Tym bardziej. 100 najlepszych felietonów z Polityki - Stanisław Tym

Kup ebooka

44.99 zł
37.34 zł (36,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Bu­dyń w tramp­kach

Te­maty re­li­gijne ob­ro­dziły w Wiel­kim Po­ście jak rze­żu­cha na moim pół­mi­sku.

15.04.2014 - Ja­ro­sław Ka­czyń­ski na­resz­cie zna­lazł ka­zno­dzieję na miarę swo­jej par­tii. To ksiądz, ka­to­licki oczy­wi­ście, Sta­ni­sław Mał­kow­ski. Ostat­nio mówi dużo, a na­wet jesz­cze wię­cej, ale nie­smacz­nie. Lu­dzie mu wy­cho­dzą z ko­ścioła pod­czas ka­zań - i o to wła­śnie cho­dzi. Niech wy­cho­dzą. Ważni są ci, któ­rzy zo­stają. Na tym wła­śnie PiS i jego pre­zes bu­dują swój suk­ces, czyli dru­gie miej­sce w wy­bo­rach - naj­pierw do eu­ro­par­la­mentu, a po­tem do Sejmu. Tak, dru­gie. Miej­sce pierw­sze ka­za­łoby szu­kać ko­ali­cjanta, a także two­rzyć rząd. Komu to po­trzebne? Na pewno nie PiS. Świet­nie jest móc oplu­skwiać każ­dego bez kon­se­kwen­cji i mó­wić, jak na­leży rzą­dzić. Pol­ska to nie Wę­gry, tu jest jed­nak 30 mln lu­dzi wię­cej, nie ma co się uże­rać.

Wra­cam do ks. Mał­kow­skiego. Nie­cały mie­siąc temu za­su­nął w po­znań­skiej świą­tyni taki ka­wa­łek, że po­dobno De­par­dieu się za­sta­na­wiał, czy nie prze­nieść się do nas z Mo­skwy. Zre­zy­gno­wał, gdy usły­szał, że w Pol­sce nie da się żyć, bo to­czy się tu wojna, choć jesz­cze nie przy­jęła "po­staci mi­li­tar­nej". Emi­gra­cja - cią­gnął wór swo­ich trosk pol­ski ka­płan - to za­mie­rzone dzia­ła­nie rządu, któ­remu cho­dzi o to, by na­sze spo­łe­czeń­stwo wy­marło. Na ra­zie dla resztki tych, któ­rzy jesz­cze ja­koś cią­gną, ks. Sta­ni­sław pro­wa­dził nocne mo­dli­twy na war­szaw­skim Kra­kow­skim Przed­mie­ściu. Oczy­wi­ście w czwartą rocz­nicę ka­ta­strofy smo­leń­skiej. Przede wszyst­kim od­pra­wił zaś eg­zor­cy­zmy, aby "złe du­chy opu­ściły oj­czy­znę, Pa­łac Na­miest­ni­kow­ski i po­bli­ski klub go-go". Przy­znam, że szcze­gól­nie ru­szył mnie ten klub. Bo w końcu sza­tan w bur­delu jest na wła­ści­wym miej­scu. A co, anioły mają tam za­miesz­kać?

Teo­re­tyczną pod­bu­dowę pod strą­ca­nie przez Boga złych mocy z Pa­łacu Pre­zy­denc­kiego do pie­kła wy­pra­co­wał eu­ro­po­seł Ry­szard Czar­necki. Nie prze­kre­ślajmy księży, któ­rzy dzia­łają z po­bu­dek pa­trio­tycz­nych - po­wie­dział. Ide­olo­giczna tan­deta eg­zor­cy­zmów na­gle zy­skuje rangę pa­trio­tycz­nego unie­sie­nia? Czy pan się do­brze czuje?

