Tymczasowa - Małgorzata Hayles

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (33,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Gdyby ktoś inny opowiadał tę historię, być może zacząłby właśnie tak:

Był szesnasty dzień kwietnia. Poznań tonął w słońcu. Tomek obudził się z ochotą na jagodowe bułeczki. Próbował nawet negocjować z Martą na ten temat, ale nie była w humorze. "Sam sobie zrób bułeczki, nie jestem w nastroju". Tomek pomyślał, że Marta coraz rzadziej jest w nastroju i nie dotyczy to bynajmniej tylko bułeczek, nawet jeśli chodzi o te szczególne, jagodowe. Mógł oczywiście upiec sobie sam te i inne bułeczki, ale przecież nie o to w życiu chodzi.

Tego dnia nie podskakiwał, wchodząc do kuchni. Zaparzył kawę i otworzył ostrożnie laptop. Obejrzał się na wszelki wypadek. Marta potrafiła chodzić po domu bezszelestnie jak Nienażarty, ich kot bardzo serio. Potrafiła wyrastać nagle i niemo za jego plecami. Dom należał do niej, wspólny był jedynie w dokumentach. Mówiła, że urządzony został po jego myśli, a do niej należy tylko utrzymanie go w odpowiednim porządku, ale wypełniała go swoją codzienną krzątaniną. Marta pracowała w domu i od samego rana, gdy tylko wyjechał do firmy a ona wyprawiła dzieci do szkoły, obejmowała go w wyłączne posiadanie. Na początku małżeństwa, kiedy dzieci były małe, skarżyła się na to, że on tak dużo pracuje, zostawiając ją w ówczesnym niewielkim mieszkanku sam na sam z macierzyństwem i otchłanią podobnych do siebie dni. Dni świstaka. Teraz natomiast wydawało mu się, że Marta jest jak nadmiernie oswojone zwierzą, które boi się otwartych przestrzeni, w tym także cyberprzestrzeni. Dom był jej domeną i nie potrzebowała już wirtualnych. Nie udzielała się na portalach społecznościowych, nie pisała blogów, nie posiadała wirtualnego wymiaru. "Nie jest mi to potrzebne do szczęścia, wiesz - mówiła. - Czułabym się nieswojo, wiedząc, że moje wnętrze żyje gdzieś odrębnym życiem, czuwa, kiedy śpię".

Kiedy dzieci poszły do przedszkola, Marta zaczęła przebąkiwać o pójściu do pracy. Chciała uczyć angielskiego w szkole, zgodnie z uzyskanym dyplomem, ale Tomek wyliczył, że po opłaceniu opiekunki i dojazdów do pracy niewiele zostanie z jej pensji, tak więc ustalili wspólnie - a może to on ustalił, trudno to było z całą pewnością stwierdzić po tylu latach - że Marta zajmie się domem i dziećmi. Póki co. Tak to zostało nazwane. "Póki co" było pojemnym pojęciem, w którym mieściło się ich pierwsze małe mieszkanie i pierwszy niewielki samochód, a także codzienność Marty.

Zajmując się domem i dziećmi, zaczęła robić tłumaczenia, a potem pisać monologi i skecze kabaretowe na zlecenie. Kto by pomyślał, że tak nieśmiała osoba będzie pisała dobre teksty satyryczne. Najpierw przetłumaczyła występ Ellen DeGeneres dla jednej z aktorek. Później podesłała tej aktorce propozycję własnego monologu stand-up i dalej samo się potoczyło. Nikt z plejady komików nie przyznałby się publicznie do tego, że ktoś inny stoi za jego tekstami, ale Marcie to nie przeszkadzało. "Byle płacili na czas - mówiła. - Nie potrzebuję uznania".

Na początku pokazywała mu swoje teksty i nieraz toczyli spory o jeden czy drugi żart. Ponieważ rzadko uwzględniała jego uwagi, przestał się tym w końcu interesować. Tak naprawdę, gdyby miał być ze sobą szczery, musiałby przyznać, że nigdy nie uważał jej pomysłów za specjalnie zabawne. Poza tym w pewnym momencie, trudno powiedzieć, w którym, trzy, pięć, a może dziesięć lat po ślubie, Tomek przestał się po prostu interesować Martą. Z czasem przestał ją w ogóle zauważać. Umknął mu dokładny moment, w którym zaniechali wspólnych wyjazdów, wyjść, zapraszania znajomych. Nie zauważył, kiedy przestali się przekomarzać, sypiać ze sobą, a nawet rozmawiać o czymś innym niż lustro, które trzeba zawiesić w przedpokoju, lub podejrzanie wysoki rachunek za prąd. Przestał ją dostrzegać, jakby jej osobowość uległa... rozmyciu.

Już wtedy, kiedy się poznali, on na piątym roku ekonomii, a ona na trzecim anglistyki, Marta nie lubiła zwracać na siebie uwagi. Nosiła dżinsy i luźne koszulki, lekki makijaż na bladej twarzy schowanej pod rudą grzywką. Nie była z pewnością tak ładna jak jego poprzednia dziewczyna, Anka, ale ujęła go szczerością i uczciwością. Manipulacje Anki były jej obce. Wszystkie emocje grały jej zaraz pod skórą i równie łatwo potrafił ją sprowokować i do śmiechu, i do płaczu. "Marta jest takim wiesz "prawdziwkiem"" - opowiadał matce, zanim przyprowadził ją do domu rodziców. Jego matka uważała jednak, że Marta jest bardziej "podgrzybkiem", a syna znanego w mieście notariusza stać na kogoś ciekawszego, z bardziej majętnej rodziny. Uważała również, że Marta jest trzpiotowata i nieokrzesana, co było dość zabawne, bo jego zdaniem Marta była zbyt poważna. Dopiero potem zrozumiał, że matka nazywa innymi słowami właśnie to, co tak mu się w Marcie spodobało. Trzpiotowatość odnosiła się do naturalności, brak okrzesania do niewyrachowania.

Dobrze się czuł w roli mężczyzny, który pokazuje jej świat. Mówił do niej "głuptasku", gdy nie rozumiała jakiegoś zagadnienia z dziedziny ekonomii, i tłumaczył jej cierpliwie, na czym polega zysk nadzwyczajny lub jak działa silnik w samochodzie. Matką się nie przejmował, bo żadna synowa nie byłaby dla niej wystarczająco dobra. Śmiali się z Martą, że najchętniej zaaranżowałaby jego małżeństwo, a i wtedy niekoniecznie byłaby zadowolona z narzeczonej. Kiedy Marta zaszła w ciążę, dżinsy i koszulki zastąpiła koszulowymi namiotami i spódnicami na gumce, które po urodzeniu dzieci ustąpiły miejsca mamuśkowatym zestawom spodni zwanych rybaczkami, których nigdy nie polubił, i luźnych bluz. Zaczęła nosić buty wyłącznie na płaskim obcasie. Od momentu urodzenia dzieci związywała swoje piękne rude włosy w bezkształtny pęk nad karkiem i rzadko się malowała. Zrobiła się trochę taka... Jak to mówiła jego matka? Jak Matka Ziemia. To było dobre porównanie.

Z biegiem lat skóra podobno traci gęstość, ale jej jakby wręcz zgęstniała, emocje nie były już pod nią tak łatwo widoczne i często miał problem z odgadnięciem, co Marta tak naprawdę myśli. Zastanawiał się czasami, czy ona patrzy na niego w podobny sposób. Być może drugą osobę widzi się najlepiej, gdy przygląda się jej z pewnego dystansu, tak jak obrazom w galerii. Kiedy się podejdzie do nich zbyt blisko, widać tylko chaotyczny taniec barwnych kleksów na płótnie.

A może to jest właśnie najważniejszy aspekt pojawiającej się po czterdziestce starczowzroczności, o którym się nie mówi. Sprawdził w Internecie, że presbyopia, czyli starczowzroczność, jest wynikiem fizjologicznego procesu twardnienia i spadku elastyczności soczewki, która coraz trudniej zmienia swój kształt, pomimo napinania się mięśnia akomodacyjnego. Otóż i cała filozofia. Człowiek młody jest krótkowzroczny, a starszy nadwzroczny. Po czterdziestce po prostu nie widzi się z właściwą ostrością tego, co jest pod samym nosem.

Ostatnio miał jeszcze mniej niż zwykle okazji, aby poprzyglądać się Marcie, ponieważ spędzała dużo czasu w sypialni, a konkretnie w łóżku. Takie miał przynajmniej wrażenie, bo tkwiła tam w podobnej embrionalnej pozycji, gdy wstawał rano i gdy wracał z pracy.

Nie mogła tam oczywiście leżeć cały dzień. Po powrocie z pracy widział ślady jej bytowania poza sypialnią - zrobione zakupy, wyprane i wyprasowane ubrania. Dzieci były najedzone i uczęszczały na zajęcia dodatkowe zgodnie z grafikiem przyczepionym magnesem do drzwi lodówki. Niemniej nic poza łóżkiem jej nie interesowało, przy czym, jak na ironię, nie interesował jej też wcale seks.

Z tego, co wyczytał w Internecie, to mogła być przedłużająca się chandra, a może nawet depresja, jego życie zawodowe było jednak wymagające, a osobiste skomplikowało się w ostatnich miesiącach, możliwe więc, że umknęło mu załamanie nerwowe Marty, przeżyte gdzieś między szkolnym parkingiem a lokalnym sklepem spożywczym. Być może jej samej to umknęło. Czytał gdzieś (zapewne znowu w Internecie], że można doświadczyć mikroudaru mózgu, nie zdając sobie z tego sprawy. Lekkie zawroty głowy czy przejściowe zaburzenia mowy, które tłumaczy się stresem i zmęczeniem, mogą podobno świadczyć o epizodach niedokrwienia mózgu. Może tak samo było w jej przypadku - przeżyła, nie dostrzegając tego, jedno, a nawet szereg mikrozałamań nerwowych.

Kilka razy zaproponował jej wyjście do kina czy rodzinny wyjazd na kręgle, ale odmówiła. Nie nalegał, bo sam nie miał na to specjalnej ochoty, wydawało mu się po prostu, że w ten sposób dojdzie wreszcie między nimi do jakiejś konfrontacji, dzikiej i oczyszczającej awantury, podczas której będzie mógł jej o wszystkim powiedzieć. Wykrzyczy jej w złości, że jest okropna, nie może jej znieść i dlatego właśnie muszą się rozstać. Sęk jednak w tym, że Marta wcale nie była okropna i wciąż ją kochał uczuciem, jakim mężczyzna może darzyć niewidzialną kobietę. Tym, czego nie mógł natomiast znieść, było jego własne życie, jego przewidywalność i rutyna. Samotność.

W ciągu piętnastu lat małżeństwa przeżyli z Martą to i owo, ale z dystansu wydawało mu się, że zabijali po prostu razem czas. Dopóki nie poznał tej kobiety, wydawał się sobie starcem. Zdziwił się, kiedy zechciała się z nim umówić, a potem regularnie spotykać. Czy taka kobieta naprawdę mogła czerpać przyjemność ze spotkań ze starym człowiekiem? ją widział wyraźnie. Dostrzegał jej piękne ciało i błyskotliwy intelekt. Najważniejsze jednak było to, że kiedy byli razem, czas stawał się znowu czymś cennym, czymś, co zasługuje na uratowanie.

Początkowo wracał z tych spotkań do domu coraz bardziej poirytowany faktem, że Marta w ogóle istnieje i w gruncie rzeczy nic jej nie można zarzucić. Później dał się po prostu ponieść namiętności. Jego nastoletnie dzieci przeżywały swoje pierwsze zauroczenia i on też był zakochany. Powietrze w całym domu gęstniało od feromonów i może to przed nimi Marta chroniła się w małżeńskiej sypialni. Wspólna rzeczywistość skurczyła się do obszaru łóżka, w którym ich ciała przestały do siebie przystawać. Proponował jej seks bez przekonania, tak jak się proponuje komuś zupę w proszku, nie z myślą o uczcie dla podniebienia, ale ssaniu w żołądku. Nie chciał, by nabrała podejrzeń. Chciał. Nie chciał. Chciał. Większość czasu spędzał niezdecydowany.

Kiedy przelotny romans z tamtą dziewczyną zmienił się w coś trwałego, drugi żelazny tor, po którym pędziło jego życie, Marta była już bladą i zmęczoną kobietą, spędzającą większość czasu w łóżku. Kojarzyła mu się z chorobą i potrzebą pomocy. Zdawała się krucha niczym heroina z dziewiętnastowiecznej powieści. Kiedy kładł się do łóżka, ona czytała książkę lub spała, odwrócona w milczeniu do okna. Ich ciała, wyciągnięte obok siebie jak sarkofagi skrywające dawne namiętności, prowadziły ze sobą nieme sprzeczki. Starali się nie dotykać, niczym obcy sobie ludzie w zatłoczonym tramwaju, i tylko czasami szturchali się w nocy łokciem lub kolanem wystrzelonym nieświadomie w powietrze jak pocisk, jak oskarżenie, podczas niespokojnego snu.

W ten poranek, szesnastego kwietnia, w dniu urodzin Marty, przeciągnął niezdarnie ręką po jej odwróconym udzie i z całą mocą chłopięcego wdzięku spytał o jagodowe bułeczki. Ona jednak zastygła pod dotykiem jego ręki, jak zwierzę złapane w potrzask. Nie widział jej twarzy, ale mógł przysiąc, że maluje się na niej wyraz odrazy.

W takich chwilach wydawało mu się, że ona się wszystkiego domyśla. Tak byłoby może nawet lepiej. Robił wszystko, by nie zostać przyłapanym, a jednocześnie niczego bardziej nie pragnął. Ten przeciągający się stan zawieszenia męczył go, bo zawsze szybko i pewnie podejmował decyzje. Wydawało mu się, że właśnie za to ludzie go cenią. Daje im to poczucie bezpieczeństwa w czasach, w których furorę robią takie wyrażenia, jak kompleksowość i wieloaspektowość sprawy, pochylanie się nad problemem. Wszyscy tak bardzo się boją, że rozwiązując problem, wyleją dziecko z kąpielą, że zamiast tego pochylają się nad nim i kołyszą do snu. Był przekonany, że właśnie dzięki tym cechom szybko pnie się po szczeblach kariery, a nie ze względu na ojca i jego pozycję w mieście. Postrzegał się jako człowieka zdeterminowanego i zdecydowanego, a we wszelkich ankietach kadrowych opisywał się jako osobę nastawioną na osiąganie celów, tak więc to wahanie się między żoną a kochanką, wątpliwości i strach przed konfrontacją, przed zmianą, uważał za myślowe niechlujstwo. Gubił się w swoich uczuciach, a ślady tego wewnętrznego kluczenia były już na tyle wyraźne, że widoczne z zewnątrz.

Naprawdę chciał jej o wszystkim powiedzieć, ale za każdym razem, kiedy otwierał usta, Marta wyglądała na tak przybitą i nieobecną, że ostatecznie proponował jej tylko filiżankę herbaty. Trzeba temu dać trochę czasu - myślał.

Ale szesnastego kwietnia było inaczej.

"A ty nie pojedziesz?" - spytała Marta, obracając w ręku bilety z ponurą miną. Wręczył jej dwa bilety lotnicze do Barcelony w prezencie urodzinowym, ale to dane Moniki, przyjaciółki Marty, widniały na drugim bilecie. "Wiesz, że nie dostałbym urlopu, w firmie tyle się teraz dzieje - skłamał. - Leć z Moniką, zróbcie sobie babski wypad i bawcie się dobrze". Nieśpiesznie pili poranną kawę przy kuchennym stole, bo w tym roku urodziny Marty przypadały w sobotę. "Muszę zajechać do biura, a potem podjadę do mechanika. Te dziwne stuki w silniku mnie niepokoją - skłamał ponownie. - Będę wieczorem".

Być może było to kwestią kolejnych kłamstw, nakładanych na siebie jak w piramidzie kieliszków na tacy kelnera. Balansowanie taką tacą jest zajęciem bardzo wyczerpującym. Mógł to też sprawić kąt padania światła, które w ich zalanej słońcem kuchni załamało się na nieruchomej, woskowej twarzy Marty. W każdym razie lubił później myśleć, że to właśnie wtedy, a nie po rozmowie z tamtą kobietą, dokonał wyboru.

?

Martwa

Mam na imię Marta, choć równie dobrze moje imię mogłoby brzmieć Martwa, bo tak właśnie się czuję każdego dnia. Ta, która nie żyje. Ta, która się zamartwia. Martwa Marta się zamartwia. Najtrudniej jest rano, kiedy mocno zaciskam powieki, nie wpuszczając świtu. Świtowi wstęp surowo wzbroniony. Lena vel Mała Mi jeszcze śpi. Nazywam ją Małą Mi, ponieważ ma lekko skośne oczy i czarną grzywkę, zupełnie jak ta krnąbrna dziewczynka z opowieści o Muminkach. Antek, czyli Mrówek, też jeszcze śpi. Taką ksywę nadali mu szkolni koledzy i teraz nawet w domu jest Mrówkiem. Obok mnie pochrapuje Tomek, ich ojciec. On nie ma problemu z nadchodzącym dniem, to jego żywioł, więc wyskakuje z łóżka na pierwszy dźwięk budzika. Wskakuje pod prysznic, a potem podskakuje, idąc w kierunku kuchni. Jest to zgodne z jedną z jego teorii - zaczynasz dzień od podskoków i jest to nie tylko rodzaj porannej gimnastyki rozruchowej, ale też gwarantowany przepis na dobry humor przez cały dzień. Taki skoczny z niego chłopak. W zasadzie ten jego optymizm jest przygnębiający, ale dla mnie, odkąd się domyślam, przygnębiające jest wszystko.

Po całym dniu spędzonym poza domem Tomek będzie zmęczony. Wieczorem, kiedy wróci z pracy, nie będzie już podskakiwał. Być może posiadanie dobrego humoru w domu nie jest takie istotne. Trochę porozmawiamy o lustrze, które trzeba zawiesić w pokoju Małej Mi, o rachunku za prąd, który wydaje się zbyt wysoki, o innych ważkich kwestiach związanych z prowadzeniem tego mikroprzedsiębiorstwa zwanego rodziną. Zapyta, jak minął dzień mi i dzieciom. Odbędziemy coś w rodzaju krótkiej rady nadzorczej, podczas której zdam mu raport, a potem włączy komputer, jakby wracał do siebie.

Kiedy dzieci będą już spały, a Tomek pogrąży się w lekturze Facebooka, który jest ostatnio jego jedyną niekończącą się książką, ja wrócę do łóżka. Łóżko jest dla mnie niczym statek kosmiczny, który ma mnie bezpiecznie przeprowadzić przez gwiezdne rafy. W łóżku zastanawiam się nad przyczyną podskoków Tomka, nad tajemnicą głuchych telefonów, które zdarza mi się ostatnio odbierać, nad sposobem, w jaki mój mąż traktuje swój telefon komórkowy. Chroni go pod skrzydłem marynarki jak najtroskliwsza matka kwoka swoje pisklę. Daję słowo, jeszcze chwila, a zacznie go wysiadywać.

W łóżku piszę monologi stand-up i scenariusze skeczy kabaretowych. Tym się właśnie zajmuję, o ironio. Tym zarabiam na chleb, a często też coś do chleba. Bardziej udane numery powodują, że ludzie śmieją się aż do bólu brzucha, a chybione zbierają grzeczne uśmiecho-skurcze. Ludzie, którzy kupili bilet na występ kabaretu, tak bardzo chcą być bawieni, że od samego wejścia na salę rozluźniają mięśnie twarzy i gotowi są wybaczyć zdumiewająco wiele potknięć. Cholerycy, którzy zaczynają dzień od wyzwania każdego kierowcy w promieniu jednego kilometra i rozkręcają się podczas sparingów z telefonicznymi domokrążcami, śmieją się i wybaczają nietrafione puenty. Ostatnio praca nad puentami idzie mi coraz trudniej i aktorka, z którą współpracuję od kilku lat, zwróciła mi tekst z uwagą, że połowa się nie nadaje. "To jest zbyt... smutne, mon chéri" - dodała po francusku, bo właśnie wróciła z występów przed Polonią paryską.

Tomek zastanawia się czasami nad przyczyną mojej chandry. Informuje mnie o tym w ciągu pięciu minut, podczas których patrzy ponad moją głową na ścianę, do której przylega nasze łóżko. Wyczytał na stronach Wikipedii, że chandra to stan przygnębienia, złe samopoczucie, niskie poczucie wartości, apatia, depresja, poczucie beznadziejności. Tak nazywa tę rozpacz. Według Tomka najważniejsze jest nadawanie rzeczom właściwych imion, a nie pseudonimów, tak jak to robi moja rodzina. Przecież tylko wtedy można je wpisać na listę problemów do rozwiązania.

Chciałabym z nim porozmawiać i zadać kilka pytań, ale trudno rozmawiać z kimś, kto jest wiecznie niesłychanie bardzo zajęty. Taka rozmowa już od początku skazana jest na niepowodzenie, bo on, biznesman, dobrze wie, że w negocjacjach liczy się pozycja wyjściowa. Poczucie winy, wrażenie, że marnuję jego cenne minuty, nie działają na moją korzyść. Czasami zaczynam coś mówić, ale zdanie rozsypuje się, zanim dojdę do połowy. Słowa mi umykają chyba dlatego, że już w mojej głowie brzmią żałośnie. Zostają więc ze mną we mnie, za kurtyną. Przecież on mnie nie widzi. Zabieram mu tylko czas.

"No więc?" - Tomek bębni niecierpliwie palcami po udzie, a już po chwili odwraca się i wychodzi z pokoju, zmierzając w kierunku toalety: "Ależ słyszę cię, no mów, przecież słucham!", lub przedpokoju: "Kurcze, no masz coś do powiedzenia, to powiedzże wreszcie!". Nie cierpię niesprzyjającego mi "-że".

W końcu pytam jego pleców, czy widział się już z dziećmi. Rzucam w kierunku jego lekko posiwiałych włosów, że jeśli jest głodny, na patelni w lodówce jest trochę duszonej wołowiny i ziemniaki do odgrzania. Andrzej Czajkowski napisał w jednym z listów do Haliny Janowskiej, że "kobiety uważają wywoływanie wyrzutów sumienia u mężczyzn za nagrodę pocieszenia, kiedy nie mogą otrzymać miłości", i zastanawiam się, czy to właśnie robię.

Nie, nie jest głodny, odpowiada, nie patrząc mi w oczy. Otwiera usta, jakby chciał powiedzieć coś istotnego, ale tylko porusza nimi bezgłośnie jak ryba w wodzie, a potem proponuje mi filiżankę herbaty.

W naszym domu pija się ostatnio bardzo dużo herbaty.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki