Ucho od śledzia - Leonard Pietraszak, Katarzyna Madey

Reflow text when sidebars are open.
Moje pierwsze spotkanie z Leonardem Pietraszakiem nie należało do udanych i z pewnością nie zapowiadało, że kiedyś wspólnie napiszemy książkę. Prawdę mówiąc, dziś, kiedy już trochę znam nieco gwałtowny charakter Lolka i jego niechęć do nieprzygotowanych dziennikarzy, wiem, że nasza znajomość mogła zakończyć się w chwili poznania. Dość powiedzieć, że stanowczo i z uporem wmawiałam mu, że... maluje obrazy, nie przyjmując do wiadomości jego nieśmiałych protestów, że obrazy to on i owszem, ale zbiera, a talentu do malowania nie ma za grosz. W głowę zachodzę, co spowodowało tak całkowite zaćmienie mojego umysłu. Czyżby stres wywołany rozmową z uwielbianym, a podziwianym wcześniej wyłącznie na ekranie aktorem? Działo się to na dużej imprezie charytatywnej, na której gwiazdy filmu i telewizji malowały pisanki na rzecz fundacji opiekującej się chorymi dziećmi. Swoje wiedziałam, więc zaciągnęłam Leonarda do stołu, wręczyłam pędzelek oraz farbki i czekałam w napięciu, aż stworzy dzieło o wysokiej wartości artystycznej. Zrezygnowałam dopiero wtedy, kiedy wyciągnął z kieszeni... naklejki i z zakłopotaniem wyznał, że wyposażyła go w nie żona Wanda, żeby łatwo i szybko ozdobił pisankę, nie kompromitując się przy tym publicznie brakiem jakiegokolwiek talentu plastycznego. Dobrze, że on tego zdarzenia już nie pamięta, a może raczej, kierując się taktem i wrażliwością, jedynie udaje, że nie pamięta.
Później mogło być już tylko lepiej. "Dziecko, ty mogłabyś w zasadzie być moją wnuczką" - oznajmił mi w Rytwianach, gdzie świętowaliśmy czterdziestolecie serialu Czarne chmury. "Raczej nie - odparłam uczciwie. - Taka wnuczka - tu rzuciłam datę urodzenia - tylko by pana postarzała". Zapanowała niezręczna cisza. "Masz rację! - krzyknął po chwili Leonard. - W takim razie mów mi: Lolek!"
W tychże Rytwianach, w niezwykle pięknych okolicznościach przyrody, pierwszy raz pojawił się temat książki. Leonard rzadko udziela wywiadów, długo nie chciał zgodzić się na spisanie wspomnień. "Wszyscy teraz piszą, po co jeszcze ja miałbym to robić? - usłyszałam, kiedy zaczęliśmy o tym rozmawiać. - Co ja takiego ciekawego mam do powiedzenia? Czy to w ogóle kogoś zainteresuje?" - zastanawiał się. Ale ziarno zostało zasiane i pomysł kiełkował. Aż do pewnego grudniowego dnia, kiedy usłyszałam w słuchawce telefonu jak zawsze energiczny, charakterystyczny głos: "Dobra, piszemy! Przyjeżdżaj, porozmawiamy o szczegółach". Szczegółów było dokładnie dwadzieścia, bo z tylu punktów składała się lista tematów, o których chciał porozmawiać, a którą później znacznie rozszerzyliśmy. Do dziś pamiętam swoje zdumienie, kiedy obok wspomnień z planu filmowego, kulis życia teatralnego, nazwisk polskich malarzy, z którymi się przyjaźnił, zobaczyłam na niej również tak osobiste tematy, jak rodzice, pierwsze małżeństwo, narodziny syna. I już wiedziałam, że to będzie niezwykła rozmowa z fascynującym człowiekiem, który może i długo nosił się z pomysłem spisania swoich wspomnień, ale kiedy już się na to zdecydował, postanowił, że niczego nie będzie udawał ani ukrywał.
Był nieco zawiedziony, kiedy oznajmiłam, że nie możemy przystąpić do pracy natychmiast, bo muszę najpierw przygotować się do naszych rozmów i że nawet nie mam przy sobie dyktafonu. Nie przypuszczałam, że kiedy będę oglądać, czytać, rozmawiać z jego przyjaciółmi i śledzić wszystko, co jest dostępne na jego temat, on sam wykona nie mniejszą pracę: wyszuka, posegreguje oraz opisze wszystkie zdjęcia, listy i pamiątki, na których pokazanie w tej książce wyraził zgodę. I to z wielkim taktem i starannością, żeby nikogo nie pominąć i nikogo nie urazić.
Pułkownik Dowgird z Czarnych chmur, Karol Stelmach z Czterdziestolatka czy Gustaw Kramer z obu części filmu Vabank - z tymi rolami najczęściej się kojarzy. Pokazał w nich niewątpliwy talent komediowy, ale ma też w dorobku skomplikowane psychologicznie postaci w mniej znanych dziś filmach, takich jak na przykład Wielki układ czy Krótka podróż. To również, a może przede wszystkim, twórca wielu wspaniałych ról teatralnych: Gustaw w Ślubach panieńskich, odtwórca roli tytułowej w Romeo i Julii, Mackie Majcher w Operze za trzy grosze, Naczelnik w Policji, Don Juan w Nocy z Don Juanem.
Wszyscy znamy go i pamiętamy jako znakomitego aktora, ale jaki jest Leonard Pietraszak - człowiek? To pytanie nurtuje wielu jego wielbicieli. Właśnie tak, "wielbicieli", bo słowo "fan" w odniesieniu do tego niezwykle kulturalnego, eleganckiego, zawsze nienagannie ubranego aktora wydaje się niestosowne. "Czy jest taki sam jak w telewizji? - słyszę często, kiedy przyznaję się do znajomości z nim. - Taki dowcipny? Otwarty, czarujący? Ach, ten wspaniały głos..." - na dźwięk jego nazwiska w zachwytach rozpływają się wszyscy, bez względu na wiek i płeć: od taksówkarza, który mnie do niego wiezie, przez kwiaciarkę, u której kupuję bukiet na jego spektakl, na koleżance dziennikarce, która od dziecka marzy o autografie od Krzysztofa Dowgirda, kończąc. Jego urok działa nie tylko na ekranie, równie silny jest w życiu prywatnym. "Lolek? Ja go wprost ubóstwiam!" - mówi Ewa Wiśniewska, znakomita aktorka, z którą spędził wiele sezonów w warszawskim Teatrze Ateneum. "O Wandzie i Lolku mógłbym poematy pisać" - powie Wiesław Ochman, światowej sławy śpiewak operowy, najbliższy przyjaciel aktora, który dzieli z nim pasję kolekcjonerską.