Po­my­ka­jąc mię­dzy rze­żu­chą, wy­śle­dzi­łem, że nie tylko dia­bel­skie ko­pyta nam za­gra­żają, ale także ludz­kie nogi w tramp­kach. Do­mi­nik Zdort w "Rzecz­po­spo­li­tej" od­są­dził od czci i wiary wszyst­kich bie­ga­ją­cych dla zdro­wia i ład­nej syl­wetki, a także tych bio­rą­cych udział w ma­ra­to­nach. Bie­ga­nie to nowa re­li­gia - roz­pa­cza dzien­ni­karz. Lu­dzie za­miast iść na trzy kwa­dranse do ko­ścioła czy spę­dzić czas z ro­dziną, wy­my­kają się na ulice i kor­kują drogi śpie­szą­cym na nie­szpory kie­row­com. Za­sta­na­wiam się, dla­czego wy­brał tylko ma­ra­toń­czy­ków? A pły­wa­nie, jazda ro­we­rem, cho­dze­nie po gó­rach? Wła­ści­wie każde cho­dze­nie wy­gląda po­dej­rza­nie. Pie­sza piel­grzymka do Czę­sto­chowy też, bo szyb­ciej by­łoby sa­mo­cho­dem do naj­bliż­szego ko­ścioła. "For­re­sta Gumpa" na ko­ścielny in­deks! "Ma­ra­toń­czyka" jw. Za­ka­zać czy­ta­nia i oglą­da­nia. Ja­kiż to re­li­gijny bu­dyń trzeba mieć w gło­wie, żeby coś ta­kiego wy­my­ślić i jesz­cze mieć od­wagę opu­bli­ko­wać.

Po­trzy­mam się jesz­cze tego bu­dy­niu. Otóż pewna par­tia, z pra­wie jed­no­pro­cen­to­wym po­par­ciem w son­da­żach, zde­cy­do­wała się wy­sta­wić w wy­bo­rach za­wo­do­wego bok­sera. Prał po gę­bach swo­ich prze­ciw­ni­ków - albo oni jego - a te­raz za­po­wiada, że bę­dzie wal­czył w Par­la­men­cie Eu­ro­pej­skim o wiarę, krzyż i war­to­ści chrze­ści­jań­skie, czyli na­ma­wiał ge­jów, les­bijki i trans­sek­su­ali­stów do "nor­mal­nego ży­cia, tak po Bo­żemu".

Mimo że je­stem nie­wie­rzący, aż się prze­że­gna­łem - w in­ten­cji tych wszyst­kich, któ­rzy nam ży­cie ukła­dają.

(Nr 16, 16.04.2014)

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Wy­spy i raje

Nasi róż­no­par­tyjni po­li­tycy z ko­ali­cją rzą­dową na czele prężą fi­rany, pra­sują spodnie w kant i ma­glują, ile wle­zie, ozdobne ob­rusy. Szy­kują się do Bruk­seli.

Gło­śno wy­śpie­wują tro­skę o przy­szłość Eu­ropy i na­chwa­lić się swo­ich kan­dy­da­tów na eu­ro­po­słów nie mogą. Tym­cza­sem pre­zes Ka­czyń­ski w do­mo­wych spodniach spo­koj­nie przed­sta­wia za­pięty na ostatni gu­zik pro­jekt dla Pol­ski. O tym, co dla niej zrobi, gdy za pół­tora roku wy­gra wy­bory - tu, nad Wi­słą. Dla­czego mówi o czymś in­nym? Bo Eu­ropa jest groźna jako te­mat. Opo­wiesz się za nią, to bę­dziesz gen­der i le­wak. Opo­wiesz się prze­ciwko - stra­cisz głosy rol­ni­ków. Ale gdy obie­casz, że tu, w Pol­sce, na­pra­wisz wszystko, czego nikt do­tąd nie umiał na­pra­wić, to ci fan­klu­bo­wi­cze przy­kla­sną, a może i no­wych zy­skasz.

Pre­mier Tusk ma mi­ni­strów nie­udol­nych i le­ni­wych, więc Ka­czyń­ski za­fun­duje so­bie mi­ni­strów jak psy goń­cze. Co każe - zro­bią, bo wyda im "wią­żące po­le­ce­nia", za to ich za­rzą­dze­nia bę­dzie mógł w każ­dej chwili uchy­lić. Pro­ste.

Tusk ma pasz­tet z pro­ku­ra­to­rem ge­ne­ral­nym, no i z mi­ni­strem spra­wie­dli­wo­ści chyba też. Ka­czyń­ski żad­nego pasz­tetu mieć nie bę­dzie, bo pro­ku­ra­to­rem ge­ne­ral­nym zrobi mi­ni­stra spra­wie­dli­wo­ści i włoży go so­bie w kie­szonkę ka­mi­zelki. Na wszelki wy­pa­dek PiS po­woła też Izbę Wyż­szą Sądu Naj­wyż­szego. Wyż­sza od Naj­wyż­szego brzmi może tro­chę nie­lo­gicz­nie i nie po ka­to­licku, ale im ta­kich in­stan­cji od­wo­ław­czych wię­cej, tym ła­twiej bę­dzie uzy­skać wy­rok, o który cho­dzi obe­rpre­mie­rowi.

Nad­zór nad służ­bami spe­cjal­nymi do­sta­nie mi­ni­ster ko­or­dy­na­tor, od­po­wie­dzialny rów­nież za ochronę in­for­ma­cji nie­jaw­nych. Wia­domo, że na to sta­no­wi­sko PiS ma tylko jed­nego kan­dy­data, który nie­raz już po­ka­zał, co umie zro­bić z in­for­ma­cjami nie­jaw­nymi. IPN wróci "do daw­nych funk­cji", bo kto chce zba­wić Pol­skę, ten musi wie­dzieć, gdzie śpi wróg. A wróg nie śpi, on się tylko przy­czaił. Wszystko to już prze­ra­bia­li­śmy w tzw. IV RP - poza jed­nym: "uzy­ska­nie wła­ści­wego sta­tusu pol­skiego pań­stwa nie bę­dzie moż­liwe bez wia­ry­god­nego wy­ja­śnie­nia przy­czyn ka­ta­strofy Tu-154M". I po to wła­śnie bę­dzie Izba Wyż­sza Sądu Naj­wyż­szego.

Pre­zes Ka­czyń­ski mówi ja­sno: pań­stwo weź­mie sprawy oby­wa­teli w swoje opie­kuń­cze ręce, a wy, moi wy­borcy, nie bę­dzie­cie już mu­sieli nic ro­bić. Dam wam wyż­sze pen­sje, zli­kwi­duję bez­ro­bo­cie, na­pra­wię służbę zdro­wia, ob­niżę wiek eme­ry­talny, zmniej­szę po­datki, po­zbędę się wia­tra­ków, tego prze­kleń­stwa pol­skiej wsi, a zie­mia na­szych oj­ców, na którą dy­bią w Bruk­seli, bę­dzie tylko dla pol­skich rol­ni­ków. 500 zł mie­sięcz­nie dam na dru­gie i każde na­stępne dziecko w ro­dzi­nie. (Szkoda tylko, że to pierw­sze nie bę­dzie się opła­cało). Ogra­ni­czę rolę Mi­ni­ster­stwa Fi­nan­sów i zli­kwi­duję Mi­ni­ster­stwo Skarbu, bo prze­cież sam naj­le­piej wiem, co trzeba ku­pić i za ile. A tak wzmoc­nię zło­tówkę, że żadne euro nam nie pod­sko­czy. Hi­per­mar­kety ob­łożę po­dat­kami, bo mam na­dzieję, że za­gra­niczni biz­nes­meni tę cienką alu­zję zro­zu­mieją i sami się stąd wy­niosą. W pa­trio­tycz­nym wy­cho­wa­niu i in­te­gra­cji spo­łe­czeń­stwa po­może sztuka, którą "bę­dziemy sza­no­wać". Ale bez obaw. Nie bę­dzie le­wac­kich eks­ce­sów ani an­ty­pol­skich pro­wo­ka­cji. Ar­ty­ści do­staną wol­ność, lecz tylko "w ra­mach tego, co bę­dzie po­pie­rać pań­stwo".

