Ubytki naturalne - Marek Krzystek

Kup ebooka

21.00 zł
17.43 zł (17,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Introdukcja

Kac prawnika to jego obsesja. Stado nieokiełznanych mustangów, pasących się na soczystej trawie natrętnych myśli o błędnych opiniach prawnych, źle napisanych apelacjach, tragicznych wystąpieniach w sądzie. I w głowie trwa wyścig tych dzikich rumaków.

W domu, przy obiedzie, potem przy telewizorze. Niezależnie od pory dnia, czy nocy, kiełkują w najgłębszych zakamarkach rdzenia przedłużonego i oplatają wszystkie tkanki. Blokują dostęp dla codziennych i zwykłych zdarzeń. Rzeź w Pakistanie, konający ludzie, krew spływająca ulicami, huragany w Alabamie, kłopoty Grażynki i Rysia w popularnym serialu - tragedie wciskające się z każdego kąta współczesnego mieszkania są nieważne, przy czarnych myślach o apelacji w sprawie Jarnota.

"Apelacja puszczona w ostatni dzień! Zawsze sobie powtarzałem, żeby wysyłać już po tygodniu, nie ryzykować. Ale tylko czternaście dni na napisanie tak poważnego pisma. Ktoś, kto wymyśla te terminy, sam chyba nigdy niczego nie musiał pisać. A już na pewno nie tak skomplikowanego pisma, jak odwołanie. Do ostatniej chwili trzeba było uzgadniać treść i nanosić poprawki" - myślał Franek siedząc na fotelu w domu. I pismo zostało zaniesione na pocztę właśnie w ten czternasty dzień. A po pracy zaczęły kiełkować te ziarna chwastu na żyznej glebie umęczonego umysłu prawnika:

"Czy przyjrzałem się pieczątce na prezentacie? Bo jak nie, to całkiem prawdopodobne, że zawaliłem termin. Mogłem też czegoś nie dopatrzeć, nie wpisać sygnatury akt, nie wpisać powoda, pozwanego. Nie podpisać się! A czy prawidłowo obliczyłem opłatę? Prawnik godnie zastępuje saperów, przynajmniej w powiedzeniu, że myli się tylko raz. Chwila nieuwagi i nawet trudno się tłumaczyć. Najlepiej od razu napisać o rozwiązanie umowy. Jeśli oczywiście pracodawca jest łaskawy. Ale i tak sąd napisze z przyjemnością donos do Izby: Proszę Izby, taki a taki sławny adwokat opuścił w piśmie numer sprawy. W związku z powyższym (jakże kocham ten uroczy urzędowy slang) prosimy o wyciągnięcie konsekwencji dyscyplinarnych. A że sprawa nie jest warta złamanego grosza. No cóż, najmniej ważna jest treść, bo to, co istotne już dawno uległo zapomnieniu pod zwałowiskiem biurokracji. I jak tu zapomnieć w domu o pracy?"

Franek sprawę Jarnota zamknął, wysłał odwołanie, teczkę złożył do szuflady w biurku w jego pokoju w pracy nie bez pewnej chwilowej ulgi, że ta robota jest już zakończona. Argumenty wydają się być wydumane i napisane tylko dla formalności, sąd przecież nie pominął żadnych istotnych kwestii. Apelacja została napisana tylko po to, żeby nikt nie zarzucił mu zaniedbania obowiązków. Pomimo to Franek nie mógł w domu w żaden sposób odgonić natrętnych myśli.

"Dobrze, koniec z rozmyślaniem, trzeba zrobić coś dla domu. Może by naprawić spłuczkę?". I znowu ta obsesyjna myśl:

"Ale czy rzeczywiście podpisana; no właśnie czy aby podpisana? Nie, nie, koniec dumania nad pracą. Jesteś chłopie w domu, jesteś zaryglowany, wróg czeka daleko w robocie". Lecz na powracające myśli nie ma żadnych barier. Przechodzą przez wszystkie mury. By je odgonić, musi zastosować szybko działające antidotum.

Recepta na kaca dla prawnika: kieliszek (pięćdziesiątka) zielonogórskiej (40 procent) albo dwa, piwo Dojlidy ( 0, 33 litra) albo dwa, podawać wieczorem przed próbą zaśnięcia.

- Sonio, po kieliszeczku - mrugnął okiem do żony.

Sonia też miała swoje kłopoty i miała zaproponować w tej samej chwili to samo. Po tylu latach wspólnej wojaczki przeciwko wrogiemu światu rozumieją się bez słów, przynajmniej, co do doboru alkoholi. Co do reszty tematów, potok słów, a raczej wielkie morze słów, nie wystarcza, by się porozumieli.

Wieczór trwał taki sam jak od trzynastu lat. Promile na chwilę przywróciły normalne funkcjonowanie obojgu, ale szybko wyparowały. Żeby zasnąć Franek musiał zakraść się do lodówki. W lodówce był najlepszy farmaceutyczny środek nasenny, chłodny słomkowy napój (reklamowany, jako złocisty), przemycony wczoraj - dobrze ukryty przed żoną, chłodził się w worku z zieloną sałatą. Ale ręka trafiła w pustkę.

- Jeżeli czegoś szukasz, to znajdziesz w nocnym - usłyszał głos Soni dobiegający z pokoju - a przy okazji możesz kupić Dojlid też dla mnie. Aha, jeszcze maślankę i masło, ale takie prawdziwe, a nie gotowe do natychmiastowego rozsmarowania.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Właściwie Franek nie musiał nastawiać budzika. Rano natarczywa myśl o apelacji Jarnota obudziła go o piątej.

"Podpisałem się, czy nie?". Pamiętał wszystko. Rozłożył sobie napisany dokument na biurku, w trzech egzemplarzach. Dwa do sądu jeden dla siebie. Było wpół do czwartej po południu. Poczta przyjmuje przesyłki do za dziesięć czwarta. Nie da się nie zdążyć.

Przewrócił się na drugi bok, zamknął oczy, ale sen na pewno już nie powróci. Spojrzał na zegarek w komórce - dziesięć po piątej. Za oknem poranne zimowe słońce jeszcze nie zaczęło oświetlać sąsiedniego bloku. Franek usiadł na brzegu łóżka, znowu się położył, czekając na dźwięk budzika.

"Oj, żeby tak nigdy nie nadeszła szósta godzina" - westchnął w duchu.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Soni jeszcze dzisiaj nie zobaczył, ale jej srebrzysty głos zapowiadał ciepłe poranne przywitanie.

- Antek, cześć, znowu muszę po tobie zbierać okruszyny, popatrz jak wygląda blat w kuchni. Jak rano wstaję, to chciałabym od razu zacząć przygotowywać śniadanie dla kota. Zobacz, jaki chodzi głodny. A tracę czas, żeby sprzątać w kuchni i to po tobie.

Wchodząc do kuchni Franek starał się cokolwiek odpowiedzieć, ale o 6.30 jego świadomość przypominała niezapalony silnik jego malucha. Zagadką poranka było, czy ten jego silnik zdoła odpalić w dzisiejszym, przenikliwie chłodnym dniu. Franek nie zdążył rozpocząć ceremoniału porannego krojenia chleba, bowiem Sonia wyszła do pokoju, ale jak się okazało zaraz został wezwany na wizję lokalną ze swoim udziałem, czyli podejrzanego, a właściwie skazanego.

- Ty oczywiście, jak zwykle, milczysz. A tu popatrz, jak wygląda mieszkanie po wczorajszym wieczorze: nieumyte talerze na stole, walające się stada ubrań, jeszcze puszki po piwie na podłodze. To tak daleko zanieść je do kosza? Mieszkasz tu tyle lat, ale trzeba by dla ciebie poustawiać drogowskazy z napisami: "Kosz na śmieci", "Kosz na brudną bieliznę", "Zmywarka". Jasne, pójdziesz sobie zaraz do pracy, a osobista służąca wszyściutko zamiecie i posprząta. Wielki pan mecenas jest zapracowany, a nikt nie widzi jak jego żona codziennie wystaje przy garach. Skoro przyjeżdżasz po pracy, a obiadek zawsze jest podany, to chociaż byś wieczorem nie zostawiał po sobie gnoju. No popatrz sam, jaki chlew zrobiłeś w pokoju.

- A to, co to jest, niby? - z wyrazem twarzy wypełnionej dozgonną nienawiścią Sonia sięgnęła pod krzesło i podstawiła mu prosto pod nos zwitek czarnych skarpetek. Fakt, zapomniał wczoraj te skarpety wrzucić do kosza z bielizną.

- To są... - Franek postanowił być cokolwiek śmieszny, mimo porannej pory i wypalił - to są podwiązki.

- Ha, ha. Podwiązki, ach podwiązki - odpowiedź podejrzanego bynajmniej nie zbiła śledczego z pantałyku. - Bardzo śmieszne. Po prostu przezabawne. A niby czyje? Ja nie używam, a tobie raczej pod spodniami nie byłoby w nich twarzowo.

- Mojej kochanicy - Franek ciągnął dalej, choć widać było gołym okiem, że podwiązkowy temat nie ostudzi zapału wojennego Soni.

- A myślałby kto - żonka jednak rzeczywiście nie straciła wojennej werwy. - O kochanicy to ty sobie możesz co najwyżej pomarzyć w snach. Ciekawe, czym takim miałbyś jej niby zaimponować, bo chyba nie nocnymi sukcesami...

"Och - pomyślał Franek - cios godny kick-boxingu. Lepiej nie dać się sprowokować, bo w uderzeniach poniżej pasa Sonia jest mistrzem świata federacji WBC we wszystkich kategoriach".

- ... zresztą, skoro ją już masz, to droga wolna. Wyprowadź się do niej razem z tym swoim stadem brudnych skarpetek.

Mówiąc to Sonia niezwykle zgrabnie sięgnęła pod komodę, skąd wyciągnęła zwinięte białe slipy.

"Czy ona to wszystko przygotowała dzień wcześniej?" - zdążył pomyśleć Franek.

- To są męskie majty. Mówię ci to, bo najwyraźniej masz jakieś trudności z rozróżnianiem nazw części garderoby. Otóż informuję cię, że miejscem dla slipów jest albo tyłek, albo ewentualnie kosz na brudną bieliznę. Już raz musiałam wrzucić ci twoje gacie za sofę, jak przyszedł pan Wilk w sprawie kupna mieszkania. Pewnie tych gaci to do dzisiaj nie zabrałeś.

Franek zerknął pod sofę. Rzeczywiście, leżały sobie zwinięte w kulkę jego czarne slipy. Nie ma co dyskutować, a w szczególności, gdy ma się łeb wypełniony szczelnie pustką. 6.45. Czas jednak pokroić chleb. Trzeba też uruchamiać malucha, a i powoli włączyć swoje pięć klepek. Oj, co jest trudniejsze?

Zapalanie malucha to kolejna poranna przeszkoda do pokonania na drodze do prawniczej sławy. Rzęził, parskał, prychał - i nic. Parę dni grudniowych mrozów i maluch postanowił wziąć sobie urlop na żądanie. Po nieudanej próbie poskromienia buntu, właściciel pokornie wrócił z aktówką do przedpokoju swojego mieszkania.

- Holender jasny! Muszę dzwonić do pracy do Ewy. Dzisiaj rozprawa o dziesiątej, a ja będę jeszcze w drodze. Tak to jest, gdy się pracuje w sąsiednim województwie. Autobus mam dopiero za godzinę. - Franek mówił bardziej do siebie, a mimo to żona wtrąciła:

- Samochodzik nie zapalił. Jak na to patrzę, to nie wiem czy się śmiać czy płakać. Wielki pan mecenas, praca w spółce akcyjnej, na stanowisku i czego się dorobiłeś. Popatrz, sąsiad z pierwszego piętra, cieśla - buduje sobie dom, a obok niego mieszka sąsiad, ten, co pracuje na kopalni. Pamiętasz, że miał, tak jak ty, małego fiata, a teraz spójrz - nawet nie wiem, jaki rodzaj toyoty. Żaden z nich nie osiwiał jeszcze od roboty, a jakoś im się wszystkim nieźle powodzi. U ciebie nie liczy się nic, tylko wciąż praca i praca, o domu to zapominasz. Uzmysłów sobie wreszcie, że raczej w tej robocie nie nabijesz sobie kabzy, a ja tym bardziej z tobą... Jak chłop jest stale poza domem, to przynajmniej zostawia pieniądze. A ciebie ciągle nie ma, a jeżeli już jesteś, to stale myślisz o tych swoich kazusach, czyli tak jakby cię nie było. A kasy tyle z tego, że nie starcza na czynsz. Może ty coś pomyśl nad tym swoim życiem.