Teraz ja postaram się znaleźć odpowiedź na to pytanie. Dzwonię: "Lolek, jestem gotowa, możemy zaczynać" - mówię. "Ale nie będę musiał jeździć do Warszawy? - upewnia się. - Będziesz przyjeżdżać do mnie? Zgódź się, u nas jest cicho, spokojnie, dobrej kawy ci zrobię..."
Nie trzeba mnie było długo namawiać. Należę do grona tych kobiet, które w Leonardzie Pietraszaku zakochały się od pierwszego wejrzenia, oglądając czołówkę Czarnych chmur, i ta miłość trwa do dziś. "To nas łączy" - uśmiecha się Wanda, wpuszczając mnie do domu, w którym po cichutku sączy się muzyka poważna, pachnie ciasto z jabłkami, a w kuchni szumi ekspres do kawy, obsługiwany wyłącznie przez pana domu.
Siadamy w fotelach, włączam dyktafon. "Poczekaj, ogóreczka ci przyniosę - zrywa się Leonard. - Małosolne, lubisz? Bo ja uwielbiam! Spróbuj, pyszne. Dziś kupiłem w sklepiku osiedlowym".
I tak zaczęła się ta historia. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam, Lolek czeka przy furtce. Nawet gdy pada deszcz - wtedy ma dla mnie parasol.
Jemy pyszne ciasto, pijemy obiecaną dobrą kawę, czasem szklaneczkę whisky i zatapiamy się we wspomnieniach. "To taki mój osobisty bulwar zachodzącego słońca" - mówi Leonard z tym niesamowitym błyskiem w oku, który pojawia się, gdy tylko zaczyna opowiadać o swoim życiu. U jego stóp leży urocza goldenka sąsiadów - najbliższych i bardzo zaprzyjaźnionych - Niunia (oficjalnie Gama), którą zajmuje się pod nieobecność jej właścicieli. Piękna, czuła, niespotykanie łagodna. "Swoich psów już nie będziemy mieli, nie możemy pozwolić na to, żeby nas przeżyły. Wszystkie kolejne trzy ciągle są obecne w naszych myślach, snach i rozmowach".
Czasem dzwonię, żeby o coś dopytać: "Nie przeszkadzam?". "Ty nigdy nie przeszkadzasz. Dzwoń o każdej porze, lubię z tobą rozmawiać".
I z naszych rozmów powoli wyłania się obraz nie tylko znakomitego, popularnego, lubianego aktora, ale przede wszystkim cudownego, ciepłego człowieka, który po raz pierwszy odważnie zdecydował się zmierzyć z tym, co w jego życiu było najtrudniejsze: z dzieciństwem spędzonym w wojennej Bydgoszczy, biedą, trudnymi relacjami z ojcem i z synem oraz cechami charakteru, które odziedziczył, a z którymi całe życie próbuje walczyć. Bezskutecznie, bo jak mówi: "Pietraszaki zawsze ze mnie wyjdą!". Opowieściom tym towarzyszą prawdziwe emocje, które sprawiają, że czasem musimy przerwać naszą rozmowę, a nawet zmienić na chwilę temat, by uspokoić nerwy. Czuję jednak, że jak każdy prawdziwy mężczyzna, nie chce odsłonić się do końca. "Już starczy, starczy! Daj mi coś zachować dla siebie" - mówi i potrafi zręcznie zmienić temat, dryfując w stronę barwnych i wciągających anegdot z bogatego życia filmowego i teatralnego. Kiedy zaczyna opowiadać, modulować głos, gestykulować, niepostrzeżenie wciąga w świat, który chce się chłonąć i który żal opuszczać. Ale już za chwilę zastrzega się: "Pamiętaj, że jestem anegdociarzem. Musisz pilnować, żeby tych anegdot w książce nie było za dużo!".
To będzie "Leonarda portret prawdziwy", ale i obraz niezwykłego życia teatralnego Łodzi, Poznania i Warszawy, którego był świadkiem i uczestnikiem przez kilkadziesiąt lat pracy, a także swoisty hołd złożony znakomitym postaciom polskiego teatru i filmu, powoli odchodzącym w zapomnienie.
"Dziecko, ale ty musisz być wobec mnie krytyczna! Potrafisz?" - przerywa swoją opowieść Leonard. No właśnie, z tym może być problem, bo, jak już się przyznałam, jestem pod jego wielkim urokiem i nic nie zapowiada, żeby miało się to zmienić. "Co powinno się znaleźć na początku książki? - zastanawiam się. - Bydgoszcz. Tam przecież wszystko się zaczęło".
Jest 6 listopada 1936 roku. W Bydgoszczy, w małym mieszkanku przy ulicy Gdańskiej 95, na świat przychodzi trzecie dziecko Janiny i Aleksandra Pietraszaków. Chłopczyk dostaje na imię Leonard na cześć patrona dnia swoich urodzin. Siostra i brat niespecjalnie cieszą się z narodzin braciszka, ponieważ malec - jak na przyszłego aktora przystało - od początku lubi zwracać na siebie uwagę, i to w najprostszy sposób: płaczem i krzykiem. Ojciec, były żołnierz Korpusu Ochrony Pogranicza, wychowuje dzieci twardą ręką i nie uznaje okazywania uczuć. Mały Lolek staje się oczkiem w głowie matki. Połączy go z nią niezwykła więź, która trwa do dziś.
Dzieckiem byłem rzeczywiście nad wyraz hałaśliwym. Do tego stopnia uprzykrzałem wszystkim życie, że wystawiano mnie w wózeczku na korytarz. Dlaczego tak krzyczałem? Czy nudziło mi się, czy coś mnie bolało - nie wiem. Spędzałem więc czasem noce na korytarzu, żeby rodzina mogła się wyspać. Jednak nie wierzę, żeby była to decyzja mamy. Naturalnie znam tę historię tylko z opowieści rodzinnych, jako zabawną. Hm...
Pamiętam natomiast balkon w naszym małym mieszkaniu przy ulicy Gdańskiej 95. Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa wiąże się właśnie z nim: ktoś trzymał mnie na rękach, stojąc na nim, i pokazywał mi gwiazdy. Ileż mogłem mieć wtedy lat - może ze dwa. Kto wie, czy nie patrzyłem na tę, pod którą zapisany był mój los?
Kilka lat temu, będąc w Bydgoszczy, odwiedziłem dom, w którym się urodziłem. Pomyślałem, że być może ludzie, którzy mieszkają obecnie w naszym mieszkaniu, życzliwie mnie do niego wpuszczą. Wszedłem więc pewnym krokiem na drugie piętro w oficynie, wydawało mi się bowiem, że to drugie piętro było - numeru mieszkania już nie pamiętam - ale tu zaskoczenie: okazało się, że źle zapamiętałem, bo mieszkaliśmy piętro wyżej. Zapukałem tym razem już do właściwych drzwi, otworzyła mi miła pani, po chwili pojawiła się jej córka. Zanim zdążyłem się przedstawić, panie rozpoznały mnie. "Co pana sprowadza?" - spytały. Wytłumaczyłem, że urodziłem się w tym mieszkaniu. Zaprosiły mnie serdecznie do środka i pięknie przyjęły. Spytałem, czy dobrze pamiętam, że w mieszkaniu jest balkon. Potwierdziły. I to był ten balkon z moich wspomnień.
Pani Irena, tak właśnie ma na imię goszcząca mnie pani, wspomniała na koniec wizyty, że jej zmarły mąż, oglądając w telewizji Czarne chmury, zawsze mówił, że ten aktor, który gra w serialu główną rolę, urodził się właśnie w ich - obecnie - mieszkaniu. Skąd to wiedział? Nie miała pojęcia.
Przed wyjściem poprosiła mnie, żebym napisał oświadczenie: "Niniejszym oświadczam, że w tym mieszkaniu urodziłem się 6 listopada 1936 roku. Leonard Pietraszak".
Ta wizyta była dla mnie niesamowitym przeżyciem i wzruszeniem. Ożyły najwcześniejsze wspomnienia.
Przed domem, w którym się urodził, przy Gdańskiej 95 w Bydgoszczy. Fot. Krzysztof Madey
Dlaczego Leonard? To bardzo oryginalne imię.
To historia najprostsza z możliwych. Urodziłem się 6 listopada, a tego dnia imieniny obchodzi Leonard. Nikt w rodzinie nie nosił wcześniej tego imienia. Pewnie ojciec wziął kalendarz do ręki, spojrzał: "Leonard, Leonard... No to niech będzie Leonard!". Szybko pojawił się problem ze zdrobnieniem, ale dało się go rozwiązać. W rodzinie zostałem Lolkiem, koledzy z fantazją czasem nazywali mnie Lolasem. Zdarzyło mi się też słyszeć "Lolo", ale to już nie wywoływało mojego przesadnego entuzjazmu! Hrabia Lolo, jak z przedwojennej powieści? A więc, jak by rzekł Dudek Dziewoński: "Odpadajko!". Prawdę powiedziawszy, jako dziecko nie przepadałem za swoim imieniem, ale polubiłem je, kiedy głową Kościoła został też Lolek! Drażni mnie tylko, kiedy mówi się do mnie per "panie Leonie", bo przecież Leonard i Leon to dwa różne imiona. Znasz tę piosenkę Lizy Minnelli, wykonywaną z wielkim zaangażowaniem, w której wściekle reaguje na przeinaczanie jej imienia? Mam to uczucie przy obcym mi Leonie. Jestem Leonardem, dla przyjaciół Lolkiem, a Wanda mówi do mnie Lonio.
Za to "Leonard Pietraszak" - to imię i nazwisko wprost stworzone dla aktora. Pięknie prezentuje się na afiszu teatralnym.
A wiesz, że niekoniecznie! Mój pierwszy dyrektor, Jan Perz w Teatrze Polskim w Poznaniu, uważał, że Pietraszak to zupełnie niesceniczne nazwisko. Zaproponował więc, żebym występował pod nazwiskiem panieńskim matki. "Ale moja matka była z domu Dmowska" - odrzekłem, dodając, że to chyba też nie byłby najszczęśliwszy pomysł. Co prawda, mógłbym być wtedy "wyżej" na afiszu w kolejności alfabetycznie wymienianych nazwisk wykonawców. Oczywiście żartuję, choć kiedyś dla aktorów miało to ogromne ambicjonalne znaczenie. Pod wpływem tej rozmowy przez pewien czas zastanawiałem się nad przyjęciem jakiegoś pseudonimu scenicznego, ale ostatecznie zrezygnowałem z tego pomysłu. Nie chciałem też w ten sposób zrobić przykrości ojcu.
Pochodzisz z wojskowego domu, twój ojciec był żołnierzem Korpusu Ochrony Pogranicza.
Tak, służył na Kresach, gdzie urodziło się moje starsze rodzeństwo, Maria i Tadeusz. W 1935 roku dostał przydział do 61. Pułku Piechoty (tak zwanego sześć-jeden) w Bydgoszczy, w której się urodziłem.
Jako szesnastoletni chłopak był on - z czego jestem bardzo dumny - powstańcem wielkopolskim, razem zresztą ze starszymi braćmi, Kazimierzem i Janem. Brał udział w jednej z najkrwawszych bitew powstania - o Chodzież, swoje rodzinne miasto.
Z ciotką i ojcem. Miał trzy lata, kiedy rozdzieliła go z nim wojna
Wiesz, jak poznali się twoi rodzice?
Bardzo żałuję, ale nigdy się tego nie dowiedziałem. Nie wiem, skąd ja się właściwie wziąłem. Ojciec był ogromnie skryty i małomówny, a nikt inny z rodziny też mi tego nigdy nie opowiedział.
Mogę tylko domyślać się, że może kiedyś, jadąc z Chodzieży na Kresy do KOP-u, zahaczył o Warszawę, a w niej właśnie mieszkała moja matka. I może tam się poznali? Mama miała też rodzinę na Kresach, więc możliwe, że wybrała się do niej z wizytą i tam poznała mego ojca. Faktem jest, że spotkali się, gdy była bardzo młoda - urodziła bowiem moją starszą siostrę, mając dwadzieścia jeden lat. Podejrzewam, że to, iż mój ojciec znalazł sobie żonę z Kongresówki, było czymś niepojętym dla rodziny Pietraszaków. Mieszkali w zaborze pruskim, i to był inny świat. Ale zaakceptowali w końcu tę moją matkę, mam nadzieję.
Miałeś trzy lata, kiedy rozdzieliła was z ojcem wojna.
Po walkach obronnych we wrześniu 1939 roku ojciec wyjechał z Polski - przez Jugosławię i Francję do Anglii - a powrócił z niej dopiero w roku 1946, w mundurze lotnika. Miałem już wtedy dziesięć lat. Był dla mnie, w jakimś sensie, zupełnie obcym człowiekiem. Na początku trudno mi było nawet mówić do niego "tato". Nie umieliśmy nigdy zbliżyć się do siebie, przynajmniej na tyle, żeby porozmawiać o czasach sprzed powrotu do Polski. Dotyczyło to zresztą nie tylko mnie, ale również mojego rodzeństwa.
Dorastałeś bez ojca, brakowało ci go?
Wiesz, może bywały czasem takie momenty. Ale pamiętaj, że wtedy rzadko kto miał ojca. Dużo mężczyzn zginęło w trakcie wojny, część nie wróciła do kraju. Nie czułem się więc jakoś szczególnie odosobniony. Nie wiedziałem, jak to jest mieć ojca na co dzień, nie znałem tego uczucia. Wiedziałem, że jest wojna, że on gdzieś daleko pojechał i walczy, i że jak ta zawierucha się skończy, to wtedy on - daj Boże - wróci.
Grunwaldzka w Bydgoszczy. W tych domach spędził okupację. Fot. Krzysztof Madey
Co działo się z wami po wybuchu wojny? O ojcu słuch zaginął, brat został u rodziny w Lublinie, matka musiała sama zaopiekować się dziewięcioletnią córką i trzyletnim Lolkiem.
Matka postanowiła zabrać nas do Warszawy, do rodziny, która mieszkała na Siennej. Wszystko, co mieliśmy cennego, spakowała do waliz. Straciliśmy je podczas bombardowania pociągu pod Kutnem. I tam skończyła się nasza podróż. Myślę, że dobrze się stało, że nie dojechaliśmy do Warszawy. Kto wie, jaki los spotkałby nas w okupowanej stolicy. Wróciliśmy do Bydgoszczy z pustymi rękoma jakąś przygodną furmanką. To były naprawdę straszne czasy: biedy, omasty z brukwi, kartek na wszystko. Straciliśmy też dach nad głową - w naszym mieszkaniu byli już Niemcy. Wyrzucili nas gdzieś daleko, za tory na Gdańskiej. Jak przez mgłę przypominam sobie mały sklepik przy ulicy Grunwaldzkiej, w którym zamieszkaliśmy. Potem przenieśliśmy się do następnego sklepu, przy tej samej ulicy, pod numerem 38. Aż w końcu trafiliśmy do pokoiku z kuchnią nad tym drugim sklepem.
Matka pracowała w fabryce makaronu przy ulicy Chrobrego. Jedliśmy i jedliśmy ten makaron aż do samego wyzwolenia, a jak się dało, wymienialiśmy go też na masło i mleko z pracownikami mleczarni. Pamiętam wyprawy do fabryki, a był to spory kawał drogi od Grunwaldzkiej. Tam w bramie (istniejącej do dzisiaj) czekałem często na matkę.
Brama przy ul. Chrobrego w Bydgoszczy przetrwała do dziś. To tutaj mały Lolek czekał na matkę wracającą z fabryki makaronu. Fot. Krzysztof Madey
Pamiętasz strach? Bałeś się wtedy? Niemców, strzelaniny, bombardowań?
Strachu bezpośrednio związanego z działaniami wojennymi na szczęście nie zaznałem. W czasie wojny w Bydgoszczy było dość spokojnie, bombardowania należały do rzadkości, w naszej części miasta przeżyliśmy tylko jedno. Do dziś pamiętam jednak krzywdę, której zaznałem ze strony takiego eingedeutscha, jak to się wtedy mawiało, mieszkającego nad nami. Był to Polak niemieckiego pochodzenia, który, kiedy tylko do Bydgoszczy wkroczył okupant, wskoczył w "mundurek" i paradował po ulicach jako dumny Niemiec. I kiedyś, a była to zima, nie zamknąłem drzwi, zbyt ciężkich dla mnie, na klatce schodowej, przez co zrobił się przeciąg. Nagle pojawił się on i zaczął strasznie krzyczeć, oczywiście po niemiecku, a następnie uderzył mnie z całej siły w twarz. Padłem jak długi na posadzkę. Miałem wtedy może z pięć, sześć lat i w jednej chwili zrozumiałem, że jest wojna, okupacja, że w Polsce są Niemcy i właśnie jeden z nich, ubrany we wrogi mundur, uderzył mnie w twarz. Mocno to przeżyłem.
A bieda? Głód?
Bardzo dobrze to pamiętam, choć byłem wtedy przecież ledwie paroletnim chłopaczkiem. No i myszy oraz szczury, wśród których mieszkało się w naszym domu. Do dziś mam do nich, delikatnie mówiąc, awersję. Szkoły nie było, całe dnie spędzałem w mieszkaniu. Często zostawałem sam. Wchodziłem wtedy na stół i tańczyłem taki jakiś improwizowany taniec, żeby choć na chwilę odstraszyć te myszy i szczury. To był prawdziwy koszmar.
Mam jeszcze jedno wspomnienie związane z wojną. W sąsiedztwie mieszkał zniemczony Polak albo Polak pochodzenia niemieckiego - tego nie wiem. Pełnił on jakąś funkcję urzędniczą u okupanta, nie nosił w każdym razie niemieckiego munduru. Na co dzień pracował w Pile i do Bydgoszczy przyjeżdżał jedynie raz na jakiś czas. Przywoził wtedy ze sobą duży gar zupy. I nas nią częstował. Nie wiem, czy podobała mu się nasza matka, czy po prostu odezwała się w nim jakaś przyzwoitość i chciał choć trochę pomóc kobiecie samotnie starającej się zapewnić byt dwójce dzieci. Musiał w każdym razie wiedzieć, że czasem nie mamy czego włożyć do ust. Zupę, którą nam przywoził, wspominam jako największy przysmak z czasów wojny. I muszę przyznać, że dobrą zupkę cenię sobie do dziś! Moje wspomnienia o tym człowieku przywożącym głodującej polskiej rodzinie zupę z odległej miejscowości pokazują, że nawet w czasie tej okropnej wojny nie każdy z Niemców musiał być skończonym nikczemnikiem. Zdarzali się też zaplątani w tę wojnę przyzwoici ludzie.
Było nam naprawdę ciężko, ale matka z okazji świąt zawsze przygotowywała dla nas jakieś drobne prezenty. Pamiętam, że kiedyś dostałem piłkę. Byłem taki szczęśliwy!
Wiesz, zastanawia mnie jedna rzecz. To były takie straszne czasy, że człowiek powinien chcieć jak najszybciej wymazać je z pamięci, a gdy tak sobie o tym rozmawiamy, to nawet z pewnym rozrzewnieniem do tego wracam.
Kiedy mama szła do pracy w fabryce, opiekowała się tobą siostra.
O tak, byliśmy ze sobą bardzo blisko. W czasie wojny Maria była taką moją drugą matką. Zajmowała się mną, bawiła, dbała, żebym dostał coś do jedzenia. Kiedy dorośliśmy, nasze kontakty trochę się rozluźniły. Maria wyszła za mąż i urodziła dwójkę dzieci. Niestety, i jej, i mojemu bratu nie było pisane dobre długie życie.
Maria zachorowała na raka płuc. Odwiedzałem ją w sanatorium w Otwocku. Była już wtedy naprawdę bardzo chora: sama skóra i kości. Rozmawiając z lekarzem o jej stanie, dowiedziałem się, że jest on już w zasadzie krytyczny. Kiedy wróciłem do jej pokoju, powiedziała mi, że kobieta z sąsiedniego łóżka stwierdziła przed chwilą: "Ten pani syn - a to mnie miała na myśli - to nie jest do pani za bardzo podobny". Boże mój, jak ona musiała źle wyglądać, skoro wzięto ją za moją matkę, a dzieliło nas zaledwie sześć lat.
Była naprawdę ładną i taką dobrą dziewczyną. Tak niemądrze od wczesnej młodości paliła straszne ilości papierosów. Gdyby nie to, może wszystko potoczyłoby się inaczej.
Ja zresztą też paliłem, i to niemało. Przestałem dopiero jakieś dwadzieścia lat temu.
Z matką i siostrą Marią, która opiekowała się nim podczas okupacji.
Jak ci się udało tego dokonać?
Czułem, że już za długo palę. Nie masz pojęcia, co znaczy poranny kaszel palacza. Nadszedł doroczny Dzień bez Papierosa i pomyślałem, że tego dnia nie zapalę. Nazajutrz nie było już co prawda Dnia bez Papierosa, ale powiedziałem sobie: "Może by tak dziś również nie palić?". Podobnie było przez następne dni, i tak mi się udało. Niestety, wtedy za często sięga się po słodycze.
Potem zdarzało mi się jeszcze palić, ale już tylko na scenie, kiedy wymagała tego ode mnie rola. Prywatnie mnie do tego nie ciągnęło i bardzo dobrze, bo może bym już nie żył.
Przyznasz, że wykazałem się wyjątkowo silną wolą.
Jestem pod wrażeniem twojej konsekwencji. A jak układały się twoje stosunki z bratem, z którym straciłeś kontakt na początku wojny?
To prawda, wojna ukradła nam tych kilka lat. Tadeusz przeżył ją u rodziny w Lublinie. Listy od niego przychodziły z adresem zwrotnym: Lublin, ulica Wojenna 26. A tak na marginesie, jak można uhonorować wojnę ulicą? Tadeusz mieszkał tam z dziadkami i siostrą ojca, którą z czasem zaczął traktować jak matkę. Kiedy wrócił po wojnie do Bydgoszczy, był już prawie dorosły. Ale połączyła nas silna więź. Pomagał mi, także finansowo, w czasie kiedy już pracował. Był technikiem samochodowym. Pracował w Solcu Kujawskim w Zakładach Naprawy Samochodów. A amatorsko zajmował się boksem. Był bardzo porządnym facetem. Łączyła nas prawdziwa braterska miłość.
Po latach, kiedy mnie się dobrze wiodło, a on był w gorszej sytuacji, to ja starałem się mu pomagać. Cieszyły go moje sukcesy, był, jak mawiał, ze mnie dumny.
Teraz uważam, że mogłem spróbować więcej dla niego zrobić. Życie go nie głaskało. Kiedy zmarła jego żona, a potem także odszedł syn, przestał sobie radzić z codziennością. Zaczął mieć problemy z alkoholem. W końcu jego serce nie wytrzymało. Można powiedzieć, że brat przegrał swoje życie.
To dziwna sprawa, bo nasz ojciec wprost nie cierpiał alkoholu, nikt nigdy nie widział go pijącego. Dotyczy to zresztą całej rodziny Pietraszaków. Tylko ten mój nieszczęsny brat... Teraz, kiedy się nad tym zastanawiam, myślę, że może i ja miałem jakieś inklinacje?
Na pogrzebie Tadeusza pięknie pożegnało go stowarzyszenie byłych bokserów z Bydgoszczy, które przysłało delegację ze sztandarem. Bardzo byłem im wdzięczny i dziękowałem za to, że przyszli.
Jego prezes uznał za stosowne nawet mnie przyjąć do grona byłych bokserów. Ale o boksie to pewnie pogadamy trochę później, prawda? Powiem ci tylko jeszcze, że prezes wspomnianego stowarzyszenia - w jakimś programie telewizyjnym mi poświęconym, zapytany o to, jakim byłem bokserem - powiedział, że w zasadzie klasy europejskiej! A ja ledwie tych parę walk stoczyłem. Ależ siła wyobraźni, co? I życzliwości!
Może i walk stoczyłeś tylko parę, ale za to w jakim stylu! O tym rzeczywiście porozmawiamy później, teraz wróćmy do tematu. Udało wam się przeżyć wojnę i doczekaliście się powrotu ojca z Anglii.
Nasza sytuacja nie poprawiła się za bardzo po wojnie. Kiedy ojciec wrócił, żyliśmy z matką i siostrą w katastrofalnych warunkach: w malutkim mieszkanku - pokoju z kuchnią - w domu przy ulicy Grunwaldzkiej 38 w Bydgoszczy. Wkrótce potem wrócił brat i tak w piątkę przez lata gnieździliśmy się w tym maleńkim pokoiku. Ojciec zarabiał naprawdę grosze, matka nie pracowała. Czasem wychodziłem do szkoły bez śniadania, bo nie było w domu nic, z czego można by zrobić kanapki. Potem stałem w oknie na przerwie i wypatrywałem, czy mama nie idzie, bo kiedy udało jej się pożyczyć pieniądze, przynosiła mi do szkoły zrobione w pośpiechu śniadanie.
Ukochana matka. Z tym portretem nigdy się nie rozstaje. Wierzy, że matka nad nim czuwa.
Była bardzo dzielną kobietą.
Nie tylko dzielną, ale też przepiękną. Do dziś mam jej portretowe zdjęcie, nigdy się z nim nie rozstaję.
Byłem z nią ogromnie zżyty, trzymałem się niemal jej spódnicy, i myślę, że ona ze mną również. Byłem przecież jej najmłodszym dzieckiem, a przy tym sprawiałem najwięcej kłopotów. To ona zapewniała mi poczucie bezpieczeństwa. Bardzo dzielnie radziła sobie przez całą wojnę. A żyła przecież przez lata w wielkim niepokoju o mego ojca. Bardzo czekała na jego powrót do domu. Po zakończeniu wojny obawiała się, czy nie postanowi on pozostać na stałe na Zachodzie, jak niejeden wtedy uczynił. Te nerwy sprawiły, że na pewien czas musiała nawet trafić do szpitala. Kiedy powracam myślami do tego okresu, żałuję, że nie mogłem jej wtedy pomóc w żaden sposób. Ale przecież byłem jeszcze dzieckiem...
Ojcu nie było łatwo odnaleźć się w powojennej Polsce.
O, na pewno. Wszystkim nam było bardzo ciężko. Ojciec był ogromnie przybity tym, że w żaden sposób nie był w stanie polepszyć warunków życia naszej rodziny. Administracja tuż po wojnie nie patrzyła przychylnie na "londyńczyka". Dostał pracę jako księgowy w Kujawskich Zakładach Naprawy Samochodów, tych samych, w których pracował Tadeusz. Codziennie wstawał wcześnie rano i dojeżdżał do Solca Kujawskiego. Po powrocie z pracy jadł obiad, a następnie do wieczora słuchał radia, siedząc w fotelu. Potem kładł się spać, rano wychodził do pracy i tak w kółko. Brakowało mi rozmów z nim, takich zwykłych, codziennych. Nigdy nie zapytał: "Jak się czujesz, co słychać, jak tam w szkole?". Nie opowiadał też o latach spędzonych w Anglii. Mogę się tylko domyślać, że służył tam w naziemnej obsłudze lotniska. Dziś żałuję bardzo, że nigdy go o to nie spytałem. Sądzę, że zamykał się w sobie, gdyż przeżywał frustrację z powodu zupełnego braku perspektyw dla nas. Bolała go ta bezradność. Był też świadomy otaczającej nas beznadziejnej rzeczywistości.
Strasznym ciosem musiała być dla niego śmierć żony...
Po śmierci mojej matki jeszcze bardziej zamknął się w sobie. Po jakimś czasie zdecydował się jednak ponownie ożenić. Jego wybranką była Gertruda, poznana w pracy bardzo przyzwoita i dobra kobieta. Księgowa, tak jak i on. Bardzo ją lubiłem, nie tylko dlatego, że znakomicie gotowała. Była niezwykle sympatyczna, ciepła, a do tego bardzo dzielna, bo przecież ojciec, z biegiem lat, stawał się pewnie jeszcze bardziej nieznośny. Miał naprawdę trudny charakter! A ona z anielską cierpliwością opiekowała się nim aż do jego śmierci.
W dniu ich ślubu zaproponowała, żebyśmy z rodzeństwem mówili do niej po imieniu, bo przecież byliśmy już dorośli. Ale ojciec stanowczo przeciwko temu zaprotestował. "To wasza matka, i tak macie się do niej zwracać" - powiedział. To słowo nie mogło nam przejść przez gardło, zwracaliśmy się więc do niej w trzeciej osobie. Tylko z moją żoną Wandą, z którą się bardzo lubiły, były na "ty". Ojciec był niezwykle zasadniczy. Może wynikało to z faktu, że był wojskowym?
Złagodniał trochę z wiekiem? Może zatęsknił za tobą, kiedy wyprowadziłeś się z domu?
Nie sądzę, żeby charakter zmienił mu się na lepsze, a czy za mną tęsknił? Kiedy jeszcze mieszkałem w Poznaniu, będąc aktorem tamtejszych teatrów, odwiedzałem Trudkę i ojca dość często. Potem, gdy przeprowadziłem się do Warszawy, ten kontakt rozluźnił się siłą rzeczy. Słyszałem, że ojciec ubolewał, że nie chcę utrzymywać z nim kontaktu, co oczywiście nie było prawdą. Był skrytym i wycofanym, ale jednocześnie bardzo przyzwoitym i prawym człowiekiem. Ta skrytość i nieumiejętność okazywania uczuć powodowała, że nie potrafił mnie objąć czy przytulić. Nie umiał też nigdy - jak już coś udało mi się zagrać na scenie czy kiedy zobaczył mnie w telewizji - powiedzieć, że jest ze mnie dumny, że ma to dla niego znaczenie.
Nigdy ci tego nie powiedział?
Ani mnie, ani nikomu innemu na mój temat. Jednak, jak twierdziła Wanda, przy okazjonalnych spotkaniach z nim i z Trudą, w jego spojrzeniach, intonacji głosu, gdy zwracał się do mnie lub reagował na innych, zauważalna była intencja zaznaczenia specyficznej hierarchii: ja z moim udanym synem Leonardem, a wy dwa kroki za nami. Jedyną "rodzinną" fotografią stojącą na serwantce było też zdjęcie moje i Wandy zrobione przez Zosię Nasierowską.
Do dziś słyszę jego jedyną ojcowską radę: "Synu, pamiętaj, zawsze miej dobrze wyczyszczone buty!". Teraz wiem, że to było coś więcej niż dosłowność. Mieściło się w tym: bądź przyzwoity, nie przynieś mi wstydu, niech ci nie będzie wszystko jedno, nawet w sprawach prozaicznych. Jestem pewien, że komuś tak zamkniętemu w sobie, z trudnością porozumiewającemu się z najbliższym otoczeniem, rodziną, może nawet ze sobą, było piekielnie trudno w życiu.
A ty? Odziedziczyłeś po nim charakter? Masz problem z okazywaniem uczuć?
Nie było łatwo nauczyć się okazywania uczuć, mając takiego ojca. A jaki mam charakter...? Z naszego rodzeństwa chyba najtrudniejszy. Zdarza się, że bywam niegrzeczny i wybuchowy, więc może tu dochodzą do głosu geny ojca. Choć nie do końca, bo potrafię być również bardzo życzliwy i podobno sympatyczny. Umiem przyznać się do błędu, przeprosić, biegnę po kwiaty. Więc nie jest to jednoznaczny charakter. W każdym razie bardzo staram się pracować nad sobą. Wanda jednak twierdzi, że efekty tej pracy nie są widoczne zbyt często, ale żebym się nie załamywał, nie poprzestawał, choć trudne Pietraszaki w końcu i tak zawsze ze mnie wyjdą!
A bracia ojca? Był do nich podobny?
Znałem braci ojca i muszę powiedzieć, że skrajnie się od niego różnili charakterami. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak to możliwe, ale on różnił się właściwie od całej rodziny.
Kazimierz, najstarszy z braci Pietraszaków, miał ogromną cierpliwość i bardzo życzliwy stosunek do ludzi. Czasem jeździłem do niego na parę dni w wakacje, miał w Budzyniu dom z ładnym ogrodem. Ach, niezapomniany, słodki smak gruszek stamtąd... Bardzo miło wspominam spędzone tam chwile, Kazimierza i ciotkę Kazimierę, których bardzo lubiłem. Do Chodzieży jeździło się do drugiej ciotki, Marty, siostry ojca, która opiekowała się nami i swoją matką. Niedziela nie mogła się obejść bez pysznego ciasta drożdżowego. Tam lepiej się mieszkało, lepiej jadło, krótko mówiąc: lepiej się żyło. Chociaż przez chwilę.
Nic nie mówisz o swoich dziadkach?
Właściwie ich nie pamiętam. Kiedy przyjechaliśmy do Chodzieży, do której rodzice ojca wrócili właśnie z wojennego "wygnania" w Lublinie, dziadek był już tak schorowany, że zmarł w czasie naszego pobytu. Jak przez mgłę przypominam sobie jedynie babcię ze strony ojca. A rodziców matki nie miałem okazji poznać. Może wynikało to po części z zaborczości Pietraszaków? Z rodziny matki poznałem jedynie, i to dopiero na jej pogrzebie, starszą siostrę matki i jakąś dalszą krewną, która czasem odwiedzała nas w Bydgoszczy.
Twoje rodzeństwo nie żyje, a ich dzieci?
Syn mojego brata to dziś już dorosły chłopak. W Bydgoszczy zaś mieszkają dzieci mojej siostry: córka Maria i syn Jacek. To oni dbają o groby najbliższych, pochowanych na miejscowym cmentarzu. I to w zasadzie jedyna moja rodzina. No może jeszcze Tomasz Pietraszak, niedawno poznany przeze mnie dyrektor ośrodka TVP w Bydgoszczy, świetny chłopak, ciut dalsza rodzina.
Powiedziałeś, że po wojnie całą rodziną gnieździliście się w małym pokoiku z kuchnią. To nie były warunki do nauki, a trzeba było pójść do szkoły. Byłeś dobrym uczniem, lubiłeś szkołę?
No pewnie, że lubiłem! Miała fajne boisko, na którym można było pograć w piłkę. W sumie wychodzi na to, że najbardziej lubiłem WF. Nie cierpiałem matematyki, ale w szkole podstawowej nawet sobie jeszcze z nią dawałem radę. Ojciec uczył mnie w do-mu angielskiego. Toteż kiedy w szóstej klasie, o ile dobrze pamiętam, wprowadzono naukę tego języka, bardzo dobrze sobie z nim radziłem.
W tamtych czasach nikt nie przywiązywał zbyt dużej wagi do nauki języków - do czego mogły się wtedy przydać? Czy myślało się wówczas, że gdziekolwiek się wyjedzie i będzie okazja wykorzystania znajomości jakiegoś obcego języka? Czy sięgnie się po dzieła Szekspira w oryginale?
Dlatego też, kiedy w gimnazjum zapytano mnie: "Z języka angielskiego to do grupy początkujących czy zaawansowanych?", odpowiedziałem bez wahania: "Do początkujących, oczywiście!". Żeby się nie przemęczać, rzecz jasna. W ten sposób ponownie zaczynałem od zera. I chwalony byłem za postępy w nauce! Dziś niechętnie dodam, że na studiach, po raz kolejny, poszedłem sprawdzoną już drogą do grupy początkującej. I dlatego cierpię, że jestem inwalidą językowym. A za to nie przysługuje renta, wręcz odwrotnie. Płaci się samemu.
Ale język polski pewnie lubiłeś?
Tak, wiesz, rzeczywiście - polski lubiłem! W Liceum im. Mickiewicza, w którym uczyłem się do samej matury, przedmiot ten wykładał pan Piechocki, który był jednocześnie recenzentem teatralnym w "Ilustrowanym Kurierze Polskim". Bardzo wymagający nauczyciel. Pamiętam, jak kiedyś, oddając całej klasie zeszyty z wypracowaniami, kazał mi podejść do katedry i pochwalił za to, że jako jedyny zdołałem zauważyć coś ciekawego w jakimś temacie.
Co prawda postawił mi ostatecznie jakieś trzy plus lub co najwyżej cztery minus, ale jednocześnie powiedział - tak jakby pierwszy raz w ogóle mnie zauważył: "Nieźle pisze, nie tylko nieźle wygląda".
Być może to pierwsze zadecydowało, że zacząłem współpracować z "Ilustrowanym Kurierem Polskim". Pisałem w nim o różnych wydarzeniach z życia miasta. Pamiętam na przykład artykuł o kinie "Mir" przy ulicy Grunwaldzkiej, w którym w czasie zimowych seansów występowało zagrożenie pożarem, gdyż cały budynek ogrzewany był przy użyciu wielkiej żelaznej kozy. Pisałem dość niezgrabnie, ale później te teksty były adjustowane i ukazywały się w gazecie. No i było z tego parę groszy. Wymyśliłem sobie nawet pseudonim pochodzący od mojego imienia i nazwiska: LePiet. Później zaś koledzy, którym to zdradziłem, tak właśnie mnie tytułowali.
"Ilustrowany Kurier Polski", z którym współpracowałeś, zorganizował kiedyś dla młodzieży szkolnej konkurs, który przyniósł ci sławę...
To był Konkurs Moniuszkowski. Zgłosiło się do niego ledwie kilka osób, o ile dobrze pamiętam - chyba cztery. W tym ja. Zaśpiewałem "Wesół i szczęśliwy krakowiaczek ci ja, a mój siwy konik raźno się uwija". Zdawało mi się, że śpiewam pięknie, jak słowik, dlatego zawodem dla mnie było trzecie miejsce, które ostatecznie mi przyznano. Dostałem jakąś tam nagrodę - pióro czy zestaw ołówków. Ale, jak wspomniałaś, nie to było ważne, tylko dość spora notatka o tym konkursie na łamach "Kuriera", w której także mnie poświęcono nieco uwagi, przedstawiając jako ucznia szkoły im. Mickiewicza. Przeczytał to dyrektor szkoły, a właściwie jej kierownik, bo tak kiedyś nazywała się ta funkcja, i stwierdził, że przyniosłem chwałę naszej szkole! Najwyraźniej nie doczytał, że zająłem trzecie miejsce w konkursie, w którym startowały cztery osoby.
To była przygoda z muzyką, natomiast dużo wcześniej, bo w szkole podstawowej, nomen omen imienia Jana Matejki, narodziła się twoja miłość do malarstwa.
Tak, to prawda, pierwszy raz zetknąłem się ze sztuką właśnie w Bydgoszczy, kiedy nauczyciel rysunku zaprowadził moją klasę do Muzeum im. Wyczółkowskiego. Zafascynowała mnie jego akwarela Wiosna w Gościeradzu, przedstawiająca wnętrze pokoju: wiatr targa firanką w otwartym oknie, na pierwszym planie stoi opuszczony fotel, na którym przed chwilą jakby ktoś jeszcze siedział i zachwycał się kwitnącą jabłonką w sadzie. To jest metafizyczne zatrzymanie czasu, miejsca. Ten obraz jest wciąż w mojej głowie, nie opuści mnie do końca życia. Poza wartością malarską są w nim spokój, piękno, refleksja, zatrzymana chwila.
Fotel ten zresztą do dziś stoi w Muzeum Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Kiedy je odwiedziłem, pani kustosz pozwoliła mi na chwilę usadowić się w nim, co uwiecznione zostało nawet na zdjęciu. Mogłem wtedy, choć przez chwilę, poczuć się bardzo blisko mojego ulubionego malarza.
Jako dzieciak jeździłem czasem z rodzicami w niedzielę kolejką wąskotorową do Koronowa. Po drodze znajdowały się miejscowości związane z Wyczółkowskim: Gościeradz, w którym stoi jego dworek, i Wtelno, gdzie jest pochowany na malutkim cmentarzu. Marzyłem, żeby je odwiedzić, ale udało mi się to dopiero po latach, kiedy jeździliśmy z Wandą na grzyby w lasy koszalińskie, o czym chętnie później opowiem, bo to piękna historia.
A ty sam nigdy nie malowałeś?
Ubolewam, ale jestem całkowicie pozbawiony jakichkolwiek zdolności w tym zakresie. Gdy w którejś klasie zadano jako pracę domową narysowanie jakiegoś obrazka, to ojciec musiał mnie w tym wyręczyć. I kiedy ja, mały oszust, przyniosłem ten naszkicowany przez niego rysunek do szkoły i udawałem, że kończę właśnie tę pracę na lekcji, nauczycielka podeszła i rzekła: "Rysuj, rysuj, widać, że masz talent!". Jednym słowem, artystą plastykiem nie miałem szansy zostać.
Całe twoje dzieciństwo to tęsknota za pięknem: interesujesz się muzyką, duże wrażenie robi na tobie malarstwo...
To było takie nieśmiałe przenoszenie się do sfery nieco bardziej wysublimowanej niż ta, w której się znajdowałem. Myślę, że to szczęście mieć takie wewnętrzne potrzeby, prawda?
Z pewnością, wtedy jesteśmy bogatsi i tego nikt nam nie odbierze. Pomyślałeś kiedyś, że może tę wrażliwość na piękno i talent dostałeś w genach - po ojcu?
Można tak do tego podejść. Ojciec dobrze rysował i miał piękny charakter pisma. Pisał zawsze bardzo starannie i przywiązywał do tej czynności dużą wagę.
Niedawno, przeglądając dokumenty, znalazłem zdjęcie ojca w mundurze zrobione w Wielkiej Brytanii. Na jego odwrocie napisane było: "Dla Kochanego Lolka od tatusia...". Przejaw takiej ojcowskiej czułości z daleka. I oczywiście słowa te zostały niemal wykaligrafowane.
Kto był dla ciebie autorytetem, kto cię ukształtował?
Do głowy przychodzi mi jedynie matka. Ona była dla mnie wszystkim. I dobroć siostry.
* * *
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji