Rozdział 2
Miles
- Midnight Beats! Midnight Beats! Midnight Beats!
Skandowanie tłumu przybierało na sile, zamiast słabnąć. Byli niezmordowani. Po blisko dwóch godzinach skakania, śpiewania i dobrej zabawy chcieli więcej. Pragnęli jeszcze zobaczyć nas na scenie.
Spojrzałem na moich przyjaciół, którzy podobnie jak ja byli naładowani energią, adrenaliną, czymś, co dostawaliśmy tylko na koncertach.
- Słyszeliście, pragną więcej, pora na bis - powiedziałem do kumpli i odrzuciłem ręcznik, którym wycierałem twarz.
Wbiegliśmy na scenę, wywołując jeszcze głośniejszą reakcję publiczności.
- Chyba nie macie nas dość - zaśmiałem się lekko do mikrofonu. - Ale niczego innego nie spodziewaliśmy się po mieście grzechu!
Odpowiedział mi krzyk, który łechtał moje gwiazdorskie ego. Uwielbiali nas.
- Dobra, Las Vegas, chcecie więcej? - nakręcałem ich. - No dalej, stać was na więcej! Chcecie bis?
Odpowiedział mi dziki ryk skandujący nazwę naszego zespołu: Midnight Beats.
- No dobra, przekonaliście mnie. Ostatnia piosenka, a zarazem nasza pierwsza - powiedziałem. - Midnight Love.
To był nasz debiutancki kawałek, od początku do końca stworzony przez nas. Kochałem tę melodię, która wypływała prosto z naszych dusz. Flirtując z publicznością, zacząłem śpiewać refren, a ona wraz ze mną:
Nic nie trwa wiecznie
O nie
Nawet miłość o północy
Nie ma ratunku
Dla kochających o północy
Specjalnie na bis powtórzyliśmy cały refren kilka razy, by pozwolić ludziom się wyśpiewać.
- Byliście cudowni! - powiedziałem, gdy zamarły ostatnie uderzenia perkusji. - Do zobaczenia, Las Vegas!
Tym razem po raz ostatni zbiegliśmy ze sceny. Od razu ściągnąłem mokrą koszulkę, która nieprzyjemnie kleiła się do mojego ciała.
- Byliście niesamowici! - Victoria ekscytowała się i skakała jak mała dziewczynka.
- Dzięki, Vicks.
Była córką naszego managera i towarzyszyła mu dziś za kulisami, a raczej towarzyszyła mu podczas całej trasy. Wcześniej nie dopuszczał jej tak blisko. Gabriel Mendoza wciąż uważał, że jego dwudziestojednoletnia córka jest małą dziewczynką i nie powinna widzieć muzyków rockowych zaliczających panienki po koncercie. Nie miałem pojęcia, jak udało jej się go namówić, by na koncert w Las Vegas mogła wejść za kulisy. I nie chciałem wiedzieć.
- Dziecinko, lepiej będzie, jeśli wrócisz do autobusu. Za chwilę Gabe wpuści fanki. - Mrugnąłem do niej, wywołując rumieniec na jej policzkach.
- To może, zamiast zabawiać się z fanką, zabawisz się ze mną? - zapytała i seksownie oblizała usta.
Nic nie mogłem poradzić na to, że mój kutas zareagował. Byłem naładowany po koncercie, ona miała czerwone usta i od razu wyobraziłem sobie je owinięte wokół penisa. Jednak pomimo tego jednoznacznego zaproszenia nigdy bym się nie skusił.
- Wybacz, maleńka. Nie w tym życiu.
- W końcu mi ulegniesz, MJ! I to będzie spektakularne - odpowiedziała niezrażona moją odmową.
W zasadzie od początku trasy ciągle musiałem jej odmawiać. Victoria była młoda, seksowna i zdecydowanie bardzo napalona na niegrzecznego muzyka. I choć nie miałbym nic przeciwko zabawieniu się z grzeczną dziewczynką, to Vicky była poza moim zasięgiem. Byłem przywiązany do swojego fiuta, a Gabe dość obrazowo wytłumaczył nam, co się wydarzy, jeśli któryś z nas dotknie jego córeczki.
Nie zawracałem sobie głowy odpowiedzią na jej stwierdzenie. Zmarnowałem na to wiele czasu, a ona ciągle robiła podchody. Zamiast tego otworzyłem drzwi do garderoby, w której siedzieli już David, Nate, Lucas i Levi - pozostali członkowie Midnight Beats. Ze stolika zgarnąłem dwie butelki: jedną wody, drugą burbona i rozwaliłem się na kanapie obok Nata.
- Cała butelka dla ciebie? Z czasem robisz się coraz bardziej samolubny, MJ - wytknął mi.
- Stać cię na własną butelkę, dupku. Nie lubię się dzielić.
Odpowiedział mi śmiech pozostałych kumpli, bo wszyscy wiedzieliśmy, że to gówno prawda. Przez lata wspólnej pracy i koncertów dzieliliśmy się wszystkim, łącznie z kobietami.
Życie w trasie było ekscytujące, zwłaszcza na początku. Na naszych kontach pojawiały się coraz większe kwoty, z każdym występem publiczność była liczniejsza, a po koncertach przychodziły fanki. Kobiety gotowe na wszystko, spragnione emocji, byleby zaliczyć kogoś z Midnight Beats. Często trafiały się też takie, które lubiły seks i były bardzo, ale to bardzo otwarte. Wówczas... tak, wtedy dzielenie się nabierało zupełnie innego znaczenia.
- Od razu mówię, że zaklepuję najbardziej cytatą laskę, jaka tu wejdzie. - Levi był nakręcony, dałbym sobie uciąć rękę, że zdążył już wciągnąć kreskę, zanim przyszedłem.
Chciałem coś odpowiedzieć, ale Gabe otworzył drzwi i wpuścił dziewczyny.
- Panowie, ktoś do was - powiedział jak zawsze.
Nigdy nie spytałem, jak się czuł z tym, że przyprowadzał do nas laski, które zaliczaliśmy w garderobie, a później je wyprowadzał. Cóż, ustaliliśmy, że nikt nie przyprowadza panienki do autobusu, bo to był nasz dom w trasie. Na dotarcie do hotelu nie chcieliśmy tracić czasu, więc wyładowywaliśmy się za kulisami, nie martwiąc się, że ktoś zrobi nam fotkę z jakąś panienką. Szybki lub wolniejszy seks, autograf, buziak na do widzenia i tyle. Jechaliśmy do kolejnego miasta.
Przyjrzałem się dziewczynom, które weszły do pomieszczenia. Blondynki, brunetki, rude. Szczupłe i te z bardziej ponętnymi kształtami.
- Cześć, MJ - wymruczała zgrabna blondynka. - Masz ochotę się stąd urwać?
Parsknąłem cicho, bo najwidoczniej Gabe już nie bawił się w wyjaśnianie naszych zasad.
- Urwać? Nope. Bawimy się tutaj, a później każde idzie w swoją stronę.
Zmarszczyła nos, nie wyglądała w tej chwili już tak seksownie.
- Tutaj? Przy wszystkich?
- Przy wszystkich, ze wszystkimi też, jeśli masz ochotę - odpowiedziałem i ostentacyjnie rozpiąłem jeansy.
Sam nie wiem, dlaczego zachowywałem się wrednie. Byłem już zmęczony życiem w trasie, jednorazowymi numerkami i fałszywymi przyjaciółmi. Potrzebowałem wakacji, ucieczki od takiego życia, a wyżywałem się na dziewczynie, która przyszła tutaj w pogoni za ukrytymi pragnieniami.
Dziewczyna pokręciła głową i podeszła do innej laski, niezbyt cicho mówiąc:
- Ja spadam, nie pisałam się na grupowy seks.
Gdy wyszła, moi kumple byli już na różnych etapach zabawiania się z dziewczynami. Poczułem odrazę do siebie, do nich, do naszego stylu życia. Zapiąłem spodnie, wziąłem koszulkę z wieszaka, butelkę burbona i wyszedłem z pomieszczenia.
- Nie bawisz się z dziewczynami? - zapytał Gabe, który czuwał w pobliżu.
- Nope, idę się przewietrzyć.
Nawet się nie zatrzymałem, by z nim porozmawiać. Pociągnąłem łyk bursztynowego trunku.
- MJ, weź swój telefon, twój brat dzwonił kilka razy. - Gabe podał mi komórkę.
Zmarszczyłem czoło, bo Archer raczej rzadko się ze mną kontaktował. Rozmawialiśmy przecież kilka dni temu, w jego urodziny.
- Dzięki, Gabe.
- Wejście na dach jest otwarte, mają tam rozłożone krzesełka. Wiesz, jakbyś chciał być sam.
Pokiwałem głową i ruszyłem na schody.
Na dachu mogłem w końcu zaczerpnąć tchu. Oddychać pełną piersią. Pociągnąłem kolejny łyk i spojrzałem na rozciągające się przede mną światła Las Vegas. Uwielbiałem ten widok. I chyba tylko jeden inny mógł się z nim równać, ale tamtego nie widziałem od dłuższego czasu. Zachód słońca nad oceanem. Szum wiatru i cisza. Tak, tylko to mogło się równać z widokiem świateł Las Vegas.
Wybrałem numer Archera, postanawiając zadzwonić, nim się upiję.
- Cześć, gwiazdo rocka, zapomniałem, że masz dziś koncert. Inaczej nie dobijałbym się do ciebie.
- Cześć, bracie, dopiero odzyskałem telefon. Co słychać?
Czułem, że powód, dla którego dzwonił Archer, nie jest błahy, ale bałem się zapytać. Czy coś z ojcem? A może z Marcy? Kurwa, przecież niemożliwe, by Connor... Wyrzuciłem tę myśl z głowy. Ten dupek był zbyt uparty, by pozwolić odstrzelić sobie tyłek gdzieś na pustyni.
- Miles... - Głos mu się załamał, a ja po raz pierwszy w życiu poczułem taki strach.
- Archer, przerażasz mnie.
Wsłuchiwałem się w ciszę po drugiej stronie słuchawki. Nie ponaglałem go, bo sam chciałem odwlec chwilę, w której zdradzi mi powód, dla którego cały dzień próbował się do mnie dodzwonić.
- Potrzebuję cię w domu, Miles - wyszeptał, a po chwili usłyszałem szloch.
Mój młodszy brat płakał, a on nigdy nie płakał. Nigdy, od kiedy skończył dziewięć lat, nie płakał. A teraz słyszałem w słuchawce jego szloch i nie mogłem nic zrobić.
- Co się stało? Archer, mów do mnie.
- Dostałem wyniki. Mam to samo gówno, które miała mama. - Pociągnął nosem, a ja upuściłem butelkę na ziemię. - Nikomu nie powiedziałem. Musisz wrócić do Willow Creek, Miles.
Nic nie mogłoby mnie przygotować na te kilka słów, które właśnie powiedział. Na znaczenie, które się za nimi kryło.
- Jutro będę - odpowiedziałem cicho. - Będzie dobrze, Archer. Będzie dobrze.
- Nie będzie, Miles. Dlatego nie łap za kolejną butelkę i wróć do domu. Potrzebuję starszego brata.
Po tych słowach się rozłączył, pozostawiając mnie z pędzącymi myślami.
Zostawiłem bałagan na dachu i zbiegłem na dół, do Gabriela.
- Muszę wrócić do domu - wysapałem, biegnąc do garderoby.
Otworzyłem drzwi trochę za mocno, uderzając nimi w ścianę. Ale miałem to gdzieś.
- Wypad! - ryknąłem.
Dziewczyny piszczały i zakładały na siebie ubrania, popędzane przez moich przyjaciół. Ja się tak nie zachowywałem, nie traciłem głowy, nie panikowałem.
Chaotycznie zbierałem swoje rzeczy, choć nie wiedziałem, po co. Dokumenty i portfel miałem w busie, telefon w kieszeni. Ubrania mogłem olać, przecież miałem inne.
- MJ, do kurwy, możesz mi powiedzieć, co to znaczy, że musisz wrócić do domu?!
- Mój brat jest chory. Jutro muszę być w Willow Creek.
Próbowałem wyjść z garderoby, ale Gabriel złapał mnie za ramię i zatrzymał w miejscu.
- Przed wami koncerty w Los Angeles, Long Beach i zamknięcie trasy w Austin. Nie możesz wrócić do domu!
Po raz pierwszy, od kiedy razem pracowaliśmy, poczułem do niego nieopisaną wściekłość. Alkohol, wściekłość i żal napędzały moją agresję. Stanąłem więc blisko niego i wyryczałem mu w twarz:
- Gówno mnie obchodzą te koncerty! Chcesz, to wyjdź na scenę i śpiewaj za mnie. Ja wracam do domu.
Popchnąłem go i wyszedłem z budynku. W autobusie szybko zgarnąłem do torby trochę ciuchów, portfel i klucze. Nie było sensu wracać do Nowego Jorku, gdzie mieszkałem od kilkunastu lat. Zamiast tego zamówiłem taksówkę i w międzyczasie wyszukałem najszybszy lot do Alabamy. Jutro przed południem będę w domu.