Rozdział 1
Nie podoba mi się ten związek!
Esemes o takiej treści przyszedł rano, kiedy Justyna zbierała się do
pracy. I od razu spowodował, że zmiękły jej kolana. Igor wyraźnie nie
bawił się w zbędne wstępy ani wyjaśnienia. O co mu chodziło? Jaki znowu
związek? Pewnie dla Igora musiało to być oczywiste. Powinna wiedzieć.
Justyna, czterdziestotrzyletnia samotna kobieta, która od lat nie była
na randce.
I nie miała takich planów.
Słyszała każdego dnia, jak wiele osób narzeka, że im jest ciężko z tym
czy z owym. Może wyobrażali sobie nawet, że mają szczególnego pecha,
mierzą się z wielkimi wyzwaniami. Buty by im spadły z nóg, gdyby poznali
jej los. Ale nie mogła nic powiedzieć.
Kiwała więc tylko głową, uśmiechała się i milczała.
Cieszyła się opinią doskonałego rozmówcy. "Pani Zalewska, jakże się z panią wspaniale rozmawia!" - słyszała często. Cóż, w przeciwieństwie do
większości osób po prostu nie mówiła o sobie. Nie mogła. Bała się nawet
rozpocząć jakiekolwiek zdanie, żeby niewłaściwe słowo nie wymsknęło się.
Coś jednak się wydarzyło i zaniepokoiło Igora.
Justyna weszła do łazienki.
Zbierała się do wyjścia według codziennej nieskomplikowanej rutyny.
Prysznic, czesanie prostych włosów, dyskretny makijaż tanimi kosmetykami
z dyskontu, które zresztą całkiem nieźle sobie radziły. Taka prawda.
Choć i tak nie miało to znaczenia. Nie chciała się podobać, zwracać na
siebie uwagi. Wolała być w tle. Niewidoczna. Wydawało jej się, że
zdążyła się do tego przyzwyczaić
I nagle poczuła to niezwykłe ciepło, nieznane od lat, jak płynie razem
ze wspomnieniem tamtych odległych czasów. Czegoś najpiękniejszego, co
może spotkać człowieka. Prawdziwej bliskości, czułości, miłości.
Niech sobie wszyscy opowiadają, że można bez tego żyć. Oczywiście, że
tak. Była tego najlepszym przykładem. Wiedziała jednak doskonale, z czego świadomie zrezygnowała. I choć długo znosiła to z rezygnacją pełną
świadomości, że tak trzeba, nie ma innego wyjścia, to dziś przypomniało
jej się, jak to jest, kiedy dotyk czyjejś dłoni może zmienić nawet
najbardziej szary poranek w rozbłysk światła. Ale musi być to dotyk
właściwej dłoni.
Te myśli nie pojawiły się przypadkiem.
To się stało wczoraj na szkolnym korytarzu. Justyna spieszyła się jak co
dzień. Przeciskała przez gęstą ciżbę uczniów i nie zauważyła momentu,
kiedy spod ciepłej kurtki wyślizgnął jej się szalik. Sporo osób mogło to
zauważyć. Ale tylko jeden mężczyzna schylił się po niego. W dokładnie
tym samym momencie, w którym zrobiła to Justyna. Gnana potrzebą
ochronienia jednej z nielicznych pięknych rzeczy, jakie posiadała.
Kaszmirowy szal kupiony okazyjnie na pchlim targu traktowała jak
prawdziwego przyjaciela. Był ciepły i miły, świetnie się nadawał jako
substytut tego, na co w rzeczywistym życiu nie miała szans.
Zareagowała odruchowo. Schyliła się i mocno walnęła głową w czyjąś
czaszkę. Nic dziwnego, że zrobiło jej się gorąco. Ale wiele więcej się
nie wydarzyło. Czy Igor mógł się o tym dowiedzieć? Z jednej strony tak,
widziało tę scenę mnóstwo osób. Ale z drugiej, nikt nie zwrócił na nią
uwagi. Daniel podał jej szalik, dotknął dłoni, uśmiechnął się i tyle.
Cała akcja trwała może minutę.
Nikt nie miał prawa się domyślić, jak ważna to była chwila. Musiałby
chyba czytać w myślach, a tego Igor zdecydowanie nie potrafił. Dawno
padłby na zawał i zerwał układ, który wiele lat temu zawarli, gdyby się
zorientował, co ona na ten temat naprawdę sądzi.
Ale coś było na rzeczy.
Jeszcze raz spojrzała na esemesa.
Nie podoba mi się ten związek! - napisał.
Zrobiło jej się zimno. Nie ogrzałby jej teraz żaden kaszmir, nawet
najlepszy. Musiała jakoś się ratować.
Inaczej wyobrażała sobie ten dzień. Obudziła się dzisiaj w lepszym
nastroju niż zwykle. Nawet makijaż zrobiła sobie wyjątkowo ładny i jak
na jej standardy nieco mocniejszy. Wiedziała, że znowu pójdzie tym
korytarzem, a Daniel będzie tam stał. Jak każdego poranka od wielu lat.
Dla niego ta krótka chwila wczoraj też była ważna.
Chciała go znowu zobaczyć. Nie miała zamiaru niczego robić ani mówić.
Tylko zerknąć w jego stronę. Jak co dzień od dłuższego już czasu. Taka
mała tajemnica, zauważalna tylko dla niej.
Niemożliwe, żeby ktoś doniósł o tym Igorowi. O czym zresztą?! Że upadł
jej szalik? Chodzi po korytarzach szkoły, w której pracuje? Nic w tym
niepokojącego nie ma!
Pochyliła się w łazience nad umywalką, a potem spojrzała w lustro i zobaczyła kobietę o niezwykłej sile. Niezłomną. Co do tej cechy nie
miała wątpliwości. Wczoraj jednak przekonała się również, że wciąż ma
też w sobie tamto ciepło i miękkość sprzed lat, które pozwoliły jej
kiedyś kochać do utraty tchu.
Westchnęła tylko. Stare dzieje.
Wzięła do ręki perfumy, takie za dwadzieścia złotych, świetnie zresztą
pachniały. Skropiła się obficie. Wyszła z łazienki do przedpokoju.
Sięgnęła po służbową torbę, miała ona piętnaście lat, ale dobrze
służyła. Dziewczyny z klasy maturalnej mówiły nawet, że to vintage,
podobno teraz modne. Cóż, wszystko ma swoje złe i dobre strony, nawet
stara teczka. Włożyła buty, kurtkę. No i ten szalik...