"Ale kiedy mam nad tym myśleć, skoro pracuję na okrągło" - powiedział w duchu do siebie Franek, ale głośno jęknął:

- Jak ja powiem Ewie, że musi jechać dzisiaj na rozprawę? Na pewno nie będzie jej to w smak.

- Najlepiej zadzwoń do prezesa, niech przyśle po ciebie samochód służbowy.

- Już widzę, jak dzwonię do sekretarki prezesa, żeby mi przysłała samochód. Spadłaby z krzesła z wrażenia. Musiałbym jej jeszcze zapłacić odszkodowanie za połamane nogi.

- A skąd wiesz? Jeżeli chcesz być figurą w tej swojej spółce akcyjnej, to spychaj na innych swoje kłopoty. A tak to nikt nie ma pojęcia, że twoje istnienie jest dla tej firmy takie istotne.

- Otóż to. Dopiero jak odejdę, to odkryją, jaki byłem niezbędny.

- No to powiedz, czy rzeczywiście jesteś taki ważny? Bo na mój gust, czy będziesz, czy nie będziesz, na jedno wychodzi. I tak nikt tego nie zauważy. A do roboty zawsze jakiegoś jelenia sobie znajdą.

- Nie rozumiesz. Jak na razie, to jednak jest mój obowiązek i moje jedyne źródło utrzymania.

- Jak to jest twój obowiązek, to raz niech ktoś coś zrobi za ciebie, przynajmniej wtedy cię dostrzegą, skoro sam nie dbasz o swoją promocję.

- Ano właśnie, dzwonię do Ewy.

I sięgnął po telefon komórkowy.

- Cześć Ewa, kurczę, samochód mi nie zapalił, a mam o dziesiątej sprawę Majewskiego...

W telefonie dało się słyszeć kobiecy głos.

- No tak, zapomniałem, przecież dzisiaj masz rozprawę w Krakowie.

- ...

- Aha, już na nią jedziesz. Dobra, jasne, najwyżej przedzwonię do sądu, że się spóźnię. Trzymam kciuki, ale nie życzę powodzenia, bo to podobno przynosi pecha. Cześć.

- No to klops - powiedział do Soni zrezygnowanym głosem Franek. - Sąd mi na pewno nie odroczy rozprawy z powodu mojego samochodu. Będzie afera w pracy. Nawet akta zostawiłem w robocie. Cholerny maluch - prawie już płakał.

- Słuchaj, a nie może ta twoja aplikantka, pani Ewelina, choć raz cię zastąpić.

- Nie za bardzo. Jeszcze nigdy nie stawała przed sądem. Już sobie wyobrażam, w jaką panikę wpadnie gdy usłyszy, że za chwilę ma iść na rozprawę. Ona każdą głupotę musi przygotowywać przez tydzień.

- Antoni, trochę wiary w ludzi. A może ona tylko czeka na taką okazję i marnuje się w biurze. Wiemy, jaka jest wyszczekana. Na pewno da sobie radę w sądzie. Uważam, znając ją, że występy przed tymi trybunałami mogłyby być jej żywiołem.

- Tu masz rację. Też jestem pewien, że poradziłaby sobie świetnie. Zresztą w tej sprawie cała dokumentacja jest już złożona w sądzie. Właściwie to wystarczy przyjść na salę rozpraw i oznajmić, że się jest.

- No to, na co czekasz, dzwoń do niej. Sytuacja jest podbramkowa.

Franek zaczął wydzwaniać do swojego działu prawnego, ale bezskutecznie - nikt nie odbierał telefonu.

- Pani Eweliny jeszcze nie ma w pracy - stwierdził po chwili.

- O tej porze? Czyżby też jej się zepsuł samochód?

- Co ty, ona chodzi do pracy na nogach.

- W takim razie pozostał ci tylko telefon do pani kierowniczki działu prawnego.

- O nie, to już wolę, żeby rozprawa odbyła się beze mnie. Jak tylko kierowniczka się dowie, że nie przyjechałem z powodu samochodu, to po pierwsze się wścieknie na mnie, po drugie mnie opieprzy, po trzecie i tak nie pójdzie na rozprawę, po czwarte będzie mi to wypominać do końca mojej pracy, po piąte...

- po piąte zamiast się użalać nad sobą, to pomyśl. Z pewnością nasz sąsiad od toyoty zostawił sobie kable do zapalania samochodów. Wiesz, on ma w tym tygodniu na popołudnie. Na pewno chętnie ci pomoże.

- Miejmy nadzieję, że nie śpi. Już pędzę do niego.

 

"Skąd te kobiety wiedzą wszystko o sąsiadach? Nie wychodząc z domu moja Sonia zna imiona wszystkich dzieci w klatce, wie, kto gdzie pracuje, jakie mają samochody i jeszcze na dodatek, kiedy są w domu" - myślał Franek pukając do sąsiada

- Jasne panie Antoni, że mam kabelki. Ino muszę się ubrać.

- No tak panie Witku, zbudziłem pana.

- E tam. I tak miałem wstawać. A sąsiadowi, wiadomo, trza pomóc.

Po chwili obaj stali już przy swoich samochodach. Pan Witek uruchomił swoje auto sposobem "od pierwszego strzału". Maluszek Franka już nawet nie rzęził. Za moment Franek ujrzał przed sobą maskę toyoty, a sąsiad właśnie rozpinał kable pomiędzy pojazdami.

- Panie Antoni - krzyknął pan Witek - ja zapalam, a pan czeka.

- To nie uruchamiać na raz obu? - zdziwił się Franek.

- Najlepiej jak pan wysiądzie ze swojego gruchotka, pogadamy przez chwilę i dopiero wtedy będzie pan mógł przekręcić stacyjkę.

Pan Witek stał przy obu samochodach, potężnej toyocie i połączonego z nią chwilowym węzłem maciupeńkiego maluszka. Z otwartą maską toyota wyglądała jakby zamierzała połknąć i schrupać uszykowaną dla niej niewielką kanapkę.

- Popatrz pan, jeden taki luksusowy, a drugi taki skromny, a jednakowo służą temu samemu - zaczął dość filozoficznie pan Witek. - Ale panie Antoni, czas pomyśleć o jakiejś inwestycji.

- Panie Witku, o tym to ja już od dawna myślę. Ale samo myślenie to za mało.

- Panie Antoni, pan to myśli o niewłaściwych rzeczach. Bo w pracy to pewnie pan głównie zastanawia się nad robotą. To też, oczywiście, jest ważne. Ale w robocie trzeba najwięcej się głowić, jak zarobić a nie jak się zarobić. A jak nie chcą płacić, to ich pożegnać. Myśli pan, że jakbym siedział w jednym miejscu, to bym posiadał takie cacko.

- Sęk w tym, że nie widzę na horyzoncie jakiejś propozycji.

- E tam, ja nie mam jakiegoś tam wykształcenia, a robotę znajdę, a co dopiero pan po szkołach. Ale czas już odpalać. Teraz ja wsiadam do swojego cacka i dodaję lekko gazu, a pan siada i zapala malucha. Powinien odpalić.

Kuracja w rzeczy samej okazała się nad wyraz skuteczna. Po dawce elektrowstrząsów w maluszka wstąpił nowy duch i raźno poruszył zamarzniętymi tłokami.

- Jak ja się panu odwdzięczę? - Franek zapytał pana Witka, który pakował kable do samochodu.

- Panie Antoni, ma pan trzy wyjścia, finansowo bardzo dotkliwe. Albo kupić nowy samochód, albo nowy akumulator, albo wylizingować ode mnie kable. Ale tego ostatniego rozwiązania bałbym się najbardziej. Pan rozumie to jednak już nie ta wątroba.

Franek ruszył z kopyta i już przejechał jakieś sto metrów, kiedy przypomniał sobie o teczce, którą zostawił na komodzie.

 

Sonia coś tam przygotowywała w kuchni i nawet nie wyjrzała za nim, tylko zapytała się nieco głośniej:

- I jaki rezultat naprawy? Jedziesz do pracy, czy zostajesz?

- Ten nasz sąsiad jest nieoceniony. Maluszek zapalił. Ja już lecę.

Franek otwierał samochód, gdy usłyszał dobiegający z okna głos Soni.

- Hej Antoni, a śniadanie?!

Biegnąc kolejny raz po schodach, popatrzył na zegarek w telefonie. Nie ma siły, nie zdąży do firmy po akta sprawy. Mógł je zabrać w piątek, no, ale zajmował się apelacją. Poza tym, kto mógł przewidzieć dość przyziemne problemy z samochodem. Trzeba będzie improwizować na rozprawie. Ostatecznie wszystkie dowody i pełnomocnictwo zostały już złożone w sądzie. Franek wpadł do kuchni, złapał za rączkę do drzwiczek od dość zaawansowanej wiekowo lodówki, by wyjąć przygotowane wcześniej zawiniątko, lecz uchwyt pozostał mu w dłoni.

"No tak, pilnej inwestycji wymaga nie tylko samochód" - pomyślał.

- Chyba nie zostawisz mnie z taką lodówką. Już dawno mówiłam, że trzeba kupić nową - zauważyła rzeczowo Sonia.

- To kup, ja też jestem za tym - żachnął się Franek.

- Dobrze. Jak taki jesteś męski, skoro kobieta musi za ciebie załatwić tak prostą czynność, jak kupno lodówki, to ja, mimo, że wątłą jestem niewiastą, sobie z tym poradzę. Ale najpierw pojadę do mojej pracy. Ale po południu, już po robocie, przejdę się do AGD. Tylko, że najpierw wezmę gotówkę z konta...

- Tylko nie z naszego, bo ono akurat jest puste.

- Przepraszam, innego nie mam.

- To sobie załóż!

- Raczej potrzebne nam są nie nowe konta, tylko odpowiednie pieniądze wpływające na to, które posiadamy. Pracujemy we dwójkę, a ledwo zipiemy. Ja nie wiem jak inni to robią. I to mamy takie dobrze płatne zawody. Przynajmniej tak piszą o tym w gazetach. Ja, jako księgowa, a ty, jako prawnik. A tu żyjemy od wypłaty do wypłaty. Ja widzę tylko jedną radę: zmień sobie pracodawcę. Wiesz, że jak się jest w jednym miejscu za długo, to przestają doceniać pracownika. Pracodawcy teraz uwielbiają kreatywnych pracowników, to znaczy takich, którzy kreatywnie szukają nowej roboty. Coś musisz z tym zrobić.

- I co ja mam coś z tym zrobić, bo nie rozumiem. Przecież też pracujesz. Powiedz mi, co właściwie dzieje się z twoją wypłatą. Jeszcze jakoś nie widziałem dotąd tych pieniędzy.

- Nie wiesz, że kobieta musi mieć swoje zaskórniaki. Liczyć na ciebie, że odłożysz na czarną godzinę, to jak liczyć na wygraną z jednorękim bandytą w naszej piwiarni.

- Wiesz co, Sonio, bez rączki też można ją otworzyć, a działa tak jak działała. Może skoro już dziesięć lat wytrzymaliśmy z tą lodówką, to przełóżmy ten wyjątkowy dzień przeznaczony na wywiezienie jej na złomowisko. Ja muszę naprawdę już lecieć. O której ty wychodzisz do pracy?

- Właściwie to zaraz, tylko zrobię śniadanie i w drogę.

 

Jednakże Franek, ledwo zszedł na dół, stanął przy swoim pojeździe i stwierdził, że tym razem zostawił kluczyki od samochodu na lodówce. W te pędy pokonał po raz kolejny schody na trzecie piętro, wypełniając tym samym dzienną normę joggingu zalecaną przez poczytny tygodnik "My kokietki". Niczym wicher wpadł do kuchni i porwał kluczyki. Wtedy dopiero spojrzał na małżonkę. Jakież było jego zdumienie, gdy ujrzał ją podśpiewującą coś pod nosem i przygotowującą stertę kanapek.

- Ty aż tyle jesz na śniadanie?! Sonio, zostałaś górnikiem przodowym?

Sonia dopiero teraz zauważyła męża i widać było po niej lekkie skonsternowanie.

- To dla mnie i dla szefa.

- Nie mamy forsy, a ty przygotowujesz swojemu szefowi śniadanie? Teraz to przynajmniej wiem, na co wydajesz te swoje zaskórniaki - powiedział z wyrzutem.

- Muszę o niego dbać. On mi przynajmniej płaci. Idź ty już wreszcie do tej roboty. Jak tak się do niej zabierasz jak dzisiaj rano, to nie dziwię się, że nie potrafisz na nas zarobić.

- Wydawało mi się, że otrzymujesz od niego minimalne wynagrodzenie. Czy to ma być ta inspiracja, żeby mu szykować śniadanie.

- Pracuję u niego ledwie niecałe trzy miesiące, to ile niby miałby mi płacić. Jak wiesz, on jest prywaciarzem, a taki liczy każdy grosz. Lepiej zadbaj o swoje wynagrodzenie za tyle lat ciężkiej harówy. Jak się przyjrzeć obiektywnie, to zarabiasz coraz mniej.

- Dobra, nie czas teraz na kolejną dyskusję o tym samym. Jak w ogóle ten twój hurtownik się nazywa?

- Marcellus Koza, jeżeli ci się to do czegokolwiek przyda.

- Świetne imię. Zastanowimy się nad tymi twoimi kanapkami kiedy indziej. To cześć.

 

Opuścił mieszkanie, bez jakichkolwiek wzajemnych serdecznych gestów. Od bardzo dawna nie było między nimi oznak bliższej czułości. Oboje wychodzili i przychodzili do domu, jak do poczekalni na dworcu. Aż dziw, że jeszcze mówili do siebie "dzień dobry" i "do zobaczenia". Raczej nie wynikało to z przyzwyczajenia, lecz bardziej z wyuczonej kurtuazji. Nawet nie można było powiedzieć, że z powodu kanapek burzowe ciemne chmury zasnują ich wspólne popołudnie. Nie było już między nimi burz, gromów, piorunów i wichrów. Powietrze było w tym domu tak gęste, że nic nie było w stanie go poruszyć.

Rozdział I

Sąd

- Pani Aniu, ile mamy jeszcze czasu? Czy wokanda już wisi na drzwiach? - zapytała się sędzia Zalewska i nie słuchając odpowiedzi sięgnęła po grube akta leżące na stole.

- No proszę - sędzia mówiła bardziej do siebie, kartkując powoli strona po stronie akta z zielonym paskiem na okładce, na których ręcznie było zapisane na przedniej stronie:

 

Majewski contra Syntezza S.A"

 

- Dyscyplinarka za alkohol - mruknęła. - To raczej długo nie potrwa. O nawet adwokata sobie wziął. Ciekawe, z czego go opłacił. Przynajmniej mecenas Adamczyk sobie zarobi. Pani Aniu, prosimy strony.

Pani Ania szybciutko podreptała do drzwi i piskliwym głosikiem wywołała sprawę:

- Majewski przeciwko Syntezza S.A.

- Pani Aniu - lekko skarciła ją sędzia, gdy ta usiadła z boku stołu sędziowskiego za maszyną do pisania - proszę wzywać strony z trochę większą werwą, bo w tym szumie na korytarzu nie zauważą, że rozprawa się zaczęła, a potem, wie pani, będą skarżyć się do pani prezes i trzeba będzie znowu pisać głupie wyjaśnienia.

Wbrew obawom pani sędzi, do sali weszli trzej panowie, jeden z nich średniego wzrostu, w szarym, raczej powyciąganym sweterku, pozostali w czarnych szatach, z których jedna miała zieloną obwódkę, a druga niebieską. Przez chwilę pan w szarym sweterku zastanawiał się gdzie usiąść i skierował się do ławy stojącej po jego prawej stronie. Pan posiadający zieloną obwódkę lekko klepnął go w ramię i obaj zasiedli po lewej stronie sali. Kiedy wszyscy usadowili się na właściwych miejscach, powód po prawicy, a pozwana po lewicy Wysokiego Sądu, sędzia zwróciła się do pana z zieloną obwódką:

- Słuchamy, panie mecenasie.

Pan mecenas, podniósł się powoli, poprawił swoje akta na ławie, następnie złapał za rączkę od okularów, które dla dodania powagi swoim słowom zdjął z nosa i zaczął przemawiać w te słowa:

- Proszę Sądu, ja w imieniu mojego mandanta, wnoszę o przywrócenie go do pracy, bowiem został z tejże pracy zwolniony niesłusznie. Jak mi będzie dane dowieść w tej sprawie, dowody, które strona pozwana posiada są daleko nieprzekonywujące. Nie od dzisiaj wiadomo, że Syntezza S.A. prowadzi proces restrukturyzacji, którego główną ofiarą padli jego pracownicy. W takiej atmosferze, wytworzonej przez pracodawcę, kadra kierownicza niższego szczebla, chcąc się przypodobać dyrekcji, szuka każdego pretekstu by pracowników się pozbywać, bez zachowania wymogów ustawy o zwolnieniach grupowych. Dowiodę tutaj, podczas tego przewodu, że mandant mój, pracownik do tej pory nienaganny, stale chwalony, regularnie premiowany... - w tym momencie pan Majewski pociągnął mecenasa za togę i szepnął do niego:

- Ale ten ciupas kierownik od trzech lat nie dawał mi premii.

- Ach tak - zreflektował się mecenas - więc pracownik z długoletnim stażem pracy, nie dał żadnego powodu by postąpić z nim tak bezdusznie. Należy zauważyć, że powód pracował fizycznie w warunkach ciężkich, by nie rzec szczególnych, w pyle i kurzu, ładując, rozładowując, przenosząc dzień w dzień tony towarów. Nieodłącznym towarzyszem takiej pracy, pracy ponad ludzkie siły jest zmęczenie, pot i słanianie się na nogach. Proszę zwrócić uwagę ma sposób wysławiania się człowieka po wielkim wysiłku. Mowa jego jest bełkotliwa, nie jesteśmy w stanie odróżnić poszczególnych słów, po prostu jest dla nas niezrozumiały. I do człowieka tak oddanemu swojej pracy, podchodzi patrol, który po zewnętrznych objawach stwierdza stan upicia się powoda. Wysoki sądzie, to, co napisał patrol w swoim raporcie, po uważnym wczytaniu się, może dotyczyć każdego z nas. Bo któż z nas nie był choć raz zmęczony ciężką fizyczną pracą! Zaświadczam, że przy takim podejściu, jaki miał tenże patrol, z całą pewnością każdy zostałby, będąc po znacznym wysiłku, uznany przez niego za osobę pijaną. Tak więc przedmiotowy raport został spisany naprędce, nonszalancko i bez żadnego szacunku dla prawdy. Od pracownika pozwana żąda stałej pracy na najwyższym poziomie, bez uwzględnienia zwykłego jego zmęczenia w ciągu dnia pracy. A przecież człowiek to nie automat! Ma prawo odczuwać znużenie i adekwatnie do tego się zachowywać. I pozwana, wykorzystując taki moment znużenia pracownika, sprowadza podstępnie strażników, po to by dmuchał on w jakieś podstawione mu pod nos baloniki. I jeszcze twierdzi, że to jest działanie zgodne z prawem! A czy pozwana przedstawiła atest na alkomat? Oczywiście, że nie. Bo takiego aktualnego atestu to urządzenie nie posiadało. Śmiem twierdzić, że pozwana przy badaniu powoda posługiwała się jakimś alkomatem kupionym, za przeproszeniem, w najbliższym supermarkecie, dla samobadania się przez kierowców. Urządzenia, na które powołuje się pozwana, wobec niespełniania przez niego podstawowych norm, za wiarygodne nie może być uznane. Widząc tak bezprawne działanie pozwanej powód miał całkowitą rację, odmawiając poddaniu się badaniu alkomatem.

Powód, który bardzo uważnie wsłuchiwał się w wywody swojego pełnomocnika, znowu pociągnął mecenasa za togę i szepnął:

- Panie mecenasie, ale nie odmówiłem, ino nie mogłem trafić do ustnika.

Na co mecenas również szeptem gwałtownie zareplikował:

- Niechże mi pan nie przeszkadza w pracy.

I ciągnął dalej niezrażony:

- O proszę, powód potwierdza, że był tak zmęczony, że po całym dniu pracy nie miał siły napełnić powietrzem balonika! Pozwana żąda od pracowników nadludzkiego wysiłku i jeszcze serwuje im atrakcje w postaci niesłusznych podejrzeń. Pozwana zachowuje się niehumanitarnie. Powód pracując, łożył z jednej pensji na swoich najbliższych. Pozwana, zwalniając powoda z pracy, bez żadnego wypowiedzenia, z dnia na dzień, pozbawia jego, a także jego rodzinę, w tym dwójkę dzieci będących na jego wyłącznym utrzymaniu jakichkolwiek środków do życia. Z tych wszystkich okoliczności wnoszę jak na wstępie.

Sędzia cały ten wywód mecenasa skwitowała krótkim wpisem do protokołu:

"Powód wnosi jak w pozwie", i zwróciła się do pana Franka, ubranego w togę z niebieską obwódką.

- Dziękuję panie mecenasie, a o co wnosi pozwana?

- Wnoszę o oddalenie powództwa w całości - powstał i odpowiedział śpiesznie pan Franek.

- Czy jakieś uzasadnienie?

- Absolutnie błędnymi są wnioski przedstawione przez mojego adwersarza. Powód wykonując pracę dla Syntezzy S.A. był zobowiązany do przestrzegania regulaminu pracy. Z tegoż regulaminu wynika jasno, że na każde żądanie pracodawcy pracownik jest zobowiązany do poddania się badaniu na trzeźwość. Można oczywiście kwestionować wyniki takiego badania, ale nie w formie odmowy badanie w ogóle. A jedynym dowodem na trzeźwość, jaki przedstawił powód było to, że właśnie nie poddał się testowi, ani w zakładzie pracy, ani na policji. Gdyby przyjąć takie rozumowanie, to za nietrzeźwego w pracy należałoby uznać wyłącznie tych, którzy się do tego przyznali. Dlatego właśnie cytowany regulamin jednoznacznie ustanawia domniemanie uznania za nietrzeźwego każdego, kto odmawia poddania się testowi na trzeźwość. Powód zajmował stanowisko, na którym bardzo ważne było właściwe i terminowe wykonywanie obowiązków, stanowisko związane z częstymi kontaktami z klientami Syntezzy S.A. Tymczasem powód, poprzez stan upojenia alkoholowego, zdezorganizował pracę całego wydziału. Przy zmniejszonym zatrudnieniu mamy prawo oczekiwać odpowiedzialności za swoje zachowanie, jednakże powód żadnych standardów przynależnych człowiekowi pracy nie przestrzega. Puszczenie płazem wybryku powoda wpłynęłoby demoralizująco na pozostałą część załogi, tak zaangażowaną w swoją pracę. Jako wiodąca firma w kraju w dziedzinie produkcji związków chemicznych nie możemy sobie pozwolić na to, by osoby nietrzeźwe obsługiwały naszych klientów. Wobec tego, że powód odmówił poddania się badaniu alkomatem, uważam, że żadnego znaczenia nie ma, czy tenże alkomat był atestowany, czy też nie. Proszę zwrócić uwagę na opis zachowania się powoda. To nie był człowiek zmęczony, ale pijany. Czym miałby się zresztą zmęczyć po dwóch godzinach pracy? Pan mecenas sugeruje, jak mniemam, iż powód także ze względu na dobro rodzinny winien być zwolniony od odpowiedzialności za swój stan nietrzeźwości. Proszę Wysokiego Sądu, jest na odwrót niż twierdzi mój przeciwnik procesowy. Odpowiedzialność za losy rodziny winna u powoda przeistoczyć się w rozwagę na swoim stanowisku pracy. Właśnie zachowanie powoda świadczy o braku jakiegokolwiek poszanowania nie tylko dla pracodawcy, ale także swoich najbliższych, których pozostawił bez środków utrzymania. Z tego powodu także wnoszę jak na wstępie.

 

Także i to wystąpienie sędzia podsumowała krótkim wpisem do protokołu:

"Pozwana wnosi jak w odpowiedzi na pozew".

- Na początek panowie - zwróciła się sędzia do obecnych - wysłuchajmy może pana powoda. Panie Majewski, proszę podejść tutaj do barierki. Ile pan ma lat?

Pan Majewski, trochę niepewnie popatrzył na swojego adwokata, który ruchem ręki wskazał na barierkę stojąca na środku sali.

- Pięćdziesiąt pięć proszę pani - powiedział powód, gdy wsparł się rękoma o korpus barierki.

- Proszę opowiedzieć, co się wydarzyło w pracy dwunastego października tego roku - zwróciła się sędzia do pana Majewskiego.

- Miałem na szóstą rano, odbiłem kartę, jak co dzień, wlazłem do pakamery, łotwieram szafkę, a tu na półce stoi połówka, a żem wcale jej tam nie wkładał.

- Z całą pewnością jej pan tam nie wkładał, ale zapewne napił się pan zawartości?

- O nie proszę pani, ja w pracy nie chleję - odpowiedział z dumą Majewski.

