Uciec od samotności - Maciej Parszewski

-
Proszę czekać

Rozdział 1.

Nic się nie wydarzy

Mi­nę­ły już dwa lata, od­kąd za­czął pra­co­wać w an­ty­kwa­ria­cie. Wła­ści­cie­la, pana Edwar­da, po­znał oko­ło pię­ciu lat wcze­śniej, jesz­cze za­nim wy­je­chał na stu­dia do Po­zna­nia. Gdy cho­dził do tech­ni­kum, od­wie­dzał "Ka­za­ma­ty" w po­szu­ki­wa­niu pod­ręcz­ni­ków szkol­nych. Jesz­cze wte­dy pan Edward - nie­wy­so­ki, ły­sie­ją­cy - pro­wa­dził ten an­ty­kwa­riat ra­zem z żoną Ma­rią. Tak na­praw­dę to ona zaj­mo­wa­ła się lo­ka­lem, bo jej mąż cho­ro­wał na ser­ce i Pa­tryk pra­wie go nie wi­dy­wał, kie­dy tam za­glą­dał.

Nie­ste­ty gdy Pa­tryk był na dru­gim roku stu­diów, pani Ma­ria zmar­ła na­gle tuż przed świę­ta­mi wiel­ka­noc­ny­mi. Ni­g­dy na nic się nie skar­ży­ła, nie było po niej wi­dać żad­nych oznak cho­ro­by. Cza­sa­mi tyl­ko po­bo­le­wa­ła ją gło­wa, ale za­wsze zwa­la­ła ten ból na zmia­nę ci­śnie­nia. Oka­za­ło się jed­nak, że pękł tęt­niak w mó­zgu.

Od tam­tej pory pan Edward pra­co­wał w an­ty­kwa­ria­cie sam. Tyl­ko la­tem po­ma­gał mu pe­wien stu­dent, któ­ry spe­cjal­nie przy­jeż­dżał z Po­zna­nia do ro­dzi­ców i w wol­nych chwi­lach spę­dzał czas w "Ka­za­ma­tach".

Pa­tryk ni­g­dy nie lu­bił czy­tać lek­tur szkol­nych, ale kla­sy­kę li­te­ra­tu­ry i wie­le in­nych cie­ka­wych ksią­żek po­chła­niał w du­żych ilo­ściach. Kie­dy tyl­ko uda­ło mu się za­osz­czę­dzić tro­chę pie­nię­dzy, szedł do an­ty­kwa­ria­tu miesz­czą­ce­go się w sta­rej ka­mie­ni­cy z po­pę­ka­nym tyn­kiem, nie­da­le­ko uli­cy Mak­sy­mi­lia­na Kol­be­go.

An­ty­kwa­riat znaj­do­wał się w piw­ni­cy, lecz wej­ście do nie­go pro­wa­dzi­ło bez­po­śred­nio z uli­cy. Przed drzwia­mi i okna­mi były za­mon­to­wa­ne kra­ty, z któ­rych łusz­czy­ła się żół­ta far­ba. Po otwar­ciu drzwi scho­dzi­ło się kil­ko­ma schod­ka­mi do wnę­trza. Prak­tycz­nie wszyst­kie ścia­ny były za­sło­nię­te przez pół­ki i re­ga­ły, na któ­rych znaj­do­wa­ły się sto­sy ksią­żek. Każ­dy mógł tam zna­leźć coś dla sie­bie. Na pół­kach sta­ły i le­ża­ły ro­man­se, książ­ki hi­sto­rycz­ne, dra­ma­ty, kry­mi­na­ły, po­wie­ści przy­go­do­we, scien­ce fic­tion, bio­gra­ficz­ne, fi­lo­zo­ficz­ne, psy­cho­lo­gicz­ne, hor­ro­ry, róż­ne­go ro­dza­ju pod­ręcz­ni­ki szkol­ne i do na­uki ję­zy­ków ob­cych, słow­ni­ki, a na­wet kil­ka po­rad­ni­ków.

Tuż przy wej­ściu, po le­wej stro­nie, gdzie znaj­do­wa­ły się okna, sta­ło nie­du­że biur­ko, za któ­rym sie­dział pan Edward. Pa­tryk ni­g­dy nie za­py­tał go o wiek, ale na oko oce­niał go mię­dzy sześć­dzie­siąt pięć a sie­dem­dzie­siąt lat. Miał już wy­ro­bio­ny styl ubie­ra­nia się - za­wsze no­sił bia­łą lub ja­sno­kre­mo­wą ko­szu­lę z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi, kra­wat w róż­nych od­cie­niach brą­zu i spodnie od gar­ni­tu­ru, na ogół czar­ne lub gra­na­to­we.

Pa­tryk za­wsze się za­sta­na­wiał, czy an­ty­kwa­riusz tę swo­ją szcze­ci­nę ja­koś przy­ci­nał, czy ze sta­ro­ści prze­sta­ła mu ro­snąć. I ni­g­dy nie miał od­wa­gi, aby o to za­py­tać.

W po­wie­trzu uno­sił się cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach sta­rych ksią­żek, wy­da­nych od kil­ku do kil­ku­na­stu, a na­wet kil­ku­dzie­się­ciu lat temu.

Mi­ja­ło lato za la­tem, a mię­dzy mło­dym stu­den­tem a Edwar­dem na­ro­dzi­ła się przy­jaźń. Nie­ste­ty nie mo­gła trwać tak dłu­go, jak obaj by chcie­li. Po obro­nie pra­cy ma­gi­ster­skiej Pa­tryk pró­bo­wał zna­leźć pra­cę w sto­li­cy Wiel­ko­pol­ski, jak za­pew­ne każ­dy ab­sol­went uczel­ni wyż­szej w tym re­gio­nie. Jed­nym uda­wa­ło się to od razu, in­nym rów­nież, ale po­dej­mo­wa­li nie taką pra­cę, jaką chcie­li, a jesz­cze inni szu­ka­li, szu­ka­li... bez re­zul­ta­tu.

W koń­cu i Pa­try­ko­wi uda­ło się zna­leźć pra­cę. Nie mia­ła wie­le wspól­ne­go z kie­run­kiem stu­diów, któ­re ukoń­czył, i nie była tak do­brze płat­na, jak­by chciał, ale była. I na­gle, pew­ne­go cie­płe­go lip­co­we­go po­ran­ka ode­brał te­le­fon.

- Cześć, sy­nek, co ro­bisz? - To była mama. - Je­steś w pra­cy czy w domu? - do­py­ty­wa­ła.

- Cześć, mamo. Dzi­siaj mam wol­ne, a cze­mu py­tasz?

Pa­tryk do dru­giej w nocy czy­tał książ­kę. Ja­kiś kry­mi­nał ku­pio­ny w ko­szu z książ­ka­mi w hi­per­mar­ke­cie. Ty­tuł nie zro­bił na nim wra­że­nia, ale po­sta­no­wił dać mu szan­sę. No i dał. Za­kład­ka w książ­ce była wsu­nię­ta mię­dzy sto dwu­dzie­stą pierw­szą a sto dwu­dzie­stą dru­gą stro­ną.

- Słu­chaj, pan Edward miał za­wał i nie żyje. - Głos jego mat­ki nie­co drżał w słu­chaw­ce. Do­brze wie­dzia­ła, że jej syn za­przy­jaź­nił się z wła­ści­cie­lem an­ty­kwa­ria­tu.

- Ale jak? Kie­dy? - Do Pa­try­ka nie od razu do­tar­ło, że jego znacz­nie star­szy przy­ja­ciel od­szedł, ale po­sta­no­wił za­cho­wać spo­kój.

- Do­wie­dzia­łam się, że do­stał za­wa­łu w an­ty­kwa­ria­cie i zmarł w szpi­ta­lu wczo­raj wie­czo­rem. Sy­nek, bar­dzo mi przy­kro. Za dwa dni jest już po­grzeb. Przy­je­dziesz?

- Tak, przy­ja­dę. Jesz­cze dzi­siaj będę. Do zo­ba­cze­nia i dzię­ki, że za­dzwo­ni­łaś.

Pa­tryk się roz­łą­czył. Usiadł na brze­gu łóż­ka. Naj­pierw pa­trzył przed sie­bie, po­tem na małe bia­łe chmu­ry na błę­kit­nym nie­bie. Sam nie wie­dział, czy my­ślał o czymś, o kimś, czy może miał w gło­wie zu­peł­ną pust­kę. Po­czuł jed­nak, że po po­licz­ku spły­nę­ła mu łza.

I wte­dy za­czął pła­kać. Tak po pro­stu. Pła­kał tak, jak się pła­cze po stra­cie bli­skiej oso­by. W swo­im ży­ciu tyl­ko dwa razy tak się czuł i tak pła­kał. Za pierw­szym ra­zem, gdy zmarł jego oj­ciec, kie­dy chło­pak był w kla­sie ma­tu­ral­nej, a za dru­gim ra­zem, gdy rap­tem kil­ka mie­się­cy póź­niej roz­stał się ze swo­ją pierw­szą dziew­czy­ną.

Po dłuż­szej chwi­li wziął się w garść. Wstał z łóż­ka, po­szedł do ła­zien­ki i prze­mył twarz zim­ną wodą. Na­stęp­nie chwy­cił smart­fon i za­dzwo­nił do pra­cy z in­for­ma­cją, że ma po­grzeb w ro­dzi­nie i musi wy­je­chać na dwa dni do Piły. Na­wet nie cze­kał na od­po­wiedź, tyl­ko od razu się roz­łą­czył.

Ko­lej­ną rze­czą, jaką mu­siał zro­bić, było po­szu­ka­nie w In­ter­ne­cie, o któ­rej go­dzi­nie od­jeż­dża naj­bliż­szy po­ciąg do ro­dzin­ne­go mia­sta. Po spraw­dze­niu roz­kła­du i ku­pie­niu bi­le­tu szyb­ko się spa­ko­wał, po­cząw­szy od czar­ne­go gar­ni­tu­ru, któ­ry słu­żył mu ostat­nio pod­czas obro­ny pra­cy ma­gi­ster­skiej. Nie spo­dzie­wał się, że przyj­dzie mu po­now­nie go wło­żyć, i to jesz­cze w ta­kich oko­licz­no­ściach.

Pan Edward spo­czął obok swo­jej uko­cha­nej mał­żon­ki, za któ­rą szcze­rze tę­sk­nił. Po­grzeb był świec­ki, po­nie­waż ta­kie było ży­cze­nie zmar­łe­go. Był ka­to­li­kiem śred­nio wie­rzą­cym, a prak­ty­ku­ją­cym - wła­ści­wie wca­le. Z Bo­giem po­kłó­cił się na do­bre po śmier­ci Ma­rii. Te­raz miał oka­zję, aby się z Nim po­go­dzić.

Nie było sty­py. Bo i dla kogo mia­ła­by być i kto miał­by ją urzą­dzić? Przy gro­bie, poza Pa­try­kiem i jego mat­ką, sta­ło jesz­cze paru są­sia­dów z jego ka­mie­ni­cy przy uli­cy Tu­chol­skiej i kil­ku sta­łych klien­tów "Ka­za­mat". I tyle.

Cho­ciaż nie... Był jesz­cze ktoś. Stał tro­chę z boku i cier­pli­wie cze­kał na ko­niec ce­re­mo­nii. Pa­tryk go nie wi­dział. Za­uwa­żył go do­pie­ro wte­dy, gdy od­cho­dził od gro­bu. Ten nie­zna­jo­my męż­czy­zna - szczu­pły, śred­nie­go wzro­stu, o in­te­li­gent­nym spoj­rze­niu - oka­zał się praw­ni­kiem. Po­wie­dział, że Edward zo­sta­wił po so­bie te­sta­ment i że Pa­tryk jest wy­mie­nio­ny w tym do­ku­men­cie.

- Wolą pana Edwar­da było, aby od­czy­tać te­sta­ment nie­zwłocz­nie po po­grze­bie - po­in­for­mo­wał doj­rza­ły, a jed­no­cze­śnie bar­dzo de­li­kat­ny głos czter­dzie­sto­pię­cio­let­nie­go praw­ni­ka z kan­ce­la­rii no­ta­rial­nej.

- Te­sta­ment? Jaki te­sta­ment? Ni­g­dy mi nie wspo­mi­nał o żad­nym te­sta­men­cie. - Pa­tryk mó­wił praw­dę. Choć roz­ma­wia­li na róż­ne te­ma­ty, to o śmier­ci i te­sta­men­tach ni­g­dy mowy nie było. - Jest pan pew­ny, że o mnie cho­dzi?

- Tak. Je­stem pew­ny, a te­sta­ment zo­stał spi­sa­ny w mo­jej kan­ce­la­rii ja­kieś dwa... nie, prze­pra­szam, trzy mie­sią­ce temu.

- A, chy­ba że tak. - Pa­tryk na mo­ment się za­my­ślił. - Do­brze, to kie­dy od­bę­dzie się od­czy­ta­nie tego te­sta­men­tu?

- Ju­tro, o go­dzi­nie dzie­wią­tej - oznaj­mił praw­nik i wy­cią­gnął z we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki swo­ją wi­zy­tów­kę, po czym wrę­czył ją Pa­try­ko­wi. - Tu­taj ma pan ad­res mo­jej kan­ce­la­rii.

Pa­tryk ode­brał wi­zy­tów­kę od praw­ni­ka i już miał się że­gnać, gdy na­gle po­ja­wi­ła się jego mat­ka i za­py­ta­ła:

- A co jest w tym te­sta­men­cie? Może ja­kieś dłu­gi do spła­ce­nia?

- Nie mogę zdra­dzić tre­ści te­sta­men­tu przed jego ofi­cjal­nym od­czy­ta­niem. Za­pra­szam ju­tro pana i tyl­ko pana, bo tyl­ko pan jest stro­ną wy­mie­nio­ną w te­sta­men­cie.

Pa­tryk prze­pro­sił za mamę, ale praw­nik nie był zły. Jesz­cze raz zło­żył szcze­re kon­do­len­cje i od­szedł w stro­nę bra­my głów­nej, od stro­ny uli­cy Mo­ty­lew­skiej, gdzie stał za­par­ko­wa­ny jego czar­ny Le­xus.

Na­stęp­ne­go dnia, punk­tu­al­nie o go­dzi­nie ósmej pięć­dzie­siąt, Pa­tryk przy­był do Kan­ce­la­rii Praw­ni­czej Kan­dy­ne­wicz i Wspól­ni­cy. Kan­ce­la­ria zaj­mo­wa­ła całe dru­gie pię­tro ka­mie­ni­cy, prze­ro­bio­nej cał­ko­wi­cie na biu­ra na pię­trach i skle­py na par­te­rze.

- Dzień do­bry, ja na od­czy­ta­nie te­sta­men­tu. Je­stem Pa­tryk Wi­niar­ski - przy­wi­tał się z se­kre­tar­ką, któ­rą uznał za ład­ną, ale w tam­tym mo­men­cie nie było mu w gło­wie flir­to­wa­nie z tą ko­bie­tą.

- Dzień do­bry. - Uśmiech nie zni­kał z jej twa­rzy od chwi­li, gdy wszedł do pierw­sze­go po­miesz­cze­nia, któ­re peł­ni­ło funk­cję re­cep­cji i po­cze­kal­ni przed wej­ściem do ga­bi­ne­tu me­ce­na­sa. - Pan dok­tor Kan­dy­ne­wicz ma te­raz waż­ną roz­mo­wę te­le­fo­nicz­ną. Pro­szę usiąść i za­cze­kać.

Pa­tryk usiadł na głę­bo­kiej skó­rza­nej ka­na­pie i roz­glą­dał się po po­miesz­cze­niu.

- Może ze­chce pan kawy lub her­ba­ty? - do­py­ty­wa­ła se­kre­tar­ka.

- Nie, dzię­ku­ję. Her­ba­tę już pi­łem w domu, a kawy w ogó­le nie piję. - Chy­ba to miej­sce spra­wi­ło, że Pa­tryk stał się wy­jąt­ko­wo uprzej­my, mimo że cią­gle tra­pi­ła go myśl, co może być za­pi­sa­ne w tym te­sta­men­cie.

I gdy tak sie­dział i roz­my­ślał, z tych my­śli wy­rwa­ła go se­kre­tar­ka, któ­ra po­in­for­mo­wa­ła, że me­ce­nas już na nie­go cze­ka.

Ga­bi­net me­ce­na­sa oka­zał się więk­szy, niż Pa­tryk so­bie wy­obra­żał. Drew­nia­ne, sta­ro­mod­ne drzwi po­ma­lo­wa­ne były na bia­ło. Na wprost drzwi znaj­do­wał się rząd okien - wy­mie­nio­nych pod­czas ge­ne­ral­ne­go re­mon­tu ka­mie­ni­cy bli­sko dzie­sięć lat wcze­śniej. Po le­wej stro­nie, w dal­szej czę­ści ga­bi­ne­tu, stał na me­ta­lo­wych no­gach stół ze szkla­nym bla­tem, a wo­kół nie­go usta­wio­no osiem krze­seł w kre­mo­wym ko­lo­rze. Mię­dzy sto­łem a biur­kiem me­ce­na­sa, na drew­nia­nych pa­ne­lach, le­żał ciem­ny dy­wan bez wzo­rów.

Biur­ko me­ce­na­sa sta­no­wi­ło ze sto­łem kom­plet. Róż­ni­ło się je­dy­nie tym, że le­żał na nim czar­ny pod­kład na do­ku­men­ty z biu­ro­wym wy­po­sa­że­niem. Me­ce­nas, sie­dzą­cy na czar­nym, skó­rza­nym i bar­dzo wy­god­nym fo­te­lu biu­ro­wym, odło­żył tecz­kę z do­ku­men­ta­mi za sie­bie, do jed­nej z pla­sti­ko­wych ku­wet na re­ga­le.

- Dzień do­bry, pa­nie Pa­try­ku. Bar­dzo się cie­szę, że jest pan na czas - po­wi­tał go. - Pro­szę spo­cząć. - Wska­zał na wą­ski skó­rza­ny fo­tel po dru­giej stro­nie biur­ka, ewi­dent­nie prze­zna­czo­ny dla jego klien­tów.

- Dzień do­bry. - Usiadł na fo­te­lu. - To na kogo jesz­cze cze­ka­my? - Pa­tryk za­uwa­żył, że poza nim i me­ce­na­sem nie ma ni­ko­go wię­cej.

- Je­ste­śmy już w kom­ple­cie. Pan Edward nie miał dzie­ci ze swo­ją mał­żon­ką. Poza tym w te­sta­men­cie uwzględ­nił tyl­ko pana. - Me­ce­nas otwo­rzył tecz­kę, któ­ra le­ża­ła na jego biur­ku, kie­dy przy­szedł Pa­tryk, i wy­jął te­sta­ment. - Jest pan go­to­wy, pa­nie Pa­try­ku?

- Tak. - Ski­nął gło­wą na po­twier­dze­nie.

Me­ce­nas za­czął od wstę­pu, jaki za­wie­ra stan­dar­do­wy te­sta­ment. Pa­tryk słu­chał z uwa­gą i sku­pie­niem. Dło­nie lek­ko za­ci­skał na udach.

- Punkt pierw­szy - me­ce­nas za­czął od­czy­ty­wać te­sta­ment - moje miesz­ka­nie na pod­da­szu w ka­mie­ni­cy przy uli­cy Tu­chol­skiej za­pi­su­ję panu Pa­try­ko­wi Wi­niar­skie­mu na wła­sność. Wraz z ca­łym jego wy­po­sa­że­niem. Punkt dru­gi: an­ty­kwa­riat "Ka­za­ma­ty" za­pi­su­ję rów­nież panu Pa­try­ko­wi i moją wolą jest, aby da­lej pro­wa­dził wy­żej wy­mie­nio­ny pod­miot wraz ze wszyst­ki­mi książ­ka­mi, pod­ręcz­ni­ka­mi, en­cy­klo­pe­dia­mi itp. Punkt trze­ci: a żeby na start ży­cia za­wo­do­we­go nie był bez gro­sza, za­pi­su­ję mu wszyst­kie moje oszczęd­no­ści. Pa­try­ku, przez ten czas bar­dzo cię po­lu­bi­łem. Mam na­dzie­ję, że z wza­jem­no­ścią. A na ko­niec, mam na­dzie­ję, że znaj­dziesz w swo­im ży­ciu po­krew­ną du­szę, jak ja zna­la­złem ją w swo­jej Ma­rii. Po­wo­dze­nia i nie że­gnam się z tobą. Po­cze­kam na cie­bie tam, po dru­giej stro­nie, ale się nie śpiesz. Edward. - Me­ce­nas za­koń­czył od­czy­ty­wa­nie ostat­niej woli.

- O cho­le­ra. - Pa­tryk prze­rwał ci­szę, któ­ra przez chwi­lę opa­no­wa­ła ga­bi­net me­ce­na­sa.

I tak oto Pa­tryk stał się wła­ści­cie­lem an­ty­kwa­ria­tu oraz miesz­ka­nia. Od cza­su prze­ję­cia "Ka­za­mat" wpro­wa­dził to miej­sce w dwu­dzie­sty pierw­szy wiek, czy­li do In­ter­ne­tu, i za­czął sprze­da­wać książ­ki na ser­wi­sach au­kcyj­nych, a cza­sa­mi włą­czał li­cy­ta­cje eg­zem­pla­rzy, któ­re uzna­wał za "bia­łe kru­ki". Oczy­wi­ście naj­pierw sam je czy­tał, bo ina­czej nie mógł­by so­bie póź­niej tego da­ro­wać. W ten spo­sób za­rów­no sprze­da­wał, jak i ku­po­wał książ­ki.

Wła­śnie prze­glą­dał w miesz­ka­niu przy Tu­chol­skiej ko­lej­ne au­kcje na lap­to­pie, obok któ­re­go le­ża­ło za­pro­sze­nie na we­se­le.

***

- Kur­wa, spóź­nię się do pra­cy. - Ane­ta syk­nę­ła ze zło­ścią sama na sie­bie, gdy po­now­nie spoj­rza­ła na go­dzi­nę na wy­świe­tla­czu te­le­fo­nu.

Co praw­da mo­gła wstać, kie­dy włą­czył się alarm, ale w pierw­szym od­ru­chu po prze­bu­dze­niu po­my­śla­ła, że usta­wi­ła go na wcze­śniej­szą go­dzi­nę i ma jesz­cze tro­chę cza­su. Nie spa­ła już, ale oczy mia­ła na­dal za­mknię­te. Le­ża­ła tak z pięć mi­nut, nie dłu­żej, a gdy po­now­nie spoj­rza­ła na wy­świe­tlacz te­le­fo­nu, w ułam­ku se­kun­dy uświa­do­mi­ła so­bie, że to, co było w jej od­czu­ciu pię­cio­ma mi­nu­ta­mi, w rze­czy­wi­sto­ści oka­za­ło się pra­wie czter­dzie­sto­ma.

Mo­gła nie roz­ma­wiać z Bła­że­jem, swo­im mę­żem, do pra­wie pierw­szej w nocy na Mes­sen­ge­rze, ale on wcze­śniej nie mógł, bo miał szko­le­nie. Wy­je­chał trzy dni temu do Po­zna­nia i miał wró­cić do­pie­ro w po­nie­dzia­łek.

Bła­żej Gar­lic­ki miał trzy­dzie­ści sie­dem lat i był kimś waż­nym w du­żej fir­mie trans­por­to­wej Tau­rus, ale nie był jej wła­ści­cie­lem. Jej sie­dzi­ba mie­ści­ła się gdzieś na obrze­żach To­ru­nia, mia­sta, w któ­rym miesz­ka­li, ale prak­tycz­nie na dru­gim jego koń­cu. Oni miesz­ka­li na ci­chym i spo­koj­nym osie­dlu dom­ków jed­no­ro­dzin­nych.

Kie­dyś in­te­re­so­wa­ła się jego pra­cą, ale z cza­sem prze­sta­ła. W ogó­le od ja­kie­goś cza­su Ane­ta czu­ła, że coś się wy­pa­li­ło w ich mał­żeń­stwie, i na­wet nie wie­dzia­ła, kie­dy to mo­gło się za­cząć. Do­my­śla­ła się, ale nie mia­ła pew­no­ści. My­śla­ła, że na­stą­pi­ło to po uro­dze­niu dru­giej có­recz­ki. Jak­by jej mąż nie chciał mieć już wię­cej dzie­ci, a jej ma­rze­niem była za­wsze trój­ka. Ja­koś ni­g­dy z nim o tym nie roz­ma­wia­ła. Może po­win­na była zro­bić to wcze­śniej, ale obec­nie już jej się nie chcia­ło. Ta noc­na roz­mo­wa wy­ni­ka­ła bar­dziej z obo­wiąz­ku czy przy­zwy­cza­je­nia niż z re­al­nej po­trze­by.

Ane­ta Gar­lic­ka, trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­nia na­uczy­ciel­ka ję­zy­ka pol­skie­go w ka­to­lic­kim li­ceum ogól­no­kształ­cą­cym, była mat­ką dwóch có­rek: sze­ścio­let­niej Nad­ii i czte­ro­let­niej Mai.

I wła­śnie mu­sia­ła je obu­dzić, umyć, ubrać, zro­bić im śnia­da­nie i za­wieźć do przed­szko­la. Dzię­ki Bogu, przed­szko­le mia­ła po dro­dze do szko­ły, więc wie­rzy­ła, że zdą­ży przed po­ran­ny­mi kor­ka­mi. Mu­sia­ła je­chać Szo­są Cheł­miń­ską, któ­ra po­tra­fi­ła być za­kor­ko­wa­na w go­dzi­nach po­ran­ne­go szczy­tu. Za­sta­na­wia­ła się, czy skoń­czy­li już re­mon­to­wać jed­ną z ni­tek.

Ale za­nim za­ję­ła się dzieć­mi, sama mu­sia­ła się ogar­nąć, bo ak­tu­al­nie była w ko­szu­li noc­nej. Dla­te­go szyb­ko wsta­ła i po­szła do po­ko­ju swo­ich có­rek, po dro­dze wta­pia­jąc pal­ce w swo­je krę­co­ne wło­sy o na­tu­ral­nie wy­ra­zi­stym ru­dym ko­lo­rze i dra­piąc się po gło­wie.

Kie­dyś, jesz­cze w szko­le pod­sta­wo­wej, w gim­na­zjum i na po­cząt­ku li­ceum, mie­wa­ła nie­przy­jem­no­ści z po­wo­du swo­ich wło­sów. Zmie­ni­ło się to, gdy po­zna­ła swo­je­go pierw­sze­go chło­pa­ka, z któ­rym była pra­wie rok. To on prze­ko­nał ją, że jej wło­sy nie są prze­kleń­stwem, lecz atu­tem.

We­szła do nie­du­że­go po­ko­ju, w któ­rym spa­ły jej có­recz­ki. Nad­ia, po le­wej stro­nie od wej­ścia, zno­wu mia­ła koł­drę na dy­wa­nie, ale dzi­siaj Ane­ta nie mia­ła cza­su na­wet po­my­śleć o tym, aby zwró­cić jej uwa­gę. Nie, dzi­siaj nie. Maja, któ­rej chy­ba za­wsze było zim­no, le­ża­ła za­wi­nię­ta w swo­ją koł­der­kę jak na­le­śnik, na łóż­ku po pra­wej stro­nie od wej­ścia.

I dziw­nie ja­koś te geny się uło­ży­ły, bo Nad­ia mia­ła pro­ste, ja­sno­ru­de wło­sy, a Maja krę­co­ne, w ko­lo­rze wło­sów ojca, czy­li ciem­ny blond. Pew­nie z wie­kiem jej się roz­ja­śnią - tak nie­raz my­śla­ła so­bie Ane­ta, gdy na nią spo­glą­da­ła.

Za­pa­li­ła świa­tło włącz­ni­kiem znaj­du­ją­cym się po pra­wej stro­nie od drzwi. Ja­skra­wy blask lam­py wy­peł­nił po­kój. W czerw­cu po­ran­ki są już ja­sne, ale w po­ko­ju dziew­czy­nek za­mon­to­wa­ne były gra­na­to­we ro­le­ty, przez co było dość ciem­no. Nad­ia i Maja pra­wie od razu za­czę­ły mru­żyć oczy i się prze­cią­gać.

- Dziew­czyn­ki! Wsta­je­my. - Ane­ta po­de­szła naj­pierw do jed­nej cór­ki, po­tem do dru­giej, i de­li­kat­nie je szturch­nę­ła. - Już jest póź­no. No, wsta­waj­cie i idź­cie do ła­zien­ki się myć. Mama w tym cza­sie szyb­ko zro­bi śnia­da­nie.

