Boks dla dżokeja był tak ciasny, że dorosły człowiek mógłby co najwyżej usiąść w nim skulony. Nie było tam dość miejsca, żeby spokojnie się położyć lub chociaż rozprostować nogi. Zajmujący go zawodnik wcale jednak nie musiał tego robić. Miał metr pięćdziesiąt, ważył czterdzieści kilo i tkwił bez końca w tym kwadratowym boksie bez okien. Betonowe pomieszczenie zdawało się mniejsze i duszniejsze, niż było w rzeczywistości. Dżokejowi C-27 nie podobało się to, że nie może stamtąd ujrzeć nieba. Wiedział, że mówienie o upodobaniach nie pasuje do kogoś takiego jak on, ale to wyrażenie wydało mu się najtrafniejsze. Siedział bez ruchu w skąpanej w ciemności przestrzeni i czekał. Nie przestawał czekać.
Na nią.
.
I tak oto dochodzimy do końca tej opowieści. Do moich ostatnich chwil.
Właśnie spadam. Przy normalnej prędkości nie zajęłoby to nawet trzech sekund. Ja jednak oddalam się od nieba powoli, stopniowo - trwa to znacznie dłużej niż wspomniane trzy sekundy. Nawet jeśli moje ciało z całym impetem uderzy o ziemię, nie poczuję bólu, ale wiem, że nie zdołam uniknąć roztrzaskania się na kawałki. Ktoś kiedyś wspomniał, że niemożność odczuwania cierpienia jest sensem mojej egzystencji i największą zaletą, lecz ja się z tym nie zgadzam. Gdybym tylko mógł doświadczać bólu, nie upadłbym w ten sposób i nie doczekał takiego końca. Wywnioskowałem, że ból jest najlepszym z istniejących mechanizmów obronnych, dostępnym jedynie dla istot żywych. To on sprawia, że ludzie żyją i dalej się rozwijają. Przekonałem się o tym zarówno fizycznie, jak i czysto teoretycznie. Czy w trakcie upadku zdążę opowiedzieć całą tę historię? Z logicznego punktu widzenia to niemożliwe, ale moje ostatnie chwile są tak wydłużone w czasie, że kto wie - może się uda.
Jeszcze trzy sekundy temu siedziałem na grzbiecie Today. To piękna kara klacz o grzywie tak gładkiej, że mieni się jak tafla wody. Możliwe, że zdołam opowiedzieć o niej dokładniej. Teraz liczy się tylko to, że Today jest koniem wyścigowym, z którym zsynchronizowałem swój "oddech". Tak więc to ja jestem dżokejem "oddychającym" razem z nią. Poznaliśmy się pół roku temu, w marcu, a nasza znajomość okazała się wypadkową śmiertelnego błędu i szansy. Mógłbym co prawda wejść w szczegóły, ale teraz najważniejsza jest ta chwila - wrześniowy dzień, kiedy po raz ostatni zrobiliśmy wspólny wdech. Nazwałbym go wręcz dniem historycznym. Dla ludzi oznacza to czasem początek czegoś nowego, ale o wiele częściej symbolizuje moment, w którym zdarza się cud. Właśnie dziś zdarzył się drugi cud w moim krótkim życiu.
Słyszę krzyki tłumu. Wygląda na to, że mój długi, rozciągnięty w czasie upadek nareszcie dobiega końca. Yeon-jae zasugerowała, by po tym wyścigu pomalować moje obdrapane ciało świeżą warstwą farby. Spytała, jaki kolor by mi odpowiadał. Uważałem, że zieleń, która pierwotnie mnie pokrywała, idealnie zgrałaby się z moim imieniem, ale kiedy siedziałem w pokoju na piętrze, wyglądając przez okno, zdecydowałem się na błękitny. Yeon-jae przytaknęła.
Yeon-jae, nazwisko: Woo. To imię jest dla mnie równie ważne jak Today. Jest moją wybawczynią i światem, który mnie wybrał. Gdyby wiedziała, że tak ją określam, zapewne popatrzyłaby na mnie, marszcząc brwi tak mocno, że u nasady nosa ukazałyby się głębokie bruzdy. Przybrałaby tę tajemniczą minę - niezadowoloną, lecz bez krztyny skrywanej niechęci.
Właśnie dzięki niej razem z Today ponownie stanęliśmy na torze. Yeon-jae to najzwyklejsza, a zarazem wyjątkowa i odważna osoba, która sprawiła, że wydarzył się kolejny cud.
Moje nogi całkowicie oddzieliły się od ciała Today. Klacz będzie biec dalej z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę - nie za szybko, ale i nie za wolno. W równym tempie będzie kontynuować darowane jej na nowo życie, wolna od ucisku tego świata.
Jeszcze kilka dni temu ona była koniem skazanym na uśpienie, a ja czekającym na zezłomowanie dżokejem. Teraz Today znów gna po torze. A ja spadam. Gdy dotknę ziemi, rozpadnę się na kawałki. Ludzie określają tego typu przewidywania mianem "intuicji", ale ja tylko obliczam prawdopodobieństwo na podstawie danych wejściowych i algorytmów. Moje szacunki dotyczące przyszłości nigdy nie zawodzą.
Chciałbym opowiedzieć o tym, czego doświadczyłem przez krótki czas, który dane mi było tutaj spędzić.
Nazywam się Coli. A właściwie Broccoli - jak zielone warzywo, które przypominało mój kask.