"W raju ty­dzień pracy trwa trzy­dzie­ści go­dzin/pen­sje są wyż­sze ceny stale zniż­kują" - tak za­czyna się prze­wrotny wiersz Zbi­gniewa Her­berta, pi­sany w PRL. Ob­wi­niał w nim wła­dzę, że kpiła z lu­dzi, obie­cu­jąc im raj. Dziś znów z nas kpią - ci, któ­rzy obie­cują nam zie­lone wy­spy i raje.

(Nr 8, 12.02.2014)

Na­lewka z ma­lign

"Uro­dzi­łem się w Mał­kini w 1937 roku, w lipcu, wła­ści­wie w dru­giej po­ło­wie, do­kład­nie 17". Każdy fan filmu "Rejs" - ucho­dzą­cego za pol­ską ko­me­dię wszech cza­sów - pew­nie pa­mięta te "parę słów o so­bie" Sta­ni­sława Tyma, de­biu­tu­ją­cego wtedy w fil­mo­wej roli ka­owca (dzi­siaj po­wie­dzie­li­by­śmy ani­ma­tora kul­tury) na wlo­ką­cym się po Wi­śle statku "F. Dzier­żyń­ski". Do­kład­nie 17, ale grud­nia 2024 roku, na cmen­ta­rzu Po­wąz­kow­skim tłumy war­sza­wia­ków i przy­jezd­nych że­gnały Sta­ni­sława Tyma, już za ży­cia po­stać le­gen­darną, nie­pod­ra­bial­nego ak­tora i au­tora, sce­na­rzy­stę, re­ży­sera, ry­sow­nika, sa­ty­ryka, ko­me­dio­pi­sa­rza. Pi­sa­li­śmy, że wszedł do pol­skiej kul­tury jako rej­sowy pa­sa­żer na gapę, aby już przez na­stępne kil­ka­dzie­siąt lat po­zo­stać w roli "pierw­szego ka­owca kraju".

Był też (jak w po­że­gnal­nym wpi­sie na­zwał Sta­ni­sława Tyma pre­mier Tusk) "pierw­szym pre­ze­sem RP", co od­no­siło się do - na­prawdę kul­to­wej - roli Tyma jako Ry­szarda Ochódz­kiego, pre­zesa klubu Tę­cza, w fil­mie "Miś" Sta­ni­sława Ba­rei. To z tego filmu po­cho­dzi kil­ka­dzie­siąt cy­ta­tów, po­wie­dzeń, które na stałe we­szły do ję­zyka pol­skiego. Ten "miś na miarę na­szych moż­li­wo­ści", choć "oczko mu się od­le­piło, temu mi­siu"; słynne "Łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam pre­zes na­szego klubu", "Wła­śnie do cie­bie dzwo­nię, żeby ci po­wie­dzieć, że nie mogę roz­ma­wiać"; "Przy­sze­dłem wcze­śniej, gdyż nie mia­łem co ro­bić"; "Czy ko­nie mnie sły­szą?!" itd. Choć de­kla­ro­wał się jako czło­wiek "głę­boko nie­wie­rzący", miał ja­kiś Boży dar do grep­sów, ję­zy­ko­wych pa­ra­dok­sów, od­lo­to­wych sko­ja­rzeń, me­ta­for. Dziś byłby pew­nie to­po­wym stand-upe­rem, twórcą wi­ra­lo­wych me­mów. Zresztą jego spe­cy­ficzne ry­sunki (któ­rych mały wy­bór znaj­duje się także w tej książce) to wła­ści­wie ręcz­nie ro­bione przez pół wieku pra­memy.

Trudno po­wie­dzieć, kim Sta­ni­sław Tym był przede wszyst­kim. W Po­li­tyce był fe­lie­to­ni­stą, jed­nym z naj­lep­szych w dłu­giej hi­sto­rii na­szej ga­zety, przy ca­łej od­ręb­no­ści stylu, kimś klasy Pas­senta czy Pil­cha. Prze­śmiew­czy, iro­niczny, zło­śliwy, fan­ta­styczny ję­zy­kowo. Fe­lie­tony pra­sowe za­czął pi­sać z przy­padku, na­mó­wiony przez Gu­stawa Got­te­smana, re­dak­tora nowo po­wsta­łego w 1972 roku ty­go­dnika "Li­te­ra­tura". To było w ma­zur­skich Krzy­żach, do­kąd zjeż­dżali się na po­łowy i po­pi­jawy ko­le­dzy ze Stu­denc­kiego Te­atru Sa­tyry oraz pro­mi­nenci in­te­li­gen­cji war­szaw­skiej. Do STS, w któ­rym "spę­dził kil­ka­na­ście wspa­nia­łych lat", Tym tra­fił jako re­le­go­wany za brak po­stę­pów w na­uce stu­dent szkoły te­atral­nej, wcze­śniej - także epi­zo­dyczny - stu­dent che­mii na Po­li­tech­nice i szat­niarz w stu­denc­kim klu­bie Sto­doła. Wspo­mi­nał te wła­sne sa­ty­ryczno-tek­ściar­skie po­czątki w wy­da­nym w 2014 roku przez Po­li­tykę książ­ko­wym zbio­rze swo­ich fe­lie­to­nów. Książka no­siła ty­tuł "Pies czyli Kot", co Au­tor de­szy­fro­wał jako "Parę In­te­re­su­ją­cych Ewen­tu­al­nie Spraw, czyli Ko­men­tarz Oby­wa­tela Tyma". To była au­tor­ska se­lek­cja fe­lie­to­nów i ry­sun­ków za­miesz­cza­nych przez Tyma ko­lejno - i z dłuż­szymi prze­rwami po­mię­dzy - w "Li­te­ra­tu­rze" (1972-75), "Ty­go­dniku Kul­tu­ral­nym" (1986-89), we "Wprost" (1991-98), w "Rzecz­po­spo­li­tej" (2002-05) i wresz­cie w Po­li­tyce od 2007 roku.

Do Po­li­tyki - pi­sa­łem wtedy w krót­kim wstę­pie do książki - przy­szedł "jako uchodźca w cza­sach IV Rze­czy­po­spo­li­tej", wy­pchnięty z ła­mów "Rzecz­po­spo­li­tej" przez nowe "pa­trio­tyczne i pro­pol­skie" kie­row­nic­two ga­zety. Zo­stał z nami już do końca ży­cia. Przez 17 lat opu­bli­ko­wał na na­szych ła­mach kil­ka­set fe­lie­to­nów (600-700?). W ostat­nich trzech-czte­rech la­tach pi­sy­wał już mniej re­gu­lar­nie, nie tylko z po­wodu ja­kichś okre­so­wych po­by­tów w szpi­talu, lecz przede wszyst­kim - jak sam tłu­ma­czył - kło­po­tów ze wzro­kiem. Jako "czło­wiek nie­kom­pu­te­rowy" nie uży­wał kla­wia­tury, pi­sał na ogół ręcz­nie, bar­dzo du­żymi li­te­rami, a z cza­sem już głów­nie dyk­to­wał tek­sty swo­jej ży­cio­wej part­nerce, opie­kunce, przy­ja­ciółce i mi­ło­ści - Ani Na­stu­lance. Za­raz po po­grze­bie Staszka wspól­nie zde­cy­do­wa­li­śmy, że wy­damy - naj­szyb­ciej jak to moż­liwe - wy­bór Jego fe­lie­to­nów opu­bli­ko­wa­nych już po uka­za­niu się "Psa czyli Kota". To wła­śnie ta książka, opa­trzona pod­ty­tu­łem "100 naj­lep­szych fe­lie­to­nów z Po­li­tyki", obej­mu­jąca ostat­nie 10 lat fe­lie­to­ni­styki i ży­cia Sta­ni­sława Tyma.

