Maddox
To z każdą wizytą robiło się coraz trudniejsze. Patrzenie na osobę, która mnie wychowała, dbała o mnie, kochała, w takim stanie. Przyglądanie się temu, jak znikała, jak mnie nie poznawała, choć byłem jej jedyną rodziną...
Oparłem głowę o ścianę korytarza domu opieki, tuż obok pokoju, w którym mieszkała moja babcia. Wziąłem kilka uspokajających oddechów, nim mogłem w ogóle pomyśleć o powrocie do pokoju babci.
- Przykro mi, Maddox - powiedziała pielęgniarka opiekująca się babcią na dziennej zmianie.
- Powinienem się już przyzwyczaić - odpowiedziałem, wzruszając ramionami.
Lucy pomasowała mnie po ramieniu, dodając mi otuchy. Poza Connorem ta kobieta była jedyną stałą osobą w moim życiu, pracowała w domu opieki od dawna także wtedy, gdy babcia tu zamieszkała.
- Do tego nie da się przyzwyczaić - odpowiedziała. - Choćbyś nie wiem jak próbował, będzie cię to bolało. A dziś trafiłeś na jej gorszy dzień.
Zaśmiałem się, bo ostatnio ciągle miała gorsze dni. Tęskniłem za tymi, kiedy nadal przypominała sobie, kim jestem, albo choćby myślała, że jestem moim dziadkiem i podczas rozmów ze mną cała jej twarz aż się rozświetlała. Dzisiaj jednak stała się na mój widok agresywna, zaczęła krzyczeć i nawet uderzyła mnie pięścią w ramię. Nie miałem jej tego za złe, to nie była jej wina, po prostu moja ukochana babcia znikała pod wpływem upływu czasu oraz choroby, która mi ją odbierała.
- Może nie powinienem jej odwiedzać? Skoro tak reaguje? - zapytałem, nie wiedząc, czy będę w stanie trzymać się z daleka.
I tak już teraz odwiedzałem ją tylko raz do roku, a co tydzień dzwoniłem do ośrodka i dostawałem raport o jej stanie zdrowia i samopoczuciu.
- Nie odpowiem ci na to pytanie. To decyzja, którą musisz podjąć sam - odparła Lucy. - Ale to chyba niezbyt dobry pomysł, żebyś znowu do niej wchodził.
Zrozumiałem ją, więc tylko skinąłem głową, objąłem Lucy na pożegnanie i opuściłem ośrodek. W hotelu rzuciłem się na łóżko i zatopiłem we wspomnieniach z czasów, kiedy babcia była sobą. Kiedy wychowywała mnie, trzymając się swoich zasad i reguł, ale zawsze okazując mi miłość.
***
Potrzebowałem powrotu do pracy, musiałem czymś zająć myśli, by nie zatopić się w mroku otaczającym mnie za każdym razem, gdy odwiedzałem babcię. Nie mogłem znieść jej stanu, nie zasłużyła sobie na to. Najgorsze jednak było to, że wraz z nią straciłem rodzinę. Babcia jako jedyna o mnie dbała, a ja teraz nie potrafiłem zrobić nic, by jej pomóc czy chociażby złagodzić jej cierpienie. Zamiast tego tylko ją denerwowałem swoimi wizytami. Żeby więc uciec od natłoku emocji, zjawiłem się w pracy dzień wcześniej, niż zamierzałem, zaskakując tym wszystkich, zwłaszcza Connora.
- Co ty tu robisz? - zapytał, marszcząc czoło.
- Przyszedłem do pracy, nie widać? - odpowiedziałem zaczepnie i ruszyłem do stodoły, zostawiając przyjaciela z tyłu.
On jednak był uparty i nie dał się spławić, pobiegł za mną i zagrodził mi drogę, zmuszając mnie, bym się zatrzymał. Wypuściłem głośno oddech, bo nie miałem teraz ochoty na rozmowę od serca. Nawet z Connorem.
- Powinieneś dopiero wracać do domu, a pojawiłeś się w pracy - zauważył. - Co się stało?
- Nic, czego się nie spodziewałem - odparłem. - Przeciąganie pobytu nie miało sensu, więc już przyjechałem i jestem gotowy do roboty.
Próbowałem brzmieć spokojnie, ale znaliśmy się na tyle dobrze, że Connor mnie przejrzał.
- Raczej potrzebujesz w coś przywalić - odparł. - Możemy pójść do garażu, worek treningowy będzie wyłącznie dla ciebie. Cholera, jeśli chcesz, zrobimy mały sparing, żebyś spuścił trochę tej pary, nim zacznie ci uszami wychodzić.
Parsknąłem śmiechem, słysząc jego porównanie.
- Jeśli obiję ci twarzyczkę, Sam mnie dopadnie i będę umierał długą i powolną śmiercią - odpowiedziałem. - Poważnie, daj mi podziałać.
Connor pokręcił głową, rezygnując z dalszych prób namówienia mnie na porzucenie pracy.
- Skoro przyszedłeś na wolnym, to trzeba ściąć drzewa, które spadły na boczną drogę do farmy - powiedział. - Weź piłę albo siekierę, albo jedno i drugie.
Spojrzałem na niego, licząc, że da mi prawdziwe zajęcie, ale tym razem się nie ugiął. Wiedziałem, że jeśli faktycznie jakieś drzewa spadły na drogę, należało się ich pozbyć, wątpiłem jednak, że w normalnej sytuacji to ja musiałbym się tym zająć. To był po prostu kolejny sposób Connora, żebym wyładował emocje. Przytaknąłem więc i zapakowałem narzędzia do samochodu.
Wbrew moim obawom to nie okazało się tylko wymyśloną przez Connora wymówką, faktycznie znalazłem dwa powalone drzewa blokujące drogę. Chociaż rzadko ktokolwiek z niej korzystał, bo biegła przy granicy ziemi Jonesów, przy łąkach, na wszelki wypadek powinna być przejezdna. Zabrałem się do pracy, najpierw używając piły, by rozciąć duże konary. A później skorzystałem z podpowiedzi Connora i wziąłem siekierę. Rąbałem drzewo na mniejsze kawałki, dając upust kłębiącym się we mnie emocjom. Każde uderzenie równało się jednej z negatywnych, niedających mi spokoju myśli. Po jakimś czasie dołączył do mnie Jack, przywożąc mi wodę i lunch.
- Zrób sobie przerwę - polecił, gdy nie przestałem rąbać drzewa.
- Trzeba to skończyć - odpowiedziałem i otarłem ręką czoło.
- Zrób. Sobie. Przerwę - powtórzył, akcentując każde słowo.
Westchnąłem, ale odłożyłem siekierę i wziąłem od niego zimną wodę, która przyjemnie ukoiła moje zaschnięte gardło.
- Connor powiedział, że jesteś w kiepskim nastroju - zaczął, a ja już wiedziałem, że nie ucieknę przed rozmową.
- Connor niech pilnuje własnego nosa - burknąłem, licząc, że może ta zaczepka wystarczy, żeby Jack zaczął bronić syna, zamiast maglować mnie na temat mojego nastroju.
Ale on nie był głupi, spojrzał na mnie z politowaniem i kontynuował:
- Wychowałem trzech chłopców, wiem, kiedy ktoś chce mnie spławić lub odwrócić moją uwagę. A ty powinieneś z kimś pogadać.
- Po co? Wyładuję się, zmęczę i jutro wrócę do normy - odparłem, ponownie sięgając po wodę.
Nie czułem chęci na jedzenie, lecz ostatecznie skusiłem się także na przysłane przez Marcy kanapki.
- A co, jeśli nie? Co, jeśli jesteś tak blisko wybuchu, że tylko rozmowa ci pomoże?
- To wybuchnę, a później się pozbieram. Poważnie, Jack, nie musicie wokół mnie skakać. Umiem sobie radzić.
W końcu musiałem to robić, bo gdy babcia podupadła na zdrowiu, nie miał kto się mną przejmować.
- Nie musimy, ale chcemy - odrzekł. - Jesteś naszą rodziną, a my dbamy o siebie nawzajem.
Odchrząknąłem, bo wzruszył mnie tym stwierdzeniem. Przyjęli mnie do siebie, kiedy tego potrzebowałem, ale nigdy w żaden sposób nie nazywaliśmy naszej relacji. Usłyszenie z ust Jacka, że jestem jego rodziną, znaczyło dla mnie więcej, niż potrafiłbym wyrazić werbalnie.
- Nie patrz na mnie taki zdziwiony - zaśmiał się. - Od dawna łączy cię braterska więź z Connorem, więc to nic zaskakującego, że jesteś dla nas ważny.
- Dzięki, Jack.
- Dlatego nie pozwolę ci kisić tych emocji, tych myśli. Musisz to z siebie wyrzucić.
Zastanawiałem się, jak ubrać to w słowa. Nigdy nie byłem w tym najlepszy, raczej chowałem się za żartami i sarkazmem; rzadko zresztą zdarzała się okazja do mówienia o emocjach. W wojsku kalkulowaliśmy wszystko na chłodno, więc nie było miejsca na uczucia.
- Chyba się zgubiłem. Wizyta u babci... Nie mam już nikogo - powiedziałem i skrzywiłem się, bo zabrzmiało to źle po tym, co od niego usłyszałem. - Wiem, że mam was i mogę na was liczyć, ale poza babcią nie mam żadnych krewnych, nikogo z kim łączyłyby mnie więzy krwi. Poza tym odnoszę wrażenie, że utknąłem... Lubię Willow Creek, ale chyba nie tak wyobrażałem sobie swoje życie.
- Zastanawiałem się, kiedy to do ciebie dotrze - parsknął śmiechem. - Od razu zauważyłem, że praca na farmie nie jest dla ciebie. Dobrze sobie radzisz, ale to nie jest to, czym powinieneś się zajmować.
Spojrzałem na niego zdziwiony, bo Jack znał mnie naprawdę krótko, a zauważył coś, co sam dopiero zacząłem sobie uświadamiać.
- Oczywiście zawsze będą czekać tu na ciebie praca, kąt w naszym domu, miejsce w naszej rodzinie, lecz sądzę, że chcesz robić więcej, osiągnąć więcej. A tutaj - pokazał dłońmi dookoła - niewiele więcej możesz osiągnąć.
- Nie chcę wyjeżdżać z miasteczka - odparłem szybko. - Lubię tu mieszkać, mam was i Erica, Bobby mnie uwielbia - zaśmiałem się. - Nigdy wcześniej nie otaczało mnie tylu ludzi, poza wojskiem, ale tam to co innego.
- A kto mówi, że musisz wyjeżdżać? - zapytał zdumiony.
- Chyba na niczym innym poza wojskiem i farmą się nie znam.
Tak wyglądała smutna prawda, bo nie interesowało mnie dotychczas nic poza służbą. To był mój cel, mój punkt końcowy: służba dla tego kraju.
- Jesteś kimś więcej niż tylko wojskowym, i pokazujesz to każdego dnia w miasteczku. Musisz jedynie sprawdzić inne możliwości. A wtedy możesz osiągnąć wszystko.
Jack brzmiał, jakby miał coś konkretnego na myśli, więc go o to zapytałem.
- Myślałeś o wstąpieniu do policji? Mój przyjaciel jest szeryfem i przyjechał w odwiedziny. Jeśli chcesz, umówię cię z nim na spotkanie.
Jego propozycja tak mnie zszokowała, że nie wiedziałem, co powiedzieć. Otwierałem i zamykałem usta, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa.
- To wyłącznie propozycja - dodał szybko Jack. - Przyszło mi po prostu do głowy, że dobrze, byś wiedział, że istnieje taka opcja, że nie musisz zajmować się czymś, co nie sprawia ci radości.
- Dzięki, Jack, naprawdę ci dziękuję - powiedziałem po chwili.
- Czy to oznacza: "Tak, Jack, umów mnie na rozmowę z tym kumplem"?
Zaśmiałem się, czując, że z serca spada mi odrobina ciężaru.
- Tak, Jack, umów mnie na rozmowę z tym kumplem - powtórzyłem. - Proszę - dodałem.
- Żaden problem, dam ci znać, kiedy będzie mógł się z tobą spotkać. A teraz weźmy się razem za to drzewo, bo zrobiłeś tu jeszcze większy bałagan, niż był wcześniej. Wystarczyło przeciągnąć te drzewa na łąkę.
Zaśmiałem się, rozglądając się po bałaganie, o którym mówił Jack. No cóż, miałem sporo złości i frustracji do wyładowania.
- Connor kazał mi się tym zająć, w dodatku kazał wziąć piłę - broniłem się. - Nic nie mówił o przesunięciu drzew na bok.
Jack zaśmiał się cicho, burcząc pod nosem coś pod adresem swojego upartego syna. Choć Connor był jego pasierbem, Jack traktował go jak własne dziecko i właśnie tak o nim mówił.
Wspólnie z Jackiem, korzystając z jego samochodu, ściągnęliśmy jedno drzewo na łąkę, a później porąbaliśmy to rozwalone i załadowaliśmy je na paki naszych aut, by przewieźć je na farmę.
- Jeszcze raz dziękuję, Jack - powiedziałem, gdy skończyliśmy zrzucać drzewo przy stodole.
- Nie ma za co.
W tej chwili podszedł do nas Connor, szczerząc się na nasz widok.
- Mówiłem, że potrzebował tylko trochę wysiłku - powiedział do Jacka.
- Tak, dupku, dokładnie. I moja zmiana nastroju w ogóle nie wiąże się z rozmową z Jackiem i jego wsparciem - odparłem i żartobliwie uderzyłem go w ramię.
Connor spojrzał zaskoczony na ojca, lecz ten tylko wzruszył ramionami, zerknął więc na mnie, a ja postanowiłem, że niczego mu nie wyjaśnię. Niech trochę pogłówkuje, o co mogło chodzić. Widziałem, że chciał dopytać, ale wówczas zadzwoniła Marcy, która potrzebowała jego pomocy. Jack poszedł do koni, a ja postanowiłem wrócić do domu, by odpocząć i na spokojnie przemyśleć rozmowę z ojcem Connora.