Ten, który jest podejrzany
12 maja 2025 roku, poniedziałek, Legnica, Wrocław
Stwierdzenie, że wstałem z łóżka, byłoby mocno na wyrost. Po prostu
zwlokłem się z niego, bo nie mogłem znieść dzwoniącej już chyba po raz
czwarty czy piąty komórki. Dlaczego wieczorem zostawiłem ją na stole w kuchni? A kto mnie tam wiedział. Pewnie, zbierając się do snu, uznałem,
że i tak nie zadzwoni nikt, z kim miałbym ochotę porozmawiać. O czymkolwiek.
A jednak po chwili wiedziałem. Z nieco splątanej snem pamięci wychynęło
wspomnienie nocnego zamieszania. Próbowała się ze mną skontaktować moja
incydentalna kochanka, Helena Żytnicka, którą nazywałem Helką Żywioł, bo
co jakiś czas się zdarzało, że z impetem wbijała w moje życie, powodując
nie lada zamęt. Miałem do niej niewytłumaczalną słabość, więc nie
potrafiłem być na tyle stanowczy, by zerwać z nią raz na zawsze. W swoim
niepowtarzalnym stylu zachciała ze mną kontaktu, nic to, że koło
trzeciej w nocy. Dzwoniła, wysyłała wiadomości i mejle. Nie miałem
ochoty na wysłuchiwanie jej życiowych sensacji-rewelacji, więc
zwyczajnie wyciszyłem smartfon i wyniosłem go do kuchni. Co z oczu, to z serca. Fakt, dziecinna strategia, jednak czasami sprawdzała się wręcz
wybornie.
Był poniedziałek, nie miałem kaca, bo w weekend prawie nie piłem, a musiałem zwlekać się z łóżka, bo mi się nie chciało. Nic. Stan doskonale
znany mi od miesięcy, a kto wie, w różnym natężeniu może nawet od kilku
lat, i chyba oswojony. Można by też mój stan określić w taki sposób, że
nie spodziewałem się, aby w nowym dniu spotkało mnie cokolwiek, co by
mnie zainteresowało. Czy w ogóle można tak żyć? Otóż mój nie nazbyt
skomplikowany przypadek potwierdzał, że jak najbardziej. Człowiek z czasem do wszystkiego przywyknie. Trywialna prawda, ale jednak prawda.
Poczłapałem do kuchni, by się dowiedzieć, kto do mnie tak usilnie się
dobijał. Sprawdziłem ostatnie kontakty, okazało się, że dzwonili z redakcji. Cholera, mogłem w piątek zapowiedzieć, że w tym tygodniu będę
pracował zdalnie, tylko wyskakując na miasto w poszukiwaniu materiałów
do tekstów albo po to, by zrobić zdjęcia. Mądry Kamil po szkodzie. Do
redakcji też mi się nie chciało chodzić, bo nie miałem wielkiej ochoty
oglądać ludzi. Nie, wcale nie byłem mizantropem, więc akceptowałem fakt,
że w mojej pracy kontakty z bliźnimi są nieuniknione. W końcu musiałem
jakoś zarabiać na bułkę z cienkim plastrem szynki. Tyle tylko że
zamierzałem kontaktować się z ludźmi na własnych zasadach, o ile było to
możliwe. Uznałem więc, że z oddzwanianiem do redakcji spokojnie mogę
poczekać.
Poszedłem do łazienki, obmyłem twarz, starając się zbyt uważnie nie
wpatrywać w lustro. Nie było czego oglądać. Miałem pięćdziesiąt pięć lat
i solidnie zapracowałem na swój wygląd. Wziąłem szybki prysznic, a potem
ubrałem się w to, co zwykle, czyli w zielone bojówki i szarą bluzę z kapturem. Miałem sporą ochotę na papierosa, ale zgasiłem ją w sobie. W życiu, w którym na nic specjalnie się nie czeka, ważne są rytuały, bo
zmuszają do aktywności i nadają dniom jako taki porządek. Najpierw kawa
i namiastka śniadania, potem fajka. Nie odwrotnie. Postawiłem kawiarkę
na gazie i czekając, aż kawa będzie gotowa, zrobiłem sobie kanapkę z białym serem i miodem. Pomyślałem gorzko, że życie trzeba sobie
dosładzać, kiedy tylko jest to możliwe. Nawet miodem wielokwiatowym z Biedry, o mocno niepewnym składzie.
Podszedłem do okna, uchyliłem je i wreszcie pierwszy raz tego dnia
mogłem się zaciągnąć. Paliłem w środku, bo moje niewielkie mieszkanie na
parterze nie miało balkonu, a byłem już za stary, żeby wystawać z papierosem przed kamienicą. Poza tym kazałem odmalować całe mieszkanie
zaraz po tym, gdy opuścili je ostatni lokatorzy. Ściany wciąż były białe
i minie sporo czasu, zanim pożółkną od dymu przemieszanego z kurzem.
Oparłem ręce o parapet i gapiłem się przed siebie. Na studnię wielkiego
podwórka, okolonego starymi, trzypiętrowymi kamienicami. Pobudowano na
nim bez ładu i składu garaże oraz komórki. Parkowały tam pod tylnymi
wejściami do klatek schodowych samochody, stały rowery i hulajnogi
elektryczne. Prawie pod samym oknem miałem śmietnik. Czasami
przechodziło mi przez myśl, że jest to niezła metafora obecnego momentu
w moim życiu.
Z moim mieszkaniem to była ciekawa historia, potwierdzająca, że bywały
czasy, kiedy miałem farta. Kilkanaście lat wcześniej odziedziczyłem je
po ciotce. Za cholerę nie wiem, czemu zapisała je akurat mnie. Może nie
miała nikogo bliższego, bo przez całe życie była sama, a przynajmniej
nie wiedziałem o tym, by związała się z kimś na dłużej czy trwalej. Może
spodobał jej się siostrzeniec z Katowic, który za dzieciaka czasami
wpadał do niej na wakacje. A może zwyczajnie miała taki kaprys.
Oczywiście w rodzinie były dąsy z tego powodu, że lokum, na które pewnie
niektórzy ostrzyli sobie zęby, przypadło majętnemu dziennikarzynie z Warszawy. Z tą majętnością to gruba przesada. Tylko wzruszyłem
ramionami, bo wtedy mało czym się przejmowałem, przyjąłem spadek.
Odremontowałem mieszkanie i poszło na wynajem. I tyle. Nie były to żadne
luksusy, pokój z kuchnią i łazienką, pewnie dawno temu wykrojone z większego mieszkania. Wszystkie pomieszczenia były jednak przestronne i wysokie. Przez większość życia zwykle mieszkałem w blokach,
peerelowskich i trochę nowszych, więc teraz, kiedy tu trafiłem, zacząłem
tę przestrzenność doceniać.
Z nie tak znowu dawnych czasów zostało mi przyzwyczajenie, że
rozpoczynałem dzień od prasówki. Tak to się lata temu nazywało.
Włączyłem laptopa, aby sprawdzić, co tam złego w kraju i za granicą. Złe
wiadomości są solą dziennikarstwa. A i pieprzem. Westchnąłem, bo z miejsca zaatakowały mnie newsy o kolejnych zakrętach w historii
kawalerki pana Jerzego, którą przejął kandydat na prezydenta Nawrocki.
Kiedyś pewnie i mnie rozpaliłaby ta historia do białości, też chciałbym
drążyć do spodu, dlaczego i w jakich okolicznościach mieszkanie przeszło
na własność kandydata. Tyle tylko że dożyłem czasów, w których nawet
najgorsza upubliczniona prawda o politykach nie przesądzała właściwie o niczym. Byłem pewien, że niezależnie od tego, czy Nawrocki okaże się
czegokolwiek winny czy nie, niespecjalnie wpłynie to na jego słupek w sondażach.
Nagle pod masą bezsensownych materiałów o politycznej bieżączce rzuciła
mi się w oczy zajawka tekstu, która zapaliła mi w głowie czerwoną
lampkę. Kliknąłem i szybko przeczytałem niewielką notatkę.
- Szlag by to ciężki!
Już wiedziałem, dlaczego dobijali się do mnie z redakcji.
* * *
- Ooo, redaktor Łoziński wreszcie raczył się zjawić. Zawsze pierwszy po
gorącego newsa - przywitał mnie zgryźliwie naczelny.
Wzruszyłem ramionami, bo od dawna tego rodzaju słowa mnie nie ruszały.
Ani trochę. Do tego wypowiedział je Maciek Ratajczyk, z którym znaliśmy
się jak łyse konie. Obaj studiowaliśmy dziennikarstwo na UJ-ocie w tym
samym czasie, obaj ruszyliśmy na podbój dziennikarskiej ziemi obiecanej
do stolicy. Mnie się udało. Tak mniej więcej. Jemu nie bardzo. Nie mam
pojęcia, czy czuł o to do mnie żal. Ja nie pytałem, on nie zdradzał się
z emocjami.
- Dobijam się do ciebie od rana - ciągnął połajanki. - Czyżbyś dołączył
do ludzi, którzy śpieszą się powoli?
- Dobrze, zejdź ze mnie. Pogadajmy o robocie, bo nie ma czasu.
- Świetnie, że to zauważyłeś.
Kolejny raz zignorowałem jego zaczepkę i spytałem:
- Udało ci się już ustalić jakieś konkrety?
- Niewiele poza tym, co raczyła udostępnić policja. Zaginiony dzieciak
to Mykoła Ż. Ma pięć lat, jest Ukraińcem i ostatnio był widziany na
ulicy Artyleryjskiej 10. Lucjan od swojego znajomka z policji dowiedział
się, że dzieciak zniknął przed ósmą rano.
Spojrzałem na zegar ścienny w pokoju Macieja.
- Ledwie minęło południe, ale...
- Przy sprawach związanych z dziećmi wszyscy działają szybko - dokończył
za mnie.
- Jasne, tylko że wiesz, w większości takich przypadków dzieci znajdują
się tego samego dnia, bo zaraz wychodzi, że nawaleni albo naćpani
rodzice nie zauważyli, że dzieciak wybrał się do dziadków. Albo się
okazuje, że chodziło o uprowadzenie rodzicielskie, które również szybko
przestaje być tajemnicą.
- Czy ty się migasz od roboty? - Maciek zmarszczył krzaczaste brwi.
- Tylko stwierdzam fakty.
- To ja ci powiem, jakie są te fakty. To nie my pierwsi puściliśmy newsa
o zaginięciu Mykoły, a to przecież nasz teren. Ktoś u nas zaspał...
Mniejsza - machnął ręką. - Jak chłopaczek, odpukać, w ciągu kilku godzin
się nie znajdzie, zaraz będziemy mieli na karku warszawskie hieny z telewizorów.
Czy mi się tylko zdawało, czy spojrzał na mnie z dziwnym błyskiem w oku?
- Musimy więc zagęszczać ruchy, żeby jak najszybciej dowiedzieć się
wszystkiego o sprawie. Przed wszystkimi - wreszcie naczelny przeszedł do
konkretnych poleceń.
- Maciek, nie tłumacz mi oczywistości. Tylko muszę się chwilę
zastanowić, jak to ugryźć. Skoro Lucjan niewiele dowiedział się od
policji, ja też dużo u nich nie zdziałam. Jestem tu krótko, jeszcze nie
wyrobiłem sobie na tyle solidnych kontaktów, żeby skutecznie wyciągać od
nich poufne informacje.
- Ale przecież masz tę Mirosławę z komendy wojewódzkiej. Tak z próżnej
ciekawości, wy jeszcze ze sobą kręcicie?
Prychnąłem, bo jednak nieco podniósł mi ciśnienie, nie za dużo, mniej
więcej tak jak pół niespecjalnie mocnej kawy. Moja sława największego
lowelasa w środowisku dziennikarskim była mocno przesadzona. Chociaż,
nie powiem, miałem sporo za uszami.
- Czepliwy dzisiaj jesteś - nie podarowałem sobie komentarza. - Nigdy z nią nie byłem. Kiedyś wymienialiśmy się informacjami, i tyle.
Uniósł otwarte dłonie w uspokajającym geście.
- Nie wnikam, z kim tam akurat sypiasz i czy z przyjemnością czy bez.
Tylko że właśnie teraz informacje są nam potrzebne. Właściwie na już.
Wstałem z krzesełka i rzuciłem:
- I ja ci je dam.
- Czekam w napięciu.
Pozwoliłem mu mieć ostatnie zdanie. W końcu był naczelnym.
