Ucałuj ją ode mnie - Alison Cochrun

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (27,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W zeszłe święta

Śnieżny dzień

Komiks internetowy

Odcinek 7: Dziewczyna na moście

(Wigilia, godz. 23.22)

Przesłano: 4 lutego 2022 roku

Śnieżne dni to wyjątkowe czary.

Kiedy byłam dzieckiem, śnieg oznaczał wolność od stresującej szkoły i od osłabiającej fobii społecznej, którą czułam podczas przebywania w tym miejscu. Gdy padał śnieg, mogłam wychodzić na świeże powietrze i zaprzyjaźniać się tak łatwo, jak lepiłam śnieżkę dłońmi odzianymi w rękawiczki.

Na Uniwersytecie Stanowym Ohio śnieg oznacza wolność od rygorystycznego planu zajęć, ponieważ moja najlepsza przyjaciółka, Meredith, wpada do akademika o pierwszej w nocy, żebyśmy poszły pojeździć na sankach - to znaczy na tackach ukradzionych ze stołówki - po kampusowym parku South Oval.

A w Portlandzie śnieżny dzień zdawał się oznaczać wolność od wszystkiego.

Moje buty zapadły się prawie o całą stopę w śniegu, gdy weszłam na Burnside Bridge. Granice miasta rozmyły się w ciągu dnia, a teraz nic nie jest na swoim zwykłym miejscu. Trawa, chodnik i ulica stały się jedną gładką, płynną warstwą - światem, który wygląda na posypany cukrem i niewiarygodnie słodki. Kawałek dalej na moście dostrzegam kilku narciarzy biegowych. Mają ze sobą przenośne głośniki, z których dudni White Christmas. Grupa dwudziestokilkulatków za moimi plecami rozgrywa bitwę na śnieżki na środku drogi, a obok mnie nieznajoma poślizgnęła się, a teraz utyskuje i donośnie klnie:

- Pieprzony śnieg!

- Czy to śnieg powinien usiąść na ławie oskarżonych? - pytam spokojnie. - Czy może jednak twoje buty?

- Śnieg - odpowiada, celowo tupiąc z każdym krokiem. - Buty są cudowne.

Wskazuję na buty, o których mowa.

- Ale wygląda na to, że wybrałaś je ze względu na walory estetyczne, a nie praktyczne. Tak samo jak kurtkę.

Przestaje tupać i podnosi wzrok.

- Chwila. Co jest nie tak z moją kurtką?

Ma na sobie jedną z tych brązowych kurtek od Carhartta, tak popularnych wśród określonej grupy mieszkańców Ohio i zupełnie innego segmentu ludności tu, w Portlandzie. Nawet jej nie zapięła, widzę więc flanelową koszulę wciśniętą w jasne dżinsy.

Wygląda to estetycznie, muszę przyznać.

- Jest bardzo ładna - zapewniam. - Choć niezbyt praktyczna na śnieg, prawda?

- Na swoją obronę powiem, że rzadko kiedy pada tu śnieg.

- A jednak gdy rano wychodziłaś z domu, wiedziałaś, że go zapowiadają.

Głośno odchrząkuje i strzepuje płatki z odsłoniętych kosmyków, jak golden retriever na deszczu. Ma krótko obcięte czarne włosy, wygolone po jednej stronie i zapuszczone po drugiej, które spadają na czoło wilgotną bryłą. Przez cały dzień będę tłumiła w sobie impuls, by odgarnąć je z jej oczu.

W śnieżny dzień w Portlandzie można spotkać nieznajomą w księgarni, spędzić z nią cały dzień i znaleźć się na moście nad rzeką Willamette o godzinie 23.22 w Wigilię. W śnieżny dzień możesz być osobą, która wszędzie idzie za nieznajomą, nawet jeśli ta narzeka na śnieg.

Rzeczona nieznajoma przechodzi na skraj mostu i wpatruje się w czarną toń:

- Dobra, Ohio, wytłumacz mi to: co jest takiego wspaniałego w śniegu?

- Cóż, po pierwsze, wygląda ślicznie. - Wypuszczam z siebie powietrze, gdy ona posyła mi spojrzenie spode łba.

Piegi pod jej oczami wyglądają prawie jak płatki śniegu na jasnobrązowej skórze. Minęło dopiero czternaście godzin, odkąd na siebie wpadłyśmy, ale już zdążyłam wykuć na pamięć wzór na jej policzkach, sporządziłam mapę piegów, żeby móc ją później narysować.

Ciaśniej owijam szyję niebieskim szalikiem, żeby ukryć rumieniec.

- Poza tym to... prawdziwy śnieg, jak te... wielkie śnieżyce, które potrafią zatrzymać cały świat na minutę. Śnieg zamraża czas, więc choć na chwilę znika cały ten pęd w życiu, jakby przykryty białą kołderką. Choć przez jeden dzień człowiek czuje, że może spokojnie odetchnąć.

Pochyla się nad barierką, od niechcenia przerzuca przez nią ramiona.

- Wiesz, że możesz się wyluzować, nawet kiedy nie pada śnieg, prawda?

- Ale kiedy śnieży - mówię z przekonaniem - świat się zmienia. Śnieg to magia.

Wskazuję to, co nas otacza, nocne niebo, które połyskuje jasnym fioletem, prawie żarzy się, by pasować do bieli dookoła. Drzewa, które skrzą się opalizującym srebrem. Płatki śniegu dryfujące w powietrzu, które sprawiają wrażenie, jakby podróżowały w cztery strony świata, zaprzeczając prawu ciążenia. Wystawiam język i udaje mi się złapać jeden z nich.

Zbyt późno zauważam, że ona trzyma przed sobą telefon i robi mi zdjęcie.

- Hej, co to ma być?

- Próbuję udokumentować rzekomą śnieżną magię. Do celów naukowych.

- Z uroczej perspektywy.

- Och, proszę. Wyglądasz rozkosznie, jestem pewna... - Tu robi chwilę przerwy, przechyla głowę na bok, by przyjrzeć się ekranowi telefonu, i się krzywi. - Wiesz co, może powinnyśmy zrobić jeszcze jedno ujęcie...

Odpycham jej ramię.

- Nie zgadzam się na dalsze kpiny.

Trzyma telefon przed moją twarzą.

- Daj spokój, Ellie. Będę miała pamiątkę po tobie, po tym, jak ta noc się skończy.

- Przecież nie zamienię się w dynię, kiedy tylko zegar wybije północ.

- Tak. - Uśmiecha się z wyższością. - Ale może ja to zrobię. Poza tym chcę mieć twoje zdjęcie, jak już zostaniesz słynną filmowczynią. Oscar za najlepszy pełnometrażowy film animowany wpisuje się w plan dziesięcioletni.

- Dwudziestoletni - poprawiam ją. - Wolę być realistką.

- Ellie - mówi zaskakująco poważnym tonem. - Wierzę z całego serca, że osiągniesz wszystko, co tylko sobie postanowisz. A teraz. - Znów podnosi telefon. - Postaraj się wyglądać, jakbyś nie chciała mnie zamordować, proszę.

Bezwładnie opuszczam ramiona wzdłuż ciała i wzruszam nimi, jakbym chciała spytać: "Tak?".

Kręci głową.

- Nie, pokaż mi siebie. To nie wyraża twojej istoty.

- Nie jestem pewna, czy znasz mnie dość długo, by komentować moją istotę.

Przygląda mi się przez aparat w telefonie.

- Wiem, że twoją istotą nie jest wzruszanie ramionami.

- Jesteś pewna? Niezręczne wzruszenie ramion zdecydowanie może być moją istotą.

Nerwowo i niecierpliwie cmoka, a ja - nie wiedząc, co innego mogę zrobić - podnoszę ręce niczym śnieżny anioł w pionie i obracam się na jednej nodze w wolnym, zamaszystym piruecie na środku mostu. Z zamkniętymi oczami i wystawionym językiem.

