PROLOG
Dzwony dudniły w całym Rzymie. Tysiące
dzwonów, w które bito raz za razem. We wszystkich świątyniach akolici
potrząsali ręcznymi dzwonkami albo stukali prętami w czasze z brązu. Ten
huk niczym burzowe gromy zdawał się spływać z nieba na siedem wzgórz, na
których pobudowane było miasto, i przetaczał się dalej, poza jego
okazałe mury. Połączone brzmienie, swoiście rytmiczne, a przy tym
niemelodyjne, wdzierało się we wszystkie ulice i odbijało echem we
wnętrzach sanktuariów i pod sklepieniami.
Robotnicy przestali się uwijać przy pracy, zasłuchani z niemym podziwem
w dźwięki, które w takiej masie słyszeli pierwszy raz i niewykluczone,
że ostatni. Ich życie toczyło się od zawsze swoim torem, przepełnione
nadziejami i tragediami, w wiecznym wirze pracy i walki o utrzymanie
rodziny. Wszystko to zostało przerwane, lecz tylko na ten jeden poranek.
Bo właśnie tego dnia, nim słońce sięgnie zenitu, cesarz miał się ożenić.
Miał nałożyć złoty pierścień na palec kobiety, którą wielu znało z imienia. Agrypina. Córka w swoim czasie uwielbianego dowódcy Germanika.
Siostra Kaliguli, który budził przeraźliwy strach. Kobieta, która w prostej linii wywodziła się od cesarza Augusta.
Agrypina ukończyła już trzydzieści lat i miała własnego syna, a zatem
cesarz Klaudiusz nie znalazł sobie nieśmiałej dziewicy, która
osłodziłaby mu podeszły wiek. Powiadano, że siodła i rękawice robią się
wygodniejsze od zużycia. Że ogień nie musi buzować, by ogrzać łoże, i że
są tacy, którzy nawet nie wiedzą, iż potrzebują towarzystwa kobiety. No
chyba że ona takiego w tym stanowczo utwierdzi.
Na szczycie Celiusa pretor Juniusz Sylanus patrzył zdumiony na
pretorianów, którzy wdarli się do jego domu. Było za późno, by się
zastanawiać, jak mógł się przygotować na takie zagrożenie. Przytaszczyli
żelazny taran, by rozbić drzwi, które jeszcze poprzedniego dnia
sprawiały wrażenie zgrabnych i solidnych. Roztrzaskali je dwoma mocnymi
uderzeniami, dziwnie kojarzącymi się z biciem w dzwony. Także jego
służba nie była gotowa na zbrojny atak, zwłaszcza w ciemnościach. Słońce
jeszcze się nie pokazało, a tu ci żołnierze hałaśliwie panoszyli się w jego domu, przetrząsając wszystkie pokoje, aż wreszcie doszli do jego
łoża.
W bladym świetle jutrzenki Juniusz ukrył trwogę najlepiej, jak potrafił.
Miał dwadzieścia lat i w ręku trzymał gladius, pochwycony w ostatniej
chwili. Dom był duży, stanowił symbol bogactwa rodu Sylanów. Udało mu
się naciągnąć togę i wzuć sandały, ale włosy sterczały mu we wszystkie
strony, gdy tak stał naprzeciwko nich.
Zamrugał na widok uniformów, rozpoznając ludzi odpowiedzialnych za
bezpieczeństwo cesarza i jego rodziny. Pretorianie zlekceważyli go i rozeszli się po wnętrzu, sprawdzając drzwi i okna, by się upewnić, że
Juniusz rzeczywiście jest sam.
Intruzi wyraźnie się nie przejmowali pojedynczym mieczem, niestanowiącym
dla nich zagrożenia. Juniusz przeraził się, że zaraz zemdleje, bo serce
łomotało mu niemiłosiernie. A jednak w jego wnętrzu rozwinął się też
robak nadziei, niemalże zadając ból. Patrzył na cesarskich żołnierzy,
ludzi znających dyscyplinę i porządek. Juniusz Sylanus był senatorem i jednym z osiemnastu pretorów w całym imperium, urzędnikiem
jurysdykcyjnym. Jego oficjalny tytuł był drugi pod względem rangi, zaraz
po konsulach - nie licząc cesarza Klaudiusza, który stał ponad
wszystkimi.
Młody pretor poczuł nagle, że wygląda głupio z tym małym mieczem
zaciśniętym w drżącej dłoni. Cisnął go na łoże.
- Jestem pretorem, nazywam się Juniusz Sylanus Torkwatus - powiedział,
starając się, by jego głos brzmiał spokojnie i władczo.
Słyszał dzwony rozbrzmiewające na ulicach, dudniące w całym mieście.
Radosna atmosfera kłóciła się z kwaśnym posmakiem w jego ustach.
Oddychał powoli, czując, że stojący przed nim ludzie są pewni siebie.
Jego starszy brat wiedziałby, co robić. Marek był głową rodziny, bo miał
żonę i dzieci; już się upodobnił do ich ojca. Nieraz chronił Juniusza
przed dręczycielami. Gdyby dało się go wezwać zwykłą siłą woli, to
stanąłby właśnie w progu.
- Panowie, najwyraźniej zaszła jakaś straszna pomyłka - ciągnął Juniusz.
- Jestem pretorem tego miasta, senatorem. Zechciejcie mi okazać rozkazy
na piśmie. Może nie dotarło do was, że to prywatny dom.
Powiedział to jak najoględniej, ale dwóch pretorianów obróciło się w stronę trzeciego z nich, jakby chcieli o coś spytać. Mężczyzna nie nosił
żadnej oznaki rangi, był wśród nich najstarszy, na oko
pięćdziesięcioletni, barczysty i umięśniony. Ręce miał pokreślone
białymi bliznami i Juniusz zauważył, że u lewej dłoni brakuje mu dwóch
palców. Wiedział, że legiony są tworzone właśnie z takich jak on. Wyczuł
w tym człowieku skłonność do przemocy, doświadczenia wyniesione z wielu
bitew. On sam nie miał niczego, co mógłby tu przeciwstawić. Tacy ludzie
jak ten przed nim nie ulegają łatwo sentymentom, ale też nie są z kamienia. Słuchają argumentów.
- Jeśli ty tu dowodzisz, to jak się nazywasz? - jeszcze raz spróbował
Juniusz. - Kto dał wam rozkaz włamania się do mojego domu?
Trzęsły mu się ręce. Zacisnął je za plecami. Potrzebował czasu, aby
uspokoić serce, które łomotało mu pod żebrami i przyprawiało o mdłości.
- Centurion Sekstus Burrus, pretorze - odparł mężczyzna. Włosy miał
posiwiałe i przystrzyżone krótko przy czaszce, przez co kojarzyły się z zajęczą sierścią. Z kolei oczy, którymi spoglądał w oczy Juniusza, były
tak czarne, że tęczówki wydawały się zespolone ze źrenicami i z tego
powodu jego spojrzenie budziło niepokój.
Burrus skrzywił się, jakby nagle zjadł coś niesmacznego. Juniusz nie
miał nawet połowy tylu lat co on i z wielkim trudem starał się
rozszyfrować wyraz jego twarzy. Właściwie to centurion sprawiał wrażenie
skrępowanego, ale Juniusz nie potrafił odgadnąć, z jakiej przyczyny.
Odezwał się znowu, mocno się jąkając.