Ten drugi tom bar­dzo różni się od pierw­szego, tak jak róż­nią się czasy, w któ­rych tek­sty po­wsta­wały. Fe­lie­tony Tyma z re­guły były bar­dzo po­li­tycz­nie wraż­liwe. "Pies" (lata 2007-14) le­dwo za­ha­czył o czwartą RP, czyli pierw­sze rządy PiS, w któ­rych Tym już wtedy do­strze­gał ja­kąś ku­rio­zalną próbę re­kon­struk­cji PRL. Po upadku rządu Ja­ro­sława Ka­czyń­skiego pi­sał, że "szkoda tych dwóch lat" z na­dzieją, może na­wet z prze­ko­na­niem, że to był tylko krótki ner­wowy chi­chot hi­sto­rii. Pi­sał więc przez na­stępne lata o tra­dy­cyj­nych pol­skich ab­sur­dach i za­dę­ciach: o dzi­wacz­nych pra­cach na­uko­wych, wpad­kach służb spe­cjal­nych, o ko­le­jo­wych po­dró­żach przez Pol­skę, o głu­po­tach wy­ga­dy­wa­nych przez po­li­ty­ków i księży, żar­to­wał z Tu­ska (jako jego wy­ima­gi­no­wany ka­bi­nowy tłu­macz na ka­szub­ski), ale też pi­sał o na­ro­dzi­nach zło­wro­giego kłam­stwa smo­leń­skiego. Jego ostatni fe­lie­ton z tam­tego zbioru jest oni­ryczną wi­zją syl­we­stro­wej nocy 2013/14, gdzie po­ja­wia się wielki ko­cioł z pa­trio­tyczno-na­ro­dową zupą, hu­sa­ria, pa­trioci skan­du­jący: "Precz z kon­do­mi­nium nie­miecko-ro­syj­skim!" i "Kon­zen­tra­tion­sla­ger Eu­ropa", a "nad tłu­mem szy­buje wy­ko­nany z cze­ko­lady orzeł biały z ga­łązką oliwną w dzio­bie". Jakby prze­czu­cie nad­cho­dzą­cej klę­ski wy­bor­czej Bro­ni­sława Ko­mo­row­skiego i po­wrotu wła­dzy pra­wicy.

Ciąg dal­szy hi­sto­rii Pol­ski we­dług Tyma jest w to­mie, który mają Pań­stwo w rę­kach. Wy­bra­li­śmy su­biek­tyw­nie tylko 100 tek­stów, mniej wię­cej po 10 na każdy rok mię­dzy 2014 a 2024. Więk­szość przy­pada na obie ka­den­cje rzą­dów PiS. Tym, który w pol­skiej po­pkul­tu­rze - od "Rejsu" przez filmy Ba­rei - wy­kre­ował po­stać tę­pego, ale cwa­nego pe­ere­low­skiego apa­rat­czyka, znów miał do­okoła to­wa­rzy­szy Ochódz­kich i roz­ma­itych, spra­gnio­nych ka­riery i pie­nię­dzy, "tre­ne­rów trze­ciej klasy". Znów był pierw­szy se­kre­tarz par­tii i wszech­obecna pro­pa­ganda, która co­dzien­nie ser­wo­wała lu­dowi "na­lewkę z ma­lign". Pi­sze Tym, jak nowa wła­dza "wy­nosi de­mo­kra­cję do piw­nicy. Niech tam po­leży i skru­szeje". Znowu czuje nad­la­tu­jący z Ja­snej Góry "lekki za­pach zjeł­cza­łego ka­dzi­dła, wiesz­czą­cego wio­snę śre­dnio­wie­cza". Ob­ser­wuje z po­dzi­wem, jak pre­mier Mo­ra­wiecki "kła­mał go­dzinę albo dłu­żej i ani razu się nie po­my­lił". Od­no­to­wuje, co mówi "Pa­jac (prze­pra­szam za li­te­rówkę) Pre­zy­dencki".

