U księcia pana. Pieczęć losu - Ida Żmiejewska

-
Proszę czekać

Jabłonna, sierpień 1803 roku

Rozdział I

w którym jedni jadą do Jabłonny z obowiązku, inni dla przyjemności, los po cichu zaciera ręce, a Wisła miesza się w sprawy, które wcale jej nie dotyczą

Choć ledwie minęło południe, nad traktem prowadzącym ku Jabłonnie dzień zaczął już przedwcześnie gasnąć. Niebo pokryło się chmurami, a powietrze zrobiło się ciężkie i nieruchome, jakby wstrzymywało oddech. Wszystko zapowiadało rychłe nadejście burzy.

Hrabia Dominik Pasławski otarł chustką czoło i z niesmakiem pomyślał, że nie ma najmniejszej ochoty stać w strugach deszczu i czekać, aż służba upora się z mozolnym rozkładaniem dachu landa. Pojazd był nowy, nie dość jeszcze wypróbowany i nikt tak naprawdę nie wiedział, jak długo może potrwać cała operacja.

Hrabia ostrożnie wychylił się spod budy podskakującej na wybojach karety - ach, te nieznośne, pełne wyrw i dołów polskie gościńce! - i spojrzał w górę. Przez chwilę przyglądał się chmurom, po czym uznał, że jeśli stangret ponagli konie, to zdążą dojechać do letniej rezydencji księcia Poniatowskiego, nim nawałnica rozszaleje się na dobre. O furgon z bagażami, wlokący się gdzieś z tyłu, nie troszczył się ani trochę; prócz garderoby hrabiny jechali nim jedynie woźnica i pokojówka.

Hrabina... Pasławski niechętnie zerknął na żonę skuloną w kącie karety. Gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, Róża natychmiast zasłoniła twarz wachlarzem. Doskonale wiedział, co oznacza ten gest.

- Znów płaczesz?! - zapytał, nawet nie siląc się na uprzejmość.

- Wcale nie - wychlipała, po czym opuściła wachlarz i wyprostowała się niczym struna. - Tylko coś wpadło mi do oka.

Dominik, mrużąc powieki, przyglądał się jej napuchniętej twarzy, cienkiej szyi, mizernemu dekoltowi i wystającym obojczykom. Gdy ujrzał ją po raz pierwszy, od razu uznał, że to najmniej urodziwa panna, jaką kiedykolwiek mu przedstawiano. I choć od ich ślubu minęły już ponad dwa lata, wciąż nie znalazł w niej nic, co pozwoliłoby mu obdarzyć ją choćby odrobiną serdeczności, nie mówiąc o jakimkolwiek afekcie.

Cóż, od zawsze zachwycały go posągowe blondynki o anielskich rysach i błękitnych oczach - takie, które w salonie nosiły się z taktem i godnością, a w alkowie potrafiły rozpalić mężczyznę do czerwoności. Róża nie miała w sobie nic z tego wyśnionego konterfektu. Była niska, chuderlawa, a jej krótkie kędzierzawe włosy - ścięte, zdawało się, wyłącznie po to, aby zrobić mu na złość - oraz jasnobrązowe oczy budziły w nim jedynie rozdrażnienie.

Na dodatek, chcąc mu się przypodobać, nosiła wyłącznie pastelowe suknie, które tylko potęgowały jej bladość. Wydawała się przez to jakaś - długo szukał w myśli odpowiedniego określenia - wyblakła. Tak, jego żona była bez wyrazu, nijaka do tego stopnia, że gdyby się nie znali, mógłby minąć ją w salonie i wcale nie zauważyć.

Na domiar złego rodzina nie zadbała należycie o jej edukację. Owszem, Róża władała kilkoma językami, lecz w żadnym nie potrafiła prowadzić zajmującej konwersacji. Rysowała, ale swoje szkicowniki wstydliwie chowała w szufladach. Grywała na pianoforte, lecz wzbraniała się przed występami. Była jeszcze jazda konna, w której przejawiała niemałą zręczność... i budziła zgorszenie: wystarczyło, że Dominik spuścił ją z oka, a natychmiast porzucała damskie siodło i dosiadała wierzchowca jak mężczyzna.

Mówiąc krótko, hrabinie Róży z Brzeżańskich Pasławskiej brakowało tego, co w ich świecie liczyło się najbardziej - prawdziwej salonowej ogłady. Jej nieśmiałość i milkliwość nieraz wprawiały Dominika w zażenowanie, a przyjaciele nie kryli współczucia, że los tak okrutnie z niego zadrwił, zmuszając go w imię familijnych interesów do znoszenia żony brzydkiej i źle wychowanej. Dodatkowym problemem było to, że w zaciszu domowym Róża często okazywała się harda i nieposłuszna.

Hrabia po raz kolejny zerknął na małżonkę, która wreszcie się uspokoiła i zamiast płakać, zawzięcie machała wachlarzem, próbując ochłodzić rozpalone policzki. Na próżno - twarz wciąż miała zaczerwienioną od niedawnych łez. Ów nieładny rumieniec nadawał jej wygląd pospolitej, niedożywionej dziewki służebnej, a nie księżniczki, w żyłach której płynęła błękitna krew Giedyminowiczów.

Świetne pochodzenie stanowiło jej jedyny atut. Nawet posag, wypłacony przez matkę i wuja, okazał się nader skromny w porównaniu z wianami, jakie wnosiły panny z mniej utytułowanych rodzin. Ojciec Dominika, hrabia Hieronim Pasławski - który ledwie ćwierć wieku temu otrzymał tytuł z rąk cesarzowej Marii Teresy - powiadał jednak, że nie potrzebuje złota Brzeżańskich, a jedynie ich znakomitej paranteli. I rzeczywiście, dostał to, czego pragnął: Pasławscy byli teraz spowinowaceni z najpierwszymi rodami Rzeczypospolitej. Młody hrabia uważał jednak, że ta skórka nie była wcale warta wyprawki.

Róża znów pociągnęła nosem, przypominając mu o swej uciążliwej obecności.

- Nie mogę cię zabrać - rzucił niecierpliwie, a potem sięgnął do kieszeni, wydobył z niej czystą chustkę, którą podał żonie. - Zrób ze sobą porządek. Wyglądasz jak dzie... jak upiór.

Posłusznie otarła twarz, lecz na niewiele się to zdało.

- Jestem twoją żoną i powinnam... - szepnęła tak cicho, że ledwo ją usłyszał.

- ...powinnaś spełniać moje życzenia - wszedł jej w słowo. - Przyrzekłaś mi posłuszeństwo.

Nie wyglądała na przekonaną; tej części przysięgi ślubnej nigdy nie brała sobie szczególnie do serca. Wszystko natomiast wskazywało, że darzyła Dominika uczuciem i - ku jego niezmiernej irytacji - pragnęła wzajemności, a nawet wyłączności. Cóż za naiwność. A może po prostu głupota? W dobrym towarzystwie małżeńska wierność od dawna była passé, a niektórzy uważali ją wręcz za powód do wstydu.

- Nie chcę tu zostać - upierała się Róża niczym rozkapryszone dziecko.

Hrabia z trudem powstrzymał się od nieeleganckiego przewrócenia oczami i siląc się na spokój, odrzekł:

- Nie będziesz sama, tylko w towarzystwie innych dam. A książę Józef to przecież twój kuzyn.

- Nie widziałam go od wieków - odparła z dąsem. - Pewnie mnie nawet nie pamięta.

- Najwyższy czas zacieśnić rodzinne więzy - oznajmił stanowczo Dominik. - A jeśli mało ci księcia, to niebawem do Jabłonny zjedzie twoja kuzynka Elżbieta.

Róża wzdrygnęła się lekko - a może tylko tak mu się zdawało - i uparcie powtórzyła:

- Nie chcę zostać sama.

- Wolisz klepać pacierze w matczynym alkierzu? - warknął, tracąc cierpliwość.

Matka Róży, księżna Marianna Brzeżańska - de domo Krasińska, primo voto Potocka, secundo voto Sapieżyna - przez długie lata słynęła w całej Rzeczypospolitej z trzech rzeczy: wielkiej piękności, licznych romansów i dobrego serca. Gdy jednak uroda przywiędła, wszystkie te przymioty popadły w zapomnienie, a najbardziej znaną cechą dostojnej damy stała się wyjątkowa pobożność. Z czasem zdominowała wszystko inne do tego stopnia, że wbrew testamentowi trzeciego męża chciała oddać jedyną córkę do karmelitanek bosych, których klasztor od dawna wspierała szczodrymi datkami. Na nieszczęście Dominika, w ostatniej chwili sprzeciwił się temu wuj panny, hrabia Korwin-Krasiński, i szybko dobił targu ze starym Pasławskim.

- Wolę jechać z tobą. Musimy być razem, skoro... skoro mamy dać twemu ojcu dziedzica. - Róża spuściła wzrok, wyraźnie pesząc się własnymi słowami.

Niestety, tym razem miała rację. Hrabia Hieronim z coraz większą niecierpliwością czekał na spadkobiercę nazwiska, tytułu i majątku. Dominik zaś żywił do żony tak głęboką niechęć, że po nocy poślubnej - którą uznał za bolesne rozczarowanie - odwiedzał jej sypialnię rzadziej niż raz w miesiącu. Przyjemności, a także uczuć, szukał poza domem.

Tyle dobrego, że Róża, znająca na pamięć cały katechizm, nie była równie biegła w sprawach małżeńskiego pożycia, więc nie zgłaszała najmniejszych zastrzeżeń. Do dziś. Czyżby ktoś wreszcie uświadomił ją, skąd naprawdę biorą się dzieci?

- Jeszcze raz proszę, zabierz mnie ze sobą. - Nie ustępowała, choć głos jej drżał. - Zrobię wszystko, co każesz.

- Oczywiście, że zrobisz - odparł chłodno. - Zostaniesz w Jabłonnie.

- Ale...

- Mam do załatwienia ważną sprawę - oznajmił z naciskiem. - Tak ważną, że zaraz wracam do Warszawy, a o świcie ruszam do Wiednia.

- Co to za sprawa?

- Nie musisz wiedzieć! - warknął.

Otworzyła usta, jakby chciała coś odrzec, lecz nagle zabrakło jej słów. Wachlarz, którym chłodziła się do tej pory, znieruchomiał w jej dłoni. Patrzyła na męża osłupiałym wzrokiem, w którym mieszały się zdumienie i niedowierzanie. Wreszcie znowu zaczęła płakać, a chcąc za wszelką cenę powstrzymać szloch, przyłożyła pięść do ust i zacisnęła ją tak mocno, że zbielały jej kostki.

Hrabia wzruszył ramionami, jakby dawał do zrozumienia, że wszelkie dyskusje są stratą czasu. Na początku małżeństwa podobne sceny wprawiały go w zakłopotanie, lecz szybko przestał przywiązywać wagę do humorów żony. Ot, kolejny dopust, którym Bóg i ojciec raczyli go doświadczać.

- Poniatowski ma pierwszy dom w Warszawie - odezwał się wreszcie, gdyż uporczywe milczenie żony zaczęło mu ciążyć. - Bywa u niego najlepsze towarzystwo. Powinnaś być wdzięczna, że raczył cię zaprosić. Dlatego milcz, słuchaj i patrz! Może wreszcie nauczysz się manier.

Róża milczała i spoglądała w dal takim wzrokiem, jakby przez zakurzone szyby karety widziała coś, czego on nie potrafił dostrzec. Wreszcie wyszeptała kilka słów, których nie dosłyszał, bo w tej samej chwili uniesione porywem wiatru kamyki i ziarnka piasku z impetem uderzyły w budę landa. Oboje cofnęli się odruchowo.

Resztę drogi przebyli w ciszy, przerywanej jedynie parskaniem koni i stukotem ich kopyt, rzadkimi komendami stangreta, łoskotem gałęzi smaganych wichurą i coraz wyraźniejszymi pomrukami grzmotów.

Wreszcie oba ekwipaże dotarły do dużej oberży przy głównym trakcie i tuż przed nią skręciły w topolową aleję, na końcu której bieliły się ściany pałacu Poniatowskiego.

Przed kilku laty Dominik, znający dobrze księcia Józefa z czasów kampanii 1792 roku, spędził w Jabłonnie kilkanaście dni i zachował z tego pobytu miłe wspomnienia. Teraz również chętnie pozostałby tu na jakiś czas, gdyby nie kłopotliwe towarzystwo małżonki i naglące wezwanie do Wiednia.

Lando zwolniło bieg, minęło okazały modrzew szarpany porywami wiatru, objechało okrągłą sadzawkę zastępującą gazon i zatrzymało się przed pałacowym wejściem dokładnie w tej samej chwili, gdy pierwsza błyskawica przecięła ogniem niebo.

Markiza Henrietta de Vauban szeptała coś poufale do ucha pani Luizy de Beaumont, która od rana towarzyszyła jej przy krosienkach.

Emilia Cichocka dyskretnie zerknęła na obie damy znad własnej robótki, udając, że skupia się wyłącznie na hafcie. Henriettę znała już od pięciu lat i spędzała z nią tyle czasu, że bez trudu odgadywała, co też chodzi jej po głowie. Tym razem wszystko wskazywało, że przyjaciółka zamierzała podsunąć swą nową pupilkę księciu Józefowi, który od kilku miesięcy - to jest od czasu, gdy zakończył romans ze złotowłosą Andzią, przykładnie wydając ją za mąż - pozostawał bez oficjalnej kochanki.

Luiza była blondynką o apetycznych kształtach, świeżej urodzie i olśniewającym uśmiechu, a jednak Emilia gotowa była położyć na szalę swój najcenniejszy szafirowy naszyjnik, że plany Henrietty spełzną na niczym. Cóż, znała doskonale także Pepiego - przyjaźnili się od dawna, a zanim książę w jednej z oberż na Powiślu wynalazł swoją Andzię, łączył ich nawet zażyły związek - orientowała się więc doskonale w jego miłosnych zwyczajach.

Poniatowski miał wrodzoną skłonność do nagłych uniesień: o jego zauroczeniu kobietą decydowały najczęściej pierwsze chwile znajomości. Tymczasem Luiza przybyła do Jabłonny już przed trzema tygodniami i nic nie wskazywało, aby zdołała wówczas oczarować gospodarza. Henrietta jednak utrzymywała - ku starannie maskowanemu rozbawieniu Emilii - że Pepi bywa nieprzewidywalny i że fertyczna Francuzka potrafi jeszcze rozniecić w nim ogień.

Będzie to zaiste ciekawe przedstawienie - pomyślała pani Cichocka i korzystając z nieuwagi srogiej gospodyni, postanowiła na chwilę odpocząć od haftu, za którym nigdy nie przepadała.

Odłożyła tamborek na stół, rozmasowała obolałe palce, po czym sięgnęła po wachlarz, który przezornie zabrała ze sobą, i zaczęła nim tak energicznie machać, że siedząca obok baronowa de la Plone nie musiała nawet przysuwać się bliżej, aby również skorzystać z odrobiny ochłody.

Salonik Henrietty - gustownie urządzony, pełen uroku i ozdobiony ściennymi malowidłami - stanowił centrum wschodniej oficyny pałacu, powszechnie zwanej królewską. W nazwie tej nie było przesady, gdyż to właśnie tutaj zatrzymywał się król Stanisław August, ilekroć letnią porą przyjeżdżał z wizytą do swego brata, księcia prymasa Michała Poniatowskiego.

Niestety ani Emilia, ani pozostałe damy nie miały ochoty zachwycać się pięknymi wnętrzami, gdyż całą ich uwagę pochłaniał nieznośny upał panujący w budynku. Pani de Vauban, lękająca się przeciągów i przesadnie dbająca o swoje kruche zdrowie oraz o jeszcze wrażliwsze nerwy, nie pozwalała nawet uchylić okna.

Tyle dobrego - westchnęła w duchu Cichocka - że nie kazała dziś napalić w piecu.

Nie miała wątpliwości, że panie najchętniej rozeszłyby się do swoich komnat albo znalazły przyjemniejsze zajęcie. Ona sama z radością spędziłaby ten czas z córką... Tyle że żadna nie śmiała opuścić saloniku przed wybiciem czwartej po południu. Od dawna bowiem przestrzegano tu zwyczaju, wedle którego codziennie po śniadaniu i porannej toalecie goszczące w Jabłonnie panie zjawiały się u hrabiny, aby spędzić z nią kilka godzin na robótkach ręcznych, szeptanych ploteczkach i słuchaniu wieści ze świata, które z gazet odczytywał im opiekun galerii sztychów, pan Pierre Marival. Nie był to obowiązek szczególnie lubiany - toteż damy po cichu nazywały go pańszczyzną. Choć prawdę mówiąc, akurat tego dnia nie dałoby się przebywać dłużej na zewnątrz: przed świtem nad Jabłonną przetoczyła się pierwsza wielka burza, a teraz zbierało się na drugą.

Późnym przedpołudniem w saloniku gospodyni zjawiło się dziesięć pań. W większości były to przygarnięte przez nią francuskie emigrantki, od lat błąkające się po Europie. Wśród nich znajdowały się Luiza de Beaumont oraz jej ciotka, markiza Adelajda de Brét?che - stateczna dama w średnim wieku, która zwykle słuchała rozmów z życzliwą uwagą i z pasją snuła opowieści o dawnych dobrych czasach sprzed rewolucji. Była tam również pani Maria de Fontenay, jeszcze młoda i bardzo ładna, a przy tym obdarzona nieposkromioną ciekawością, która nie pozwalała jej przejść obojętnie obok cudzego sekretarzyka, szkatułki ani nawet koszyczka z robótką. Kolejna Francuzka, hrabina Gabriela de Mortain, zajmowała się haftem z równym skupieniem jak pozostałe damy, choć przy jej fotelu spoczywała talia wytartych kart, których znaczenie - jak utrzymywała - poznała przed laty od słynnej madame Lenormand. Do tego grona należały jeszcze baronowa de la Plone, obserwująca otoczenie z uwagą wprawiającą niektórych w zakłopotanie, oraz ledwie dwudziestoletnia madame Anna de Couder, wiecznie czymś zaniepokojona i niemal nigdy nieoddalająca się od męża.

Z Polek, oprócz Emilii Cichockiej, obecne były Salomea Wielhorska - niezwykle piękna brunetka i żona jednego z najbliższych przyjaciół księcia - jej bratowa Katarzyna Dembińska, pogodna kobieta obdarzona wyjątkowo trzeźwym osądem, oraz łagodna Józefka "Stasiowa" Potocka, rumieniąca się nawet wtedy, gdy rozmowa schodziła na najbardziej niewinne zaloty.

Do kompletu brakowało jedynie hrabiny Teresy Tyszkiewiczowej, przywykłej chadzać własnymi ścieżkami i nie oglądać się na nikogo. Jako siostra gospodarza i najbliższa przyjaciółka Henrietty miała jednak do tego pełne prawo i nikt nie odważył się jej upomnieć.

Jeśli zaś chodziło o mężczyzn... Emilia najchętniej nie zwracałaby uwagi na żadnego z nich. Los bywał jednak przewrotny i sprawił, że w Jabłonnie ponownie spotkała człowieka, którego wolałaby nigdy więcej nie oglądać.

Diuk de Fleury... Bałamucił ją, roztaczał przed nią wizję wspólnej przyszłości i skłonił do rozwodu z mężem. A ona mu uległa. Cóż, miała tę słabość, że zbyt często pozwalała, aby serce przemawiało głośniej od rozsądku. Kiedy jednak odzyskała wolność, André ją porzucił i bez większych skrupułów odszedł do innej.

Nie, nie żywiła już do niego żadnych uczuć. Nie marzyła o pojednaniu. Widok wiarołomnego kochanka przypominał jej jedynie o własnej naiwności, której do dziś nie potrafiła sobie wybaczyć.

Wtem pani de Couder spojrzała w okno i upuściła naparstek, a kiedy pochyliła się, aby go podnieść, zbladła i przycisnęła dłoń do piersi. Gdyby nie szybka pomoc Józefy Potockiej, osunęłaby się na podłogę. Emilia zerwała się z miejsca i - nie bacząc na spodziewane dąsy Henrietty - zaczęła wachlować omdlałą. Najlepiej byłoby otworzyć okno na oścież, lecz żadna z dam nie ośmieliła się uczynić tego bez wyraźnego polecenia gospodyni, na której podobne sceny nie wywierały najmniejszego wrażenia. Tym bardziej że na zewnątrz zrobiło się ciemno niemal jak w nocy, a grzmoty rozlegały się coraz bliżej.

Na szczęście po dwóch filiżankach zimnej herbaty pani de Couder odzyskała na tyle siły, aby powrócić na swój fotel.

- Przysięgłabym, że ktoś obcy stał na dziedzińcu...

- Nikogo tam nie było - oświadczyła Henrietta.

Emilia zmarszczyła brwi; markiza nawet nie raczyła spojrzeć w stronę okna. Gabriela de Mortain odłożyła tamborek i przez chwilę przyglądała się pobladłej Annie z uwagą.

- Nie - powiedziała w końcu. - Pani nie jest dziś chora. Pani się boi.

Nie wyjaśniła, dlaczego tak sądzi. Sięgnęła jedynie po swoją talię kart i zaczęła bawić się nią, jakby zamierzała zajrzeć w przyszłość. Ostatecznie jednak wsunęła ją z powrotem do pudełka i bez słowa wróciła do haftowania.

Emilia tymczasem rozejrzała się za zgubionym naparstkiem. Potoczył się aż pod okno. Ledwie zdążyła się po niego schylić, gdy niebo rozdarł zygzak błyskawicy. Wyprostowała się i mimowolnie omiotła wzrokiem salonik. Maria de Fontenay najwyraźniej uznała całe zamieszanie za doskonałą okazję do zaspokojenia swojej ciekawości. Bez najmniejszych skrupułów myszkowała właśnie w koszyczku z robótką pani de Couder, przekładając motki jedwabiu i małe srebrne nożyczki z miną dziecka wpuszczonego do sklepu z zabawkami. Cichocka z trudem powstrzymała uśmiech. Gdyby Maria dowiedziała się, że w pałacu istnieje zamknięta szkatułka, do której jeszcze nie zajrzała, z pewnością uznałaby to za osobistą zniewagę.

Wyprostowała się, wsunęła naparstek do koszyczka i odruchowo wyjrzała przez okno. Przed głównym wejściem właśnie zatrzymywało się eleganckie lando. Wytężyła wzrok, lecz zdołała dostrzec jedynie sylwetkę mężczyzny wysiadającego z powozu - w tej samej chwili deszcz lunął ciężkimi strugami, przesłaniając cały podjazd.

- Przyjechał hrabia Pasławski - powiedziała półgłosem, odsuwając się od okna.

- Pasławski? - Henrietta gwałtownie podniosła głowę. - Nie chcę go widzieć. Ani przez sekundę.

W saloniku zapadła cisza. Damy niemal jednocześnie uniosły głowy znad robótek. Nawet Gabriela de Mortain przerwała haft, a pani de Fontenay z pośpiechem odłożyła srebrne nożyczki, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że wcale nie należą do niej.

Emilia zaś spojrzała na przyjaciółkę ze zdziwieniem. Tak ostrego tonu nie słyszała u niej od bardzo dawna.

Pokój, do którego na polecenie burgrabiego Brodowskiego lokaj wprowadził hrabiostwo Pasławskich, mieścił się na piętrze dużej, jednopiętrowej oficyny, tuż przy głównym wejściu. Był dość obszerny, urządzony wprawdzie nieco staroświecko i bez szczególnego przepychu, lecz niewątpliwie wygodny. Róży przypadł do gustu od razu, ale za nic w świecie nie przyznałaby tego głośno - Dominik musiał przecież pojąć, jak wielką krzywdę jej wyrządza.

- Wszyscy goście będą mijać moje drzwi - rzuciła ponurym tonem. - Nie zaznam tu spokoju.

- Każę zamienić pokój na inny.

- Nie ma innego - skłamała bez wahania, choć nie miała pojęcia, ile osób faktycznie przebywało w Jabłonnie.

- Szybko przywykniesz - odparł chłodno małżonek, nie okazując najmniejszego zrozumienia dla jej lęków ani stanu ducha.

- Nie chcę tu zostać bez ciebie - powtórzyła po raz chyba tysięczny, nie wiedząc już, jakimi słowami mogłaby go poruszyć.

- Do tego również winnaś przywyknąć.

Unosząc drżącą dłoń do piersi, poczuła nagle, że dzieje się coś ostatecznego. Coś, do czego nie powinna dopuścić.

- Proszę... - wychrypiała i pochyliła się, bo zamierzała upaść na kolana i błagać męża, aby jej nie porzucał.

- Nie zachowuj się jak komediantka - rzekł z niesmakiem Dominik i chwytając ją za ramiona, przytrzymał w miejscu.

Róża niemal fizycznie poczuła jego niechęć i zniecierpliwienie. Mąż nigdy nie był dla niej przesadnie miły, ale dotąd nie okazywał jawnej wrogości ani pogardy - jedynie chłodne niezadowolenie, że los kazał mu poślubić właśnie ją. A przecież ona nie miała na to żadnego wpływu. Jej także nikt nie pytał o zdanie.

Wuj Kleofas, gdy już świetnie wydał za mąż własne trzy córki, przypomniał sobie o zobowiązaniu, jakie nakładał nań testament zmarłego szwagra, i zabrał się do poszukiwań kandydata do ręki siostrzenicy. Była na to najwyższa pora - księżniczka Brzeżańska liczyła sobie bowiem już dwadzieścia jeden wiosen i, trzymana pod kloszem przez zatopioną w modlitwach matkę, nie miała sposobności poznać odpowiednich młodych ludzi.

Róża śledziła poczynania wuja z rosnącym niepokojem. Obawiała się, że władczy krewny zmusi ją do poślubienia mężczyzny, który mógłby być jej ojcem. Obawy te nie były wcale bezpodstawne - przez pewien czas w rozmowach wuja i matki przewijało się nazwisko pewnego barona, mającego dobrze ponad pięćdziesiąt lat i rozpaczliwie pragnącego syna; dwie poprzednie małżonki obdarzyły go jedynie czterema córkami.

Na szczęście na horyzoncie pojawił się Dominik, który od pierwszego wejrzenia przypadł Róży do gustu. Był młody, przystojny i światowy, a przy tym poważny i milczący w ten tajemniczy sposób, który niezmiennie intrygował młode i niedoświadczone dziewczęta. Księżniczka nie stanowiła wyjątku; niemal natychmiast wyobraziła sobie, że jej przyszły mąż skrywa w sercu jakiś tragiczny sekret. Przysięgła sobie więc, że uczuciem uleczy jego smutki, a potem oboje będą żyli długo i szczęśliwie w jednym z jej posagowych pałaców.

Rychło jednak okazało się, że hrabia wyobrażał sobie ich związek zupełnie inaczej niż ona. Przede wszystkim pragnął spędzać jak najwięcej czasu za granicą - im dalej od ojca, tym lepiej. Co do niej zaś... najbardziej lubił, gdy siedziała cicho i nie pchała mu się przed oczy. Nie interesowało go, co miała do powiedzenia, nie liczył się z jej opinią, a już po miesiącu małżeństwa zaczął otwarcie krytykować jej zachowanie i wygląd. Nie miał dla niej ani czułego gestu, ani dobrego słowa, choć wobec innych kobiet bywał prawdziwie rycerski.

Niezrażona tym, zaciskała zęby, starając się trzymać w ryzach swój temperament i być żoną doskonałą, uprzedzającą każde życzenie męża. Towarzyszyła mu w podróżach do Wiednia, gdzie zawsze czuła się obco, i uczestniczyła w przyjęciach, na których otaczały ją wyłącznie nieznane twarze. Znosiła niedogodności bez słowa skargi, przekonana, że z czasem zdoła zasłużyć na miłość i uwagę Dominika. Że wszystko odmieni się niechybnie, gdy tylko urodzi mu syna.

Niestety, dziecko wciąż nie przychodziło na świat. Zapewne była to jej wina; matka nieraz mawiała, że nadaje się bardziej na mniszkę niż na żonę - i chyba miała rację.

Męża nie poruszały jej starania. Przeciwnie - z każdym dniem stawał się coraz bardziej oschły. Znikał na całe wieczory, a ona pozostawała w domu samotna jak palec. Gdy odważyła się zapytać o te przedłużające się wizyty, zbywał ją półsłówkami albo lodowatym tonem oznajmiał, że może mieć tyle kobiet, ile dusza zapragnie, gdyż małżeńska wierność to śmieszny przeżytek. Teraz zaś zamierzał zostawić ją na kilka tygodni w domu człowieka, który co prawda był jej dalekim krewnym, lecz którego dotąd spotkała tylko raz w życiu. Co gorsza, wizja wyłaniająca się z plotek i opowieści znajomych bynajmniej nie była zachęcająca: Róża nie znosiła ani płochych mężczyzn bawiących się kobietami, ani hucznych przyjęć z wymyślnymi, a nierzadko wręcz nieprzyzwoitymi atrakcjami.

- Zastanów się jeszcze raz - wyszeptała błagalnie. - Jestem twoją żoną.

- Wiem. - Dominik niemal warknął. - Nie musisz wciąż mi o tym przypominać.

- Miejsce żony jest przy mężu.

- Żona ma być tam, gdzie mąż jej rozkaże. Koniec dyskusji. Zostajesz tutaj i kropka.

Wszystko w niej się buntowało. Od dziecka nie znosiła kategorycznych zakazów i po ślubie również nie potrafiła do nich przywyknąć. Może dlatego, że matka, wiecznie pochłonięta modlitwami, pobożnymi lekturami i haftowaniem ornatów, nie zadbała o salonową tresurę córki.

- Mam urodzić ci syna, dlatego...

- Posłuchaj... - przerwał jej Dominik wściekły jak nigdy dotąd. - Nie chcę ani ciebie, ani twojego dziecka. Nigdy cię nie chciałem!

Drgnęła jak smagnięta biczem; aż dziw, że nie pękło jej serce.

- Powiem twojemu ojcu... - wyszeptała, chwytając się ostatniego argumentu. - Napiszę do niego.

- Myślisz, że ci uwierzy? - Uśmiechnął się kpiąco. - Tobie, a nie własnemu synowi?

- Posłuchaj... - zaczęła raz jeszcze i kurczowo ścisnęła jego dłoń, dopiero teraz uświadamiając sobie, że płacze.

Odepchnął ją z taką siłą, że zatoczyła się i runęła na łóżko. Nie leżała jednak długo - niemal natychmiast zerwała się na równe nogi i szlochając, wypadła z pokoju. Zbiegła po schodach i wyskoczyła z oficyny, prosto na trawnik.

Ziemia była rozmokła po ulewie, trawa jeszcze nie obeschła, więc natychmiast ubłociła białe trzewiki i uszargała tren sukni. Nie zważała na to. Biegła, dokąd niosły ją załzawione oczy; chciała tylko uciec - jak najdalej od męża, który uważał, że nie jest dla niego dość dobra, i od tego przeklętego miejsca, gdzie zamierzał zostawić ją na pastwę losu.

Mijając pałac, zauważyła czterech młodych ludzi ubranych w jednakowe stroje; mieli na sobie ciemne spodnie i zielone fraki z czarnymi aksamitnymi klapami. Każdy trzymał w ręku butelkę wina. Rozmawiali z ożywieniem, przy czym mówił głównie jeden z nich, a pozostali raz po raz wybuchali śmiechem. Na jej widok ten najbardziej rezolutny najpierw się zatrzymał, a potem podszedł bliżej, jakby zamierzał ją zaczepić, lecz jeden z towarzyszy położył mu dłoń na ramieniu i coś szepnął do ucha. Wszyscy ucichli i skłonili się jej z przesadną uprzejmością. Róża nie czekała, co będzie dalej, tylko przyspieszyła kroku.

Wreszcie dotarła do lipowej alei, gdzie szeroka ścieżka była udeptana i wolna od kałuż. Z poruszanych wiatrem gałęzi drzew spadały na nią krople wody. Chłodne strużki ściekały po szyi, dekolcie i plecach, włosy lepiły się do skóry. Róży to nie przeszkadzało, bo choć burza minęła i niebo miejscami się przejaśniało, duchota wciąż nie ustępowała.

Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy wysiłek pozbawił ją tchu. Dyszała ciężko, przyciskając dłoń do tłukącego się serca, i niepewnie rozglądała się wokół. Wtem dostrzegła, że ścieżka opada łagodnie i ginie wśród krzaków dzikiej róży. Bez namysłu ruszyła w tamtym kierunku i zaraz jej oczom ukazała się... Wisła.

Nie wiedziała dotąd o tym sąsiedztwie, toteż patrzyła z niekłamanym zdumieniem na rzekę, która - szeroka i majestatyczna - toczyła swe wody między trzema ogromnymi, gęsto porośniętymi drzewami ostrowami. Na brzegu obficie pleniły się krzewy, trzciny i sitowie, a także bujne kępy krwawnicy obsypanej fioletowym kwieciem oraz skromniejsze skupiska łączenia, którego jasnoróżowe baldachimki kołysały się lekko na wietrze. Ulewny deszcz sprawił, że rośliny, dotąd udręczone skwarem, nagle odżyły; ich zieleń wybuchła z taką intensywnością, że niemal raziła w oczy.

- Wspaniale - wyszeptała, zapominając zarówno o swej niechęci do Jabłonny, jak i o lęku przed dawno niewidzianym gospodarzem tego miejsca.

Miała wrażenie, że znalazła się w innym świecie - takim, do którego nie mają dostępu troski - więc postanowiła iść dalej. Ścieżka stawała się coraz szersza, aż wreszcie skręciła i doprowadziła ją do rozległej piaszczystej plaży. Tam Róża dostrzegła dwie łodzie przycumowane do pnia wierzby: jedna z nich była duża, mogąca pomieścić kilkanaście osób, druga zaś maleńka i przeznaczona zapewne do romantycznych przejażdżek we dwoje przy blasku księżyca.

Hrabina przysiadła na burcie większej łodzi. Nie odrywając wzroku od Wisły, zdjęła buty i pończochy, które niedbałym gestem cisnęła za siebie. Następnie wstała i ostrożnie zrobiła kilka kroków. Piasek okazał się mokry tylko z wierzchu; głębiej był sypki, chłodny i przyjemnie łaskotał stopy.

Podszedłszy do samej rzeki, zanurzyła dłoń w wodzie, pragnąc poczuć siłę nurtu prześlizgującego się między palcami. Było w tym coś znajomego - wspomnienie z dzieciństwa, gdy beztrosko pluskała się w Styrze razem z gromadą dzieciarni pałacowej służby.

Na myśl o tamtych czasach uśmiechnęła się lekko i nagle poczuła nieodpartą chęć, aby się wykąpać. Nie robiła tego od dawna; Dominik uznałby podobny pomysł za oburzający, natychmiast uraczyłby ją umoralniającą przemową i na koniec zakazał nawet myśleć o takich bezeceństwach.

Tymczasem promienie słońca przebiły się przez chmury i zrobiło się tak gorąco, że Róża nie namyślała się dłużej. Zsunęła z siebie suknię i starannie zawiesiła ją na burcie łodzi. Pozostała w lekkiej koszulce z cienkiego batystu sięgającej kostek. Poluzowała tasiemki przy dekolcie, a następnie wypróbowanym już nieraz sposobem zasupłała zabrudzoną błotem tkaninę między kolanami, zyskując większą swobodę ruchów.

Ostrożnie weszła do rzeki i stwierdziła, że zgodnie z przewidywaniami w tym miejscu jest bardzo płytko. Posuwała się naprzód, badając grunt stopami - nie znała przecież tej okolicy, a rozwaga nakazywała czujność. Gdy woda sięgnęła jej do pasa, uznała, że może popływać.

Spokojnie pokonała trzecią część szerokości Wisły, po czym przewróciła się na plecy. Czuła, jak nurt obmywa jej ciało i zabiera ze sobą złość, rozczarowanie, tęsknotę, a nade wszystko przeklętą bezsilność, która ciążyła jej od miesięcy.

Zaśmiała się cicho, po czym wykonała zgrabnego fikołka, odetchnęła głęboko i zanurkowała. Obraz zafalował przed jej oczami, a gdy wreszcie się uspokoił, ujrzała zapierające dech w piersiach połączenie zieleni, błękitu i złotych smug słońca przebijających się przez taflę rzeki. Jasne barwy stopniowo ustępowały miejsca czarnej bezdennej toni, lecz Róża nie czuła strachu przed głębią.

Przyglądała się właśnie przemykającym obok niej rybom, gdy nagle ktoś szarpnął ją gwałtownie za włosy. Tak mocno i niespodziewanie, że na moment zamarła z przerażenia. Oprzytomniawszy, chciała krzyknąć, lecz tylko opiła się wody. Zachłysnęła się, parskając i kaszląc, a równocześnie miotała się w uścisku nieznajomego mężczyzny, który - nie bacząc na opór - ciągnął ją za sobą.

Nie zamierzała jednak poddać się bez walki. Uspokoiła się, lecz tylko pozornie; umysł gorączkowo szukał sposobu wyrwania się z rąk napastnika. Może powinna ugryźć go w rękę? Łatwo pomyśleć! Jeśli otworzy usta, znowu się zakrztusi.

Kiedy poczuła pod stopami twarde podłoże, trochę jej ulżyło. Byli już przy brzegu. Tutaj łatwiej da się uciec. Zebrała resztki sił i spróbowała się szarpnąć, lecz nieznajomy nie zamierzał jej puścić. Stanął pewnie na nogach, po czym przyciągnął ją do siebie i uniósł, jakby nie ważyła więcej niż dziecko. Szarpała się, usiłując wyrwać się z tego upokarzającego uścisku. Bezskutecznie.

Znieruchomiała i wreszcie na niego spojrzała, a wtedy ze zdumieniem uświadomiła sobie, że człowiek trzymający ją w ramionach wcale nie wygląda groźnie. Wręcz przeciwnie - budzi zaufanie. Dobrze patrzyło mu z oczu, a przejęcie, z jakim pochylał się nad nią, zdawało się szczere. Co więcej, wydał się jej znajomy. Odkrycie to sprawiło, że znowu poruszyła się niespokojnie.

- Proszę się uspokoić - odezwał się mężczyzna stanowczym tonem, zdradzającym przyzwyczajenie do wydawania rozkazów. - Nie po to panią ratowałem, żeby...

- Pan mnie ratował? Pan?! - przerwała mu ostro, w jednej chwili odzyskując kontenans. - Dobre sobie! Pan mnie niemal zabił!

- Ja?! - upewnił się, wyraźnie zaskoczony jej reakcją. - Byłem pewny, że...

- Jak można tak cicho pływać?! Omal nie dostałam apopleksji! Wyrwał mi pan włosy... wszystkie! I jeszcze mnie pan dusił! Przez pana opiłam się wody!

Mówiła szybko, nerwowo, a mężczyzna słuchał w milczeniu, wciąż trzymając ją w ramionach, jakby nie przyszło mu do głowy, że mógłby już postawić ją na ziemi.

- Nie jest chyba tak źle - zauważył z powątpiewaniem, kiedy na moment przerwała, aby zaczerpnąć powietrza.

Przyglądał się jej potarganym włosom, mokrej twarzy i szyi, a potem - na zbyt długi moment - zatrzymał wzrok na dekolcie. Zmitygował się dopiero wtedy, gdy prychnęła z oburzeniem.

- Proszę mnie puścić!

- Puścić mogę - odparł - ale pod warunkiem, że mi pani coś obieca.

- Nie składam obietnic obcym mężczyznom - rzuciła wyzywająco, zadzierając brodę wyżej, niż pozwalało jej zawstydzające położenie.

W rzeczywistości jednak nie miała najmniejszych wątpliwości, kim jest ten człowiek. Rozpoznała go od razu, choć od dnia, gdy los po raz pierwszy postawił ich naprzeciwko siebie, minęło wiele lat. I doprawdy - nie mogła trafić gorzej.

On zaś przez chwilę milczał, jakby rozważał jej słowa, po czym nachylił się nieznacznie i wreszcie wypuścił ją z objęć. Nie umknęło jej, że uczynił to z wyraźną niechęcią.

- Proszę wybaczyć - powiedział w końcu. - Na śmierć zapomniałem o grzeczności.

- Pływanie bez kapelusza winno być karane gardłem - mruknęła pod nosem, a zaraz potem sama się zganiła za ten niestosowny żart.

Musiał go jednak usłyszeć, bo kąciki jego ust drgnęły, jakby zamierzał się roześmiać. Powstrzymał się, lecz Róża zauważyła, że właśnie opadło z niego całe napięcie. I to zaniepokoiło ją bardziej niż gniew.

- Pani pozwoli... - odezwał się i skłonił z niewymuszonym wdziękiem.

- Józef Antoni książę Poniatowski - wyszeptała mimowolnie, po czym dodała z rezygnacją: - Właściciel pałacu, parku i całej tej okolicy.

- A pani to...? - podjął, wyraźnie zaintrygowany.

- Róża Teofila z książąt Brzeżańskich, hrabina Pasławska - wyrecytowała, wykonując nienaganny dworski rewerans. Zważywszy jednak na jej żałosny stan - ociekające wodą włosy, mokry batyst i bose stopy - ukłon musiał wyglądać nie tyle dostojnie, co komicznie.

- Żona Dominika?

- Widzę, że wieści w Jabłonnie szybko się rozchodzą.

- Dominik zawsze miał szczęście do pięknych kobiet.

W jego ustach ten komplement zabrzmiał nie jak uprzejmość, lecz jak stwierdzenie faktu. Róża już miała go zganić za niewczesną kurtuazję, lecz pełne aprobaty spojrzenie, którym znów ją obrzucił, uświadomiło jej, że ma na sobie jedynie bieliznę. Odruchowo skrzyżowała ramiona na piersiach, próbując się osłonić.

Na próżno. Batystowa koszulka przylegała do ciała niczym druga skóra. Co gorsza, Róża zapomniała rozplątać węzeł u kolan - materiał odsłaniał jej nogi znacznie wyżej, niż pozwalały dobre obyczaje. A więc nie dość, że zachowała się skandalicznie, to jeszcze paradowała niemal nago przed przyjacielem i dawnym dowódcą własnego męża. Dominik urządzi awanturę, ponieważ będzie zmuszony zabrać ją z powrotem do Warszawy. Wszak żaden szanujący się arystokrata nie zechce trzymać pod swoim dachem kogoś tak nieobliczalnego jak ona. Poniatowski - jakimkolwiek libertynem by był - znał zasady panujące w towarzystwie, musiał więc czuć się zgorszony takim zachowaniem damy. A jednak - nieśmiało zerknęła na niego spod rzęs - w jego spojrzeniu nie było ani cienia oburzenia. Tylko szczere i nieskrywane męskie zainteresowanie.

- Niech się pan odwróci... - rzuciła, choć wiedziała, że prosi rychło w czas; książę zdążył obejrzeć ją sobie dokładnie i ze wszystkich stron. Cóż za upokorzenie... Tym dotkliwsze, że najwyraźniej jej nie rozpoznał.

Poniatowski spełnił prośbę bez wahania i - jakby chcąc ją uspokoić - z własnej inicjatywy odsunął się jeszcze o kilka kroków.

- Niech pani nie podchodzi do rzeki - powiedział tonem, w którym nie było już rozkazu, a jedynie uprzejma prośba.

Róża, zaskoczona łagodnością tej wypowiedzi, postanowiła wyjątkowo go posłuchać.

- Tak jest - mruknęła przekornie, bo jednak nie potrafiła się powstrzymać.

- Zaraz wracam - oznajmił i ruszył ścieżką prowadzącą ku parkowi, nie oglądając się za siebie.

Ona zaś, nie wiedzieć czemu, wbiła wzrok w jego oddalającą się sylwetkę. Mokre ubranie kleiło się do ciała, nie pozostawiając zbyt wiele pola dla wyobraźni. Ile prawdy było w plotkach na jego temat, trudno orzec, lecz w jednym na pewno nie kłamały: książę Józef Poniatowski, mimo ukończonych czterdziestu lat i przerzedzonych nad czołem włosów, wciąż pozostawał mężczyzną niezwykle przystojnym. Nic dziwnego, że przed kilku laty Elżbieta czyniła wszystko, aby zostać jego żoną.

Wspomnienie nielubianej kuzynki otrzeźwiło Różę. Uświadomiwszy sobie, że gospodarz lada chwila powróci, zaczęła pospiesznie doprowadzać się do porządku. Najpierw wyciągnęła wstążkę z włosów i przeczesała palcami splątane kosmyki - po misternej fryzurze, nad którą jej pokojówka Kasia mozoliła się pół wieczoru i większą część poranka, nie zostało nawet śladu.

Koszulka wciąż była wilgotna, a do tego brudna. Zawahała się, lecz w końcu naciągnęła na nią suknię, która też przemokła w okamgnieniu. Jedwab był uwalany błotem i trawą; Róża wolała nie wyobrażać sobie miny Kasi na widok tego, co stało się z jednym z najlepszych strojów jej pani.

Zza kępy krzewów ponownie wyłonił się książę Józef. Od razu dostrzegła, że zdążył poprawić odzienie i włożyć buty. Za nim zaś, niczym wierny pies, kroczył osiodłany gniady arab.

- Jaki piękny! - rzuciła z zachwytem.

- Dziękuję za komplement. - Poniatowski ukłonił się z przesadną uprzejmością.

- W jego imieniu? Bo przykro mi, Wasza Książęca Mość, lecz nie umywa się pan do swego wierzchowca.

Książę roześmiał się szczerze. Róża podeszła do konia, zapatrzona w jego lśniącą sierść i łagodne, czujne oczy. Była dobrą amazonką, ale nigdy nie miała okazji dosiadać tak szlachetnego zwierzęcia.

- Mogę go pogłaskać? - zapytała, spoglądając na księcia niemal błagalnie.

- Śmiało - odparł. - To Sułtan.

Ogier zarżał cicho i zastrzygł uszami, lecz stał spokojnie. Róża pogłaskała go po łukowatej szyi, potem wplotła palce w mokrą, miękką grzywę.

- Zmokliśmy obaj w czasie burzy - wyjaśnił Poniatowski. - Chciałem zdążyć przed waszym przybyciem i wybrałem najgorszą porę na przejażdżkę.

- Dominikowi spieszno z powrotem do Warszawy - odparła z przekąsem. - A pańskie powitanie... - rzuciła znaczące spojrzenie ku rzece - zapamiętam na całe życie.

- Nie wiem, czy powinienem się z tego cieszyć, czy raczej tym martwić.

- Czas pokaże - odrzekła, wciąż bawiąc się grzywą Sułtana. - Och, dałabym mu coś... szkoda, że nie mam cukru.

- Ja miałem - rzucił wesoło książę. - Ale połowę Sułtan już zjadł, a reszta pływa w kieszeni mojego surduta.

Zaśmiała się, lecz zaraz spoważniała.

- A Sułtan nie boi się gromów?

- Słyszał w życiu gorszy huk - odparł krótko i przez twarz przemknął mu cień.

Ewidentnie nie miał ochoty kontynuować tematu, zaś jej zabrakło odwagi, aby zapytać o szczegóły. Oboje przez chwilę milczeli. Wreszcie książę niespodziewanie zapytał:

- Czy my aby nie jesteśmy spokrewnieni?

A więc naprawdę jej nie poznał.

- Owszem. - Kiwnęła głową. - Przez Morsztynów. Tylko niech pan...

- Kuzyn - poprawił z lekkim uśmiechem.

- ...nie pytaj mnie, kuzynie, o szczegóły tej paranteli - dokończyła.

- Dobrze. Nie będę - zgodził się, po czym dodał poważniej: - Wyjaśnij mi jednak coś innego. Czemu rzuciłaś się do rzeki?

- Rzuciłam się? - Na moment zamarła. - Dlaczego tak pomyślałeś?

- Unosiłaś się nieruchomo - odparł bez ogródek. - A potem nagle zniknęłaś pod wodą. Pomyślałem, że... - zawahał się na moment - że chcesz odebrać sobie życie.

- Nie - zaprzeczyła pospiesznie. - Nawet nie przyszło mi to do głowy.

Dopiero teraz zrozumiała, co musiał zobaczyć z brzegu: kobietę samotną, daleko od lądu. Kobietę, która nagle znika. Na jego miejscu pewnie też by się przestraszyła.

- Odpoczywałam - dodała ciszej. - A potem zanurkowałam. Lubię pływać.

- Umiesz pływać? - zapytał, patrząc na nią z niedowierzaniem.

- Wiem, że to nie przystoi damie, ale tak. Nauczyłam się w dzieciństwie... i nie od guwernantki.

Odetchnął, jakby coś, co męczyło go od chwili wyciągnięcia jej z wody, wreszcie odpuściło.

- Przyznam się, że mi ulżyło.

- Nie musiałeś mnie ratować, ale... - spojrzała mu prosto w oczy - dziękuję za gotowość do pomocy.

W myślach dodała jeszcze, że Dominik w podobnej sytuacji zapewne stałby na brzegu z założonymi rękami, a może nawet modlił się, aby nie wypłynęła na powierzchnię.

- Nie pamiętamy szczegółów paranteli, ale może powinnaś mówić mi "proszę wuja"? - Książę najwyraźniej postanowił sprowadzić rozmowę na lżejsze tory.

- Skoro takie wuja życzenie... - odparła z udawaną powagą. - Choć zawsze możemy spróbować policzyć pokolenia. Wuj jest chyba czwartym, a ja piątym. Albo... na odwrót.

- Tego "na odwrót" obawiam się najbardziej - westchnął z uśmiechem. - Zostawmy więc wszystko, jak jest. I wracajmy. Robi się późno, a chciałbym jeszcze porozmawiać z twoim mężem.

W głowie Róży natychmiast zaświtała obawa, że gospodarz planuje jednak opowiedzieć Dominikowi o jej karygodnych wybrykach. Pragnęła, oczywiście, wrócić do Warszawy, ale zamierzała doprowadzić do tego w sposób bardziej subtelny; z drażnienia męża nigdy nie wynikało nic dobrego.

Nic nie mówiąc, obeszła łódź w poszukiwaniu pończoch i trzewików. Gdy wreszcie je znalazła, przyjrzała się im z rezygnacją, po czym opuściła wzrok na swoje brudne, zapiaszczone nogi. Zniszczyła halkę i bardzo drogą sukienkę - nie chciała, aby ten sam los spotkał także wyjątkowo wygodne buty. Problem w tym, że damie nie wypadało spacerować boso po parku. Małżonek, ujrzawszy ją w takim stanie, zapewne nie zawahałby się zganić jej publicznie.

I wtedy znalazła rozwiązanie. A gdyby tak upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu? Nic przecież nie kosztuje zapytać.

- Czy mogłabym przejechać się na Sułtanie? Tak wolno... wolniutko... tylko kawałeczek.

- Dobrze - zgodził się bez namysłu książę, ku jej ogromnemu zaskoczeniu. - Ale będę go prowadził za uzdę.

- Ale to żadna przejażdżka - jęknęła z zawodem. - Raczej szkółka dla dzieci.

Książę w milczeniu pokręcił głową - chyba z rozbawieniem - po czym poprawił surdut, zapiął guziki i zręcznie wskoczył na grzbiet rumaka. Usadowił się pewnie w siodle, a nim Róża zdążyła pojąć, co się dzieje, schylił się ku niej, chwycił ją wpół i z łatwością uniósł, po czym usadził bokiem przed sobą.

Zaskoczona, a zarazem uszczęśliwiona takim obrotem spraw, obdarzyła go promiennym uśmiechem. Przysunęła się bliżej łęku, ścisnęła w garści buty i zawołała z wesołością:

- Możemy jechać, proszę wuja!

- Wedle rozkazu - odparł tym samym tonem. - Wio!

Ruszyli stępem, lecz gdy Sułtan bez wysiłku pokonał wijącą się wśród zarośli ścieżkę i dostojnie wkroczył w parkową aleję, jego krok płynnie przeszedł w kłus. Szybszy rytm sprawił, że Róża, trzymająca się łęku jedną ręką, gwałtownie się zachwiała.

Wówczas Poniatowski puścił wodze - ogier nawet tego nie zauważył - i przyciągnął ją do siebie tak, że musiała oprzeć się o jego pierś. Po raz drugi znalazła się w jego objęciach i znów nie poczuła w tej bliskości niczego niestosownego.

Rozluźniła się, odetchnęła głębiej i zaczęła z ciekawością rozglądać się po okolicy. Jeszcze przed godziną droga do rzeki wydała się jej nieskończenie długa, a teraz odkrywała ze zdziwieniem, że oddaliła się od pałacu ledwie o ćwierć stai, może odrobinę więcej.

Z alei wjechali na szeroką łąkę. Ciepły wiatr niósł woń drzew, mokrego siana i lawendy, która musiała rosnąć gdzieś w pobliżu. Róża, upojona jazdą i letnimi zapachami, po raz kolejny tego popołudnia roześmiała się radośnie i szczerze. Tak jak nie śmiała się od dawna. Być może od dnia swego ślubu.

- Cieszę się, kuzynko, że podobają ci się moje włości - powiedział książę, pochylając się tak blisko, że jego usta niemal musnęły jej ucho.

- Lubię wieś - odparła, wciąż uśmiechnięta. - Wychowałam się w podobnej posiadłości. Może trochę większej - dodała z odrobiną kokieterii i pomyślała, że pobyt w Jabłonnie wcale nie musi być tak straszny, jak sądziła jeszcze dziś rano.

Minęli pałac i dotarli pod samo wejście do oficyny przeznaczonej dla gości. Róża miała nadzieję przemknąć niezauważenie, wślizgnąć się do pokoju i przebrać, zanim ktokolwiek dowie się o jej przygodzie. Nadzieje te okazały się jednak płonne.

W drzwiach budynku stał Dominik. Na jej widok nie poruszył się ani o krok. Nie odezwał się słowem. Wbił w nich tylko wzrok - ciężki i gniewny.

Róża drgnęła, jakby przeszył ją nagły chłód. Zrozumiała, że kolejna awantura jest nieunikniona. Poniatowski tymczasem ściągnął wodze, a Sułtan posłusznie zatrzymał się tuż przed schodami. Książę zsunął się z siodła i wyciągnął do niej ramiona.

- Pozwolisz, kuzynko? - zapytał, po czym, nie czekając na odpowiedź, chwycił ją w pasie i ostrożnie zsadził z końskiego grzbietu.

Postawił ją na ziemi z taką delikatnością, jakby była czymś kruchym. Róża spojrzała na niego i uśmiechnęła się niepewnie, czując na sobie palący wzrok męża.

- Dziękuję za przejażdżkę - wyszeptała z trudem, zbyt cicho, aby Dominik mógł to usłyszeć. - Nie zapomnę jej nigdy.

- Miło to słyszeć, kuzynko - odparł książę.

Pochylił się nad jej dłonią i złożył na niej ceremonialny pocałunek, po czym, prostując się, zwrócił ku stojącemu w drzwiach hrabiemu.

- Drogi przyjacielu! - zawołał donośnie, tonem, który nie pozostawiał wątpliwości co do szczerości powitania. - Dawnośmy się nie widzieli.

Książę Pan

Józef Antoni Poniatowski herbu Ciołek przyszedł na świat 7 maja 1763 roku w Wiedniu - a więc nie w Polsce, choć z czasem miał stać się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci naszej historii przełomu XVIII i XIX wieku. Był synem Andrzeja Poniatowskiego, generała w służbie austriackiej, oraz Teresy z Kinskych. Dorastał w świecie wielojęzycznej, kosmopolitycznej arystokracji. Znał francuski, niemiecki i polski, krążył między Wiedniem, Pragą i Warszawą, a o jego związki z ojczyzną szczególnie dbał stryj - król Stanisław August Poniatowski. Można więc powiedzieć, że jeśli urodzenie dało mu nazwisko i pozycję, to polskość wybrał już sam.

Od najmłodszych lat przygotowywano go do kariery wojskowej. Nie było w tym nic dziwnego - szedł w ślady ojca. Za zgodą stryja wstąpił do armii austriackiej. Już w 1780 roku został porucznikiem, a osiem lat później pułkownikiem i adiutantem cesarza Józefa II. Pierwsze doświadczenia bojowe zdobył podczas wojny austriacko-tureckiej. Pod Šabacem został ciężko ranny, lecz według przekazów zdołał jeszcze ocalić życie Karolowi Schwarzenbergowi - temu samemu Schwarzenbergowi, który ćwierć wieku później stanął po przeciwnej stronie w bitwie pod Lipskiem. Historia naprawdę lubi takie paradoksy.

Kariera w Austrii mogła przynieść mu zaszczyty i spokojną przyszłość, lecz w 1789 roku książę Józef otrzymał wezwanie do służby w Wojsku Polskim. Przyjął je, choć oznaczało rozstanie ze środowiskiem, w którym dorastał. Otrzymał stopień generała majora i dowództwo IV Dywizji stacjonującej na ziemiach ukraińskich. Był to czas Sejmu Czteroletniego - okres wielkich nadziei, ale także narastających obaw. Poniatowski należał do zwolenników Konstytucji 3 maja. W dniu jej uchwalenia wojsko pod jego dowództwem strzegło bezpieczeństwa Zamku Królewskiego, a sam książę przebywał na sali sejmowej wraz z grupą żołnierzy gotowych udaremnić każdą próbę przeszkodzenia w przyjęciu ustawy.

Prawdziwym wyzwaniem okazała się wojna z Rosją w 1792 roku. Poniatowski dowodził wojskami koronnymi na Ukrainie i wobec przeważających sił przeciwnika prowadził planowy odwrót, starając się ocalić armię przed rozbiciem. Pod Zieleńcami odniósł zwycięstwo, które miało ogromne znaczenie moralne i szybko urosło do rangi symbolu odradzającej się armii Rzeczypospolitej. Wkrótce po bitwie król ustanowił Order Virtuti Militari, a wśród pierwszych odznaczonych znaleźli się właśnie książę Józef i Tadeusz Kościuszko. Gdy jednak Stanisław August przystąpił do konfederacji targowickiej, Poniatowski odebrał tę decyzję jako osobistą i polityczną katastrofę. Złożył dymisję i wyjechał z kraju, żegnany przez swoich żołnierzy z prawdziwym żalem.

Józef Grassi, Portret księcia Józefa Poniatowskiego, Muzeum Narodowe w Krakowie, nr inw. MNK II-a-192. Domena publiczna.

W czasie insurekcji kościuszkowskiej wrócił do walki, choć nie zawsze znajdował się w centrum wydarzeń. Po upadku powstania i utracie państwa należał do tych, którzy nie potrafili pogodzić się z klęską. Dla wielu Polaków stał się symbolem niespełnionych nadziei, ale także wiary, że los Rzeczypospolitej nie został jeszcze przesądzony.

Po 1794 roku Poniatowski na kilka lat odsunął się od wielkiej polityki. Nie znaczy to jednak, że zniknął z oczu współczesnych. Przeciwnie - w Warszawie przełomu XVIII i XIX wieku trudno było go nie zauważyć. Mieszkał między innymi w Pałacu pod Blachą, bywał w towarzystwie, przyjmował gości i prowadził życie, które nawet życzliwi obserwatorzy uznawali za nazbyt swobodne.

To właśnie wtedy najmocniej utrwalił się obraz Poniatowskiego jako człowieka salonów, zabaw i towarzyskiego błysku. Książę rzeczywiście nie stronił od przyjemności, i choć nigdy się nie ożenił, doczekał się dwóch naturalnych synów, których uznał. Uchodził za niepoprawnego kobieciarza. Warto jednak zachować ostrożność wobec podobnych opinii. Z biegiem lat lista jego rzekomych podbojów stawała się coraz dłuższa, choć źródła potwierdzają tylko część z nich. Być może dlatego, że aż nazbyt dobrze pasował do roli pięknego księcia lekkoducha.

Nie był jednak wyłącznie bohaterem zabaw i salonowych anegdot. Żył w Warszawie pod obcą władzą, która patrzyła na niego z wyraźną nieufnością, wśród wspomnień niedawnych nadziei i codzienności pełnej upokorzeń. Choć na pozór prowadził beztroskie życie, trudno oprzeć się wrażeniu, że czekał na chwilę, w której znów będzie mógł stać się naprawdę potrzebny.

Taką chwilą stało się utworzenie Księstwa Warszawskiego. Poniatowski został ministrem wojny i naczelnym wodzem wojsk polskich. Nie od razu wszyscy mu ufali - część dawnych legionistów patrzyła na niego z rezerwą, widząc w nim raczej arystokratę z królewskiej rodziny niż żołnierza ich miary. Książę jednak stopniowo rozwiewał te wątpliwości. Okazał się bardzo dobrym organizatorem, a w 1809 roku, podczas wojny z Austrią, pokazał nie tylko odwagę, ale także talent dowódczy.

Potem przyszła wyprawa Napoleona na Moskwę. Poniatowski dowodził V Korpusem Wielkiej Armii i walczył między innymi pod Smoleńskiem oraz Borodino. Z czasem coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że kampania zmierza ku katastrofie. Według części przekazów po Borodino doradzał wstrzymanie dalszej ofensywy, lecz mimo złych przeczuć nie przestał walczyć. Pod Wiaźmą odniósł ciężkie obrażenia - przygniótł go koń, który poślizgnął się na warstwie lodu - i do końca życia nie odzyskał pełnej sprawności. Z wyprawy moskiewskiej wrócił do Warszawy w grudniu 1812 roku, po klęsce, która złamała potęgę Napoleona.

Rok 1813 był ostatnim rokiem jego życia. Po katastrofie moskiewskiej książę Józef przystąpił do odtwarzania Wojska Polskiego i odrzucił propozycję porozumienia z carem Aleksandrem I. Wyprowadził armię z Warszawy, a następnie przez Kraków ruszył na zachód, chcąc dołączyć do Napoleona. Była to decyzja brzemienna w skutki, ale zarazem niezwykle konsekwentna. Poniatowski nie wierzył w możliwość trwałego porozumienia z Rosją i do końca pozostał wierny sprawie niepodległości Polski.

Pod Lipskiem, pierwszego dnia Bitwy Narodów, został mianowany marszałkiem Francji - jako jedyny cudzoziemiec wyróżniony tym tytułem. 19 października 1813 roku był już kilkakrotnie ranny, lecz nadal dowodził i osłaniał odwrót wojsk francuskich, a gdy most na Elsterze został przedwcześnie wysadzony, próbował przeprawić się przez wezbraną rzekę. Tam zginął. Później powtarzano, że mógł zostać omyłkowo ostrzelany przez Francuzów stojących na drugim brzegu, ale nie ma na to pewnych dowodów. To jedna z pogłosek, które z czasem obrastają legendą, ponieważ dobrze wpisują się w tragiczny finał opowieści o jego losach.

Tak skończyło się życie człowieka, który zaczynał jako oficer armii austriackiej, przez kilka lat uchodził za symbol warszawskich salonów, a ostatecznie zapisał się w historii jako polski wódz i marszałek Francji. Lubił zabawę, miał swoje słabości i nie zawsze żył tak, jak wypadało spadkobiercy króla, ale nie był ani próżny, ani zaślepiony własną wielkością. Przeciwnie - oceniał siebie bardzo trzeźwo. I może właśnie dlatego jako człowiek z krwi i kości wydaje się ciekawszy od własnej legendy.

Akcja niniejszej powieści rozgrywa się latem 1803 roku w Jabłonnie. Książę spędzał tam letnie miesiące, goszcząc przyjaciół, a także francuskich emigrantów wygnanych z ojczyzny przez rewolucję i oczekujących chwili, gdy Burbonowie odzyskają tron. Uchodźcami opiekowała się Henrietta de Vauban, metresa i przyjaciółka Poniatowskiego, zarządzająca jego domem.

Co ciekawe, w owym czasie w Warszawie przebywał również sam Ludwik XVIII, występujący jako hrabia de Lille. Jemu także zdarzało się odwiedzać Jabłonnę...

Pisząc tę książkę, robiłam wszystko, aby trzymać się jak najbliżej faktów i zachować jak najwięcej z atmosfery epoki. Dlatego obok księcia pojawiają się również inne postacie historyczne, znane z dokumentów, pamiętników i dawnych relacji. Sama fabuła jest jednak fikcją literacką, a niektórzy bohaterowie zostali przeze mnie wymyśleni. Innymi słowy: tło jest prawdziwe, wiele osób istniało naprawdę, ale opowiedziana tu historia wydarzyła się wyłącznie w mojej wyobraźni.

Ida Żmiejewska

Osoby dramatu

Książę Józef Poniatowski - właściciel Jabłonny, bratanek ostatniego króla Polski. Żołnierz, arystokrata i ulubieniec warszawskich salonów, słynący z odwagi, wielkoduszności oraz powodzenia u kobiet.

Hrabina Róża Pasławska - daleka kuzynka księcia, nieszczęśliwa w małżeństwie. Przyjeżdża do Jabłonny z wizytą i niespodziewanie zostaje wplątana w serię tajemniczych wydarzeń.

Hrabia Dominik Pasławski - mąż Róży, zamożny galicyjski arystokrata i dawny towarzysz broni księcia Józefa Poniatowskiego. Z ważnych powodów pozostawia żonę na kilka tygodni w Jabłonnie i wyjeżdża do Wiednia.

Henrietta de Vauban - francuska emigrantka i gospodyni Jabłonny. Dawna przyjaciółka księcia Józefa, od lat prowadząca jego dom i czuwająca nad funkcjonowaniem rezydencji.

Hrabina Teresa Tyszkiewiczowa - starsza siostra księcia Józefa. Od wielu lat pozostaje w separacji z mężem, zimy spędza w Pałacu pod Blachą, a lato w Jabłonnie, gdzie chętnie oddaje się jeździe konnej i grze w karty.

Szymon Brodowski - burgrabia Jabłonny, od wielu lat zarządzający książęcą rezydencją. Najbliższy współpracownik księcia Józefa i powiernik jego codziennych spraw.

Emilia Cichocka - piękna bywalczyni warszawskich salonów, dotychczas dwukrotnie zamężna, dawna kochanka i przyjaciółka księcia Józefa.

Jean Harel - kamerdyner i marszałek dworu, czuwający nad pracą służby oraz codziennym funkcjonowaniem pałacu.

Kasia Mazurkowa - pokojówka Róży, wychowana razem ze swoją panią. Od dzieciństwa towarzyszy jej jako służąca i najbliższa powiernica.

Piotr Marival - pracownik księcia Józefa, dawny opiekun królewskich zbiorów rycin i znawca antycznej sztuki.

Markiza Adelajda de Brét?che - francuska emigrantka i podwójna wdowa. Chętnie opowiada o świecie, który bezpowrotnie przeminął wraz z rewolucją.

Antoine de Covet - młody francuski emigrant, syn markizy de Brét?che. Częsty gość Jabłonny i uczestnik życia warszawskich salonów.

Luiza de Beaumont - siostrzenica markizy de Brét?che, młoda wdowa, jedna z najbardziej rozchwytywanych kobiet warszawskiego towarzystwa.

Maria de Fontenay - młoda francuska arystokratka, doskonała pianistka.

Diuk André de Fleury - francuski emigrant i dworzanin Ludwika XVIII. Miłośnik kobiet, dobrego wina, gry w faraona i antycznej sztuki.

Franciszek Pokutyński - dawny szambelan króla Stanisława Augusta, przyjaciel księcia Józefa i częsty gość Jabłonny.

Józef Rautenstrauch - sekretarz księcia Józefa i jeden z jego współpracowników.

Józef Wielhorski - generał, były legionista i jeden z najbliższych przyjaciół księcia Józefa.

Salomea Wielhorska - żona Józefa, słynąca z niezwykłej urody. Serdeczna przyjaciółka Teresy Tyszkiewiczowej.

Katarzyna Dembińska - bratowa i przyjaciółka Salomei Wielhorskiej.

Stanisław Potocki - dawny towarzysz broni i bliski przyjaciel księcia Józefa.

Józefa Potocka - żona Stanisława, bliska przyjaciółka Emilii Cichockiej i Salomei Wielhorskiej.

Gabriela de Mortain - francuska emigrantka, wróżąca z kart Lenormand. Jej przepowiednie sprawdzają się zwykle po czasie.

Baronowa de la Plone - francuska emigrantka należąca do grona najbliższych znajomych Henrietty, doskonała obserwatorka.

Pani de Couder - francuska emigrantka.

Feliks Uliński - młody przyjaciel księcia, znany z ciętego języka i zamiłowania do żartów.

Walery Białopiotrowicz - młody bywalec Jabłonny, przyjaciel Ulińskiego i Rautenstraucha.

Zygmunt "Zyzio" Truszkowski - młody arystokrata należący do grona przyjaciół księcia.

Monsieur Fribes - francuski emigrant, wielbiciel dobrych trunków, koni i wszystkiego, co angielskie.

Komisarz Vogel - pruski urzędnik prowadzący śledztwo w sprawie tajemniczych wydarzeń w Jabłonnie.

Doktor Krüger - lekarz współpracujący z komisarzem Voglem.