2
PORZUCONE MARZENIA I ZAMARZNIĘTE STAWY
Cael
Osiemnaście lat
Massachusetts
- To nie dzieje się naprawdę - powiedziałem, patrząc na siedzących na kanapie rodziców. Stałem pośrodku pokoju, słuchając i kipiąc gniewem.
Widok łez płynących po policzkach mamy próbował rozbudzić we mnie wyrzuty sumienia, ale spalił je płynący w moich żyłach ogień wściekłości.
- Cael, błagam cię... - szepnęła matka, unosząc ręce w geście poddania. Przesunęła się na skraj siedziska, jakby chciała do mnie podejść i jakoś ukoić. Pokręciłem głową i cofnąłem się o trzy kroki, aż niemal oparłem się o kominek, w którym akurat się nie paliło. Nie pragnąłem jej pocieszenia. Niczego od nich nie chciałem.
Co oni sobie myśleli?
Tata siedział na brązowej kanapie, emanując stoickim spokojem, jak przystało na uczciwego stróża prawa. Wciąż miał na sobie mundur. Najlepszy z najlepszych w Massachusetts patrzył na mnie, czerwony na twarzy, a mama nadal płakała.
Zagryzłem zęby tak mocno, że usłyszałem chrzęst. Zacisnąłem dłonie w pięści, walcząc z chęcią, aby rzucić w nich cegłą z kominka, o który opierałem się w tej chwili plecami. Tak właśnie wyglądał każdy mój dzień w tym piekle. W domu pełnym wspomnień, które pragnąłem wyrzucić z głowy. Tata miał już dosyć łatania dziur, które wybijałem pięścią w ścianach. Ja natomiast miałem dość nieustającego gniewu. Wściekłość nigdy mnie nie opuszczała. Najwyraźniej obaj nie mogliśmy dostać tego, czego chcieliśmy.
- Jedziesz, młody - oznajmił autorytarnie ojciec. Nigdy nie mówił za wiele. Był zwięzły i oczekiwał, że jego rozkazy zostaną wykonane bez sprzeciwu.
Miałem wielką ochotę, by powiedzieć mu, gdzie ja chciałbym go wysłać. Ostry ton rodzica podsycał płonący we mnie ogień. Próbowałem. Naprawdę starałem się zachować spokój.
Ale straciłem panowanie nad sobą. Byłem jak bomba zegarowa, w której kończyło się odliczanie.
- Cael, musimy coś zrobić - dodała mama. W jej łamiącym się głosie dało się słyszeć subtelne błaganie. Niegdyś zdenerwowałbym się, słysząc jej ból. Teraz nie czułem już nic.
- Rozmawialiśmy z twoim nowym terapeutą. W tamtym roku ukończyłeś szkołę średnią, a nie zamierzasz studiować. Ta podróż może ci pomóc. Wyznacz sobie jakiś cel. Teraz po prostu egzystujesz. Nie masz pracy, nie chcesz się uczyć, nie grasz w hokeja... Rozmawialiśmy z trenerem z Harvardu. Cały czas na ciebie czeka. Chce, żebyś u niego grał. Uwzględni cię w przyszłorocznym składzie. Dasz radę. Wciąż możesz...
- W dupie mam studia! - wrzasnąłem, przerywając jej. Niegdyś mi na nich zależało. Mogłem myśleć tylko o uczelni. Marzyłem o niej. Żebym mógł do niego dołączyć, żebyśmy mogli razem grać, jak to zawsze planowaliśmy...
Mimowolnie spojrzałem na zdjęcia wiszące na ścianie za moimi rodzicami. Na każdej z tych zrobionych przez lata fotografii byliśmy razem.
Graliśmy na wielkich lodowiskach, staliśmy ramię w ramię, uśmiechaliśmy się, trzymając kije. Na piersi miałem napisane "Drużyna USA". Teraz jednak nie wiedziałem już, jak się uśmiechać. Mięśnie twarzy nie umiały naciągać się w ten sposób. Oderwałem wzrok od tego cholernego ołtarza marzeń, których nigdy nie zrealizujemy. Nawet nie mogłem patrzeć na te zdjęcia. Przedstawiały kłamstwo. Historię fikcyjnego życia.
Ostatnio nic z tego nie było prawdziwe.
- Nie pojadę - rzuciłem ostrzegawczym tonem. Tata jednak pozostawał niewzruszony. Wstał. Był wysoki i dobrze zbudowany, więc kiedyś nade mną górował, ale teraz mierzyłem metr dziewięćdziesiąt trzy i byłem od niego o osiem centymetrów wyższy. Byłem również umięśniony, więc dorównywałem mu siłą. - Nigdy wam tego nie wybaczę - warknąłem, a cichy płacz mamy odbił się od mojego mentalnego muru. Ostatnio nic przez niego nie przenikało.
Ojciec włożył ręce do kieszeni.
- Jakoś będę musiał z tym żyć, młody.
Wiedziałem, że nie zmieni zdania.
Trząsłem się z wściekłości, gdy palące ciepło przepływało przez moje ciało, jakby moimi żyłami płynęła lawa. Nie poświęcając matce kolejnego spojrzenia, wyszedłem z domu i trzasnąłem za sobą drzwiami. Wskoczyłem do jeepa. Wydychałem z ust białe obłoczki, bo na zewnątrz było bardzo zimno. Na okolicznych polach leżał głęboki śnieg, a buty przemokły mi podczas krótkiej przechadzki z domu do auta. Zima w Nowej Anglii nadal mocno trzymała.
Ścisnąłem skórzaną kierownicę. Jak za każdym razem, gdy siedziałem na miejscu kierowcy, wróciłem myślami do tamtego wieczoru. Ręce mi się trzęsły od samego przebywania w jeepie. Oddychałem nierówno i czułem się cholernie słaby, gdy dopadły mnie wspomnienia. Samo siedzenie w samochodzie mogło mnie zniszczyć i świadomość tego ponownie rozpaliła we mnie gniew. Pozwoliłem, by zalał moje ciało żarem, więc dopiero po dłuższej chwili udało mi się otrząsnąć.
Mięśnie napiąłem tak bardzo, że wszystko mnie rozbolało. Zagryzłem zęby, pozwalając, aby parzące płomienie wypaliły ze mnie wszelkie ślady tego, kim byłem. Ogień wzrastał od stóp po głowę, aż nie zostało we mnie nic innego. Oddałem mu kontrolę. Przestałem się hamować i ryknąłem z wściekłości, która szukała ujścia. Uderzałem dłońmi o kierownicę i kopałem, aż trafiłem butem w radio, które wypadło z deski rozdzielczej i wisiało na przewodach przede mną.
Ochrypłem. Wyrzuciłem z płuc całe powietrze. Siedziałem i wpatrywałem się w rustykalny, biały dom, który niegdyś stanowił moje sanktuarium. Teraz szczerze go nienawidziłem. Spojrzałem na okno na piętrze po prawej stronie, a niewielka szpilka bólu zdołała zakłuć mnie w serce.
- Nie - syknąłem i odwróciłem wzrok. Nie teraz. Nie zamierzałem teraz cierpieć.
Chciałem odjechać, ale przez chwilę siedziałem jak sparaliżowany. Utknąłem w czyśćcu, do którego trafiłem blisko rok temu, kiedy wszystko się zmieniło, a idylliczna maska została zerwana z oblicza naszej rodziny...
Zamknąłem oczy i rozkoszowałem się swoim wewnętrznym ogniem. Włożyłem kluczyk do stacyjki, uniosłem powieki i gwałtownie wyjechałem z gruntowej, prowadzącej do naszego domu drogi, a opony starały się uchwycić przyczepność na lodzie. Kiedy wdepnąłem gaz do dechy, poczułem swąd spalonej gumy. Nadal bałem się prowadzić, a strach ten utrzymywał się w moim organizmie niczym słaba gorączka. Jednak nie dałem jej wzrosnąć. Po prostu pozwalałem, aby płomienie spalały emocje, które próbowały zawładnąć rozsądkiem.
Tak po prostu musiało być. Nie mogłem wrócić do pustki i nicości - do czarnej dziury, z której nijak nie można było się wydostać.
Zamiast tego zdałem się na tę wściekłość, która kontrolowała mnie od środka. Poddałem się nienawiści - do świata, ludzi, wszystkiego, co mogło odsłonić uczucia, które pogrzebałem w głębi duszy.
Ale głównie skupiałem się na nienawiści do niego. Ta nienawiść i furia przypominały podlewane benzyną ognisko.
Zamrugałem i wróciłem do rzeczywistości. Jechałem bez celu, zupełnie bezmyślnie, zatracony w swoim świecie i dotarłem do jedynego miejsca, którego najbardziej na świecie starałem się unikać.
"Musimy coś zrobić..."
Nie umiałem wyrzucić z głowy słów matki. Rodzice chcieli się mnie pozbyć. Pragnęli porzucić syna, który wiecznie doprowadzał do kłótni. Mnie!
Nie mieli na myśli drugiego syna, ale tego, który im pozostał. Tego, którego zostawił tu ten pierwszy. Tego, którym się nie przejmował, gdy zrobił to, co zrobił...
