Prolog
Koła miarowo stukały na spojeniach szyn. Rytm ten co jakiś raz zaburzał dźwięk przypominający uderzenia werbli, a działo się tak wówczas, kiedy pociąg przecinał rozjazdy na mijanych, pogrążonych we śnie - był wszak środek nocy - stacjach i stacyjkach. Lokomotywa znajdowała się blisko, bo tuż za ścianą, słychać było więc także i ją: niepowtarzalną muzykę tłoków, szum pary, a raz na jakiś czas - krótki a przejmujący świst.
Mężczyźnie, który podróżował w jednym z przedziałów wagonu, ta kakofonia dźwięków zdawała się jednak wcale a wcale nie przeszkadzać. Ubrany w szarą marynarkę wojskowego kroju i czarne spodnie siedział, a właściwie półleżał, z nogami wyciągniętymi aż na środek i głową wtuloną w szary płaszcz, który wisiał nad nim na stalowym haczyku. Na półce, obok walizki, spoczywała okrągła czapka z daszkiem, uszyta z takiego samego materiału jak bluza i płaszcz.
Człowiek ten wyglądał, jakby spał, choć trudno było jednoznacznie to ocenić, bowiem jego oczy przysłaniały czarne, krzaczaste brwi. One też powodowały, do spółki z czarnym, sumiastym wąsem, że wyglądał groźnie. Strach się do takiego odezwać, a już na pewno przerwać sen głośniejszym zachowaniem...
Wysoki mężczyzna w okularach, który po chwili wszedł do przedziału, nie miał jednak takich obaw: głośno stuknęły zamknięte przez niego drzwi, a ciężkie wojskowe buty przez kilka chwil bębniły o podłogę.
- Chyba już jesteśmy w Wielkopolsce - powiedział, po czym zbliżył się do okna, za którym nic nie było widać, gdyż, powtórzmy, trwała noc, w dodatku noc jesienna i mglista.
Posiadacz imponujących wąsów stęknął cicho, wyprostował się i też zbliżył twarz do zimnej szyby. Choć nic nie odpowiedział, uważny obserwator dostrzegłby w jego obliczu coś, co można by było odczytać jako mieszaninę ogromnej ulgi i zdziwienia. Tak mógł wyglądać ktoś, kto wraca z dalekiej podróży w rodzinne strony, w których w międzyczasie dokonało się wiele zmian.
- Bliżej niż dalej, jak to mówią... - dobiegło wreszcie spod wąsów, z wyraźnym wschodnim, śpiewnym akcentem.
Drugi z mężczyzn uśmiechnął się. Usiadł naprzeciwko.
- Może partyjkę szachów? - zaproponował.
- Nie dam rady. Jest za późno.
- Albo za wcześnie - zauważył tamten i niezrażony odmową wyciągnął z zanadrza srebrną papierośnicę i otwartą podsunął pod nos towarzyszowi.
- Dziękuję. - Wąsacz poczęstował się, a następnie przyjął ogień; blask palącej się zapałki na chwilę oświetlił jego oczy, w których coś szkliło się niepokojąco.
W drodze byli od dwóch dni, odkąd do magdeburskiej twierdzy przybył niejaki hrabia Kessler, który na osobisty rozkaz kanclerza zabrał stamtąd obu mężczyzn. Więźniów, wyjaśnijmy i to wreszcie: obaj nie przebywali wszak w twierdzy, by się w niej bronić ani też jej nie zdobyli, ale po to, by nie mogli być w żadnym innym miejscu toczącej się już czwarty rok wielkiej wojny. Wąsaty pan więziony był od ponad roku, kiedy to aresztowano go w Gdańsku, wierny towarzysz zaś dołączył do niego w sierpniu.
Dziś wszystko wskazywało na to, że ich długoletnia udręka dobiega końca. Tam, skąd jechali nocnym pociągiem, pociągiem składającym się z jednego tylko wagonu, od kilkunastu dni słychać było strzały i okrzyki nawołujące do rewolucji. Co czeka ich na końcowej stacji, tego żaden z nich tak naprawdę pewnym nie był...
- Zwalniamy - ni to stwierdził, ni to zapytał młodszy z podróżnych. - Czyżby już Poznań?
Za szybą nie było jednak widać żadnych świateł, które mogłyby świadczyć, że skład rzeczywiście zbliża się do większego miasta. Stojący oficer już otwierał usta, by o tym powiedzieć, gdy rozległ się rozdzierający pisk metalu trącego o metal. Pociąg zahamował tak gwałtownie, że nieprzygotowany na to mężczyzna runął wprost na siedzącego wciąż po drugiej stronie przyjaciela. Szczęściem ten skończył już ćmić papierosa...
Wszystko odbyło się w absolutnej ciszy, jeśli nie liczyć zgrzytających hamulców i kilku prawdopodobnie niezbyt miłych słów rzuconych spod wąsa. W tym samym momencie, kiedy nieszczęśnik zdołał stanąć na równe nogi, pociąg zatrzymał się.
- Do diabła, co to było? - wymamrotał młodszy i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę drzwi, za którymi znajdował się korytarz wagonu.
Ledwo jednak otworzył drzwi, cofnął się. Obejrzał się i ujrzał pytające spojrzenie drugiego. Nie był jednak w stanie wydobyć z siebie głosu. Tylko niemal niedostrzegalnie pokręcił głową.
- Co się dzieje, Kaźmierz? - zapytał starszy, znów z tym swoim pięknym akcentem.
I wtedy na zewnątrz ujrzeli światła. Nie były to jednak światła miasta, te przecie nie poruszają się, a trwają w miejscu. W kłębach pary z sapiącej lokomotywy, pomieszanej z mgłą, rysowały się coraz wyraźniej i zbliżały pary ogników. Niektóre z nich czerwone, inne zielone, a jeszcze inne żółte - przypominały oczy jakichś istot nieziemskich, bo też sporo wyższych od dorosłego człowieka, a może tylko podróżującym nocną porą tak się wydawało.
- Nie wiem, Ziuk. Nie wiem... - odpowiedział przez ściśnięte gardło mężczyzna noszący królewskie imię, nerwowym ruchem poprawiając okrągłe okulary w drucianej oprawie.
Jedna z istot zbliżyła się do okna i wtedy podróżni ujrzeli znajomy kształt hełmu z niewielkimi rogami po bokach. Gruba niczym ramię lufa karabinu stuknęła o szybę. W tej samej chwili, po drugiej stronie, w drzwiach przedziału na szeroko rozstawionych nogach stanęła postać w takim samym hełmie i sięgającym ziemi czarnym, skórzanym płaszczu. I choć jej twarz zakrywała metalowa maska, nie można było oprzeć się wrażeniu, że człowiek ten, bo był to chyba człowiek, uśmiecha się szyderczo.
- Mamy listy od samego kanclerza! - Pan Kazimierz sięgnął gwałtownym ruchem w zanadrze, ale jego towarzysz go powstrzymał, a następnie wstał, obciągnął na sobie mundurową bluzę z szarego sukna i rzekł ze spokojem:
- Siedź tu i czekaj.
- Ale... - Mężczyzna powoli zdjął okulary i kilka razy znacząco pociągnął nosem, bowiem wraz z dziwnymi osobnikami do przedziału dostała się także niezbyt przyjemna woń.
Wąsaczowi zdawało się to jednak zupełnie nie przeszkadzać.
- Siedź tu i czekaj - powtórzył. - Ja z nimi pogadam...