Netflixie. Znał się na zegarku, ale na zegarku dobrze działającym. Zegar, który miał w salonie, spóźniał się około dziesięciu minut. Przypomniał sobie o tym dopiero, gdy zerknął odruchowo na godzinę w telefonie.
- Cholera jasna! Spóźnię się! - wrzasnął sam do siebie i czym prędzej zabrał się za ubieranie.
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.