Kłucie w mostku wywołało uczucie, jakby zapadała mi się klatka piersiowa.
Gwałtownie wjechałem na parking i opuściłem szybę po stronie kierowcy. Chłodne, zimowe powietrze owiało mi skórę. Czarna koszulka z długimi rękawami, dzianinowa czapka i podarte dżinsy nie chroniły zbyt dobrze przed zimnem. Pozwoliłem, aby wsączało się w moje kości. Chciałem cierpieć. Tylko wtedy wciąż pamiętałem, że nadal żyję. Odczuwałem jedynie ból i gniew, który wyrył się w mojej duszy rok temu i od tamtej pory tylko rósł w siłę.
Zanim dotarło to do mnie, poczułem, że poruszam stopami. Minąłem kilka samochodów, rozpoznając każdy z nich. Co ja tu w ogóle robiłem? Nie chciałem tu być, a jednak nogi poprowadziły mnie do bocznych drzwi. Miejsce to, które niegdyś wydawało mi się domem, teraz należało do odległej, nieistniejącej już, części mojego życia. Pokrzykiwania, uderzające o lód krążki i kije, sunące po lodzie łyżwy.
Słyszałem to wszystko, a jednak nic nie czułem.
Wspinałem się po schodach, ani na chwilę nie przystając, aż znalazłem się daleko poza zasięgiem wzroku. Usiadłem na twardym, plastikowym siedzisku i splotłem palce. Cały byłem spięty, wpatrując się w lodowisko, gdy obserwowałem trening moich byłych przyjaciół i kolegów z drużyny. Przyglądałem się, jak atakują, bronią, wykonują uniki. Nieustannie strzelają na bramkę Timpsona, który rzadko przepuszcza krążek. Nie na darmo nazywano go "Blok".
- Tutaj! - zawołał znajomy głos, a ja poczułem ukłucie w piersi.
Eriksson ruszył do przodu, przejął krążek i zaczął nabierać prędkości. Uderzył na tyle idealnie, że zdobył gola, zapalając czerwoną lampkę nad bramką.
Niegdyś byłem tuż obok niego.
Poruszałem nogą z nerwów. Walczyłem, aby nie wdychać zapachu areny, nie przyzwyczajać się do jej chłodu. Zdjąłem czapkę i przeczesałem palcami ciemne włosy. Tatuaże na grzbietach moich dłoni wyróżniały się na tle jasnej skóry. Rysunki. Miałem tak wiele tatuaży i kolczyków, że niemal zatarły wszelkie oznaki tego, kim byłem wcześniej.
Zamknąłem oczy, bo odgłosy uderzających o siebie kijów i ochraniaczy zaczęły przyprawiać mnie o mocną migrenę. Poderwałem się z miejsca i ruszyłem w dół do drzwi. Udało mi się wyjść na korytarz, gdy usłyszałem za plecami:
- Woods?
Zamarłem w pół kroku. Eriksson zszedł z lodowiska i niezdarnie człapał na łyżwach. Ruszyłem jednak przed siebie, unikając spotkania z byłym najlepszym przyjacielem, dopóki nie zatrzymała mnie wisząca w gablocie koszulka z dumnie prezentującym się napisem "Woods 33". Na tabliczce z brązu, która wisiała u góry, wyryto: "Ku pamięci". Powieszono również jego zdjęcie, na którym z uśmiechem pozował do kamery w stroju drużynowym.
To było niczym cios. Nie przygotowałem się na taki widok. Zaskoczył mnie. Uderzył bez zapowiedzi...
- Cael! - zawołał zbliżający się Eriksson. Odwróciłem głowę, zobaczyłem, że idzie ku mnie, a moje serce gwałtownie przyspieszyło. Wyraz nadziei i ekscytacji na jego twarzy sprawił, że nogi niemal się pode mną ugięły. - Cael! Powinieneś uprzedzić, że wpadniesz. - Stephan Eriksson nie mógł złapać tchu, gdy wreszcie do mnie dotarł. Wciąż trzymał kij treningowy, ale zdjął kask i położył go na podłodze przy swoich stopach. Wpatrywałem się w chłopaka. Nie mogłem się ruszyć.
Był tam wtedy ze mną. Wszystko widział.
Zerknął na wiszącą przede mną koszulkę, a na jego twarzy odmalował się smutek.
- Trener kazał powiesić ją tutaj kilka miesięcy temu. Powiedział wtedy o nim naprawdę miłe rzeczy. Zaprosił cię, ale...