Fe­lie­tony, w miarę upływu lat, a zwłasz­cza po ko­lej­nych zwy­cię­skich wy­bo­rach Ka­czyń­skiego i Dudy, były wciąż śmieszne, ale co­raz bar­dziej gorz­kie. W 2019 roku Tym pi­sze, że słynna fraza szat­nia­rza z "Mi­sia": "Nie mamy pań­skiego płasz­cza i co nam pan zrobi" wła­ści­wie pro­ro­czo za­po­wie­działa "cały pro­gram PiS". I pi­sze do zmar­łego przy­ja­ciela Staszka Ba­rei, współ­au­tora ko­me­dii z PRL: "Staszku! Gdzie­kol­wiek je­steś - trzeba się na­pić. Chyba ro­zu­miesz, że wo­lał­bym u mnie". Ale jesz­cze w czerwcu 2016 roku w ja­kimś ostrym fe­lie­to­nie po­li­tycz­nym składa de­kla­ra­cję: "Mu­szę do­cze­kać ich końca!". I to się aku­rat Ty­mowi udało. Jego ostat­nie fe­lie­tony z końca 2023 roku, a więc rok przed śmier­cią, to i okrzyk po­wy­bor­czego triumfu ("Hip, hip, hurra!", na­pi­sane 17 paź­dzier­nika), ale i prze­strogi przed pre­ze­sem par­tii "ob­łud­nie zwa­nej Pra­wem i Spra­wie­dli­wo­ścią, który znów krąży po kraju ni­czym wrogi dron".

Fe­lie­tony Tyma to w grun­cie rze­czy roz­pi­sana na setki od­cin­ków ta sama opo­wieść o Pol­sce i Po­la­kach, pi­sana z mi­ło­ści i ze zło­ści. Stu­dium na­ro­do­wych kom­plek­sów, mi­tów, uro­jeń, na­ro­do­wej mie­szanki pa­tosu z bi­go­sem, cwa­niac­twa z próż­no­ścią, wiecz­nej szla­chet­czy­zny i wiecz­nego PRL-u. Staszka już nie ma, zo­stały nam jego mą­dre stań­czy­kow­skie tek­sty. Ży­jemy w co­raz głup­szych cza­sach, tym bar­dziej po­trzebny jest Tym. Jako od­trutka na za­bój­czą "na­lewkę z ma­lign".

Je­rzy Ba­czyń­ski

Zimno mi

Roz­glą­dam się wo­kół i wi­dzę, że klapa. No po pro­stu nic się nie dzieje. To zna­czy nic, czego nie można było prze­wi­dzieć.

"Opcja", która za wszelką cenę chce się we­pchnąć do eu­ro­par­la­mentu, pod­suwa nam pi­gułę, że ob­rady Okrą­głego Stołu były zdradą na­ro­dową. 17 po­słów z par­tii Zio­bry i Kur­skiego sprze­ci­wiło się sej­mo­wej uchwale wy­ra­ża­ją­cej uzna­nie dla uczest­ni­ków ob­rad sprzed 25 lat. Na ja­kąż ma­łość i po­li­tyczną szmirę się sku­sili, by choć przez chwilę za­ist­nieć. PiS po­parło uchwałę - zresztą nie miało in­nego wyj­ścia, bo Lech i Ja­ro­sław Ka­czyń­scy uczest­ni­czyli w ob­ra­dach Okrą­głego Stołu. Ofi­cjal­nie po­parło, ale po­seł Bru­dziń­ski z PiS i tak zmie­szał z bło­tem III RP, ob­wi­nia­jąc rząd, że 90 proc. dzieci w Pol­sce ma próch­nicę, a pół mi­liona jest nie­do­ży­wio­nych. Na­szą po­li­tykę za­gra­niczną na­zwał "pro­szal­nym dzia­dem". Wszyst­kie te nie­szczę­ścia spo­wo­do­wał we­dług po­sła wła­śnie Okrą­gły Stół.

My­ślę, że Bru­dziń­ski ma tro­chę ra­cji - ży­li­by­śmy so­bie w Pe­erelu spo­koj­nie, syte dzieci nie mu­sia­łyby cho­dzić do den­ty­sty i kwi­tłaby przy­jaźń z NRD, a nie z dzi­siej­szą zbo­czoną Eu­ropą. Bo Eu­ropa jest do­mem pu­blicz­nym, w któ­rym wszystko wolno "z kozą, ko­niem, z małpą, z drugą ko­bietą, dziec­kiem" - po­in­for­mo­wała gó­rali w Żywcu Kry­styna Paw­ło­wicz. Za­po­mniała już, że Pol­ska jest czę­ścią tej Eu­ropy. Po­słanka PiS może bre­dzić, co chce, ale nie dla­tego, że mieszka w bur­delu, w któ­rym wszystko wolno, tylko dla­tego, że mamy wol­ność i de­mo­kra­cję.