- Proszę zwracać się do mnie "proszę Sądu"- skarciła go sędzia.

- Dobrze, proszę pani Sądu.

- Proszę Sądu - poprawił pana Majewskiego jego adwokat. - Proszę powiedzieć Sądowi, czy szafka była zamknięta.

- No właśnie, tom się zdziwił, że była zamknięta na kłódeczkę. Ale to są takie kłódki, co byle kto je może szpilką łotworzyć.

- Czyli sugeruje pan, że ktoś ją panu podłożył? - podpowiedziała sędzia.

- Przecie z nieba nie sfrunęła akurat do mojej szafeczki. No to jakżem zobaczył ta połówka, tom zawołał Ignacego, znaczy Grynieckiego, no i obaj my zyrkali do tej szafki i byli coraz bardziej zdumieni. I wtenczas wpadł z nagła nasz kierownik działu, pan Gębala i jak zobaczył ta połówka, to zaczął robić nam dziką awanturę. Krzyczał, że niby jak ktoś jest alkoholik to ma siedzieć na odwyku, a nie w robocie. A przecie można było spojrzeć, że ta połówka była nienapoczęta, a to jak byśmy byli alkoholiki, to już dawno byśmy ją wydoili. Dla nas jego wrzaski to nie nowina, bo on zawsze drze ryja, czy trza, czy nie trza. No to sobie powrzeszczał i poszedł. I Gryniecki mówi do mnie, że ten ciul ...

- Panie Majewski - adwokat Adamczyk pośpiesznie powstał - nie musi pan dosłownie cytować cudzych wypowiedzi. Chodzi o ogólny sens.

- Panie mecenasie, właśnie istotne są szczegóły, a powoda pouczam, że jeszcze raz użyje wulgaryzmu, to wymierzę mu grzywnę, zrozumiał pan? - surowym głosem sędzia zwróciła się do pana Majewskiego.

- No to nie rozumiem, proszę panią - odpowiedział mocno przestraszony pan Majewski - to mam ...

- Do sądu mówi się: "Wysoki Sądzie" - poprawił go, wciąż stojący adwokat.

- ... opowiadać dokładnie, czy nie, bo my w robocie to się nie certolimy, ino lecimy równo, jak nawet dyrektor jest skurwiel, to mu to każdy w robocie prosto w gębę powie. Ale to tylko w robocie, bo na ten przykład po robocie to my do każdego, chociażby na popijawie, gadamy już z pełną kulturką.

- Dobrze - ucięła sędzia - wróćmy do tematu. Proszę zeznawać po kolei, co się działo w przedmiotowym dniu.

- No więc - podjął eksplikację pan Majewski - my tego naszego kierownika od zawsze tak nazywali, no chyba, że stał gdzieś blisko i słyszał. No to Ignaś gada, żeby my lepiej ją, to znaczy się ta połówka, gdzieś tam ukryli, bo zaraz będzie chryja. No tom ją wziął pod drelich i zaniosłem do sortowni, a potem poszlim normalnie do roboty na plac. Nie minęło może pół godziny, a kierownik skąsik tam przybiegł i się pyto gdzie ta flacha. No tom się go pytam:

- "A co kierownik ma do flachy z mojej szafki, bo jo nie wiem, przecie jak flacha stoi w mojej szafce to chyba moja nie wasza".

- "Na coś mi ta flacha potrzebna, a flacha jak jest w szafce wydziałowej, to jest własnością wydziału" - on tak gadał do mnie. No to ja do niego:

- "Jak macie kierowniku pragnienie to se sami kupcie, stać pana, a ta moja dalej leży w pakamerze w mojej szafce".

- "Wy mnie tutaj w ciula nie róbcie" - on ryknął na mnie - "bom patrzał przed chwilą i żadnej flachy w tej waszej szafce nie ma".

Jakżem się wkur... jak by to elegancko pani sędziowa powiedzieć... taki mnie nerwa wzięli, żem tego ch... mmm... chama za koszulę złapał i powiedziałem mu, a dobrzem mu powiedział bom miał święta racja:

- "Ty ciulu, a to co w cudzych szafkach grzebiesz".

A on mi odpowiedział, że to nie moja ino wydziałowa szafka i grzebać on w niej może, kiedy chce. I wtedy zza winkla wyszli dwaj ochroniarze z Nowiksu i gadają, że mom iść z nimi do pakamery.

- Ten Nowiks to jest ... - zapytała sędzia.

- Straż przemysłowa - wyjaśnił mecenas.

- Poszlim tam wszyscy, zaglądamy niby za tą flachą do mojej szafki, a tu oczywista flachy ni mo. I ten ch..., przepraszam, kierownik, pyto mi się, gdzie ta flacha, a ja mu gadam, że przecie widzi, że nie ma, widocznie ją ten, co w niej ostatnio grzebał zapier..., o przepraszam. Proszę panią, jak by to powiedzieć...

- Proszę powoda - adwokat czuwał na posterunku - zamiast "zapierdolił", można przecież sformułować wypowiedź inaczej, na przykład powiedzieć: "opędzlować", albo jeszcze lepiej "buchnąć".

- I tom właśnie powiedział kierownikowi, a jemu na to normalnie piana z gęby zaczęła ciec, bo widział, że się wobec tej straży okropnie wygłupił. Byli my tak wnerwieni, że żeby nie ochrona, to by my se po mordzie dali na sto procent. Złapalim się za fraki i byłbym go rypnął z główki, kiedy kierownik nagle odskoczył ode mnie i gada do tych ochroniarzy, że on czuje wódkę i żem niby pijany jak bela. A był tam jeszcze Zygmuś, znaczy Goleski Zygmunt, co go to niby na świadka wzięli i gada do tego ... kierownika, że przecie on od rana tu ze mną robi i jakoś nie widział, żebym poza mineralną cośkolwiek innego wypił. I może lepiej żeby pan kierownik dał se siana, bo od takich bezsensownych oskarżeń to ino kłopoty dla wydziału będą.

Ale widać było, że ci ochroniarze to byli wcześniej odpowiednio ustawieni przez kierownika, bo mówi do mnie tyn jedyn ochroniarz:

- "Przyznajcie się, to was kierownik puści doma, wytrzeźwiejecie, i se jutro normalnie zgłosicie na dniówkę. Każdemu się może zdarzyć, że musi wypić".

- "Nie ma mowy!" - wrzasnął na to kierownik - "ja takiemu bucowi nie daruję". Na to ochroniarze wyciągli balonik i kazali dmuchać. To żem dmuchał, a tu nic. No bo niby, co miało być, bom przecie ta połówka ukrył, a nie wychlał!

- Czyli powód twierdzi, że nie odmówił poddania się testowi na obecność alkoholu? - zainteresowała się sędzia.

- Odmawiać, w żadnym wypadku proszę sądu, nie odmawiałem, ino oni nie mogli tę moją gębą natrafić na ten ustnik. No i ja dmuchałem i żeśmy się mijali, bo co ja dmuchłem, to oni ten ustnik mi próbowali włożyć do pyska, ale kiedy mi go już włożyli, jażem już w tym momencie przecie wszystko wcześniej wydmuchał. To niemożliwe, żeby komukolwiek się taka sztuka z nadmuchaniem balonika na trzeźwo udała. To ci ochroniarze gadają wreszcie do kierownika, że tak to się nie da mnie sprawdzić. I znowu wszyscy temu kierownikowi usiłowali do rozumu przemówić, żeby raczej mnie do domu puścił, a nie robił afery na cały zakład. Ale widać, że tego rozumu nie starczyło mu na zrozumienie, bo kierownik w ogóle nikogo nie słuchał, ino kazał ochroniarzom zawieść mnie na milicję, do mierzenia alkoholu.

- I co działo się na posterunku policji? - zapytała sędzia.

- Od razu powiedziałżech, że ja się kłuć nie dam. Ja mam uczulenie na kłucie, zaraz wychodzi mi wysypka i cały czas krwawię. Posiedziałem tam ze dwie godziny i mnie puścili.

- No dobrze - pani sędzia sięgnęła po kartkę leżącą na sędziowskim stole - czyli powód utrzymuje...

- Dwie córki, proszę panią - wszedł w słowo pan Majewski - starsza ma 16, druga 12 lat, obie chodzą do szkoły. No i jeszcze jest żona.

- Tak, oczywiście, to z całą pewnością jest również istotne dla sprawy, zresztą pana obrońca zdaje się, że to już podnosił. Ale chciałam się dowiedzieć, czy powód stanowczo twierdzi, że był tego dnia trzeźwy.

- Ja nie byłem trzeźwy, bo zaraz po tym jak mnie wypuścili z milicji, to musiałem iść na piwo do knajpy, bo już żem był wnerwiony. Każdy byłby, mając takiego nierozumnego szefa.

- Ale w pracy byliście trzeźwi? - tutaj adwokat nie wytrzymał i sprecyzował pytanie sądu.

- Dyć o niczym innym nie gadam.

- To ja panu odczytam, co w protokole napisała straż przemysłowa.

Sędzia powoli przeczytała na głos najważniejszy passus1 z protokołu:

- "O godzinie 7.30 odebraliśmy meldunek z wydziału wipianu, że znajduje się tam nietrzeźwy pracownik. Po przyjeździe na miejsce, w szatni wydziału zastaliśmy obywatela Majewskiego, który chwiał się i bełkotał. Ponadto w powietrzu unosił się zapach alkoholu, a także z ust wyczuwalny był alkohol. Pracownik był w takim stanie, że nie mógł nadmuchać balonika testowego. Po uzgodnieniu z działem kadr odwieźliśmy pracownika na posterunek policji celem dokonania pomiaru na poziom alkoholu". Podpisano: "Kierownik Warty - Adam Bączyński".

Jak się powód ustosunkuje do przeczytanej notatki?

- Ja się stosunkuję tak, że wszystko jest do wyjaśnienia i to nie było tak do końca, jak to oni w notatce spisali. Otóż dzień wcześniej musiałem wymienić gumofilce, bo w lewym bucie pękła mi podeszwa, no i nie dało się w nich ani chodzić, ani robić. Żem długo szukał w magazynie, ale nie było takich, no... na miarę. Bo ja mam takie nietypowo duże stopy i rzadko które buty na mnie pasują. No i chcąc nie chcąc musiałem wzuć, tak pi razy drzwi o numer mniejsze. No i właśnie wczoraj, to ma się rozumieć dzień wcześniej, żem cały dzień je rozchadzał, ale jakoś nie mogły mi spasować.

- Panie mecenasie - przerwała mu sędzia - proszę pouczyć powoda, że ma mówić na temat.

- No to właśnie gadam na ten temat, proszę pani Sądzie. No i jak przyszedłem do szatni z rana, wdziałem te nowe gumofilce i co oczywista, nie zgrubły przez noc i dalej odrobina mnie uwierały. I to tak, żem miał jeszcze przez parę następnych dni odciski. Może ze względu na te odgnioty to właściwie dobrze, że mnie wylali z roboty, bo bym miał trwałe odciski jak nic. Jak widać, jak to mówią, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ale, jak jem przywdział tak z rana i mnie palce u nóg zaczęły mocno doskwierać, to gadam do Grynieckiego, że ida na magazyn, co by je wymienić na zdatniejsze.

- Ale mówił pan - zauważyła sędzia - że zabrał połówkę do sortowni, a potem poszedł pracować.

- No, zgadza się proszę Sądzie, bo właśnie z placu chciałem iść do magazynu, ale mielim nagłą robotę, ale cały czas na myśli miałem, że za chwilę i tak muszę iść do magazynu, bo mnie okropnie dalej piliły te buty. No, ale u nas tyle roboty pilnej akurat było, że nie można było się wyrwać. A jak już była chwila oddechu, to wtedy wyleźli ci ochroniarze z Nowiksu zza rogu i zamiast do magazynu, to wzięli mnie do pakamery.

- Dobrze, panie powodzie, ale proszę mi wytłumaczyć, jaki związek ma to, co pan nam tu opowiada, z treścią protokołu straży przemysłowej? - przerwała mu podenerwowana sędzia.

- Właśnie tłumaczę, że w robocie to ja nie piję. Chodzi mi o to niby moje chwianie się. Bo mnie te buty tak cisły, że nie mogłem ustać prosto. I to dlatego żem się cały czas kiwał. Przez te buty. I to moje pochylanie się w przód i w tył straż uznała, że niby pod wpływem alkoholu. A proszę pochodzić cały dzień w przyciasnych butach. Każdy by się chwiał. To przecież nie moja wina, że mam nietypowe stopy. Gryniecki świadkiem, żem cały poprzedni dzień się w tych butach kiwał.

- W to akurat nie wątpię - mruknęła głośno sędzia.

- O dzisiaj na przykład mam buty w sam raz, ale prywatne, nie zakładowe i się nie chwieję. - Tu pan Majewski podciągnął nogawki i wystawił najpierw prawą nogę do przodu, a zaraz potem lewą, tak, by wszyscy zgromadzeni mogli wnikliwie przyjrzeć się jego wygodnym zimowym butom. Ponad butami dostojne gremium ujrzało poszarpane i podziurawione czarne skarpety, a dodatkowo, w miarę jak powód podciągał nogawkę na lewej nodze, na goleniu zaczął ukazywać się wyrysowany tatuaż.

- Podciągnij pan wyżej tę lewą nogawkę - zakomenderowała sędzia - co pan tam ma za tatuaż?

Pan Majewski posłusznie podniósł rzeczoną nogawkę, dzięki czemu audytorium zobaczyło najpierw wytatuowany napis: "dulcia", a wyżej namalowaną kobietę, przedstawioną od odsłoniętych piersi w górę, z rozpuszczonymi włosami, błagalnie wznoszącą ręce.

- A to, kto? - zaskoczona wykrztusiła sędzia.

- Aldonza Lorenzo, proszę pani Sądu - wyjaśnił gorliwie powód.

- A któż to taki? - sędzia nie potrafiła ukryć zakłopotania. - Myślałam, że tatuują się z reguły młodzi ludzie.

- Szlachetna, piękna i bogata dama. Można rzec, że pani naszego serca.

- Naszego, czyli czyjego jeszcze?

- No tego Grynieckiego, z którym byłem na jednej zmianie.

- Nic z tego nie rozumiem, co powód tutaj nam wygaduje. Ale może to z nią powód i ten Gryniecki popijaliście. Jeżeli tak, to z całą pewnością pozostaje ona osobą związaną ze sprawą. Panie mecenasie proszę wyjaśnić z powodem stosunek tej całej Alonzy do sprawy, bo być może należałoby powołać ją na świadka. - Sędzia postanowiła wybrnąć z kłopotu, przerzucając rozwiązanie go na pełnomocnika procesowego.

- Panie Majewski - wypalił, z nagła wywołany, adwokat Adamczyk - czy spożywaliście z rzeczoną Aldonzą przedmiotowy alkohol w pracy?

- Że co? - powód najwyraźniej nie zrozumiał pytania.

- No, czy piliście z tą panią rzeczoną wódkę?

- O, przepraszam - powód uniósł się honorem - żadną święconą wódkę! Piję zawsze najczystszy samogon o gwarantowanej jakości! A co do tej pani, to my w klubie co najwyżej pijemy na jej cześć, a nie z nią. Wątpię, by jej szlachetność pozwoliła kiedykolwiek tknąć mocniejszy alkohol.

- A czy ta połówka, którą pan widział pierwszy raz na oczy w swojej szafce, to była kupiona w sklepie, czy był to samogon? - zapytał nagle powoda pan Franek.

- Samogon - otwarcie przyznał pan Majewski.

- Ale przecież wynieśliście ją do sortowni razem z tym tam Grynieckim, czy gdzieś tam. To skąd powód wie, jaką miała zawartość? - Pan Franek, niczym wytrawny detektyw, natychmiast wyłapał nieścisłość w zeznaniach.

- Jak to, jaką? - bynajmniej pan Majewski nie stracił rezonu. - Wszyscy przecie wiedzą jak wyglądają butelki z mety babci Zarabskiej. I to właśnie była ta flacha. A my zresztą potem wypróżnilim tę butelkę, rozumie się po robocie. Przecie by tam, w tej sortowni nie ostała się do dzisiaj.

- Jednakże nie miał pan już prawa wejścia na zakład - mecenas Franek najwyraźniej nie ustępował.

- No tak, ale są inni, a tę połówkę to wyniósł ze sortowni Ignacy, znaczy się Gryniecki, no to my ją u mnie w doma obalilim we dwóch, żona świadkiem.

- Przejdźmy do meritum, bo losy butelki, pustej czy pełnej, nie są przedmiotem postępowania - nagle oznajmiła sędzia, stwierdziwszy w duchu, że dalsze dopytywanie zapędzi wszystkich w jakiś ślepy zaułek. - Jak powód wyjaśni ten smród alkoholu, który było od powoda czuć podczas interwencji straży przemysłowej?

- No właśnie, to ciut się wstydzę, ale powiem. Miałem wszy, no i musiałem ogolić łeb.

- Tak, słuchamy pana - powiedziała już trochę znużonym głosem sędzia - mam nadzieję, że się pan już wyleczył.

- Właściwie tak nie do końca. Ale parę dni wcześniej, przed tymi październikowymi wypadkami, dostałem w przychodni, w tym budynku przy zakładzie, od lekarza taki środek na te wszy i rano przed robotom musiałem sobie, co dzień wsmarowywać to lekarstwo prosto we włosy. Proszę, tu jest kartka ode felczera na ocet sabadylowy z dawką...

W tym momencie wstał adwokat pana Majewskiego i głośno wyartykułował:

- Ja wnoszę, proszę Wysokiego Sądu, o przeprowadzenie demonstratio ad oculos2, celem ustalenia, czy zapach alkoholu na włosach jest tożsamy z zapachem wtartego we włosy lekarstwa używanego przez powoda.

Po nerwowych ruchach sędzi poznać można było, że nie bardzo wie czy uznać wniosek dowodowy adwokata. Ale pan Franek przyszedł jej z pomocą i zareplikował:

- Tylko, gdyby uwzględnić wniosek pana mecenasa, należałoby na koszt Skarbu Państwa zakupić bimber u babci Zarabskiej, a ocet sabadylowy u felczera. Obawiam się o to, czy dział finansowy sądu zaaprobuje takie zakupy. No i należałoby znaleźć ochotników na wysmarowanie sobie głowy alkoholem oraz tym octem na wszy. Pozwolę sobie zauważyć, że przeprowadzenie dowodu leży po stronie wnoszącego, zgodnie z zasadą onus probandi3. Żywię głębokie przekonanie, że pełnomocnik powoda, dla dobra Temidy, zgodzi się użyć tychże specyfików na sobie. Lecz znalezienie biegłego dla porównania zapachów nie będzie wcale takie proste.

- Panowie mecenasi - pouczyła sędzia - proszę bez osobistych wycieczek na sali rozpraw. Rozważymy pana wniosek, panie mecenasie, o ile będzie niezbędny dla sprawy, w odpowiednim czasie. Czy poza tym strony coś jeszcze wnoszą?

Zapadła kłopotliwa cisza i widać było, że pełnomocnicy intensywnie rozważają, czy zaprezentować nowe środki dowodowe. Pan Majewski spojrzał na pana Adamczyka i widząc jego bierność, poczuł się zobowiązany do działania. Powoli podszedł do stołu sędziowskiego i wyciągnął z kieszeni spodni paczkę chusteczek, którą położył na blacie. Potem wyjął pęk kluczy, kiedy wreszcie sędzia wykrztusiła:

- Po cóż pan nam wykłada te wszystkie przedmioty?

- No jak to, po co? - zapytał zdziwiony powód. - Przecie Sąd się pytał com jeszcze wniósł - i wyciągnął dodatkowo z kieszeni ciemnogranatowy scyzoryk, który starannie ułożył obok kluczy.

Lecz sędzię najwyraźniej zainteresował inny temat, bo zaczęła głośno wciągać powietrze w nozdrza.

- Pani Aniu - zwróciła się do protokolantki - czyż nie czuje pani woni alkoholu? Panie Majewski, pan jest pijany! W sądzie! - Sędzia wykrzyknęła zgorszona. - Na rozprawie o dyscyplinarkę za alkohol!

- Ależ to nie tak, proszę Sądu - pan Majewski wydawał się być równie oburzony. - To właśnie tak śmierdzi to lekarstwo na wszy. - A dla zademonstrowania sądowi właściwości zapachowych specyfiku, pochylił głowę nad stołem sędziowskim i potarł włosy ręką. W tym momencie z włosów wyskoczył jakiś czarny owad i zaczął podskakiwać dość chyżo po stole sędziowskim. Sędzia pisnęła:

- Panie Majewski, pan nam tutaj rozsiewa wszy!

- To jest pchła mojego Łatki, wsza nie skacze, ino pełza - wytłumaczył rzeczowo pan Majewski.

- A cóż to za różnica! - Krzyknęła sędzia.

- Pchłę ma się na pamiątkę od ukochanego kotka, zaś wesz otrzymuje się w darze od lubego kochanka. Wiem, bo mam oba takie suweniry - pośpieszyła z wytłumaczeniem sędzi skromnie ubrana protokolantka Ania.

 

Tymczasem pan Majewski próbował bezskutecznie schwycić w dłoń radośnie pląsające zwierzątko, które jednak zgrabnie umykało łapanki. Wreszcie sięgnął po młotek sędziowski i z całej siły walnął nim w pchełkę. Niesamowite grzmotnięcie zachwiało sędziowskim stołem, a mimo to owad uniknął śmiertelnego uderzenia i uskoczył prosto na akta sprawy. Tym razem, pan Majewski przyłożył się wszakże lepiej do zadania ciosu i celnym machnięciem młotka sędziowskiego rozpłaszczył insekta, zostawiając mokrą plamę na karcie z protokołu kierownika warty Adama Bączyńskiego.

Aczkolwiek pełna podziwu dla bohaterskiego czynu powoda, sędzia ryknęła:

- Tego już za wiele panie Majewski, dzwonię po policję. Teraz to już pan się nie wymiga mówieniem o uczuleniu na igły. Oni już gruntownie zbadają panu krew. - Mówiąc to, z wściekłością złapała młotek sędziowski trzymany wciąż mocno przez powoda, lecz zdołała wyrwać tylko trzonek, którym gwałtownie i z zacietrzewieniem zaczęła uderzać po blacie stołu sędziowskiego; właściwie było to całkowicie zbędne, bowiem, po znakomitej interwencji pana Majewskiego, żaden insekt więcej już na nim beztrosko nie podskakiwał.

 

Gdy tylko pojawiła się funkcjonariuszka, sędzia przypomniała sobie jeszcze o jednej rzeczy. Ponownie uderzyła trzonkiem młotka sędziowskiego w stół i rzekła do powoda.

- Zanim pan uda się do izby wytrzeźwień, informuję pana, że za obrazę sądu na podstawie ustawy o ustroju sądów powszechnych skazuję pana na karę trzech dni aresztu. Orzeczenie jest natychmiast wykonalne. Pani policjantko, teraz proszę wyprowadzić skazanego, to znaczy powoda.

Gdy tylko policjantka wraz z panem Majewskim opuścili salę rozpraw, sędzia powiedziała do protokolantki:

- Pani Aniu, zaraz zgłosimy do działu administracyjnego, żeby sprowadzili tutaj sanepid. Trzeba tu odkazić salę przed następną rozprawą. Kto to może wiedzieć, jakie choróbsko ten gość nam tutaj przywlókł.

- Pani sędzio, nic z tego. Pani prezes zakazała wynajmowania jakichkolwiek usług do końca roku. Nie ma środków w budżecie.

- W takim razie idę po ścierkę - odrzekła sędzia - a pani otworzy okno. Potwornie tutaj cuchnie w tym wymiarze sprawiedliwości.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

- Czy będzie pan czekać na ogłoszenie werdyktu, panie mecenasie?

- Raczej nie, zanim powoda zbadają i przywiozą wyniki testu, to śmiem wątpić, byśmy mieli dzisiaj publikację. Pojadę do firmy, mam dużo ważniejszych spraw do zrobienia, niż oglądanie przez parę godzin ścian dostojnego gmachu. A jak panu wiadomo, zbyt wielu rozrywek ten przybytek nie oferuje.

- Ja też nie dysponuję wolnym czasem, za chwilę mam urzędówkę z rozboju. Prawdę powiedziawszy trochę się obawiałem tego, że nasza rozprawa się przeciągnie i się nie wyrobię. Te sprawy pracownicze z reguły są bardzo czasochłonne, a zarobić na nich najczęściej się nie da. Ale dzięki zdumiewającej aktywności mojego klienta, szczęśliwie posiedzenie zakończyło się o czasie.

- Faktycznie trafił się panu wyjątkowy klient.

- A żeby pan wiedział, że właśnie ten klient zadziwiał mnie, odkąd tylko zjawił się w moim biurze. Powiem tak, że to nieliczny przykład na to, że szaty nie świadczą o człowieku. Czasami przyjdzie do mnie klient, marynarka i kamizelka prawie że od Versace, aktówka ze skóry, zapinana na trzy zamki, buty na wysoki połysk, komórka przy uchu non stop, a i sprawa o grube miliony. Myśli pan sobie, wreszcie poważny klient, sprawa też poważna, to i zarobek będzie godny tego wszystkiego. I co się okazuje. Klient kłóci się o każde 10 groszy, sprawa ciągnie się latami. Wreszcie adwokat zaczyna dopłacać do sprawy, a klient na koniec pisze jeszcze skargę do Izby, bo mecenas nie wygrał. I na całym interesie wychodzi pan jak Zabłocki. A ten tutaj był zdumiewający od samego początku. Jak go tylko zobaczyłem pierwszy raz, a nie był w lepszym stanie niż dzisiaj na rozprawie, jeżeli chodzi o ubiór i zapach alkoholu, to zaraz zacząłem się odganiać od faceta, przeczuwając, że będą kłopoty z wyciągnięciem od niego wynagrodzenia nawet w wysokości minimalnej. A tu delikwent mówi do mnie, że on jest, jak to powiedział: "honorny" i że zapłaci tyle, co zażądam, a jeszcze dorzuci premię jak wygram.

- Myślałem, że pan mecenas jest wyznaczony z urzędu do jego reprezentowania. Raczej pracownicy nie chadzają po adwokatach.

- Żałuję, że nie powiedziałem więcej, bo gość, jak tylko zaproponowałem kwotę, zamiast się targować, co ostatnio wszyscy klienci mają w zwyczaju, to wyciągnął z kieszeni zwitek banknotów, odliczył dokładniutko tyle, co mu zaśpiewałem. Któż mógł przewidzieć taką hojność ze strony takiego łapserdaka? Oczywiście na obiecaną premię za zwycięstwo, po tym, czego świadkami byliśmy przed chwilą, raczej nie liczę. Tak w ogóle coraz bardziej dochodzę do wniosku, że cała nasza sztuka prawnicza polega na odpowiedniej wycenie wypadkowej chęci i możliwości naszych klientów. Natomiast występ na sali rozpraw, to tylko rozrywkowy akcent dołożony do umiejętności pobierania wynagrodzenia. Tylko mało kto opanował do perfekcji tę sztukę. Takich prawników, którzy potrafią prześwietlić i wytrzepać odpowiednio kiesę klienta jest naprawdę niewielu. Ale, w sumie, nie dla wszystkich starczy miejsca na parnasie palestry.

- Można by powiedzieć o tej dziedzinie, że ars est pecunia4.

- Zgadza się, szczególnie, że pecunia non olet5, ale jeszcze, żeby nie śmierdziały to trzeba je wcześniej uczciwie zarobić. W przypadku mojego klienta, te pieniądze mają wyraźny zapach wyborowej. No, ale się zagadałem. Dzisiaj raczej dam sobie spokój i jutro zadzwonię do sądu o wynik sprawy, chociaż właściwie od początku było wiadomo jak to się skończy. Ja, gdy tylko ujrzałem tego mojego klienta dzisiaj przed rozprawą, to od razu zacząłem go namawiać, żeby raczej wziął sobie jakieś zwolnienie lekarskie, a nie pchał się na salę sądową. Na odległość było czuć od niego wódką! Ale adwokat może sobie gadać, a klient i tak swoje zrobi. A czy widział pan ten jego tatuaż? Taki stary, a taki głupi. Tylko mu brakowało kolczyka w uchu.

- Też tak pomyślałem! O tempora, o mores!6 Facet wyraźnie przeżywa drugą młodość. Swoją drogą ta twarz kobiety z tatuażu; było w niej coś intrygującego.

- Może to jego narzeczona. Miałem sprawę z recydywistą za włamania i na ramieniu ten gość miał portrety trzech babek. Mówił mi, że to jego kolekcja narzeczonych. On miał po każdej na pamiątkę tatuaż, a im pozostawił po jednym dziecku. Tak żeby przypadkiem o nim nie zapomniały, kiedy odpoczywał za kratkami. Przynajmniej miały pewność, że w takim miejscu nie zrobi kolejnego bobasa.

- Tak to jest z tymi kobietami, że facet jest zbirem, a od babek nie może się opędzić.

- Właśnie, a za adwokaciną to żadna się nie oglądnie. Ale panie mecenasie, popatrzmy z optymizmem, więzienia są przepełnione, może i dla nas się coś znajdzie.

- Miejsce za kratkami?

- Dla adwokata prokurator zawsze znajdzie miejsce, nawet w najbardziej zapełnionej celi. Ale raczej miałem na myśli głównie te pozostawione przez więźniów kobiety, zakładając oczywiście, że ten wniosek logiczny, do którego doszliśmy, ma jakikolwiek sens. Myślę jednak, że żyjemy z naszymi klientami w odmiennych światach i raczej nie mamy im czego zazdrościć, ale też nigdy nie wiadomo, jaki los jest człowiekowi pisany. Raz na wozie, wiele razy pod wozem. Właśnie, już się urywam, bo jak się spóźnię na urzędówkę, to mnie rada izby starodawnym obyczajem przeciągnie pod wozem.

- Nie znam takiego obyczaju.

- I lepiej żeby pan nie poznał. Do widzenia.

 

Po odejściu mecenasa, Franek zamierzał również czmychnąć do biura, gdy spostrzegł dwie młode niewiasty o lśniących ciemnobrązowych włosach zażarcie dyskutujące na ławeczce w korytarzu sądu. Postanowił więc usiąść obok i w cieniu ich rozmowy zażywać choć przez chwilę odpoczynku po niedogodnościach poranka i trudach rozprawy.

- Bożeno, w domu coraz gorzej z forsą. Odkąd staruszek stracił robotę, codziennie wybuchają awantury pod stałym tytułem: "czym my teraz zapłacimy za prąd". W odpowiedniej chwili zdałaś na te twoje studia. Przynajmniej masz stypendium i wreszcie jesteś niezależna. I nie musisz też wysłuchiwać jakiś kąśliwości pod swoim adresem.

- Przecież staruszki już mają lżej, odkąd tylko ty im zostałaś na głowie. Powinni spokojnie wyrabiać się z utrzymywaniem domu. W sumie dochód dzielą teraz na trzy osoby.

- Mówisz jakbyś była urzędniczką z MOPS-u. Rodzice mieli nadzieję, że gdy wreszcie sobie poszłaś z ich garnuszka, to odetchną finansowo, a tu taki klops. Została im jedna wypłata i to ta niższa. I jak tu przeżyć od pierwszego do pierwszego? O nowych ciuchach mogę zapomnieć, oszczędzamy na czym się tylko da.

- Agnieszko, tak sobie myślę, że twoje 19 lat to wiek, kiedy wreszcie należy rozpocząć życie na własny rachunek. Starzy ci tego nie powiedzą wprost, ale ukochana siostra spokojnie może cię uświadomić. Agnicho, najwyższy czas, żebyś pryskała z domu, bo zostaniesz starą panną, a rodzice utrzymując cię będą musieli zjadać czerstwy chleb z wyprzedaży z hipermarketu.

- Coś ty, Bożeno! Ty jakoś nie bałaś się staropanieństwa, kiedy byłaś nastolatką i nie miałaś żadnych wyrzutów sumienia, żeby objadać staruszków. Ledwie wyprowadziłaś się pół roku temu, a już młodszą siostrę wypychasz na poniewierkę. I gdzie mam niby mieszkać bez żadnych dochodów? Tobie to się poszczęściło, bo masz stypendium. Wydaje mi się, że w twoim przypadku punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i teraz dajesz mi rady dobrej ciotki. Wiesz, że ze świadectwem licealnym w kieszeni nie mam zbyt wielu możliwości, żeby podbić świat swoją osobą. Właściwie to jedyne, co mi zostaje, to zmywak za granicą.

- Więc, na co czekasz? Pakuj manatki i wio do roboty.

- Nie czytasz tabloidów. Wiesz, czym się takie zmywanie garów kończy?

- No chyba porządkiem w kuchni.

- Głupia jesteś. Większość wyjeżdża niby to na zmywak do Anglii, a kończy w burdeliku w Niemczech. A tego nasi rodzice by nie przeżyli. To ja już wolę im siedzieć na karku i oszczędzić im takich doznań. Sobie zresztą też.

- Agnieszko, masz rację. Nasi rodzice pod tym względem są idealni, oddaliby za nas ostatni grosz, żebyśmy się tylko nie puszczały gdzieś za granicą.

- Wiesz co Bożenko, tak sobie marzę, że może gdybym się wprowadziła do ciebie... Byłybyśmy znowu razem, dzieliłybyśmy się ciuchami. Nawet dałabym ci się czasami pobawić moją Andżelą, pamiętasz, tą, której kiedyś w złości obcięłaś warkoczyki, a ja potem z zemsty wyłupiłam oczy twojemu misiowi.

- To stanowczo odpada. Mnie wystarcza dziewiętnaście lat dzielenia się z tobą jednym pokojem. A poza tym mieszkam od niedawna ze współlokatorką, a ona na pewno nie zniosłaby twojego charakterku.

- Co ty powiesz?! To wspaniale. A jak ma na imię, znam ją?

- Jola. Może ją znasz, jest z twojego rocznika. Ale wiesz, jakoś nie było okazji, żeby zapytać ją o nazwisko.

- A skąd ją wytrzasnęłaś?

- Po tym, jak musiałam zmienić kierunek studiów, przez tego skurwiela Małeckiego...

- Nie mów! Ledwo zaczęłaś studia i już zmieniłaś kierunek? Zupełnie cię nie rozumiem.

- Właśnie ci mówię, że oblałam okropnie trudny egzamin z polimeryzacji. Słuchaj Agnicho, jak będziesz kiedyś zdawać egzaminy to zrób wcześniej szczegółowe rozeznanie. Ja nie zrobiłam i wyleciałam ze studiów.

- Czekaj, niech zgadnę. Zadał nie to pytanie.

- Żeby tylko. Cały mój dramat został spowodowany jego okropną złośliwością. Już ci mówię jak to było. Na egzamin poszłam w mojej zielonej mini.

- Wiem! Tej fajowej, co ci jej tak zazdroszczę.

- Do tej pory jestem zdumiona, że tak niewiele dałam za nią w second-handzie. Jest taki odlotowy sklepik na ulicy..., wiesz, zapomniałam nazwy, ale kiedyś wdepniemy tam razem.

- Jak któraś z nas będzie mieć money.

- Nie znasz mnie, Agnieszko? Wolę od ust sobie odjąć, ale jak mi kiecka wejdzie w oko, to jej nie przepuszczę.

- To zupełnie jak ja. Widać od razu, że jesteśmy z jednej rodziny. Ale powiedz, co z tym egzaminem? Możesz domyślić się, jak bardzo mama będzie wściekła na ciebie, kiedy jej to powiesz.

- Ja też nie mogłam sobie tego wybaczyć. Gdybym tylko zrobiła wcześniej rozpoznanie.

- Ale Bożeno, powiedz wreszcie, na czym polegał twój błąd.

- Więc, gdy mnie ten cały Małecki zobaczył w mini, zgadnij, co mi powiedział.

- Pewnie jakiś komplement.

- W dzisiejszych czasach usłyszeć komplement od mężczyzny! To łatwiej już jest złowić pstrąga na Pustyni Błędowskiej.

- Masz rację, z facetów to zostały same fajfusy. Żaden wybór. Jak taki ma forsę, to brzydki albo podtatusiały z brzuszkiem i z dziećmi. A jak przystojny, to wianuszek babek za nim śmiga. Mówię ci, znaleźć jakiegoś gościa, który spełnia jakieś minimalne kryteria wymagane do zakochania się w nim, to raczej nie w tym kraju.

- Agnieszko, głowa do góry, jeszcze nie jesteś przecież taka stara, może ci się coś tam nawinie.

- Już tak mnie nie pocieszaj. W każdym razie, jeżeli będziesz dalej odnosić takie sukcesy, to za chwilę znowu pojawisz się w rodzinnym domu. Ojciec to sobie chyba strzeli w łeb.

- Faktycznie, z jednej pensji, to raczej nie mamy szans na przeżycie. Nadzieja tylko w tym, że tatko postara się o jakąś rentę, czy coś takiego. A ty Agnieszko poszukaj jednak sobie roboty. Może się przejdź po paru firmach. Zacznij od Syntezzy S.A., oni zawsze szukali pracowników. Co prawda na komputerze to się zbytnio nie znasz, ale zawsze możesz się nauczyć.

Tutaj Franek, jako osoba wtajemniczona postanowił rozwiać złudzenia młodej abiturientki.

- Przepraszam panie, ale akurat jestem zatrudniony w tej firmie...

- O, to dobrze się składa. Może pan pomoże siostrze znaleźć tam pracę.

- Właśnie chciałem rzec, że od paru lat raczej sukcesywnie zwalniamy niż przyjmujemy pracowników. Mnie oczywiście zwolnienie nie grozi, ale przyjęć na nowe stanowiska na pewno teraz nie mamy.

- Widzisz, Bożeno, szkoda czasu na składanie CV.

- Agnieszko, nie ma co się od razu załamywać. Teraz sobie przypominam przez mgłę, że wpadło mi ostatnio w ręce takie ogłoszenie, że poszukują kandydatów na staż w policji. Może idź się zapytać do naszej komendy. Pewnie mają tam jakiś dział headhunterów.

- Co ty, chcesz żeby mnie jakiś gangster zamordował? Nie oglądałaś tego filmu, z tym no... Anthony Hopkinsem.

- Mówisz o "Milczeniu Owiec". Ale tam policjantka przeżyła. To może ci się też uda.

- Bożeno, rzeczywiście zastanowię się nad tą policją. Ale teraz bardziej mnie interesuje, dlaczego nie zdałaś tego egzaminu. Co ci właściwie powiedział, ten jak mu tam...

- Małecki.

- No właśnie.

- Wyobraź sobie, że najpierw przewiercał mnie wzrokiem, a gdy jego oczy spoczęły na mojej miniówie, to mu gały o mały włos nie wyskoczyły z orbit, a potem miał czelność powiedzieć do mnie: "Widzę, że pani spieszno na wakacje. Raczej nie będę pani zatrzymywać na dłużej". I rzeczywiście, przeleciał mnie w trzy minuty.

- Bożeno, mów konkretniej, dlaczego tak krótko?

- Zadał mi jedno głupie pytanie o jakiś związek chemiczny i oblałam.

- To może trzeba było pisać o poprawkę. Studenci zdaje się mają jakieś takie prawo do tego.

- W tym cały kłopot, że to był egzamin poprawkowy. Potem się dowiedziałam, że do niego trzeba iść najlepiej w stroju zakonnicy, z zapięciem po samą szyję.

- Tak to jest z facetami. Nie patrzą na wiedzę, tylko na to, jak wyglądają twoje nogi.

- Jeden plus, że poznałam dzięki temu Jolę. Ale muszę już lecieć, jestem z nią właśnie umówiona na mieście.

Obie panie wstały i jedna z nich zaczęła palcami energicznie poprawiać włosy tej drugiej.

- Agnieszko, zrób sobie wreszcie balejaż. Z takimi włosami to cię nawet do policji nie przyjmą.

- Widzisz, odkąd się wyprowadziłaś z domu, to nie ma mnie kto porządnie uczesać.

- Umówimy się, że jak wpadnę odwiedzić starych, to cię trochę ostrzygę. A na razie, pa. I pamiętaj, ani mru mru staruszkom o moich osiągnięciach na uczelni.

 

Cmoknięcia zakończyły miłą rodzinną pogawędkę, chociaż obie i tak udały się w tym samym kierunku. Przez chwilę Franek wahał się, czy nie pójść za nimi, celem sprawdzenia, czy i na zewnątrz budynku jeszcze raz się cmokną. Ale doszedł do wniosku, że nie może być zbytnio nachalnym, biorąc pod uwagę, że jedna z nich być może pracować będzie niedługo w policji. Co, jak co, ale lepiej nie mieć do czynienia z organami ścigania. Tak więc posiedział jeszcze przez dłuższą chwilę na ławce na korytarzu sądu, ponieważ jednak nic ciekawego się tutaj nie działo, udał się wreszcie do swojego biura, gdzie jak mniemał czekać będzie na niego wiele sensacyjnych pism z sądów i urzędów.

Biuro

Pędząc do biura Franek właściwie cały czas głowę swą zaprzątał myślami o apelacji w sprawie Jarnota. Przy tych wszystkich wątpliwościach, które go dręczyły, musiał zajrzeć jeszcze raz w te papiery. Chociaż z drugiej strony, to i tak jest już po terminie, więc może lepiej byłoby zająć się innymi sprawami, a procedura niech się toczy sama, bo on żadnego wpływu na jej bieg już nie ma. W biurowcu szczęśliwie przeszedł korytarzem niezauważony, a więc również nienagabywany przez nikogo, lecz w pokoju na drodze do biurka stanęła mu koleżanka z pracy i zarazem jego aplikantka, Ewelina.

- Hello, panie Franku.

- Żaden Franek, tylko Antoni. Mogłabyś przynajmniej prawidłowo odmieniać przez przypadki - usłyszała jego zniecierpliwiony głos. Nie był dzisiaj w nastroju do swobodniejszej rozmowy.

- Ach - westchnęła - poniedziałek i nie jesteśmy na luziku. A tu tyle nowinek. Całą niedzielę odbierałam telefony. Tradycyjnie, pracownicy dowiadują się ostatni, o tym, o czym na targu w mieście wiedzą już od dawna.

- Od dawien dawna po to były targi, żeby wymieniać się informacjami, a w przerwach w paplaniu, też towarami. Szczególnie w naszym mieście.

- Tak, zwłaszcza o tym, co się dzieje w dziale prawnym naszej fabryki. A dzieje się źle, albo raczej już niedługo dziać się będzie źle, jeżeli to, o czym mówią na targu jest prawdą, a zapewne jest.

"O kurczę - przemknęło Frankowi przez głowę. - Odrzucili apelację? Nie no, co za bzdura, skoro wysłałem ją w piątek, to nie dotarła jeszcze nawet do sądu. Strach prawnika ma bardzo wielkie oczy. Muszę dotrzeć do biurka za wszelką cenę".

Zrobił unik ciałem, by przejść obok, ale Ewelina, która ma wyjawić sekret, jest nie do ominięcia.

- A gdzie to się tak śpieszymy? Do toalety w poniedziałki są długie kolejki. Do której siedziałeś w piątek w robocie?

- W piątek? Przyjechałem z sądu po drugiej, a potem kończyłem pisać apelację, no to tak po szesnastej zamknąłem drzwi i pojechałem do domu.

- I czy był ktoś jeszcze w dziale?

- Czekaj, o ile pamiętam, to raczej byłem sam. Czyżby było jakieś włamanie po nasze arcytajne akta?

- A któż by tam po tę kupę papierzysk się włamywał? Na pewno nie byłeś jedynym w dziale, bo była jeszcze kierowniczka. Nowy prezes zwołał nagłe zebranie w piątek na osiemnastą. I cała generalicja zakładowa czekała potulnie, jak się okazało, niczym owieczki na rzeź. Podobno nikt wcześniej nie wiedział, po co to całe zebranie. A prezes przedstawił nową strategię spółki. I jakoś z tej strategii wynikało, że głównie będzie polegać na zmniejszeniu liczby etatów.

- To nie nowina, od dawna zmniejszamy zatrudnienie.

- Tak, tylko do tej pory robili roszady na produkcji. I jakoś nikomu z nich się krzywda nie działa. Albo szli na emerytury, albo do spółek-córek. A teraz prezes przedstawił nowy schemat organizacyjny. W biurowcu przewidzieli dwieście osób do zwolnienia. W naszym dziale ma pozostać połowa personelu.

Popatrzyli sobie głębiej w oczy.

- Jest nas trzynastu. Załapiemy się do mniejszej czy większej połowy? - zapytał Franek.

- To jak wróżenie z fusów. Na razie wszyscy kierownicy mają sami dostosować działy do nowego schematu organizacyjnego, czyli tłumacząc to na ludzki język, wytypować ludzi do zwolnienia.

- A czy szefowa coś nam przekazywała?

- Szefowa tradycyjnie zachowuje pełne milczenie, przynajmniej przed pracownikami. Znając ją, to nawet nie oznajmi nam listy zwolnionych, tylko zaniesie ją do kadr.

- Dobrze, jeżeli utną nasz dział w połowie, to kto im tę robotę będzie przerabiać?

- Wiadomo, ci szczęśliwcy, którzy zostaną. Wynajęli jakąś firmę do zrobienia oceny przydatności na poszczególne stanowiska.

- Dwa lata temu była już taka ocena - przypomniał sobie Franek.

- Nowa władza pewnie nie wie, a nawet gdyby wiedziała, to przecież takiej oceny nie robi się po to, żeby ocenić czyjąkolwiek przydatność, tylko żeby mieć podkładkę do zwolnień - wyjaśniła Ewelina.

- Albo żeby mieć czyste sumienie, że to niby komputer wytypował. A kto może przekonać komputer do zmiany zdania?

- Jasne, że ten, kto wprowadza dane do tego komputera. Czyli o zwolnieniach zadecyduje podrzędny pracownik działu kadr - mrużąc oczy podsumowała Ewelina.

- Tak więc, jak rozumiem, żadnych konkretów jeszcze nie ma.

- Konkrety są, ale nie dotyczą na razie maluczkich. Nowy prezes na pierwszy ogień wziął się do zamiatania najwyższej półki w naszej firmie.

- Wiceprezes chyba nie jest zagrożony.

- Z poprzedniego zarządu tylko on został. Reszta wzięła odprawy i czmychnęła.

- Podejrzewam, że mieli świętą rację. Raczej wiedzieli, że więcej nic dobrego ich tu nie spotka.

- Jestem ciekawa, po co w taki razie wiceprezes Kropka pozostał. Wątpię, żeby nie był świadomy tego, że i tak wyleci.

- Kogoś musieli zostawić, przynajmniej na początku, kto ma pojęcie, co się wytwarza w naszej fabryce. A może ma jakiś układ z nowym prezesem?

- Może, bo akurat przy tym rozdaniu jego karty nie zgarną.

- O ile pamiętam, jest chroniony umową do końca kadencji. To nie jest żaden interes dla naszej firmy, żeby się go pozbyć.

- Właśnie. Pewnie dlatego na razie ścięli głowy dyrektora kadr, głównego skarbnika i dyrektora działu sprzedaży.

- Jestem ciekaw, kogo przyślą na ich miejsce.

- Ciekawą rzeczą jest to, że nie będzie takich stanowisk w nowym schemacie organizacyjnym.

- Ewelino, jesteś najlepiej poinformowaną osobą w naszej firmie! Ja jeszcze nie słyszałem nawet o zwolnieniach, a ty już wiesz jak wygląda nowy schemat organizacyjny.

- Trzeba pilnować swoich interesów, a w takich rewolucyjnych czasach wiedza bywa na wagę złota.

- To może już znasz nawet nazwiska wylosowane w tej grze. Bo wątpię, żeby ktokolwiek dał szansę swojemu losowi i zgłosił się dobrowolnie do zwolnienia.

- Czemu? Jeżeli ktoś ma ciekawą pracę na oku, to się opłaca wziąć odprawę i samemu odejść.

- Raczej wśród prawników nie będzie takich osób. Rynek pracy jest nasycony dla nas przynajmniej na najbliższe dziesięć lat.

- To na pewno. Ale w innych działach może być całkiem inaczej. No, ale tam szefowie nie zachowują milczenia i rozmawiają z pracownikami. A my możemy się raczej spodziewać, że z listą typowanych do zwolnienia nikt nas nie zapozna, w myśl preferowanej przez szefową zasady: "Wszystko o was, bez was". W sprzedaży mówili mi, że szef im zapowiedział, iż albo zrobi losowanie, albo ustawi swoich pracowników pod ścianą, zawiąże sobie oczy i będzie odliczać: "raz, dwa, trzy z pracy na zawsze czmychasz ty".

- Jeżeli taki trend będzie trwały, to nowy prezes zwolni wszystkich i zostanie tylko z sekretarką. Jaka idealna redukcja kosztów.

- Jak na razie przyjął nową sekretarkę.

- Tak, ale pani Małgorzata akurat nie jest sprowadzona z zewnątrz, tylko przeniesiona z innego stanowiska.

- W takim razie tylko czekać, aż prezes wymieni ją razem z prawnikami.

- Wiadomo, że nowa miotła wymiata wszystko, co zastanie na swojej drodze, a zaczyna od prawników i sekretarki.

- Czyli, nasze dni są policzone. A tak z innej beczki, jak było na rozprawie? - zapytała Ewelina.

- Raczej mamy pewne oddalenie powództwa.

- Czyli przegraliśmy?

- Nie, tym razem to pracownik wnosił powództwo i żądał przywrócenia do pracy. Ale przyszedł mocno zawiany na rozprawę i to raczej był rozstrzygający dowód w tym postępowaniu - wyjaśnił Franek.

- To dobrze, bo już pan Gębala dzwonił o wynik sprawy.

- A któż to taki?

- Bezpośredni przełożony tego pracownika. Widać, że mu bardzo zależy na rozstrzygnięciu.

- Ci ludzie są w gorącej wodzie kąpani! Dopiero pierwsze posiedzenie sądu, a już chciałby, żeby był wynik. Niech się cieszy, że nie będzie świadkiem w sprawie.

- Może trzeba było go zawezwać. Sąd by go trochę przeczołgał, to może by nabrał do nas respektu.

- Kiedy i bez niego fakty są jednoznaczne. Mamy protokół straży przemysłowej, pracownik odmówił na policji poddania się badaniu na obecność alkoholu. Moim zdaniem, to raczej pracownik będący powodem, winien przedstawiać argumenty potwierdzające jego rację. A on, poza swoimi wyjaśnieniami, nie zawnioskował o przeprowadzenia jakiegokolwiek dowodu.

- Czyli jest bez szans.

- Chyba żeby sąd się nad nim zlitował.

- To dobrze, bo lepiej w dobie zwolnień grupowych nie przegrywać spraw. Wiemy najlepiej, jak to ludzie komentują. Raczej należy przekonać pracodawcę, że choćby nie wiadomo jak sprawa byłaby przez niego spartolona, to my, dzielni prawnicy, ją wygramy i nawet z lochów świętej inkwizycji wyciągniemy pracodawcę za uszy.

- Ewelino, czy zdążyłaś mi sprawdzić dokumenty pod służebność przesyłu? - zapytał nagle Franek.

- A to było na dzisiaj? - zdziwiła się Ewelina.

- No, raczej nie, ale wiesz jak to jest w naszej firmie. Wczoraj pismo było mało ważne, a dzisiaj jest bardzo pilne.

- Dobrze, spróbuję się dzisiaj za tę służebność zabrać, ale mam całe biurko zawalone robotą. A teraz idę dowiedzieć się czegoś nowego o zwolnieniach. Tymczasem, pa! Już możesz czuć się zwolniony. - Powiedziała Ewelina, stojąc już w drzwiach, a widząc zaskoczoną minę mecenasa dodała: - Nie przerażaj się, żartowałam.

 

Zwolniony przez Ewelinę, Franek usiadł wreszcie przy biurku. Sięgnął do szuflady, w miejsce gdzie w piątek pozostawił dokumenty dotyczące apelacji, lecz zamiast niej leżała tam umowa z Chińczykami.

"A niech to licho porwie, miałem ją obrobić w piątek, a nie miałem nawet czasu do niej zajrzeć" - pomyślał. Zerknął głębiej do szuflady, apelacji nie było. Poczuł krople potu, które zaczęły intensywnie gromadzić się na czole. Wyciągnął nerwowo wszystkie papiery z szuflady, położył na biurku i zaczął niecierpliwie je przeszukiwać. Apelacja rozpłynęła się jak kamfora. Za to z Franka zaczął coraz szybciej spływać po plecach słonawy strumyczek. Otworzył drugą szufladę i w tym momencie weszła pani Iza.

- O widzę panie Antoni, że robi pan, tak jak i ja w poniedziałek, przegląd niezałatwionych spraw z zeszłego tygodnia. Szukam umowy z Chińczykami. Nie pamiętam ile egzemplarzy panu wręczyłam, bo u siebie nie znalazłam żadnego.

- Już sprawdzimy pani Izo, niedawno miałem ją w rękach.

Sięgnął pewnie do szuflady, w której umowę zostawił w piątek. Szuflada była pusta.

"Przecież przed chwilą wyciągnąłem z niej wszystkie papiery, bo szukałem apelacji" - skarcił się.

- Pani Izo, momencik, leży tutaj w tej stercie na biurku.

- To dobrze. Mam nadzieję, że z pana uwagami, bo jutro o dziesiątej będą Chińczycy, a chciałabym znać pana opinię już dzisiaj.

Franek zaczął przeszukiwać stertę papierów na biurku, mówiąc do pani Izy:

- Spokojnie pani Izo, jakieś uwagi miałem, ale muszę ją odnaleźć.

- Ja jestem spokojna, ale pan, panie Antoni, to mi się wydaje, że coś chyba jeszcze się nie obudził.

W tym momencie zadzwonił telefon.

- Dział prawny Syntezzy S.A., słucham.

- Dzień dobry, nazywam się Gębala z wydziału IV. Chciałem się spytać o wynik w sprawie pana Majewskiego.

- Aha, panie Gębala, nie ma jeszcze orzeczenia sądu.

- Ale chyba już wiadomo, kto wygrał.

- Nie chciałbym niczego przesądzać z góry, choć rokowania są dla nas pomyślne.

- A kiedy będzie pewność, że...

- Tak myślę, że w tym tygodniu już będziemy wiedzieć.

- To ja zadzwonię w piątek.

- Oczywiście, proszę dzwonić.

Franek odłożył słuchawkę, a pani Iza wciąż przed nim uparcie siedziała.

- Pani Izo, już szukam tej umowy.

I znowu zadzwonił telefon.

- Dział prawny, słucham.

- Dzień dobry panie Antoni - Franek usłyszał szorstki głos szefowej - mogę pana zaprosić do siebie na chwilę.

- Już idę, pani kierowniczko.

Po odłożeniu słuchawki, pierwsza odezwała się pani Iza.

- Widzę, że teraz raczej nie doczekam się na te dokumenty. Kiedy pan już wróci od szefowej, proszę o mnie pamiętać.

Pani Iza zniknęła, za to pojawiła się umowa, która leżała na górze papierzysk, z wielką słonawą plamą na samym środku pierwszej strony.

"Ciekawe, co powiedzą Chińczycy na to słone morze na ich kontrakcie - westchnął - ale myślę, że docenią jak dużo potu kosztuje nas pertraktowanie z nimi". Franek złapał stertę papierzysk i wrzucił je zgrabnie do szuflady.

"Trudno - pomyślał - sprawę znalezienia apelacji odkładam ad acta". Miał teraz zupełnie pusto na biurku. "Tak jakbym już był na wylotce" - podsumował.

 

Szefowa zza okularów rzuciła na niego krótkie, uważne spojrzenie.

- Panie Antoni, gdzie pan się podziewał cały poranek?

- Miałem rozprawę Majewskiego.

- I jak poszło, bo jest jakieś chorobliwe zainteresowanie tą sprawą.

- Właśnie, dawniej takich spraw było mnóstwo i nikt specjalnie aż tak się nimi nie przejmował.

- Głównie przejmował się dyrektor działu kadr. A pewnie pan już słyszał, że zlikwidowali kadry jako osobny dział i pani kadrowa już pakuje walizki. To podobno chińskie powiedzenie, że jak komuś się źle życzy, to mu się mówi: "obyś żył w ciężkich czasach". Do takich czasów właśnie dotrwaliśmy w naszej firmie. Po kolejnych spotkaniach z nowym prezesem wiem już, że nikt tutaj nie jest pewien ani dnia ani godziny. Ale wracając do meritum, nie zgadnie pan, od kogo miałam telefon w sprawie tego tam, jak on ma na nazwisko?

- Ale kto?

- No ten, z którym pan się dzisiaj procesował.

- Aha, Majewski. Chyba nie dzwonił prezes?

- E tam, nasz prezes nie dzwoni, tylko e-mailuje. On jest przecież nowoczesnym managerem i ma prawdziwie ludzkie podejście do pracowników. Dyrektorka działu kadr mówiła mi, że dowiedziała się o zwolnieniu jej z pracy z e-maila od prezesa. W sprawie Majewskiego dzwonił pan Kocot.

- Kocot, a to jest...

- Panie Antoni, kiedy pan się wreszcie nauczy nazwisk najważniejszych oficjeli w naszej firmie? Chociaż, w dobie zmian może lepiej nie zaprzątać sobie głowy nazwiskami. I tak za chwilę będą wymienieni. W każdym razie pan Kocot jest naczelnym inżynierem wydziału nr IV wytwarzającego wipian. Po zarządzie najważniejsza osoba w Syntezzie S.A. Ale pomijając pana niewiedzę, najbardziej mnie zdumiała treść rozmowy. Pan inżynier sugerował zawarcie ugody, bo brakuje mu ludzi na produkcji. A za co ten Majewski miał dyscyplinarkę?

- Artykuł 52§1 kodeksu pracy, za alkohol oczywiście. Ale wątpię, byśmy mogli w takim stadium procesowym zawrzeć jeszcze ugodę. Rozprawa została zamknięta i czekamy tylko na publikację. Zastanawiające jest także to, że w sprawie tego Majewskiego dzwonił pan Gębala...

- Tego to z kolei ja nie znam.

- On jest bezpośrednim przełożonym tego zwolnionego pracownika, ale w przeciwieństwie do swojego szefa, nie chce go już nigdy widzieć w robocie.

- Czyli, czy wygramy, czy przegramy i tak się komuś narazimy. Z dwojga złego lepiej żeby pan tę sprawę przegrał. Jak dotąd, to naczelny inżynier pozostaje filarem naszej firmy.

- Ale ten Majewski przyszedł pijany na rozprawę, a sędzia wyrzuciła go na badanie i jeszcze na odchodnym wlepiła mu areszt za obrazę sądu.

- To chyba rzeczywiście na wydziale IV bardzo brakuje rąk do pracy.

Rozmowę przerwał dźwięk telefonu. Szefowa odebrała go.

- Kierowniczka działu prawnego, słucham.

- ...

- Pani Izo, siedzi przede mną.

- ...

- Oczywiście, przypomnę mu o tym.

Po zakończeniu rozmowy kierowniczka zwróciła się do Franka:

- Podobno gdzieś się panu zawieruszyła umowa z Chińczykami.

- Wcale nie zawieruszyła, tylko jeszcze nad nią pracuję. Ma być gotowa na jutro rano.

- W każdym razie, sam pan widzi, że pani Iza potrafi zadzwonić gdzie trzeba. Lepiej proszę jej przesłać tę umowę jeszcze dzisiaj. Tylko nam brakuje tutaj afery rozpętanej za sprawą bogu ducha winnych Chińczyków. A jak tam apelacja w sprawie Jarnota, wysłał pan ją wreszcie?

- W piątek.

- To dobrze. Sprawa jest i tak przegrana, a dodatkowo złamanego szeląga nie warta. Chyba zdaje pan sobie sprawę, że gdyby coś nie zagrało ze strony formalnej, to nas prezes oskubie do ostatniej kostki. Ale, wezwałam pana w zupełnie innej sprawie...

"Jest pan wytypowany do zwolnienia" - Franek usłyszał w myślach głos szefowej.

- Tydzień temu wręczyłam panu dokumenty w sprawie służebności przesyłu. Czy zdążył pan już opracować opinię dla zarządu na ten temat?

- Jeszcze nie, bo przekazałem papiery pani Ewelinie do wstępnej obróbki, a nie miałem czasu z nią o tym porozmawiać.

- Z panią Eweliną może pan współpracować w sprawie tej opinii, a nawet powinien pan. O ile pamiętam, uważa się za specjalistkę od nieruchomości. Tylko, że to pan osobiście ręczy za to swoją głową, a nie pani Ewelina. A prezes już mi e-mailował, że chce pchnąć tę sprawę na najbliższym zarządzie. Tak więc sprawa jest nad wyraz pilna, bo nie wiem, kiedy dokładnie odbędzie się ten najbliższy zarząd. Odkąd pozostało tylko dwóch członków zarządu, to potrafią się skrzyknąć w ciągu godziny. Lepiej żeby prezes nie pytał mi się o to, czemu nie ma jej na porządku obrad. Panie Antoni, sprawa jest priorytetowa! Usiądźcie z panią Eweliną jeszcze dzisiaj nad tymi dokumentami i jutro rano chcę mieć pana opinię na biurku. Właśnie dlatego pana wezwałam.

 

Pani Ewelina oczywiście jeszcze nie powróciła. Widocznie razem ze znajomymi zaczęli sami tworzyć listę zwalnianych. Franek zajrzał na jej biurko. Na biurku panował idealny porządek. Na środku dokumenty w sprawie służebności przesyłu równiutko poukładane i nieruszone. Poza tym z boku jeszcze papiery do pozwu, które przekazał jej dość dawno i nawet już o tym zapomniał. Także nieruszone.

"Co ta Ewelina robi przez osiem godzin w pracy? Już nawet, jeżeli nie dla przyzwoitości, to chociażby z nudów zrobiłaby coś dla tej firmy, która jej płaci" - westchnął Franek, położył na swoim biurku dokumenty i zabrał się do pracy. Wykonać coś wspólnie z Eweliną, oznacza, że trzeba to zrobić samemu.