Nie mogła się opanować. Przyłożyła go do twarzy i poczuła ciepło. Nic
dziwnego, kaszmir tak działa - pomyślała, tłumacząc to sobie rozsądnie,
ale oczywiste, że chodziło o coś więcej.
Poprawiła kołnierz i starannie zamknęła za sobą drzwi pustej i cichej
kawalerki, którą kiedyś pomógł kupić jej Igor, za co dotąd czuła się
wobec niego zobowiązana. I na dodatek za resztę wciąż spłacała kredyt.
"Nie podoba mi się ten związek!", napisał. Bo ktoś podniósł szalik z ziemi? Spojrzał jej w oczy na kilka sekund? To naprawdę szalone albo
zbyt optymistyczne nazywać coś takiego związkiem. A tymczasem już
pojawiły się pretensje.
Pobiegła na przystanek. Rozkład autobusów miejskich znała na pamięć. Nie
stać jej było na samochód i ta kwestia miała się nie zmienić nigdy. Zbyt
wielki zaciągnęła kiedyś dług.
***
Kiedy dochodziła do bramki szkolnego ogrodzenia, po drugiej stronie
ulicy zobaczyła Olę Juszczyk. Uczennicę klasy czwartej b, mat-fiz.
Czasem o niej myślała. W jakimś sensie były do siebie podobne. Ola też
wyglądała jak szara myszka, czym trochę wyróżniała się na tle swoich
barwnych koleżanek. Prawie nie robiła makijażu. Proste włosy czesała w zwykły kucyk i od trzech lat miała te same czapkę i kurtkę. W domu się
nie przelewało - o tym wszyscy wiedzieli. Wychowywała ją babcia i to
pewnie było trudne.
Znajomość prywatnego życia uczniów stanowiła tutaj normę. Zespół szkół,
w którym Justyna pracowała, składał się z przedszkola, szkoły
podstawowej i liceum. Większość dzieciaków przechodziła przez wszystkie
etapy, spędzając tutaj szmat swojego życia.
Justyna lubiła Olę, tym bardziej że dziewczyna świetnie się uczyła, a szczególnie dobra była z matematyki. Ale dziś na jej widok poczuła
irracjonalny niepokój. Dlaczego? Nic się przecież nie zmieniło. Ola jak
co dzień pewnie nosiła starą czapkę, jakby była co najmniej od
Armaniego. Szła, emanując spokojem, którego nie da się podrobić. Z tego,
co Justyna wiedziała, Ola nigdy jeszcze nie miała chłopaka, z nikim się
nie spotykała. Była dość tajemnicza, co wielu pociągało. Ale ona nie
przyjmowała żadnych propozycji.
Justyna się domyślała, że opieka nad babcią i nauka nie zostawiają jej
wiele czasu. Ale dla większości nastolatków takie realia to kosmos.
Nawet nie przyjdzie im na myśl tego rodzaju wyjaśnienie. Niektórzy się z niej śmiali. Ale ona nigdy nie wdawała się w dyskusje. Robiła swoje.
Zatrzymała się przy grupce koleżanek, a Justyna ruszyła dalej. Przestała
myśleć o uczennicy. Skupiła się na wczorajszym wspomnieniu. Nie mogła
powstrzymać tego uczucia, że się cieszy, że za chwilę wejdzie do środka.
Stanie na tym samym korytarzu i znowu go zobaczy.
Co za bzdury! - próbowała sobie wytłumaczyć. A potem zatrzymała się tuż
przed wejściem. Wpatrywała się w jakiś plakat wiszący na dużych
szklanych drzwiach. Mogło to z boku wyglądać, jakby z zainteresowaniem
śledziła jego treść. Ale ona nawet nie widziała liter. Potrzebowała po
prostu chwili. Przymknęła oczy. Próbowała sobie wyobrazić, jak to jest
być zwyczajnym człowiekiem, który ma normalne życie, prawo do
decydowania o sobie, podążania za swoimi uczuciami. Jak by to w ogóle
było? Pozwolić sobie się zakochać?
"Nie podoba mi się ten związek" - przypomniała sobie treść esemesa. I od
razu wróciła na ziemię, do twardej rzeczywistości.
Musiała wytrzymać jeszcze trochę. Do maja. Naprawdę niedużo. W porównaniu z tym, jaki szmat czasu był już za nią, ten niewielki
odcinek, który został, wydawał się niezwykle mały. A jednak gdy patrzyła
na to z innej strony, rozpościerał się przed nią jak przestrzeń nie do
przebycia. Dlaczego opadała z sił akurat teraz? Przecież bywało ciężej.
Tego nie rozumiała.
Wzięła kilka głębokich wdechów, wyprostowała się i weszła do środka.
Czas uciekał. Za chwilę zacznie się lekcja. A spóźnień w wykonaniu
nauczycielek matematyki ludzie nie tolerują.
Kiedy tylko wchodziła do środka, pierwsza jej czynność zawsze była taka
sama: szukała wzrokiem Antosia. Nie mogła się odzwyczaić, by przestać
tak o nim myśleć, choć wyrósł. Miał metr osiemdziesiąt i całkiem
postawną sylwetkę. Blade od urodzenia policzki i jasne włosy. Stał teraz
przed szafką i rozmawiał z kolegami. Sprawiało to normalne wrażenie, ale
mimo wszystko niepokój ścisnął jej serce. A potem zauważyła, że Antoś
skierował się w stronę Oli.
Dziwne. Nie wiedziała, że się przyjaźnią. Dziewczyny często kręciły się
wokół niego, bo sprawiał wrażenie miłego chłopaka i sporo odziedziczył
po przystojnym ojcu. Ale Antek skupiał się na innych sprawach.
Justyna zauważyła, że szybko pokonał odległość dzielącą go od dziewczyny
i coś podał jej. Przestraszyła się. To by było naprawdę dziwne. Młodzi
ludzie dzisiaj nie wymieniają się liścikami, raczej piszą do siebie na
komunikatorach w internecie. Co takiego można ukradkiem wręczyć
dziewczynie? W pierwszym momencie przyszło jej na myśl, że narkotyki, no
bo przecież nie list miłosny.
Coś jednak między nimi było, bo w odpowiedzi na jego gest Ola mocno
ścisnęła dłoń, a potem szybko schowała rękę do kieszeni i odeszła,
starając się udawać, że nic między nimi nie zaszło. I to właśnie było
niepokojące, bo przecież mogli rozmawiać jawnie.
Antek nie miał żadnej oficjalnej dziewczyny, nie musiał się ukrywać. Ola
też nie. Jeśli chcieli o czymś pogadać, na coś się umówić, mogli stanąć
na środku korytarza i po prostu wymienić się informacjami albo właśnie
do siebie napisać. Skąd taka dziwna konspiracja?