Wol­ność wol­no­ścią, de­mo­kra­cja de­mo­kra­cją, a Ko­ścio­łowi trzeba dać to, czego żąda. Przed nim gną się nasi po­li­tycy. Jak w spra­wie do­fi­nan­so­wa­nia bu­dowy Świą­tyni Opatrz­no­ści Bo­żej. Przy­po­mnę, że wszystko za­częło się pod­czas Wiel­kiego Sejmu Czte­ro­let­niego, który w 1791 r. przy­jął uchwałę o wo­tum wdzięcz­no­ści za Kon­sty­tu­cję 3 maja. Tym wo­tum miała być świą­ty­nia wie­lo­wy­zna­niowa, łą­cząca lu­dzi, ich wy­zna­nia, tra­dy­cję i hi­sto­rię. Szkoda, że się tego nie trzy­mano. "Śluby zło­żone przed dwu­stu laty Na­ród po­wi­nien pil­nie wy­peł­nić" - stwier­dzała uchwała Sejmu z 1998 r. Ja­sno z tego wy­nika, że pań­stwo przy­jęło na sie­bie obo­wią­zek re­ali­za­cji te­sta­mentu I RP. Dziś wi­dać, że po­chop­nie, bo bu­dowa mon­stru­al­nej świą­tyni za­miast łą­czyć, bę­dzie nas dzie­lić. Już dzieli. Może prze­sta­nie, gdy do wła­dzy doj­dzie PiS, bo w za­po­wie­dziach do­ty­czą­cych po­li­tyki kul­tu­ral­nej par­tia za­mie­rza wró­cić do swo­ich daw­nych po­my­słów wy­cho­wa­nia pa­trio­tycz­nego i bu­dowy licz­nych mu­zeów - wśród nich Mu­zeum Hi­sto­rii Pol­ski, Mu­zeum Ziem Za­chod­nich i Kre­sów - a także wy­cieczki na Wo­łyń, Po­dole i do Lwowa oraz wy­da­wa­nia pol­skiej kla­syki. Do­łoży się więc i do Świą­tyni Opatrz­no­ści Bo­żej. Sto mi­lio­nów w tę czy w tamtą nie bę­dzie pro­ble­mem.

Ja­ro­sław Ka­czyń­ski za­po­wiada też, że jako pre­mier kul­turę po­dzieli na do­brą i złą. Na do­brą bę­dzie da­wać pie­nią­dze, a na złą nie. Pew­nie ma na­dzieję, że wtedy ta zła znik­nie, bo jej twórcy umrą z głodu. Kto bę­dzie de­cy­do­wał o tym, która kul­tura jest do­bra, a która zła? Już prze­szko­leni in­spek­to­rzy sztuki - Ka­ta­rzyna Ła­niew­ska, Je­rzy Ze­lnik i oczy­wi­ście Ja­ro­sław Sel­lin, wi­ce­mi­ni­ster kul­tury w rzą­dzie PiS. Nie da się pie­nię­dzy na an­ty­pol­skie "Po­kło­sia", nie bę­dzie "Lodu" w Na­ro­do­wym ani ob­ra­ża­ją­cej uczu­cia re­li­gijne "Ad­o­ra­cji" w Cen­trum Sztuki Współ­cze­snej. Za­gra się ad­ap­ta­cje "Kon­rada Wal­len­roda", na­kręci kilka wer­sji "W pu­styni i w pusz­czy" i wyda wier­sze kla­syka Ja­ro­sława Marka Rym­kie­wi­cza. To wy­star­czy, by wy­cho­wać no­wego czło­wieka słu­żą­cego "in­te­gra­cji wspól­noty" - jak w dwóch sło­wach okre­ślają rolę kul­tury Ka­czyń­ski i Sel­lin. Tro­chę zimno mi się zro­biło.

(Nr 7, 19.02.2014)