* * *
Wyszedłem przed trzypiętrową, nie nazbyt reprezentacyjną kamienicę, w której siedzibę miał portal informacyjno-publicystyczny o średnio
wyszukanej nazwie Naszalegnica.pl. Zapaliłem i zerknąłem na tabliczkę z numerem. Dziennikarska 10. Nigdy nie dopytywałem, czy ktoś specjalnie
wybrał lokum redakcji przy ulicy o tej nazwie, może dla żartu, czy
najzwyczajniej w świecie chodziło o taki, a nie inny czynsz. Raczej
niższy. Tak czy siak zdarzało nam się z kolegami żartować, że w tym
miejscu uprawia się dziennikarstwo na dziesiątkę. Oczywiście w dziesięciostopniowej skali.
W pobliżu nie było kosza na śmieci, więc wrzuciłem peta do kratki
ściekowej. W pierwszej chwili ruszyłem w stronę zaparkowanego niedaleko
samochodu, bordowego Mercedesa zwanego beczką. Miał swoje lata, ale się
pocieszałem, że jednak jest młodszy ode mnie. Już miałem wsiadać i odpalać, gdy zmieniłem zdanie. Musiałem najpierw poukładać sobie
wszystko w głowie, stworzyć chociażby szkicowy plan działania. Tak
miałem i często ratowało mi to chudy tyłek. Do tego potrzebowałem
drugiej kawy, więc zrobiłem sobie spacer przecinającymi starówkę ulicami
Złotoryjską i Najświętszej Marii Panny do kawiarni White Bear. Kawa tam
nie była tania, za to zacna. W sumie nie musiałem liczyć się z kasą.
Zarabiałem tyle, że mnie, od dłuższego czasu singlowi, wystarczało na
wszystko. A na dokładkę ostatnio poszczęściło mi się w obstawianiu
wyników ligi angielskiej. Manchester United mnie nie zawiódł i znowu nie
wygrał.
Czekając na kawę, tęsknie spojrzałem na ulicę. Wciąż jeszcze kawiarnia
nie wystawiała stolików w ogródku na deptaku. Szkoda, bo wtedy mógłbym
też spokojnie palić. Wiadomo, że kawa i fajki to idealne połączenie.
Trudno się było jednak dziwić, bo wciąż panowało dotkliwe zimno.
Wyjątkowo zimny maj, przypomniał mi się stary przebój Maanamu. Nic
dodać, nic ująć.
Wziąłem sobie największą kawę, żeby potem nie ganiać za kolejnymi
dawkami kofeiny. Usiadłem w fotelu, wygodnym, tyle że w pokrowcu w badziewny, bardzo kolorowy kwiatowy wzór. Sporo było podobnych w tej
knajpie. Trudno, zamyka się oczy i żyje się dalej. Zacząłem od
sprawdzenia w smartfonie, czy nie pojawiły się nowe wiadomości w sprawie
Mykoły Ż. Niczego nowego nie znalazłem. Trochę dziwne. Czyżby policja
zbagatelizowała sprawę ukraińskiego dziecka? Cóż, nasz kraj bogobojnych
katolików, szczerze miłujących Pana, za to niekoniecznie kochających
bliźnich swoich, nie takie rzeczy już widział. Chociaż w przypadku
domniemanej krzywdy dziecka zwykle wszyscy się spinali, nie wnikając,
jakiej jest ono narodowości.
Prawdę powiedziawszy, kiedy byłem reporterem śledczym, nie zajmowałem
się sprawami zaginięć ludzi. Prawie żadnymi. Chyba że akurat był to
wątek związany z prowadzoną przeze mnie sprawą. Interesowała mnie
zorganizowana przestępczość, kręciło wyciąganie na światło dzienne
większych i mniejszych tajemnic możnych tego świata. Właśnie tego
rodzaju i kalibru tematy. Zaginięcia były dla mnie tragicznymi, ale
dosyć pospolitymi przypadkami. Wpadły mi kiedyś w oczy statystyki, że w Polsce każdego roku dochodzi do mniej więcej dwudziestu pięciu tysięcy
zaginięć. W sumie to dosyć przerażające, bo oznacza, że corocznie tak
jakby znika całkowicie nie takie znów małe miasto. Spora część z tych
ludzi nie odnajdywała się nigdy, bo albo nie żyła, albo skutecznie
odcięła się od poprzedniego życia, zacierając za sobą ślady. Tyle tylko
że teraz zwyczajnie musiałem zająć się zaginięciem pięciolatka, a do
tego spokojnie mogłem sobie z tym poradzić. Znałem się na rzeczy, na
prowadzeniu dochodzeń, dogrzebywaniu się do prawdy, jakakolwiek by ona
była. A na dokładkę powinienem słuchać poleceń Maćka. W końcu nie byłem
już nawet upadłym dziennikarzem śledczym, a jedynie dziennikarzyną do
wszystkiego w lokalnym portalu informacyjnym. Musiałem pisać o wszystkim, to i pisałem. Jedynie od zajmowania się różnymi popierdułkami
dotyczącymi codziennego życia urzędów i lokalnych władz, od pisania
rozmaitych sprawozdań z posiedzeń rady miasta i temu podobnych rzeczy
migałem się, jak mogłem. Na szczęście to był konik redaktora Lucjana
Mycia, który sam był nudny, więc po mojemu nawet pasowało mu zamiłowanie
do nudnych aż do bólu tematów. Z radością mu takie odstępowałem.
A teraz po prostu zajmę się sprawą Mykoły Ż.
Po kolejnym łyku kawy jednak naszły mnie wątpliwości. Może policja
milczy, bo na razie też nie do końca wie, co sądzić o tej sprawie. Może
chodzi o kolejny zatarg rodziców, którzy po rozwodzie walczą o opiekę
nad dziećmi, co jeszcze bardziej się komplikuje, gdy małżeństwo jest
dwunarodowe. Takich przypadków trafia się od cholery i trochę, a to
prawie zawsze są delikatne kwestie. Znałem temat o tyle, że kiedyś mój
kumpel walczył z byłą o opiekę nad dziewięcioletnim synem. I oczywiście
wiele nie zwojował. W takich sprawach sądy rodzinne zwykle biorą stronę
kobiet. Równie dobrze może chodzić o też nierzadki przypadek, że pijani
albo naćpani rodzice nie wiedzą, gdzie jest ich dziecko - co już
wcześniej wpadło mi do głowy. Może błąka się po ulicach... Kurde, zaczynam
wymyślać ponad miarę i rozsądek. Pięciolatek, który chodziłby sam po
mieście, na pewno szybko zwróciłby czyjąś uwagę. Ludzie są
przewrażliwieni na punkcie dzieci, moim zdaniem czasami aż za bardzo.
Wystarczy, że uśmiechniesz się do obcego dziecka, a już zaczynają
patrzeć na ciebie jak na pedofila.
Wyszedłem przed kawiarnię i zapaliłem.
- Pieprzę, po prostu to zrobię, i tyle - mruknąłem pod nosem.
Postanowiłem, że przestanę mnożyć wątpliwości i zwyczajnie zajmę się
dziennikarską robotą. Koniec języka za przewodnika, te sprawy. Na razie
jedynie mogłem pokręcić się po okolicy, w której mieszkała rodzina
zaginionego chłopca, i jak najwięcej dowiedzieć się o niej. Na szczęście
Lucjan wydębił od swojego policyjnego informatora adres. Brawo on,
przynajmniej odjął mi roboty.
* * *
Wróciłem pod siedzibę redakcji po samochód, bo spacery dla zdrowotności
są podobno istotne, ale w moim wieku trzeba oszczędzać nogi. Tym
bardziej że nie wykluczałem konieczności pokręcenia się po mieście, bo
Maciek znowu dzwonił i wywijał pejczem. Dopytywał się, czy mam coś dla
niego, cokolwiek. Odpowiedziałem mu, że takie sprawy to nie bieg na sto
metrów, trochę trzeba poczekać na wyniki. Coś zaczął marudzić w swoim
niepowtarzalnym stylu, ale się rozłączyłem. Od pewnego czasu byłem
niespotykanie spokojnym i cierpliwym człowiekiem, ale wszystko ma swoje
granice.
Z ulicy Złotoryjskiej skręciłem w Artyleryjską. To akurat była trochę
bardziej blokowiskowa część centrum miasta. Jak faktycznie nazywała się
ta dzielnica? Nie miałem pojęcia. Wprawdzie mieszkałem w Legnicy niecałe
pół roku, ale byłem jednak tak jakby lokalnym dziennikarzem, więc
powinienem się zainteresować. Tyle że, uwaga, absolutna niespodzianka,
nie chciało mi się w stopniu znacznym. Dotoczyłem się do skrzyżowania z Saperską i skręciłem w prawo. Zaparkowałem na pierwszym dostępnym
miejscu, bardzo dokładnie i poprawnie, bo zauważyłem, że kręciło się tu
dużo policjantów. Trudno, żeby było inaczej. A nuż któryś
zainteresowałby się źle zaparkowanym autem. Nie lubiłem dostawać
mandatów. Wróciłem do skrzyżowania i rozejrzałem się po okolicy. Niezły
architektoniczny miszmasz. Po drugiej stronie Artyleryjskiej ciągnął się
szereg starych kamienic. Na przeciwległym rogu Artyleryjskiej i Saperskiej stał całkiem nieźle zaprojektowany apartamentowiec. Na drugim
- czteropiętrowy, wieloklatkowy blok, na moje oko wybudowany w czasach
PRL-u. I to właśnie tam mieszkała rodzina Mykoły.
Zapaliłem i poszedłem w stronę wejść do klatek schodowych. Nie musiałem
sprawdzać, której klatki szukam, bo wskazywały to dwa radiowozy
zaparkowane przed jedną z nich. I jedno zwykłe auto, które pewnie było
nieoznakowanym samochodem policyjnym. Podejrzewałem, że tak będzie i że
raczej szybko nie uda mi się porozmawiać z rodzicami czy rodzicem
pięciolatka. Byłem też pewien, że nie ma sensu pytać o cokolwiek
policjantów, bo z doświadczenia wiedziałem, że na tym etapie dowiem się
tylko czegoś w rodzaju, że śledztwo jest w toku, albo usłyszę warkliwe
"bez komentarza". Miałem jednak plan. Chciałem się przejść po sąsiadach
i popytać o rodzinę Mykoły. Upierdliwa robota, ale liczyłem na to, że
uda mi się trafić na jakąkolwiek informację, którą zatkam na chwilę
głodny dziób naczelnego.
Przez moment zastanawiałem się, czy nie pójść w legendę prywatnego
detektywa, który szuka zaginionego chłopaczka. Aż uśmiałem się w głos
sam z siebie, bo tego dnia naprawdę przychodziły mi do głowy dziwne czy
właściwie głupawe pomysły i koncepcje. Przecież detektyw nie należał u nas do szanowanych zawodów. Na taką opinię mocno sobie zapracowali
detektyw Rutkowski i jemu podobni. Zawiesiłem więc na szyi legitymację
prasową i łaziłem od mieszkania do mieszkania niczym nieludzko cierpliwy
akwizytor. Dowiadywałem się różnych mniej lub bardziej ciekawych rzeczy
o sobie, sprawie zaginionego dziecka i o świecie, a także bliźnich - że
jestem dziennikarską mendą, że to taka tragedia, panie, pedofil go
pewnie porwał, że nie mam co pytać, bo w tej okolicy to każdy tylko
swoich spraw pilnuje, że jeśli jestem z tego, tfu, TVN-u, to mam
spierdalać, że dowiem się wszystkiego, dokumentnie wszystkiego i na
dokładkę z pikantnymi szczegółami, jeśli tylko zapłacę pięćset złotych,
najlepiej od razu z ręki do ręki. Aż w końcu trafiłem na panią Zofię i odetchnąłem z ulgą, bo już zaczynały mnie boleć nogi od chodzenia po
schodach.
Pani Zofia miała siwe włosy związane w koński ogon, twarz pokrytą
siateczką zmarszczek, maniery przedwojennej szlachcianki. I psa Kaktusa,
terieropodobnego kundelka. Zapewniła mnie, że jeśli tylko to w czymkolwiek pomoże, opowie mi wszystko, co wie o biednej dziecinie i jego matce. Trochę zaniepokoiło mnie słowo "wszystko", bo jak
zniekształcone echo odpowiadało mu słowo "konfabulacja", ale co mi
szkodziło posłuchać pani Zofii. Tym bardziej że poczęstowała mnie kawą i pysznym sernikiem wiedeńskim domowej roboty.
Kiedy pojadłem ciasta i szczerze pochwaliłem, bo było wybitne, spytałem:
- Czyli zna pani Mykołę i jego matkę?
Pani Zofia uśmiechnęła się lekko i odpowiedziała:
- Że znam, to za dużo powiedziane, po prostu kojarzę, że mieszkają w klatce obok, i czasami ich widuję. I zdarzało się, że słyszałam, o czym
mówi Tatiana.
- Tatiana? Tak ma na imię matka Mykoły?
- Tak.
- A skąd pani wie?
- Ona pracuje w Żabce, która jest tu niedaleko. A oni noszą przypięte do
bluz tabliczki z imionami.
Byłem pełen podziwu dla pani Zofii, bo jak na swój wiek umysł wciąż
miała jak brzytwa.
- Z tego, co pani powiedziała do tej pory, wynika, że chłopiec mieszka
tylko z matką, bo nie wspomniała pani o ojcu, czy tak?
- To ja może dla porządku po prostu opowiem wszystko to, co wiem o Mykole i Tatianie. A później będzie pan dopytywał. Może tak być?
W odpowiedzi skinąłem głową.
- Przyjechali ze Lwowa we trójkę zaraz po wybuchu wojny rozpętanej przez
tego drania Putina... Że też taka swołocz ciągle chodzi po świecie, a tyle
dobrych ludzi już dawno umarło.
W głowie zamigotała mi czerwona lampka. Czy pani Zofia chce mi
opowiedzieć zmyśloną historyjkę tylko po to, żeby mieć słuchacza?
Zdarzało mi się trafiać na starszych ludzi, którzy stosowali taką
strategię. Przerwałem jej, machając ręką.
- Zaraz, moment. Powiedziała pani wcześniej, że tylko widywała pani tę
dwójkę, więc skąd zna pani takie szczegóły?
Spojrzała na mnie z figlarnym błyskiem w oku znad krawędzi okularów,
nieco opuszczonych na nosie. "Figlarny" - w tym przypadku to było jak
najwłaściwsze słowo.
- Trochę wiary w człowieka, młody panie.
Z trudem pohamowałem się przed wybuchem śmiechu. Ja i młody, dobre
sobie.
- Od lat mieszkam sama, bo mąż dawno odumarł. No, nie taka sama, bo z tym łobuzem - poczochrała po głowie psa, który nie odstępował swojej
pani na krok. - Często wychodzę z Kaktusem na spacery albo siedzę sobie
na ławce pod blokiem, jak mi już się znudzi oglądanie moich czterech
ścian.
Nie miałem pojęcia, do czego ta opowieść zmierza, ale nie przerywałem
pani Zofii. Niech się wygada. Czasami wystarczy cierpliwie słuchać, aby
dowiedzieć się wszystkiego, co najważniejsze.
- I słyszę, co mówią Ukraińcy przez telefon, w tym również Tatiana. Oni
mają taki zwyczaj, że często wychodzą przed blok i rozmawiają bez
skrępowania, bo pewnie im się wydaje, że nikt ich tu nie rozumie.
Plus dla pani Zofii za kolejną, niezwykle trafną uwagę. Przyznam, że i mnie czasami trafiał szlag, kiedy w kolejce w sklepie ukraińscy
młodzieńcy bluzgali ponad miarę. Większość Ukraińców, na których się
natykałem, mówiła po rosyjsku, a ja ten język również poznałem. Dla
mojego pokolenia to nie była żadna sztuka, bo obowiązkowo uczono nas
rosyjskiego w szkołach. Tyle że jak to ja - w takich przypadkach nie
chciało mi się nakręcać afery.
- Zdarzało mi się, że docierały do mnie strzępy rozmów Tatiany -
kontynuowała pani Zofia. - I z nich się dowiedziałam, że przyjechała z mężem, ale go później pogoniła, chociaż nie wiem, co przeskrobał.
Zresztą raz go nawet widziałam.
Mój podziw dla seniorki rósł z każdą minutą, bo była lepsza niż świetnie
wyszkolony oficer wywiadu.
- Podejrzewam, że tutaj? - wreszcie podrzuciłem pytanie.
- Tak. Tam koło sąsiedniego bloku jest duży plac zabaw. Tatiana chodzi
tam z Mykołą, żeby chłopaczek się pobawił. Ja czasami też tam
przesiaduję, żeby popatrzeć na dzieci. Swoich nigdy nie miałam, ominęło
mnie bycie matką, babcią... - urwała nagle. Na moment zamarła, wbijając
wzrok w ścianę dużego pokoju. Potem jakby się ocknęła, potrząsnęła
głową. - Nie ma sensu zadręczać się przeszłością. Zresztą nie przyszedł
pan, żeby wysłuchiwać narzekań staruszki.
- Pani Zofio, pani nie jest...
Przerwała mi z uśmiechem.
- Nie musi pan kończyć, młody człowieku, ale dziękuję za dobre chęci.
Wrócę do tamtej sytuacji na placu zabaw. Przyszłam tam z Kaktusem, kiedy
akurat był też Mykoła z matką. Chłopaczek się bawił z innymi
dzieciakami, naszymi i ukraińskimi. Wie pan, dzieciaki zawsze się ze
sobą dogadają, tyle że niestety później dorastają... - znowu przerwała,
ale tylko na moment. - Tatiana patrzyła na niego z takim, wie pan,
oddaniem. Moim zdaniem jest bardzo dobrą matką. W pewnym momencie
pojawił się mężczyzna z niedużą paczką w ręku i szedł w stronę Mykoły.
Jak Tatiana go zobaczyła, od razu do niego podbiegła. Zaczęła go
odciągać od placu zabaw. Z miejsca zaczęli się kłócić. Za wiele do moich
uszu nie dotarło, ale Tatiana powtarzała, że nie powinien tu przychodzić
i że tylko miesza synowi w głowie. On wyglądał na takiego... Nie do końca
wiem, jak to ująć. Pokornego, trochę zrezygnowanego. Coś jej próbował
tłumaczyć.
- To była ostra sprzeczka? Szarpali się może?
- Nic z tych rzeczy. To się po chwili i tak skończyło. Bardzo
nieprzyjemnie. Mykoła zauważył ojca, zawołał do niego i zaczął biec.
Tatiana powiedziała coś ostro do mężczyzny. Wcisnął jej paczkę i odszedł. Chwyciła syna, który wyrywał się i płakał. Tatiana tuliła go,
trzymając mocno, coś do niego mówiła, ale on się nie uspokajał.
Przejmująca scena, serce mi się krajało. Tylko tak to już często bywa.
Rodzice się kłócą, rozwodzą, a najbardziej cierpią na tym dzieci. Takie
życie.
Trudno mi się było z tym nie zgodzić, bo znałem wiele podobnych
przypadków z mojego otoczenia.
- Pamięta pani, kiedy to się wydarzyło?
- Tak dokładnie to nie, bo umysł... - popukała się palcem w głowę - już
nie ten. Na pewno w zeszłym roku i prawdopodobnie latem, bo dzieci na
placu zabaw były lekko ubrane.
- A od kiedy Tatiana z synem mieszkają w pani bloku?
- Tak mniej więcej to będą już ze dwa lata.
Chciałem jeszcze dopytać, jak wygląda ojciec Mykoły, ale nagle stało się
coś niepokojącego. Pani Zofia znieruchomiała ze wzrokiem wbitym gdzieś
obok mnie. Mniej więcej w kierunku stojącego tam telewizora, który
nastawiony był na kanał informacyjny. Staruszka wyłączyła dźwięk na
początku naszej rozmowy. Kiedy zaczął jej drżeć podbródek, odwróciłem
się i zrozumiałem, co się dzieje.
- To on, on... - pani Zofia tylko tyle zdołała wydukać, bo wybuchła
płaczem.
Na ekranie telewizora widniało zdjęcie chłopczyka, szczupłego blondynka.
* * *
Telefon miałem wyciszony, ale czułem jego wibracje, kiedy próbowałem
jako tako uspokoić panią Zofię. Ktoś się do mnie dobijał i mogłem się
założyć o spore pieniądze, że bez zaglądania do smartfona zgadnę, kto to
taki. Zakład prawie tak pewny jak obstawianie porażki Legii Warszawa w przedostatniej kolejce Ekstraklasy, bo ten zespół pod koniec sezonu grał
straszną padakę. Staruszka przestała łkać, zaraz zaczęła mnie
przepraszać za swoje załamanie. Powiedziałem, że absolutnie nie ma za
co, spytałem, czy mogę ją zostawić samą. Odparła, że da sobie radę, bo
nie z takimi ciężarami w życiu radziła sobie w pojedynkę. Miałem taką
nadzieję, bo naprawdę nie chciałem, żeby coś jej się stało z powodu
stresu. Polubiłem starowinkę.
Chwyciłem za telefon, kiedy tylko wyprysnąłem z klatki schodowej.
Oczywiście wygrałem zakład z samym sobą. Trzy razy dzwonił do mnie
naczelny. Biorąc pod uwagę, co się stało, nawet się nie dziwiłem, że był
niecierpliwy, a może nawet wkurwiony ponad miarę. Nie chciało mi się
strzępić języka po próżnicy, więc tylko puściłem mu SMS-a z info, że
jestem w drodze. Najpierw ruszyłem w stronę zaparkowanego przy ulicy
Saperskiej samochodu, ale zatrzymałem się w pół kroku. Rozejrzałem się
wokoło i odnalazłem wzrokiem budynek z neonem Żabki. Uznałem, że
kilkanaście minut wte lub wewte mnie nie zbawi, a przynajmniej
zweryfikuję informacje uzyskane od pani Zofii. Nie żebym nie wierzył
seniorce, ale należałem do tych już mocno niedzisiejszych dziennikarzy,
którzy starają się potwierdzać zdobyte informacje przynajmniej w jeszcze
jednym źródle. Poza tym miałem nadzieję dowiedzieć się czegoś nowego o Tatianie. Zawsze warto zbierać jak najwięcej informacji, choćby nawet
później okazały się nieistotne.
Dwie bardzo młode pracownice sklepu na początku nie chciały ze mną
gadać, wykręcając się, że nie zamierzają się w nic mieszać, a w ogóle
mało co wiedzą, bo skupiają się tylko na robocie. Żeby to jeszcze prawda
była. Urobiłem je, że sprawa jest ważna i poważna, w końcu chodzi o zdrowie, a może i życie małego dziecka. Byłem dobry w te klocki -
przekonywanie i namawianie, więc wreszcie zaczęły odpowiadać na moje
pytania. Dziewczyny mówiły, że Tatiana nie była skora do zwierzeń, nie
przepadała za pogaduszkami w robocie. Była milcząca, może nawet skryta,
skupiona na pracy i dziecku. Mykołę znały, bo czasami matka przychodziła
z nim do sklepu na zakupy albo po frytki, które mały podobno uwielbiał.
Podrzuciły mi także, że Tatiana była rozwódką, bo kiedyś jej się to
wymsknęło przy okazji krótkiej, niezobowiązującej rozmowy. Nie
zauważyły, żeby kręcił się koło niej jakiś mężczyzna. Nie miały pojęcia
o jakichkolwiek problemach starszej koleżanki. I tyle.
Wiele tego nie było, ale zawsze - jakieś nowe informacje. Czy istotne?
To się dopiero okaże. Dziennikarskie śledztwa czasami kojarzyły mi się z układaniem puzzli. Należało cierpliwie dopasowywać jeden kawałek do
drugiego, powoli tworzyć zarys obrazu czy chociażby jego sugestię, jak
zwał, tak zwał, by wreszcie wyłonił się w pełni. Wtedy dziennikarz mógł
powiedzieć: "Aha, to tak to wygląda".
* * *
Wpadłem do redakcji jak burza i od razu siadłem do komputera, by jak
najszybciej napisać tekst informujący o tym, kim są rodzice zaginionego
chłopca, a przede wszystkim jego matka, Tatiana, bo o jego ojcu
wiedziałem na razie tyle co nic. Zanim otworzyłem nowy plik tekstowy,
Ratajczyk zawisł nad moim biurkiem niczym sęp nad ledwo żywą ofiarą.
- Chyba cię wyślę na szkolenie z odbierania telefonów - tego dnia
naczelny postanowił być konsekwentnie złośliwy.
- A są takie? - zagrałem w jego niezbyt wyrafinowaną grę. - W sumie
czemu nie. Wiesz, swoje lata mam i czasami trudno mi trafić paluchem w odpowiedni klawisz. Do tego niedowidzę.
- Przecież ty masz smartfona - zdziwił się szczerze.
Wyszczerzyłem się w głupawym uśmiechu. Maciek nigdy nie czaił mojego
poczucia humoru. Podejrzewałem, że w tym życiu to się raczej nie zmieni.
Naczelny otwierał usta, aby zadać pytanie. Wiedziałem, o co chce
zapytać, więc żeby nie marnować czasu, powiedziałem szybko:
- Mam informacje na temat matki Mykoły, a i trochę ojca, choć to
bardziej skomplikowana historia. Machnę tekst i zaraz ci pokażę.
- Co ja z tobą mam - jęknął, ale dał mi spokój i poszedł do swojej
kanciapy, dumnie nazywanej gabinetem redaktora naczelnego.
Szybko wystukałem tekst. Same suche fakty, bez spekulacji czy wyrażania
opinii. Sprawa zaginięcia pięciolatka była zbyt poważna, aby
wykorzystywać ją do zwiększania klikalności poprzez sensacyjne sugestie.
Byłem o tym przekonany i miałem nadzieję, że Maciek jest tego samego
zdania. Posłałem mu tekst na mejla, odczekałem kilka minut, by miał czas
przeczytać go i przetrawić, a potem bez pukania wparowałem do niego.
- Mam publikować? - od razu przeszedłem do konkretów.
Podrapał się po pokrytej kilkudniowym zarostem brodzie i zaczął od
niewyraźnej pochwały.
- Coś konkretnego już mamy. I dobrze, bo po tym Child Alercie zaraz
zwali nam się na łeb pół Polski. A my te wstępne informacje - popukał
palcem w ekran laptopa, na którym widniał mój tekst - podamy jako
pierwsi.
Jasna jasność. Naczelnemu takiego prowincjonalnego portalu jak nasz
zależało na tym, by był cytowany przez poważniejsze media. To podnosiło
jego prestiż i znaczenie, co przekładało się na zainteresowanie
reklamodawców. Po mojemu - tak raczej w teorii, bo w praktyce to chyba
niekoniecznie. Tym bardziej że te tak zwane poważniejsze media czasami
olewały podawanie źródła cytatu, czyli mówiąc wprost, kradły informacje.
Media to zawsze była dżungla, ale od jakiegoś czasu stały się dżunglą
mocno pośmierdującą bagniskiem.
- Może jednak warto by jeszcze dorzucić info, że w sprawę porwania
chłopca prawdopodobnie zamieszany jest jego ojciec - zasugerował Maciek.
Podejrzewałem, że spróbuje takiej zagrywki, więc od progu nastawiłem się
na to, że będę stanowczy, i powiedziałem wyraźnie:
- Nie, ponieważ nic pewnego na temat udziału ojca w tym zajściu nie
wiemy. I obstawiam, że policja też.
- Nie jest to jednak wykluczone.
- Maciek, co innego potwierdzona informacja, a co innego spekulacje.
Postawię sprawę jasno - zaczynało się we mnie gotować - albo robię przy
tej sprawie po swojemu, albo zbieram ołówki z biurka i się rozstajemy.
Raz na zawsze.
Zmierzył mnie wzrokiem. Jego twarz wykrzywił ironiczny półuśmiech.
- Z tego, co słyszałem, nie byłeś taki zasadniczy, kiedy pracowałeś w Wawie.
Chciał mnie znowu ukłuć? Proszę bardzo, niech próbuje. Od dawna skórę
miałem grubą jak u hipopotama.
- Przypomnę ci, że jesteśmy w Legnicy, a nie w Warszawie - odwinąłem
się. - To jak, publikować tekst w mojej wersji, czy jednak zbierać te
ołówki?
Zamachał dłonią, jakby opędzał się od natrętnej muchy, i zarządził:
- Publikuj.
* * *
Wymyśliłem zgrabny, sensacyjnie podkręcony lead, dorzuciłem mroczną
fotę Legnicy z redakcyjnej bazy i opublikowałem tekst na naszym portalu.
Odrobina sensacji była ukłonem w stronę Maćka. Niezależnie od tego, że
nie zawsze się zgadzaliśmy w kwestiach roboty dziennikarskiej czy w ogóle podejścia do życia, byliśmy starymi kumplami. Ze słowem
"przyjaciel" zawsze obchodziłem się ostrożnie. Nie było ani potrzeby,
ani sensu, żeby nakręcać spór.
Poszedłem do niego raz jeszcze, żeby wyjaśnić, dlaczego upierałem się
przy mojej wersji tekstu bez jego poprawek. Kazałem mu otworzyć w necie
stronę z Child Alertem.
- I co tu widzisz? - spytałem.
Parsknął śmiechem i odwinął się pytaniem:
- Chcesz się bawić w nauczyciela?
Pogroziłem mu palcem i wyjaśniłem spokojnie:
- Przypominam, że zdarzało mi się uczyć pisania reportaży nie raz i nie
dwa.
- Dobra, niech będzie po twojemu. Mamy tu informację, że pięcioletni
Mykoła Żadan zaginął dzisiaj około godziny ósmej rano w okolicach ulicy
Artyleryjskiej 10 w Legnicy. W sumie mało konkretnie.
- Trafna uwaga. I zauważ też, że nie wspomina się o udziale osób
trzecich, a to znaczy, że nie mają nic konkretnego, co wskazywałoby na
ojca Mykoły jako porywacza. Ani na kogokolwiek innego. A w przypadku
zaginięcia tak małego dziecka, na pewno nie czailiby się z podawaniem
szczegółów, które mogłyby pomóc w namierzeniu ewentualnego porywacza,
nie zasłanialiby się tajemnicą śledztwa czy podobnymi pierdołami
proceduralnymi.
- Ale to przecież całkiem możliwe, bo jest wiele podobnych spraw
uprowadzeń dokonywanych przez rodziców. A dokładniej przez ojców
pozbawionych przez sądy rodzinne prawa do opieki nad dziećmi.
- Masz rację, tyle że policji potrzebne są dowody. Teraz działają
ostrożnie, tym bardziej że mamy kampanię wyborczą.
- Co ma piernik do wiatraka?
- Maciek, co ty, wczoraj się urodziłeś? Informację, choćby nawet tylko
pogłoskę, że Ukrainiec porwał małe dziecko, mniejsza, że własnego syna,
na terenie naszego kraju, któryś z mniej lub bardziej porypanych
kandydatów na prezydenta na pewno by rozdmuchał. Wiesz, narracja typu,
że obcy, emigranci i tak dalej sieją zamęt w naszej spokojnej, mlekiem i miodem płynącej krainie.
Tylko pokiwał głową.
- To co robimy? - spytał. - Może dzieciak się znajdzie niedługo, ale i tak musimy mieć jakiś plan.