- B-będziesz musiał opisać... wytłumaczyć się z tego niezwyczajnego
działania przed prefektem Rufriuszem, centurionie. Rozumiesz? Twój
dowódca przyjaźni się z rodem Sylanów. I jest też pretorem. - Juniusz z ledwością trzymał nerwy na wodzy pod wpływem osobliwej obojętności na
twarzach intruzów. - Rozumiesz czy nie? Najwyraźniej zaszła jakaś
pomyłka. Jestem pretorem i senatorem. Wywodzę się z rodu Sylanów. Jeśli
chcesz zachowasz rangę, jeśli chcesz uratować grzbiet przed chłostą, to
zabierz tych ludzi i opuść mój dom.
- Obawiam się, że nie zaszła tu żadna pomyłka, pretorze - odparł
spokojnie centurion.
Burrus odwrócił na chwilę wzrok, przejeżdżając dłonią po krótkiej
szczeci. W zatłoczonej przestrzeni rozległo się szuranie. Juniusz
zauważył, że czuje kwaśną woń potu, ale nie umiałby orzec, czy to od
niego, czy od któregoś z tamtych.
- Nie rozumiem. To nie pomyłka?
Zauważył, że mimo woli podniósł mu się głos, więc zacisnął usta. Zerknął
na miecz leżący na łóżku. Był tam, kusił. A groźba przemocy wciąż
wisiała w powietrzu. Czuł ją od tych ludzi, widział ją w ich
spojrzeniach. Wiedział, że nie wywalczy sobie drogi ucieczki, bo mogą
natychmiast się na niego rzucić. Tylko najlepsi są przyjmowani do ich
szeregów, przypomniał sobie, starając się wypchnąć strach z umysłu.
Żołnierze z dwudziestu ośmiu legionów przeprowadzali sprawdziany, kiedy
potrzebowali rekrutów i wybierali elitę do służby traktowanej jak
świętość. Oczywiście pełnili także czynną służbę w Rzymie, pilnując
razem z innymi legionami, by obca armia nie podeszła za blisko.
- Obawiam się... moje rozkazy są jasne, pretorze - odparł Burrus. -
Zostałeś oskarżony o kazirodztwo. Ja już...
Nie skończył zdania, bo stojący przed nim młodzieniec zaśmiał się.
- Kazirodztwo? Moja matka nie żyje, centurionie! A może ktoś uznał, że
skalałem jej prochy?
Pretorianin mówił dalej beznamiętnie:
- Przedmiotem oskarżenia jest twoja siostra, pretorze. Rozmawiałem z nią
i z jej mężem. Potwierdził, co mi powiedziano.
Pretorianin był wyraźnie zażenowany i Juniusz nagle wszystko zrozumiał.
Ten człowiek kłamał i wiedział, że kłamie. Miał dość honoru, by brzydzić
się tym, co robi. Być może w tym właśnie był jakiś punkt zaczepienia,
coś, czym dałoby się go odwieść od wykonania rozkazu.
- Domagam się wysłuchania, podczas którego mógłbym obalić te fałszywe
oskarżenia - powiedział Juniusz. - Moja siostra jest prawą i szanowaną
kobietą. Za to jej mąż... tak, już rozumiem. Za tym wszystkim kryje się
podłość. Jestem tego pewien. Mąż siostry to słaby człowiek. Cóż, mogę
zwołać sąd, korzystając ze swej władzy pretora. Siostra zostanie wezwana
jako świadek i prawda wyjdzie na jaw. Możesz mi wierzyć.
- Twoja siostra jest właśnie wywożona na wygnanie, pretorze - odparł
Burrus. - Przykro mi, ale to... Zrozum: tu nie ma ratunku, żadnej drogi
wyjścia. Moje rozkazy wyszły z cesarskiej siedziby. Mamy doprowadzić do
spokojnego zakończenia sprawy, bez jej przeciągania. Nie będzie procesu,
nie będzie publicznych oskarżeń. Jesteś młodym człowiekiem, pretorze,
jeszcze bezdzietnym. Twoi bracia poniosą dalej wasze nazwisko rodowe.
Juniusz znowu dostrzegł zakłopotanie na twarzy centuriona.
- Sugeruję, byś odebrał sobie życie z godnością, pretorze. W przeciwnym
razie może to się okazać... trudne, krwawe, nie dałbyś wiary, jak
straszne. Takie mam rozkazy. Uwierz mi, sam wybrałbym spokojną drogę,
gdyby mi dawano sposobność. Nie pragnę zakatować cię na śmierć, panie.
Jesteś młody... i cieszysz się zdrowiem. Nie potrwa to długo. Zważ moje
słowa. Jakąkolwiek drogę wybierzesz, nie wyjdziesz z tego pokoju.
Młodszy syn z rodu Sylanów wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Ten człowiek
obwieszczał jego śmierć. Otworzył usta i zaraz je zamknął.
- Nigdy nie popełniłem aktu kazirodztwa z moją siostrą... - zaprotestował
słabym głosem.
- Samo oskarżenie wystarczy - odrzekł Burrus. - Powiedz mi teraz, czy
jeśli użyczę ci swojego noża, pretorze, uczynisz z nim coś głupiego? Nie
chcę, by któryś z moich ludzi doznał jakichś obrażeń. Sprawa jest
niesmaczna, a oni robią tylko, co do nich należy.
- Użyczysz mi...? Spodziewasz się, że poderżnę sobie gardło? Że potulnie
ulegnę, bo włamałeś się do mojego domu, wyważyłeś drzwi i tego
zażądałeś?
- Mów ciszej - mruknął centurion.
Znienacka ruszył z miejsca i stanął bardzo blisko senatora. Juniusz nie
mógł zrobić ani kroku w tył, bo drogę zagradzało mu łoże.
- To honor, pretorze, wynikający z twojej rangi i... tak, należy ci się,
bo wywodzisz się z wpływowej i majętnej rodziny. Jeśli podetniesz sobie
nadgarstki albo gardło, jeśli zrobisz to własnoręcznie, twoja siostra
będzie żyła na wygnaniu w spokoju i na tym wszystko się zakończy. A twoja rodzina dowie się, że odebrałeś sobie życie ze wstydu. Rozumiesz?
Takie są rozkazy z cesarskiego domu. Nie wymigasz się, nie zostaniesz
ułaskawiony. Ja też nie będę tracił poranka na dyskusje z tobą. Mogę
włożyć ostry nóż w twoją dłoń. Na tyle zasługujesz z racji rangi.
- To jakieś szaleństwo - odrzekł ledwie słyszalnie Juniusz. - To
oskarżenie jest... kłamstwem. - Skrzywił się nagle. - I zbyt poważnym, by
to była pomyłka skryby. Z cesarskiego domu? Jestem zaręczony z jedyną
córką cesarza! Pobierzemy się za parę lat, kiedy Oktawia osiągnie
właściwy wiek! To ja jestem z cesarskiego domu, albo w każdym razie
będę! Na bogów, człowieku! Może jednak się zatrzymasz i zastanowisz
przez chwilę? A jeśli przybywasz do niewłaściwej rodziny, jeśli podano
ci nie to nazwisko...
Zawiesił głos, bo Burrus wyciągnął z pochwy złowieszczo wyglądający
sztylet, szeroki u podstawy. Było to ostrze legionisty, którym można
zarówno ściąć młodą sosenkę, jak i poderżnąć gardło. Zalśniło w świetle
świtu i Juniusz uchylił się odruchowo. Cały zesztywniał, bo nagle
wszystko zrozumiał.
- O to chodzi, nieprawdaż? Te zaręczyny. Na Marsa, tak jest! Ta
przeklęta kobieta stoi za tym wszystkim. Ta, która zaplątała cesarza w swoje spódnice, która wychodzi dzisiaj za niego za mąż. Źródło tego
przeklętego łomotu dzwonów! - To ostatnie wykrzyczał, doprowadzony do
pasji monotonnym dudnieniem, które cały czas się potęgowało, odkąd
przemocą wyrwano go ze snu.
Juniusz powoli usiadł na łożu. Burrus wyciągnął ostrze w jego stronę.
- Przykro mi, pretorze, szczerze mówię - powiedział.
Rzeczywiście sprawiał wrażenie, jakby mu było przykro, ale był
nieustępliwy, nie zamierzał odstępować od swego zadania. Juniusz po raz
pierwszy zrozumiał, naprawdę zrozumiał. Że nie będzie wybawienia w ostatniej minucie. Jego brat usłyszy o wszystkim dopiero po jego śmierci
i też nic nie zrobi, bo wszak stała za tym żona cesarza. Cesarz
Klaudiusz żenił się tego ranka i jego narzeczona skazała Juniusza na
śmierć, jakby to miał być jej ślubny podarunek.
- Daj mi trochę czasu, dobrze? - poprosił Juniusz. - Chcę napisać listy
do rodziny. Jeśli się zgodzisz, wezmę potem nóż od ciebie i podetnę
sobie żyły.
- Muszę wracać na Palatyn, pretorze - odparł Burrus.
Zerknął na mały stolik, na którym leżały przybory do napisania listu.
Wosk do pieczętowania i pergamin, a do tego bloczek ciemnego atramentu i dzbanek z wodą z Tybru. W nocnej lampce oliwnej wciąż jeszcze tlił się
maleńki płomyk. Usta pretorianina wykrzywiły się, kiedy to przemyśliwał.
- Proszę - błagał go Juniusz łamiącym się głosem. Przyjął do wiadomości,
że nie uda mu się uciec, ale jeszcze nie do końca do niego dotarło, co
to wszystko tak naprawdę oznacza. W jego oczach, gdy spojrzał na
centuriona, był strach.
- Niech będzie - mruknął centurion.
Kiedy wydawano mu ten rozkaz, uznał, że to zwyczajny obowiązek w ramach
służby. Młody pretor otrzyma szansę odebrania sobie życia własnoręcznie,
zamiast sprowadzać hańbę na swoją rodzinę. Burrus potrząsnął głową, gdy
Juniusz pochylił się nad biurkiem. Młodzieniec splunął wprost na bloczek
atramentu i jął drążyć w nim skrobakiem, aż w końcu uzyskał odrobinę
mazi, którą mógł wykorzystać do pisania.
Centurion już nie wierzył w oskarżenia, ale to niczego nie zmieniało.
Złożył przysięgę, że będzie chronił rodzinę cesarską i wykonywał jej
rozkazy. Agrypina oczywiście nie była tak do końca członkiem rodziny, w każdym razie dopóki Klaudiusz jeszcze nie uczynił jej swoją żoną. Ta
różnica liczyła się w takim samym stopniu jak to, czy młody pretor jest
winny czy nie. Burrus nie miał pojęcia, czy Agrypina faworyzuje kogoś
innego na stanowisku pretora, czy raczej ma innego pretendenta do ręki
córki cesarza. Nie był też już taki pewien, czy będzie patrzyła
przychylnie na jego szansę awansu, jak obiecała. Burrus na swój sposób
wiedział, że jego życie jest równie kruche jak życie tego młodego
człowieka, który pisał teraz stronę za stroną, mieszając łzy z atramentem. Agrypina rozumiała, na czym polega władza - ta sprawowana
realnie i ta ukryta w obietnicach. Skoro potrafiła zniszczyć pretora z pomocą odpowiednio dobranych słów i kilku twardych ludzi, to życie
Sekstusa Burrusa także nie mogło mieć dla niej większej wartości.
Po długim czasie centurion położył dłoń na ramieniu młodzieńca.
- Dokończ ten list, dobrze, synu? Wydaje mi się, że już jest
dostatecznie długi.
Przyglądał się, jak Juniusz dodaje ozdobny zakrętas do podpisu i składa
arkusz pergaminu. Zrobiwszy to, młodzieniec z wyraźną wprawą otworzył
lampkę, wydłużył knot i przejechał kostką wosku po płomieniu. Wosk
przyłożony do pergaminu utworzył owalną plamę z czerwieni i sadzy,
niczym zakrwawiona moneta. Zanim zdążył stwardnieć, pretor odcisnął w nim swój pierścień.
- Daj teraz nóż - zażądał.
Centurion skinął głową i podał mu broń rękojeścią naprzód. Pozostali
patrzyli na to, gotowi natychmiast przystąpić do działania. Bo widzieli
ostrze w ręku młodzieńca, ale być może też czuli już śmierć czającą się
w tym wnętrzu. Jeden z nich oblizał wargi w oczekiwaniu. Wszystko to
było lepsze niż nudne obowiązki w koszarach albo odganianie motłochu od
cesarskiego powozu. Tymczasem huk dzwonów osiągnął apogeum, rozlewając
się po całym mieście.
Burrus stał nieruchomo jak kamień, gdy młody człowiek wstał od stolika z nożem w ręku.
- Nawet nie próbuj - mruknął centurion.
Juniusz skinął głową, a potem znienacka ruszył z miejsca, z niezwykłą
szybkością, do jakiej doprowadziła go desperacja. Burrus próbował zrobić
unik, ale zastygł w miejscu, bo poczuł krawędź ostrza przyciśniętą do
gardła. Młodzieniec wykonał ruch jak jadowity wąż, a tak po prawdzie to
Burrus nie widział bitwy od lat. Czuł, że zalewa go gorąco od rumieńców,
które mu wypełzły na twarz. Nim zdążył wydobyć głos, Juniusz odjął nóż i uniósł go, wyraźnie się poddając.
- Chciałem tylko, żebyś wiedział - powiedział, wzruszając ramionami. -
Mogłem cię zabrać z sobą.
Burrus zamrugał, więznąc w rosnącym gniewie, dla którego nie znajdował
ujścia. Bezsensowna demonstracja niedojrzałości. Dotknął szyi i zobaczył
na palcach plamkę krwi. Sam naostrzył ten nóż. Na bogów, pokochał tego
młodego pretora w jego chwili szaleństwa.
Nic nie powiedział, tylko skinął głową, zgadzając się z uwagą
młodzieńca. Przewidywał, że pozostali będą z niego drwili podczas drogi
powrotnej do koszar. Pięćdziesięciolatek, który nie potrafi dorównać
szybkością dwudziestolatkowi! Na pewno to zauważyli. Zachmurzył się.
Będzie musiał któremuś przyłożyć. Spostrzegł, że wymieniają nerwowe
spojrzenia na widok wściekłości malującej się na jego twarzy, i pokiwał
głową sam do siebie, sapiąc jak stary byk. I dobrze. Niech te ścierwa
boją się jego gniewu.
- Ja...
Pohamował się. Oczy młodzieńca zogromniały ze strachu i gniewu. Burrus
nie mógł już powiedzieć nic, co by jakoś złagodziło tę chwilę.
- Nie mamy już czasu, chłopcze.
Juniusz przyłożył sztylet do swego lewego nadgarstka i przejechał po nim
z ogromną siłą. Nacięcie było głębokie i krew trysnęła natychmiast.
Wydał stłumiony okrzyk, gdy usiłował przełożyć nóż, aby naciąć
nadgarstek prawej dłoni. Lewa dłoń zawisła bezwładnie, przez co nóż
wymknął mu się z uścisku. Zatoczył się, padł na łoże i wtedy Burrus
wyjął nóż z jego ręki. Centurion przyglądał się, jak oczy młodzieńca
ciemnieją. Pretor widział, że coś nadchodzi, ale usiłował na to nie
patrzeć.
Burrus zaklął, bo zobaczył, że to trwa za długo. Zdrowy mężczyzna
potrafił przylgnąć do świata i uczynić umieranie czymś wyjątkowo
trudnym. Nie mógł na to pozwolić, dlatego sam podciął mu drugi
nadgarstek. Czerwień wykwitła na pościeli niczym wzory w splocie
tkaniny. Pretor osunął się na bok, a jego oddech spowalniał, aż wreszcie
ustał.
Burrus odczekał jeszcze chwilę.
- Dokonało się - powiedział, spochmurniały z gniewu.
Spodziewał się, że jego ludzie będą z niego kpili, ale zauważyli, że
toczy gniewnym spojrzeniem, i nabrali wody w usta. Przyglądali się w milczeniu, jak pali list nad płomieniem lampy. W końcu cała trójka
opuściła domostwo pretora, przy wtórze wciąż dudniących dzwonów.
Kiedy maszerowali z powrotem w stronę Palatynu, Burrus ciężko stawiał
stopy, jakby chciał rozchodzić nowe sandały. Wiedział, że jego
podkomendni popatrują na siebie nerwowo, ale nic go to nie obchodziło.
Dano mu rozkazy i wypełnił je co do joty. Bywało, że jakiś senator
uprawiał jakieś obrzydliwe perwersje, przespał się z niewłaściwą żoną
albo po prostu rozgniewał nie tego, kogo trzeba. Burrus wiedział, że w takich sytuacjach nie było publicznych procesów, że nie formułowano
żadnych oskarżeń, a jednak całe miasto w końcu się dowiadywało. I wtedy
takim ludziom podsuwano nóż albo niekiedy truciznę - kazano im wybierać
samobójstwo zamiast życia w niesławie. Wiedział, że w Rzymie tak to już
jest! I aż do tego ranka dopatrywał się w tym sensu. Niektóre sprawy
należało rozwiązywać po cichu, aby rzymscy obywatele nie poznali
ponurych szczegółów. Ponadto dawało się tego typu rozwiązania uzasadnić
godnością cesarza albo senatu. To nie były kwestie do rozpatrzenia na
gruncie prawa, tylko domagające się radykalnej sprawiedliwości.
Wciąż pamiętał senatora, który pomordował swoich niewolników, ponoć dla
rozrywki. Kiedy znacznie młodszy Burrus stanął na jego progu, starzec
zbeształ go, twierdząc, że z ludźmi, których jest właścicielem, ma prawo
robić, co mu się żywnie podoba. Burrus zapamiętał, że senator nie
zechciał podciąć sobie nadgarstków. Śmierć nadeszła jednak prędko, gdy
po prostu udusił zwyrodnialca. Centurion nie miał wtedy żadnych
problemów ze spaniem, wręcz uznał, że coś zrozumiał i nabył
doświadczenia życiowego. Być pretorianinem nie ograniczało się do
maszerowania w paradach i noszenia hełmów z piórami. Oznaczało także
nieprzyjemną pracę w imieniu imperium.
Zacisnął szczęki. Gdyby wtedy wiedział, że przeżyje kolejne ćwierć wieku
bez awansu, że jego kariera zatrzyma się i upodobni do wystygłych
popiołów, to pewnie tego dnia udawałby chorego. Rok w rok przyglądał się
znacznie marniejszym ludziom, którzy zdobywali coraz to wyższe rangi, a taki Rufriusz to nawet został prefektem jego ukochanego legionu.
Wszystko dlatego, że to właśnie dłonie Burrusa chwyciły kark owego
senatora.
Starał się być dobrym człowiekiem, ale ta niesprawiedliwość zżerała go
od środka. Wykonał rozkazy i uwolnił starego kundla od cierpienia. Był
kiedyś taki czas, kiedy został uznany za wschodzącą gwiazdę, za
centuriona o bystrym umyśle i intuicji. Za wzór do naśladowania.
Wszystko to zniknęło jak poranny szron, aż w końcu odszukała go ta
kobieta.
Zadarł głowę i omiótł spojrzeniem Palatyn. Była tam teraz, w świątyni
Junony, brała ślub z garbatym mężem, cesarzem K-K-Klaudiuszem. Burrus
wiedział, że Persowie i Żydzi opowiadają o jakichś aniołach. Miał
wrażenie, że ona właśnie jest takim aniołem, gdy podeszła do niego i chwilę szła u jego boku. Dawała mu szansę na oczyszczenie imienia,
obiecywała przychylność cesarzowej. To było coś, o czym marzył przez
lata, kiedy przyglądał się prefektowi Rufriuszowi, który puszył się i tak utył, że nie mieścił się w uniformie. Oczyszczenie imienia. Jeszcze
jedna szansa.
Zamrugał, bo zapiekły go oczy. Za każdym razem, kiedy je przymykał,
widział głupi pokaz brawury młodzieńca, który postanowił przycisnąć nóż
do jego gardła, aby choć na chwilę zachować godność. Czyn był tak
bezsensowny, że aż Burrus miał ochotę objąć tego biedaka. Ledwie
pamiętał czasy, gdy był tak młody! I wcale to nie wyglądało na
oczyszczenie imienia, że pozostawił za sobą Juniusza Sylana z poderżniętymi żyłami.
1
Agrypina stała tuż za ramieniem pogrążonego
w lekturze męża. Wiedziała, że Klaudiusz potrafi pochłaniać zapiski i historię bardzo szybko, wodząc wzrokiem w dół kolumny śladem swego palca
i przewijając zwój do następnej. Mógł być uważany za głupca, kiedy się
jąkał i szukał słów, ale wcale głupcem nie był. A kiedy siedział
nieruchomo, naprawdę wyglądał jak cesarz, kiedy jednak się ruszał, to
jego kuśtykanie i człapanie sprawiały, że się krzywiła, zwłaszcza że
kiwał przy tym tą wielką głową. Mówiła mu, że waga jego myśli go
obciąża, wyginając jego ciało w pałąk i wywołując ból pleców. Prawda
była jednak mniej skomplikowana. Klaudiusz urodził się w niewłaściwy
sposób, gdyż na świat wywlekła go jakaś galijska akuszerka z lasu, a nie
rzymska matrona. Jego ciało zostało podczas tego procesu na zawsze
wykrzywione.
- Jeszcze czytasz? - zagadnęła go Agrypina.
Jej nowy mąż nie był też prostaczkiem, choć Kaligula tak właśnie go
traktował. Jej brat uczynił z Klaudiusza nadwornego błazna, upokarzając
go przed senatorami i niewolnikami. A Klaudiusz przyjmował każdy cios i żart bez urazy - to właśnie utrzymywało go przy życiu na dworze
Kaliguli, podczas gdy inni marli jak muchy. Całą jej rodzinę wytrzebił
los i ludzie sprawujący władzę; ginęli jeden po drugim, aż wreszcie
ocalała tylko ona, Agrypina, piękna jak letni dzień. I na dokładkę
została cesarzową Rzymu.
- P-prawie s-skończyłem - odparł Klaudiusz.
Odpowiedziała skinieniem głowy, zachowując idealnie gładką twarz.
Wcześniej przyjęła założenie, że po kilku miesiącach małżeństwa
przyzwyczai się do tego dukania. Rzeczywistość była inna, podobna do
skrzypienia bramy podczas wichury. Strasznie ją to irytowało i musiała
się wewnętrznie zmagać, żeby mu nie przerywać, żeby go nie poganiać, by
skończył wreszcie zdanie. Kiedy zawodziła ją cierpliwość, wtedy jej
ulegał, stawał się ucieleśnieniem człowieka potulnego. A jednak
wiedziała, jak bardzo dokuczają mu stare rany, że wciąż przepełnia go
trująca gorycz. Ale z kolei Klaudiusz był bardziej złożonym człowiekiem
niż jej poprzedni mężowie. Sprawował władzę absolutną, lecz bywały takie
momenty, kiedy potrafiła nałożyć mu na szyję swój powróz i prowadzić go,
łagodnego jak baranka. Łączyli się w tańcu albo wdawali w spory. Gdy
chciała postawić na swoim, przekabacała go urodą i pieszczotami, bo
reagował na jej dłoń niczym źrebak na pierwszą uzdę, patrząc jej w oczy
z takim oczarowaniem, że aż miała ochotę zobaczyć to swoje odbicie,
zobaczyć to, co tylko on widział. Głaskała go po głowie, kiedy był
zmęczony, ofiarowując mu coś więcej niż tylko ciepło swoich dłoni. A on
z kolei pragnął ją zadowolić i dlatego dawał jej wszystko, czego
chciała, na przykład przysposabiając jej syna. W zamian rozmawiała z nim, wytrzymując jego jąkactwo, tak długo aż w końcu miała ochotę
wrzeszczeć, i pomagała zaprowadzać porządek w planach i pomysłach.
Moi poprzedni mężowie nie byli rozmowni, wspominała cierpko. A ponadto
Klaudiusz na pewno nie będzie stawał do wyścigów rydwanów ani nie
poprowadzi legionu do bitwy. Był za to dostatecznie silny tam, gdzie to
miało znaczenie. On...
- Jesteś p-pewna z t-tym imieniem? - zapytał nagle, podnosząc wzrok i patrząc na nią. - Kiedy przyłożę moją p-pieczęć, to już nie będzie
odwrotu. Fakt przysposobienia z-zostanie wpisany d-do... - Mimo wielkiego
wysiłku nie był w stanie dokończyć zdania, aż wreszcie niemalże wypluł
słowo "rejestrów".
Agrypina nachyliła się ku niemu, pozwalając mu rozkoszować się wonią,
którą wokół siebie roztaczała. Mężczyźni zawsze wiedzieli, że dopiero co
przeszła przez jakieś wnętrze. Olejek przywieziony dla niej z samego
serca Egiptu był tym samym, którym Kleopatra perfumowała szyję i uda.
Jedna buteleczka była warta więcej niż jej waga w złocie, ale Agrypina
wprost uwielbiała tę piżmową, zmysłową woń, tak działającą na
Klaudiusza. Który przecież był nie tylko rzymskim cesarzem, ale także
egipskim faraonem.
Kiedy się pochyliła nad jego ramieniem, wiedziała, że on zerka na jej
wdzięcznie sklepiony kark, że zagląda za stolę, chcąc zobaczyć piersi.
Miała już dobre trzydzieści lat, wciąż jednak słynęła z urody, za to
Klaudiusz kończył w tym roku sześćdziesiąt lat. Wdychał jej zapach, a ona z niewinną miną czytała dokument i kiwała głową, udając, że nie
zauważa jego atencji.
- Jest, jak zasugerowałeś, Klaudiuszu. "Neron"... po moim bracie. Potem
"Klaudiusz", żeby uhonorować ciebie, i dopiero dalej imiona z mojej
rodziny. Czyli "Cezar" oznaczający ród, "August" rodzinę i "Germanik" po
moim ojcu. Neron Klaudiusz Cezar August Germanik. Dobre imiona, bo łączą
stare z nowym.
- Mam t-tylko nadzieję, że on sobie na te imiona z-zasłuży... - wyjąkał
Klaudiusz.
Gdyby powiedział to szybko, zabrzmiałoby jak żart, ale wypowiedział to z ogromnym wysiłkiem i Agrypina zmusiła się do uśmiechu. Jej syn jedynak
przyciągał kłopoty, wywołując chaos wszędzie tam, gdzie się pojawił.
Wiedziała lepiej od cesarza, jaka długa droga jeszcze ich czeka.
Jednakże zauważyła, że Klaudiusz nie podpisał się na dokumencie. Był
wykształconym człowiekiem, nie potrzebował sygnetu z pieczęcią. A jednak
nie wpisał swego imienia na tej białej karcie, dlatego jej syn nie
należał jeszcze do rodziny cesarskiej, ani też nie był przez nią
chroniony.
Świadkami adopcji jej syna Lucjusza Ahenobarba do rodziny cesarskiej
było dwóch senatorów. Agrypina czuła ich zmieszanie, kiedy uklękła u boku męża i uniosła ku niemu oczy, oparłszy rękę i podbródek na jego
obnażonym udzie. Nie zwracała uwagi na obecność pozostałych, skupiając
się wyłącznie na mężu, jakby w tej komnacie byli tylko oni dwoje.
Klaudiusz wyciągnął rękę i pogładził ją po włosach.
- On przyniesie zaszczyt Rzymowi, a także tobie, mój mężu - zapewniła
cichym głosem.
A mimo to nie podpisał! Chciał ją zmusić, by od nowa sięgała po te
wszystkie argumenty, które przywołała po zaręczynach i podczas
pierwszych miesięcy małżeństwa? Pracowała nad Klaudiuszem jak rzeźbiarz,
w łożu i poza nim, jako żona, jako matka, zawsze wtedy, gdy czegoś od
niej potrzebował. Od dawna czuła, że dzięki jej zabiegom on mięknie
niczym świeca pozostawiona na słońcu... a jednak wciąż znajdował jakiś
powód do zwłoki. Zastanawiała się czasami, czy Klaudiusz przypadkiem nie
czerpie rozrywki z tego, że ona też czegoś od niego potrzebuje i że
zrobi absolutnie wszystko, byle postawić na swoim. Może to mu wręcz
sprawiało jakąś przyjemność. Może tak rekompensowała sobie to, że
kończyła za niego zdania albo że musiał płacić rachunki za ogromną
willę, którą budowała dla siebie na wybrzeżu. Miałaby mieszkać w szałasie?
Przekrzywiła lekko głowę. Dotknęła włosami jego uda, wiedząc doskonale,
jak zareaguje na to jego wyobraźnia. Nigdy nie ekscytowała się miłością,
a w każdym razie nie tak jak mężczyźni. Może za wcześnie wyszła za mąż
albo jej pierwszy mąż traktował ją zbyt brutalnie - nie wiedziała.
Bywało, że sprawiały jej przyjemność proste fizyczne zmagania, jakby
przymuszała jakiegoś konia do galopu, spocona i czerwona pod sam koniec.
To, czego życzył sobie Klaudiusz, wymagało zaledwie odrobiny pracy, a ona w zamian dostawała po prostu wszystko. Dlatego wytrzymywała jego
sapanie, to że kołysał się tam i z powrotem, aż w końcu miała ochotę go
zepchnąć z siebie, strącić jak jakiegoś robaka.
Wpiła palce w jego udo. Dziwnie było poczuć, że on ma tam jakieś
mięśnie. Bo przecież nie dorównywał posturą ani jej pierwszemu, ani
drugiemu mężowi. Tamci od dziecka jeździli konno i maszerowali, dzięki
czemu mieli silne i umięśnione nogi. Klaudiusz był chudszy, ale co z tego? Czuła, że jej dotyk go podnieca, i zauważyła głęboki rumieniec
wypełzający mu na kark. Cesarz wykonał półobrót, jakby zamierzał odesłać
senatorów. A jednak nie podpisał! To kryzys, dotarło do niej. Wstała i ująwszy go za rękę, poprowadziła ją po raz kolejny w stronę pergaminu.
- Dopilnuję, by przyniósł ci zaszczyt - zapewniła.
Klaudiusz skinął głową, a jego rozgorączkowane spojrzenie dowodziło, że
w głowie ma natłok myśli. Nabazgrał swoje imię i tytuł z zawijasem;
przyglądał się, jak senatorowie kolejno podchodzą, by dodać swoje
podpisy, i posypują piaskiem atrament, aby nie przesiąkł przez pergamin.
- Jestem wam o-obowiązany, senatorowie - powiedział Klaudiusz, po czym
odprawił ich wszystkich, nie odrywając wzroku od oczu żony.
Agrypina znowu się umościła na posadzce, upodabniając na chwilę do
kwiatu, gdy jej szaty uniosły się dookoła niej. Senatorowie pośpiesznie
wychodzili z sali, a ona widziała, że jej mąż jest roznamiętniony. Czuła
ulgę, zadowolenie i zarazem wyczerpanie pod wpływem wygranej bitwy.
Nadszedł czas, by znów pogalopować po tej łące. Zaczęła zsuwać szatę,
obnażając ramiona, gdy tymczasem Klaudiusz przyglądał jej się chciwie.
Spojrzała na niego, naga i bezbronna, a on wtedy wstał od biurka.
- Dziękuję ci, Klaudiuszu - powiedziała.
Lucjusz szedł obok dwóch przyjaciół, klnąc szpetnie i wściekle klepiąc
się po ciele. Został ukąszony w kilkunastu miejscach i cały zwijał się z bólu. Nienawidził os! Te stwory nie są takie durne jak żuki czy mrówki.
Nie, są podstępne i złośliwe, wyroiły się przed nim, gdy zgarniał ich
gniazdo w kawał szmatki. Obejrzawszy się, zobaczył, że kilka tych
wściekłych drani wciąż ich goni. Latały tak prędko! A ich gniazdo w kącie starej szopy było dziwnie białe i jakby papierowe, dlatego myślał,
że jest opuszczone, ale kiedy dźgnął je kijem, ze środka wylała się
wielka chmara, wyraźnie chcąc atakować. Z całego serca ich nienawidził.
Nawet nie dawały miodu ani w ogóle niczego. Jego nauczyciel mówił, że
zjadają mrówki, co na jakiś czas go zainteresowało. Zastanawiał się, czy
nie zbudować miniaturowej areny, z szybkami z przezroczystego szkła, na
której osy i mrówki mogłyby walczyć i w ten sposób dostarczać rozrywki
jego przyjaciołom.
Szedł drogą zygzakami, mocno się krzywiąc. Preceptor prawdopodobnie
znajdował się już w małej izbie lekcyjnej, nie wątpił w to. Magister
Aniktet był zawsze przygotowany i robił wykłady młodym uczniom o tym, że
grzeczność nakazuje przybywać z wyprzedzeniem. Ileż ten człowiek
potrafił gadać! Na bogów, mógł zmarnować godzinę na dowolny temat. Swego
czasu Lucjusz myślał, że to jego jedyna słabość, że wystarczy, jak
któryś z chłopaków zada właściwe pytanie, to cała lekcja przepadnie, bo
Aniktet będzie udzielał odpowiedzi, a oni trzej z wytrzeszczonymi oczami
będą udawali, że są zafascynowani. Rzecz jasna w końcu znalazł jeszcze
jedną słabość. Dlatego właśnie opłacało się pozostawać czujnym,
obserwować otaczający świat, czego nikt inny nie robił.
Obejrzał się w stronę Otona, który trzymał drugi koniec skręconego
gałganka. On też miał twarz spuchniętą i pokrytą wielkimi różowożółtymi
plamami. Jego usta wyglądały jak narysowane przez dziecko, z jedną wargą
obrzmiałą do granic absurdu. Lucjusz parsknął śmiechem na ten widok, ale
Oton tylko przewrócił oczami. Wszyscy ucierpieli. Wychodzi na to, że osy
to wojownicze stworzenia, bardziej agresywne, niż to sobie wyobrażali.
Nikt nie mógł uciec przed ich gniewem, nawet najmłodszy z nich, Serenus,
który pozostał na czatach przy drzwiach i w nagrodę za ofiarność został
użądlony w powiekę. Człapał teraz za Lucjuszem i Otonem, wciąż się mocno
krzywiąc.
Cesarskie ogrody na Palatynie uprawiała spora rzesza niewolników, zbyt
wielu, by dało się zapamiętać ich imiona, ale Lucjusz i jego koledzy
stale się tam kręcili, toteż znali kilku ogrodników z widzenia. I wiedzieli, że gniazdo os w tej maleńkiej szopie na dalekim skraju
ogrodu, doskonale przystrzyżonego i obsadzonego, jest czymś
nieoczekiwanym. Dlatego właśnie Lucjusz przystąpił do działania tego
dnia - gniazdo mogło zostać znalezione i usunięte w dowolnej chwili. Po
raz kolejny podrapał się po ręce pokrytej bąblami. Improwizowanie z kawałkiem materiału słono ich kosztowało, ale nadal mogli się
spodziewać, że było warto.
Ścieżka biegnąca przed nimi kończyła się przy rabacie z ziołami, jak
przystało na ogród kuchni cesarskiej. W powietrzu unosiła się intensywna
woń liści laurowych, czosnku, cebuli i rozmarynu, gdy szli ostrożnie,
uważając, by ich brzemię nie dotknęło gołej skóry któregoś z nich.
Lucjusz przyglądał się zawiniątku z fascynacją. Dostrzegł maleńkie kolce
przebijające się przez tkaninę, bo te podstępne małe bestie próbowały
żądlić wszystko, co się do nich przycisnęło. Niemalże podziwiał
bezmyślną siłę ich wściekłości.
Za pasem wypielęgnowanego trawnika znajdowała się salka szkolna. Lucjusz
wiedział, że rok wcześniej to pomieszczenie służyło za magazyn. Wciąż
czuło się w tym wnętrzu zapach zżętej trawy i potu. Jego matka kazała tu
wnieść drewniane ławki, stół lśniący od oleju lnianego, tabliczki oraz
kredę, których jej syn mógł potrzebować do nauki greki i łaciny.
Spochmurniał pod wpływem tej myśli, wyobrażając sobie Anikteta
chodzącego tam i z powrotem po salce i cmokającego z niezadowoleniem.
Ten człowiek miał małe stopy i stale dziwacznie podrygiwał, jak
nauczyciel tańca albo jakiś śpiewający ptak. Już byli spóźnieni. Nawet
gdyby weszli w tym momencie, to i tak kazałby im zgiąć się wpół, po czym
wychłostałby ich giętką trzcinką, którą zawsze nosił przy sobie. Lucjusz
raz ją ukradł i przełamał na pół, ale następnego dnia nauczyciel
przyniósł identyczną trzcinkę i zbił go bezlitośnie. Ten marudny
człowieczek zasługiwał na wszystko, co go miało spotkać.
Któregoś dnia Lucjusz przypadkiem spostrzegł, że Aniktet został użądlony
przez osę, gdy za pomocą zwoju pergaminu próbował ją wygnać za drzwi. I po chwili na oczach Lucjusza i Otona cały zalał się potem. Dłoń mu
niesamowicie napuchła, palce przypominały wręcz dojrzałe figi. Nic wtedy
nie powiedzieli, ale narodził się pomysł. Skoro tak zareagował na jedno
użądlenie, to w takim razie co się stanie, jeśli znajdą całe gniazdo i wrzucą je do izby lekcyjnej? Lucjusz podźwignął wyżej skręcające się
brzemię, uśmiechając się od ucha do ucha, przepełniony niecierpliwym
oczekiwaniem.
- Gotowi? - spytał cicho.
Pokiwali głowami. Oton był rok starszy i nosił już togę virilis
przysługującą dorosłym mężczyznom. Twierdził, że obmacywał miejscową
dziewczynę, czym zaintrygował pozostałych dwóch, jakby w życiu o czymś
takim nie słyszeli. Któregoś razu usiedli razem na pniu zwalonego drzewa
i Oton pokazał Lucjuszowi, że ma wsunąć rękę pod suknię dziewczyny i pogładzić ją po pośladkach. Dziewczyna z początku myślała, że to ręka
Otona, dopóki Lucjusz nie ujął dłońmi jej głowy, aby ją pocałować.
Wynikły z tego wrzaski i bieganina, ale wciąż pamiętał delikatność jej
skóry i uczucia, jakie w nim to dotykanie wzbudziło.
W normalny dzień, gdy nie było przy nich żadnych kobiet, które tak
odciągały uwagę, to Lucjusz stanowił źródło zabaw i pomysłów. Odcięty od
możliwości wykazywania się swymi dorosłymi doświadczeniami Oton bez
słowa sprzeciwu, wręcz z zadowoleniem pozwalał, by Lucjusz wiódł prym. A że był najroślejszy z nich trzech, potrafił wygrać bójkę z chłopcami z miasta, gdy przychodziło co do czego. Było lato i żyło się cudownie.
Lucjusz uśmiechał się od ucha do ucha, kiedy odwijali rozhuśtane
gniazdo. Osy już się wściekały, co było widać po falowaniu fałd tkaniny.
Podniósł wzrok. Otwarte okno znajdowało się w sporej odległości od
ziemi. Cała operacja na pewno uda się doskonale.
- Jeśli coś nie wyjdzie, to wiejcie - syknął Lucjusz. Sam nie da rady
stawić czoła kolejnym wściekłym osom, tak więc niezależnie od tego, jak
to się wszystko potoczy, zamierzał pognać w stronę wzgórz.
Nagle zastygł w miejscu. Jego plan, a on omal go nie zepsuł!
- Serenus, klin! Masz go jeszcze?
Przyjaciel podniósł klin w górę. Lucjusz zaczekał, aż zrozumie, że
znajduje się nie w tym miejscu co trzeba. Serenus zaklął i uciekł,
znikając za budynkiem.
- Policzę do... trzydziestu - powiedział Lucjusz. - Tyle wystarczy.
Oton przytaknął z ponurą satysfakcją. Kilka os już się wyrwało na
wolność i pełzły teraz po tkaninie w stronę ich dłoni. Oton obserwował
jedną, która docierała do jego kciuka, donośnie furkocząc skrzydłami,
jakby chciała je rozprostować po okresie niewoli. Gniazdo było wciąż
schowane, ale gdy rozsupłali tkaninę... Nagle Lucjusz zaskowytał, bo jedna
z os go zaatakowała.
- Wystarczy - warknął. - Gotowi? Raz, dwa, trzy!
Z wielkim wysiłkiem cisnęli gniazdo luźno owinięte materiałem do wnętrza
salki. Wpadło przez okno do środka i głośno wylądowało na posadzce. W tym momencie bzyczenie znacznie się spotęgowało, po czym rozległ się
głos nauczyciela, najpierw pytający, a zaraz potem gniewny i przerażony.
Lucjusz uśmiechnął się szeroko do przyjaciela, nagle zapominając o bólu
od użądleń.
- Zaraz się przekona, co też wleciało przez okno - mruknął. - Zobaczy te
osy i przypomni mu się tamta ostatnia. Zacznie uciekać...
Usłyszeli rytmiczne łomotanie i zarechotali. Wystarczył jeden mały
drewniany klin i drzwi zostały zablokowane. Serenus kopnął w nie od
zewnątrz, powodując, że uwięzły w miejscu. Nauczyciel wrzasnął ze
strachu, atakując drewno, ale nie miał już jak uciec. Lucjusz
zastanawiał się, czy przyjdzie mu do głowy rzucić się przez okno, ale
przecież gniazdo wleciało tamtędy właśnie. Osy bez wątpienia zagrodzą mu
drogę.
Kilka gniewnie brzęczących owadów wyleciało przez okno na zewnątrz i Lucjusz z Otonem oddalili się stamtąd. Spotkali się z Serenusem przy
wejściu do salki i jeden drugiego walnął pięścią w ramię, na powitanie i wychwalając się wzajem. Za pierwszym razem jedna osa dała im trzy dni
wolności. Kiedy schodzili ze wzgórza, żeby buszować po targowiskach,
uznali, że całe gniazdo z pewnością da im tydzień albo i dwa wolnego, a może nawet jeszcze więcej, jeśli Aniktet się wreszcie podda i wyprawi do
swego domu.
Lucjusz chrapał smacznie, kiedy drzwi do jego sypialni otworzyły się
gwałtownie. Wrócił do siebie późną porą, a potem jeszcze Oton
przedstawił mu dwie ze swoich ulubionych dziewcząt. Wydawały się
zainteresowane zwalistym młodzianem, który dopiero kończył trzynaście
lat i jeszcze rósł, ale na policzkach miał już cień zarostu. Chłopięcą
tunikę na męską togę miał zamienić dopiero za rok. Zainteresował się
jedną z tych młodych kobiet, za sprawą jej opalonych nóg, oczu zręcznie
obrysowanych kohlem i tajemniczą umiejętnością przykuwania jego wzroku.
Laita. Zasnął z jej imieniem na ustach i to właśnie ona przewijała się
przez jego sny, rozsypując się na kawałki niczym przewrócony gliniany
dzban, kiedy czyjaś silna ręka schwyciła go za stopę i wywlekła z łoża.
Miał na sobie lnianą przepaskę biodrową i tunikę bez rękawów - noce
bywały chłodne, bo sto komnat na Palatynie potrafiło wysysać ciepło z powietrza. Poczuł, że coś go wlecze, więc pochwycił koce i zwlókł je za
sobą, dlatego ostatecznie zwalił się na posadzkę jak wielki, nic
nierozumiejący tobół. Przez chwilę leżał w tym kokonie, po czym nagle
się poderwał, ciężko dysząc i gotów się bić.
Pretorianin Burrus popatrzył z zainteresowaniem na sztylet w ręku
chłopca. Mały musiał sięgnąć po niego, kiedy go wywlekał z łóżka. Burrus
zauważył też, że syn Agrypiny nosi na nadgarstku bransoletę ze złota i polerowanej żywicy, z wężową skórą połyskującą pod powierzchnią.
Mówiono, że ten wąż uratował Lucjuszowi życie wiele lat wcześniej, kiedy
skrytobójcy przybyli do jego domu pod miastem. Być może dlatego właśnie
sypia ze sztyletem pod ręką, pomyślał Burrus.
- Odłóż ten nóż, synu. Twoja matka cię wzywa.
- I co z tego? Nie jesteś przecież prefektem pretorianów, prawda?
Centurion zbył to milczeniem, ale Lucjusz wiedział, że zdobył nad nim
przewagę.
- Nie jesteś i nie będziesz, dopóki Rufriusz nie uda się na emeryturę. A może nawet i nie wtedy. Nie możesz tak tu wchodzić, kiedy śpię! Wynoś
się.
Wymachując rękami, chłopiec próbował go wygnać z komnaty, co pewnie
podziałałoby na młodszego brata albo niewolnika. Burrusowi przypomniała
się brawura młodego pretora. Nie było to miłe wspomnienie i zareagował
bardziej surowo niż zazwyczaj, bo trzepnął Lucjusza po ręce, wytrącając
mu nóż z garści. Ostrze przeleciało ślizgiem po płytkach posadzki, a chłopiec zrobił taką minę, jakby zamierzał się na niego rzucić.
- Cesarz jeszcze się nie udał na spoczynek - warknął Burrus. - To znaczy
twój ojciec, bo teraz już nim jest. Twoja matka przysłała mnie, żebym
przyprowadził cię przed jego oblicze, a ja jestem pretorianinem i przysięgałem, że będę wypełniał rozkazy członków rodziny cesarskiej. I będę to robić, choćbym musiał przewiesić sobie ciebie przez ramię i zanieść jak owcę.
- Czego chcą? - zapytał Lucjusz.
Burrus zauważył, że chłopiec tłumi złość, mrużąc oczy. Nie były to złe
reakcje na to, że został obudzony. Najpierw nóż, potem opanowanie, jak u dorosłego. Nie tego Burrus się spodziewał po synu Agrypiny. Uniósł brwi
ze zdumieniem.
- Chodź ze mną, to się dowiesz. Włóż sandały. I ta tunika jest
przepocona, na twoim miejscu też bym ją zmienił.
Lucjusz zbył te rady machnięciem ręki, po czym przeczesał palcami gęste
czarne włosy. Jest dobrze zbudowany, pomyślał Burrus, umięśniony i opalony, przez co wygląda jak wyrzeźbiony z oliwkowego drewna. Nogi też
miał muskularne, co zapewne odziedziczył po biologicznym ojcu. W innym
życiu byłby z niego niezły żołnierz.
Burrus przerwał te oględziny. Matka chłopca w życiu nie pozwoliłaby mu
maszerować z legionem, ani też zostać woźnicą rydwanów jak jego ojciec.
Przewidziała dla niego inną drogę. Piękne kobiety już taki mają
przywilej, że robią, co im się podoba.
Zauważył, że syn Agrypiny popatruje na jego okaleczoną dłoń. Burrus
uniósł ją, żeby chłopiec mógł się dobrze przyjrzeć. Od lat ją ukrywał
przed wścibskim wzrokiem, trzymając za plecami w publicznych miejscach,
ale ostatnio przestał.
Przy lewej dłoni brakowało mu dwóch palców, małego i serdecznego, bo
zostały ucięte, co zresztą nie było wcale rzadkim obrażeniem w przypadku
legionisty. Burrus nawet niczego nie poczuł, kiedy go zraniono, gdy
walczył w Brytanii za cesarza. Był zadowolony, że nie stracił całej
ręki, bo legionowi medycy zbyt pochopnie odrąbywali całe kończyny,
starając się w ten sposób ułatwić sobie pracę. Jego pretoriański lekarz
był Grekiem i za to Burrus dziękował bogom. Ten człowiek doglądał go
przez trzy tygodnie, stosując okłady z chleba, podgrzanego wina i octu,
codziennie wyciskając ropę, dopóki nie pojawiła się krew.
Burrus obrócił swój szpon w jedną i drugą stronę. Został mu jeszcze
kciuk i tylko to się liczyło. Dzięki kciukowi mógł podnieść dzban albo
uchwycić pas przy tarczy. Mógł iść na emeryturę i odejść z legionu, ale
uparcie pełnił służbę, bo po prostu taki już był.
- Napatrzyłeś się do syta?
Chłopiec skinął głową, ale jakoś nie potrafił oderwać wzroku.
- Bolało? - spytał.
Burrus parsknął.
- Ależ skąd. No chodź już. Twoja matka czeka.
Centurion z zadowoleniem zauważył, że chłopiec nie protestuje, tylko
zrównuje z nim krok i tak oto ramię w ramię przemierzali razem korytarze
zespołu pałacowego. Pretorianin wymusił szybkie tempo, ale Lucjusz
dorównywał mu bez zadyszki, idąc posuwistymi krokami, jakby niczym się
teraz nie przejmował. Jeśli udaje, to całkiem udatnie, stwierdził
Burrus.
Sypialnia chłopca znajdowała się daleko od osobistych komnat cesarza.
Wprawdzie na zewnątrz było jeszcze ciemno, a jednak Burrus czuł coraz
silniejsze napięcie w brzuchu, w miarę jak byli coraz bliżej. Na tych
korytarzach płonęły niskie lampy na zdobnych postumentach z brązu i polerowanego drewna, zalewając posadzki i ściany złotym światłem. Na
każdym rogu i przy wszystkich drzwiach stali pretorianie salutujący na
ich widok. Burrus przyjmował gesty i odpowiadał na nie, mrucząc tu i ówdzie słowa pochwał. Czuł, że chłopak mu się przygląda.
- Znasz ich wszystkich? - spytał Lucjusz.
- Znam - odparł Burrus. - Jestem centurionem od przeszło dwudziestu lat.
Dostatecznie długo, by nauczyć się na pamięć paru nazwisk.
- Ostatni prefekt pretorianów odebrał sobie życie - zauważył Lucjusz. -
A także poprzedni. Myślisz, że prefekt Rufriusz zrobi to samo?
Burrus dotarł do korytarza wiodącego do prywatnych komnat cesarza.
Zacisnął szczęki.
- Jestem pewien, że Rufriusz odejdzie ze służby pełen pogody ducha i będzie doglądać swoich winorośli - mruknął. - Albo może umrze ze
starości
Lucjusz uśmiechnął się szeroko.
- A wtedy ty staniesz na czele pretorianów? - zapytał niewinnym tonem.
- Nie mam takich ambicji - odrzekł Burrus.
- Ale jeśli cesarz cię wybierze... - nastawał Lucjusz.
- Nie uchylę się, jeśli bogowie i cesarz mnie wybiorą. Ale poza tym to
już niczego więcej nie pragnę.
- W takim razie to może ty odbierzesz sobie życie - stwierdził Lucjusz.
- Niewykluczone. Albo zrobię wyjątek od reguły, żeby tylko ci dopiec,
gówniarzu.
Lucjusz nie zdążył odpowiedzieć, choć otworzył usta ze zdumieniem. Kiedy
podeszli do drzwi, strażnicy po obu stronach nagle stanęli na baczność,
alarmując tych, którzy znajdowali się w komnatach. Niewolnicy otworzyli
skrzydła i Burrus razem z chłopcem weszli do środka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki