Rozdział 2 Bez odwagi nie ma chwały
Jeżeli miałbym wskazać jedną walkę, podczas której przekonałem się, jak niebezpieczny potrafi być boks, to byłby to mój trzeci i ostatni pojedynek z Amerykaninem Deontayem Wilderem z 2021 roku. Wygrałem tę bitwę, ale było cholernie ciężko. Przyjąłem tyle potężnych ciosów na głowę, że potem sporym wyzwaniem było dla mnie zwykłe myślenie. Powiedziałem wtedy Paris, że zdecydowałem się skończyć z boksem.
- Kochanie, to był ostatni raz. Już więcej nie każę ci przez to przechodzić.
- I dzięki Bogu - powiedziała.
Musiałem o tym porozmawiać jeszcze tylko z jedną osobą, moim promotorem Frankiem Warrenem. Nie owijałem w bawełnę, powiedziałem mu, jak jest.
- Frank, to była moja ostatnia walka, wycofuję się.
Trzeba mu oddać, że nie próbował nakłaniać mnie do zmiany zdania.
- Decyzja należy do ciebie, zrobisz, jak zechcesz. Chcesz dalej walczyć? Świetnie. Nie chcesz już walczyć? Też świetnie. Rób to, co najlepsze dla ciebie...
Wtedy ta decyzja wydawała mi się słuszna. Poinformowałem o niej wszystkich ważnych ludzi w moim życiu. Skoro ostatecznie zamknąłem temat Deontaya Wildera, mogłem wreszcie pozwolić sobie na wygodne życie. Zarobiłem już dość pieniędzy. Poza tym Paris i mnie właśnie urodziło się szóste dziecko, Athena. Król Cyganów miał zaplanowaną przyszłość. Pewien znany jegomość powiedział jednak kiedyś: "Każdy ma plan, dopóki nie dostanie w twarz".
Okazało się, że ze mną nie było inaczej.
***
Cofnijmy się trochę w czasie.
Wszystkie trzy moje walki z Deontayem Wilderem z lat 2018-2021 okazały się trudne, ale nic w tym dziwnego, bo to prawdziwa bestia. Był urzędującym mistrzem świata wagi ciężkiej federacji WBC i wyglądał jak dwumetrowa kupa mięśni, tatuaży i gniewu. Co więcej, nie zaznał jak dotąd smaku porażki: na tym etapie kariery miał niesamowity bilans 40-0. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciał z nim wtedy walczyć. No dobra, nikt poza mną.
"E tam - pomyślałem, gdy pojedynek został dogadany. - Trochę schudnę, a potem wyjdę na ring i go znokautuję".
Na kilka miesięcy przed podpisaniem kontraktu na walkę z Wilderem zacząłem się odchudzać, a do zrzucenia miałem ledwie 60 kilogramów. Zapuściłem się jak cholera. Na wczesnym etapie kariery i jako młody zawodowiec nieszczególnie dbałem o organizm, nierzadko po treningu obżerałem się czym popadło. Gdy przeżyłem załamanie psychiczne, te skłonności tylko się u mnie pogłębiły. Chlałem, obżerałem się śmieciowym żarciem i w końcu ważyłem jakieś 180 kilogramów. Powrót do normalnego stanu był niesamowicie trudny, ale pod okiem nowego trenera, Bena Davisona, zaharowywałem się, żeby wrócić do formy tak fizycznej, jak psychicznej. Ben wprowadził się nawet na kilka miesięcy do nas do domu, więc trenowałem z nim codziennie po dwa razy. Pracowałem, by wrócić do formy.
Tymczasem jednak pojawili się hejterzy, zdaniem których nie miałem najmniejszych szans na powrót do boksowania na najwyższym poziomie. Nie popisali się. Ich gadanina tylko mnie zmotywowała: byłem mistrzem świata wagi ciężkiej w linii prostej, więc nie mogłem się tak po prostu poddać. Pewnego dnia postanowiłem wbiec na Jubilee Tower, wzgórze w Lancaster. Była to ukochana trasa miejscowych fanatyków zdrowego stylu życia z ich sześciopakami na brzuchach i opaskami sportowymi, ja natomiast nadal miałem nadwagę i brakowało mi kondycji. Zdążyłem przebiec kilka pierwszych kroków, gdy minął mnie samochód.
- Wskakuj do tyłu, stary! - krzyknął kierowca. - Na szczyt kawał drogi, zejdziesz na zawał.
Oferta podwózki podziałała na mnie jak płachta na byka. Ktoś mi powiedział, że to niemożliwe, żebym wbiegł na szczyt Jubilee Tower, a to oznaczało, że musiałem to zrobić.
- Wbiegnę na sam cholerny szczyt! - wrzasnąłem. - Już ty się o mnie nie martw. A jeśli faktycznie będę miał zawał, kopnij mnie w jaja za to, że jestem takim grubym gnojem.
Uratowanie mojej kariery pięściarskiej również stanowiło wówczas niemałe wyzwanie, bo gdy w 2016 roku wycofałem się z rewanżu z Kliczką z powodu kontuzji, British Boxing Board of Control zawiesiła mi licencję bokserską. Ostatecznie ją odzyskałem i wszystkich interesowało tylko to, kto zostanie moim następnym rywalem w ringu. Na liście życzeń znajdowały się dwa nazwiska: Anthony Joshua i Deontay Wilder. Przedtem musiałem jednak wygrać dwie walki powrotne; najpierw w czerwcu 2018 roku z Albańczykiem Seferem Seferim, a dwa miesiące później z Włochem Francesco Pianetą. Z oboma rozprawiłem się bez większych trudności, a gdy okazało się, że do szumnie zapowiadanego starcia Joshuy z Wilderem jednak nie dojdzie, zaproponowano mi pojedynek z Amerykaninem. Wiele osób uważało, że jest dla mnie za wcześnie na tak groźnego rywala. Ben obawiał się, że nie wróciłem jeszcze do optymalnej formy. Tak samo myślał mój tata, który nie odzywał się do mnie przez kilka tygodni, ponieważ zignorowałem jego ostrzeżenia, że Wilder może mnie zabić. Sam mój przeciwnik sądził zapewne, że czeka go łatwa wygrana. Cóż, w ostatnich latach doprowadziłem się do takiego stanu, że mógł tak pomyśleć.
Wszystko to mnie nie obchodziło. Nabrałem gigantycznej pewności siebie, więc gdy zostało potwierdzone, że walka odbędzie się 1 grudnia 2018 roku w Staples Center w Los Angeles, znów stałem się człowiekiem, którego nic nie rusza. Nic nie potrafiło zrobić na mnie wrażenia, czego dowiodłem podczas konferencji prasowej w siedzibie BT TV w Londynie - publicznie powiedziałem tam, co dokładnie zrobię z Wilderem. Stwierdziłem, że chcę poczuć jego ciosy, wyzwałem go na mały sparing i nazwałem "wielkim frajerem". A potem stanął między nam promotor Frank Warren. Kiedy w końcu sprowokowałem rywala, żeby mnie popchnął, roześmiałem mu się w twarz.
- Moja żona robi to mocniej! - krzyknąłem.
- Spoglądałeś kiedyś w oczy zabójcy? - zapytał.
Wilderowi wydawało się, że może mnie wkurzyć, ale się mylił.
- Wiele razy - odparłem. - Teraz patrzę za to na łagodnego kotka. Zabójcy nie ubierają się tak jak ty. Dużo gadasz, ale nic nie robisz. Sama forma, zero treści. Wielka wydmuszka w wielkim cielsku.
Miałem znakomity powód, by czuć się wówczas tak pewny siebie. Po moich doświadczeniach z depresją postanowiłem, że pojedynek z Wilderem zadedykuję milionom ludzi zmagającym się z problemami ze zdrowiem psychicznym. Chciałem być promykiem światła dla każdego, kto miewa trudności emocjonalne. Wiedziałem, że rozpocząłem walkę z moimi problemami i że wygrywając w starciu z pięściarzem, który dysponuje najmocniejszym ciosem w tym sporcie, udowodnię całemu światu, że można wrócić do zdrowia psychicznego i odnosić sukcesy. Potężnie mnie to zmotywowało, choć przyznam, że było to w moim przypadku nowe podejście i takie nastawienie bardzo się różniło od sposobu, w jaki przygotowywałem się do poprzedniej walki o tytuł mistrza świata, z Kliczką w 2015 roku. Wtedy chodziło wyłącznie - tylko i aż - o pokonanie pięściarza znajdującego się na szczycie.
Tyson Fury z 2018 roku był innym człowiekiem. Co prawda w Staples Center nie byłem faworytem do zwycięstwa, ale wychodząc na ring, nie miałem najmniejszych wątpliwości, kto zatriumfuje. Śpiewałem, tańczyłem, mieliłem ozorem. Budynek zatrząsł się w rytm utworu Freed from Desire, klasyka z 1996 roku. Król Cyganów powrócił. Ucałowałem zawieszony na szyi drewniany krzyż, a potem zbiłem kilka żółwików z kibicami. Odczuwałem potrzebę, by wynieść z tej walki znacznie więcej niż z poprzedniego pojedynku o tytuł mistrza świata, ale też jakby nie było innej możliwości - mogłem myśleć tylko w ten sposób. Musiałem w siebie wierzyć, bo czasami jedynie do tego sprowadza się różnica między najwyższej klasy sportowcem a tym, kto będzie drugi. Zwycięzca wie, że to jego chwila, już wtedy, gdy nastaje czas próby. Wykorzystuje presję jako paliwo napędowe. Przegrany wychodzi na arenę przepełniony strachem, podszyty niepewnością. Od dawna wiedziałem, że trzeba uważać zwycięstwo za pewne, w przeciwnym razie ryzyko przegranej jest bardzo duże. To jeden z powodów, dla których reprezentacja Anglii w piłce nożnej przegrała przez lata tak wiele serii rzutów karnych.
Prawda jest taka: jeżeli będziesz zdolny unieść malutkie ziarenko wiary, będziesz mógł również przenosić góry. Wierzyłem w to i dowodziłem tego przez pierwsze dziewięć rund. Naprawdę wyglądało na to, że wygram tę walkę. Boksowałem lepiej od Wildera i lepiej główkowałem w ringu, uchylałem się przed jego najmocniejszymi ciosami, po czym sam trafiałem go mocnymi seriami. Śmiałem mu się w twarz, pokazałem mu nawet język, by jeszcze bardziej go sprowokować. Po pierwszych ośmiu rundach większość z nich sędziowie zapisali na moje konto i wtedy zrobiłem się zbyt pewny siebie. W dziewiątej rundzie po serii krótkich prawych w twarz pozwoliłem Wilderowi trafić się w tył głowy i po tym ciosie poleciałem na deski. Moim zdaniem był to niedozwolony cios, po którym sędzia powinien dać mu ostrzeżenie, nic takiego się jednak nie stało.
Czy się przejąłem? Nie. Brak ostrzeżenia mnie nie zaskoczył. Znajdowaliśmy się na jego terenie, to było jego show, w jego kraju i z jego kibicami. Tak to już jest w tego typu pojedynkach - wrzawa na trybunach zawsze przechyla nieco szalę zwycięstwa na korzyść gospodarza. Pod wieloma względami walka za granicą przypomina rozpoczynanie partyjki golfa bez drivera. Wiedziałem, że muszę pokazać coś naprawdę wyjątkowego, aby wygrać. Wiedziałem również, że jeśli to mi się nie uda i walka do końca będzie wyrównana, zliczone przez sędziów punkty mogą nie przemówić na moją korzyść. Szybko zerwałem się na nogi i znów zacząłem okładać Wildera. Po kilku potężnych kombinacjach w 11. rundzie zachwiał się na nogach.
No i potem nadszedł wielki zwrot akcji. Podbiegłem do narożnika, gdzie usłyszałem od Bena Davisona, mojego trenera, żebym mądrze skończył tę walkę.
- Wygrywasz - powiedział mi. - Nie podejmuj ryzyka, boksuj na czas...