- Oczywiście, mam. Ja ci tego ojca Mykoły znajdę. Obojętnie, jak potoczy
się sprawa, będziemy mieć przynajmniej jakiś materiał na później. Wiesz,
mam nadzieję, że dziecko się znajdzie, ale i tak będzie można dalej
ciągnąć temat, pokazywać tło zaginięcia. Czytelnicy lubią takie historie
i jak wiesz, zwykle robi się z tego samograj. Aż do następnej równie
głośnej sprawy.
- Fakt. Tylko że to plan, jak mi się zdaje, właśnie na później, a musisz
działać zaraz, teraz.
- Ustalę, co wie policja i dlaczego tak mało.
- Czyli jednak będziesz się kontaktował z Mirosławą z komendy
wojewódzkiej - powiedział ze śmiechem.
- Wal się - warknąłem. I żeby nie drążył tematu, od razu dodałem: - I postaram się jak najszybciej porozmawiać z Tatianą.
- To działaj.
- Dziękuję, panie redaktorze naczelny. Tylko taka mała prośba, nie
wydzwaniaj do mnie co chwilę. Znajdź sobie inną ofiarę.
I nie czekając na ripostę Maćka, wyszedłem.
* * *
Nadkomisarz Mirosława Walas z Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu
była moją dawną znajomą i wisiała mi przysługę. Doskonałe połączenie. I nie - wbrew podejrzeniom Maćka - nigdy z nią nie spałem, chociaż, nie
powiem, kiedyś zakiełkowała we mnie ochota na łóżkowe figle z panią
policjant. W tej kwestii Maciek dobrze mnie rozczytywał. Miałem tego
rodzaju feler, że łatwo poddawałem się urokowi kobiet. Tyle tylko że w moim przypadku od zauroczenia do seksu droga nie zawsze była krótka i często zatrzymywałem się na niej mniej więcej w połowie.
Poznałem Mirosławę niespełna dziesięć lat temu, kiedy prowadziłem
śledztwo w sprawie poważnego i wpływowego biznesmena z Dolnego Śląska,
który miał bardzo niejasne powiązania z firmami mogącymi być pod
kontrolą rosyjskiego wywiadu. Wprawdzie było to jeszcze grubo przed
wybuchem wojny w Ukrainie, ale tego rodzaju koneksje zawsze śmierdziały
na odległość i nie wyglądały dobrze w przestrzeni publicznej. Mówiąc
wprost, mogły go skompromitować jako biznesmena o nieskrywanych
ambicjach politycznych. A i prawicowca, który lubił poklęczeć sobie w rozmaitych znanych sanktuariach. Mirosława w tym samym czasie zajmowała
się sprawą kilku gwałtów na bardzo młodych kobietach. Do tych
przestępstw doszło w różnych miejscach regionu, ale wszystko wskazywało
na to, że sprawcą był ten sam mężczyzna, bo modus operandi był taki
sam. Trochę przypadkowo trafiłem na dowody, że gwałcicielem był młodszy
syn biznesmena, uważający, że może robić wszystko, bo ma bogatego
tatusia, gotowego zawsze wyciągnąć go z problemów. Nienawidziłem
facetów, którzy krzywdzili kobiety. Ustaliłem swoimi kanałami, kto
prowadzi dochodzenie w sprawie gwałtów, i tak trafiłem na Mirosławę.
Przekazałem jej dowody i nie chciałem niczego w zamian. Spotkaliśmy się
raz czy drugi, chyba nawet się polubiliśmy, ale nic więcej.
Utrzymywaliśmy kontakt, a właściwie bardziej robiłem to ja, konsultując
z nią różne kryminalne tematy. Nigdy nie nadużywałem jej dobrej woli,
więc miałem nadzieję, że tego dnia przyniesie to soczyste owoce.
Wybrałem numer Mirosławy, ale odrzuciła połączenie. Podobnie jak kilka
następnych. Nie żebym się wkurzył, bo takie zagrywki od dawna nie robiły
na mnie wrażenia, ale zależało mi na czasie, więc wpadłem na pomysł.
Nieco wredny. Sprawdziłem godzinę, było ledwie po siedemnastej, więc
uznałem, że spokojnie obrócę do Wrocławia i z powrotem przed zmierzchem.
Daleko nie było.
Śmigając moją wysłużoną beczką na południe, przełączałem się z jednej
stacji radiowej na drugą i szukałem informacji o Mykole. Nic nowego nie
wypłynęło i było to coraz bardziej niepokojące. W przypadku zaginięć
dzieci ważną rolę odgrywał czas. Im więcej mijało godzin od momentu
zaginięcia, tym mniejsze były szanse, że dziecko się odnajdzie. A pięciolatek zaginął o ósmej rano. Przed wyjazdem w trasę posprawdzałem
jeszcze procedury Child Alertu. Okazało się, że w ramach tego systemu
alarmowego wiadomości o zaginionym rozpowszechniane są przez media przez
dwanaście godzin. Alert ogłoszony został o czternastej. Zegar tykał
nieubłaganie. Oczywiście procedury przewidywały, że jeśli dziecko wciąż
się nie odnalazło, można alert powtórzyć. Tyle tylko, jak mi się
wydawało, wtedy będzie już po ptokach. Oby nie.
Stanąłem na parkingu przy wrocławskim Podwalu, spojrzałem na budynek
komendy wojewódzkiej. Pięciopiętrowy, o regularnych, chociaż nieco
topornych kształtach, z czerwonej, mocno już poszarzałej cegły. Na moje
oko taki trochę klasyk budynków użyteczności publicznej stawianych za
Niemca. Nie tracąc czasu, wbiłem do środka i przedstawiłem się
policjantowi dyżurnemu, machając mu przed oczami legitymacją prasową i podkreślając, że jestem reporterem śledczym. Z tym reporterem śledczym
ściemniałem, bo już dawno nim nie byłem, ale dyżurny o tym na pewno nie
wiedział. Oznajmiłem, że potrzebuję pilnego kontaktu z nadkomisarz
Mirosławą Walas, co ściemą już nie było. Okazało się, że Mirosławy nie
ma już w pracy, ale dyżurny miał ją poinformować, że się pojawiłem. O to
mi chodziło. Teraz pozostawało tylko czekać. Miałem nadzieję, że nie
nazbyt długo. Wróciłem na parking i zapaliłem. Ledwie zdążyłem wypalić
papierosa, rozdzwoniła się komórka. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Czy ciebie, Kamilku, już ze szczętem popierdoliło? - przywitała się ze
mną sympatycznie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki