W lotnictwie bombowym
Trzysta Czwarty Dywizjon Bombowy Ziemi Śląskiej sformowany został 23
sierpnia 1940 roku w środkowej Anglii w Bramcote (hrabstwo Warwick). Na
tym samym lotnisku wcześniej zorganizowano i przeszkolono dwa pierwsze
polskie dywizjony bombowe: 300 i 301, skąd zostały przesunięte na
lotnisko Swinderby. Od 14 września brały one udział w nocnych wyprawach
bombowych - niszczyły statki i barki inwazyjne zgromadzone przez
hitlerowców w portach północnej Francji i Belgii.
Zgodnie z postanowieniami umowy polsko-brytyjskiej z dnia 5 sierpnia
1940 roku o organizacji i użyciu Polskich Sił Powietrznych na terenie
Wielkiej Brytanii garnizon lotniczy w Bramcote wyznaczono również na
bazę formowania następnego polskiego, 305 dywizjonu bombowego. Jego
organizację rozpoczęto 1 września. Tak więc na jednym lotnisku tworzyły
się równocześnie dwa nowe dywizjony bombowe. Łączyły je wspólne troski
organizacyjne i szkoleniowe. Razem łatwiej było pokonywać wyłaniające
się co krok trudności, a to z kolei dodatnio wpływało na samopoczucie
personelu polskiego.
Do Bramcote przybywały co jakiś czas nowe grupy Polaków. Byli to
lotnicy, którzy opuścili pod koniec czerwca i na początku lipca Francję
po jej kapitulacji. Mieli na sobie granatowe mundury lotnictwa
francuskiego, nie znali na ogół języka angielskiego ani obyczajów kraju,
w którym się znaleźli, nie mówiąc już o wojskowych przepisach Royal Air
Force (RAF) - Królewskich Sił Powietrznych. Ich sytuacja z początku była
trudna. Potrzebni byli tłumacze, nauczyciele języka angielskiego,
instruktorzy personelu latającego oraz technicznego. Z zakwaterowaniem i wyżywieniem nie było trudności, natomiast trochę kłopotów nastręczyło
przemundurowanie. Na początku wszyscy otrzymali battledressy, na mundury
wyjściowe trzeba było poczekać.
Dowódcą 304 dywizjonu wyznaczony został podpułkownik pilot Jan Biały,
były dowódca krakowskiego dywizjonu bombowego, walczącego na Karasiach w składzie brygady bombowej w wojnie obronnej Polski we wrześniu 1939
roku. Otrzymał angielski stopień squadron leadera (majora), bo taki
etatowo przysługiwał dowódcy dywizjonu. Jego doradcą z ramienia RAF
został squadron leader W. Graham, oprócz niego przybyło kilku oficerów i podoficerów RAF.
Wielka Brytania przeżywała wówczas bardzo trudny okres - trwała bitwa o Anglię. Hitlerowska Luftwaffe systematycznie atakowała ośrodki
przemysłowe, dezorganizowała transport lądowy i morski, dążyła do
zniszczenia brytyjskiego lotnictwa w powietrzu i na ziemi. Bombardowano
miasta południowej Anglii. Kulminacyjnym momentem były wściekłe ataki na
Londyn. Rząd Rzeszy spodziewał się, że Wielka Brytania ugnie się i dojdzie do hitlerowskiej inwazji na Wyspy. Cele te jednak nie zostały
osiągnięte, dowództwo niemieckie zmuszone było do przerwania ofensywy
powietrznej oraz zrezygnowania z powziętego planu. Zanim jednak to
nastąpiło, toczyła się zacięta bitwa, w której aktywny udział wzięli
piloci polscy.
Najcięższe zadanie do spełnienia przypadło dywizjonom myśliwskim,
podległym Fighter Command (dowództwo lotnictwa myśliwskiego), które
kierowało powietrzną obroną Anglii. Dowództwo RAF cały swój wysiłek
skierowało na utrzymanie w stałej gotowości bojowej dywizjonów
myśliwskich wyposażonych w Hurricane'y i Spitfire'y. Lotnictwo bombowe,
podporządkowane Bomber Command (dowództwo lotnictwa bombowego), zeszło
nieco na dalszy plan. Nad Anglią wisiała groźba inwazji hitlerowskich
wojsk z morza i powietrza, atmosfera stawała się coraz bardziej nerwowa
i napięta.
Organizacja dywizjonu i przeszkolenie załóg latających mimo to nie
postępowały w tempie o jakim marzyli Polacy, którzy chcieli jak
najszybciej brać udział w nocnych wyprawach bombowych jak ich koledzy z dywizjonów 300 i 301. Zgodnie z etatem wojennym do przeszkolenia w dywizjonie przystąpiły 24 trzyosobowe załogi latające (pilot, obserwator
i strzelec), a personel obsługi samolotów i administracyjny wynosił
około 130 osób. Z początku, na czas przeszkolenia, przydzielono
dywizjonowi kilka samolotów typu Fairey "Battle". Był to jednosilnikowy
lekki bombowiec, dolnopłat, trzymiejscowy, konstrukcji metalowej,
osiągający, prędkość maksymalną do 415 km/h, mógł zabrać 750 kg bomb,
uzbrojony w dwa karabiny maszynowe. Choć sytuacja wojenna była trudna,
przepisy zawarte w zbiorze King's Regulations nadal rygorystycznie
respektowano, co nie przyspieszało procesu organizacji nowych jednostek.
Polacy musieli kontynuować przeszkolenie według ustalonego planu w jednostkach RAF i wykonywać loty ćwiczebne, które mieli już doskonale
opanowane. Angielscy instruktorzy byli nieugięci w egzekwowaniu każdego
zaplanowanego lotu, drobiazgowo kontrolowali przygotowanie załóg,
znajomość eksploatacji sprzętu i warunków utrzymywania łączności
radiowej z ziemią, naturalnie wszystko to odbywało się w języku
angielskim. Na tym tle dochodziło czasem do polemik między Polakami i Anglikami, przechodziły one niekiedy nawet w spory. W połowie grudnia
nowym dowódcą został podpułkownik pilot Piotr Dudziński. Stosunki
koleżeńskie zaczęły się pomyślnie stabilizować. Dużą rolę odegrał tu
fakt, że nasi rodacy opanowali już w wystarczającym stopniu język
angielski, poznali też w dużej mierze psychikę i mentalność gospodarzy.
Kiedy na początku grudnia 1940 roku ponad połowa załóg była już
przygotowana do podjęcia nocnych lotów bojowych, z dowództwa lotnictwa
bombowego nadszedł rozkaz, że dywizjony 304 i 305 mają przenieść się na
lotnisko w Seyerston, znacznie większe od dotychczasowego, w hrabstwie
Nottingham. Tam też otrzymały samoloty bombowe typu Vickers Armstrong
"Wellington" Mk-1. Był to średniopłat o dwóch silnikach, prędkość jego
dochodziła do 415 km/h, załoga składała się z sześciu osób: pierwszy i drugi pilot, nawigator, radiotelegrafista, przedni i tylny strzelec,
udźwig ponad 2000 kg bomb, a zasięg do 4000 km, uzbrojony w 6 karabinów
maszynowych.
W tej sytuacji trzeba było każdą załogę zwiększyć o 3 lotników i powiększyć stan obsługi technicznej do około 400 osób.
Warunki atmosferyczne w zimie nie sprzyjały szybkiemu szkoleniu załóg.
Aby piloci mogli opanować starty i lądowania na nowym samolocie, w dzień
i w nocy potrzebna była dobra pogoda. Potem następowały dalekie dzienne
i nocne przeloty po trasach, odnajdywanie wyznaczonych celów i ich
ćwiczebne "bombardowanie", powrót do bazy w trudnych warunkach pogody,
lądowanie na nieznanych lotniskach przy wykorzystaniu środków
radiotechnicznych. Wyszkolenie takie wymagało dużo czasu, trudu całego
personelu i cierpliwości załóg.
Z nastaniem lepszej pogody, w kwietniu 1941 roku, szkolenie lotnicze
weszło w ostatnią fazę. Lada dzień spodziewano się, że 304 dywizjon
zostanie uznany za przygotowany do podjęcia wypraw bombowych na cele w zachodnich Niemczech. W tym czasie nie doszło jeszcze do żadnego
wypadku. Pierwsze straty poniósł dywizjon 15 kwietnia 1941 roku. Podczas
lotu treningowego po trasie na małej wysokości, o godzinie 17.27, uległ
katastrofie Wellington nr R-1212 w miejscowości Flingham Woods. Na
skutek awarii obu silników pilot zmuszony był do lądowania w nierównym,
pagórkowatym terenie. Zginęło trzech członków załogi: porucznik pilot
Rudolf Christman, sierżant podchorąży Wiesław Pietruszewski i plutonowy
Antoni Berger, dwóch odniosło poważne obrażenia, a jeden był lżej
kontuzjowany. Tak więc w przeddzień osiągnięcia gotowości bojowej
dywizjon 304 stracił jedną załogę i jedną maszynę. W miejsce rozbitego
samolotu przysłano wkrótce nowy, na uzupełnienie stanu załóg trzeba było
jednak poczekać kilka tygodni aż do zakończenia kursu przeszkoleniowego
w polskiej eskadrze szkolnej przy 18 OTU (Operational Training Unit -
ośrodek bojowego treningu) w Bramcote, który został tam zorganizowany
dla załóg bombowych.
Kilka dni potem odbył się pogrzeb poległych lotników na cmentarzu w Newark. Niejednemu łzy zakręciły się w oczach, gdy wojskowa orkiestra
zagrała marsza żałobnego, a kompania honorowa oddawała salwę z karabinów.
Na lotnisko w Seyerston wracali samochodami. Starym Fordem, nazywanym
"taratajką", jechali: Czetowicz, Iszkowski, Sobieralski i Sym. Obok
Jurka Iszkowskiego, który prowadził wóz, siedział strofujący go ciągle
Kazik Czetowicz.
- Co ty wyczyniasz? Nie ścinaj drogi na zakręcie! Pozabijasz nas zanim
Niemcom dobierzemy się do skóry! - zakrzyknął Kazik w pewnym momencie.
Jurek wściekły na kolegę za te pouczenia dodał jednak gazu i nieprzepisowo wprowadził wóz na przeciwną stronę szosy.
- Nie denerwuj się - uspokoił go Iszkowski. - Chciałem cię tylko
nastraszyć, bo zrzędzisz jak stara baba.
- Coś podobnego? Ja i zrzędzenie - oburzył się Kazik.
- Nie kłóćcie się, lepiej byście powiedzieli, o czym nasz stary - tak
nazywano dowódcę dywizjonu - rozmawiał z wami na cmentarzu - przerwał im
Felek Sobieralski.
- A co miał mówić? Wszystko jasne. Dowiedział się od pułkownika
Karpińskiego1, że dowódca 1 Grupy Bombowej zadecydował, iż
lada dzień oba nasze dywizjony wezmą udział w wyprawie bombowej -
powiedział jak gdyby nigdy nic Antoś Sym, latający w załodze
podpułkownika Dudzińskiego jako pierwszy pilot. - Naturalnie w pierwszym
locie na bojowe zadanie weźmie udział nasza załoga.
- Nie mogłoby być inaczej, dowódca powinien zawsze dawać przykład
podwładnym - odezwał się Kazik. - Sądzę, że i my dostąpimy tego
zaszczytu.
- Ty zawsze się wkręcisz z tym swoim cygańskim charakterem - mruknął
Jurek.
- No nareszcie zacznie się rzetelna robota - ucieszył się Felek.
- Mnie się też wydaje, że nie będziemy odtąd próżnować - Kazik zatarł
dłonie i klepnął mocno Jurka po ramieniu.
- Uważaj, bo przez ciebie rąbnę w jakieś drzewo - tym razem zdenerwował
się Iszkowski.
Dwudziestego czwartego kwietnia na służbowej przedpołudniowej odprawie
dowódca dywizjonu podpułkownik Dudziński, posiadał stopień brytyjski
wing commandera, zakomunikował załogom, że dywizjon 304, podobnie jak i 305, uznany został za przygotowany do działań bojowych. W pierwszej
wyprawie bombowej miały wziąć udział po dwie załogi z każdego dywizjonu.
Taki był rozkaz dowódcy 1 Grupy Bombowej air vice marshala (generała
brygady) R. D. Oxlanda. Polacy nie byli w pełni zadowoleni, palili się
do walki, chcieli jak najprędzej lecieć z bombami na Niemcy, walczyć ze
śmiertelnym wrogiem. Dlaczego na wyprawę mają lecieć tylko dwie załogi
zamiast dwunastu? - zadawali sobie pytanie. Kiedy wreszcie skończy się
to oczekiwanie? Dowódca dywizjonu pozwolił im trochę ponarzekać. Potem
dał jednak znak dłonią, aby się uciszono.
- Koledzy, rozumiem wasze zniecierpliwienie, cenię zapał, który
okazujecie. Nowy dywizjon musi być jednak wprowadzany do boju
sukcesywnie, takie są wymogi lotnictwa bombowego, musimy im się
podporządkować. Zapewniam was, że w kolejnych wyprawach wszystkie załogi
przejdą swój chrzest bojowy. Nadchodzi dla nas okres trudnej pracy. Oby
strat było jak najmniej.
Wypowiedzi pułkownika Dudzińskiego wysłuchano w ciszy i skupieniu. Ich
dowódca miał czterdzieści dwa lata i nie zabiegał jak inni w jego wieku
o stanowisko w sztabie Inspektoratu Lotnictwa w Londynie, gdzie
spokojnie można było przeżyć wojnę, rwał się do lotnictwa bojowego i do
walki jak młodzież lotnicza. Nie było szmerów protestu, gdy Dudziński
podał skład załóg na pierwszy bojowy lot dywizjonu. Oto one: załoga
pierwsza - samolot Wellington NZ-A, nr fabryczny R-1230, pierwszy pilot
porucznik Antoni Sym, drugi pilot podpułkownik Piotr Dudziński,
nawigator major Julian Wojda, radiotelegrafista sierżant Leon Hampel,
strzelec przedni sierżant Stanisław Białek i tylny strzelec podporucznik
Stanisław Duchnicki; załoga druga - samolot Wellington NZ-M, nr
fabryczny R-2852, pierwszy pilot porucznik Kazimierz Czetowicz, drugi
pilot podporucznik Jerzy Iszkowski, nawigator podporucznik Lewkowicz,
radiotelegrafista sierżant Apanasiewicz, przedni strzelec sierżant
Sankowski i tylny strzelec sierżant Thier.
Należy tu przypomnieć, że przepisy RAFgg wyraźnie stanawiały, iż dowódcą
załogi samolotu, czyli kapitanem statku powietrznego, był pierwszy pilot
odpowiedzialny za podjęte decyzje podczas lotu, za skuteczność
wykonanego zadania i bezpieczeństwo załogi.
We wszystkich rozkazach i raportach z lotów wymieniano nazwisko
pierwszego pilota jako kapitana. Przepisy przepisami, ale praktyka
często nakazywała inny podział ról. W polskich dywizjonach bombowych
dowódcą był jednak nawigator, gdyż z reguły posiadał największe
doświadczenie lotnicze i najwyższy stopień wojskowy. Tę zasadę stosowano
zawsze wtedy, gdy pierwszymi pilotami byli podoficerowie, nigdy przedtem
w polskim lotnictwie niepełniący tak ważnej funkcji. Nikt o to nie miał
pretensji, załogi polskie doskonale się uzupełniały, wszystkim zależało
na dobrym wykonaniu zadania i bezpiecznym powrocie do bazy. W zaistniałych nieprzewidzianych sytuacjach decyzje podejmowane były
kolektywnie.
Te same przepisy RAF stanowiły również o tym, że dowódcą dywizjonu i dowódcami eskadr mogli być tylko oficerowie piloci. Z czasem dla Polaków
zrobiono wyjątek, w polskich dywizjonach bombowych dowódcami mogli być
także oficerowie nawigatorzy.
Wkrótce wyznaczone załogi udały się na kolejną odprawę, tym razem już
bojową, na stanowisko dowodzenia, które nie było daleko.
Szli gromadnie, paląc i żartując. Ich twarze zdradzały podniecenie.
Jurek Iszkowski pociągnął Czetowicza za rękaw, dając mu znaki, aby
pozostał z nim nieco w tyle.
- Kazik, jak się to stało, że stary przydzielił mnie do twojej załogi na
drugiego pilota?
- Moja w tym głowa. Bardzo lubię twoje towarzystwo, ale taki lot może
zakończyć się pójściem do nieba, a tam droga daleka, to sobie
porozmawiamy... - zaśmiał się Kazik.
- Nie wygłupiaj się, najpierw musimy dobrze dać się we znaki Niemcom.
Nie po to tak długo się szkoliliśmy, aby zaraz w pierwszych lotach
zginąć.
- Zgadzam się z tobą w zupełności - odpowiedział Kazik już serio - Po
prostu mój drugi pilot zachorował. Wiedziałem, że mi towarzystwa nie
odmówisz, więc zaproponowałem staremu, aby na dziś przydzielił ciebie.
Trochę marudził, ale udało mi się go przekonać.
- Dobry z ciebie kolega! - Jurek był z takiego obrotu sprawy bardzo
zadowolony.
Czetowicz i Iszkowski znali się od dawna i mimo że dochodziło czasem
między nimi do drobnych utarczek słownych, bardzo się lubili. Pierwszy
pochodził z Krakowa, drugi z Nowego Sącza. Kazik miał ciemne kędzierzawe
włosy i śniadą cerę, przezywano go dlatego "Cyganem". Był
przeciwieństwem Jurka, blondyna o jasnej karnacji. Jurka z kolei z racji
miejsca urodzenia nazywano "Góralem". Obaj przed wybuchem wojny służyli
w 2 pułku lotniczym w Krakowie, latali w eskadrze Karasi, byli także
instruktorami w eskadrze szkolnej. Z tego powodu nie brali czynnego
udziału w bojowych lotach. Potem znaleźli się we Francji, tam weszli w skład polskiego dywizjonu bombowego. Zanim jednak ich dywizjon osiągnął
gotowość bojową, wojna we Francji zakończyła się. Wkrótce dotarli do
Anglii. Tutaj doczekali pierwszego bojowego lotu, podczas którego mieli
zrzucić dwutonowy ładunek bomb na niemieckie cele.
- Ciekawe, gdzie polecimy na tę pierwszą nocną wyprawę - rozmyślał
głośno Jurek.
- Chyba będzie to jedno z miast Ruhry, przecież tam nasi z dywizjonów
300 i 301 latają już od dawna - przekonująco odpowiedział mu Kazik. -
Tam, gdzie byś bomb nie zrzucił, zawsze trafisz w cel, gęsto jest od
miast i osiedli.
Na sali odpraw bojowych czekali już członkowie załóg dywizjonu 305 z dowódcą podpułkownikiem pilotem Bohdanem Kleczyńskim na czele. Niebawem
przybyli tam komendant garnizonu i starszy oficer operacyjny bazy. Po
przywitaniu się z Polakami na tablicy rozwieszono mapę z wyrysowaną
trasą i zaznaczonym celem wyprawy. Po pierwszym rzucie oka Polacy
poczuli się rozczarowani. Zamiast nad Niemcy mieli się udać nad miasto
holenderskie - port Rotterdam i zbombardować magazyny zbiorników z paliwami płynnymi u jego wejścia. Noc według prognoz przewidywano
stosunkowo widną, cel łatwy był do odnalezienia i zidentyfikowania, a cały lot obliczono na około pięć godzin. Gdyby któraś z załóg miała
jakieś trudności z odnalezieniem celu, ładunek bomb należało zrzucić na
stojące na redzie statki lub po prostu do morza, nie wolno było
bombardować miasta.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki