Tylko tyle - Aleksandra Krawczyk

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Podziękowania

Rozdział 1

- Mateusz, w poniedziałek wyjeżdżam na tygodniowe szkolenie - powiedziałam do mojego chłopaka, który popołudnie spędzał, grając w gry komputerowe.

- Mhm - odpowiedział bez entuzjazmu.

W związku z tym, że Mateusz nie wykazywał chęci rozmowy, nie drążyłam więcej tematu. Zabrałam swoją torbę na siłownię i wyruszyłam na trening. Mimo to czucie smutku, które towarzyszyło mi od dłuższego czasu, dzisiaj szczególnie nie chciało mnie opuścić. Nasiliło się jeszcze bardziej i nie wiedziałam, czy wynikało ono z braku reakcji mojego narzeczonego na informację odnośnie do wyjazdu, czy z myśli, które ostatnimi czasy kłębiły się w mojej głowie.

Mateusza poznałam jeszcze w liceum. Wtedy strasznie mi się podobał, zresztą nie tylko mnie. Pociągało mnie w nim to, że nigdy nie był natarczywy i zawsze szanował moje zdanie. Z czasem jednak jego największe zalety okazały się wadą - biernością, która przejawiała się w jego zachowaniu. Doszło do tego, że wiele decyzji podejmowałam sama. Nie chciałam już zadawać pytań, na które słyszałam zawsze te same odpowiedzi. A mianowicie: "jak wolisz", "jak chcesz" czy "sama zadecyduj". I choć byliśmy ze sobą szesnaście lat, to zaczynałam czuć, że coraz bardziej brakuje mi jego zainteresowania, spontanicznego seksu czy silnego, męskiego charakteru.

Na pozór miedzy nami było poprawnie. Ale czy poprawnie oznacza dobrze? Chyba nie. Dlatego powracające myśli nie dawały mi spokoju. Czy długi staż w związku przekreśla szansę na fajny, spontaniczny seks albo nieplanowaną kolację? Mateusz tak dawno niczym mnie nie zaskoczył, że zaczynałam powoli wierzyć, iż w tej kwestii nie czeka mnie nic ekscytującego.

Ostatnimi czasy, próbując wziąć życie w swoje ręce, wkładałam wiele wysiłku w to, by poprawić naszą relację. Regularnie odwiedzałam swój ulubiony sklep z bielizną, kupując coraz bardziej wyszukane komplety, lecz to nie robiło na nim żadnego wrażenia. Choć ćwiczyłam na siłowni cztery razy w tygodniu i dietę trzymałam od lat, dzięki czemu osiągnęłam wymarzony wygląd, to miałam wrażenie, że jestem dla niego przezroczysta. Niby sypialiśmy ze sobą okazjonalnie, ale Mateusz spełniał raczej swój obowiązek, niż pragnął bliskości. Po zorganizowaniu kilku wyjść do teatru, kina i na kolację zwyczajnie zaczęłam odpuszczać. Mój chłopak albo się spóźniał, albo wychodził z domu wyraźnie niezadowolony.

Cały trening walczyłam ze swoimi myślami, próbując przekuć je w pozytywną energię. Mimo wszystko miałam wrażenie, że ewidentnie zaczynam się oszukiwać. Może i szukanie pozytywów było dobrym rozwiązaniem, ale nie dla mnie. Ja wolałam suche fakty. Zdecydowanie bardziej bolało, ale dzięki temu mogłam być szczera przede wszystkim ze sobą. A niczego nie ceniłam w sobie bardziej niż autentyczności, wiarygodności i prawdy.

Od upiększania świata i koloryzowania miałam najlepszą przyjaciółkę - Martynę. To ona w moich "sprawozdaniach z rzeczywistości" zawsze odnajdywała miejsce na barwy. Jej poziom empatii mnie zaskakiwał, a skupianie się na uczuciach innych i tłumaczenie powodów ich zachowania miała dopracowane do perfekcji. Wrażliwa, delikatna, a jednocześnie silna jak mało kto.

Kiedyś myślałam, że ludzie mający w sobie tyle sprzeczności nie istnieją. Po bliższym poznaniu Martyny zmieniłam jednak zdanie. Przez kilka dobrych lat analizowałam, jak to się stało, że zostałyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Z reguły żyłam w swoim zamkniętym świecie, nie szukałam nowych relacji, ale jej się udało przebić przez mój pancerz. Swoją dobrocią przyciągnęła mnie do siebie, lecz nie ze względu na fakt, że potrzebowałam w życiu właśnie tych emocji, tylko dlatego, że miałam wewnętrzną potrzebę ochronienia jej przed światem.

Byłyśmy tak różne, że się przyciągnęłyśmy. I choć wiele osób obaliło mit o dwóch połówkach jabłka, to nasza przyjaźń jest ewidentnym potwierdzeniem tej tezy. Martyna okazała się prawdziwym fenomenem. I choć mam problem z uzewnętrznianiem swoich emocji, to kocham ją jak siostrę. Rzadko jej to mówię, bo pewnie popłakałaby się ze wzruszenia i dopytywała się o więcej szczegółów. Albo gorzej, zaczęłaby węszyć i analizować wszystko to, co się posypało w moim życiu.

Kiedy wracałam do domu, z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk przychodzącego połączenia.

- Lena, jest plan do wykonania. - Usłyszałam.

- Malowanie, transport i wypieki cukiernicze od ręki. Na wszystko inne trzeba trochę poczekać - odpowiedziałam.

- Najwyższy czas, żebyśmy gdzieś razem wyjechały, ale mam inny pomysł niż zwykle. Jedziemy nad morze - oznajmiła dumnym tonem Martyna.

- Jak tylko zaliczę szkolenie w Karpaczu, zgłaszam gotowość! - odpowiedziałam, próbując jednocześnie wykrzesać z siebie więcej pozytywnej energii.

- Lena, znam cię tak dobrze, że udawany entuzjazm nie jest potrzebny. Zostaw go dla babci, może ona da się nabrać. Wiem, że jesteś przybita, dlatego wyjeżdżamy jeszcze w tym miesiącu. Jak tylko potwierdzę rezerwację, dam znać. Kocham cię - powiedziała Martyna i się rozłączyła.

W niedzielę popołudniu byłam gotowa do wyjazdu. Spakowałam się starannie, przygotowując klasyczne, eleganckie ubrania zestawione na każdy dzień tygodnia, strój trekkingowy oraz obowiązkowo coś ekstra na dyskotekę. Wiedząc, że nie można przewidzieć wszystkiego, postanowiłam przygotować się na każdą ewentualność.

Mieliśmy zaplanowaną wycieczkę na Śnieżkę. Nie miałam jednak pewności, czy znajdą się chętni na skorzystanie z tej atrakcji.

Firma, w której pracowałam, organizowała szkolenia średnio co kwartał. To było moje kolejne, a że mój staż zbliżał się do trzech lat, odbyłam ich już prawie kilkanaście. Znałam większość uczestników. Byli to - tak jak ja - specjaliści do spraw sprzedaży z innych regionów w Polsce, dlatego prawdopodobieństwo pieszych wędrówek, oceniane na podstawie przeszłych doświadczeń, było niewielkie, wręcz niemożliwe.

Zastanawiałam się, na ile moje przypuszczenia się sprawdzą, a na ile rzeczywistość tym razem mnie zaskoczy. Miałam pewność, że szczyty możliwości zostaną zdobyte przez co niektórych, ale zdecydowanie w innych dziedzinach niż górski trekking.

Z reguły nasze wyjazdy szkoleniowe zaczynały i kończyły się w hotelu. Z każdym kolejnym dniem tygodnia liczba osób na porannych lekcjach malała, dopiero piątkowy test sprawdzający i widmo powrotu do domu przyciągały wszystkich na salę konferencyjną.

Sprawdziłam jeszcze trasę do Karpacza tak, by dokładnie zweryfikować czas dojazdu oraz zaplanować podróż. Wstępnie zameldowanie w hotelu przewidziano na dwunastą, dlatego - przy uwzględnieniu godzinnego zapasu czasowego na postój i nieprzewidziane zdarzenia - postanowiłam wyruszyć o szóstej rano.

Nie mogąc poradzić sobie ze smutkiem, który czułam całą sobą, wieczorem zebrałam się na odwagę, by porozmawiać z Mateuszem.

- Powiedz mi, proszę, dlaczego tak odsunęliśmy się od siebie. Czy robię coś źle? Czujesz się zaniedbywany przeze mnie? - zapytałam.

- Lena, zmęczony jestem. Ostatnio mam bardzo dużo delegacji, więc kiedy jestem w domu, staram się znaleźć chwilę dla siebie. Jutro rano czeka cię długa podróż, zostawmy tę rozmowę, nie chcę, abyś jechała zdenerwowana - odpowiedział.

- Mateusz, to naprawdę dla mnie ważne! - dodałam.

- A ja cię proszę, żebyś odpuściła. Obydwoje wiemy, jak ta rozmowa się skończy. Nie mam dzisiaj głowy do poważnych tematów. Idę spać, dobranoc - powiedział Mateusz, wychodząc z pokoju.