Przeszedł mnie dreszcz, na całym ciele wywołując gęsią skórkę. Widziałem, że Stephan oceniał mój nowy wygląd. Wpatrywał się w moje wytatuowane ręce, klatkę piersiową i szyję. Śledził wzrokiem kolczyki w moim nosie, dolnej wardze, a także czarne tunele w uszach.
- Próbowałem się z tobą skontaktować, stary - przyznał, próbując się zbliżyć. Wskazał w kierunku lodowiska. - Od kilku miesięcy. Brakuje nam ciebie. - Odetchnął głęboko. - Tęskniłem. Bez ciebie nie jest już tak samo, bracie.
Bracie...
Słowo to było jak cięcie maczetą w pierś, rozczłonkowało mnie na kawałki. Czując, że znajomy ogień topi lód, który ukoił mnie, gdy wszedłem na arenę, rzuciłem:
- Nie jestem twoim bratem.
Spojrzałem na granatową koszulkę i uderzyłem pięścią w sam środek gabloty. Poczułem, że okruchy szkła rozcinają mi knykcie, a ciepła krew broczy mi nadgarstek.
- Jezu, Woods! Stój! - krzyknął Stephan, gdy rzuciłem się do drzwi, aby wyjść na zimną noc. Przebiegłem przez parking i z palącymi płucami wskoczyłem do jeepa, ignorując chłopaka, który, stojąc w wyjściu, machał, bym się zatrzymał.
Co ja sobie, do cholery, myślałem, przyjeżdżając tutaj?
Wyjechałem z parkingu, próbując zapanować nad drżeniem rąk.
Gablota. Powiesili w niej koszulkę. Dlaczego to zrobili? Dlaczego musiałem ją zobaczyć?
Jechałem, przekraczając limity prędkości, ale nie zdołałem zapanować nad trzęsącymi się rękami. Czy tak się właśnie czuł, gdy pędził wtedy ulicą? Kiedy zrobił to, co zrobił? Moje kłykcie rozorane były świeżymi ranami, a po nadgarstkach ciekła mi krew.
Co gorsza, czułem jej zapach.
Krew...
Miedziana woń natychmiast przeniosła mnie do chwili, o której usilnie starałem się zapomnieć. Do tej, która została wytatuowana w moim umyśle tak głęboko jak czerwony tusz na mojej szyi. Oddech zaczął mi się rwać, widziałem przed sobą białe obłoczki, w nierównym rytmie wydobywające się z moich ust. Żołądek mi się skurczył, ogień, którego trzymałem się kurczowo, zaczął przygasać, gdy wracałem do rzeczywistości.
Skręciłem ostro w prawo, wjeżdżając w polną drogę, która prowadziła do mojego domu, ale w jej połowie, przy stawie, gwałtownie wcisnąłem hamulec. Dyszałem, jakbym przebiegł maraton. Nie mogłem wytrzymać w samochodzie. Było w nim za ciasno, zbyt duszno, i przypominała mi się tamta noc...
Wyskoczyłem zza kierownicy i podbiegłem do niewielkiego stawu, którego powierzchnię skuwał gruby lód. Zatrzymałem się na brzegu, odchyliłem głowę i spojrzałem w ciemniejące niebo. "Ku pamięci..."
Z gardła wyrwał mi się zdławiony krzyk. Pochyliłem się, położyłem dłonie na lodzie. Chciałem się uziemić. Chryste. Jak się tu w ogóle znaleźliśmy? Jakim cudem wszystko aż tak się schrzaniło?
Dlaczego o niczym mi nie powiedział? Dlaczego ze mną nie porozmawiał?
Odchyliłem głowę i krzyknąłem w niebo, płosząc ptaki na okolicznych drzewach. Podniosłem się powoli, gardło mnie bolało, żyłami nadal płynęła adrenalina. Poszedłem do szopy, której nie otwierałem od bardzo dawna.
Zakrwawioną dłonią złapałem za klamkę i szarpnąłem. Zobaczyłem swoje stare łyżwy. Zignorowałem ból na widok drugiej, pochylającej się obok nich pary.
Wziąłem swoje, zdjąłem buty, nie przejmując się przemoczonymi skarpetami. Włożyłem łyżwy i zrobiło mi się niedobrze, gdy powróciło znajome, dobre uczucie. Spojrzałem na kije, które wgapiały się we mnie, jakby miały dusze, jakby w warstwach ich drewna zapisano wiele wspomnień.
Zanim zdołałem przemyśleć sprawę, wziąłem ten z czarno-złotą taśmą - barwy Bruinsów. Kiedy go trzymałem, czułem się, jakbym popełniał świętokradztwo. Nigdy nie wierzyłem, że zasługuję na to, aby trzymać ten kij. Jakżebym mógł, skoro należał do mojego bohatera? Tego, który nauczył mnie wszystkiego, co wiedziałem? Tego, którego podziwiałem, naśladowałem, z którym się śmiałem i do którego biegłem się wyżalić? Tego, który bił tak jasnym blaskiem, że rozjaśniał całe cholerne niebo?
A teraz utknąłem w niekończącym się mroku.
Instynktownie poszedłem nad staw, postawiłem prawą nogę na lodzie i się odepchnąłem. Wkrótce sunąłem po zamarzniętej tafli. Ostry wiatr smagał mnie po twarzy. Płuca, które zdały się zapomnieć o własnym zadaniu, nabrały spory haust powietrza. Przeciągnąłem końcówką kija po zamarzniętej wodzie. Uderzałem, jakbym podawał krążek. Było to dla mnie tak naturalne, jak oddychanie. Lód. Hokej.
Zamknąłem oczy, sunąc w kółko. Czułem się, jak w zupełnie innym świecie, słyszałem nawet odległe śmiechy dwójki dzieci...
- Myślisz, że mnie pokonasz, młody? - Głęboki głos Cilliana poniósł się ponad śniegiem i wiatrem, gdy zbliżyłem się do niego i ukradłem mu krążek. - Ej! - Parsknął śmiechem, a potem zaczął gonić mnie po stawie z prędkością, która zdawała się być milionem kilometrów na godzinę.
Ostatnio nie mógł mnie dogonić. Kiedy wrzuciłem krążek pomiędzy dwie gałęzie, które robiły za naszą bramkę, objął mnie i podniósł.
- Teraz jesteś już lepszy ode mnie, młody. Jak do tego doszło?
Uśmiechałem się tak szeroko, że bolały mnie policzki. Wzruszyłem ramionami.
- Wiesz o tym, prawda? - zapytał Cillian, stawiając mnie ponownie na lodzie. - Zostaniesz zawodowcem. Każdy to widzi. Wszyscy ci się przyglądają.
Jakoś sam tego nie widziałem. Cill był najlepszym hokeistą, jakiego znałem. Miałem pewność, że w niczym mu nie dorównuję. Był ode mnie starszy i stawał się gwiazdą każdej drużyny, w której grał. Odkąd sięgałem pamięcią, chciałem być taki, jak on.
- Zapisano to w gwiazdach, młody - powiedział, dłonią w rękawiczce mierzwiąc mi włosy. - Będziemy grać razem na Harvardzie, a potem przejdziemy na zawodowstwo. Będziemy gwiazdami NHL. Zagramy na olimpiadzie. - Uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło. - Razem, tak?
- Razem - odparłem. Byłem najszczęśliwszym dzieciakiem na świecie. Miałem grać z Cillianem.
Razem mogliśmy podbić świat...
Nagle spadł na mnie ogromny ciężar i wbił mnie w ziemię. Otworzyłem oczy i zorientowałem się, że stoję w ciemności, pośrodku zaniedbanego stawu. Samotnie.
Nie czekała na mnie żadna wymarzona przyszłość. Bracia Woods nie mieli zawojować świata. Byłem sam, towarzyszyło mi jedynie widmo mojego brata, które unosiło się nade mną i jak próżnia wysysało ze mnie wszystko, co dobre.
Kij zaczął trzeszczeć w moich dłoniach, gdy zacisnąłem wokół niego palce w stalowym uścisku. Im dłużej stałem zupełnie nieruchomo, tym bardziej wściekłość wypełniała pustkę w mojej duszy, rosła w siłę, aż uniosłem kij nad głowę i uderzyłem nim w lód z taką siłą, że roztrzaskałem go na tysiąc fragmentów.
Nasze marzenia również się rozpadły, więc cóż oznaczała kolejna rozbita rzecz? Przejechałem po lodzie, zdjąłem łyżwy i cisnąłem je w kierunku bezlistnych drzew. Osunąłem się na ziemię.
"Jedziesz, młody".
Tata równie dobrze mógł stać zaraz za mną, bo tak głośno rozbrzmiał jego głos w mojej głowie. Miałem osiemnaście lat i najwyraźniej wybierałem się w podróż po świecie z "takimi jak ja". Powinienem pracować nad ziszczeniem się przyszłości, o której marzyłem. Jednak ta obiecana przyszłość została skradziona przez tego, którego najbardziej kochałem i któremu ufałem najmocniej na świecie. Nic innego nie miało już znaczenia. Zostałem zupełnie sam.
I od bardzo dawna nie umiałem znaleźć w sobie siły, aby się tym przejąć.