Justyna otarła pot z czoła. W szkole było gorąco, korytarz ciasny i mnóstwo ludzi przechodziło tam i z powrotem. Odwróciła się i nagle
skojarzyła fakty. Antek stał cały czas w tym samym miejscu. Patrzył za
odchodzącą Olą. Pewnie myślał, że jest dyskretny, ale jego wzrok był
dość charakterystyczny, zwłaszcza dla uważnego obserwatora. Kogoś, kto
znał go doskonale.
Miał na twarzy wyraźnie wypisane: "Kocham cię, dziewczyno". Choć z pewnością nie każdy byłby w stanie to odczytać.
Justyna ściągnęła szalik i rozpięła kurtkę. Pot lał się jej po plecach.
A więc to tak! Igorowi wcale nie chodziło o to głupie zdarzenie wczoraj
na korytarzu, ale o Antka. O jego związek.
Nogi pod nią się ugięły.
Na litość boską, nie teraz!
Żadna szkolna laseczka by jej nie wystraszyła, żadna wymalowana
instagramowa laleczka z wielkimi paznokciami, doczepianymi rzęsami i włosami pielęgnowanymi za połowę jej pensji. Ale taka dziewczyna!
Justyna była samotna i trochę wyśmiewana w szkole z powodu swojego
życia. Nawet nie nazywano jej singielką, tylko bardzo po staroświecku
starą panną lub bardziej elegancko samotną kobietą. Cóż, małe miasteczka
mają swoje prawa. Wszyscy wiedzieli, że mieszka sama w kawalerce, z nikim się nie spotyka i z jakichś dziwnych powodów nie ma pieniędzy,
choć przecież po tylu latach pracy jej pensja wcale nie jest taka mała.
Skąd mogli wiedzieć, jak rzeczywiście jest? Nigdy nie dała żadnego
powodu, by powstała jakakolwiek poszlaka prowadząca do prawdy. Ale
mylili się. Wiedziała, co to miłość. Zdziwiliby się, gdyby usłyszeli jej
historię. Znała się na uczuciach.
Ale teraz miała ochotę palnąć się w głowę.
Jak mogła myśleć, że Igor koncentruje się na niej? Oczywiście, że myślał
przede wszystkim o Antku. I słusznie był na nią zły.
Jak to możliwe, że w życiu tego chłopaka wydarzyło się coś tak ważnego,
a ona tego nie zauważyła? Przecież nie spuszczała z niego wzroku.
Zdenerwowała się tak bardzo, jak już jej się dawno nie zdarzyło.
Przecież to mogło wszystko zmienić. Nie teraz. Nie przed majem. Za dużo
tego jak na jeden poranek.
Ruszyła bez zastanowienia. Niebezpieczeństwo było całkiem realne. A co,
jeśli te dzieciaki dały się w coś wkręcić? Tyle się o tym ostatnio
słyszało. Nawet w ich małym miasteczku. Jakieś tabletki, po których
wiedza rzekomo sama wchodzi do głowy? Czy to mogło się dla nich stać
kuszące? Kto wie? Zarówno Ola, jak i Antek świetnie się uczyli. Ale
kosztowało to sporo wysiłku.
A jeśli wpadli na pomysł, by sobie ułatwić życie tuż przed maturą.
Zmęczenie wszystkim dawało się we znaki.
Boże! Na myśl o jakichś niebezpiecznych substancjach w organizmie tego
chłopaka aż skręcił jej się żołądek.
Podbiegła do Oli, już się nad niczym więcej nie zastanawiając, a potem
szarpnęła ją za ramię. Stanowczo za mocno. Kątem oka zauważyła, że Antek
też do nich szybko podszedł wyraźnie zaniepokojony.
Uczniowie zamarli. Polska szkoła w ciągu tych lat, kiedy Justyna tu
pracowała, zmieniła się i choć oczywiście wiele powinno się poprawić, to
coś takiego nie miało miejsca już od dawna. Nikt nie naruszał
nietykalności fizycznej uczniów.
- Daj mi to! - zawołała ostro Justyna. - Co ci Antek podał po kryjomu?
Mów! Widziałam to przed chwilą!
Antek natychmiast stanął naprzeciwko niej. Po raz pierwszy od bardzo
dawna stracił bladość policzków, do której wszyscy już zdążyli się na
dobre przyzwyczaić. Zaróżowił się wreszcie, ale Justyna nie miała
powodów do radości. Patrzył na Olę, jakby dawał jej wzrokiem znak, żeby
w żadnym wypadku nie słuchała tego polecenia.
Justyna z przerażeniem utwierdziła się w swoich podejrzeniach. Robili
coś złego.
Chłopak wciąż hipnotyzował Olę wzrokiem, ale ona posłuchała
nauczycielki. Justyna oddychała pospiesznie, wpatrując się w jej dłoń
wędrującą w stronę kieszeni. Zobaczyła białą niewielką karteczkę złożoną
na pół. Czy coś tam w środku było? Jakieś tabletki? Proszek?
A może to tylko list z informacjami?
Justyna już się cieszyła, było jej wszystko jedno, byle tylko zobaczyć,
co tam jest napisane, gdy nagle ta dziewucha błyskawicznym ruchem
włożyła sobie karteczkę do ust, a potem zaczęła ją żuć.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknęła Justyna. - Oddawaj to natychmiast!
Oczywiście nie była gotowa wpakować uczennicy palca do buzi i wyciągnąć
mokrego karteluszka. Poza tym zbliżała się do nich nauczycielka
dyżurująca na korytarzu, a wokół gromadził się coraz większy tłum
gapiów. Zrobiło się jeszcze bardziej gorąco. Justyna miała wrażenie, że
cała jest mokra.
I w tym momencie zadzwonił dzwonek. Ola przełknęła kartkę. Uczniowie
wpatrywali się w nią wyraźnie zszokowani tym, co się stało.
Justyna czuła, że kręci jej się w głowie.
- Idźcie już do klasy - powiedziała słabo, a potem odwróciła się, mając
nadzieję, że rozejdą się na lekcje i zapomną o wszystkim. Nie było to
jednak zbyt prawdopodobne.
Rozdział 2
Witek Zborowski - jej dobry kolega z pracy,
a oficjalnie dyrektor szkoły, poprosił ją do swojego gabinetu już na
przerwie po pierwszej lekcji. O ósmej czterdzieści pięć. Nawet nie
zdążyła wejść do pokoju nauczycielskiego, bo sekretarka Kasia, a prywatnie jej dobra znajoma, przekazała dość oficjalnym tonem, że to
wyjątkowo pilna sprawa. Widać było, że niezręcznie się z tym czuje.
Znały się piętnaście lat, przeżyły ze sobą mnóstwo służbowych wigilii,
wyjazdów, ale też zwyczajnych prywatnych rozmów, choćby tylko w szkole.
Kasia myślała, że kiedyś zostaną bliskimi przyjaciółkami. Justyna też
bardzo tego pragnęła, ale trzymała dystans. Wiedziała, że kiedyś
nieuchronnie przyjdzie taki moment, gdy wszystko się wyda i wtedy straci
każdego bliskiego człowieka. Ta osoba nie wybaczy, że o niczym nie
wiedziała.
Justyna mogłaby wypełnić na temat sekretarki dyrektora bardzo
szczegółową ankietę personalną, na tyle tematów słuchała jej zwierzeń.
Nie odwdzięczała się jednak tym samym. A o niej było wiadomo, ile ma
lat, kim jest z zawodu, jakie stopnie osiągają jej uczniowie na
końcowych egzaminach, jak się ubiera i tym podobne drobiazgi. Nigdy nie
zaprosiła Kasi do swojego mieszkania. Na miasto razem nie wychodziły, bo
Justyna nie miała na to pieniędzy. Ale i tak zbudowały namiastkę
bliskiej więzi.
Jednak teraz Kasia szła z nią nie jak przyjaciółka ani dobra znajoma,
lecz nieco zestresowana pracownica szkoły.
- Wejdź - powiedziała uprzejmym tonem, zapraszając ją do sekretariatu.
Otworzyła drzwi gabinetu szefa jak przed oficjalnym gościem i przepuściła ją.
Witek musiał być strasznie zły, skoro tak to na nią wpłynęło. Żadnych
żartów po drodze, rozmowy. Było to do Kasi zupełnie niepodobne.
Dyrektor też przywitał ją chłodniej niż zwykle. Zasadniczo się lubili.
Znali jeszcze z czasów, kiedy Witek po prostu uczył tutaj biologii.
Rozmawiali tylko na służbowe tematy, ale często i chętnie. A odkąd trzy
lata temu zmarła mu żona, Justyna ciągle miała wrażenie, że wystarczy,
by powiedziała jedno słowo, a ta znajomość przerodzi się coś większego.
Pilnowała się, by mu nie wysłać żadnego sygnału, o relacji nie mogło być
mowy, ale lubiła Witka.
- Cześć - powiedział, kiedy weszła do środka. - Siadaj. - Był bardzo
zmartwiony. - Naprawdę nie wiem, jak mam zacząć tę rozmowę. - Stał po
drugiej stronie biurka i mocno opierał dłonie o jego blat. - Na skargę
przyszło kilka osób, w tym dwoje rodziców - przeszedł do rzeczy, bo
Justyna się nie odzywała. - Głównie ci, którzy akurat nieszczęśliwie
byli na korytarzu. Możesz mi to wyjaśnić? Co się stało? Nie poznaję cię.
Zadawał pytania, ale patrzył ciągle na swoje palce, nie na nią. I trochę
też nie dawał jej szansy na odpowiedź, bo w jego monologu nie pojawiały
się żadne pauzy. Ale ona wcale się do tego nie pchała. Jak mogłaby to
wytłumaczyć? To jedna z tych sytuacji, których bez uchylenia choćby
rąbka tajemnicy wyjaśnić się po prostu nie da.
- Przepraszam - powiedziała tylko. - Widziałam, że coś sobie
przekazywali. Wystraszyłam się, że może to jakaś niebezpieczna
substancja...
- U Oli Juszczyk? - Westchnął.
Tak, wiedziała sama, że to mało prawdopodobne. Ale przecież różne rzeczy
się zdarzają. Rozumiała jednak jego punkt widzenia. Gdyby nie miała do
tej sprawy tak osobistego stosunku, nawet nie zwróciłaby uwagi na scenę
na korytarzu, a już na pewno nie zaczęłaby szarpać uczennicy, żeby jej
coś odebrać.
- Słuchaj. - Witek wreszcie spojrzał jej w oczy. - Jeśli ktoś napisze
skargę, to konsekwencje mogą być poważne.
Justyna się wystraszyła.
- Właściwie to nawet nie wiem, czy to by nie było dla ciebie dobre. -
Obserwował ją uważnie, wiedziała, że próbuje zrozumieć. - Tyle razy
proponowali ci w Korczaku pracę - odezwał się. - Czemu się tam nie
przeniesiesz? Może masz dość tej szkoły po tylu latach? Masz prawo czuć
się wypalona - próbował znaleźć odpowiedni trop. Bezskutecznie.
Justyna wiedziała, że choćby szukał sto lat, nigdy na to nie wpadnie. To
prawda, że w prywatnym liceum imienia Korczaka, mieszczącym się dziesięć
kilometrów stąd, od dłuższego czasu gromadzono najlepszą kadrę z okolicy, a ona już trzy razy dostawała propozycję, żeby się tam
zatrudnić. Szkoła społeczna, nieograniczana żadnymi tabelami z ministerstwa, mogła sobie pozwalać na premię dla nauczycieli i dodatki
za wyniki w pracy. Koleżanki, które się tam przeniosły, opowiadały, że
atmosfera jest świetna i to zupełnie inne życie. Ale Justyna
konsekwentnie odmawiała.
- Proszę cię. - Podeszła do biurka i podobnie jak Witek pochyliła się
nad blatem, a przerażenie w jej oczach było całkowicie szczere. - Nie
pozwól mi stracić tej pracy. - Proszę cię - powtórzyła.
Miał do niej słabość i teraz świadomie to wykorzystywała. Nie czuła
nawet wyrzutów sumienia, tylko strach. Musiała tu przepracować
przynajmniej do końca roku. Odejście w tym momencie byłoby najgorszą
katastrofą, jaką mogła sobie w ogóle wyobrazić. Nie zauważyła, kiedy po
policzku zaczęła jej płynąć łza. Coś się z nią zdecydowanie dzisiaj
złego działo. Organizm był już po tych wszystkich latach wyraźnie na
skraju wyczerpania. Ale dlaczego? Nie mógł poczekać jeszcze trochę? To
już była naprawdę końcówka.
- Nie no, błagam cię, Justyna, nie płacz przy mnie.
Witek momentalnie zmiękł. Pogładził siwe włosy, podrapał się po brodzie,
a potem obszedł biurko i stanął obok niej. Miała wrażenie, że chce ją
objąć jak przyjaciel, ale cofnął się. Jednak znajdowali się w szkolnym
gabinecie dyrektora, łączyły ich relacje służbowe i chyba nie chciał,
żeby Justyna miała jeszcze więcej kłopotów.
- Obiecuję, że jakoś ukręcę temu łeb - powiedział ciepłym głosem, a ona
szybko otarła łzy. - To się przecież zdarzyło pierwszy raz. Masz
nieskazitelną opinię. Ale gdybyś mi to wyjaśniła, może byłoby mi
łatwiej? - Spojrzał na nią z nadzieją, że coś powie.
Doskonale wiedział, że coś przed nim ukrywa, i to od lat, ale nigdy nie
umiał sobie wyjaśnić, co by to mogło być. Jej życie było tak poukładane
i przejrzyste, jak mało której osoby w tej szkole, a jednocześnie tak
tajemnicze, że nic nie mógł pojąć.
Czekał i wiedziała, że od tego zależy jej los. Chciała coś powiedzieć.
Nie mogła jednak wymyślić żadnej sensownej historii, kłamstwa, dobrej
wymówki, żeby to usprawiedliwić, uczynić realnym, dać ludziom pożywkę,
której potrzebowali.
- Po prostu... - zaczęła, zawieszając głos, a on wpatrywał się w jej usta.
- Może jednak... Potknęłam się przypadkiem, akurat koło niej, złapałam Olę
za rękę, żeby nie upaść.
Słabe to było. On też zdawał sobie z tego sprawę, ale przyjął to. Lepsze
niż nic.
- Dobrze. - Westchnął zrezygnowany. - Tak powiem. Justyna? - Spojrzał na
nią. - Przecież ja wiem, że ty masz jakieś zmartwienie. Wiem do od
dawna. - Słyszała w jego głosie ciepło, serdeczność i troskę, za którymi
tęskniła tak długo. Ale nie mogła się złamać. Nie teraz!
Przestraszyła się jeszcze bardziej. Trudno określić, co było bardziej
przerażające: wizja, że straci pracę, czy ta, że Witek odgadnie jej
tajemnicę. Fala trzymanych na uwięzi słów pod wpływem emocji nagle
wydostanie się na zewnątrz, by ruszyć z siłą, której nic nie jest w stanie powstrzymać.
- Nie - powiedziała cicho, ale stanowczo, a broda znowu jej zadrżała.
Kurczę, nie płakała przy obcym człowieku już chyba ze dwadzieścia lat, a teraz czuła, że za chwilę rozryczy się jak dziecko. Jak niedojrzała
osoba, która kompletnie nie panuje nad swoimi emocjami. A przecież taka
nie była ani trochę. - Witek... - Spojrzała na niego. - Proszę cię, nie.
Zostawmy ten temat. Miałam słaby dzień.
- Jak chcesz. - Zrobił krok do tyłu, ramiona mu opadły w geście
rezygnacji. - Ale uwierz mi, byłoby ci lżej, gdybyś się komuś zwierzyła.
Ludzie często udzielają innym takich porad. Mówią im, co mają robić.
Wydaje im się, że wiedzą, a do każdej sytuacji będą pasować te same
słowa. Jednak czasem bardzo się mylą.
Najgorsze, co mogłoby się stać, to gdybym się komuś zwierzyła -
pomyślała Justyna. - Najgorsze.
- Pójdę już. - Ledwo dała radę się od niego odwrócić, bo cokolwiek by
nie mówić, to przecież chciała tego, co zaproponował. Wreszcie z kimś
pogadać, zrzucić z siebie ten ciężar, usłyszeć: "Jesteś bardzo dzielna.
To niesamowite" lub jakiekolwiek inne słowa, którymi ludzie podnoszą się
na duchu. Albo chociaż tylko podziwiają nawzajem swoje zmartwienia,
przyznając, że serio mają wielki rozmiar. To czasem też pomaga. A jej
troska naprawdę była ogromna. - Pójdę już - powtórzyła. A potem wreszcie
zrobiła pierwszy krok.
Patrzył za nią. Miała wrażenie, że chce podejść do niej, ale tego nie
zrobił.
- Dobrze. - Kiwnął tylko głową. - Pamiętaj jednak, że tu jestem.
Nie miała siły nawet mu odpowiedzieć. Dobry, serdeczny człowiek. W innym
życiu mogłaby go pewnie bardzo lubić.
Przeszła przez sekretariat bez słowa. Kasia na szczęście stała do niej
tyłem, szukała czegoś na regałach z segregatorami. Ale w normalnej
sytuacji Justyna zatrzymałaby się, żeby opowiedzieć, jak poszło. A Kasia
też z pewnością by się od razu odwróciła i zapytała. Teraz nie
zatrzymała Justyny, która szybko przemknęła przez małe pomieszczenie i stanęła na korytarzu.
Schowała się między dwiema szafkami. Oddychała.
- Spokojnie! - szeptała do siebie. - Spokojnie. Dasz radę.
Potem ruszyła przed siebie. Zaczynała się druga lekcja. Mimowolnie
zwolniła kroku w tym miejscu, gdzie wczoraj upadł jej szalik, ale teraz
ta chwila wydawała jej się tak bardzo odległa. Wrażenie przeżywania
czegoś niezwykłego odeszło, a pozostały tylko bieżące zmartwienia.
I wtedy go zobaczyła. Daniel, tata Maćka, ucznia klasy siódmej, nie
pojechał jeszcze do domu. Siedział na ławce przed salą historyczną.
Czekał, czy syn zostanie na dobre. I nudził się. Wprawdzie miał ze sobą
laptopa, ale sprzęt leżał obok niego na ławce.
Patrzył na nią. Dzieliła ich spora odległość, ale Justyna miała
wrażenie, że patrzy na nią człowiek, który wszystko wie.
Jednocześnie przyciskała do boku torebkę i czuła, jak wibruje telefon.
Dostała wiadomość. Aż bała się odczytać.
Zakończ to. Pamiętaj, mieliśmy umowę.
Odpisała drżącymi rękami:
Wszystko jest w porządku.
Naprawdę? A gdzie jest teraz Antek?
Justyna przypomniała sobie szybko plan lekcji.
W sali przyrodniczej, oczywiście - odparła. - A gdzie mógłby być?
Mają biologię.
Ledwo to wysłała, poczuła przenikający ją zimny dreszcz złego
przeczucia. Podeszła do odpowiedniej klasy, zapukała i włożyła głowę do
środka. Chciała coś powiedzieć, jakieś ogłoszenie przekazać, żeby
usprawiedliwić swój czyn, ale ledwo tylko zobaczyła drugą ławkę pod
oknem, straciła cały koncept. Zrobiło jej się na odmianę gorąco z przerażenia. Antka bowiem nie było w klasie.
- Przepraszam - wyjąkała tylko i szybko się wycofała.
Zdecydowanie dzisiaj jej nie szło. Znowu będzie gadanie, że pani
Zalewska zwariowała, samotność rzuciła jej się na mózg, robi jakieś
dziwne rzeczy. A tyle czasu dbała o swój nieskazitelny wizerunek.
Ale przestraszyła się.
Antek nigdy nie uciekał z lekcji, przenigdy. Obserwowała go od
przedszkola, gdy jako trzylatek zaczął edukację w grupie "Rybki",
prowadzonej zresztą przez jej dobrą znajomą. Miała dostęp do
dokumentacji szkolnej i jego ocen. Poza tym zawsze przerwy spędzała na
korytarzu, dopóki on nie zakończył lekcji. Spacerując od jednego końca
do drugiego, patrzyła, jak je kanapki, rozmawia z kolegami, kopie swój
plecak pod ławkę, bo nie chciało mu się schylić, stoi w kolejce do
sklepiku. Był tu zawsze.
Rozdział 3
Ola wpadła do mieszkania, a babcia Wiktoria
natychmiast wyszła z kuchni. Dziewczyna była do tego przyzwyczajona. Nie
łudziła się nawet przez chwilę, że cokolwiek mogłaby zrobić dyskretnie.
Monitoring babciny działał tak skutecznie, że nawet amerykańscy szpiedzy
mogliby się czegoś nauczyć.
A jednak Ola miała swoje tajemnice.
- Hej, kochanie. - Babcia uśmiechnęła się.
Siwe kręcone włosy układały się równo wokół jej głowy. Ola nie znała
żadnej dziewczyny, która miałaby tak zdyscyplinowane loki. A babcia nic
przecież z nimi nie robiła. Rano szybko przeczesywała starym grzebieniem
i tyle.
- Spieszę się, babciu - powiedziała. - Zapomniałam stroju, a dziś są
zawody.
- Naprawdę? - Babcia Wiktoria oparła się o framugę drzwi. Wyglądała jak
detektyw ze szwedzkiego kryminału. Patrzyła uważnie. Ola czuła, że zaraz
padnie jakieś pytanie. Celne.
Babcia doskonale znała jej plan lekcji. Rozkład treningów, terminy
zawodów. Wiedziała o każdym siniaku na nodze, kichnięciu, gorszym dniu.
Bez trudu mogła się domyślić, że dzieje się coś dziwnego. Tu nawet nie
trzeba było używać jej wysokich kompetencji. Dziewczyna szybko wrzucała
spodenki, koszulkę i buty do plecaka, aż w końcu zaniepokoiła ją
przedłużająca się cisza. Dawno już powinno się pojawić zdumienie babci,
że przecież wnuczka nic o tych zawodach nie wspominała, a wcześniej do
każdych starannie się przygotowywała i przeżywała każdy występ.
Mijały minuty. Ruchy dziewczyny zwalniały, choć naprawdę bardzo się
spieszyła. Spojrzała w stronę kobiety, która ją wychowała. I znała jak
nikt inny.
- Zakochaj się, Oleńko moja - odezwała się wreszcie babcia. - Jest
tysiąc powodów, by kochać.
Dziewczyna aż straciła na chwilę oddech. Tak ją zaskoczyły te słowa.
- Babciu, ja nie mogę...
- Nic nie mów. - Wiktoria nawet się nie poruszyła. - Ja przecież nie
pytam. Nigdy w życiu mnie nie okłamałaś i lepiej, żeby to się nie
zmieniło.
Ola przełknęła ślinę, zakaszlała.
- Jedź, dziecko, na te zawody. - Babcia znów się uśmiechnęła. - Tylko
się, proszę, zabezpieczcie, bo ciąża w liceum to nie jest najlepszy
pomysł na życie.
- Mam tabletki - odparła szybko Ola, tym samym w jednym zdaniu
zdradzając wszystkie sekrety, które ostatnio tak skrzętnie ukrywała.
Zaczerwieniła się aż po czubki uszu, a potem porwała plecak i wybiegła z pokoju. Ale zanim wyszła z mieszkania, ucałowała babcię w policzek, jak
zawsze. Cokolwiek by się działo w jej życiu, to jedno miało się nigdy
nie zmienić.
Kochała ją. Nawet jeśli babcia Wiktoria, mimo swojego optymistycznego
podejścia do miłości, nie zaakceptuje jej wyboru.
Rozdział 4
Pani Zalewska miała dzisiaj zdecydowanie
zły dzień. - Do tego wniosku społeczność szkolna doszła tak zgodnie, że
właściwie wypadałoby to odnotować w kronice.
Zasadniczo bowiem w żadnej kwestii nauczyciele, uczniowie i rodzice nie
mieli takiej jedności. Wiecznie się spierali. A tu werdykt padł bardzo
szybko i jednomyślnie.
A miało być jeszcze gorzej. Dzwonek dawno już wybrzmiał. Przez wiele lat
wyznaczał ramy jej czynności zawodowych, a ona nigdy go nie lekceważyła.
Uczniowie nieraz widzieli, jak przerywa zdanie w pół słowa i pędzi do
klasy. A teraz liczna grupa pierwszaków hałasowała pod salą
matematyczną, a pani Zalewska nie tylko ich nie uciszyła, lecz nawet w tamtą stronę nie spojrzała.
Zamiast tego pobiegła na drugi koniec korytarza, by zapukać do kolejnych
drzwi i z przestrachem w oczach zajrzeć do czwartej b, która akurat
miała historię.
- Dzień dobry. - Tylko tyle była w stanie powiedzieć, właściwie
powiedziało się samo. Wyćwiczonym przez lata odruchem.
Przeskanowała błyskawicznie klasę. Ławka Oli stała pusta. Justyna czuła,
że zaraz zacznie krzyczeć. Co tu się, u licha, działo i dlaczego ona
niczego wcześniej nie zauważyła. Musiała pilnie wziąć się w garść.
Wyprostowała się więc, ścisnęła w dłoni kluczyk do sali, potem podeszła
pod matematyczną i wpuściła pierwszą b, z którą miała właśnie dzisiaj
omawiać wektory. Do jasnej cholery, to miał być normalny dzień! Pełen
zastanawiania się, czy dzieciaki opanują wektory do tego stopnia, żeby
zdać za trzy lata maturę z dostatecznie dobrym wynikiem, wypełniony
rutynowym sprawdzaniem: "Co tam u Antka?" i tyle.
Tymczasem wszystko potoczyło się inaczej i szło niczym tornado, tworząc
wiry przynoszące coraz większe szkody. Kręciła się niespokojnie na
krześle, jakby siedzisko było gorące. Wiedziała, że powinna teraz
zostawić tę klasę i po prostu szukać Antka. A także tej dziewczyny.
Dokąd oni poszli? I dlaczego nikt nie robi afery?
Rozsądek podpowiadał jej, że powinna wytrzymać, przeprowadzić normalnie
zajęcia i na przerwie dowiedzieć się, co się wydarzyło, ale w tej
sytuacji rozsądek nie miał szans.
- Poczekajcie chwilę! - Już wiedziała, że kolejna klasa będzie rozmawiać
o tym, co dziś wstąpiło w panią Zalewską. Nie była jednak w stanie się
opanować.
Wyszła z sali, zostawiając otwarte drzwi, żeby mieć oko na uczniów,
przebiegła przez korytarz, pusty już na szczęście, po czym wpadła do
kantorka sprzątaczek.
- Pani Małgosiu! - zawołała w stronę woźnej. - Proszę na chwilę podejść
do dziesiątki. Potrzebuję dosłownie na cztery minuty.
- Dobrze! - Woźna kiwnęła głową, odstawiła szklankę z kawą i spokojnym
krokiem poszła w stronę wskazanej sali.
Prezentowała się w takim mocnym kontraście z rozwianą, niespokojną
matematyczką, że wydawała się zdecydowanie bardziej odpowiednim
opiekunem młodzieży niż wykształcony pedagog z długoletnim
doświadczeniem.
Justyna wpadła jeszcze raz do sekretariatu.
- Kasiu! - zawołała. - Dlaczego Antka Skalskiego nie ma dzisiaj na
lekcji?
Złamała swoją świętą zasadę. Opiekując się tym chłopcem dyskretnie przez
tyle lat, bardzo uważała, by nigdy go w żaden szczególny sposób nie
wyróżniać, nie rozmawiać o nim, nie stawać za blisko, nie interesować
się ocenami, nikomu nie zadawać pytań. Starannie sprawiać wrażenie, że
jest dla niej uczniem takim samym jak wszyscy inni. Słusznie robiła, bo
sekretarka zainteresowała się natychmiast. Zwłaszcza że ładunek
emocjonalny zawarty w tym pytaniu rzucał się mocno w oczy.
- Z tego, co wiem, pojechał na konkurs plastyczny - odparła sekretarka
powoli.
Ach! - pomyślała Justyna. - Jak to możliwe, że o tym nie wiem.
- Ale jak to?! - zawołała. - Był zgłoszony?
Próbowała sobie przypomnieć, jak Alek Żabiński, kolega uczący plastyki,
wczoraj rozmawiał na ten temat w pokoju nauczycielskim i wymieniał listę
uczestników. Nie interesowało ją to, ale gdyby się pojawiło nazwisko
Antka, toby przecież natychmiast zwróciła uwagę.
- Nie. - Kasia pokręciła głową. - Rzutem na taśmę się zgłosił w ostatniej chwili. Dzisiaj rano przyniósł swoją pracę. Żabiński mówi, że
jest świetna.
Alek był niespełnionym artystą, który po latach prób zaistnienia w środowisku artystycznym w szkole znalazł bezpieczną przystań.
Pogodziwszy się z faktem, że nigdy już nie zrobi kariery, marzył tylko o tym, że przynajmniej odkryje kogoś wielkiego wśród uczniów. A kiedyś
będzie wzruszonym głosem opowiadał, że to właśnie on jako pierwszy
dostrzegł jego talent. Jak do tej pory niestety w tym małym miasteczku
żadna wybitna osoba nie chciała się pojawić. Pan Żabiński jednak nie
ustawał w pielęgnowaniu swojej nadziei.
Justyna oddychała z trudem. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Miała
wiele tajemnic, ale jedna informacja była w tej szkole powszechnie
znana. Antek poważnie chorował. Czy wszyscy już o tym zapomnieli. Bo
ostatnio nic się nie działo i pozornie czuł się lepiej? Przestał
opuszczać lekcje? I tak należało uważać!
- Co się dzieje? - Kasia wpatrywała się w nią uważnie, jak wiele osób
dzisiaj.
- Nic, wszystko w porządku. - Justyna machnęła dłonią, sama próbując się
opędzić od natrętnych myśli. - Przepraszam, mam dzisiaj wyjątkowo ciężki
dzień.
- Tak, tyle wszyscy zauważyliśmy - przyznała Kasia - ale gdybyś
powiedziała, o co chodzi, może moglibyśmy ci pomóc. Co cię tak
przeraziło w tym, że Antek pojechał na konkurs? Pobladłaś, jakbyś
usłyszała coś strasznego.
- Ja... nic, nic. - Justyna zaczęła się wycofywać z sekretariatu. -
Przepraszam cię bardzo. Po prostu ma teraz biologię, a przecież wiesz,
że chce się dostać na medycynę.
Błąd. Drugi raz złamała swoją żelazną zasadę, by nigdy się nie
tłumaczyć. Każde tłumaczenie daje bowiem poszlaki prowadzące do
tajemnicy.
- A dlaczego ci tak zależy na jego medycynie? - zapytała sekretarka.
- Wiesz, że lubię, kiedy uczniowie osiągają swoje cele - odparła
wymijająco, doskonale zdając sobie sprawę, że nikt jej nie uwierzy.
Słaby dzisiaj miała czas, jeśli chodzi o wymyślanie wymówek, a zazwyczaj
była w tym całkiem niezła. - Dobra. Muszę iść. Dziękuję ci -
powiedziała. - Chyba mam migrenę - dodała i to był wreszcie jakiś
słuszniejszy trop.
- Nigdy przecież cię coś takiego nie dotykało. - Kasia pochyliła się w jej stronę.
- Widzisz, właśnie pierwszy raz się zdarzyło - odparła szybko Justyna. -
I dlatego kompletnie sobie nie radzę.
Sekretarka, która z migrenami zmagała się przez ostatnie piętnaście lat,
poczuła się nagle jak w domu. To był niezły pomysł.
- Dam ci tabletkę. - Otworzyła torebkę. - Uwierz mi, znalazłam to po
latach prób. Mordowałam się jak głupia, a ta wreszcie pomaga, ale nie
otępia. - Wyciągnęła z torebki saszetkę, a z niej małe białe lekarstwo,
jakby to było coś najcenniejszego na świecie. - Pomoże ci. Wiem, jak to
jest - mówiła z wyraźną ulgą, jak człowiek, który znów rozumie
otaczający go świat.
- Dziękuję. - Justyna czuła wyrzuty sumienia, że jej zabiera ten cenny
specyfik, a na dodatek okłamuje. Ale się nie wycofała. - Zaraz zażyję -
powiedziała.
Kasia nalała jej wody i podała szklankę. Justyna odwróciła się bokiem.
Udawała, że włożyła tabletkę do ust i szybko popiła, lecz cały czas
trzymała ją w ręce.
- A powiedz mi - poprosiła po chwili. - A Ola Juszczyk? Czemu jej z kolei nie ma na lekcji? Rano przecież przyszła.
- Ola ma zawody - odparła Kasia. - Siatkarze dzisiaj pojechali. Chwilę
temu wsiedli do busa.
No tak, to akurat pasowało. Dziewczyna ćwiczyła siatkówkę od lat,
wszystko się tutaj zgadzało.
- Idę. Powiem ci, co migrena potrafi zrobić z człowiekiem, byś nie
uwierzyła. - Justyna odstawiła szklankę.
- O, ja akurat doskonale to rozumiem - odparła Kasia ze szczerze
brzmiącym współczuciem.
Wszystko się uspokoiło. Wzburzone nagle wody oceanu targane niesamowitym
sztormem spadły w jednej sekundzie do normalnego poziomu i teraz tylko
lekko chlupotała woda. Spokój, normalność, zwykła szkoła, kolejny dzień.
Plan lekcji, który organizuje życie. Wszystko następuje po sobie zgodnie
z ustaloną kolejnością. Dzieci wchodzą do sal, wychodzą, drą się,
cichną, słuchają albo nie. Za chwilę minie kolejny rok szkolny,
przyjdzie egzamin końcowy i wakacje, a wraz z nimi wyjazd do Stanów
Zjednoczonych. Ostatni.
Ileż razy na głos lub w myślach wypowiadała to słowo.
Ostatni raz.
Mogłaby mu postawić pomnik. Składałaby pod nim kwiaty do końca swojego
życia. Po drugiej stronie byłoby napisane: "Dałaś radę. Naprawdę dałaś
radę". I codziennie plotłaby wianki i układała w geście hołdu wobec
niewiarygodnego trudu, jaki wykonała. Ale był styczeń i do maja
pozostało jeszcze trochę czasu.
Weszła do sali matematycznej i podziękowała pani woźnej. Nieco
spokojniejsza, choć mocno zmęczona, jakby ten poranek wyczerpał ją
bardziej niż ostatnie dziewiętnaście lat, usiadła za biurkiem.
- Otwórzcie podręczniki na stronie trzydziestej szóstej - powiedziała
pewnym tonem, który sprawił, że uczniowie zapomnieli o jej kryzysie i weszli w normalny rytm nauki.
Ci, którzy się nie przygotowali, pochylali plecy i głowy. Od razu można
ich było zauważyć. Silniejsi patrzyli śmiało na tablicę, a zakochani
albo nieszczęśliwi w okno lub złożone na ławce dłonie.
Każdy ma swoje sprawy. I niełatwo uczyć matematyki, gdy myśli uczniów
rozbiegają się na wszystkie strony do własnych spraw, a nauczycielka też
skupia się na wektorach z najwyższym trudem. Poszła dziś na łatwiznę.
Wołała do tablicy tylko najlepszych uczniów. Niczego nie tłumaczyła, po
prostu pozwalała, by prymusi rozwiązywali jedno zadanie za drugim. A reszta klasy, bez względu na fakt, czy cokolwiek z tego rozumiała, czy
też nie, po prostu przepisywała je do zeszytu. I tak minęło pół godziny,
które jeszcze zostało z lekcji.
W tym czasie odpisała na esemesa. Zasadniczo nigdy nie używała telefonu
w trakcie lekcji, żeby nie dawać uczniom złego przykładu i mieć prawo
wymagać od nich tego samego. Ale dziś był dzień wyjątków.
Wszystko dobrze - odpisała Igorowi. - Antoś jest na konkursie.
Poprawiła zaraz: Antek, bo wiedziała, że Igor nie znosi zdrobnień,
postanowiła więc jeszcze trochę zapunktować: Antoni jest na konkursie.
Taką wersję ostatecznie wysłała.
Nie dodała jakim, bo Igor nie przepadał za tym, że chłopak ma zdolności
artystyczne. Szału by dostał, gdyby wiedział, że chłopak skrycie marzy o grafice komputerowej, a nie medycynie. Na szczęście się nie zorientował.
Antek był lojalny wobec taty. A ona nie chciała go dzisiaj dodatkowo
denerwować.
Tą dziewczyną też się nie martw - dodała. - Ma swoje sprawy. Pochodzą
z różnych światów i nic ich nie łączy. Wszystko jest dobrze. - To
dopisała chyba do samej siebie. - Oceny Antek wciąż ma świetne, o czym
wiesz.
Dziś żaden nauczyciel nie był w stanie rodzicom zaimponować informacją o postępach w nauce dziecka, bo Librus robił to zawsze szybciej.
Zostało parę miesięcy do matury. Wiesz dobrze, że dostanie się na każdą
uczelnię - uzupełniła jeszcze.
Była o to spokojna. Antek miał naprawdę wysokie wyniki. Mógł zdawać do
Krakowa, a w razie czego na inną uczelnię. A potem to już pójdzie z górki. Jak tylko dostanie dyplom, znajomości ojca lekarza otworzą mu
każde drzwi, będzie żył pełnią życia.
- Będzie żył - powtórzyła. W przypadku tego jasnowłosego chłopca wcale
nie było to takie oczywiste.
Trzeba tylko dotrwać do maja.
Kiedy zadźwięczał dzwonek, poszła na przerwę do pokoju nauczycielskiego,
zaparzyła sobie kawę, siadła pod oknem i przymknęła oczy. Czuła się,
jakby uniknęła czołowego zderzenia z pociągiem. Nikt jej nie
przeszkadzał. Za oknem padał śnieg, zima była piękna tego roku.
Niektórzy żałowali, że minęły już święta, ale ona lubiła właśnie ten
moment. Patrzyła na oszronione drzewa i podziwiała uroki tego zwykłego
czasu.
Dobrze, że Antek jest na konkursie - pomyślała jeszcze.
Naprawdę się wystraszyła, że z Olą.