Ucichły ptaki, przyszła śmierć - Michał Śmielak

Kup ebooka

52.90 zł
42.32 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Pa­trzę przez to pie­przone okno, ale śmierć nie przy­cho­dzi, cho­ciaż po­winna. W końcu obie­cała.

Nie ma jej za zie­lo­nymi krza­kami po le­wej, nie wy­ła­nia się spo­śród drzew po pra­wej, jej kroki nie stu­kają po bru­ko­wa­nym chod­niku. Wciąż mogę się cie­szyć zie­le­nią li­ści, wia­trem na po­liczku, śpie­wem pta­ków i z prze­ra­że­niem na­słu­chi­wać szep­tów.

A ja cze­kam!

Z tymi szep­tami to jest śmieszna sprawa, bo czło­wiek nie wie, czy je sły­szy, czy też nie. Co in­nego krzyk za­rzy­na­nego czło­wieka - tego nie da się po­my­lić z ni­czym in­nym. Gdy ktoś w twoim to­wa­rzy­stwie wy­pruwa flaki przy­ja­cie­lowi, to wiesz, co się dzieje, nie nad­sta­wiasz ucha, żeby coś tam po­chwy­cić, na gra­nicy sły­szal­no­ści, le­dwo uchwyt­nego, sprawa jest ja­sna i wia­domo, co się święci. Otóż nic cie­ka­wego, moi dro­dzy, gdyby ktoś chciał wie­dzieć.

Ktoś po­wie, że to cał­kiem faj­nie w ta­kiej sy­tu­acji jed­nak prze­żyć i sie­dzieć so­bie na sło­neczku, co naj­waż­niej­sze - nad zie­mią, a nie kilka me­trów pod jej po­wierzch­nią - ma­jąc wszyst­kie członki w kom­ple­cie, ale ja je­stem da­leki od tego. Ostat­nio w ogóle je­stem da­leki od wszel­kich stwier­dzeń do­ty­czą­cych ży­cia i tego, co jest na plus, a co ad mi­nus.

Je­stem w szpi­talu, to wiem.

Jesz­cze wczo­raj, a może to było ty­dzień temu, nie pa­mię­tam, by­łem w le­sie. No i od razu do­dam, że ni­gdy wię­cej do lasu nie pójdę, o nie. Te wszyst­kie li­ście, krzaki, drzewa, te trupy, zwłoki, krew - to nie dla mnie.

Ja­koś na dniach mia­łem się że­nić. W so­botę? Wszystko mi się w tym szpi­talu mie­sza. To głupi szpi­tal. A wła­ści­wie taki dla głu­pich.

Czy na­dal mam przy­ja­ciół? Nie wiem.

Czy mam swoją pracę w banku? Nie wiem.

Czy mam jesz­cze na­rze­czoną? Nie wiem.

To były pew­niki, rze­czy na­da­jące sens mo­jemu ży­ciu, a te­raz jest tylko szpi­tal. I wspo­mnie­nia. Nie lu­bię jed­nego i dru­giego.

Za­tem nie wy­po­wiem się na te­maty do­ty­czące ży­cia, bo - jak sami wi­dzi­cie - je­stem w dość nie­cie­ka­wej sy­tu­acji, i gdzie mi tam o ży­ciu pra­wić.

Chęt­niej wy­po­wie­dział­bym się za to o śmierci i to nie w aspek­cie me­ta­fi­zycz­nym, ale bar­dziej z po­zy­cji prak­tyka. O tak, w tej kwe­stii mam cho­ler­nie duże do­świad­cze­nie, kilka stron w CV by się uzbie­rało.

Śmierć?

Wiem, jak pach­nie.

Wiem też, jak śmier­dzi.

Nie do końca wiem, jak wy­gląda, ale wiem, że przyj­dzie.

A jak już się po­jawi, to bę­dzie się działo...

2. Góry

Po­nie­dzia­łek, 22 sierp­nia 2022 roku

Go­dzina 10.00

Par­king na Prze­łę­czy Ma­ła­stow­skiej

Góry ła­pią cię za kark jak ma­łego ko­ciaka i wrzu­cają do jed­nego z dwóch ko­szy­ków: "ko­cham" lub "nie­na­wi­dzę". Je­śli cho­ciaż raz ktoś prze­cią­gnął cię przez gór­ski szlak, to nie po­zo­sta­niesz obo­jętny, od tego czasu bę­dziesz cze­kał na ko­lejną wy­prawę z utę­sk­nie­niem albo od­po­wia­dał wszyst­kim, że nie masz po­ję­cia, co w tych gó­rach cie­ka­wego, co oni wi­dzą, wszę­dzie albo da­leko, albo zimno, albo go­rąco, wieje, cza­sem pada, no i - uwaga, naj­gor­sze - nikt nie uprze­dzał: za­wsze pod górę.

Na­leżę do frak­cji "wolę mo­rze", dorsz lep­szy od oscypka, jak mar­z­nąć to nad Bał­ty­kiem w tłu­mie po­dob­nych idio­tów, można za roz­sta­wio­nym pa­ra­wa­nem, czemu nie. Je­stem za­tem z ko­szyka "nie­na­wi­dzę", by­łem także przed tą wy­prawą, ogól­nie nic się nie zmie­niło. Mało tego, uro­czy­ście oświad­czam, że je­śli mnie jesz­cze kie­dyś zo­ba­czy­cie w gó­rach, to zjem wła­sną rękę.

Zer­kam z nie­po­ko­jem na kartkę za­dru­ko­waną li­stą rze­czy nie­zbęd­nych do prze­ży­cia przez naj­bliż­szy week­end, z tą durną pew­no­ścią, że jed­nak cze­goś za­po­mnia­łem. Nie je­stem czło­wie­kiem gór, nie prze­cie­ram szla­ków, nie dla mnie ła­zęgi po ka­mie­ni­stych ścież­kach, ła­pa­nie od­de­chu na szczy­cie. Lu­bię tylko je­den ro­dzaj szczy­to­wa­nia, i do­brze wie­cie, który mam na my­śli, a je­stem ta­kim szczę­ścia­rzem, że moja na­rze­czona ma po­dobne spoj­rze­nie na świat i las naj­le­piej od­biera w roz­dziel­czo­ści 4K.

Mag­da­lena, bo tak ma na imię moje naj­więk­sze szczę­ście, już za ty­dzień złą­czy swój los z moim, wy­po­wia­da­jąc uro­czy­ste "tak" przed urzęd­ni­kiem stanu cy­wil­nego, na co oby­dwoje prze­bie­ramy no­gami z nie­cier­pli­wo­ścią. Bę­dzie po­tężne we­se­li­cho, oczy­wi­ście o ile prze­żyję ten trzy­dniowy wy­pad w dzicz, za­fun­do­wany na­szej czwórce przez Ar­tura, mo­jego drużbę. Wła­śnie zy­skuję pew­ność, że je­śli jed­nak nie prze­żyję, to sta­nie się tak przez tę jedną rzecz, któ­rej za­po­mnia­łem za­pa­ko­wać.

- Na pewno masz wszystko? - Piotr za­ciera ręce i uśmie­cha się, jakby co naj­mniej cze­kał nas week­end w Las Ve­gas, a nie w Be­ski­dzie Ni­skim.

- No ra­czej - od­po­wia­dam. - Cho­ciaż na li­ście nie było al­ko­holu.

- To tak, jak­bym mu­siał na niej za­pi­sać "od­dy­chaj". Czło­wieku, opa­nuj się - mówi, śmie­jąc się gło­śno. - Za­dba­li­śmy z wuj­kiem Ar­tu­rem o od­po­wied­nie na­wod­nie­nie na szlaku, mo­żesz być spo­kojny.

Piotr to czło­wiek by­wa­jący w gó­rach raz do roku, ale ma­jący się za ko­goś, kto nie­mal zo­stał uro­dzony na czer­wo­nym szlaku, wy­cho­wany w ta­trzań­skiej ja­skini przez bez­względ­nych gó­rali, za je­dyną za­bawkę ma­jąc ciu­pagę, i był kar­miony od pierw­szych dni oscyp­kiem i oko­witą oraz ką­pany w zim­nym po­toku - obo­wiąz­kowo trzy­many przez gaź­dzinę za piętę. Matka ro­dząc, za­pewne krzy­czała: "daj­cie mi coś na wstrzy­ma­nie, uro­dzę go tylko na Gie­won­cie, bo ni­żej to wstyd!", tak można wnio­sko­wać z jego opo­wie­ści. To on przy­go­to­wał li­stę rze­czy dla na­szej czwórki, po­nie­waż jako je­dyny czło­nek wy­prawy miał choć teo­re­tyczny kon­takt z gó­rami. Otrzy­many od or­ga­ni­za­tora spis zbył lek­ce­wa­żą­cym prych­nię­ciem i wziął się do ro­boty.

- Na szczę­ście ma być ładna po­goda - mówi Da­mian, czwarty z ekipy.

Roz­glą­dam się do­okoła i chciał­bym się za­chwy­cić, ale ja­koś nie mogę. Drzewa wspi­nają się ni­czym grupa zie­lo­nych wę­drow­ców w dro­dze do sa­mego nieba, ci­chych i po­dą­ża­ją­cych w usta­lo­nym od wie­ków po­rządku, mgła snuje się po­mię­dzy pa­gór­kami jak chmura, która ze­rwała się ze smy­czy i po­sta­no­wiła po­do­ka­zy­wać, za­nim ją zła­pią i za­go­nią znów do pracy, słońce prze­bija się jesz­cze nie­śmiało, ale już nam po­ka­zuje, że ten dzień bę­dzie na­le­żał do niego. Ład­nie, fotkę można cyk­nąć, ale żeby od razu wzdy­chać z za­chwytu, leźć tam? Po cho­lerę?

- Tak, po­goda w gó­rach po­dobno jest ważna - stwier­dzam fa­cho­wym to­nem. To w końcu mój wie­czór ka­wa­ler­ski, nie wy­pada grać de­fe­ty­sty.

- Pod­cho­dzę po­zy­tyw­nie do tej wy­prawy - mówi z uśmie­chem Da­mian. - Jed­nak mo­gli­śmy prze­sie­dzieć te trzy dni w ja­kimś eks­klu­zyw­nym gór­skim domku, z jac­cuzi, sauną i do­brze za­opa­trzo­nym bar­kiem.

- Mi­chał nie chciał ta­kich atrak­cji - od­po­wiada mu Piotr. - Sam mó­wił: żad­nych go­łych dup, chla­nia na umór i ta­kich że­nu­ją­cych i po­ni­ża­ją­cych wy­czy­nów jak na każ­dym wie­czo­rze ka­wa­ler­skim. Dla­tego Ar­tur ogar­nął ten wy­pad w góry.

Fakt, nie chcia­łem.

- Przy Mag­dzie tak mó­wił - od­piera Da­mian. - Wia­domo, grał grzecz­nego.

- Jest grzeczny.

- Lu­zuj­cie - wtrą­cam się. - Ta­kie wy­pady do domku mo­żemy so­bie ro­bić, kiedy chcemy. A to może być cie­kawa przy­goda.

- Co to za przy­goda, gdy nikt nie zrobi loda?! - sły­szymy od strony par­kingu, na któ­rym po­ja­wia się Ar­tur. - To bę­dzie wy­prawa ży­cia, zo­ba­czy­cie!

Je­ste­śmy już za­tem w kom­ple­cie.

Ar­tur to mój naj­lep­szy przy­ja­ciel; kontr­uje moje sto­no­wa­nie ru­basz­no­ścią, za­cho­waw­czość sza­leń­stwem, ma­ło­mów­ność ga­dul­stwem i tak da­lej. Para ide­al­nie się uzu­peł­nia­jąca, od ogól­niaka przez stu­dia, za­wsze ra­zem. Pierw­szy pa­pie­ros, al­ko­hol, trawka i te wszyst­kie cu­dow­no­ści wią­żące się z eks­plo­ra­cją do­ro­słego świata wpi­sy­wa­li­śmy na li­stę wspól­nie. Za­wo­dowo zaj­muje się or­ga­ni­zo­wa­niem kon­cer­tów, even­tów i wszel­kiego ro­dzaju im­prez.

O Pio­trze już wspo­mnia­łem, mó­wimy na niego Pi­ter, zgod­nie z od­wieczną osie­dlową tra­dy­cją, we­dług któ­rej Ma­te­usz zo­staje Ma­tim, Se­ba­stian Sebą, a Adam Adim. Nic szcze­gól­nego, a jed­nak z cha­rak­te­rem. Jest pra­cow­ni­kiem cy­wil­nym w woj­sku i od­po­wiada za ja­kieś pro­ce­dury po­uf­no­ści. Ro­bota nudna do wy­rzy­ga­nia. Do­brze zbu­do­wany, przy­stojny, lep na la­ski, jed­nak szczę­ścia w mi­ło­ści nie ma za grosz.

Da­mian jest dru­ży­no­wym ar­ty­stą ma­la­rzem, obec­nie do­brze za­ra­bia­ją­cym gra­fi­kiem w stu­diu pro­du­ku­ją­cym gry kom­pu­te­rowe. Pierw­sze szlify zdo­by­wał, bie­ga­jąc z pusz­kami farby po mie­ście i two­rząc wspa­niałe graf­fiti. Prze­był długą drogę od ry­so­wa­nia pe­ni­sów na drzwiach szkoły do sta­no­wi­ska jed­nego z głów­nych kre­ato­rów wi­ze­run­ków naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych po­staci po­pkul­tury. Za­wsze my­ślami gdzieś wy­soko, na­wet słowa wy­po­wiada z pewną dozą ko­lo­rów, dba­ło­ścią o szcze­góły i war­tość ar­ty­styczną, ta­kie mam wra­że­nie.

No i ja, nudny pra­cow­nik ko­mer­cyj­nego banku, na co dzień przyj­mu­jący wpłaty od klien­tów, za­kła­da­jący konta i wci­ska­jący kre­dyty, jed­nak za­ko­chany, szczę­śliwy, mimo nie­zbyt cie­ka­wie za­po­wia­da­ją­cego się wy­padu. Każdy z nas za­ra­bia na tyle dużo, że mo­gli­by­śmy po­zwo­lić so­bie na wie­czór ka­wa­ler­ski na­wet i w Bang­koku czy in­nym Porto Ale­gre, gdzie pi­li­by­śmy Ca­ipi­rinhę i mo­czy­li­by­śmy nogi w cie­płym oce­anie, ale Ar­tur uparł się na tę wła­śnie wy­prawę.

Przy­po­mnia­łem so­bie, jak kilka mie­sięcy temu sie­dzie­li­śmy we troje - ja, on i moja na­rze­czona - są­czy­li­śmy czer­wone wino i pla­no­wa­li­śmy wie­czór ka­wa­ler­ski. Lekko roz­luź­niony pół­słod­kim trun­kiem ze sło­necz­nych re­jo­nów Gru­zji, nie prze­czu­wa­łem, że ta forma roz­rywki jed­nak nie przy­pad­nie mi do gu­stu, no a po­tem ja­koś głu­pio było od­mó­wić.

Więc tak, je­ste­śmy tu i te­raz, w prze­piękny sierp­niowy dzień na par­kingu na Prze­łę­czy Ma­ła­stow­skiej, góry ota­czają nas zwar­tym szy­kiem ni­czym po­li­cyjny kor­don i już nie ma mowy o od­wro­cie.

Ar­tur zbija z nami piątki, jest uśmiech­nięty jak miś na wi­dok miodu i wy­ciąga rękę w stronę czar­nego Mer­ce­desa Vito. Wy­siada z niego uro­cza blon­dynka i od­ma­chuje nam we­soło. Dziew­czyna ma wszystko na swoim miej­scu i mo­głaby spo­koj­nie za­wró­cić w gło­wie nie­jed­nemu męż­czyź­nie, ale oczy­wi­ście nie dla mnie ta­kie roz­rywki, spusz­czam więc skrom­nie wzrok, by nie ośle­piły mnie te blond splen­dory.

- Pa­no­wie. - Ar­tur ru­sza w stronę sa­mo­chodu. - Za­pra­szam na naj­więk­szą przy­godę ży­cia.

- Z tą blondi? - pyta Da­mian. - Przez chwilę wy­da­wało mi się, że mę­ski wy­pad bez śli­nie­nia się do ko­biet jest moż­liwy, ale jak wi­dać, płonne to były na­dzieje.

- Nie smuć! - zbywa go Ar­tur.

- Pierw­szy! - rzuca Da­mian, kom­plet­nie igno­ru­jąc przy­tyk.

- Przed­sko­czek! - do­daje Pi­ter.

- Morda, frędzle! - uci­sza ich Ar­tur. - Pani jest od or­ga­ni­za­tora wy­padu. Grzecz­nie mi tu­taj!

I w tym miej­scu mu­szę na chwilę się za­trzy­mać, żeby wy­ja­śnić jedną rzecz, czyli sta­tus cy­wilny człon­ków wy­prawy. Ja mia­łem pięć dni do ślubu i za­mie­rza­łem do­trwać do tego dnia, Ar­tur wła­śnie przy­mie­rzał się do dru­giego roz­wodu, a Pi­ter zmie­niał dziew­czyny jak rę­ka­wiczki, w każ­dej oczy­wi­ście za­ko­chu­jąc się na za­bój. No i Da­mian, który po­zo­sta­wał jakby za­gadką. Na stu­diach stwier­dzi­li­śmy, że jest ge­jem, nikt go ni­gdy nie wi­dział z żadną dziew­czyną, ale z dru­giej strony z chło­pa­kiem też nie. Na ślu­bach ko­le­gów po­ja­wiał się sam i gdy na we­selu po­pił so­bie troszkę, to nie zwie­rzał się ni­komu ze swo­jego ży­cia uczu­cio­wego.

Dziew­czyna otwiera klapę ba­gaż­nika, od­sła­nia­jąc kom­for­towo wy­po­sa­żone wnę­trze busa, obite czer­woną skórą i oświe­tlone li­stwami LED. W środku stoi mały sto­li­czek, na nim sejf i pla­sti­kowa skrzy­nia.

- Cześć, Maja je­stem - przed­sta­wia się nam i uśmie­cha uro­czo, a jej włosy, upięte w dwa ku­cyki, ra­do­śnie pod­ska­kują. - Za chwilę wy­ru­szy­cie na wy­prawę or­ga­ni­zo­waną przez na­szą firmę. Je­stem wa­szą opie­kunką.

- Idziesz z nami? - pyta za­sko­czony Pi­ter.

- To mę­ska wy­prawa - od­po­wiada Maja. - I li­mi­to­wana do czte­rech osób, wy­bacz­cie.

- Ja nie wy­ba­czam - prze­ko­ma­rza się Pi­ter.

- Prze­pra­szamy za ko­legę. Gdy wi­dzi piękną ko­bietę, staje się nad­po­bu­dliwy sek­su­al­nie - mówi Ar­tur. - Jed­nak jest cał­ko­wi­cie nie­szko­dliwy. Sto pro­cent im­po­ten­cji w brzyd­kim opa­ko­wa­niu. Gdyby ci to jed­nak w nim nie prze­szka­dzało, to pije za dużo piwa, kiep­sko trawi lak­tozę, gło­so­wał na Ku­kiza, słu­cha Zenka Mar­ty­niuka i lubi filmy z Ka­ro­la­kiem. Cud, że żyje z ta­kim ze­sta­wem wad ge­ne­tycz­nych. Żywy ar­gu­ment za słusz­no­ścią abor­cji w każ­dym sta­dium ży­cia, od po­czę­cia do osiem­na­stego roku ży­cia.

- A taki przy­stoj­niak, szkoda... - Maja uśmie­cha się fi­glar­nie. - Już mia­łam za­pro­po­no­wać spo­tka­nie po wa­szym po­wro­cie. Tak, no cóż, po­zo­staje mi wy­ja­śnić wam obo­wią­zu­jące za­sady i po­że­gnać ma­cha­niem ręki z ta­rasu wi­do­ko­wego. Słu­chaj­cie, bo to nie są żarty.

- Za­mie­niamy się w słuch - oznaj­miam moc­nym gło­sem, żeby za­głu­szyć śmiesz­ku­ją­cych przy­ja­ciół i wpro­wa­dzić tro­chę dys­cy­pliny. Lu­bię Pi­tera, ale jego na­tar­czywe pod­ry­wa­nie każ­dej na­po­tka­nej przed­sta­wi­cielki płci pięk­nej nie­jed­no­krot­nie mnie że­no­wało.

- Po pierw­sze, mu­si­cie pod­pi­sać oświad­cze­nie, że zrze­ka­cie się ja­kich­kol­wiek rosz­czeń w sto­sunku do or­ga­ni­za­tora na wy­pa­dek od­nie­sie­nia ob­ra­żeń lub śmierci - in­for­muje nas z po­ważną miną Maja, po czym wyj­muje z tyłu sa­mo­chodu ta­blet i po­daje go nam wraz ze spe­cjal­nym ry­si­kiem.

- Za­brzmiało, jak­byś za­bie­rała nas do dżun­gli ama­zoń­skiej - ko­men­tuje Da­mian.

Rzu­cam okiem na do­ku­ment; jako ban­ko­wiec wiem naj­le­piej, że kto nie czyta każ­dego pa­ra­grafu przed pod­pi­sa­niem, może po­tem mieć pre­ten­sje tylko do sa­mego sie­bie. Treść jest krótka i ogra­ni­cza się wła­ści­wie tylko do tego, co po­wie­działa dziew­czyna.

Pod­pi­su­jemy grzecz­nie, je­den po dru­gim. Maja uśmie­cha się, stuka pal­cem w ekran i po­now­nie po­daje nam ta­blet.

- Ko­lejny do­ku­ment to NDA, czyli klau­zula po­uf­no­ści - oznaj­mia. - Nie wolno wam po za­koń­cze­niu wy­prawy zdra­dzić ja­kich­kol­wiek szcze­gó­łów z jej prze­biegu.

Za­czyna ode mnie, wi­dząc, że jako je­dyny prze­czy­ta­łem po­przedni do­ku­ment przed pod­pi­sa­niem. Znowu krótki za­pis ja­sno mó­wiący, że je­śli któ­ryś z nas co­kol­wiek chlap­nie, to za­buli dwie­ście pięć­dzie­siąt ty­sięcy zło­tych.

- Nie za ostra ta kara? - py­tam.

- To za­bawa dla du­żych chłop­ców, a tacy po­no­szą od­po­wie­dzial­ność za swoje czyny - od­po­wiada blon­dynka. - Kto nie pod­pi­sze, ten nie idzie.

- I oto po­wód, dla­czego nic nie można było zna­leźć o tej wy­pra­wie - stwier­dza Da­mian.

- To eks­klu­zywna roz­rywka - rzuca dziew­czyna, za­bie­ra­jąc ta­blet. - Co dzieje się w gó­rach, zo­staje w gó­rach.

- Za­czyna mi się to po­do­bać - ko­men­tuje Pi­ter, cał­ko­wi­cie nie­zra­żony wcze­śniej­szymi do­cin­kami Ar­tura.

- Trze­cia sprawa. - Maja za­myka ta­blet w pla­sti­ko­wym pu­dle. - Zda­je­cie swoje te­le­fony i de­po­nu­je­cie w sej­fie. Po wło­że­niu do środka za­my­ka­cie, usta­la­cie szyfr, wci­ska­jąc cztery cy­fry, dwa razy gwiazdkę, po­na­wia­cie szyfr. Będą na was cze­kać po po­wro­cie.

Zo­sta­li­śmy o tym uprze­dzeni, więc nikt nie pro­te­stuje. Żad­nych smart­fo­nów i in­nych na­rzę­dzi do ko­mu­ni­ka­cji ze świa­tem, tylko my i na­tura. Maja od­wraca się na chwilę ple­cami do sejfu, po czym wy­ko­nu­jemy jej po­le­ce­nia. Gdy sejf po­dwój­nym pik­nię­ciem oznaj­mia, że wszystko po­szło gładko, dziew­czyna wyj­muje ze skrzyni mały za­sob­nik w bar­wach moro.

- W środku jest urzą­dze­nie GPS do śle­dze­nia trasy. Ba­te­ria wy­trzy­muje sie­dem dni, ale ma­cie dwie za­pa­sowe. Jest też te­le­fon z opcją we­zwa­nia po­mocy. Ma za­pro­gra­mo­wane trzy nu­mery: mój, GOPR i 112. Uży­cie któ­re­go­kol­wiek z nich prze­rywa za­bawę i zo­sta­je­cie w try­bie na­tych­mia­sto­wym ewa­ku­owani, więc ra­dzę uży­wać z roz­sąd­kiem. Po­zo­stałe po­łą­cze­nia są za­blo­ko­wane. Jest tam też apa­rat cy­frowy, że­by­ście zro­bili so­bie kilka zdjęć po dro­dze. Po wy­pra­wie zde­cy­duję, które mo­że­cie za­brać ze sobą, aby nie na­ru­szały klau­zuli po­uf­no­ści. Ja­kieś py­ta­nia?

- Żad­nych! - za­pew­nia, jako pierw­szy, Ar­tur.

- Świet­nie! - Maja uśmie­cha się z za­do­wo­le­niem. - Spa­ko­wa­li­ście się we­dług li­sty?

- Tak jest - od­po­wiada Pi­ter. - Tro­chę ją pod­ra­so­wa­łem.

- Mo­że­cie za­brać wię­cej, byle nie mniej - mówi dziew­czyna, po czym wy­ciąga ze skrzyni cztery ko­lejne za­sob­niki wiel­ko­ści ko­sme­tyczki. - Tu­taj ma­cie po awa­ryj­nym pa­kie­cie żyw­no­ścio­wym dla każ­dego, ba­tony pro­te­inowe, żyw­ność lio­fi­li­zo­wana. Na ma­pie GPS zo­stały za­zna­czone punkty, w któ­rych cze­kają na was skrytki. W każ­dej z nich znaj­dzie­cie pięć li­trów wody i mały za­pas żyw­no­ści. Kod do skrytki ma­cie w pa­kie­tach. Je­śli za­bra­li­ście bu­telki z fil­trem wę­glo­wym, to mo­że­cie do nich czer­pać wodę z po­to­ków. Jed­nak po­trak­tuj­cie to jako osta­tecz­ność. Wa­sze miej­skie żo­łądki mogą nie znieść tego do­brze.

- Tak jest - od­po­wia­dam, sa­lu­tu­jąc.

- Po­każ­cie mi swoje ap­teczki - na­ka­zuje dziew­czyna.

- Zro­bione zgod­nie z li­stą - za­pew­nia Pi­ter.

- Pro­szę - na­lega Maja i wy­ciąga do niego rękę.

Pio­trek otwiera jedną z bocz­nych kie­szeni w ple­caku i po­daje jej czer­wony pa­ku­nek z nie­bie­skim krzy­żem. Dziew­czyna spraw­dza za­war­tość, po czym kiwa głową z za­do­wo­le­niem.

- Wszystko gra - oce­nia.

- No to buzi na drogę i ru­szamy. - Pi­ter nie zre­zy­gno­wał z umi­zgów.

- Na drogę to kop w dupę na szczę­ście - od­po­wiada Maja.

Za­myka klapę od sa­mo­chodu, ma­cha nam i wska­kuje za kie­row­nicę, po czym ru­sza na główną drogę. I tyle ją wi­dzie­li­śmy.

- Pa­no­wie - od­zywa się Pi­ter. - Wła­śnie się za­ko­cha­łem, więc po­win­ni­śmy to uczcić. Na tę oka­zję mam przy­go­to­waną wi­śniówkę.

Wyj­muje z ple­caka bu­telkę wódki wi­śnio­wej, me­ta­lowy kie­li­szek tu­ry­styczny i roz­po­czyna ko­lejkę.

- Za nas - rzu­cam, po czym wy­pi­jam swoją por­cję.

- Za Miśka i Ma­dzię - do­daje Da­mian.

- Sztoby diengi były i chuj sta­jał! - wznosi to­ast Ar­tur.

- Za góry! - Pi­ter unosi swój kie­li­szek. - Jest pięk­nie, zie­lono i sło­necz­nie, czego wię­cej nam trzeba?

Nikt nie wzniósł to­a­stu za szczę­śliwy po­wrót. A, kurwa mać, ktoś po­wi­nien.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

1. Dom

Różne głu­poty lu­dzie pie­przą, ale już naj­gor­sze są te o ży­ciu i po­kręt­nym lo­sie. Sami znawcy, psia jego mać, w du­pie byli, gówno wie­dzieli, ale do­ra­dzą we wszyst­kim. Ja ta­kich do­rad­ców za­wsze omi­ja­łem sze­ro­kim łu­kiem; ow­szem, wy­słu­cha­łem, po­ki­wa­łem głową, a po­tem usu­wa­łem ich pa­pla­ninę z dysku.

Dziś jed­nak wam do­ra­dzę, bo już mam do tego prawo. Mo­że­cie też ki­wać głową z po­li­to­wa­niem, ma­chać ręką, jak­by­ście od­pę­dzali na­trętną mu­chę, ale daj­cie mi chwilę - tyle, ile po­trzeba, aby­śmy do­trwali do końca tej opo­wie­ści - i do­piero wtedy oceń­cie, czy to była do­bra rada, czy też taka nie za bar­dzo. Umowa?

Może jed­nak zmie­nimy za­sady gry i radę dam wam do­piero na końcu? Naj­pew­niej wtedy na­wet nie trzeba bę­dzie już nic mó­wić, bo wszystko sami zro­zu­mie­cie, je­ste­ście mą­drymi ludźmi, wszak inni nie się­gają po książki. Zna­cie to po­wie­dze­nie: mą­dremu wy­star­czy jedno zda­nie, głu­piemu to i re­fe­ratu mało.

Ciąg przy­czy­nowo-skut­kowy to jest coś, czym się ostat­nio zaj­muję, a to chyba dla­tego, że on za­jął się mną i ob­szedł się ze mną bar­dzo nie­ele­gancko.

Wy­pa­da­łoby za­cząć od po­czątku, czyż nie? Kiedy to się za­częło? Chyba wów­czas, gdy po­zna­li­śmy się z Magdą, jed­nak w szcze­góły tego wy­da­rze­nia nie chciał­bym się za­głę­biać, bo jest to nie­istotne dla ca­łej opo­wie­ści. Po­zna­nie jak każde inne, za­uro­cze­nie jak wszyst­kie, zwią­zek ja­kich mi­liony.

Je­śli zna­jo­mość do­brze się roz­wija, to wcho­dzi w etap związ­kowy, po­tem ko­bieta wy­cze­kuje tego mo­mentu, gdy ob­lu­bie­niec pad­nie przed nią na ko­lana z pier­ścion­kiem. Tak, wiem - mó­wią, że tra­dy­cyjne oświad­czyny są po to, aby męż­czy­zna, klę­cząc, sta­wał na wy­so­ko­ści za­da­nia, mó­wił do rze­czy i czuł, czym to pach­nie, ale sami ro­zu­mie­cie: tak się robi. Wie­cie, że rano bę­dzie kac, ale i tak pi­je­cie, co nie?

Po­tem pla­nu­je­cie ślub i we­se­li­cho, a z tym nie­odzow­nie wiąże się wie­czór ka­wa­ler­ski i wła­śnie zna­leź­li­śmy się w "te­raz i tu­taj", w miej­scu oraz mo­men­cie, w któ­rych chciał­bym was za­pro­sić do mo­jej opo­wie­ści.

Za­tem wy­li­czamy.

Miej­sce zbrodni: sa­lon prze­stron­nego miesz­ka­nia, urzą­dzo­nego gu­stow­nie, bez prze­py­chu, ale nie można po­wie­dzieć, że skrom­nie.

Osoby dra­matu: ja, moja na­rze­czona Mag­da­lena oraz Ar­tur, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel, przy­szły drużba.

Ka­ta­li­za­tor wy­da­rzeń: czer­wone wino, gru­ziń­skie, pół­słod­kie.

Oko­licz­no­ści: wie­czór ka­wa­ler­ski.

Wy­gląda nie­win­nie? Otóż to, ko­chani, otóż to.

***

- Kum­pela po­wie­działa mi o fir­mie, która or­ga­ni­zuje nie­zwy­kłe wy­prawy - za­chwala Ar­tur, żywo ge­sty­ku­lu­jąc ręką, w któ­rej trzyma kie­li­szek. - To nie taki ty­powy wy­pad w góry. Wy­cieczka jest zor­ga­ni­zo­wana i na­zywa się "Szla­kiem Be­skidz­kich Du­chów i Upio­rów", wie­dzie przez za­gi­nione wio­ski, cmen­ta­rze i, co naj­waż­niej­sze, zba­cza z utar­tych szla­ków.

- Można tak? - pyta moja Magda, do­no­sząc drugą bu­telkę wina.

- Tak, do­sta­niemy na to spe­cjalny pa­pier - eks­cy­tuje się Ar­tur. - Cał­ko­wita izo­la­cja od lu­dzi, nie­uczęsz­czane szlaki, noc­leg pod na­mio­tem. Dzicz, ko­chani, przy­roda, na­tura, sa­mot­ność.

- Po­doba mi się - mówi Magda.

Pew­nie, że się jej po­doba, bo bę­dziemy pod na­mio­tami, a nie w ja­kimś eks­klu­zyw­nym ho­telu, wy­sta­wieni na po­kusy noc­nych sza­leństw. W do­datku pod ręką, kilka go­dzin jazdy od Lu­blina.

- No nie wiem - pro­te­stuję, bo śred­nio mi się to po­doba.

- Mi­chaś, bę­dzie za­je­bi­ście, zo­ba­czysz - mówi Ar­tur, wy­ma­chu­jąc kie­lisz­kiem. - Wiesz, co jest naj­lep­sze? Nie wolno nam mieć ze sobą te­le­fo­nów, do­sta­jemy tylko GPS z wy­ty­czoną trasą. Trzy dni sami z na­turą.

- Wiesz, że nie prze­pa­dam za gó­rami. Z chło­pa­ków też nie są ja­cyś ta­ter­nicy. Cy­wi­li­za­cja, to jest nasz ży­wioł.

- Od­miana do­brze nam zrobi - na­ci­ska Ar­tur.

- Faj­nie to wy­my­śli­łeś, jak dla mnie bomba - pod­su­mo­wuje Magda, uwa­ża­jąc nie­chyb­nie dys­ku­sję za za­koń­czoną, ale ja nie skła­dam broni.

- Ja to jesz­cze prze­żyję - mó­wię z mocno za­ry­so­waną wąt­pli­wo­ścią w gło­sie. - Ale reszta chło­pa­ków? Wszy­scy spo­dzie­wają się ja­kie­goś do­brego ho­telu i moc­nej im­prezy.

- Reszta? Czyli kto? - pyta Magda, a ja już do­brze wiem, o co cho­dzi, a wła­ści­wie o kogo. O jej brata, który jest ta­kim mo­de­lo­wym przy­kła­dem dupka i idioty, że na­wet nie biorę go pod uwagę jako go­ścia na ka­wa­ler­skim.

- Pi­ter i Da­mian - wy­ja­śnia Ar­tur, ra­tu­jąc mnie z opre­sji. - Wy­prawa prze­wi­duje udział tylko czte­rech osób. Od­gór­nie na­rzu­cony li­mit. - Pod­nosi dło­nie, ja­sno da­jąc do zro­zu­mie­nia, że co złego, to nie on.

- Czyli nie wci­śnie­cie Ra­fałka? - drąży Magda.

- W tym przy­padku nie da rady. - Ar­tur roz­kłada ręce w ge­ście cał­ko­wi­tej bez­sil­no­ści.

Pa­trzę na niego, za­do­wo­lo­nego ze spryt­nego planu, który wła­śnie udało mu się wdro­żyć. Po­tem zer­kam na Magdę, lekko za­nie­po­ko­joną, i wiem, o co gramy. Albo ka­wa­ler­ski z jej pier­dziel­nię­tym bra­cisz­kiem, który uznaje im­prezę za udaną do­piero wtedy, gdy otrzy­muje do­ży­wotni za­kaz wstępu do od­wie­dzo­nej knajpy, albo wy­prawa w góry, któ­rych ser­decz­nie nie zno­szę.

- Bę­dzie mu przy­kro - mówi Magda i w tym mo­men­cie wy­prawa za­czyna mi się na­prawdę po­do­bać.

Do­brze, że jej bra­ci­szek, a mój przy­szły szwa­gier, w na­szej eki­pie na­zy­wany piesz­czo­tli­wie Zje­bem, mieszka w Szcze­ci­nie, a my w Lu­bli­nie. Jest to ide­alna od­le­głość, która po­zwala spo­ty­kać się tylko w święta.

- Niech będą góry - de­cy­duję, na­le­wa­jąc wina do swo­jego kie­liszka.

Można za­tem po­wie­dzieć, że to była na­sza wspólna de­cy­zja. Czyż nie?