- Jak ci się podobało? - pytam z lekkimi zawrotami głowy, gdy z trudem odzyskuję równowagę.

Wpatruje się w telefon z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym zbliża się o krok.

- Spójrz. - Pokazuje mi zdjęcie.

Fotografia jest rozmazana, ostrość ustawiona na kilku płatkach śniegu na pierwszym planie, a w tle ja, prezentująca kontrastujący wir koloru: zgaszony ciemny brąz warkocza i bladą skórę na tle fioletu kurtki, niebieskości szalika dzierganego na drutach, do tego wąski pasek czerwieni, czyli uśmiech i język.

- Myślę, że jest idealne - mówi.

- Moja kolej. - Porywam jej telefon i obchodzę ją dookoła. Oto ona, w trybie portretu, ciut ponad metr osiemdziesiąt, pewnie stojąca na śniegu. - Pokaż mi swoją istotę.

Wciska pięści do kieszeni kurtki khaki, posyła mi ukradkowy uśmiech i opiera się plecami o barierkę odgradzającą most od rzeki płynącej poniżej. Jej esencja: idealnie wyrafinowana w tej jednej pozie, tak jakby nieznajoma wiedziała wyraźnie, kim jest.

Robię zdjęcie.

Wyciąga do mnie ręce.

- Jeszcze jedno - szepcze, po czym obejmuje mnie w pasie.

Wiem, że nie mogę poczuć jej ciała przez te wszystkie warstwy ubrań, ale wyobrażam sobie, że jednak mogę, roję sobie, jak by to było mieć jej skórę przy swojej. Wyczuwam ajerkoniak, pączka bekonowego z sosem klonowym z Voodoo i zapach świeżo pieczonego chleba, który wniknął w jej ubrania. Wygląda tak, jakby miała pachnieć sosną i ogniskiem, dzikimi i nieoswojonymi terenami Wybrzeża Północno-Zachodniego. Deszczówką, wilgotną ziemią i mchem.

Ale tak naprawdę pachnie chlebem. Ciepłem. Czymś, co mogłoby cię napełnić.

- Liczę do trzech - zaczyna, a na ekranie jej iPhone'a widzę nasze twarze, policzek przy policzku.

Moją i pięknej dziewczyny w niepraktycznej kurtce, z półksiężycem uśmiechu. Płatki śniegu na jej czarnych włosach i światła miasta, skrzące się za nami.

Uśmiechamy się.

- Jeden... dwa... trzy.

Przesuwa kciukiem po ekranie, żeby zatrzymać zdjęcie, a ja wpatruję się w dziewczynę uchwyconą jej telefonem.

- W śnieżny dzień - mówię - możesz być, kim zechcesz.

Wciąż mnie obejmując, pyta:

- A ty kim chcesz być?

"Na pewno nie niezręcznym wzruszeniem ramion". Chcę być kimś, kto przyciąga nieznajomą blisko siebie na śniegu, więc właśnie to robię. Oplatam ją ramionami, przysuwam bliżej, aż nasze ciała są rozpalone i splątane. Lekko się poruszają, by się nie wychłodzić.

I wtedy zaczynamy tańczyć wolnego na śniegu. Mruczy mi do ucha melodię White Christmas, cały świat znika, gdy wirujemy na moście i mija ostatnie dziesięć minut dzielące nas od Gwiazdki. Istnieją tylko jej oddech, jej głos, jej ramiona i wszystkie miejsca, w których stykają się nasze ciała. Jesteśmy zawieszone w idealnej kuli śnieżnej zbudowanej dla dwóch osób.

W śnieżny dzień w Portlandzie można się zakochać.

Rozdział pierwszy

Wtorek, 13 grudnia 2022 roku

Napadało kilka centymetrów śniegu, który zalega na ziemi, więc - rzecz jasna - całe miasto jest na skraju katastrofy.

Ponieważ autobusy się spóźniają, zaciskam wokół szyi czerwony dziergany szalik i ze złością brnę Belmont Street, nieco ją przy tym odśnieżając. Samochody stoją zderzak w zderzak jak klocki Tetrisa, ponieważ nikt tu nie umie jeździć po śniegu. Szkoły przedwcześnie się zamknęły, więc dzieci pojawiają się w drzwiach i pasażach, radośnie tańcząc i łapiąc płatki na języki. Widzę, że dwoje maluchów kawałek dalej próbuje lepić śnieżki, które w dziewięćdziesięciu procentach składają się z brudu.

Tylko w oregońskim Portlandzie można być jednocześnie tak zachwyconym i tak przerażonym umiarkowaną ilością śniegu.

I szczerze mówiąc: pieprzyć śnieg.

Ten nawet nie spełnia meteorologicznych wymogów jego definicji. Płatki są małe i mokre, padają za szybko i połowicznie roztapiają się na betonie, gdy tylko na nim lądują. Ale to wystarczy, by autobusy się spóźniały, a cały mój dzień się posypał.

Sięgam do kieszeni puchowej kurtki, wyjmuję telefon i znów zerkam na godzinę.

Trzy minuty. Mam trzy minuty i dziesięć przecznic do pokonania, co oznacza, że spóźnię się do pracy. A jeśli spóźnię się do pracy, na pewno nie dostanę awansu i podwyżki, których tak rozpaczliwie potrzebuję. I pewnie mnie wyleją. Znowu. A jeśli znów wylecę, najpewniej stracę mieszkanie.

Dwa miesiące temu jaskrawożółta ulotka wpadła przez otwór na listy w moich drzwiach i poinformowała mnie o podwyższeniu czynszu od pierwszego stycznia. Tysiąc czterysta dolarów miesięcznie za trzydzieści siedem metrów kwadratowych rudery w przyziemiu w dzielnicy Southeast Portland.

Jeżeli stracę mieszkanie, będę musiała znaleźć zakwaterowanie w centrum miasta, gdzie trwa okrutny kryzys mieszkaniowy. A jeśli nie znajdę nowego miejsca do życia...

Lęk potęguje czarnowidztwo i podsuwa naturalny wniosek: jeśli znów spóźnię się do pracy, moje życie, czyli kupa śmieci, w końcu zostanie wrzucone do kompaktora i raz na zawsze zbite w gorącą, parującą bryłę odpadków.

Dlaczego portlandzki śnieg zawsze chce mi zniszczyć życie?

Nagle widzę pewien obraz. Dziewczyna z ogniem w oczach i śniegiem we włosach. Tańcząca na moście o północy. Jej śmiech w moim uchu, jej oddech na mojej szyi, a jej dłonie...

Nie. Bez sensu dręczyć się wspomnieniami z zeszłych świąt Bożego Narodzenia.

Zerkam znów na telefon, żeby sprawdzić godzinę, a ten wibruje od przychodzącego połączenia. Stłuczony ekran mojego iPhone'a ósemki wyświetla imię Linds obok zdjęcia kobiety trzymającej jakieś siedem i pół litra alkoholu przed Bellagio.

Przez chwilę zastanawiam się, czy tego nie zignorować, ale wyrzuty sumienia utrwalone w katolickim dzieciństwie wygrywają.

- Hej, Linds...

- Przelałaś mi pieniądze przez Venmo? - zaczyna moja matka, gdy tylko odbieram.

Jest to nadzwyczaj oczywiste, że nie, nie przelałam jej pieniędzy przez Venmo, w przeciwnym razie Lindsey Oliver nie miałaby powodu, by do mnie dzwonić.

- Jeszcze nie.

- Eleno. Kochanie. Moja dziewczynko. - Przybiera ulubiony ton najlepszej mamy, ten, którego zapewne nauczyła się z powtórek na kanale Nick at Nite, gdy była na haju przez większą część lat dziewięćdziesiątych.

Lindsey Oliver nalega, by wszyscy, łącznie z jej jedynym dzieckiem, mówili do niej Linds, podczas gdy tylko ona zwraca się do mnie per Elena, choć mam na imię Ellie, zawsze byłam Ellie, a Elena pasuje do mnie jak za ciasne dżinsy.

- Naprawdę potrzebuję pieniędzy, skarbie. To tylko dwieście dolarów.

Potrafię bezbłędnie wyobrazić sobie nadąsaną minę mojej matki przy słuchawce telefonu. Jej ciemne brązowe włosy, które farbuje na surowy blond; naturalne fale, które prostuje codziennie rano; bladą cerę, której pozbyła się przez liczne pieczątki podbite na karcie stałego klienta w salonach solarium; wysokie kości policzkowe, które rozświetla, konturując twarz.

Potrafię sobie wyobrazić jej twarz, ponieważ to moja twarz, pomijając, że ja nadal mam kręcone brązowe włosy, które Linds nazywa "nastroszonymi", i bladą cerę, przez co wyglądam na "wyblakłą". Kiedy matka nie prosi mnie o pieniądze, zapewne krytykuje mój wygląd.

- Obiecuję, proszę cię o to ostatni raz - nalega.

- Jestem pewna, że ostatni - mówię, sapiąc, bo biegnę, żeby załapać się na końcówkę zielonego światła na przejściu dla pieszych. Nie pierwszy raz w życiu żałuję, że moje jedyne ćwiczenia ruchowe to okazjonalny taniec w kuchni na imprezie, gdy czekam, aż mrożone burrito podgrzeje się w mikrofali. - Tylko chwilowo trochę cienko u mnie z kasą, muszę spłacać kredyt studencki i uiszczać czynsz, ale mam nadzieję, że dadzą mi awans na asystentkę menedżera i...

- To nie moja wina, że uparłaś się wiecznie siedzieć na uczelni i wyrzucili cię z Lycra Studio - warczy.

- Z Laika Studios - poprawiam ją po raz setny. Moja matka może zmieniać cele ścieżki zawodowej tak często i bezmyślnie, jak przebiera w mężach, ale nigdy nie przegapi okazji, by przypomnieć mi o mojej największej porażce. Nie pokazuję jej, jak wpływają na mnie te słowa, nie zdradzam się z parzącymi ziarnami wstydu, które kiełkują mi w brzuchu. - I nie jestem wieczną studentką - mówię niewzruszonym tonem. - Obroniłam magisterkę z animacji na wydziale sztuk pięknych.

- I po co ci ten szykowny tytulik, skoro nie możesz wesprzeć finansowo swoich starych rodziców?

Linds ma czterdzieści sześć lat.

Dopiero zaczyna się rozkręcać z tyradą.

- Przez osiemnaście lat - narzeka - ubierałam cię i karmiłam! Miałaś dach nad głową!

Jej twierdzenia, jakoby zaspokajała moje podstawowe potrzeby, są mocno przesadzone. Kiedy miałam dwanaście lat, poprosiłam ją o pieniądze na nowe przybory plastyczne. Nie przyjęła tego dobrze.

- Wiesz, ile kosztuje wychowanie dziecka? I chcesz jeszcze więcej?

- Dopisz mi do rachunku! - wrzasnęłam w napadzie opryskliwości z okresu dojrzewania.

A ona na to:

- Może tak zrobię!

I rzeczywiście to zrobiła. Lindsay wyliczyła koszt mojego istnienia co do grosza i oczekuje zwrotu pełnej sumy. Niestety, przez pierwsze dwadzieścia pięć lat życia nie nauczyłam się jej odmawiać. Wraz z wydechem wypuszczam w wilgotne, śnieżne powietrze nagromadzone przez cały żywot rozczarowanie matką.

- No dobra. Zobaczę, co uda mi się zrobić, żeby załatwić pieniądze.

Jej ton mięknie, a ona grucha:

- Dziękuję, Eleno, moja kochana.

I to jest to. To moja chwila. Muszę uderzyć, dopóki jeszcze chwilowo wypełniają ją matczyna duma i uczucie.

- Niedługo święta, za niecałe dwa tygodnie - osaczam ją. - Są szanse, że wpadniesz do Portlandu na Gwiazdkę w tym roku?

W moim głosie tkwi rozpaczliwa nadzieja, choć przecież już znam odpowiedź. Nie przyjechała w zeszłe święta i nie przyjedzie w te, więc już przygotowuję się na zawód.

I czy ja w ogóle tego chcę? Chcę spędzić bożonarodzeniowy poranek na zdrapywaniu skacowanej Linds z podłogi i znoszeniu jej tyrad na każdy temat, od mojego nijakiego wyglądu po jeszcze bardziej nijakie życia osobiste? Kiedy ostatnim razem spędziłyśmy święta razem w Cleveland - zanim Linds pojechała za mężem numer trzy do Arizony - zawlekła mnie do klubu nocnego, próbowała zeswatać z nietrzymającym łapsk przy sobie czterdziestoletnim pośrednikiem nieruchomości, Rickiem, a potem szybko mnie porzuciła i sama poszła do domu z przyjacielem Ricka. Nie widziałam jej przez trzy dni.

Miałam dziewiętnaście lat. Matka załatwiła mi podrobiony dowód osobisty. Wesołych, kurwa, świąt.

Czy naprawdę to moje świąteczne życzenie?

Odpowiedź brzmi: najwyraźniej tak. Nie mam nikogo innego. Jeśli zeszłe święta Bożego Narodzenia mają stanowić jakąś wskazówkę, to najlepiej, żebym nie była w tym czasie sama. Mam w zwyczaju podejmować niefortunne życiowe decyzje z powodu samotności.

- Dlaczego miałabym zamienić Phoenix na mokre i zimne miejsce? - pyta Linds, przypominając mi, że świąteczne życzenia się nie spełniają.

- Bo ja tu jestem?

Cmoka do słuchawki.

- Eleno Oliver, nie rób tego.

- Czego mam nie robić?

- Nie dramatyzuj. Zawsze taka byłaś. Nie bądź przewrażliwiona i nie próbuj wpędzić mnie w poczucie winy, bo nie chcę spędzić Gwiazdki w deszczu.

- Wcale nie...

Niski głos burczy w tle, na co Linds szepcze coś pod nosem.

- Muszę kończyć.

- Zawsze to ja mogłabym przylecieć do Phoenix - proponuję.

Ależ to żałosne. Oto dwudziestopięcioletnia kobieta błaga matkę o to, by spędziły razem święta Bożego Narodzenia.

- To nie jest najlepsza pora. Puść mi ten przelew na Venmo do wieczora, dobrze?

I tyle. Żadnego "wesołych świąt". Żadnego "kocham cię". Rozmowa kończy się, zanim zdążę się pożegnać. Wcześniejszy wstyd w moim żołądku zostaje przyćmiony przez bolesną dziurę samotności w klatce piersiowej. Spędzę święta sama w nędznej kawalerce, jedząc na kolację kurczaka rotisserie za pięć dolarów nad kuchennym zlewem.

Zalewa mnie tęsknota za domem, ale tak naprawdę nie mam domu, za którym mogłabym tęsknić, nic mnie nie czeka ani tam, ani nigdzie.

Przerywam rozmyślania o krótkiej chwili w zeszłe święta, kiedy sądziłam, że znalazłam kogoś, kto ukoi ból, kogoś, kogo nazwę domem.

Ale zawsze jestem sama, zawsze byłam sama i to, że przyszły święta Bożego Narodzenia, nie stanowi powodu, by to zmienić. Można czuć się równie zagubioną i pozbawioną celu jak w każdą inną porę roku.

Zatrzymuję się w oczekiwaniu na zielone światło na przejściu dla pieszych, a śnieg wokół mnie już zaczyna zamieniać się w deszcz.

Problem ze śniegiem jest taki, że płatki nigdy nie trwają wiecznie i zawsze pozostawiają człowieka w nieco obskurniejszej wersji świata, gdy zaczynają topnieć.

Wpatruję się w stłuczony ekran telefonu. Już jestem spóźniona do pracy cztery minuty.

Magia śniegu, niech to szlag.