Dzie­ci nie­śpiesz­nie wsta­ły i po­czła­pa­ły do du­żej ła­zien­ki znaj­du­ją­cej się na pół­pię­trze. Ze­szły do niej po drew­nia­nych scho­dach. Co cie­ka­we, gdy one scho­dzi­ły lub wcho­dzi­ły po tych scho­dach, to trze­ci sto­pień od góry nie skrzy­piał. Kie­dy prze­cho­dził tam­tę­dy kto inny, roz­le­ga­ło się cha­rak­te­ry­stycz­ne skrzyp­nię­cie tego jed­ne­go stop­nia. Mąż Ane­ty miał na­pra­wić ten scho­dek już daw­no temu, ale wciąż nie miał cza­su, a gdy tyl­ko de­li­kat­nie mu o tym przy­po­mi­na­ła, za­pew­niał, że pa­mię­ta.

Ane­ta za­bra­ła się za ro­bie­nie śnia­da­nia dla sie­bie i dzie­ci. Dla có­rek było ła­twiej - płat­ki śnia­da­nio­we i po to­ście z dże­mem tru­skaw­ko­wym. Ona sama szyb­ko zje to­sta i za­pi­je go so­kiem. Kawę wy­pi­je do­pie­ro w szko­le, a w skle­pi­ku szkol­nym kupi so­bie buł­kę - droż­dżów­ki z se­rem i kru­szon­ką za­wsze były świet­ne.

Maja i Nad­ia Gar­lic­kie w kwe­stii śnia­dań rów­nież się od sie­bie róż­ni­ły. Na­wet w wy­bo­rze płat­ków śnia­da­nio­wych. Jed­na lu­bi­ła płat­ki ku­ku­ry­dzia­ne albo z do­dat­kiem mio­du, a dru­ga nie tknę­ła in­nych niż cze­ko­la­do­we, naj­le­piej w kształ­cie mu­sze­lek. Do­brze, że po­dob­nie jak ich mat­ka, lu­bi­ły dże­my o każ­dym sma­ku.

Gdy dziew­czyn­ki ja­dły śnia­da­nie, Ane­ta przy­go­to­wa­ła im ubra­nia do przed­szko­la. Jej cór­ki po śnia­da­niu uda­ły się pro­sto do po­ko­ju, aby się ubrać, a Ane­ta w tym cza­sie sama po­szła do ła­zien­ki się wy­szy­ko­wać.

Sta­ła tyl­ko w bie­liź­nie, my­jąc zęby. Spoj­rza­ła na swo­je cia­ło. Lu­bi­ła na nie pa­trzeć. Ak­cep­to­wa­ła je, bo wy­glą­da­ło nie­mal jak przed pierw­szą cią­żą. Ta sama bar­dzo ja­sna skó­ra - nie­któ­rzy kie­dyś jej do­ku­cza­li, że jest za bla­da.

Zmie­ni­ły się za to jej pier­si. Już nie było to jędr­ne 70C. Na­dal jej się po­do­ba­ły, ale tyl­ko w sta­ni­ku, któ­ry eks­po­no­wał biust. Ta­kie jak kie­dyś to już ni­g­dy nie będą.

Wło­sy spię­ła szyb­ko zie­lo­ną gum­ką, aby jej nie prze­szka­dza­ły. Wło­sy. Na­tu­ral­nie krę­co­ne i rude. Jako je­dy­na ruda dziew­czy­na w kla­sie ni­g­dy nie mia­ła ła­two. Nie lu­bi­ła wra­cać my­śla­mi do tam­tych cza­sów. Przez te lata na­uczy­ła się być od­por­na i ak­cep­to­wać sie­bie taką, jaką była. I na­uczy­ła się lu­bić sie­bie.

Pa­trzy­ła w swo­je zie­lo­ne oczy, na chu­de ra­mio­na i szczu­płe cia­ło - uda­ło jej się wró­cić do for­my po uro­dze­niu dziew­czy­nek. Uwa­ża­ła sie­bie samą za ko­bie­tę atrak­cyj­ną, bo w rze­czy­wi­sto­ści taka była, ale czu­ła, że jej mąż już jej ta­kiej nie wi­dzi.

Tego po­ran­ka nie mia­ła jed­nak już cza­su na roz­my­śla­nie o tym ko­lej­ny raz. Za­po­wia­dał się bar­dzo cie­pły pią­tek, więc wło­ży­ła se­le­dy­no­wą ko­szul­kę z de­kol­tem szer­szym niż głęb­szym. Wzię­ła jesz­cze cien­ki ciem­no­zie­lo­ny swe­te­rek za­pi­na­ny na gu­zi­ki. Nie ma­lo­wa­ła się. Nie z po­wo­du bra­ku cza­su, choć rze­czy­wi­ście go nie mia­ła, ale dla­te­go, że tego nie po­trze­bo­wa­ła. Kon­trast mię­dzy ja­sną skó­rą twa­rzy a jej wło­sa­mi był wy­raź­ny. Uwa­gę, poza nimi, przy­cią­ga­ły usta. Na­tu­ral­nie peł­ne. Gdy się uśmie­cha­ła, w ką­ci­kach jej ust two­rzy­ły się cha­rak­te­ry­stycz­ne ma­lut­kie do­łecz­ki.

Tego ran­ka sam Bóg mu­siał być po jej stro­nie, bo co praw­da na Szo­sie Cheł­miń­skiej był duży ruch sa­mo­cho­do­wy, ale bez pro­ble­mu zdą­ży­ła za­wieźć dzie­ci do przed­szko­la i do­je­chać do Ka­to­lic­kie­go Li­ceum Ogól­no­kształ­cą­ce­go im. Jana Paw­ła II, w któ­rym pra­co­wa­ła. Uczy­ła ję­zy­ka pol­skie­go.

Le­d­wo wbie­gła do po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go po dzien­nik kla­sy 1A, gdy za­dzwo­nił dzwo­nek, za­pra­sza­ją­cy na­uczy­cie­li - a uczniów w szcze­gól­no­ści - na pierw­szą lek­cję tego dnia. Był to ostat­ni dzień wy­sta­wia­nia ocen koń­co­wych. Po­śpiech zro­bił swo­je, bo ucznio­wie cze­ka­ją­cy przed salą ję­zy­ka pol­skie­go zo­ba­czy­li jej po­licz­ki roz­grza­ne do czer­wo­no­ści.

Czas w szko­le spę­dzi­ła spo­koj­nie, żeby nie po­wie­dzieć: nud­no. Do­pie­ro na dru­giej lek­cji prze­py­ta­ła ucznia kla­sy 2C - Szy­mo­na, kla­so­wą gwiaz­dę, któ­re­mu gro­zi­ła oce­na nie­do­sta­tecz­na. Ane­ta nie lu­bi­ła wy­sta­wiać ta­kich ocen, dla­te­go słab­szym uczniom sta­ra­ła się po­ma­gać - prze­py­ty­wa­ła ich tak, aby sami przy­po­mi­na­li so­bie wła­ści­we od­po­wie­dzi. I po­dob­nie było w tym przy­pad­ku. Dzię­ki jej wska­zów­kom uczeń wy­szedł z za­gro­że­nia.

Dwa mie­sią­ce wcze­śniej kla­sy ma­tu­ral­ne za­koń­czy­ły na­ukę, więc w szko­le było o pra­wie jed­ną trze­cią klas mniej. Dla­te­go, po­mi­mo jed­ne­go okien­ka, skoń­czy­ła pra­cę przed go­dzi­ną dwu­na­stą i mo­gła ode­brać dziew­czyn­ki z ka­to­lic­kie­go przed­szko­la pro­wa­dzo­ne­go przez sio­stry za­kon­ne i wró­cić do domu.

Gdy dziew­czyn­ki ja­dły obiad, Ane­ta mia­ła czas na do­pa­ko­wa­nie się na week­en­do­wy wy­jazd do Piły. Mia­ła po­wód - je­cha­ła na we­se­le swo­jej przy­ja­ciół­ki jesz­cze ze szko­ły pod­sta­wo­wej. Mu­sia­ła spa­ko­wać tyl­ko su­kien­kę, ale jesz­cze się wa­ha­ła. Spo­śród trzech pro­po­zy­cji, nad któ­ry­mi się za­sta­na­wia­ła, wy­bra­ła tę, któ­ra jej się po­do­ba­ła od po­cząt­ku. I już za­pi­na­ła wa­liz­kę, gdy uświa­do­mi­ła so­bie, że musi do­brać inne buty, bo te nie będą pa­so­wać do osta­tecz­nie wy­bra­nej kre­acji. Szyb­ko wy­mie­ni­ła obu­wie na we­se­le, na­stęp­nie za­mknę­ła nie­du­żą wa­liz­kę i aku­rat wte­dy przy­je­cha­ła jej młod­sza sio­stra.

Dag­ma­ra Bo­et­ke, młod­sza o pięć lat od Ane­ty, rów­nież mę­żat­ka i mat­ka rocz­ne­go An­to­nie­go, zgo­dzi­ła się za­jąć dzieć­mi sio­stry, aby mo­gła spo­koj­nie je­chać na we­se­le. Bez męża, bo ten był na szko­le­niu. Pra­co­ho­lik.

- Cześć, sio­stra! - za­wo­ła­ła Dag­ma­ra od pro­gu.

Ane­ta po­ja­wi­ła się na scho­dach.

- Cześć, Daga, su­per, że już je­steś. Dzi­siaj czu­ję, że z ni­czym się nie wy­ra­biam. Do­brze, że dziew­czyn­ki spa­ko­wa­łam już wczo­raj. - Wska­za­ła ge­stem gło­wy na dwie małe wa­li­zecz­ki w ko­lo­rze ta­kim sa­mym jak jej wa­liz­ka, któ­rą po­sta­wi­ła obok.

Dziew­czyn­ki wy­bie­gły z kuch­ni, aby przy­wi­tać się z cio­cią.

- Cio­ooocia­aaaaaa! - krzy­cza­ły, bie­gnąc do Dag­ma­ry.

Po obie­dzie szyb­ko umy­ła na­czy­nia, na­stęp­nie wy­łą­czy­ła prąd, za­krę­ci­ła głów­ny za­wór gazu i wody. "Strze­żo­ne­go Pan Bóg strze­że", jak za­wsze mó­wi­ła jej mat­ka. Sa­mo­chód zo­sta­wi­ła w ga­ra­żu. Je­cha­ły au­tem Dag­ma­ry, a ra­czej jej i jej męża, Ada­ma.

Mu­sia­ły się tro­chę śpie­szyć, po­nie­waż rów­no o pięt­na­stej od­jeż­dżał po­ciąg In­ter­Ci­ty Za­moy­ski. Po­je­cha­ły Szo­są Cheł­miń­ską, jed­ną z głów­nych ar­te­rii mia­sta, pro­sto na Dwo­rzec Głów­ny PKP. Je­cha­ły nie­co po­nad dwa­dzie­ścia mi­nut, więc Ane­ta mia­ła jesz­cze oko­ło kwa­dran­sa, aby po­że­gnać się z dzieć­mi i przy­tu­lić sio­strę w po­dzię­ko­wa­niu za to, że zaj­mie się jej dziew­czyn­ka­mi. Bi­let mia­ła w te­le­fo­nie, bo ku­pi­ła go w ze­szłym ty­go­dniu przez In­ter­net. W bu­dyn­ku dwor­ca, na elek­tro­nicz­nej ta­bli­cy z żół­tym na­pi­sem "OD­JAZ­DY" u góry spraw­dzi­ła, z któ­re­go pe­ro­nu od­je­dzie po­ciąg, ale obok nu­me­ru pe­ro­nu prze­su­wał się po­wo­li ja­kiś na­pis na bia­łym tle. "Opóź­nie­nie 45 mi­nut". Taki sam ko­mu­ni­kat po­ja­wił się w ję­zy­ku an­giel­skim i nie­miec­kim.

Za­je­bi­ście - po­my­śla­ła Ane­ta. W brzu­chu jej za­bur­cza­ło, bo nie zja­dła w domu obia­du, a w szko­le tyl­ko buł­kę peł­no­ziar­ni­stą. Na dwor­cu zna­la­zła małe bi­stro, gdzie za­mó­wi­ła za­pie­kan­kę XXL z pie­czar­ka­mi, se­rem i su­rów­ką. Była tak głod­na, że zja­dła całą za­pie­kan­kę, któ­ra mia­ła chy­ba z pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów. Do tego wzię­ła pół­li­tro­wą bu­tel­kę Coca-Coli.

Po zje­dze­niu obia­du prze­cha­dza­ła się jesz­cze po dwor­cu, bo mia­ła nie­co cza­su do od­jaz­du po­cią­gu. Na­gle wpa­dła na po­mysł, aby spra­wić przy­jem­ność swo­jej przy­ja­ciół­ce, i w jed­nym z kio­sków na­ku­po­wa­ła pier­ni­ków to­ruń­skich. Jak po dro­dze zgłod­nie­je, to też so­bie zje - po­my­śla­ła.

Po­ciąg na szczę­ście nie wy­dłu­żył już swo­je­go spóź­nie­nia i przy­je­chał - zgod­nie z ak­tu­al­nym roz­kła­dem - po­nad czter­dzie­ści mi­nut po cza­sie. Gdy zo­ba­czy­ła, jak na pe­ron wjeż­dża nie­bie­ska lo­ko­mo­ty­wa EP-07 z bia­łym po­zio­mym pa­sem, po­my­śla­ła, że gdy­by je­cha­ła sa­mo­cho­dem, już daw­no by­ła­by poza To­ru­niem. Ale by­ła­by głod­na, więc mu­sia­ła­by zje­chać na sta­cję pa­liw i tam coś zjeść. Wła­ści­wie więc cza­so­wo nic by nie zy­ska­ła.

Po­ciąg za­czął ha­mo­wać i po pe­ro­nie roz­niósł się pisk ha­mul­ców. Wa­gon, w któ­rym mia­ła miej­sce, był dru­gi od koń­ca. Po­ciąg za­trzy­mał się ide­al­nie przed nią - "Wa­gon nu­mer 17, miej­sce 32, okno". Za­pa­mię­ta­ła in­for­ma­cję za­war­tą na bi­le­cie po­dróż­nym.

Za­cze­ka­ła cier­pli­wie, aż z przed­nich drzwi wa­go­nu, przed któ­rym sta­ła wraz z nie­du­żą gru­pą pa­sa­że­rów, wyj­dą po­dróż­ni koń­czą­cy swo­ją po­dróż tego dnia. Ane­ta nie pa­mię­ta­ła już, kie­dy ostat­ni raz je­cha­ła po­cią­giem, i Za­moy­ski zdą­żył ru­szyć, nim zna­la­zła od­po­wied­nie miej­sce. Po­gu­bi­ła się w nu­me­ra­cji. Pew­nie nie ona jed­na.

Po­dróż pla­no­wo mia­ła trwać pra­wie dwie go­dzi­ny, bo na dwor­cu głów­nym w Pile mia­ła wy­siąść o go­dzi­nie 16:50, ale do­li­cza­jąc spóź­nie­nie i ewen­tu­al­ne dal­sze opóź­nie­nia, po­sta­no­wi­ła na­pi­sać do pra­wie już pan­ny mło­dej z in­for­ma­cją o sy­tu­acji.

Ewe­li­na - jesz­cze pan­na, a już za chwi­lę pani Pa­proc­ka - przy­ja­ciół­ka Ane­ty, cze­ka­ła wła­śnie na dru­gim pe­ro­nie dwor­ca głów­ne­go PKP w Pile. Już w so­bo­tę mia­ła wziąć ślub ze swo­im uko­cha­nym na­rze­czo­nym Wojt­kiem. Wie­dzia­ła, że po­ciąg ma opóź­nie­nie, więc sko­rzy­sta­ła z oka­zji i prze­szła się po kil­ku skle­pach w ga­le­rii han­dlo­wej obok dwor­ca.

Pe­ron był osło­nię­ty, a cień da­wał ochło­dę w to piąt­ko­we, czerw­co­we po­po­łu­dnie. Ewe­li­na mia­ła na­dzie­ję, że w dniu ślu­bu bę­dzie nie­co chłod­niej. Przez gło­śnik sły­chać było ko­mu­ni­kat za­po­wia­da­ją­cy przy­jazd po­cią­gu. Brzmiał, jak­by był wy­ge­ne­ro­wa­ny przez ja­kiś pro­gram kom­pu­te­ro­wy. Po krót­kiej chwi­li zo­ba­czy­ła po swo­jej le­wej stro­nie cha­rak­te­ry­stycz­ną nie­bie­ską lo­ko­mo­ty­wę, a chwi­lę póź­niej roz­brzmiał pisk wy­do­by­wa­ją­cy się spod ha­mu­ją­cych że­la­znych kół.

Ane­ta Gar­lic­ka wy­sła­ła Ewe­li­nie zdję­cie z po­cią­gu, aby ta mo­gła ją roz­po­znać na za­tło­czo­nym pe­ro­nie, kie­dy pa­sa­że­ro­wie wy­sia­da­ją­cy z po­cią­gu zmie­sza­ją się z tymi wsia­da­ją­cy­mi. Pew­nie i tak by ją roz­po­zna­ła po jej ru­dych wło­sach, ale wo­la­ła się za­bez­pie­czyć, gdy­by jej cha­rak­te­ry­stycz­ny ko­lor wło­sów oka­zał się mało rzu­ca­ją­cy się w oczy. Ewe­li­na zre­wan­żo­wa­ła się tym sa­mym, kie­dy była jesz­cze w ga­le­rii. Po­ciąg się za­trzy­mał. Ewe­li­na sta­nę­ła na wy­so­ko­ści wa­go­nu nu­mer 14, więc mu­sia­ła się cof­nąć do wła­ści­we­go, ale wy­sia­da­ją­cy i wsia­da­ją­cy pa­sa­że­ro­wie utrud­nia­li jej spraw­ne i szyb­kie doj­ście. Do­szła do wa­go­nu nu­mer 17 w mo­men­cie, kie­dy Ane­ta wy­sia­da­ła. Rude loki były na tyle cha­rak­te­ry­stycz­ne, że wy­róż­nia­ły się w tłu­mie.

Ane­ta za­czę­ła się roz­glą­dać po pe­ro­nie, sta­jąc na drob­nej ko­st­ce bru­ko­wej. Na­wet nie wie­dzia­ła, że kost­ka w tym miej­scu ma prze­szło sto lat. Szu­ka­ła ni­skiej bru­net­ki o dłu­gich i pro­stych wło­sach. Na­dal no­si­ła oku­la­ry. Jed­nak to Ewe­li­na za­uwa­ży­ła ją jako pierw­sza.

- Ane­ta! - krzyk­nę­ła z ra­do­ści i rzu­ci­ła się jej w ra­mio­na.

Moc­no się uści­snę­ły, uca­ło­wa­ły w po­licz­ki i ro­ze­śmia­ły się gło­śno.

- Ewe­la! Jak cu­dow­nie cię wi­dzieć.

Po przy­wi­ta­niu się Ewe­li­na wzię­ła od Ane­ty wa­liz­kę. Prze­szły pod­ziem­nym przej­ściem mię­dzy pe­ro­nem dru­gim a pierw­szym. Tam ru­do­wło­są To­ru­nian­kę urze­kły małe, pro­sto­kąt­ne, po­zio­me ka­fel­ki w ko­lo­rze kre­mo­wo­bia­łym z jed­nym rzę­dem nie­bie­skich, któ­re cią­gnę­ły się przez cały tu­nel.

- W To­ru­niu ta­kich nie ma - za­uwa­ży­ła Ane­ta.

- Bo zro­bi­li bez­sen­sow­ny re­mont. Dwo­rzec w To­ru­niu mi się nie po­do­ba. Ale to nic. Zo­ba­czysz, jak wy­glą­da tu­taj dwo­rzec w środ­ku. Bę­dziesz w szo­ku.

I fak­tycz­nie. Ze­szły do przej­ścia pod­ziem­ne­go pod pe­ro­na­mi i za­czę­ły wy­cho­dzić na po­wierzch­nię. We­szły po ka­mien­nych scho­dach, tak samo sta­rych jak kost­ka bru­ko­wa na pe­ro­nie, na pierw­szy pe­ron, przy któ­rym stał bu­dy­nek dwor­ca głów­ne­go.

Ane­ta przy­sta­nę­ła na chwi­lę. Mu­sia­ła zro­bić zdję­cie bu­dyn­ko­wi dwor­ca. Był pięk­nie od­re­stau­ro­wa­ny, miał ja­sno­żół­ty ko­lor z bia­ły­mi ob­ra­mo­wa­nia­mi na ścia­nach. Na­stęp­nie prze­szły przez uchy­lo­ne drew­nia­ne, cięż­kie drzwi i Ane­ta, któ­rą Ewe­li­na pu­ści­ła pierw­szą, po­czu­ła się, jak­by prze­szła do in­ne­go świa­ta. A ra­czej jak­by cof­nę­ła się w cza­sie o przy­naj­mniej sto lat.

Od razu otwo­rzy­ła w te­le­fo­nie apa­rat i za­czę­ła ro­bić zdję­cia. Sta­nę­ła na środ­ku po­cze­kal­ni i ob­ra­ca­ła się wo­kół wła­snej osi, aby wszyst­ko do­kład­nie zo­ba­czyć. Po­po­łu­dnio­wi pa­sa­że­ro­wie w ni­czym jej nie prze­szka­dza­li. Drew­nia­ne i zło­te zdo­bie­nia nada­wa­ły tej sali hi­sto­rycz­ny cha­rak­ter.

- Chodź, po­ka­żę ci coś. - Ewe­li­na wska­za­ła na otwar­te drzwi po jej pra­wej stro­nie, gdy Ane­ta za­trzy­ma­ła się na­prze­ciw wi­szą­cej na ścia­nie elek­tro­nicz­nej ta­bli­cy od­jaz­dów po­cią­gów.

I we­szły do Sali Ce­sar­skiej, któ­ra pier­wot­nie mia­ła być spe­cjal­ną salą dla ce­sa­rza pru­skie­go i jego go­ści oraz urzęd­ni­ków. Ane­ta sta­nę­ła w drzwiach i zo­ba­czy­ła trój­bocz­ną ab­sy­dę, któ­ra roz­świe­tla­ła na­tu­ral­nym świa­tłem całe po­miesz­cze­nie. We­szła głę­biej do sali i wszyst­ko do­kład­nie ob­ser­wo­wa­ła oraz ro­bi­ła zdję­cia.

- Ej, Ewe­li­na, zo­bacz, te bo­aze­rie i strop wy­glą­da­ją, jak­by były zro­bio­ne od zera. - Ane­ta była pod wra­że­niem tego, co wi­dzia­ła. My­śla­ła, że ta­kich dwor­ców już nie ma, że ist­nie­ją tyl­ko no­wo­cze­sne.

- Bo to są sta­re bo­aze­rie i ten strop też jest sta­ry. Po pro­stu wszyst­ko zo­sta­ło pod­da­ne re­no­wa­cji - wy­ja­śni­ła Ewe­li­na i za­py­ta­ła: - A zwró­ci­łaś uwa­gę na drzwi? A w szcze­gól­no­ści na to, co się na nich znaj­du­je?

- Tak, ale nie wiem, co to jest. - Ane­ta te­raz do­kład­niej się przy­glą­da­ła jed­nym z tych dwu­skrzy­dło­wych, cięż­kich, czar­nych drew­nia­nych drzwi ze zło­ty­mi zdo­bie­nia­mi.

- To ce­sar­ski em­ble­mat z ini­cja­łem sa­me­go ce­sa­rza pru­skie­go.

- Ale to jest nie­zwy­kłe. Pięk­na ręcz­na ro­bo­ta. Dziś tak już się nie robi.

Czas pły­nął szyb­ko i zro­bi­ło się już póź­ne po­po­łu­dnie. Ane­ta na chwi­lę za­po­mnia­ła o tym, że jej przy­ja­ciół­ka ju­tro ma swój naj­waż­niej­szy dzień w ży­ciu.

Wy­szły z Sali Ce­sar­skiej, prze­szły przez po­cze­kal­nię i jed­nym kro­kiem zna­la­zły się w XXI wie­ku. W no­wo­cze­sno­ści. A po­tem znów cof­nę­ły się w cza­sie, bo aby wyjść na mia­sto, mu­sia­ły przejść przez pod­ziem­ny tu­nel. Zno­wu Ane­ta czu­ła pod po­de­szwa­mi bu­tów ka­mien­ne scho­dy, trzy­ma­ła się przy tym drew­nia­nej po­rę­czy osa­dzo­nej w pięk­nie zdo­bio­nej że­liw­nej kon­struk­cji po­ma­lo­wa­nej na czar­no.

Szyb­ko po­czu­ła, że nie jest tak przy­jem­nie, jak w tu­ne­lu mię­dzy pe­ro­na­mi. Rap­tem po trzech, może czte­rech kro­kach po­czu­ła smród mo­czu. Za­głę­bie­nia ryn­no­we znaj­du­ją­ce się po obu stro­nach tu­ne­lu czę­sto słu­ży­ły jako pi­su­ary dla tych, któ­rzy wy­pi­li o kil­ka piw za dużo w oko­licz­nych ba­rach i nie wie­dzie­li, gdzie są to­a­le­ty. Ane­ta po­sta­no­wi­ła przy­śpie­szyć krok, aby jak naj­szyb­ciej wy­do­stać się z tu­ne­lu. Wi­dzia­ła, że wy­glą­dał iden­tycz­nie jak wcze­śniej­szy tu­nel, ale odór był na tyle sil­ny, że nie po­zwa­lał jej się na tym sku­pić.

W koń­cu wy­szły i Ane­ta mo­gła ode­tchnąć peł­ną pier­sią. Ewe­li­na od razu za­pro­wa­dzi­ła swo­ją przy­ja­ciół­kę na par­king przed ga­le­rią han­dlo­wą, gdzie za­par­ko­wa­ła sa­mo­chód. Wa­liz­kę wło­ży­ły do ba­gaż­ni­ka i ru­szy­ły w dro­gę.

Ewe­li­na miesz­ka­ła z Wojt­kiem od za­rę­czyn. Nie chcie­li uda­wać cno­tli­wych i żyć osob­no do ślu­bu. Wzię­li kre­dyt na dom, któ­ry nie­daw­no wy­koń­czy­li i się do nie­go wpro­wa­dzi­li. Ro­dzi­ce pary mło­dej do­ło­ży­li za to spo­ro do ślu­bu.

Ru­szy­ły spod ga­le­rii han­dlo­wej, po­je­cha­ły przez most pro­sto w uli­cę Okól­ną i da­lej uli­cą Ku­so­ciń­skie­go. Po pra­wej stro­nie mi­ja­ły ko­lo­ro­we wie­żow­ce, a po le­wej gę­ste za­ro­śla, po­nad któ­ry­mi wi­dać było wy­so­kie masz­ty oświe­tle­nio­we.

Ane­ta nie mu­sia­ła o nic py­tać Ewe­li­ny, bo ta cały czas jej wy­ja­śnia­ła, co wi­dzą, więc do­wie­dzia­ła się, że to masz­ty oświe­tle­nio­we sta­dio­nu żuż­lo­we­go. Nasz w To­ru­niu jest więk­szy i wi­docz­ny, Ane­ta za­śmia­ła się w du­chu i po­my­śla­ła, że ani razu nie była na żad­nym me­czu. Chęt­nie by po­szła, ale ni­g­dy nie chcia­ła iść sama, a Bła­żej nie in­te­re­so­wał się spor­tem.

Na­stęp­nie skrę­ci­ły w pra­wo na uli­cę Kos­sa­ka i je­cha­ły da­lej pro­sto, a po­tem w lewo, wjeż­dża­jąc w uli­cę Phi­lip­sa. W koń­cu zo­ba­czy­ły przy otwar­tej bra­mie Wojt­ka, któ­ry na nie cze­kał. Ane­ta wi­dzia­ła go tyl­ko na zdję­ciach na Fa­ce­bo­oku albo kie­dy cza­sa­mi roz­ma­wia­ły na Sky­pie i po­ja­wiał się w tle. Na żywo wy­glą­dał le­piej niż na zdję­ciach. Ewe­li­na do­brze tra­fi­ła.

Resz­tę wie­czo­ru dziew­czy­ny spę­dzi­ły na roz­mo­wie, ale nie na tak dłu­giej, jak­by chcia­ły. Ewe­li­na na­stęp­ne­go dnia bra­ła ślub, a Ane­ta też czu­ła się zmę­czo­na po ca­łym dniu. Roz­pa­ko­wa­ła się w po­ko­iku go­ścin­nym, wzię­ła prysz­nic, wło­ży­ła ko­szu­lę noc­ną i po­ło­ży­ła się spać. Po­ga­da­ła jesz­cze przez te­le­fon z sio­strą, do­py­ty­wa­ła, czy dziew­czyn­ki za bar­dzo jej nie mę­czą. Chcia­ła też z nimi po­roz­ma­wiać, ale już spa­ły. Na ko­niec na­pi­sa­ła jesz­cze tyl­ko Bła­że­jo­wi, że jest już na miej­scu. Cze­ka­ła chwi­lę, aż od­pi­sze, i za­snę­ła.

Rozdział 2.

Ślub

Ane­ta Gar­lic­ka zbie­ra­ła się do wyj­ścia na ślub. Grze­ba­ła w to­reb­ce, aby wy­jąć błysz­czyk do ust. Z za­sko­cze­niem od­kry­ła, że za­bra­ła ze sobą za­pro­sze­nie na ślub i we­se­le. Po co wzię­łam je ze sobą? - po­my­śla­ła i od­ru­cho­wo prze­czy­ta­ła wy­tłusz­czo­ny frag­ment: "w Ko­ście­le pw. św. An­to­nie­go Pa­dew­skie­go w Pile, o go­dzi­nie 15:00" i da­lej data.

Na tę wy­jąt­ko­wą oka­zję Ane­ta zde­cy­do­wa­ła się wło­żyć su­kien­kę ko­lo­ru bu­tel­ko­wej zie­le­ni, przy­le­ga­ją­cą do cia­ła, się­ga­ją­cą ko­lan oraz za­pi­na­ną na za­mek bły­ska­wicz­ny na ple­cach. Ta­lię pod­kre­ślił lek­ki, sze­ro­ki czar­ny pas z cien­ką me­ta­lo­wą klam­rą. Bi­żu­te­rię, któ­rą wy­bra­ła na tę szcze­gól­ną oko­licz­ność w ży­ciu jej przy­ja­ciół­ki, sta­no­wi­ły sre­brzy­sto­bia­łe kol­czy­ki przy­le­ga­ją­ce do uszu i cien­ki łań­cu­szek ze srebr­nym, lek­ko pę­ka­tym ser­dusz­kiem. Zo­sta­ło tyl­ko za­ło­żyć na lewy nad­gar­stek cien­ki ze­ga­rek i już mo­gła wy­cho­dzić.

A wła­śnie że nie! Za­po­mnia­ła o bu­tach. Nie wy­pa­ko­wa­ła swo­ich sied­mio­cen­ty­me­tro­wych czar­nych szpi­lek z za­pię­ciem nad kost­ką. Daw­no nie mia­ła na no­gach tak wy­so­kich ob­ca­sów, a kie­dyś uwiel­bia­ła w nich cho­dzić. Jed­nak ła­twiej i wy­god­niej było bie­gać za dziew­czyn­ka­mi w wy­god­nych adi­da­sach niż w szpil­kach.

Po­go­da tego dnia za­po­wia­da­ła się na bar­dzo cie­płą. Na nie­bie nie było ani jed­nej chmur­ki. Pro­gno­zo­wa­li oko­ło dwu­dzie­stu stop­ni Cel­sju­sza i chy­ba mia­ło się to spraw­dzić.

Ane­ta za­bra­ła się sa­mo­cho­dem z in­ny­mi człon­ka­mi ro­dzi­ny pana mło­de­go.

Przy­je­cha­li przed ko­ściół jako pierw­si i chy­ba byli nie­co za wcze­śnie, dzię­ki cze­mu Ane­ta mo­gła do­kład­niej zo­ba­czyć świą­ty­nię z ze­wnątrz. Sam bu­dy­nek zo­stał wznie­sio­ny we wcze­snym sty­lu ro­mań­skim, co było cha­rak­te­ry­stycz­ne dla nie­miec­kich ar­chi­tek­tów tego okre­su. Cięż­kie, mo­sięż­ne drzwi otwo­rzy­ły się za­ska­ku­ją­co lek­ko, gdy Ane­ta chcia­ła wejść do środ­ka.

Za­chwy­ci­ło ją wnę­trze, któ­re przy­po­mi­na­ło ka­ta­kum­by. Spoj­rza­ła w kie­run­ku oł­ta­rza i aż się za­trzy­ma­ła. Za oł­ta­rzem na ścia­nie wi­siał drew­nia­ny krzyż z przy­bi­tym do nie­go drew­nia­nym Je­zu­sem Chry­stu­sem. Pa­trzy­ła na praw­do­po­dob­nie naj­więk­szy drew­nia­ny krzyż w Eu­ro­pie. Po le­wej stro­nie, na ścia­nie, zo­ba­czy­ła na­ma­lo­wa­ne sce­ny dro­gi krzy­żo­wej, a po pra­wej - wą­skie, ale bar­dzo wy­so­kie wi­tra­że. Dłu­gie, drew­nia­ne ławy przy­stro­jo­ne zo­sta­ły bia­łym ma­te­ria­łem, ja­kie­go uży­wa się do szy­cia fi­ra­nek. Do­dat­ko­wo zo­stał przy­ozdo­bio­ny ga­łąz­ka­mi. Mię­dzy rzę­da­mi ław, po­środ­ku po­ło­żo­no czer­wo­ny dy­wan pro­wa­dzą­cy pro­sto do oł­ta­rza. Tam sta­ły krze­sła za­rów­no dla pary mło­dej, jak i dla świad­ków, rów­nież przy­stro­jo­ne na bia­ło. Było tak przy­jem­nie chłod­no, że nie chcia­ła wy­cho­dzić na ze­wnątrz. Za­ję­ła miej­sce i po­sta­no­wi­ła po­cze­kać.

Le­d­wo usia­dła w ła­wie po pra­wej stro­nie, kie­dy za­czę­li wcho­dzić go­ście. Roz­legł się stu­kot wie­lu par mę­skich bu­tów na twar­dych po­de­szwach, a tak­że wie­lu par dam­skich bu­tów z ob­ca­sa­mi. Po chwi­li za­mie­sza­nia i ha­ła­su za­czę­ła się ce­re­mo­nia.

Po czer­wo­nym dy­wa­nie po­wo­li, do­stoj­nie, ale pew­nie też z prze­ję­ciem i uczu­ciem stre­su, a tak­że szczę­ścia, szła jej przy­ja­ciół­ka wraz ze swo­im przy­szłym mę­żem.

Ewe­li­na - za mo­ment już Pa­proc­ka - nie zde­cy­do­wa­ła się na we­lon. Mia­ła za to wło­sy spię­te w kok bia­łą klam­rą. Na szyi wi­siał zło­ty łań­cu­szek z bursz­ty­nem. Do­sta­ła go w pre­zen­cie od na­rze­czo­ne­go, gdy pierw­szy raz po­je­cha­li ra­zem nad mo­rze do Sar­bi­no­wa. Suk­nia ślub­na była bez ra­mią­czek, trzy­ma­ła się na biu­ście. I nie była śnież­no­bia­ła, lecz ja­sno­kre­mo­wa. Dłu­ga do sa­mej zie­mi. Ma­te­riał na wy­so­ko­ści pier­si miał kwie­ci­sty wzór, a ko­ron­ko­we bo­ler­ko, rów­nież ozdo­bio­ne kwiet­nym wzo­rem, za­sła­nia­ło gołe ra­mio­na. Smu­kłe dło­nie pan­ny mło­dej trzy­ma­ły bu­kiet skła­da­ją­cy się z bia­łych kwia­tów o de­li­kat­nych list­kach, a tak­że dwóch błę­kit­nych i dwóch ró­żo­wych.

Ksiądz sta­nął przed oł­ta­rzem, któ­ry miał za sobą, przed sobą zaś miał Ewe­li­nę i Wojt­ka, któ­rzy uklę­kli przed nim. Ksiądz roz­ło­żył ręce na boki, dło­nie skie­ro­wał ku gó­rze. Roz­po­czę­ła się ce­re­mo­nia. Ka­płan miał przed sobą mi­kro­fon, któ­ry trzy­mał jego po­moc­nik - je­den z bra­ci ka­pu­cy­nów. Zwró­cił się do pary mło­dej z na­stę­pu­ją­cy­mi py­ta­nia­mi:

- Czy chce­cie do­bro­wol­nie i bez żad­ne­go przy­mu­su za­wrzeć zwią­zek mał­żeń­ski?

- Chce­my - od­po­wie­dzie­li jed­no­cze­śnie, zgod­nie z ry­tu­ałem.

- Czy chce­cie wy­trwać w tym związ­ku w zdro­wiu i w cho­ro­bie, w do­brej i w złej doli, aż do koń­ca ży­cia?

- Chce­my.

- Czy chce­cie z mi­ło­ścią przy­jąć i po ka­to­lic­ku wy­cho­wać po­tom­stwo, któ­rym Bóg was ob­da­rzy?

- Chce­my.

- A te­raz, pro­szę, od­mów­my wspól­nie mo­dli­twę do Du­cha Świę­te­go - kon­ty­nu­ował ksiądz.

- Du­chu Świę­ty, przyjdź do na­sze­go mał­żeń­stwa, przyjdź przez po­tęż­ne wsta­wien­nic­two Nie­po­ka­la­ne­go Ser­ca Ma­ryi, Two­jej umi­ło­wa­nej ob­lu­bie­ni­cy. Du­chu Świę­ty, przyjdź do na­sze­go mał­żeń­stwa z da­rem mi­ło­ści, wier­no­ści i uczci­wo­ści. - Ksiądz pierw­szy mó­wił sło­wa mo­dli­twy, sto­su­jąc od­po­wied­nie prze­rwy, a para mło­da rów­no­cze­śnie je po­wta­rza­ła.

Ewe­li­na i Woj­tek na chwi­lę usie­dli na krze­słach.

Po mo­dli­twie ksiądz przy­stą­pił do przy­się­gi mał­żeń­skiej. Po­pro­sił o po­wsta­nie. Za­nim do­szło do jej zło­że­nia, ksiądz zwró­cił się do mło­dych na­stę­pu­ją­cy­mi sło­wa­mi:

- Sko­ro za­mier­za­cie za­wrzeć sa­kra­men­tal­ny zwią­zek mał­żeń­ski, po­daj­cie so­bie pra­we dło­nie...

W tym mo­men­cie Ewe­li­na i Woj­tek sta­nę­li przo­dem do sie­bie, a po ich bo­kach znaj­do­wa­li się ksiądz i zgro­ma­dze­ni go­ście.

- ...i wo­bec Boga - ksiądz ob­wi­jał stu­łą pra­we dło­nie pary mło­dej - i Ko­ścio­ła po­wta­rzaj­cie za mną sło­wa przy­się­gi mał­żeń­skiej.

Pierw­szy mó­wił Woj­tek.

Ja, Woj­ciech, bio­rę cie­bie, Ewe­li­no, za żonę i ślu­bu­ję ci...

Tak, bio­rę cie­bie za żonę... Ane­ta kie­dyś bar­dzo chcia­ła zo­stać żoną Bła­że­ja Gar­lic­kie­go. Chy­ba na­wet bar­dziej niż on sam. W tam­tym cza­sie mia­ła go za cud, wrę­cza ide­ał. Te­raz nie wie­dzia­ła, czy wte­dy był inny niż te­raz,, czy ona po pro­stu nie chcia­ła tego do­strze­gać. W jej wy­obra­że­niach nie był taki. Był ko­cha­ny, za­baw­ny, in­te­li­gent­ny, tro­skli­wy, ro­man­tycz­ny. Ucie­szy­ła się bar­dzo, kie­dy się jej oświad­czył. Po ślu­bie szyb­ko przy­zwy­cza­iła się do no­we­go na­zwi­ska. Cho­ciaż na po­cząt­ku my­li­ła się, gdy pod­pi­sy­wa­ła do­ku­men­ty.

...mi­łość...

Na po­cząt­ku ko­chał. Te­raz? Ane­ta nie lu­bi­ła za­da­wać so­bie tego py­ta­nia. Już tego nie oka­zy­wał tak, jak kie­dyś. Nie pa­mię­ta­ła, kie­dy ostat­ni raz usły­sza­ła od nie­go "ko­cham cię" ani kie­dy do­sta­ła od nie­go kwia­ty z oka­zji rocz­ni­cy ślu­bu, jej uro­dzin czy Dnia Ko­biet. Za to dziew­czyn­ki ją ko­cha­ły. Tro­chę na swój spo­sób, ale cza­sa­mi mó­wi­ły: "mamo, ko­cham cię", i to spra­wia­ło Ane­cie przy­jem­ność.

... wier­ność...

Bła­żej Gar­lic­ki był wier­ny Ane­cie i ona to wie­dzia­ła. Oczy­wi­ście ni­g­dy jej tego nie po­wie­dział, ale ona to czu­ła - bar­dziej niż jego mi­łość. Po­dob­no gdy męż­czy­zna zdra­dza swo­ją ko­bie­tę, to za­czy­na bar­dziej o sie­bie dbać. Nie tyl­ko zmie­nia die­tę na zdrow­szą, ale za­czy­na dbać o swo­je cia­ło, na przy­kład upra­wia­jąc ja­kiś sport, aby po­pra­wić swo­ją syl­wet­kę; na­gle ubie­ra się w lep­sze ciu­chy, któ­re sam ku­pił; czę­ściej cho­dzi ogo­lo­ny i za­czy­na ład­niej pach­nieć. A u nie­go wszyst­ko było tak samo - cho­dze­nie w sta­rym i dziu­ra­wym dre­sie albo w sa­mych bok­ser­kach po domu, go­le­nie się raz na ty­dzień, albo i jesz­cze rza­dziej, a od lat ten sam żel pod prysz­nic, któ­re­go za­pach jej re­cep­to­ry w no­sie już daw­no prze­sta­ły od­bie­rać.

...i uczci­wość mał­żeń­ską...

Czym jest uczci­wość w mał­żeń­stwie, Ane­ta Gar­lic­ka pa­mię­ta­ła z kur­su przed­mał­żeń­skie­go, któ­ry pro­wa­dził mło­dy ksiądz w pa­ra­fii na Wrzo­sach w To­ru­niu. Nie­raz by­wa­ło za­baw­nie pod­czas tych spo­tkań, ale też cie­ka­wie.

Do­kład­niej mó­wiąc, zna­ła de­fi­ni­cję, ale tyl­ko de­fi­ni­cję. Obec­nie Ane­ta nie wi­dzia­ła tej uczci­wo­ści w ich domu. Od ja­kie­goś cza­su tyl­ko do sie­bie mó­wi­li, a po­win­ni roz­ma­wiać z peł­nym sza­cun­kiem i zro­zu­mie­niem.

Z tych wszyst­kich ele­men­tów naj­dłu­żej utrzy­ma­ła się szcze­rość, lecz osa­mot­nio­na co­raz czę­ściej do­pro­wa­dza­ła do kłót­ni mię­dzy nimi, więc i ją za­czę­li so­bie wza­jem­nie daw­ko­wać. Chy­ba na­dal się wspie­ra­li. Na pew­no Ane­ta wspie­ra­ła Bła­że­ja, ale czy on ją? Nie czu­ła tego. A przy­naj­mniej nie tak, jak czu­ła kie­dyś, gdy Bła­żej był dla niej wszyst­kim. Chy­ba ten brak od­po­wied­nie­go wspar­cia za­czął się ja­kiś czas po uro­dze­niu dru­giej cór­ki. Nie­raz by­wa­ło cięż­ko, ale wy­ro­bi­ła so­bie sys­tem sa­mo­wspar­cia i au­to­mo­ty­wo­wa­nia się. Mu­sia­ła jed­nak uczci­wie przy­znać, że Bła­żej jest bar­dzo ko­cha­ją­cym oj­cem. Dziew­czyn­ki go uwiel­bia­ją i Ane­ta wi­dzia­ła, że cza­sa­mi pró­bu­ją go na­śla­do­wać.

...oraz że cię nie opusz­czę aż do śmier­ci...

Tu­taj Ane­ta zbyt­nio nie roz­my­śla­ła, bo jako prak­ty­ku­ją­ca uczest­nicz­ka ży­cia Ko­ścio­ła rzym­sko­ka­to­lic­kie­go nie uzna­wa­ła roz­wo­dów po ślu­bie ko­ściel­nym. Sa­kra­ment mał­żeń­stwa był świę­ty i nie moż­na go było w ża­den spo­sób zła­mać, bo to był cięż­ki grzech. Nie­za­leż­nie, co by się dzia­ło w ich mał­żeń­stwie, ona od nie­go nie odej­dzie. Na­wet je­śli bę­dzie się mę­czyć, bę­dzie nie­szczę­śli­wa czy za­nie­dba­na jako ko­bie­ta, to i tak nie odej­dzie. Chy­ba że...

Spoj­rza­ła na dłoń po­ło­żo­ną na udzie, na pa­lec, na któ­rym mia­ła zło­tą ob­rącz­kę. Pal­ca­mi dru­giej dło­ni ob­ra­ca­ła ją na pal­cu i nie­spo­dzie­wa­nie usły­sza­ła swój głos w gło­wie. To była tyl­ko myśl, ale taka, że po­czu­ła, jak sut­ki, scho­wa­ne w gład­kim bia­łym biu­sto­no­szu, ro­bią BAH!

Woj­tek Pa­proc­ki swo­ją przy­się­gę koń­czył sło­wa­mi:

- Tak mi do­po­móż, Pa­nie Boże Wszech­mo­gą­cy, w Trój­cy je­dy­ny, i wszy­scy świę­ci.

***

W so­bo­ty an­ty­kwa­riat "Ka­za­ma­ty" był czyn­ny do go­dzi­ny trzy­na­stej, lecz z po­wo­du ślu­bu ko­le­gi Pa­tryk za­mknął go go­dzi­nę wcze­śniej, o czym klien­ci byli już po­in­for­mo­wa­ni kil­ka dni wcze­śniej - na drzwiach wej­ścio­wych od stro­ny uli­cy, na kart­ce for­ma­tu A4 za­wisł od­po­wied­ni ko­mu­ni­kat. Zresz­tą dzi­siaj mógł w ogó­le nie otwie­rać, bo i tak nikt nie przy­szedł.

Dro­ga z pra­cy do domu za­ję­ła mu nie­ca­łe pół go­dzi­ny. Wziął szyb­ki prysz­nic, ogo­lił się, co moż­na było uznać za wy­jąt­ko­wą sy­tu­ację, bo ro­bił to tyl­ko w nie­dzie­lę. Ta­kie przy­zwy­cza­je­nie. Szyb­ko coś zjadł, taki mały obiad, czy­li pod­grzał so­bie wcze­śniej zro­bio­ne da­nie jed­no­garn­ko­we z ziem­nia­ka­mi, kieł­ba­są i wa­rzy­wa­mi. Kil­ka mie­się­cy temu ku­pił so­bie książ­kę z prze­pi­sa­mi na ta­kie da­nia i uznał, że to ide­al­na opcja dla sa­mot­nych fa­ce­tów. Szyb­kie, pro­ste i przez na­stęp­ne dni mało zmy­wa­nia.

Miesz­ka­nie Pa­try­ka było dość bli­sko ko­ścio­ła, w któ­rym miał się od­być ślub Ewe­li­ny i Wojt­ka, dla­te­go stwier­dził, że ma jesz­cze czas, aby spo­koj­nie so­bie obej­rzeć tyl­ko je­den od­ci­nek se­ria­lu na Net­fli­xie. Znał się na ze­gar­ku, ale na ze­gar­ku do­brze dzia­ła­ją­cym. Ze­gar, któ­ry miał w sa­lo­nie, spóź­niał się oko­ło dzie­się­ciu mi­nut. Przy­po­mniał so­bie o tym do­pie­ro, gdy zer­k­nął od­ru­cho­wo na go­dzi­nę w te­le­fo­nie.

- Cho­le­ra ja­sna! Spóź­nię się! - wrza­snął sam do sie­bie i czym prę­dzej za­brał się za ubie­ra­nie.

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.