Tysiąc ciętych róż - Robert Ostaszewski

Kup ebooka

42.99 zł
35.63 zł (35,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prologi

Pro­logi

1. Dwa tygodnie wcześniej

1. Dwa tygo­dnie wcze­śniej

Zamarła.

- Blad'! - krzyk­nęła, ale zaraz zakryła usta dło­nią, jakby chciała wepchnąć w nie to słowo "kurwa", które wymknęło się wbrew jej woli.

Nasłu­chi­wała, jed­nak na nie­wiele to się zdało. Łomo­ta­nie serca i bole­sne pul­so­wa­nie krwi w skro­niach spra­wiały, że pra­wie żadne dźwięki z zewnątrz nie docie­rały do jej uszu.

Była tu sama. Chyba. Bła­gała w myślach, żeby tak było.

Pokuś­ty­kała ku kępie krza­ków, którą zauwa­żyła przed sobą. Z tru­dem, poję­ku­jąc cicho, utrzy­my­wała rów­no­wagę. Musiała się ukryć, odpo­cząć cho­ciaż przez kilka minut. Ostre kolce prze­je­chały po jej nagim udzie, pozo­sta­wia­jąc krwawe rysy. Ożina, jesz­cze i to na dokładkę, pomy­ślała. Jakby już nie dość była pokie­re­szo­wana. Ostroż­nie, omi­ja­jąc pło­żące się pędy, okrą­żyła roz­ro­śnięty krzak jeżyny i usia­dła za nim tak, by zasła­niał ją od strony, z któ­rej przy­szła. Marna kry­jówka, ale innej nie miała.

Obej­rzała pora­nione stopy. Nie było dobrze. Wsu­wane san­dały pogu­biła zaraz po tym, jak wysko­czyła z samo­chodu i pognała w las. Na początku nawet lepiej bie­gło się jej bez butów. Napę­dzała ją czy­sta adre­na­lina, wytłu­mia­jąc ból. Po kil­ku­set metrach sza­leń­czego biegu pomię­dzy drze­wami poczuła cie­pło na sto­pach i pierw­sze ukłu­cia na skó­rze. Naj­pierw lek­kie, niczym kra­wiecką szpilką, potem coraz moc­niej­sze i dotkliw­sze. Na jej nie­szczę­ście ucie­kała przez wysu­szony, igla­sty las, gdzie bar­dzo mało było mięk­kiej ściółki. Pokie­re­szo­wała stopy na wysu­szonych szysz­kach, igłach, gałę­ziach i kamy­kach. Bie­gła tak długo, jak mogła. Zdaje się, że zgu­biła pogoń. Póź­niej sta­rała się iść naj­szyb­ciej, jak się tylko dało, z bólu zagry­za­jąc wargi do krwi. Ostre, roz­pa­lone szpile wbi­jały się w jej nogi i wędro­wały pro­sto do mózgu. Tak to odczu­wała. Ból mącił jej wzrok i odbie­rał oddech. Myślała, że nie może być już gorzej. Myliła się.

Nie zauwa­żyła jej. Po pro­stu. Nadep­nęła na wysu­szoną, ostro zakoń­czoną gałąź sosny, która roz­orała jej pode­szwę pra­wej stopy. Sie­dząc za krza­kiem jeżyny, oglą­dała nogę. Rana była głę­boka i wciąż krwa­wiła. Ścią­gnęła koszulkę na ramiączka i obwią­zała nią nogę. Kiep­ski opa­tru­nek. Zda­wała sobie jed­nak sprawę, że musi iść, ucie­kać jak naj­da­lej. Tyle tylko, że ćmiący ból i zmę­cze­nie ode­brały jej siły. Musiała odpo­cząć, ode­tchnąć, choćby przez kilka minut. I zasta­no­wić się, co dalej.

Nie wie­działa, gdzie jest. Nie miała poję­cia, w którą stronę ruszyć. Byle dalej, byle przed sie­bie, aku­rat to nie ule­gało wąt­pli­wo­ści. Na dokładkę las ją prze­ra­żał. Wycho­wała się i miesz­kała w mie­ście. Nie za wiel­kim, ale jed­nak mie­ście. Nawet nie jeź­dziła do dziad­ków na wieś, jak więk­szość jej zna­jo­mych, bo aku­rat jej babu­sya і didus' też byli jak naj­bar­dziej miej­scy. A teraz zna­la­zła się w obcym kraju, w samym środku lasu. Bez pasz­portu, komórki, port­fela. Z kil­koma let­nimi ciu­chami na sobie. Pora­niona i spra­gniona. Wylęk­niona niczym ści­gany przez lisa zając, który przy­cup­nął przy mie­dzy. Skąd takie porów­na­nia przy­szły jej do głowy? Łudziła się, że las nie jest wielki, że prę­dzej czy póź­niej trafi na jakąś drogę, wieś czy choćby leśni­czówkę. Że dotrze do ludzi, któ­rzy jej pomogą. Prze­cież muszą gdzieś tu być jacyś nor­malni, dobrzy ludzie...

Ock­nęła się nagle. Przy­ćmione świa­tło zacho­dzą­cego słońca led­wie prze­ni­kało przez gęstwinę drzew. Gdzie była? Co się z nią działo? Leżała na suchej, pach­ną­cej inten­syw­nie ściółce. Tuż przed jej twa­rzą masze­ro­wał spory, poły­skli­wie czarny owad. Żuczek? Coś w tym rodzaju. Ogar­nęła ją panika, głę­boka i doj­mu­jąca. Jak mogła zasnąć?! Prze­cież miała odpo­czy­wać tylko przez chwilę. Pró­bo­wała szybko się pod­nieść, ale nie ustała na roz­ora­nej sto­pie. Padła na kolana. Czuła, jak łzy spły­wają po jej policz­kach. Łkała bez­gło­śnie.

I nagle usły­szała. Ten dźwięk. Naj­pierw odle­głe, póź­niej coraz wyraź­niej­sze uja­da­nie. Pies w lesie? Ozna­czało to tylko jedno - nie odpu­ścili jej, tro­pili jak dzi­kie zwie­rzę. Pod­nio­sła się i pró­bo­wała biec. Przed sie­bie. Jak naj­da­lej od złych ludzi, któ­rzy oszu­kali ją, zwa­bili w pułapkę. Ale led­wie dawała radę truch­tać. Jęczała, pró­bo­wała prze­móc ból. Wście­kłe uja­da­nie zbli­żało się do niej z każdą sekundą. Nie oglą­daj się, nie patrz za sie­bie, zakli­nała się w myślach. Parła do przodu resztką sił. Nie chciała się pod­dać, nie mogła. Czarne mroczki wiro­wały jej przed oczami. Serce o mało nie wysko­czyło z piersi. Szcze­ka­jąca bestia była jed­nak coraz bli­żej.

Naj­pierw poczuła ude­rze­nie, dopiero potem ból łydki, w któ­rej zato­piły się psie kły. Runęła na zie­mię. Zwie­rzę, powar­ku­jąc, szar­pało ją za nogę. Pró­bo­wała wal­czyć, kopać, ale nie miała sił. To tak ma się skoń­czyć?, prze­le­ciało jej przez głowę.

- Thor, zostaw! - krzyk­nął męż­czy­zna, któ­rego głosu nie koja­rzyła. Chyba. - Zostaw!

Pies szarp­nął jesz­cze raz, ale puścił jej łydkę. Cią­gle powar­ku­jąc, oparł się przed­nimi łapami o jej plecy. Był duży i ciężki.

Na ściółce tuż obok jej głowy zachrzę­ściły kroki.

- Złaź z niej! Zostaw!

Usły­szała poje­dyn­cze, dud­niące szczek­nię­cie.

- Głu­pie bydlę.

Pies zaskom­lał. Po chwili już jej nie przy­gnia­tał.

Nie myślała, co się zaraz sta­nie. Chciała znik­nąć, prze­stać ist­nieć. Tak po pro­stu.

- Odwróć się, suko.

To do niej?

- No już! - usły­szała.

Nie zare­ago­wała. Było jej wszystko jedno. Poczuła mocne kop­nię­cie w bok, które prze­to­czyło ją na plecy. Otwo­rzyła oczy. Stał nad nią wysoki, napa­ko­wany facet. Nie widziała go wcze­śniej. Męż­czy­zna, uśmie­cha­jąc się krzywo, patrzył na nią. Płyn­nym ruchem wycią­gnął zza paska pisto­let i wyce­lo­wał pro­sto w jej twarz. Szczęk­nęła odbez­pie­czana broń.

Wstrzy­mała oddech. To już, zaraz?

- Od nas, głu­pia ruro, się nie ucieka.

Pośród sosen prze­to­czył się huk wystrzału.

2. Rok wcześniej

2. Rok wcze­śniej

Pod­nio­słem apa­rat foto­gra­ficzny, zro­bi­łem zbli­że­nie. Na­dal działo się mniej wię­cej to samo, co przez ostat­nie godziny. Deli­kwent krzą­tał się na pię­trze domu, cza­sami usta­wiał i prze­sta­wiał jakieś rze­czy. Mogło to coś zna­czyć, jed­nak wcale nie musiało. Rów­nie praw­do­po­dobne jak to, że tylko sprzą­tał, było to, że przy­go­to­wy­wał się na spo­tka­nie z kobietą. Na dwoje babka wró­żyła.

Odło­ży­łem apa­rat do fute­rału, usia­dłem na ster­cie cegieł, które sam przy­tar­ga­łem, zapa­li­łem. Punkt do obser­wa­cji był wprost ide­alny. Dwu­pię­trowy blok w budo­wie dokład­nie naprze­ciwko pię­trówki deli­kwenta, który - uzna­jąc, że wciąż jesz­cze nie ma sąsia­dów - nie kło­po­tał się zacią­ga­niem zasłon. Lepiej być nie mogło. Cie­ciowi pil­nu­ją­cemu budowy dałem na dwie fla­chy i obie­ca­łem, że niczego nie ukradnę. Nie wni­kał, co robię, byleby tylko nikt mnie nie zoba­czył. Na tym aku­rat mi zale­żało tak samo jak jemu.

Byłem tro­chę znu­żony, tkwi­łem w miej­scu od pra­wie trzech godzin. W grun­cie rze­czy robota pry­wat­nego łapsa nie­zbyt róż­niła się od pracy poli­cjanta. W obu przy­pad­kach potrzeba morza cier­pli­wo­ści, w prze­ciw­nym razie trudno o efekty. Wyraźna róż­nica była jedy­nie taka, że teraz nie musia­łem pro­du­ko­wać rapor­tów z każ­dej czyn­no­ści, bo sam sobie byłem sze­fem. W fir­mie jed­no­oso­bo­wej. Pew­nie na długo, bo po kilku mie­sią­cach dzia­łal­no­ści nic nie wska­zy­wało na to, żebym w naj­bliż­szym cza­sie miał środki na zatrud­nie­nie pra­cow­nika. Choćby tylko sprzą­taczki, która ogar­nia­łaby moje biuro. Sprzą­ta­łem więc sam. Teo­re­tycz­nie.

Zadzwo­niła komórka, spoj­rza­łem zain­try­go­wany na wyświe­tlacz. Oczy­wi­ście, na dwoje babka wró­żyła i wywró­żyła moją sta­ro­winkę.

- Czo­łem, Feli­cja.

- Dobry wie­czór, chłop­czyku.

Wie­dzia­łem, że do znu­dze­nia pona­wiana prośba, aby moja babka nie zwra­cała się do mnie w ten spo­sób, nie przy­nie­sie efektu, więc "chłop­czyka" puści­łem mimo uszu.

- Czemu tak mil­czysz? - Feli­cja z wie­kiem robiła się coraz bar­dziej nie­cier­pliwa. W prze­ci­wień­stwie do mnie.

- Na obser­wa­cji jestem.

- Aaa, zaglą­dasz komuś w nie­zbyt czy­ste gatki. Nie­miłe.

Uwiel­bia­łem poczu­cie humoru babki. Od zawsze.

- Ten to aku­rat z rodzaju czy­ścio­chów.

- Jeśliby tak było, nie tra­fiłby pod twoją obser­wa­cję - Feli­cja wycią­gnęła trafny wnio­sek. - Co to za sprawa?

- Nor­malka. Zbie­ram kwity do roz­wodu.

- I uda ci się zebrać?

- Raczej na pewno.

Wes­tchnię­cie Feli­cji zabrzmiało w słu­chawce niczym powiew wia­tru.

- I ty, polo­ni­sta, nic to, że upa­dły, kon­stru­ujesz tak koślawe logicz­nie zda­nia. Upa­dek i degren­go­lada.

Roze­śmia­łem się szcze­rze.

- Dzwo­nisz do mnie z czymś kon­kret­nym czy tylko żeby się ze mną poprze­ko­ma­rzać?

- To już do wła­snego, jedy­nego wnuka nie mogę, ot tak, po pro­stu, zadzwo­nić? - zdzi­wiła się z teatralną prze­sadą. - Dawno cię nie było w Cie­cha­no­wie. Tro­chę się stę­sk­ni­łam.

Mia­łem świa­do­mość, że to "tro­chę" ozna­cza ni mniej, ni wię­cej, że Feli­cja już nie­zwy­kle i dotkli­wie stę­sk­niła się za mną. Prze­łkną­łem ślinę raz i drugi, żeby zbyt­nio się nie roz­kleić. Też bra­ko­wało mi babki jak cho­lera.

- Zaro­biony jestem, ale kiedy tylko będę miał wolną chwilę, przy­jadę do cie­bie.

- Takie tam gada­nie na odczep­nego...

- Naprawdę. Wiesz, że wciąż roz­krę­cam firmę, muszę się przy­ło­żyć - nie musia­łem się tłu­ma­czyć, ale chcia­łem.

- Wiem, prze­cież wiem. Bigosu nago­to­wa­łam...

Znowu wybuch­ną­łem śmie­chem.

- Wcale nie musisz kusić mnie bigo­sem.

Wypy­ta­łem jesz­cze, co u niej i czy ze zdro­wiem w porządku. Bo po zapa­ści Feli­cji sprzed roku cią­gle się bałem, że kru­cha rów­no­waga jej orga­ni­zmu może znik­nąć z dnia na dzień. Zarze­kała się, że jest zdrowa jak rydz, ryba i koń razem wzięte. Chcia­łem wie­rzyć, że to cała prawda i tylko prawda. Na koniec życzyła mi serii bar­dzo uda­nych zdjęć. Cała, kochana Feli­cja.

Kolejny raz spraw­dzi­łem, co u deli­kwenta. Zapa­lał świece. Bingo! Naj­wy­raź­niej kro­iło się coś przy­jem­nego. Rów­nież dla mnie, bo już oczyma wyobraźni widzia­łem bar­dzo kon­kretną sumę na moim kon­cie.

Moja firma detek­ty­wi­styczna wciąż była na dorobku i musia­łem się nie­źle nakom­bi­no­wać, by zwią­zać koniec z koń­cem. W chwi­lach zwąt­pie­nia wyda­wało mi się, że porwa­łem się z motyką na słońce. Po roz­wią­za­niu w roku 2014 sprawy trzech tajem­ni­czych zgo­nów pol­skich tury­stów w Gre­cji wpa­dłem na pomysł, że może jed­nak dał­bym radę zara­biać na bułkę z masłem jako pry­watny detek­tyw. Prawdę powie­dziaw­szy, zbyt wielu innych opcji nie widzia­łem. I nawet, jak nie ja, posta­no­wi­łem ten pomysł wpro­wa­dzić w życie. Tyle tylko, że wypły­nęła sprawa sta­rego zeszytu w płó­cien­nych okład­kach, z powodu któ­rej przez ład­nych parę mie­sięcy ści­ga­łem duchy z prze­szło­ści. Efekt był do prze­wi­dze­nia, bo trudno jest dopaść duchy. Kiedy jako tako ochło­ną­łem i pogo­dzi­łem się z porażką, wró­ci­łem do pomy­słu z agen­cją detek­tywistyczną.

Zazwy­czaj szczę­ście omi­jało mnie sze­ro­kim łukiem jak par­szy­wego psa. Taka karma, która - jak wia­domo - jest suką. Jed­nak tym razem mi dopi­sało, co wpra­wiło mnie w stan zarówno osłu­pie­nia, jak i rado­ści. Zakła­da­łem, że będę miał pod górkę, bo wcze­śniej obi­jało mi się o uszy, że wcale nie jest łatwo zdo­być licen­cję detek­tywa. Jakieś egza­miny, komi­sje, sterta doku­men­tów. A tu nie­spo­dzianka! Oka­zało się, że w roku 2014 weszła w życie nowa ustawa o usłu­gach detek­ty­wi­stycz­nych, dzięki któ­rej zdo­by­cie licen­cji było pro­ste jak kon­struk­cja cepa. Przy­naj­mniej dla mnie jako byłego poli­cjanta. Zało­ży­łem więc firmę i sta­ną­łem przed dyle­ma­tem, jak zna­leźć klien­tów. Z nie­spo­dzie­waną pomocą przy­szedł mi Sta­szek Kieł­basa, kum­pel z Kra­kowa, który od czasu naszych grec­kich przy­gód uwa­żał mnie za wybit­nego śled­czego. Zaczął roz­po­wia­dać o mnie swoim licz­nym zna­jo­mym, a poga­dać to on zawsze sobie lubił. Zachwa­lał mnie jako detek­tywa dys­kret­nego i sku­tecz­nego. I nie­dro­giego. Pew­nie to ostat­nie zade­cy­do­wało, że zna­jom­ko­wie Staszka zaczęli się do mnie zwra­cać. A to sprawa roz­wo­dowa, a to biały wywiad gospo­dar­czy... I tak to się roz­krę­cało. Wpraw­dzie nie­zbyt szybko, ale do przodu. Z głodu nie umie­ra­łem, na fajki mia­łem.

Pod dom deli­kwenta pod­je­chała tak­sówka. Przy­go­to­wa­łem apa­rat, mając nadzieję, że zaraz zacznie się akcja, która sprawi, że szybko zamknę tę nie­zbyt skom­pli­ko­waną sprawę. Mina mi zrze­dła, kiedy zoba­czy­łem, że z auta wysiada para. Na oko wyglą­dali na tro­chę młod­szych niż męż­czy­zna, któ­rego obser­wo­wa­łem. Czyżby więc cho­dziło o zwy­kłe odwie­dziny zna­jo­mych? Do tego się przy­go­to­wy­wał? Czu­łem się mocno zawie­dziony.

Upi­łem łyk wody, zapa­li­łem kolej­nego papie­rosa, sta­ra­jąc się nie dostrze­gać kil­ku­na­stu nie­do­pał­ków u moich stóp. Jakiś czas temu, czu­jąc, że oddech zna­cząco mi się skró­cił, chcia­łem ogra­ni­czyć pale­nie, jed­nak spe­cy­fika mojej roboty nie sprzy­jała aż tak hero­icz­nym czy­nom. Może kie­dyś, w jakichś spo­koj­niej­szych cza­sach, rzucę fajki. Choć praw­do­po­dob­nie spo­kój ni­gdy nie zago­ści w moim pokrę­co­nym życiu.

Bar­dziej dla czy­sto­ści sumie­nia niż z nadzieją na cokol­wiek inte­re­su­ją­cego popa­try­wa­łem w odsło­nięte okna domu. Cała trójka poja­wiła się w pokoju, który był urzą­dzony w stylu małego salonu: spora kanapa, ława, sto­li­czek, a na nim kilka bute­lek alko­holu i szklanki - w sam raz na relaks lub chil­lout, jak to się teraz mawia. Szczu­pła blon­dynka z dłu­gimi, pro­stymi wło­sami sta­nęła tyłem do okna. Zdzi­wiło mnie, że wciąż miała na sobie lekki płaszcz do pół uda. Czyżby nie zano­siło się na dłuż­szą wizytę? To po co deli­kwent tak się sta­rał? Kobieta zaczęła zdej­mo­wać płaszcz. Nie, "zdej­mo­wać" to nie jest wła­ściwe słowo. Ona powoli zsu­wała płaszcz, odkry­wa­jąc nagie ramiona, czarny sta­nik, dół ple­ców, czarny, koron­kowy pas do poń­czoch z kre­ską strin­gów poni­żej... Płaszcz opadł na pod­łogę. Zaczą­łem pstry­kać zdję­cie po zdję­ciu. Jej towa­rzysz z tak­sówki pod­szedł do niej, zaczęli się cało­wać. Potem kobieta uklęk­nęła przed nim. Deli­kwent sie­dział roz­party na kana­pie ze szkla­neczką w dłoni i wbi­jał wzrok w parę, która poczy­nała sobie nader aktyw­nie.

- Zbo­czuszku, nie­ład­nie się bawisz - sko­men­to­wa­łem na głos.

Migawka apa­ratu cykała mia­rowo.

3. Półtora roku wcześniej

3. Pół­tora roku wcze­śniej

Spoj­rza­łem na leżący na fotelu pasa­żera stary zeszyt w płó­cien­nej okładce. Pozna­czony był wyraź­nymi odci­skami nie­zbyt czy­stych pal­ców. Nie tylko moich. Z ciem­nym okrę­giem odci­śnię­tym praw­do­po­dob­nie przez kubek z kawą albo kie­li­szek z winem. Kto wie? Na pewno nie ja. Wiem nato­miast, dla­czego kartki zeszytu są pożół­kłe i pofał­do­wane. Bo kie­dyś po pijaku wyla­łem na niego pół butelki piwa. Wtedy nie żało­wa­łem zwy­kłego tyskiego, ale zeszytu jak naj­bar­dziej. Osu­sza­łem go suszarką do wło­sów poży­czoną od sąsiadki. Wła­snej ni­gdy nie mia­łem. Jakoś się nie zło­żyło.

Otrzą­sną­łem się z zadumy, roz­tar­łem zgra­białe dło­nie. W miśku, jak piesz­czo­tli­wie nazy­wa­łem moje mit­su­bi­shi eclipse, robiło się coraz chłod­niej. Jesz­cze raz rozej­rza­łem się po miej­scu, do któ­rego dopro­wa­dził mnie zeszyt. Podob­nie jak wcze­śniej do wielu innych. Zeszyt, który od mie­sięcy był mi kom­pa­sem - wadli­wym, bo nie wyzna­czał w zro­zu­miały, pre­cy­zyjny spo­sób kie­runku. Za meta­lową bramą osa­dzoną w solid­nym ogro­dze­niu z polnego kamie­nia cią­gnął się szpa­ler sta­rych drzew, teraz ogo­ło­co­nych z liści. W głębi roz­le­głej pose­sji stał nie­wielki, par­te­rowy dwór z użyt­ko­wym pod­da­szem. Do jego pra­wego boku przy­le­gała nowo­cze­sna, dwu­pię­trowa przy­bu­dówka, pasu­jąca do dwor­ko­wych kli­ma­tów jak pięść do oka. Dom seniora Cicha Przy­stań w całej kra­sie. Oaza Spo­koju, Złota Jesień... Kto im wymy­ślał takie kre­tyń­skie nazwy? I czy kto­kol­wiek łapał się na te mar­ke­tin­gowe ściemy? Prze­cież jakby wymyśl­nie i uro­czo nie nazy­wać domów seniora czy opieki, zwy­kle są tym, czym są, czyli umie­ral­niami. Mniej lub bar­dziej kom­for­to­wymi. Cicha Przy­stań nale­żała do bar­dziej wypa­sio­nych, co potwier­dzał cen­nik usług. Spraw­dzi­łem go przed przy­jaz­dem.

Wysia­dłem z auta, prze­cią­gną­łem się. Zale­d­wie kilka godzin jazdy do wio­ski pod Mako­wem Mazo­wiec­kim, a czu­łem się tak, jakby ktoś wsy­pał mi pia­sek w stawy. Cho­ciaż wła­ści­wie Cicha Przy­stań nie znaj­do­wała się w żad­nej wsi, tylko w szcze­rym polu, obok wąskiej drogi trze­ciej kate­go­rii odśnie­ża­nia. Albo nawet nie­od­śnie­ża­nej wcale, bo i po co. Cią­gni­kiem zawsze się po niej prze­je­dzie. Do naj­bliż­szych zabu­do­wań były pew­nie ze dwa kilo­me­try. Z okła­dem. Ruszy­łem w stronę bramy. Zie­mia chrzę­ściła pod sto­pami, bo listo­pa­dowy przy­mro­zek jesz­cze nie puścił, mimo że na przy­mglo­nym hory­zon­cie maja­czył cień słońca. Dobre sobie, cień słońca. Jeśli trzy­mały się mnie gra­fo­mań­skie frazy, to musia­łem być zestre­so­wany. I najpew­niej byłem.

Kilka dni wcze­śniej zapo­wie­dzia­łem swoją wizytę, więc wystar­czyło, że rzu­ci­łem nazwi­sko do domo­fonu i zosta­łem wpusz­czony. Przez główne drzwi wsze­dłem do dwor­ko­wego hallu, który bar­dziej koja­rzył się mi z pocze­kal­nią u den­ty­sty niż hote­lową recep­cją. Ktoś zadbał o spójny wystrój wnę­trza, ale by było przy­tulne, już nie. Zza kon­tu­aru pod­nio­sła się młoda blon­dynka ubrana w coś w rodzaju pod­ra­so­wa­nego far­tu­cha pie­lę­gniarki. Przy­wi­tała się raz jesz­cze, głos miała przy­jemny, powie­dział­bym nawet, że zmy­słowy. Myśla­łem, że od razu zapro­wa­dzi mnie do czło­wieka, z któ­rym chcia­łem poroz­ma­wiać, ale ona zaczęła mnie naj­pierw prze­py­ty­wać. Może takie mieli zale­ce­nia i pro­ce­dury? A może zwy­czaj­nie się nudziła i chciała sobie poga­dać, by czas w robo­cie szyb­ciej zle­ciał? Jakiś nie­winny flirt do tego? O nie, żaden flirt. Po roz­sta­niu z Pau­liną obie­ca­łem sobie, że koniec z flir­tami, a już na pewno z dużo młod­szymi kobie­tami.

Blon­dynka sta­nęła przede mną, opie­ra­jąc się ple­cami o kon­tuar.

- Jest pan z rodziny pana Wal­de­mara?

- Pani... - spoj­rza­łem na pla­kietkę przy­piętą na jej piersi - Karo­lino, jestem... - w sumie nie byłem przy­go­to­wany na tego rodzaju pyta­nia. Błąd. - Moi rodzice znali się z Wal­de­ma­rem - nawet za bar­dzo nie nałga­łem. - Aku­rat wybie­ra­łem się w wasze oko­lice, więc pomy­śla­łem, że odwie­dzę ich daw­nego zna­jo­mego. Powspo­mi­namy stare czasy.

- Pana rodzice tutaj nie przy­jeż­dżali - ni to stwier­dziła, ni zapy­tała.

- A skąd pani wie?

- Bo pana Wal­de­mara nikt nie odwie­dza.

Aku­rat to mnie nie zdzi­wiło. Wcze­śniej poszpe­ra­łem tu i tam, by dowie­dzieć się, ile się dało, na temat życia pry­wat­nego i zawo­do­wego Wal­de­mara Zator­skiego. Dawno roz­wie­dziony, była żona żyje, ale, jak się oka­zało, nie inte­re­suje się losem eksa. Dzieci brak, przy­naj­mniej ofi­cjal­nie. Z dru­giej jed­nak strony, żeby nawet kum­ple z firmy o nim zapo­mnieli? Dziwne, bo zdaje się, że wcale nie był wyjąt­ko­wym skur­wy­sy­nem. Zeszyt z płó­cienną okładką dopro­wa­dził mnie już do dużo mrocz­niej­szych typów.

- To smutne - powie­dzia­łem, sta­ra­jąc się uda­wać empa­tię. - Ale cóż, taki bywa los star­szych ludzi - poje­cha­łem sła­bym tru­izmem.

- Dobrze więc, że pan przy­je­chał... - recep­cjo­nistka zawie­siła głos, jakby potrze­bo­wała czasu, żeby posta­no­wić, co i jak powie­dzieć. - Tylko chyba za bar­dzo nie poroz­ma­wia pan sobie z panem Wal­de­ma­rem.

- Bo...?

- Ma lep­sze i gor­sze dni. Dzi­siaj aku­rat wypadł ten gor­szy.

- Co mu dolega?

- Sta­rość, pro­szę pana - w jej gło­sie pobrzmie­wały nutki żalu. Chyba nale­żała do nie­zbyt licz­nego grona opie­ku­nów, któ­rzy choć tro­chę przej­mo­wali się losem swo­ich pod­opiecz­nych. Zresztą w takiej robo­cie nad­miar empa­tii może namie­szać w gło­wie. - Pan Wal­de­mar ma postę­pu­jącą demen­cję.

I dobrze kuta­sowi!, pomy­śla­łem odru­chowo, bez więk­szej mści­wo­ści. Choć może nie do końca, bo pew­nie nie ma świa­do­mo­ści lub po pro­stu nie pamięta, ile krzywd wyrzą­dził w swoim pod­łym życiu.

- Jed­nak chciał­bym spró­bo­wać z nim poroz­ma­wiać. Albo cho­ciaż go zoba­czyć.

Bez słowa ski­nęła dło­nią i popro­wa­dziła w stronę kory­ta­rza po pra­wej stro­nie hallu. Przez krótki łącz­nik, prze­szklony od pod­łogi po sufit, dotar­li­śmy do nowej czę­ści ośrodka. Po dro­dze minęła nas jedy­nie kobieta z obsługi, która pchała wózek z brud­nymi naczy­niami. Gruba wykła­dzina tłu­miła nasze kroki, co jesz­cze bar­dziej potę­go­wało wra­że­nie ogar­nia­ją­cej mnie cichej mar­twoty.

- Zawsze tu tak?

Recep­cjo­nistka spoj­rzała na mnie z ukosa.

- Co pan ma na myśli?

- Tak cicho.

- Po pro­stu zapew­niamy naszym gościom spo­kój, któ­rego potrze­bują.

Cokol­wiek to zna­czy, pomy­śla­łem, ale nie drą­ży­łem. Może pokoje pen­sjo­na­riu­szy były świet­nie wygłu­szone? A może fasze­ro­wali ich jaki­miś otu­ma­nia­ją­cymi spe­cy­fi­kami? Nie moja sprawa. Rzadko bywa­łem w takich miej­scach, a jeśli już - miało to zwią­zek z pracą. I zawsze wtedy obie­cy­wa­łem sobie, że moja babka Feli­cja ni­gdy do takiego miej­sca nie trafi, choć­bym nawet miał tkwić u jej łóżka mie­sią­cami. Odpu­kać w nie­ma­lo­wane!

Recep­cjo­nistka nie zapu­kała, tylko otwo­rzyła drzwi ozna­czone nume­rem szes­na­ście i gestem poka­zała, że mogę wejść. Naj­pierw rozej­rza­łem się po pomiesz­cze­niu. Wyglą­dało jak zmi­nia­tu­ry­zo­wana kawa­lerka pod wyna­jem. Spore okno z wido­kiem na zaorane pole, ume­blo­wa­nie jak w hote­lo­wym pokoju, drzwi po lewej pro­wa­dziły pew­nie do łazienki. Do cało­ści nie paso­wał tylko duży skó­rzany fotel usta­wiony przy oknie, z pokry­ciem sta­rym, spę­ka­nym, peł­nym bruzd i zagnie­ceń. W fotelu sie­dział on, Wal­de­mar Zator­ski, czyli moja ostat­nia nadzieja. Zde­men­ciała.

Chwy­ci­łem krze­sło sto­jące przy nie­wiel­kim biurku, usta­wi­łem przed fote­lem i usia­dłem. Zator­ski nie zare­ago­wał, gapił się przez okno. Był chudy albo nawet wychu­dzony. Zapad­nięte policzki pokry­wała siwa szcze­cina. W Cichej Przy­stani opieka nad pen­sjo­na­riu­szami chyba jed­nak nieco kulała. Chrząk­ną­łem. Dalej nie reago­wał, więc przy­su­ną­łem się z krze­słem pod samo okno. Wypło­wiałe bla­do­szare oczy Zator­skiego prze­su­nęły się po mnie. Patrzył na mnie, ale nie mia­łem pew­no­ści, czy mnie widzi, bo w żaden spo­sób nie dał poznać, że zare­je­stro­wał moją obec­ność. Chrząk­ną­łem raz jesz­cze.

- Nazy­wam się Kon­rad Rowicki.

Nazwi­sko wypo­wie­dzia­łem powoli i dobit­nie, licząc na to, że jego dźwięk wywoła w podziu­ra­wio­nym mózgu starca jaki­kol­wiek rezo­nans. Próżne nadzieje. Jed­nak się nie pod­da­łem. Nie po to jecha­łem tu tyle godzin, by popa­trzeć sobie przez chwilę na Zator­skiego.

- W latach sie­dem­dzie­sią­tych zna­łeś moich rodzi­ców - nie zamie­rza­łem mu "pano­wać". - Rowic­kich - znowu zaak­cen­to­wa­łem nazwi­sko. - Matka była nauczy­cielką, a ojciec dzien­ni­ka­rzem. Dzia­łali w opo­zy­cji, a ty ich śle­dzi­łeś.

Zator­ski nie reago­wał, bo chyba strużka śliny spły­wa­jąca mu z kącika ust nie świad­czyła o tym, że moje słowa do niego docie­rają. Nie zamie­rza­łem jej ocie­rać. Sama­ry­ta­nin we mnie scho­wał się gdzieś bar­dzo głę­boko.

- Śle­dzi­łeś ich... - powtó­rzy­łem, sta­ra­jąc się zna­leźć słowa, które mogłyby tra­fić do Zator­skiego. - Moi rodzice, Rowiccy, zgi­nęli w wypadku samo­cho­do­wym w roku 1982. Niby nic nie­zwy­kłego. Kiep­skie drogi i samo­chody. Takie były czasy. A może to jed­nak nie był banalny wypa­dek? Ojciec był ponoć dobrym kie­rowcą. I tak po pro­stu nie opa­no­wał auta, które wpa­dło w poślizg? Może coś na ten temat wiesz? W końcu sie­dzia­łeś im na ogo­nie. To zna­czy, z tego, co usta­li­łem, głów­nie mojemu ojcu. Nie­ważne - sta­rzec wciąż sie­dział bez ruchu, z wzro­kiem wbi­tym gdzieś w ścianę. Coraz wyraź­niej docie­rało do mnie, że gada­nie do niego nie ma sensu. - Więc wiesz? Może jakieś zmory z noc­nych kosz­ma­rów przy­po­mi­nają ci o tym? Może nie zapo­mnia­łeś o trau­mach? Może widzisz ich w prze­bły­skach świa­do­mo­ści? Twoi ponu­rzy kole­dzy albo nie żyją, albo nie mam do nich podej­ścia, bo świet­nie, bez­piecz­nie usta­wili się w nowej rze­czy­wi­sto­ści. A ty? Chyba tak sobie, jeśli prze­sia­du­jesz w tym jeba­nym fotelu, cze­ka­jąc na śmierć. Zator­ski, powiedz cokol­wiek, chuju zła­many! Cho­ciaż spójrz na mnie!

Już wycią­ga­łem ręce, żeby chwy­cić go za powy­cią­gany swe­ter i potrzą­snąć, ale zamar­łem w pół ruchu. Co ty, Rowicki, naj­lep­szego wypra­wiasz! Zerwa­łem się z krze­sła tak gwał­tow­nie, że upa­dło z hukiem na par­kiet. Zator­ski nawet nie drgnął. Na jego szczę­ście prze­by­wał pew­nie w innym, cał­ko­wi­cie spo­koj­nym świe­cie. Trudno.

Byłem już w drzwiach, kiedy w miej­scu osa­dził mnie chra­pliwy głos starca:

- Róże, szu­kaj róż.

Pod­sko­czy­łem do Zator­skiego.

- Co to zna­czy? Jakie znowu róże?!

Nie poru­szył się, znowu patrzył na mnie nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. Znowu zapadł się w sobie. Zada­wa­nie kolej­nych pytań nie miało sensu. Żad­nego.

Sze­dłem powoli kory­ta­rzem Cichej Przy­stani i zasta­na­wia­łem się, o co cho­dzi z tymi różami. I czy w ogóle cho­dzi o cokol­wiek. Może było to zwy­czajne spię­cie na słabo dzia­ła­ją­cych synap­sach. Nic wię­cej.

Rozdział pierwszy. Ukraińskie zlecenie

Roz­dział pierw­szy Ukra­iń­skie zle­ce­nie

23 czerwca 2016, czwar­tek, Kra­ków

Bło­go­sła­wi­łem, jak leci, wszyst­kie dary lokali w sta­rych kamie­ni­cach. Leciwe rury insta­la­cji wodo­cią­go­wej, przez które woda nie­ustan­nie miała posmak kamie­nia i żelaza. Deli­katny zapa­szek grzyba, któ­rego nie masko­wała świeża war­stwa farby. Nawet kaflowe piece prze­ro­bione na elek­tryczne, któ­rymi ogrze­wa­nie kosz­to­wało zimą małą for­tunę. Albo i nie­małą. Coś o tym wie­dzia­łem. Bło­go­sła­wi­łem więc wszel­kie dobro i zło pomiesz­ki­wa­nia w kamie­ni­cach, bo miały jedną klu­czową zaletę - w upalne dni nawet bez kli­ma­ty­za­cji pano­wał w nich kojący skórę i umysł chłód.

Czer­wiec posta­no­wił pouda­wać śro­dek gorą­cego lata. Cho­ciaż wła­ści­wie nie przy­po­mi­nał żad­nego czerwca, jakiego doświad­czy­łem w nie tak znowu krót­kim życiu. Fale trzy­dzie­sto­stop­nio­wych upa­łów dzień po dniu zale­wały nieckę, w któ­rej roz­go­ścił się Kra­ków. Powie­trze miało kon­sy­sten­cję pit­nego kisielu, a prze­ska­ki­wa­nie z jed­nej strefy cie­nia do dru­giej zamie­niało się w sport eks­tre­malny. Sta­rusz­ko­wie łapali oddech niczym ryby wyrzu­cone na brzeg. Podob­nie ja, bo lata pale­nia fajek zro­biły swoje. Mimo że do biura przy ulicy Mio­do­wej mia­łem z domu kwa­drans spa­ceru, pod­je­cha­łem dwa przy­stanki tram­wa­jem. Nie­wiele to pomo­gło, bo led­wie wysia­dłem, cały spły­ną­łem potem, choć mia­łem na sobie tylko krót­kie gatki, nie­godne doro­słego męż­czy­zny, i obszerny T-shirt. No i japonki, a jakże. Jeśli w ogóle wyglą­da­łem na pry­wat­nego detek­tywa, to raczej na takiego z Miami.

Wspi­na­łem się na pierw­sze pię­tro, wykli­na­jąc upał i sie­bie samego. Mogłem zostać w domu. Nawet powi­nie­nem, bo w zasa­dzie nie mia­łem niczego pil­nego do zro­bie­nia w biu­rze. Ale kilka mie­sięcy temu obie­ca­łem sobie, że upo­rząd­kuję moje zwi­chro­wane, cha­otyczne życie. Wci­snę je w sztywne ramy dla zacho­wa­nia higieny psy­chicz­nej. Żad­nego bar­ło­że­nia w domu całymi dniami. Od ponie­działku do piątku praca w biu­rze - przy­naj­mniej po kilka godzin dzien­nie. Bez wyjąt­ków. Dys­cy­plina, te sprawy, jak mawiał mój były prze­ło­żony. I to posta­no­wie­nie reali­zo­wa­łem z nad­ludzką kon­se­kwen­cją. Jak nie ja. Czło­wiek jed­nak potrafi się zmie­nić, cho­ciaż cho­lera wie po co.

Zacią­gną­łem żalu­zje, by pro­mie­nie słońca nie kłuły mnie w plecy, ciężko opa­dłem na fotel i odpa­li­łem kom­pu­ter. Rzę­ził, jakby i jemu upał mocno dał się we znaki, w końcu wystar­to­wał. Spraw­dzi­łem pocztę, zna­la­złem sporo spamu oraz nie­zwy­kle atrak­cyjną ofertę ze sklepu z mili­ta­riami. Nie, nie potrze­bo­wa­łem nok­to­wi­zora. Potrze­bo­wa­łem nowych zle­ceń czy choćby wstęp­nych zapy­tań, ale żad­nych nie było. Nie­do­brze.

W zeszłym tygo­dniu zakoń­czy­łem spraw­dza­nie sieci hur­towni spo­żyw­czych dla klienta, który zamie­rzał nawią­zać z nią współ­pracę. Ostrożny czło­wiek, takich lubię naj­bar­dziej. Nie naro­bi­łem się, hur­townie dzia­łały na cał­ko­wi­tym legalu i bez więk­szych uste­rek. Teraz dopi­na­łem sprawę roz­wo­dówki. Banalna, powta­rzalna do znu­dze­nia histo­ria. Mąż w kry­zy­sie wieku śred­niego zaczął ska­kać na boki, żonie to się oczy­wi­ście bar­dzo nie spodo­bało. Udo­ku­men­to­wa­nie zdrad zajęło mi led­wie trzy dni, bo typ nawet spe­cjal­nie nie krył się z kochanką. Mia­łem jesz­cze na tape­cie sprawę win­dy­ka­cji długu, która cią­gnęła się od kilku tygo­dni. Niby nie cho­dziło o wiele, led­wie pięć­dzie­siąt tysięcy, jed­nak dłuż­nik sku­tecz­nie się wymy­kał, co już zaczy­nało mnie draż­nić. I tyle.

Żaden nowy temat nawet nie maja­czył na roze­dr­ga­nym od upału hory­zon­cie. Mia­łem wpraw­dzie tro­chę oszczęd­no­ści, ale zbli­żały się waka­cje, czyli czas, kiedy bliźni sku­piają się na trwo­nie­niu pie­nię­dzy pod­czas urlo­pów i zagra­nicz­nych wycie­czek, odsu­wa­jąc roz­wią­zy­wa­nie mniej­szych lub więk­szych pro­ble­mów na póź­niej. Oni na chwilę mieli święty spo­kój, a ja - pustki na kon­cie. Taka spe­cy­fika branży.

Pół­le­ża­łem w fotelu, zapa­li­łem. W moim biu­rze było względ­nie chłodno, więc papie­ros wresz­cie sma­ko­wał, jak powi­nien. Spoj­rza­łem na poroz­rzu­cane na biurku i pół­kach szafki papiery. Powi­nie­nem zacząć przy­go­to­wy­wać doku­menty dla księ­go­wej, ale na to mia­łem jesz­cze czas. Upał i pro­kra­sty­na­cja zawsze chęt­nie cha­dzają pod ramię. Zaj­rza­łem do ser­wi­sów infor­ma­cyj­nych w inter­ne­cie. Nie, żeby nad­mier­nie inte­re­so­wały mnie przy­gody świata i oko­lic. Zwy­czaj­nie nie mia­łem nic innego do zro­bie­nia. W Anglii odbyło się refe­ren­dum w spra­wie bre­xitu. Ot, wyspiar­skie fana­be­rie. Inter­pol zatrzy­mał dwa­dzie­ścia sześć osób podej­rza­nych o udział w prze­my­cie migran­tów. Wia­domo, co jest nie­le­galne, to jest opła­calne, a hieny żeru­jące na ludz­kim nie­szczę­ściu znaj­dują się zawsze i wszę­dzie. Pod­czas demon­stra­cji w Paryżu zatrzy­mano stu trzy­na­stu mani­fe­stan­tów. To się chło­paki z ich­niej­szej pre­wen­cji naro­bili...

Drgną­łem na dźwięk domo­fonu. Nerwy? Nie­ko­niecz­nie, po pro­stu rzadko go sły­sza­łem, nie byłem przy­zwy­cza­jony. Na listo­no­sza było sta­now­czo za wcze­śnie. Kurier? Byłem zbyt sta­ro­świecki, żeby wkrę­cić się w zakupy w sieci, więc kurier też odpa­dał. Czyżby zbłą­kany klient? Więk­szość klien­tów wcze­śniej uma­wiała się tele­fo­nicz­nie lub mej­lowo. Pode­rwa­łem się z fotela i pod­nio­słem słu­chawkę. Kobiecy głos z wyraź­nym wschod­nim zaśpie­wem dopy­ty­wał, czy dobrze tra­fił i czy to biuro detek­tywa. A więc jed­nak klientka. Chwa­lić pana i zastępy anio­łów jego!

Usły­sza­łem deli­katne puka­nie do drzwi, sta­łem tuż obok, więc zaraz otwo­rzy­łem. Zapro­si­łem kobietę do środka, wska­za­łem na krze­sło, a sam usia­dłem za biur­kiem i uśmiech­ną­łem się lekko. Zgod­nie z zasadą: fron­tem do klienta. Kobieta wyglą­dała na lekko spło­szoną i nie­pewną. Nie ona jedna, w końcu nie co dzień zacho­dzi się do pry­wat­nego detek­tywa. A taki łaps to jed­nak tro­chę jakby poli­cjant - a ci wzbu­dzają drże­nie nawet w pra­wo­rząd­nych do szpiku kości oby­wa­te­lach. Naj­czę­ściej w nich, bo w zbó­jach już nie­ko­niecz­nie. Była szczu­pła, miała far­bo­wane na blond włosy spięte w koń­ski ogon. Mogła mieć ze trzy­dzie­ści lat. Może mniej, może wię­cej, bo mocny maki­jaż sporo masko­wał. Ukra­inka? W końcu coraz wię­cej Ukra­iń­ców miesz­kało w Kra­ko­wie i oko­li­cach. I nie tylko w moim mie­ście. Ukra­inki miały w zwy­czaju para­do­wać w wie­czo­ro­wych maki­jażach w środku dnia. Mnie to nie prze­szka­dzało, ale zda­rzało mi się sły­szeć w tram­waju komen­ta­rze kra­kow­skich pańć, że kto to widział tak się pacy­ko­wać, że porząd­nej kobie­cie to nie przy­stoi. Nie wyczu­wały róż­nic kul­tu­ro­wych, ja za to uwiel­bia­łem wszel­kie odmien­no­ści.

Mil­cze­nie prze­dłu­żało się, klientce naj­wy­raź­niej trudno było ubrać w słowa to, z czym do mnie przy­szła. Prze­ją­łem ini­cja­tywę.

- Jak mógł­bym pani pomóc? Bo zakła­dam, że szuka pani pomocy.

Kobieta uśmiech­nęła się blado i moc­niej ści­snęła w dło­niach uszy trzy­ma­nej na kola­nach torby.

- Ja... - zaczęła, ale zaraz się zawie­siła.

- Zacznijmy może od samego początku. Ja nazy­wam się Kon­rad Rowicki i jestem pry­wat­nym detek­ty­wem, ale to na pewno pani już wie.

Znowu uśmiech, tym razem o kilka mili­me­trów szer­szy.

- Oksana Dziuba nazy­wam się.

- Miło mi, pani Oksano. Teraz pro­szę opo­wie­dzieć, co panią do mnie spro­wa­dza. Po kolei i spo­koj­nie. Mamy czas.

- Z Ukra­iny jestem... - tra­fi­łem! - Ze Lwowa, ale w waszym kraju miesz­kam, już trzy lata będzie. Pra­cuję jako... - naj­wy­raź­niej szu­kała w pamięci wła­ści­wego słowa - domem u takich jed­nych pań­stwa się zaj­muję.

Oksana cał­kiem nie­źle mówiła po pol­sku, tyle że z ukra­iń­skim zaśpie­wem i cha­rak­te­ry­stycz­nym szy­kiem prze­staw­nym zda­nia, z cza­sow­ni­kiem na końcu. Na razie nie wie­dzia­łem, do czego zmie­rza i czy poda­wane przez nią infor­ma­cje są istotne, ale chcia­łem, żeby zaczęła mówić swo­bod­nie, więc jej nie prze­ry­wa­łem.

- U pań­stwa Kor­tow­ski - dodała zaraz. - I u nich w domu była pana detek­tywa wizy­tówka. Ja nie wie­dzia­łam, czy mogę spi­sać pana adres z wizy­tówki. Pani spy­ta­łam, pozwo­liła, tylko wypy­tała mnie dokład­nie, o co wła­ści­wie cho­dzi. Ja powie­dzia­łam, musia­łam.

Kor­tow­ska - i wszystko jasne. Mia­łem z nią do czy­nie­nia na początku roku. Klientka z gatunku wysoce upier­dli­wych. Wbiła sobie do głowy, że jej mąż, pośledni dyrek­tor w spo­rym banku, ją zdra­dza. Poła­zi­łem więc za nim. Oka­zało się, że Kor­tow­ski jest kla­sycz­nym przy­pad­kiem pra­co­ho­lika. Bez wąt­pie­nia zanie­dby­wał żonę, ale na pewno jej nie zdra­dzał. Kor­tow­ska nie chciała tego przy­jąć do wia­do­mo­ści, zarzu­cała mi, że nie przy­kła­dam się do pracy. A w końcu wypa­liła, że powo­do­wany sam­czą soli­dar­no­ścią kryję liczne występki jej ślub­nego. Zgo­dzi­łem się wziąć połowę wyna­gro­dze­nia, byle tylko znik­nęła z mojego życia. Byłem pewien, że praca u Kor­tow­skich wyma­gała od Oksany aniel­skiej cier­pli­wo­ści. Prawdę powie­dziaw­szy, żal mi jej było, tak zwy­czaj­nie po ludzku.

- Znam Kor­tow­skich - powie­dzia­łem.

- Ja wiem. I pani mówiła... - Ukra­inka urwała. Na jej policz­kach wykwitł rumie­niec. - Ja to nie wiem, czy mogę...

Zachę­ci­łem ją gestem dłoni do mówie­nia.

- Ale to ona mówiła - zastrze­gła - że z pana to dupa, nie detek­tyw.

Nie spo­dzie­wa­łem się, że Kor­tow­ska będzie bie­gać po Kra­ko­wie i roz­gła­szać moją sławę i chwałę.

- A jed­nak pani do mnie przy­szła.

- Bo... - znowu urwała.

- Bo pani nie za bar­dzo swo­jej pra­co­daw­czyni wie­rzy.

Led­wie ski­nęła głową.

- Dobrze, zostawmy to. Jaki ma pani pro­blem?

- To nie ja wła­ściwe, tylko o przy­ja­ciółkę się mar­twię.

- Kto to i co się z nią dzieje?

Oksana wes­tchnęła ciężko.

- To o Tatiankę cho­dzi, Tatianę Zin­czenko. Od małego się znamy, w sąsiedz­twie miesz­ka­ły­śmy przez jakiś czas.

Prze­rwała, gło­śno prze­łknęła.

- Może wody? - spy­ta­łem, cho­ciaż zaraz zorien­to­wa­łem się, że nie mam poję­cia, czy została mi jesz­cze pełna butelka mine­ral­nej.

Ski­nęła głową. Na szczę­ście w łazience mia­łem butelkę wody, ostat­nią ze zgrzewki. Nala­łem pełen kubek i poda­łam Oksa­nie. Piła długo. Otarła usta wierz­chem dłoni. Ten gest, nie wie­dzieć czemu, wydał mi się roz­czu­la­jący.

- No tak... - chrząk­nęła - już dawno chcia­łam ją ścią­gnąć do sie­bie, tutaj. Bo tam u nas z pracą i pie­niędzmi jest nie za dobrze. Nie chciała zosta­wiać matki i młod­szej sio­stry. Ja to rozu­miała. Tak ze dwa mie­siące nazad zadzwo­niła i powie­działa, że tra­fiła się jej dobra robota tutaj, w Pol­sce. I że przy­je­dzie nie­długo i się spo­tkamy. Na to się cie­szy­łam. W Kra­ko­wie miała być dwa tygo­dnie temu. Przed wyjaz­dem z Ukra­iny dzwo­niła, że następ­nego dnia u mnie będzie. Ja miesz­ka­nie wysprzą­tała, pie­roż­ków nago­to­wała, bo wiem, że Tatianka lubi...

- Ale Tatiana nie przy­je­chała.

- No nie. Naj­pierw nie przej­mo­wa­łam się. Cza­sami z trans­por­tem bywa trudno, coś z połą­cze­niami. Jak to w podróży. Nor­malna. Ale po dwóch dniach zaczę­łam się nie­po­koić. Nie odbie­rała tele­fonu. A potem miała wyłą­czony. Zadzwo­ni­łam do jej matki. Powie­działa, że Tatianka jest w Pol­sce. No, jak jest, jak jej nie ma?

- Tego pani nie wie. Może zmie­niła plany, może wcze­śniej musiała się sta­wić w nowej pracy. Róż­nie bywa.

- Nie, nie, nie... - Oksana ener­gicz­nie pokrę­ciła głową. - Gdyby coś się u niej pozmie­niało, na pewno by zadzwo­niła, dała znać. To mądra, odpo­wie­dzialna dziew­czyna. I od dwóch tygo­dni nie ode­zwała się ani do mnie, ani do matki. Coś złego musiało jej się stać. Nie­do­brych ludzi, takich, co oszu­kują, nie brak. I ja bym chciała, żeby pan jej poszu­kał - otwo­rzyła torebkę i zaczęła w niej grze­bać. - Ja oszczęd­no­ści mam. Ja zapłacę.

- Pani Oksano...

Nie wie­dzia­łem, jak zako­mu­ni­ko­wać jej prawdę. Zamarła z kopertą w dłoni.

- Sprawa wygląda na poważną, tylko jest jeden pro­blem. Nie spe­cja­li­zuję się w poszu­ki­wa­niu osób zagi­nio­nych.

To była naj­szczer­sza prawda. Nie chcia­łem robić Oksa­nie złud­nych nadziei ani jej nacią­gać. Na pewno nie ją.

- Ale pan prze­cież pry­watny detek­tyw.

- Zga­dza się, ale zwy­kle zaj­muję się innymi spra­wami. Przy­kro mi.

- Ja pro­szę - zaszkliły się jej oczy. - Ja nawet na mili­cji była. Powie­dzieli mi, że nic nie mogą zro­bić.

Nic dziw­nego. Kto by tam się nad­mier­nie przej­mo­wał oby­wa­telką obcego pań­stwa, która może wje­chała do Pol­ski, a może i nie wje­chała. Obsta­wia­łem, że pew­nie nawet nie spraw­dzili, czy prze­kro­czyła gra­nicę.

- Pani Oksano...

- Ja bar­dzo pro­szę, może pan się zasta­nowi. Ja wiem, że pan bar­dzo zajęty, ale mnie tak zależy. A nie mam już do kogo się tu zwró­cić.

Aku­rat zajęty nie byłem. Jed­nak nie byłem prze­ko­nany, czy podo­łam takiej spra­wie. Gdy­bym wciąż był poli­cjan­tem, byłoby mi łatwiej, miał­bym wię­cej moż­li­wo­ści i opcji. Ale teraz? Jako pry­watny detek­tyw zaj­mo­wa­łem się pro­stymi i na swój spo­sób oczy­wi­stymi spra­wami.

Odwró­ci­łem wzrok. Byłem pewien, że w tym momen­cie nie powiem Oksa­nie sta­now­czo "nie". Zwy­czaj­nie nie dał­bym rady. Taki ze mnie twar­dziel. Posta­wi­łem więc na metodę uniku, jakże czę­sto przeze mnie wyko­rzy­sty­waną, i powie­dzia­łem:

- Dobrze, zasta­no­wię się.

Z ust Ukra­inki wyrwało się ciche wes­tchnie­nie ulgi.

- Pro­szę zadzwo­nić do mnie jutro po połu­dniu.

Wysu­ną­łem szu­fladę, wyją­łem z niej wizy­tówkę i poda­łem Oksa­nie.

- Żeby nie musiała się pani kolejny raz tłu­ma­czyć Kor­tow­skiej - doda­łem.

Po raz pierw­szy, odkąd weszła do mojego biura, Oksana uśmiech­nęła się sze­roko.

Znu­żyło mnie uda­wa­nie, że robię coś istot­nego i nie­cier­pią­cego zwłoki. W myślach i tak wciąż obra­ca­łem roz­mowę z Ukra­inką. Co począć z tym zle­ce­niem? Bo prze­cież było to zle­ce­nie.

Nastała pora obia­dowa, więc zamkną­łem kom­pu­ter i biuro, żeby poma­sze­ro­wać na Żyda. Z tym masze­ro­wa­niem prze­sa­dzi­łem. Wystar­czyło, że wysze­dłem z bramy kamie­nicy przy Mio­do­wej, a tro­pi­kalny upał oble­pił mnie niczym mokre prze­ście­ra­dło. Dowlo­kłem się na plac, przez chwilę zasta­na­wia­łem się, czy nie wziąć mega­scha­bo­wego z Baru u Endziora. Lubi­łem pro­stą, sycącą kuch­nię. W takim żarze chyba jed­nak nie prze­łknął­bym nic cie­płego. Scho­wa­łem się pod mar­kizą knajpy Tajem­ni­czy Ogród, w cie­niu było odro­binę lepiej. Ciut, ciut. Zamó­wi­łem sałatkę z kozim serem i kiszo­nym bura­kiem. Nie prze­pa­da­łem za, wedle okre­śle­nia babki Feli­cji, zie­lo­nym, ale prze­cież coś musia­łem zjeść.

Cze­ka­jąc na posi­łek, patrzy­łem na plac i krę­cą­cych się po nim ludzi. Mimo upału po placu szwen­dało się sporo tury­stów, któ­rzy ostat­nio sta­wali się praw­dziwą zmorą kra­kow­skiego Kazi­mie­rza. Jesz­cze do nie­dawna trzy­mali się oko­lic Rynku, teraz zagar­niali kolejną dziel­nicę. Kusiła ich histo­ria, momen­tami mroczna, Żydów, ale jesz­cze bar­dziej mno­gość knajp, gdzie można się było najeść i zaba­wić naprawdę bar­dzo tanio. Jak dla nich. Wle­wali się w tę dziel­nicę niczym woda w czas powo­dzi, zawłasz­czali prze­strzeń, pano­szyli. Jasne, liczyły się pie­nią­dze, które zosta­wiali w oko­licznych hoste­lach i knaj­pach. Tyle tylko, że przy oka­zji zmie­niali tra­dy­cyjne miej­sce spo­tkań kra­ko­wian w gło­śną, zaszczaną impre­zow­nię, wypie­ra­jąc lokal­sów za Wisłę, na Pod­gó­rze. Całe szczę­ście, że swego czasu nie zde­cy­do­wa­łem się wyna­jąć tu miesz­ka­nia, wybra­łem spo­kojną uliczkę Potiebni, nie­da­leko Rynku Pod­gór­skiego. Oczy­wi­ście, mogłem uda­wać, że tabuny tury­stów wcale mnie nie iry­tują. Prawda była jed­nak taka, że coraz lepiej rozu­mia­łem miesz­kań­ców Bar­ce­lony, któ­rzy na bal­ko­nach wywie­szali trans­pa­renty z napi­sami: "Tury­sto - precz do domu!".

Bez prze­ko­na­nia grze­ba­łem w sałatce, zasta­na­wia­jąc się, co począć ze zle­ce­niem Oksany. Nie do końca było prawdą, że wcale nie zaj­mo­wa­łem się poszu­ki­wa­niem zagi­nio­nych. Zda­rzało mi się już szu­kać ali­men­cia­rzy, któ­rzy uchy­lali się od pła­ce­nia. Ostat­nia sprawa win­dy­ka­cji długu też do tego się spro­wa­dzała. Ale - żeby być pre­cy­zyj­nym - nie cho­dziło tu o zagi­nio­nych, tylko ukry­wa­ją­cych się, cho­ciaż w obu przy­pad­kach meto­do­lo­gia poszu­ki­wań była podobna. Pro­ble­mem w zle­ce­niu Oksany było pro­wa­dze­nie sprawy za gra­nicą. Żeby sku­tecz­nie szu­kać Tatiany, musiał­bym zacząć sprawę w Ukra­inie. A nie byłem pewien, czy pora­dzę sobie na obcym tere­nie bez żad­nego wspar­cia. Wpraw­dzie pro­wa­dzi­łem już docho­dze­nie w Gre­cji, tyle że wtedy tam prze­by­wa­łem, a sprawa sama mnie zna­la­zła. No i jesz­cze kwe­stia pie­nię­dzy, bo prze­cież wszystko - dobrze, pra­wie wszystko - spro­wa­dza się do kasy. Nie mia­łem żad­nych oszczęd­no­ści, a przy poszu­ki­wa­niu Tatiany musiał­bym naj­pierw tro­chę drob­nych zain­we­sto­wać. Nie sądzi­łem, że mógł­bym liczyć na natych­mia­stowy zwrot kosz­tów przez Oksanę. Tę burzę mózgu zakoń­czy­łem stwier­dze­niem, że powi­nie­nem wyjąć kartkę oraz dłu­go­pis i zro­bić zesta­wie­nie wszyst­kich "za" i "prze­ciw". Tylko że ja ni­gdy tak nie robi­łem. Tym razem rów­nież zasto­so­wa­łem moją ulu­bioną stra­te­gię: się zoba­czy.

Nim doja­dłem sałatkę, roz­dzwo­niła się komórka. Na wyświe­tla­czu poja­wiło się jedno słowo: "Kieł­basa". Kie­dyś reago­wa­łem na jego próby kon­taktu aler­gicz­nie, teraz już mniej. Rado­snym jak zwy­kle gło­sem zapro­sił mnie do sie­bie na wie­czor­nego grilla. Z obo­wiąz­ko­wym piwem w nie­ogra­ni­czo­nych ilo­ściach. Grill w czwar­tek?, zdzi­wi­łem się. Na taki kon­cept mógł wpaść tylko Sta­szek. Ale co mi tam! Nie mia­łem na wie­czór cie­kaw­szych pla­nów, więc przy­ją­łem zapro­sze­nie.

- Ale co, no co? Nie weź­miesz tej sprawy? - gorącz­ko­wał się Sta­szek.

- Zwy­czaj­nie nie wiem, czy podo­łam.

- No kto, jak nie ty.

Roze­śmia­łem się ser­decz­nie. Głę­boka wiara Kieł­basy w moje umie­jęt­no­ści jako śled­czego czy pry­wat­nego detek­tywa wciąż mnie roz­ba­wiała. A przy tym w nie­ja­sny dla mnie spo­sób roz­czu­lała.

- Czemu ty się ze mnie śmie­jesz, no czemu? - w gło­sie Staszka sły­chać było lekki wyrzut.

Kum­pel ni­gdy nie był bie­gły w odczy­ty­wa­niu emo­cji oraz zawi­ło­ści i niu­an­sów komu­ni­ka­cji mię­dzy ludźmi. Pew­nie przez szcze­rość i dzie­cięcą naiw­ność, któ­rej ni­gdy do końca się nie wyzbył.

- Nie śmieję się - odpar­łem, bo wie­dzia­łem, że takiego, wprost, zaprze­cze­nia potrze­buje. - A tej sprawy - zmie­ni­łem temat - raczej nie wezmę. I tyle.

- Ale niby jak to? Kobie­cie nie pomo­żesz? Niby czemu?

- Sta­szek, co to za dzi­waczny argu­ment?

- Bar­dzo ważny, myślę, że tak myślę - powie­dział z pełną powagą i w swoim nie­po­wta­rzal­nym języku.

Przy­znam, że w końcu zasta­no­wiło mnie to, co powie­dział. Żeby zyskać czas na prze­my­śle­nie odpo­wie­dzi, chcia­łem zapa­lić, ale paczka, którą mia­łem w kie­szeni, była pusta. Sta­now­czo za dużo kurzy­łem, ale przy piwie było to nie­unik­nione. Nie ma co wal­czyć w prze­gra­nych bitwach.

- Idę do środka po fajki. Zaraz wra­cam.

Sta­szek spoj­rzał na mnie z wyrzu­tem.

- Ty, Kon­rad, nie ucie­kaj, ty, no, poważ­nie ze mną poga­daj.

To ja niby ucie­kam? Tak? Kieł­basa pod­niósł mi ciśnie­nie, które po kilku kro­kach zaczęło jed­nak opa­dać. Ucieczka? Może był w tym cień racji. Może od sprawy Tatiany zwy­czaj­nie ucie­ka­łem. W końcu zda­rzało mi się już ucie­kać, nawet czę­sto - przed pro­ble­mami, innymi ludźmi, a cza­sami przed samym sobą, cokol­wiek to zna­czyło.

Z Kieł­basą łączyła mnie długa i skom­pli­ko­wana rela­cja. Pozna­li­śmy się na stu­diach polo­ni­stycz­nych na Uni­wer­sy­te­cie Jagiel­loń­skim. Kiedy zda­rzyło nam się miesz­kać pod jed­nym dachem, myśla­łem, że udu­szę go gołymi rękami. Był iry­tu­jący, upier­dliwy i namolny. I wyda­wało mi się wtedy, że zwy­czaj­nie głupi. Póź­niej, w cza­sie stu­diów, sta­ra­łem się go uni­kać, zresztą podob­nie jak więk­szość zna­jo­mych z roku. Dwa lata temu przy­pa­dek zetknął nas na waka­cjach w Gre­cji. I myśla­łem, że był to zbieg oko­licz­no­ści z rodzaju nie­szczę­snych. I nie­przy­jem­nych. Tym bar­dziej że Sta­szek wcią­gnął mnie w sprawę dziw­nych zgo­nów trójki pol­skich tury­stów. A póź­niej... Ura­to­wał mi życie, a przy­naj­mniej zdro­wie. Kiedy prze­pro­wa­dzi­łem się do Kra­kowa, poma­gał mi, jak mógł. Prze­ko­na­łem się do niego. Dotarło do mnie, że Sta­szek jest w swój nie­po­wta­rzalny spo­sób dobrym czło­wie­kiem, wraż­li­wym i bez­in­te­re­sow­nie dba­ją­cym o innych. A że wciąż mnie iry­to­wał - inna sprawa.

Wró­ci­łem do ogrodu, zapa­li­łem.

- Rzu­cił­byś to świń­stwo, bo wiesz, no wiesz, to tylko zdro­wie ruj­nuje - napo­mniał mnie.

- Co ty, moja matka?

- Prze­cież ty już nie masz matki - zdzi­wił się szcze­rze.

Mach­ną­łem ręką. Dosłow­nie i w prze­no­śni. Poznaj­cie Staszka Kieł­basę - czło­wieka, który wszystko odbiera dosłow­nie.

Skoń­czył czy­ścić grill i usiadł w ogro­do­wym fotelu. Zbli­żała się pół­noc, ale wciąż było bar­dzo cie­pło i duszno. Świa­tła w domu Staszka poga­sły. Jego żona, Gośka, i nasto­let­nia córa, Baśka, poszły spać. Mnie nie było spieszno do domu i łóżka, Stasz­kowi chyba też nie. Sta­łem oparty o masywny, drew­niany stół i zasta­na­wia­łem się, czy odpa­le­nie następ­nej fajki od nie­do­pałka nie jest aby grubą prze­sadą. Uzna­łem, że tak. Kieł­basa wier­cił się w fotelu i wal­czył z koma­rami. Ulica Pła­szow­ska znaj­do­wała się sto­sun­kowo bli­sko Wisły i licz­nych ogród­ków dział­ko­wych, więc tego tała­taj­stwa było tu od cho­lery i tro­chę. Mnie komary ni­gdy spe­cjal­nie nie ata­ko­wały. Naj­wy­raź­niej mam złą krew.

Sta­szek raz po raz popa­try­wał na mnie.

- Żuczku biedny, wyduś to wresz­cie z sie­bie. Ulży ci - zachę­ci­łem go.

Klep­nął się w kolano. Starł z wnę­trza dłoni tru­chło komara.

- Bo, wiesz, bo ja wiem - zaczął nie­pew­nie.

- Wie­dza cenna rzecz. A tak dokład­niej, co wiesz?

- Dla­czego nie chcesz wziąć sprawy Tatiany.

- Oświeć mnie, mistrzu Yoda.

- To wszystko przez Pau­linę. Boisz się, że ci się przy­po­mni nie­szczę­śliwa miłość.

Matko z ojcem! Który facet gada z kum­plem przy piwie o nie­szczę­śli­wej miło­ści? Sta­szek naprawdę był ory­gi­na­łem.

Pau­lina - wła­śnie. Dwa lata temu, mając czter­dzie­ści dwa lata, zwią­za­łem się z kobietą, która miała lat dwa­dzie­ścia. Przy­znam, była to napę­dzana wza­jemną fascy­na­cją, tro­chę sza­lona akcja. Było miło, ale szybko się skoń­czyło. Poczu­łem przy­krość, kiedy mnie rzu­ciła, ale nie cier­pia­łem, bo liczy­łem się z takim koń­cem naszej przy­gody. Obie­ca­łem sobie wtedy, że dosyć już dziw­nych, nie­ro­ku­ją­cych związ­ków w moim pokrę­co­nym życiu. I nawet się tego trzy­ma­łem, nie licząc dwóch krót­kich roman­sów. Cóż, jed­nak zawsze cią­gnęło mnie do kobiet. Teraz mia­łem czter­dzie­ści cztery lata i pew­ność, że temat miło­ści jest w moim życiu defi­ni­tyw­nie zamknięty. Kocha­łem mocno i szcze­rze jedy­nie moją zmarłą żonę Marię. Ale to było tak dawno temu, że zda­wało mi się z innego życia, innego świata, w któ­rym i ja byłem cał­kiem odmienny od sie­bie teraź­niej­szego.

- I co, i co tak mil­czysz? - nie­cier­pli­wił się Sta­szek.

Jed­nak zmu­sił mnie do zapa­le­nia kolej­nego papie­rosa. Trudno.

- O Pau­li­nie już dawno zapo­mnia­łem.

- Jakoś nie wie­rzę.

- Twój pro­blem, Sta­szek.

Pokrę­cił głową.

- Wiesz, no wiesz, że cza­sami mnie tak bar­dzo wku­rzasz.

A to ci nie­spo­dzianka! Myśla­łem, że tylko on iry­tuje mnie, a nie na odwrót.

- A to niby dla­czego? - zacie­ka­wi­łem się.

- Bo no, bo tak do końca nie zamkną­łeś róż­nych spraw z prze­szło­ści. I tylko uda­jesz, że nie masz z tym pro­blemu. A masz, no masz, wiel­kie jak pira­midy Che­opsa.

- Ty nie bądź takim domo­ro­słym psy­cho­te­ra­peutą, bo się do tego nie nada­jesz - burk­ną­łem, pró­bu­jąc go zga­sić.

- Kon­rad, ja tylko...

- Późno już, muszę się zbie­rać. Dzięki za grilla i... - poto­czy­łem ręką dookoła.

Sta­szek tylko wes­tchnął.

Z Pła­szow­skiej na Potiebni nie mia­łem daleko, więc posze­dłem na pie­chotę. W tę nie­mal tro­pi­kalną noc mia­sto spało już dusz­nym snem. Uli­cami prze­my­kały nie­liczne samo­chody. Czu­łem smugi zapa­chu kwia­tów i spa­lin. Ucie­kłem od Staszka? Pew­nie tro­chę tak, ale nie to mnie gnę­biło. Wra­ca­łem do domu i roz­my­śla­łem. Zawsze pod­czas spa­ce­rów dobrze mi się myślało. Roz­my­śla­łem, jak­żeby ina­czej, o prze­szło­ści.

24 czerwca 2016, pią­tek, Kra­ków

Sprawa nie roze­szła się po kościach i - tak jak było do prze­wi­dze­nia - Oksana zadzwo­niła. Umó­wi­łem się z nią w knaj­pie Dru­kar­nia na Pod­gó­rzu, bo nie chciało mi się wlec do biura. Zapo­wie­działa, że zjawi się z kole­żanką, co odro­binę mnie zdzi­wiło. Może było jej zwy­czaj­nie nie­swojo roz­ma­wiać w knaj­pie sam na sam z pry­wat­nym detek­ty­wem? Ale skoro jej nie zale­żało na roz­mo­wie w cztery oczy, mnie tym bar­dziej nie prze­szka­dzała obec­ność dru­giej osoby. Umó­wi­łem się z nią w lokalu także dla­tego, że był pią­tek, więc nawet łap­sowi na dorobku nale­żała się odro­bina week­en­do­wej roz­rywki, któ­rej chcia­łem się oddać samot­nie po spo­tka­niu.

Koń­cząc z Oksaną roz­mowę przez tele­fon, nie mia­łem poję­cia, czy wezmę to zle­ce­nie. Nie wie­dzia­łem tego także wtedy, gdy już szyb­kim kro­kiem prze­ci­na­łem Rynek Pod­gór­ski. Śpie­szy­łem się, bo byłem spóź­niony. Tuż przed wyj­ściem z domu zadzwo­niła do mnie Feli­cja, roz­ga­da­li­śmy się, jak to zwy­kle z moją babką, o wszyst­kim i o niczym, no i stra­ci­łem rachubę czasu. Czy to nie zasta­na­wia­jące, że w całym życiu naj­le­piej roz­ma­wiało mi się z moją sta­ro­winką? Nie licząc Marii, która z roku na rok sta­wała się coraz bled­szym cie­niem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki