U brzegu - Sara Gruen

-
Proszę czekać
PROLOG

Drumnadrochit, 28 lutego 1942

ŚP.

AGNES MAIRI GRANT

CÓRECZKA ANGUSA I MAIRI GRANTÓW

ZM. 14 STYCZNIA 1942

ŚP.

KPT. ANGUS DUNCAN GRANT

UKOCHANY MĄŻ MAIRI

UR. 2 KWIETNIA 1909 - ZM. ... STYCZNIA 1942

Nagrobek był skromny, wyciosany z czarnego granitu, którego w Glenurquhart nigdy nie brakło, nawet teraz, gdy wszystko zdobywano z takim trudem.

Mairi codziennie odwiedzała maleńki kopczyk ziemi przykrywający trumnę córeczki i obserwowała, jak się obniża. Kamieniarz Archie powiedział, że przy takich mrozach postawienie nagrobka może zająć nawet kilka miesięcy, lecz trumienka była tak niewielka, że usypana na niej ziemia wyrównała się w ciągu paru tygodni.

Gdy nagrobek wreszcie stanął, przyszedł telegram z wieścią o Angusie i Archie musiał go znów zabrać. Chciał poczekać na potwierdzenie daty śmierci, ale Mairi pragnęła, by postawił pomnik. Potrzebowała miejsca do opłakiwania obojga najbliższych i Archie nie mógł jej odmówić. Wygrawerował imię i nazwisko Angusa pod imieniem i nazwiskiem jego córki, zostawiając miejsce na dzień śmierci, by uzupełnić go, kiedy już będzie znany. To musiało wystarczyć, bo przecież ciała Angusa - w przeciwieństwie do małej - wcale tu nie było i niemal na pewno tak już pozostanie.

Gdy Archie ponownie stawiał nagrobek, na przykościelnym cmentarzu nie było nikogo poza nim i Mairi. Przeniesienie kawałka granitu wymagało nie lada siły.

Nad głową Mairi przemknął jakiś cień. Uniosła wzrok. Nad grobami krążyła samotna wrona, niemal nie poruszając skrzydłami.

"Jedna wrona smutku wróży wiele..."

Zaraz dołączyła do niej druga, a potem jeszcze dwie.

"Dwie zaś - to radości znak,

Trzy przyniosą nam wesele,

Cztery - dziecię na ten świat".

Archie zdjął czapkę i miął ją w dłoniach.

- Jeśli czegoś jeszcze potrzeba, wszystko jedno czego...

Mairi spróbowała odpowiedzieć uśmiechem, lecz wydobył się z niej jedynie stłumiony szloch. Sięgnęła do kieszeni po chustkę i przyłożyła ją do ust.

Archie przerwał, jakby chciał jeszcze coś dodać, jednak włożył tylko czapkę i rzucił:

- To ja już pójdę.

Skinął szybko głową i pomaszerował do swojej furgonetki.

Telegram przyniósł Listonosz Willie - ni mniej, ni więcej, tylko w Walentynki, dokładnie miesiąc po porodzie. Mairi stała za barem, nalewając piwo, gdy weszła trupioblada Anna. Szeptem obwieściła, że za drzwiami stoi Willie, ale nie chce wejść. Willie należał do stałych bywalców, więc Mairi domyśliła się wszystkiego, zanim zbliżyła się do drzwi i spojrzała mu w twarz. Wpatrywał się w nią przez chwilę ciężkim spojrzeniem spod opadających powiek, by przenieść wzrok na trzymaną w dłoniach kopertę. Obrócił ją kilka razy, jakby się zastanawiał, czy w ogóle powinien ją oddawać, czy nieprzekazanie jej mogłoby sprawić, że zawartość okaże się nieprawdą. Wiatr wyginał ją raz po raz na wszystkie strony. Gdy wreszcie wręczył kopertę, trzymał ją delikatnie jak świeżo wyklute kurczątko. Mairi otworzyła, na moment utkwiła wzrok w fioletowej dacie stempla pocztowego - 14 lutego 1942 - przybitej niecałe pół godziny wcześniej przez samego Williego, a później przeczytała:

PANI MAIRI GRANT HIGH ROAD 6 DRUM HRABSTWO INVERNESS Z ŻALEM ZAWIADAMIAMY, ŻE PANI MĄŻ KPT ANGUS D GRANT 179994 4 BTN SEAFORTH HIGHLANDERS ZAGINĄŁ I PRZYPUSZCZALNIE POLEGŁ NA POLU WALKI 1 STYCZNIA 1942 SZCZEGÓŁOWE INFORMACJE ZOSTANĄ PRZEKAZANE LISTOWNIE

Dotarły do niej tylko trzy rzeczy: Angus, poległ, data śmierci. To wystarczyło.

- Przykro mi, Mairi - wyszeptał Willie. - Zwłaszcza że dopiero co... - zaczął i umilkł. Zamrugał i opuścił wzrok, zatrzymując go na moment na jej brzuchu, a potem wbijając znów w swoje dłonie.

Nie była w stanie odpowiedzieć. Cicho zamknęła drzwi i przeszła do kuchni, mijając umilkłych nagle miejscowych klientów pubu. Oparła się o ścianę, jedną ręką ściskając puste łono, drugą kartkę, z którą nadeszła śmierć Angusa - śmierć, nie po prostu tragiczna wiadomość. Nie żył już wprawdzie od ponad sześciu tygodni, ale ona nie miała o tym pojęcia.

Po otrzymaniu telegramu, jeszcze przed uzupełnieniem napisu na nagrobku, Mairi zaczęła obwiniać Williego. Dlaczego zdecydował się oddać jej telegram? Widziała przecież, że się zawahał. Przecież jego kłamstwo polegałoby w najgorszym razie na niedopowiedzeniu, a ona mogłaby wierzyć, że Angus wciąż gdzieś tam jest. Nawet jeśli robiłby rzeczy zupełnie dla niej niezrozumiałe, które mogłyby go straszliwie odmienić, tak jak zmieniali się po powrocie inni mężczyźni - mogłaby wierzyć, że żyje i wszystko jest jeszcze do naprawienia, bo z pewnością jej miłość pokonałaby wszystkie przeszkody, gdyby tylko znalazł się w domu.

Okłamywali ją przecież, mówiąc o dziecku, a ona im na to pozwalała.

Miała świadomość każdego ruchu maleństwa, odkąd pierwszy raz poczuła, że się przemieszcza. Przez długie miesiące z zachwytem obserwowała maleńkie wypukłości pojawiające się na brzuchu - łokcie czy może kolanka z podskórną siłą pchały się na zewnątrz, wciąż zmieniając krajobraz jej ciała. To chłopiec czy dziewczynka? Kimkolwiek byłoby maleństwo, z pewnością miało już własne zdanie. Pamiętała chwilę, akurat w Hogmanay - sylwestra, kiedy zdała sobie sprawę, że od wielu godzin nie poczuła żadnego ruchu dziecka. O północy, w chwili gdy dudy Iana Mackintosha miały wydać pierwszy akord Auld Lang Syne, a sprzed domu Donniego Macleana powinny zabrzmieć strzały, Mairi zaczęła uciskać brzuch, próbując przebudzić dziecko - podobno nienarodzone maleństwa też ucinają sobie drzemki. Zaczęła krzyczeć, by w końcu, uświadomiwszy sobie, co zaszło, objąć brzuch i zapłakać. Trzynaście dni później nadeszły bóle.

Poród pamiętała jak przez mgłę, bo położna napoiła ją gorzką herbatą z jakimś białym proszkiem, a lekarz regularnie przykładał jej do nosa eter, aż w końcu zupełnie ją uśpił. Powiedziano jej, że mała żyła kilka minut, co wystarczyło, by ją ochrzcić. Uwierzyła w to kłamstwo, co znalazło odzwierciedlenie na nagrobku. Najpewniej jednak tego samego dnia straciła i męża, i dziecko.

Nigdy nie otrzymała obiecanego w telegramie listu. Gdzie poległ Angus? Jak to się stało? Bez tych strasznych szczegółów pozostawała jej jedynie wyobraźnia - przerażająca wyobraźnia - i jakkolwiek by pragnęła, aby było inaczej, przed jej oczami niezliczoną ilość razy stawały jego ostatnie chwile, widziane bardzo rozmaicie, zawsze z dręczącą precyzją. Boże, spraw, by to faktycznie były tylko chwile, nie zaś długie godziny czy dni męki.

Stadko wron usadowiło się rzędem na kamiennym murze, z hałasem tuląc się i strosząc granatowoczarne pióra. Ptaki przycupnęły z głowami wciśniętymi głęboko w tułowia, jakby postawiły kołnierze palt. Patrzyły oskarżycielsko, żałośnie, lecz powstrzymywały się od zwykłej gadatliwości. Mairi dwukrotnie je policzyła.

"Siedem zdradzi tajemnicę,

Dochowaną aż po grób".

Wiedziała już, że nigdy nie pozna szczegółów, nigdy się nie dowie, co naprawdę się wydarzyło.

Przenikliwy lodowaty wiatr poderwał opadłe liście, formując z nich niewielkie cyklony i zmuszając do tańca pomiędzy grobami. Mairi kucnęła i powiodła palcem po wyrytych w kamieniu imionach córeczki i męża.

Agnes.

Angus.

Na dole pozostało puste miejsce. Na kolejne imię i nazwisko, kolejne daty, tym razem dokładne.

Wstała, nie odrywając wzroku od nagrobka. Wytarła chustką oczy i nos i trzymając ją wciąż w ręku, objęła się ramionami. Wyszła przez czarną żelazną bramę, nie zamykając jej, i skierowała się ku gospodzie. Przy skrzyżowaniu, zamiast iść prosto, skręciła jednak w lewo.

Padał drobny śnieg. Mimo nieokrytej głowy i gołych nóg brnęła dalej, mijając zagrodę Farquharów. Z radością by ją tam przyjęto, podobnie jak u McKenziech, którzy rozpalili w widocznym przez okno kominku, lecz Mairi maszerowała dalej, szczękając zębami, z oniemiałymi z zimna dłońmi i nogami.

Wreszcie po lewej stronie ujrzała zamek z widocznym na tle ciężkiego jak ołów nieba majestatycznym, zrujnowanym murem obronnym przypominającym wyszczerbione zęby. Bawiła się tu jako dziecko, więc doskonale wiedziała, które pomieszczenia się zachowały, gdzie trzeba uważnie patrzeć pod nogi, gdzie znajdują się najlepsze kryjówki i dokąd chodzą pary zakochanych. Jak ona i Angus.

Śnieg padał teraz mocniej, płatami, które lgnęły do jej włosów i zaraz topniały. Uszy przestały już szczypać. Naciągnęła rękawy na zmarznięte dłonie i przytrzymała je czubkami palców. Minęła wartownię i suszarnię, przedarła się przez wysoką trawę, cierniste krzewy kolcolistu, osty i paprocie i podążyła prosto do Bramy Wodnej.

Zatrzymała się i wpatrzyła w czarną toń jeziora. Na jej powierzchni drgały tysiące maleńkich białych grzebieni fal, które zdawały się poruszać w przeciwnym kierunku niż masa wody pod nimi. Podobno jezioro to mieściło więcej wody niż wszystkie inne zbiorniki wodne nie tylko Szkocji, ale też Anglii i Walii razem wzięte. I obfitowało nie tylko w wodę. Odkąd pamięta, ostrzegano ją przecież przed jego lodowatymi głębinami, w których czaił się Kelpie[1].

Zeszła zygzakiem po zboczu, przemarzniętymi palcami podtrzymując kołnierz płaszcza.

Gdy dotarła na brzeg, woda sięgnęła jej butów. Skraj jeziora zdawał się kusząco płytki. Woda to napływała na drobne kamyki, to cofała się w głąb. Zrobiła krok naprzód i poczuła, jak napełnia jej obuwie. Taka zimna, przejmująco zimna, a jednak jeszcze nigdy nie zamarzła. Kolejny krok i kolejny napływ wody. Drobinki torfu zawirowały wokół jej kostek i otoczyły nogi, przywołując dalej ku głębi. Jeszcze krok, tym razem się potknęła, i nagle wody było już po kolana. Wełniany płaszcz utrzymywał się na powierzchni jak jakiś niedorzeczny parasol - z początku nie przemakał, lecz później chłonął już wodę, ciągnąc ją ku dnu. Obejrzała się i w nagłej desperacji popatrzyła na brzeg. Gdybyż miała kapelusz - mogłaby go odrzucić na cierniste krzewy. Gdyby miała cokolwiek, co utrzymałoby się na powierzchni, może ludzie uznaliby, że to nieszczęśliwy wypadek, i pozwolili jej spocząć obok córki. Może pomyśleliby, że porwał ją Kelpie. A potem przypomniała sobie, że jezioro nigdy przecież nikogo nie oddało, więc rozpostarła ręce i wpadła mu w objęcia.

[1] Niezwykły wodny koń z wierzeń celtyckich (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Szkocki region Highlands, 14 stycznia 1945

Boże, powiedz mu, żeby się zatrzymał - poprosiłam, gdy samochód zarzuciło w kompletnych ciemnościach na kolejnym zakręcie.

Minęły niemal cztery godziny, odkąd opuściliśmy bazę marynarki wojennej w Aultbea. Przebijaliśmy się od posterunku do posterunku. Jestem święcie przekonana, że tylko ich widok zmuszał kierowcę do wciśnięcia hamulca. Na ostatnim tak mnie zemdliło, że tylko cudem nie zwymiotowałam wprost na buty strażnika. Nawet się nie pofatygował, żeby sprawdzić nasze dokumenty, uniósł tylko biało-czerwoną pałkę i z wyraźnie zdegustowaną miną machnął, żebyśmy odjechali.

- Panie kierowco! Proszę zjechać na pobocze - zawołał Ellis, który siedział z tyłu pomiędzy mną a Hankiem.

- Przykro mi, ale czegoś takiego tu nie ma - odparł kierowca z twardym góralskim akcentem i pysznie wibrującym "r". Zatrzymał się na środku drogi.

Miał rację. Gdybym wysiadła z samochodu, znalazłabym się po kostki w ciernistej roślinności i błocie - chociaż moje buty i ubranie już teraz były nie do odratowania. Od stóp do głów przesiąknęłam zapachem siarki, kordytu i strachu. Moje pończochy przypominały oplatające nogi pajęczyny, a szkarłatne paznokcie połamały się i złuszczyły. Włosy nie widziały fryzjera od momentu, gdy wypłynęliśmy z portu w Filadelfii. Nigdy nie znajdowałam się w tak opłakanym stanie. Wychyliłam się przez otwarte drzwi i krztusząc się, zaczęłam wymiotować. Ellis gładził mi plecy. Na głowie poczułam mokry śnieg.

Opadłam z powrotem na siedzenie i zatrzasnęłam drzwiczki.

- Przepraszam. Już mi przeszło. Czy nie mógłby pan zdjąć tych osłon z lamp? Lepiej bym się czuła, gdybym widziała, co mamy przed sobą. - Chodziło mi o podziurawione blachy, które nasz jednooki kierowca przymocował do lamp, zanim opuściliśmy bazę. Ograniczały widoczność do mniej więcej metra.

- To niemożliwe - odparł radośnie. - Mamy zaciemnienie. - Kręcił korbą, żeby uruchomić wóz, od czego trzęsła mi się głowa.

Pochyliłam się i ukryłam twarz w dłoniach.

Ellis poklepał mnie po ramieniu.

- Zaraz dotrzemy na miejsce. Świeże powietrze powinno ci chyba trochę pomóc?

Wyprostowałam się i oparłam głowę o wydarte skórzane siedzenie. Ellis wyciągnął rękę i opuścił szybę. Zwróciłam twarz ku fali zimnego powietrza i zamknęłam oczy.

- Hank, zgaś, proszę, papierosa.

Nie odpowiedział, ale lodowaty powiew świadczył o tym, że wyrzucił go przez okno.

- Dziękuję - powiedziałam cicho.

Dwadzieścia minut później, gdy samochód był wreszcie u celu i kierowca zgasił silnik, tak zapragnęłam stanąć na twardym gruncie, że wyskoczyłam na zewnątrz, zanim jeszcze otworzył swoje drzwi, nie wspominając już o moich. Wylądowałam na kolanach.

- Maddie! - krzyknął przestraszony Ellis.

- Wszystko w porządku - uspokoiłam go.

Pod niemal pełnym księżycem szybko przesuwały się chmury. W jego świetle po raz pierwszy ujrzałam nieprawdopodobny dotąd cel naszej wyprawy.

Wstałam i oddaliłam się od samochodu, czując kolejny przypływ mdłości. Nogi coraz szybciej niosły mnie w stronę budynku. Wpadłam na ścianę i osunęłam się po niej, w końcu kucając.

Gdzieś w oddali rozległo się beczenie owcy.

Stwierdzenie, że miałabym ochotę znaleźć się w tej chwili gdzieś indziej, byłoby wtedy grubym niedopowiedzeniem, ale przecież w tej sprawie nigdy nie miałam zbyt wiele do powiedzenia.

- Musimy pojechać - przekonywał mnie Hank. - Robimy to dla Ellisa.

Odmowa byłaby równoznaczna zdradzie, aktowi zimnego okrucieństwa. Dlatego, przez konflikt mojego męża z ojcem i obsesję Hanka i Ellisa na punkcie mitycznego potwora, przeprawiliśmy się przez Atlantyk w chwili, gdy prawdziwy szaleniec, istna bestia z krwi i kości, próbował opanować świat, wiedziony pychą i rozbuchanym ego.

Czegóż bym nie oddała, by cofnąć czas o dwa tygodnie, do początku sylwestrowego wieczoru, i skierować wszystko na inne tory.

Ciąg dalszy w wersji pełnej