5. Był zwykły dzień
Dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Mimo że był dopiero początek października, od rana unosiła się na świecie mgła tak gęsta, że o parę kroków dalej nic już nie było widać. Piotrek, który zaspał trochę i z tego powodu ledwie zdążył przełknąć śniadanie, biegł do szkoły, wciągając na siebie po drodze wiatrówkę.
Rozglądał się, czy czasem Wojtek nie nadchodzi od strony tramwaju, ale Wojtka nie było. Tylko mały Zakrzewski z trzeciej A biegł truchcikiem, pełen obawy, aby się nie spóźnić.
Naraz ktoś walnął Piotrka pięścią w plecy. Odwrócił się błyskawicznie. Ach, to Maciupa.
- Umiesz histę? - zapytał przede wszystkim Maciupa.
Piotrek wzruszył ramionami.
- Umiem, pewnie, że umiem.
- Boję się, że mnie dziś będzie pytać - Maciupa westchnął ciężko. Bo już taki był, że chociaż dobrze się uczył, ale nie lubił odpowiadać.
- A ile ci wypadło z zadania? - dopytywał się dalej.
Tym razem nie otrzymał jednak odpowiedzi, gdyż właśnie nadbiegł zdyszany Wojtek i z trudem chwytając oddech, relacjonował Piotrowi:
- Szedłem akurat za Dziubakiem i Kasińskim i słyszałem, jak gadali, że Kosmala szykuje na nas napad.
Piotrek zmarszczył brwi.
- Przewidywałem to. Pomówimy później - dodał z godnością.
- No dobra, niech będzie później - mruknął Wojtek.
I pobiegli teraz szybko do szatni, gdyż zegar szkolny wskazywał, że do godziny ósmej brak jest już tylko pięciu minut.
- Wieszaj ubranie z brzegu - polecił szeptem Piotrek.
Wojtek spojrzał pytająco.
- Może będziemy musieli dziś wypaść ze szkoły jak najwcześniej. Przypuszczam, że trzeba będzie rozegrać tę potyczkę z Kosmalą. On się odgraża. Bądź gotów i zawiadom naszych. Poza tym mianuję cię moim zastępcą.
- Tak jest! - szept Wojtka był służbisty, lecz brzmiała w nim również nuta radości.
Wpadli do klasy prawie tuż przed dzwonkiem. Wychowawca, pan Kowalski, sprawdzał zawsze listę obecności trochę później, bo najpierw rozmawiał z tymi, którzy mieli świadectwa usprawiedliwiające nieobecność poprzedniego dnia, i z tymi, którzy mieli nie przygotowane lekcje. Zwłaszcza dziewczynki opowiadały o swoich sprawach tak rozwlekle i szczegółowo, że Piotrek i Wojtek mieli dosyć czasu, aby rozejrzeć się w sytuacji. Kosmali jeszcze nie było, ale za to z ulicy dobiegł ich żałosny psi skowyt.
- To Kosmala uderzył żółtego psa! - mruknął Piotrek i co prędzej wyjrzał przez okno. Na rogu ulicy, w białawej mgle, mignęło coś żółtego.
- No mówiłem, że mu zrobił krzywdę! Biedne psisko! Na pewno rzucił w niego kamieniem! - Piotrek był oburzony.
Tymczasem pan Kowalski kończył sprawdzać listę, a do klasy wsunął się uśmiechnięty pogardliwie Kosmala. Zaraz też zaczęła się lekcja matematyki. Julka rozwiązywała przy tablicy zadanie i trochę się plątała, ale Wojtek i Piotrek, chociaż rozwiązali w swoich zeszytach zadanie szybciej, siedzieli spokojnie, umilając sobie czas oczekiwania wyglądaniem przez okno. Naraz Piotrek trącił Wojtka łokciem i wzrokiem wskazał narożnik ulicy. Poprzez październikową mgłę zarysowała się wyraźnie postać mężczyzny, trzymającego oburącz kij, do którego przywiązany był pęk baloników. Jesienny wiatr rozwiewał końce czerwonego szalika, którym owinięta była szyja sprzedawcy, żółty piesek stał obok.
Ach, gdyby teraz można było niespodziewanie wybiec na ulicę. Kto wie, czy tym razem nie udałoby się dopaść Balonikarza i kupić jeden z tych świetlistych balonów. Piotrek zaczął w myśli obliczać pieniądze, które w tej chwili miał przy sobie, kiedy naraz usłyszał swoje imię wypowiedziane przez pana Kowalskiego.
Zerwał się w ławce. Oj, do licha! zupełnie nie wiedział, o co chodzi, i dwója za nieuwagę lub co najmniej notatka w dzienniku zawisły nad Piotrkową głową. Spojrzał rozpaczliwie na Wojtka, ale Wojtek też widać nie uważał, bo miał głupią minę i nieprzytomnie gapił się na tablicę, a że Piotrek był dobrym matematykiem, więc jakoś z postękiwaniem i jąkaniem się zdołał wybrnąć z tej historii.
- No, siadaj - mruknął pan Kowalski. - Jakoś ci się udało, ale ty się nie gap, bracie, w okno. Lepiej sprawdź to, co napisałeś.
Ba, dobrze powiedzieć: nie gap się, kiedy tam, na ulicy, najwyraźniej w świecie widać Balonikarza i jego świetliście mieniące się balony. A żółty pies tak śmiesznie podskakuje koło swojego pana. Ale dla świętego spokoju Piotrek zaczął udawać, że sprawdza zadanie. Nie trwało to jednak długo. Po chwili znów gapił się przez okno.
- Te, uważaj, Kowal dalej na ciebie patrzy - szepnął ostrzegawczo Wojtek. - Uważaj, bo wlepi ci gałę.
Rzeczywiście. Pan Kowalski znów spoglądał w stronę Piotra z żywym zainteresowaniem. Nie pozostawało więc nic innego, jak szybko pochylić się nad zeszytem.
- Na jutro zrobicie dwa następne przykłady z książki - powiedział na zakończenie lekcji pan Kowalski i na korytarzu zadźwięczał dzwonek na przerwę.
Piotrek jeszcze raz spojrzał w okno. Ale Balonikarza już nie było.
- Szkoda - zwierzał się potem Wojtkowi - gdybym wtedy szybko wybiegł, na pewno bym go spotkał. Toby dopiero było, gdybym wrócił do klasy z balonem od niego.
Kiedy byli na korytarzu, podbiegł do nich zdenerwowany Maciupa.
- Chłopaki, wiecie? Kosmala się na nas szykuje.
- No, to co? To się nie damy! - powiedział okropnie odważnie Piotrek. - Musimy tylko dowiedzieć się, w jaki sposób chcą nas zaatakować. Wojtek, ty musisz dowiedzieć się od Waldka, co oni szykują. Przecież znasz się z Waldkiem. To twój sąsiad.
- Postaram się - mruknął Wojtek bez entuzjazmu. Nie lubił Waldka, bo Waldek był niewiele lepszy od Kosmali.
- Zresztą zobaczymy jeszcze, jak to będzie. - Piotr wsunął ręce w kieszenie, udając kamienny spokój, gdyż właśnie obok przechodził Kosmala.