Ben uważał, że prowadzę na punkty, co oznaczało, że Wilder musiał mnie w ostatniej rundzie znokautować, żeby wyszarpać mi zwycięstwo. Przestrzegał, że jeśli będę działał pochopnie, po prostu mu się wystawię. Chciałem jednak zaprezentować coś znacznie bardziej spektakularnego niż ostrożny boks. Gdy rozległ się gong wzywający na 12. rundę, w mojej głowie kołatała się tylko jedna myśl: że chcę wygrać z klasą.
"Czas to skończyć - pomyślałem. - Czas zadać cios wieczoru. Znokautuję go".
To zabawne, jak życie potrafi nas czasem zaskoczyć. Na dwie minuty i 23 sekundy przed końcem wydarzyło się coś zupełnie odwrotnego - to Wilder powalił mnie potężną kombinacją: lewy prosty, prawy sierpowy w bok głowy, a potem idealnie trafiony lewy podbródkowy. Na chwilę wszystkie ambitne myśli wyparowały mi z głowy, bo na moment straciłem przytomność. Mój mózg usiłował się pozbierać, a sędzia odliczał mnie i jednocześnie moje nadzieje na tytuł.
Raz! Leżę na deskach, rozciągnięty na plecach.
Dwa! Nie mogę zebrać myśli. "Co się, do cholery, stało? Przed chwilą stałem na nogach, teraz leżę na plecach, a przecież nic nie poczułem".
Trzy! Wilder idzie do neutralnego narożnika. Posyła żonie całusa.
Cztery! Sędzia przyklęka na kolano. Pochyla się nade mną. Sprawdza, czy wracam do siebie.
Pięć! Przewracam się na kolana...
Sześć! Muszę się ruszyć. Na moment straciłem przytomność, ale teraz wydaje się, że wróciła mi jasność myślenia. Dokładnie wiem, co zrobię dalej. Trafię go tak, że obudzi się za tydzień.
Siedem! "Dobra, palancie, sam tego chciałeś - myślę sobie. - Teraz mnie popamiętasz".
Osiem! Wreszcie stoję. Zegar pokazuje, że zostały jeszcze mniej więcej dwie minuty. Wszystko wraca do normy.
Dziewięć! Teraz sędzia już krzyczy. Pyta, czy jestem w stanie kontynuować. Kładę mu ręce na ramionach i kiwam głową w górę i w dół. Patrzę mu prosto w oczy. Tak, nic mi nie jest.
Do boju!
Powstałem niczym feniks z popiołów. Arbiter to widział, więc się odsunął. Wilder również to widział, ale chyba nie wierzył własnym oczom. Co prawda udało mu się na chwilę przygwoździć mnie w narożniku i wyładować na mnie wszystko, co miał w zanadrzu, wiedziałem jednak, że mogę to znieść. Nadszedł czas, by zaatakować, ponieważ do wzięcia pozostawał tytuł mistrza świata. W pewnej chwili złożyłem ręce na plecach, a potem wyprowadziłem potężny lewy sierpowy i trafiłem Wildera jedną czy dwoma kombinacjami. Bum! Bum! Gdy chwilę później rozległ się gong kończący pojedynek, byłem przekonany, że pomimo dwóch knockdownów zwyciężyłem. W całej walce z pewnością okazałem się lepszym pięściarzem, prawda? Sędziowie uważali inaczej i orzekli remis.
Nie potrafiłem w to uwierzyć, podobnie jak wszyscy inni, którzy przyszli obejrzeć walkę. Przez kilka minut zapowiadało się, że na trybunach wybuchną zamieszki, starałem się zatem studzić emocje najlepiej, jak umiałem - walczyłem na amerykańskiej ziemi, uważałem się zatem za kogoś w rodzaju ambasadora Anglii. Poza tym czułem się dość usatysfakcjonowany. Mój plan zakładał, że pokażę światu, że w życiu można z powrotem stanąć na nogi, nawet jeśli ktoś upadł bardzo nisko. To mi się udało, dobitnie udowodniłem coś wszystkim zmagającym się z problemami psychicznymi. Nie przegrywając, zostałem zwycięzcą.
Ta świadomość była dla mnie równie ważna jak dowolny tytuł czy pas mistrzowski.
***