Rozdział I
Bardzo dużo kotów
Tymoteusz był zwykłym chłopcem. Tak zupełnie zwykłym, że jeśli ktoś nie miał pojęcia o jego zdolnościach, nigdy by nie zgadł, że on je w ogóle posiada. Tego lata nawet sam Tymek jeszcze o tym nie wiedział. W tym chłopcu na pozór nie było nic nadzwyczajnego. Z wyjątkiem niezliczonych piegów na jasnej buzi, rudej czupryny i czasami widzenia rzeczy, których inni nie widzieli. Albo widzieć nie chcieli. Otaczający świat wydawał mu się ciekawy, pełen niesamowitych zjawisk i rzeczy. Tymczasem dorośli jakby całkiem oślepli i nie dostrzegali magii na co dzień. Możliwe jednak, że tylko miasteczko, w którym mieszkał, i ludzie, których znał, byli dziwni. Bo i dziwne mieli problemy.
Od dziesięciu lat w Kamieńcu Ząbkowickim nie urodził się ani jeden chłopiec. To dość nietypowe. Burmistrz, widząc, co się dzieje, wyznaczył nagrodę - wielką wyprawkę dla niemowlaka chłopca, w której jak głosiły plotki, znaleźć się miały niebieskie kocyki, niebieskie smoczki, niebieskie misie, niebieskie sweterki, skarpetki i oczywiście niebieski, bardzo nowoczesny wózek na trzech kółkach. Szeptuchy paliły chwasty, by odczynić uroki. Inni modlili się gorliwie. Ale i to nie przynosiło żadnych rezultatów.
Tymkowi ciężko było znaleźć dobrego kolegę. Ba, jakiegokolwiek kolegę! Co prawda, w ławce siedział z Jackiem, ale nie przepadał za nim. Bo jak można lubić kogoś, kto pożera tony jedzenia i rozsypuje wokół siebie okruchy, które przyklejają się do książek, piórnika i ubrań? Nie rozumiał też, jak można zjeść naraz tyle chipsów, ciastek, batoników.
Na skraju parku, niedaleko szkoły, w starej kamienicy zdobionej wieżyczkami i krużgankami znajdował się malutki sklepik z grami planszowymi. Jego właścicielem był pan Seweryn. Starszy siwowłosy mężczyzna był wysoki i szczupły. Lekko przygarbione plecy podkreślały barczyste ramiona. Na nosie zawsze miał malutkie okulary. Mówił Tymoteuszowi, że do gry, jak i do tanga, trzeba dwojga. Tłumaczył, że Jacek na pewno jest dobrym kolegą i że warto spróbować się zaprzyjaźnić. Chłopiec miał w pamięci te słowa, ale i tak tracił cierpliwość, kiedy tylko wchodził do klasy i widział Jacka ubabranego jedzeniem.
Teraz wreszcie mógł nie zaprzątać sobie głowy Jackiem, bo były wakacje. To czas, który Tymek bardzo by lubił, gdyby miał z kim grać w swoje ukochane planszówki. Niestety, dziewczyny trzymały się razem, a na spotkanie z jedynym kolegą w ogóle nie miał ochoty. Najczęściej więc grał z panem Sewerynem, ale i on - zajęty pracą czy przeglądaniem starych dokumentów i map - nie zawsze miał czas na rozrywkę.
Tamtego dnia, kiedy Tymek zobaczył coś, co jak sądził, ujrzał tylko on, usłyszał najpierw wzburzony głos swojej mamy dobiegający z gabinetu. Zaciekawiony wszedł do środka i się rozejrzał...
Nieczęsto gabinet Anny był otwarty. Zazwyczaj zamykała się tam i pracowała od rana do późnego wieczora. Nie poświęcała synowi zbyt wiele czasu i z całą pewnością nie grała z nim w planszówki. Tymek nie umiał zrozumieć dlaczego. Tłumaczył sobie, że jest zbyt zajęta. "Na planszy do gry dzieje się magia, do której zrozumienia trzeba kreatywności i trochę nadprzyrodzonych uzdolnień" - mawiał pan Seweryn. Tymek uważał, że praca jego mamy była nudna. Czasu nie poświęcał mu także tata Tomek, który ciągle wyjeżdżał w delegacje. Wpadał na weekendy, załatwiał rodzinne sprawy i ponownie wyruszał w podróż. Był dyrektorem firmy informatycznej. "To ważna funkcja" - mawiał, gdy widział niezadowoloną minę swojego syna.
Chłopiec wyjrzał przez okno. Na ulicy Kamienieckiej jak okiem sięgnąć roztaczał się dywan z kotów! Rude, czarne, biało-czarne, w prążki, rasowe i dachowce. Przechadzały się po trawniku, leżały, wygrzewając pełne, tłuste brzuchy, siedziały na drzewach.
- Co tu się, u licha, dzieje? - zapytała mama. Energicznie podeszła do okna, niechcący strącając szklany wazon. Zrobił się taki rumor, że kocur siedzący na parapecie po drugiej stronie okna podskoczył i spadł w krzaki.
- Nie sądziłam, że w Kamieńcu mamy tyle kotów! Przeraża mnie ten widok. Widziałaś wcześniej coś podobnego, Michalino?
- Nigdy, pani Anno - odpowiedziała gosposia, zbierając potłuczone szkło.
Chwilę wcześniej Tymek widział, że gosposia Michalina uśmiechała się do rudego kota siedzącego na ogrodzeniu. Mama jednak chyba tego nie dostrzegła. Popatrzyła tylko przez okno, machnęła ręką i zajęła się na powrót pracą, wybierając następny numer w telefonie.
Wtedy zrozumiał, że chce zbadać tę dziwną sprawę. Jeszcze w drzwiach zauważył, że Michalina patrzy na niego z tajemniczym uśmiechem. Miał nawet ochotę spytać, czy może coś jednak wie na temat kociego zjawiska. Szybko jednak uznał, że przy mamie i tak nic ciekawego mu nie powie. Postanowił zaczekać na inną okazję. Wybiegł z pokoju i poczuł zew przygody.
***
Na ulicy zatłoczonej od kotów prawie nie było widać ludzi. Zdziwieni niecodziennym widokiem stali w oknach, odsłaniali firanki, otwierali okiennice. Próbowali zrozumieć, co się dzieje. Szukali wiadomości w telewizji czy w radiu, by dowiedzieć się czegokolwiek o kociej anomalii.
- Apokalipsa! - krzyknęła starsza kobieta z pierwszego piętra.
- Inwazja, złociutka, inwazja - odpowiedziała jej sąsiadka, kiwając głową.
- Chyba kosmitów! - kpił jakiś chłopak nagrywający relację na TikToka.
Tymek pobiegł w stronę sklepu pana Seweryna. Gdy pędził pomiędzy kotami, poczuł się jak pionek na planszy, który przeskakuje kolejne przeszkody - i miał naprawdę niezłą zabawę. Spoglądał na zwierzaki, które patrzyły na niego z zaciekawieniem i wcale nie uciekały. "To dziwne", pomyślał. Wyglądały całkiem normalnie. Miały po cztery łapy, ogon, uszy, nos z długimi wąsami. Te, które ziewały, pokazywały białe zęby.
Sklep Seweryna mieścił się na parterze w starej, bogato zdobionej kamienicy tuż przy starym kościółku. Jedyne okrągłe okno wychodziło na park. Zza drzew wyłaniała się wieżyczka pałacu z czerwonej cegły. Seweryn lubił siadać w ogromnym fotelu wśród regałów z grami i spoglądać w "jej stronę", jak miał w zwyczaju mówić. Chodziło mu o historię pałacu, której doszukiwał się w każdej cegle, krużganku i zakamarku. Przyglądał się rzeźbom, kamieniom na krętych dróżkach prowadzących do wejścia głównego, na tarasy i do stajni dla koni. Często odwiedzał to miejsce, mimo że znał je na pamięć.
Od kiedy Tymek nauczył go korzystać z internetu, Seweryn również w sieci szukał ciekawostek o historii pałacu. Pierwszą właścicielką posiadłości była księżna Marianna Orańska, do której historii stary sklepikarz miał słabość. Dlaczego? Tego Tymek nie mógł zrozumieć. Nieraz widział go, jak ogląda, przekłada i odkurza kolekcję książek o legendach pałacu, a także dawne fotografie i pocztówki.
W sklepie Seweryna było także sporo gier - do kupienia lub wypożyczenia. Taboo, Cluedo, Monopoly, Leśne grzybki, chińczyk... Lubił to miejsce. Lubił też pana Seweryna, który był jedynym dorosłym poświęcającym mu czas. Chłopiec marzył, że kiedyś będzie tu pracował.
- Widział pan, ile tam jest kotów? - wydyszał Tymek, wbiegając z impetem do sklepu.
- Kotów? - upewnił się niskim, spokojnym głosem Seweryn.
Staruszek wyjął z kredensu klucze do sklepu, zamknął drzwi i chwilę później oboje stali na ulicy Kamienieckiej, na której wprost roiło się od zwierząt. Przyjechało już kilka radiowozów, byli też strażacy, a także dziennikarze z ogólnopolskich mediów.
- I co pan o tym wszystkim myśli? - zapytał chłopiec. Spodziewał się, że z ust tego mądrego człowieka padną słowa w rodzaju: "To niewiarygodne!". Albo chociaż: "Czytałem gdzieś o nowej kociej zarazie, nazywa się patrzadło, to groźna choroba, z powodu której koty obłędnie gapią się na ludzi". Czy: "Tymoteuszu, chyba ci się przywidziało, tu wcale nie ma aż tak dużo kotów". Jednak odpowiedź sklepikarza bardzo zdziwiła Tymka.
- Myślę, że zbyt dużo kotów jest bezdomnych. Spójrz, niektóre mają obrożę i są zadbane, ale większość z nich wygląda na samotników bez dachu nad głową. Powinieneś jednego adoptować. Miałbyś kompana do zabawy, a przy okazji uratowałbyś kocie życie. Co sądzisz, Tymoteuszu?
- Adoptować kota? - zapytał sam siebie Tymek.
Staruszek założył rękę na rękę i przyglądał się z zaciekawieniem chłopcu. "Tak! Adoptuję kota i nazwę go... Kot", pomyślał. "Przecież każdy zwierzak ma już jakieś swoje imię. Nie mogę go zmieniać na siłę. Będę przyjacielem, a nie właścicielem".
- Tak, zawsze potrafisz mnie zaskoczyć - powiedział Seweryn, odchodząc w stronę pałacu, którego wieże dumnie prężyły się ponad lasem i mieniły w zachodzącym słońcu.
***
Tego dnia nikt nie rozwikłał kociej zagadki. Podejrzewano masowe polowania na myszy, wściekliznę, osoby z bujną wyobraźnią mówiły nawet o kotozombiakach. Domysłom nie było końca, a o sprawie informowano nawet w zagranicznych mediach.
Wieczorem Tymek przesiadywał w oknie swojego pokoju na poddaszu kamienicy i obserwował, jak koty układają się do snu. Niektórym zwierzakom łapy zwisały z konarów drzew, innym nerwowo podrygiwały ogony. Na budynku naprzeciwko jakiś kocur przeciągał się, wyciągając łapy, po czym zwinął się w kłębek jak maskotka. W oknach i na balkonach sąsiedzi montowali siatki w obawie, że zwierzęta wedrą się do ich mieszkań...
Tymek już miał iść spać, gdy zauważył nagły i niespodziewany ruch za drzewami obok budynku. Od niechcenia spojrzał w tamtym kierunku, bo czytał właśnie instrukcję nowej gry, którą kupił u Seweryna. Zaciekawiony zostawił jednak planszówkę na łóżku i zbliżył nos do chłodnej szyby. Ciepłe powietrze z ust chłopca tworzyło białe plamy pary na szkle. Zanim zdążył przetrzeć szybę skrawkiem piżamy, dostrzegł bardzo charakterystyczną drewnianą laskę z lwią łapą. Podpierał się nią niespodziewany gość. Tajemnicza postać była już daleko. Koty podążały za nią jak zahipnotyzowane.