Tylko ty mnie zrozumiesz - Samantha Young

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Lan­ton, sier­pień 2013

Pokój wypeł­niał upa­ja­jący zapach kwia­tów. Ostat­nio kleił się do wszyst­kiego. Nawet po umy­ciu rąk czu­łam się tak, jak­bym przed chwilą oblała je kwia­to­wymi per­fu­mami.

- Ładne.

Ode­rwa­łam wzrok od bukietu czer­wo­nych róż i bia­łych lilii i zoba­czy­łam, że Clau­dia wska­zuje go ręką.

- Chyba zaczy­nam sobie z tym radzić. - Zer­k­nę­łam na kwiaty. - Naresz­cie.

- Dla kogo to? - zain­te­re­so­wała się.

- Dla Huba, a kon­kret­nie dla jego żony, na pięt­na­stą rocz­nicę ślubu.

Clau­dia poki­wała głową.

- A więc pod tą niedź­wie­dzio­watą powłoką kryje się czułe serce, co? - mruk­nęła.

Uśmiech­nę­łam się sze­roko. Hub, wła­ści­ciel pobli­skiej restau­ra­cji w moim rodzin­nym mia­steczku Lan­ton w sta­nie Indiana, był potęż­nym mru­kiem z obfitą brodą, i wcale się nie dzi­wi­łam, że przy­jezdni się go nieco oba­wiali. Claud jed­nak się nie myliła, Hub miał złote serce.

- Zło­żył zamó­wie­nie ponad mie­siąc temu. Taki czło­wiek nie zapo­mina o rocz­nicy ślubu.

Clau­dia z uśmie­chem zade­mon­stro­wała okno wysta­wowe kwia­ciarni mojej matki.

- Zaaran­żo­wa­łam witrynę, tak jak pro­si­łaś - oznaj­miła.

"Delia" była jedyną kwia­ciar­nią w mia­steczku i choć nie miesz­kało tu zbyt wielu ludzi, inte­res szedł nie­źle. Na zaple­czu, gdzie ukła­da­łam bukiety, poja­wił się nie­dawno pro­blem z ple­śnią, ale rodzice wydali mają­tek, by się z nią roz­pra­wić, i "Delia" znów funk­cjo­no­wała.

Nie mogłam z ręką na sercu powie­dzieć tego samego o dru­giej Delii, czyli mojej matce.

- Dzięki - odpar­łam. - Naprawdę się cie­szę, że tu jesteś.

Po zakoń­cze­niu roku na uni­wer­sy­te­cie w Edyn­burgu Clau­dia w pośpie­chu spa­ko­wała się i wró­ciła do Sta­nów, żeby zamiesz­kać ze mną i moimi rodzi­cami. Była tu przez całe lato, poma­ga­jąc w naj­gor­szym kry­zy­sie, jaki przy­tra­fił się naszej rodzi­nie.

- Prze­stań to wresz­cie powta­rzać, bo w końcu zro­bię ci krzywdę.

- Dobra. - Uśmiech­nę­łam się lekko.

Clau­dia zmarsz­czyła brwi.

- Gdzie mama Delia? - zapy­tała, roz­glą­da­jąc się dookoła.

Mama była na cmen­ta­rzu, jak zawsze.

- A jak myślisz? - wymam­ro­ta­łam, gar­biąc się nad bukie­tem.

- A. No tak. - Clau­dia wes­tchnęła. - Dziś rano dzwo­nił do mnie Lowe. - Kiedy mil­cza­łam, dodała: - Podobno pró­bo­wał się z tobą skon­tak­to­wać.

- Wiem - odpar­łam z non­sza­lan­cją, któ­rej nie do końca czu­łam. Skoro nie roz­ma­wia­łam z Jakiem, chyba nie powin­nam roz­ma­wiać z Lowe'em.

- Lowe to twój przy­ja­ciel.

- Nie­prawda, to przy­ja­ciel Jake'a. I tak zra­ni­łam Jake'a, zwie­rza­jąc się nie jemu, ale jego naj­lep­szemu kum­plowi.

Się­gnę­łam po wię­cej liści do wypeł­nie­nia kom­po­zy­cji, jed­nak Clau­dia chwy­ciła mnie za rękę.

- Bukiet jest skoń­czony - zauwa­żyła.

- Czu­łam, że będziesz chciała poga­dać - wes­tchnę­łam, odwra­ca­jąc się do niej.

- Char­ley, zaję­cia zaczną się już za tydzień. Jesteś gotowa?

- Nie, ale posta­ram się być.

- Wró­cimy do sta­rego miesz­ka­nia, a ponie­waż to ostatni rok, będziemy miały co robić. Poza tym znowu zoba­czysz Alexa. To bar­dzo dobrze.

Odwró­ci­łam wzrok i przy­gry­złam wargę.

- Myślisz, że mogę ich tak zosta­wić? - zapy­ta­łam cicho po chwili mil­cze­nia. - Mama codzien­nie cho­dzi na cmen­tarz, a tata na­dal się na mnie wścieka.

Wzrok Clau­dii prze­peł­niało współ­czu­cie, ale dostrze­głam w nim rów­nież deter­mi­na­cję.

- Może i Delia cho­dzi codzien­nie na cmen­tarz, ale to nie zna­czy, że coś z nią nie tak. Czuje się o wiele lepiej, Char­ley, i teraz da sobie radę sama. A Jim cię kocha. Ochło­nie, kiedy i ty ochło­niesz.

- Prze­stań - ostrze­głam ją, bo zde­cy­do­wa­nie nie chcia­łam poru­szać tego tematu.

- Dobrze. - Z rezy­gna­cją unio­sła ręce. - Tylko powiedz, czy ty w ogóle masz zamiar jesz­cze kie­dy­kol­wiek roz­ma­wiać z Jakiem?

- Co to ma być? - Spio­ru­no­wa­łam ją wzro­kiem. - Dzień wku­rza­nia Char­ley?

- Nie, to dzień powrotu do nor­mal­no­ści i sta­wia­nia czoła decy­zjom pod­ję­tym w ostat­nich mie­sią­cach. Na przy­kład w spra­wie nie­ja­kiego Jacoba Caplina.

Poczu­łam zna­jomy ból w piersi, ale posta­no­wi­łam go zigno­ro­wać. Minę­łam Claud, zła­pa­łam mio­tłę i zaczę­łam sprzą­tać zaple­cze.

- Nie, nie mam zamiaru wię­cej roz­ma­wiać z Jakiem - oznaj­mi­łam. - To koniec, i tak to zostawmy.

Clau­dia gło­śno ode­tchnęła.

- Czyli chcesz, żeby się zasta­na­wiał, co poszło nie tak?

Wyda­wała się prze­ra­żona, a mnie natych­miast dopa­dło poczu­cie winy. Z deter­mi­na­cją ode­pchnę­łam je od sie­bie.

- Za bar­dzo zra­ni­li­śmy się nawza­jem - powie­dzia­łam. - Od tego nie ma odwrotu.

- Mogli­by­ście spró­bo­wać.

- Tak jak ty i Beck?

Clau­dia ścią­gnęła ład­nie zary­so­wane brwi.

- To co innego! - prych­nęła.

- Clau­dio...

- Dobrze, już odpusz­czam. Chwi­lowo.

Wydaje mi się, że w któ­rymś momen­cie ludzie nabrali o mnie błęd­nego mnie­ma­nia. Sama go chyba nabra­łam. Nie wiem, czy to było wtedy, gdy ode­pchnę­łam sio­strę sprzed pędzą­cego auta i wzię­łam na sie­bie ude­rze­nie. Wtedy zaczęto mnie nazy­wać Super­menką. Może cho­dzi o mój tupet?

Tak czy ina­czej, ludzie chyba myślą, że jestem nie­ustra­szoną, dzielną, nie­za­leżną młodą kobietą, która ma gdzieś opi­nie innych. W zasa­dzie naprawdę mam je gdzieś, jed­nak to nie doty­czy moich rodzi­ców. Boję się, że ich stracę.

Nie jestem nie­ustra­szona, nawet nie jestem szcze­gól­nie dzielna, i chyba nie aż tak nie­za­leżna, jak mi się wcze­śniej wyda­wało.

Szczę­ście dziecka zależy wyłącz­nie od rodzi­ców. Ich uścisk, poca­łu­nek w czoło, prze­jażdżka na barana, śmiech, życz­liwe słowa, czu­łość i miłość spra­wiają, że zapo­mina się o stłu­czo­nym kola­nie, wyzwi­skach kolegi z klasy czy śmierci uko­cha­nego zwie­rzątka. Dopóki wie­dzia­łam, że rodzice mnie kochają, darzą sza­cun­kiem i są ze mnie dumni, wszystko było w porządku.

To ni­gdy cał­kiem nie prze­mi­nęło. Zdu­mie­wa­jące, z jaką łatwo­ścią rodzice dopro­wa­dzają do tego, że doro­sły czło­wiek znów czuje się jak dziecko.

Tak wła­śnie czu­łam się teraz - jak dziecko zabie­ga­jące o miłość i sza­cu­nek rodzi­ców. Od mie­sięcy mia­łam jed­nak wra­że­nie, że tylko ich roz­cza­ro­wuję, zwłasz­cza tatę.

Póź­niej tego dnia - po tym, jak mama wró­ciła z cmen­ta­rza i pomo­gła nam zamknąć kwia­ciar­nię - poszły­śmy do domu na kola­cję. Tata, z zawodu mecha­nik, był wła­ści­cie­lem miej­sco­wego warsz­tatu. Zja­wił się w domu wkrótce po nas i w końcu wszy­scy zasie­dli­śmy do stołu w jadalni.

Zapa­dło zna­jome mil­cze­nie.

Szczęk sztuć­ców na taler­zach, brzdęk szkła, sze­lest ser­we­tek, chru­pa­nie chleba jesz­cze pod­kre­ślały ciszę. W tych dniach nie­wiele mie­li­śmy sobie do powie­dze­nia, więc tym bar­dziej zdu­miało mnie pyta­nie taty.

- Myśla­łaś jesz­cze o tym egza­mi­nie na prawo?

Zer­k­nę­łam na Clau­dię, która zro­biła wiel­kie oczy. Moja odpo­wiedź jesz­cze bar­dziej ją zaszo­ko­wała.

- Jesie­nią zamie­rzam zdać egza­min kwa­li­fi­ka­cyjny na prawo - odpar­łam.

Oczy Clau­dii omal nie wyszły z orbit.

- Naprawdę? - Popa­trzyła na mnie.

Ona zdała go w czerwcu, sądziła jed­nak, że zre­zy­gno­wa­łam ze stu­dio­wa­nia tego kie­runku.

- Ow­szem. - Poki­wa­łam głową, czu­jąc na sobie palący wzrok rodzi­ców. - Jeśli tylko zdążę zdać w lutym, jesie­nią złożę poda­nie o przy­ję­cie na stu­dia praw­ni­cze.

- Bar­dzo się cie­szę. Clau­dia na pewno pomoże ci w nauce - oznaj­mił tata.

Popa­trzy­li­śmy na sie­bie i po raz pierw­szy od mie­sięcy spoj­rze­nie taty było nie­mal czułe. Naprawdę się cie­szył, gdyż jego zda­niem pod­ję­łam dobrą decy­zję.

Ja nie wie­dzia­łam jed­nak, czy słusz­nie wybra­łam prawo zamiast aka­de­mii poli­cyj­nej, jak pra­gnę­łam. Chyba dla­tego nie wspo­mnia­łam o tym Clau­dii - nie chcia­łam, żeby kto­kol­wiek pró­bo­wał mi to wyper­swa­do­wać. Prawdę mówiąc, pod­ję­łam tę decy­zję, bo uzna­łam, że tak będzie naj­le­piej dla mojej rodziny.

- Ja też. - Zer­k­nę­łam na mamę i zoba­czy­łam łzy w jej oczach, kiedy się do mnie uśmie­chała.

Tak, to była naj­lep­sza decy­zja dla rodziny. Dzięki temu rodzice mogli się uspo­koić, a potrze­bo­wali tego bar­dziej niż ja pracy w poli­cji.

- Jesteś pewna, że tego wła­śnie chcesz, Char­ley? - zapy­tała Clau­dia.

- Oczy­wi­ście. - Uśmiech­nę­łam się do niej z przy­mu­sem.

Kola­cja prze­bie­gała w mniej nie­zręcz­nej atmos­fe­rze niż zwy­kle, gdyż rodzice włą­czyli się do roz­mowy, a potem, zamiast mnie prze­pę­dzić, mama pozwo­liła mi pomóc przy sprzą­ta­niu.

Poszłam za nią do kuchni i posta­wi­łam tale­rze obok kosza na śmieci. Gdy wrzu­ca­łam do niego resztki, mama oznaj­miła:

- Jestem z cie­bie dumna, Char­lotte.

- Tak? - Zer­k­nę­łam na nią.

Uśmiech­nęła się, a jej oczy zaszły łzami. Ostat­nio czę­sto się to zda­rzało. Mama nie była takim płacz­kiem, zanim... zanim... teraz jed­nak wzru­szała się przy każ­dej oka­zji.

- Wiesz, przez te mie­siące nie­ustan­nie myśla­łam o tym, że idziesz na aka­de­mię poli­cyjną i wstą­pisz do poli­cji - cią­gnęła. - Oczy­wi­ście zawsze wie­dzia­łam, że potra­fisz o sie­bie zadbać, zanim jesz­cze ode­pchnę­łaś Andie sprzed auta Fin­ne­gana. Zamar­twia­łam się przez jakieś pół sekundy, dopóki cię nie zoba­czy­łam. Mia­łaś nogę w gip­sie, siniaki na całym ciele, ale kiedy weszli­śmy do sali szpi­tal­nej, uśmiech­nę­łaś się do nas sze­roko, bez­czel­nie. Gdyby Andie była na twoim miej­scu, bar­dzo by nią to wstrzą­snęło. Po tam­tym zda­rze­niu była w roz­sypce, tygo­dniami snuła się za tobą krok w krok. Okrop­nie cię to dener­wo­wało.

Nagle poczu­łam gulę w gar­dle i odwró­ci­łam głowę, wal­cząc ze łzami.

- Pamię­tam - wyszep­ta­łam.

- Nie chcia­łam, żebyś została poli­cjantką, ale przed latem czu­łam się winna, pró­bu­jąc cię od tego odwieść. Nie chcia­łam przez resztę życia cze­kać na nocny tele­fon z infor­ma­cją, że moja córka zgi­nęła na służ­bie, choć jesz­cze bar­dziej nie chcia­łam, żeby moje dziecko czuło do mnie nie­chęć za to, że go nie wspie­ra­łam. Potem jed­nak ta sprawa z Andie... - Ode­pchnęła się od blatu, pode­szła do mnie, po czym wzięła mnie za rękę. - Wiem, że pro­sze­nie cię o rezy­gna­cję z aka­de­mii to ego­izm. Naprawdę zdaję sobie z tego sprawę. Nie mam poję­cia, czy rze­czy­wi­ście chcesz zda­wać ten egza­min na prawo, czy tylko zado­wo­lić tatę i mnie. Gdy­bym była sil­niej­sza, zachę­ci­ła­bym cię do reali­za­cji marzeń. Tyle że nie jestem silna i cie­szę się, że nie idziesz na aka­de­mię. Przy­kro mi, ale to prawda. Nie znie­na­widź mnie za to, pro­szę.

- Rozu­miem, i dla­tego pod­ję­łam taką decy­zję.

- Ale czy naprawdę chcesz być praw­ni­kiem? Bo nie musisz.

Uśmiech­nę­łam się do niej z gory­czą.

- Nie mogę dać tacie tego, czego naprawdę chce - powie­dzia­łam. - Po raz pierw­szy w życiu go roz­cza­ro­wa­łam.

- Char­ley...

- Nie, mamo, wiesz, że to prawda - prze­rwa­łam jej. - Ja też żałuję, że nie jestem sil­niej­sza, ale skoro nie jestem, tylko tyle mogę mu teraz dać. Zawsze chciał, żebym została praw­ni­kiem, więc zdam ten egza­min.

Mama moc­niej ści­snęła moją rękę.

- Kie­dyś znowu będziemy tacy jak daw­niej.

Boże, naprawdę mia­łam taką nadzieję, bo teraz bar­dzo bra­ko­wało mi taty, a jesz­cze bar­dziej Andie.

Łzy spły­nęły mi po policz­kach, więc się odwró­ci­łam i spró­bo­wa­łam sku­pić na sprzą­ta­niu. Mama się wyco­fała.

Gdy odgłos jej kro­ków ucichł, tele­fon zawi­bro­wał w mojej kie­szeni. Na widok imie­nia na ekra­nie poczu­łam nie­przy­jemny ucisk w żołądku.

To było kolejne nie­ode­brane połą­cze­nie od Jake'a. Dzwo­nił raz dzien­nie, odkąd wyje­cha­łam z Edyn­burga. Potem, jak zawsze, poja­wił się ese­mes.

Znasz reguły...

Mimo że ni­gdy nie oddzwa­nia­łam, Jake nie rezy­gno­wał, zapewne w nadziei, że pew­nego dnia zmie­nię zda­nie. Pół­tora mie­siąca temu, gdy stało się jasne, że się tego nie doczeka, wysłał mi ese­mesa z prośbą, żebym choć dała mu znać, że wszystko w porządku. Tak zro­bi­łam i odtąd codzien­nie chciał to wie­dzieć.

Otar­łam łzy z policz­ków i odpi­sa­łam.

Wszystko okej.

Ni­gdy nie pyta­łam, czy u niego też. Za bar­dzo cią­żyło mi poczu­cie winy, więc wola­łam zacho­wać się jak tchórz. Wie­dzia­łam, że zra­ni­łam Jake'a, nie chcia­łam jed­nak usły­szeć tego z jego ust.

Wepchnę­łam tele­fon do kie­szeni, myśląc o iro­nii losu - zale­d­wie kilka mie­sięcy wcze­śniej dałam Jake'owi wycisk za to, że zerwał ze mną, kiedy miał sie­dem­na­ście lat. Ponad cztery lata póź­niej zra­ni­łam go rów­nie mocno, choć obie­ca­łam sobie, że ni­gdy nie skrzyw­dzę nikogo tak, jak Jake skrzyw­dził mnie.

Jak dużo może się zmie­nić w trak­cie kilku mie­sięcy.

Rozdział drugi

Edyn­burg, luty 2013

...ty i moje mar­twe serce. Choć łączy nas przy­jaźń,

nie licz na moje współ­czu­cie. Osie­dli­śmy na mie­liź­nie.

Od dwu­dzie­stu minut sie­dzia­łam nad lap­to­pem, z piwem pod ręką, cał­kiem spraw­nie przy­go­to­wu­jąc pracę na semi­na­rium, pod­czas gdy moi przy­ja­ciele przy tym samym sto­liku słu­chali alter­na­tyw­nej grupy roc­ko­wej The Sto­len.

Sie­dzie­li­śmy w Milk, barze w Cow­gate, czę­ści Edyn­burga, gdzie miesz­kali ame­ry­kań­scy stu­denci, w tym także ja. Na szczę­ście byłam jedną z tych dziew­czyn, które potra­fią wyci­szyć muzykę na żywo i wrza­ski tłumu, żeby odro­bić zapo­mnianą pracę domową na następny dzień. Mogłam zostać w miesz­ka­niu, ale póź­niej musia­łam zała­twić w nim pewną nie­przy­jemną sprawę, więc posta­no­wi­łam nie spę­dzać tam wię­cej czasu niż to konieczne.

Pro­blemy zaczęły się, kiedy mój przy­ja­ciel Lowe, woka­li­sta zespołu, zaśpie­wał moją ulu­bioną pio­senkę Lonely Boy. Zako­cha­łam się w niej wiele mie­sięcy temu, pod­czas ich pierw­szego występu w Szko­cji. Za każ­dym razem, kiedy ją sły­sza­łam, wszystko inne prze­sta­wało mnie inte­re­so­wać.

Ode­rwa­łam wzrok od ekranu i popa­trzy­łam na nie­wielką scenę. Lowe, przy­stoj­niak z tatu­ażami, kol­czy­kiem w war­dze i potar­ganą fry­zurą, zauwa­żył to i spoj­rzał na mnie pogod­nie znad oku­la­rów bez opra­wek.

Uśmiech­nę­łam się lekko i unio­słam w toa­ście piwo, przy­słu­chu­jąc się pio­sence. Lowe powie­dział nam, że pod­czas pisa­nia tek­stów jest stu­pro­cen­towo szczery, a wtedy mój chło­pak Jake zażar­to­wał, że powin­nam napi­sać dla niego pio­senkę. Dow­cip mnie nie roz­ba­wił, bo tak naprawdę ni­gdy nie byłam do końca szczera wobec Jake'a. Wola­łam nie odsła­niać się przed nim cał­ko­wi­cie. Dzi­siej­szy wie­czór miał być wiel­kim kro­kiem naprzód dla nas - a wła­ści­wie dla mnie, koniecz­nym, jeśli liczy­li­śmy na trwały zwią­zek.

Czu­łam się pode­ner­wo­wana, ale pogo­dzona z sytu­acją, dopóki Lowe nie zaśpie­wał tej cho­ler­nej pio­senki.

Jakby się domy­śliw­szy, dokąd wędruję myślami, Jake oparł brodę na moim ramie­niu, objął mnie w talii i przy­cią­gnął do sie­bie.

- Gdzie jesteś? - zapy­tał, muska­jąc war­gami moje ucho.

Drgnę­łam i odwró­ci­łam lekko głowę, tak że teraz jego usta doty­kały mojego policzka.

- Tutaj - powie­dzia­łam.

- Dla­czego ta pio­senka tak na cie­bie działa?

Zamar­łam i ze zdu­mie­niem popa­trzy­łam na jego przy­stojną twarz; Jake uśmie­chał się, a w jego ciem­nych oczach dostrze­ga­łam cie­pło i zro­zu­mie­nie.

- Przy­glą­dam ci się - dodał.

- Mądrala.

- Tylko jeśli cho­dzi o cie­bie. - Bły­snął bia­łymi zębami. - Kiedy coś mnie naprawdę inte­re­suje, poświę­cam temu całą uwagę.

- Chcesz powie­dzieć, że jesteś eks­per­tem ode mnie?

Zmru­żył oczy i poczu­łam, że jego uścisk się roz­luź­nia.

- Mam nadzieję, że pew­nego dnia mi na to pozwo­lisz - odparł.

Nie wie­dząc, co odpo­wie­dzieć, znowu prze­nio­słam spoj­rze­nie na scenę. Przez ostat­nich parę dni, odkąd zaczę­li­śmy ze sobą sypiać, nie­po­kój cza­jący się tuż pod powierzch­nią tylko się nasi­lił. Nie miał nic wspól­nego z bra­kiem pożą­da­nia - skąd - byłam wyco­fana emo­cjo­nal­nie, a Jake usi­ło­wał wyka­zać się cier­pli­wo­ścią, która nie nale­żała do jego moc­nych stron.

Przez to wszystko odno­si­li­śmy wra­że­nie, że nasz zwią­zek lada chwila zacznie się sypać.

Opar­łam się o Jake'a, roz­luź­nia­jąc mię­śnie, i musnę­łam pal­cami jego dło­nie.

- Beck, pokaż klatę! - wrza­snęła ładna bru­netka przy sąsied­nim sto­liku.

Uśmiech­nę­łam się na widok gry­masu, z któ­rym moja przy­ja­ciółka Clau­dia popa­trzyła na tę dziew­czynę.

Beck był naj­lep­szym kum­plem Jake'a, a obec­nie rów­nież jed­nym z naj­lep­szych kum­pli Clau­dii. Grał na gita­rze pro­wa­dzą­cej i stał na środku sceny tuż obok Lowe'a. Był absur­dal­nie atrak­cyj­nym wyso­kim blon­dy­nem o zabój­czo sza­rych oczach i jesz­cze bar­dziej zabój­czym uśmie­chu. Ucie­le­śniał wszystko, czego nale­żało ocze­ki­wać od rock­mena. Miał wyta­tu­owaną jedną rękę, był wylu­zo­wany, a kobiety za nim sza­lały. Ni­gdy w życiu nie spo­tka­łam faceta z takim sek­sa­pi­lem i taką cha­ry­zmą. Choć zgry­wał się na zbun­to­wa­nego twar­dziela, w grun­cie rze­czy był zupeł­nie inny. Wie­dzia­łam to, bo cał­kiem ina­czej zacho­wy­wał się przy Clau­dii. Tak bar­dzo pra­gnął się zaan­ga­żo­wać, że bał się do tego przy­znać nawet przed samym sobą, i pew­nie dla­tego poże­rał wzro­kiem bru­netkę przy sąsied­nim sto­liku.

Gdy Clau­dia zauwa­żyła jego spoj­rze­nie, dusz­kiem dopiła drinka i odwró­ciła głowę. Rowena, nasza szkocka przy­ja­ciółka, którą podej­rze­wa­ły­śmy o sypia­nie z basi­stą Denve­rem, odgar­nęła z oczu jaskra­wo­fio­le­towe włosy i wymie­niła ze mną zatro­skane spoj­rze­nie.

Wie­dzia­łam, że Clau­dia ma mie­szane uczu­cia do Becka. Była nim zain­te­re­so­wana, co wię­cej, podob­nie jak wszy­scy w naszej gru­pie - z wyjąt­kiem Becka - przy­pusz­cza­łam, że go kocha. Tyle tylko, że w jed­nej chwili pozor­nie nie miała nic prze­ciwko jego pusz­czal­stwu, a w następ­nej wyglą­dała tak, jakby chciała uciec w kąt i zalać się łzami.

Stuk­nę­łam ją w ramię, a ona popa­trzyła na mnie ze smut­kiem w zie­lo­nych oczach. Była naj­pięk­niej­szą istotą, jaką spo­tka­łam w życiu, a do tego jedną z naj­faj­niej­szych, naj­do­wcip­niej­szych i naj­mil­szych dziew­czyn na świe­cie.

A Beck był zwy­kłym kre­ty­nem.

- Chcesz już iść? - zapy­ta­łam.

Zer­k­nęła z wście­kło­ścią na scenę - i dobrze, bo szcze­rze mówiąc, wola­łam, kiedy gro­miła wszyst­kich spoj­rze­niem, niż kiedy miała wzrok zbi­tego psa.

- Tak, jeśli jesteś już gotowa - odparła, odwra­ca­jąc się do mnie.

- Wycho­dzisz? - Jake ponow­nie mnie przy­tu­lił.

- Albo wyjdę, albo położę tru­pem two­jego naj­lep­szego kum­pla.

Jake popa­trzył na Becka i lekko pokrę­cił głową.

- Musi wresz­cie prze­stać myśleć tylko o wła­snej dupie - mruk­nął.

- Fakt. Na razie zabie­ram Claud do domu.

- Iść z wami?

Wes­tchnę­łam nie­pew­nie. Musia­łam w końcu wyja­wić, do czego się szy­kuję.

- Prawdę mówiąc, mam pewne plany na wie­czór. Zamie­rzam powie­dzieć o nas rodzi­com...

Jake uniósł brwi.

- Muzyka tak wali, że nie jestem pewien, czy cię dobrze zro­zu­mia­łem - oświad­czył.

Uję­łam jego twarz w dło­nie i poczu­łam pod pal­cami kłu­jącą brodę. Z uśmie­chem potar­łam nosem o jego nos.

- Lepiej uwa­żaj, co teraz powiesz - uprze­dzi­łam go. - Tak się składa, że jestem tro­chę zde­ner­wo­wana i mogę się wyco­fać.

W odpo­wie­dzi deli­kat­nie poca­ło­wał mnie w usta, a ja zamru­ga­łam i roz­chy­li­łam wargi. Poczu­łam na nich mro­wie­nie, kiedy się odsu­wał.

- Powiem im także o aka­de­mii.

Tym wyzna­niem zasłu­ży­łam na następny poca­łu­nek. Potem jed­nak Jake się nie odsu­nął, tylko objął mnie mocno i przy­tu­lił do piersi. Poło­ży­łam dło­nie na jego umię­śnio­nych ple­cach. Fan­ta­stycz­nie pach­niał, a w jego ramio­nach czu­łam się bez­pieczna.

W tym momen­cie znik­nęły wszyst­kie moje obawy. Ogar­nęło mnie zdra­dziec­kie pra­gnie­nie, by otwo­rzyć usta i wyszep­tać te dwa krót­kie słowa.

- Gotowa? - Gło­śne pyta­nie Clau­dii momen­tal­nie przy­wo­łało mnie do rze­czy­wi­sto­ści.

- Życz mi szczę­ścia - powie­dzia­łam do Jake'a, nie­chęt­nie wyplą­tu­jąc się z jego objęć.

- Nie jest ci potrzebne. - Pogła­skał mnie kciu­kiem po policzku. - Dzię­kuję, że to robisz. To dużo dla mnie zna­czy.

Emo­cje chwy­ciły mnie za gar­dło, więc uśmiech­nę­łam się zawa­diacko, żeby pokryć zakło­po­ta­nie.

- Robię to dla nas obojga. - Wsta­łam i wepchnę­łam lap­top oraz notatki do ple­caka.

Jake zaci­snął dłoń na moim udzie, a gdy opu­ści­łam wzrok, ujrza­łam, że wpa­truje się we mnie nie­pew­nie.

- Ale zadzwo­nisz po tej roz­mo­wie? - spy­tał.

- Jeśli nie będzie zbyt późno. - Pochy­li­łam się i poca­ło­wa­łam go lekko w usta. - Widzimy się jutro.

Poże­gna­łam się z Roweną, kiedy Clau­dia prze­ci­skała się mię­dzy ludźmi, idąc w kie­runku baru. Odwró­ci­łam się, żeby poma­chać chło­pa­kom, na co Lowe ski­nął mi głową. Beck nie zare­ago­wał, gdyż ze zmarsz­czo­nymi brwiami obser­wo­wał wycho­dzącą Clau­dię.

Nie poże­gnała się z nim i w tam­tej chwili ani tro­chę jej się nie dzi­wi­łam.

Na zewnątrz Clau­dia objęła się ramio­nami, a jej dłu­gie czarne włosy zało­po­tały na wie­trze. Wyda­wała się nie­obecna i bar­dzo mi się to nie podo­bało. Posta­no­wi­łam odsu­nąć na bok zde­ner­wo­wa­nie przed roz­mową z rodzi­cami i wzię­łam ją pod rękę.

Uśmiech­nęła się z roz­tar­gnie­niem, po czym ruszy­ły­śmy w stronę miesz­ka­nia.

- W week­end wyglą­dało na to, że mię­dzy tobą a Bec­kiem wszystko gra - zauwa­ży­łam. - Zupeł­nie jak­byś się oswo­iła z tym, jak się mię­dzy wami układa. Mia­łam wra­że­nie, że nie możesz się docze­kać naszego wspól­nego wyjazdu do Bar­ce­lony na spo­tka­nie z twoim tatą.

Rodzice Clau­dii byli zamoż­nymi bywal­cami z Coro­nado, lubią­cymi sobie doga­dzać i zanie­dbu­ją­cymi rodzi­ciel­skie obo­wiązki. Ni­gdy nie mieli czasu dla córki. Pod­czas ferii świą­tecz­nych Clau­dia odkryła, dla­czego ojciec darzy ją szcze­gólną obo­jęt­no­ścią. Jak się oka­zało, nie była jego córką. Jej bio­lo­giczny ojciec nazy­wał się Dustin Twe­edie i był angiel­skim mala­rzem. Mama Claud posta­no­wiła choć tro­chę wyna­gro­dzić jej przy­kro­ści i wytro­piła Dustina w Bar­ce­lo­nie, a następ­nie zapro­po­no­wała, że na wio­snę opłaci jej wycieczkę do Hisz­pa­nii. Jake, Beck i ja mie­li­śmy pole­cieć z Clau­dią, żeby ją pod­trzy­my­wać na duchu.

Clau­dia natych­miast się spięła.

- Bo naprawdę nie mogłam - odparła. - Ale to było w week­end.

- Co się wyda­rzyło?

- Dwa dni temu napi­sa­łam do Dustina. - Nie patrzyła na mnie. Ogar­nęła mnie złość, gdy zoba­czy­łam, że emo­cje ści­snęły ją za gar­dło i z tru­dem prze­ły­kała ślinę. - Na­dal nie odpi­sał.

Nie wie­dzia­łam, co powie­dzieć. Nie potra­fi­łam sobie wyobra­zić, jak to jest być córką nie jed­nego, nie dwojga, ale trojga obo­jęt­nych rodzi­ców.

- Minęły tylko dwa dni - zauwa­ży­łam.

Zawo­łało do nas dwoje naszych sąsia­dów. Poma­cha­ły­śmy im, a gdy tylko sobie poszli, Clau­dia wzru­szyła ramio­nami.

- Jakie to ma zna­cze­nie? - zapy­tała. - Rów­nie dobrze mogę od razu sta­wić temu czoło. Dustin nie chce, żebym przy­jeż­dżała siać zamęt w jego życiu. - Nie lubi­łam jej nie­we­so­łego śmie­chu. Dziew­czyna taka jak ona nie powinna być zgorzk­niała. - Spójrzmy praw­dzie w oczy, Char­ley. Bra­kuje mi tego cze­goś, co spra­wia, że face­tom zaczyna zale­żeć.

Wstrzą­śnięta, znie­ru­cho­mia­łam przed furtką do naszego ogródka.

- To nie­prawda - oznaj­mi­łam.

- Nawet nie mogę na cie­bie spoj­rzeć. - Odsu­nęła się. - Ty ni­gdy byś nie pozwo­liła tak się zdo­ło­wać.

- Ejże. - Poma­cha­łam jej dło­nią przed twa­rzą. - Nie widzia­łaś, jak przez ostat­nie mie­siące uża­la­łam się nad sobą z powodu pew­nego mło­dego przy­stoj­niaka o nazwi­sku Caplin?

Prych­nęła, ale na­dal nie chciała spoj­rzeć mi w oczy.

- Claud, każdy ma prawo do kiep­skiego dnia, prawda? A dzi­siaj ty masz kiep­ski dzień, i tyle. Ta zasrana histo­ria z rodzi­cami w żaden spo­sób nie powinna cię zmie­nić. Pro­szę cię, nie dopuść do tego.

- A Beck?

Zale­żało mi na Becku, naprawdę. I wie­dzia­łam, że jemu ogrom­nie zależy na Clau­dii, ale w tej chwili to jej nie wystar­czało. Mia­łam wra­że­nie, że prze­pro­wa­dzamy tę roz­mowę o jeden raz za dużo.

- Tak sobie myślę, że w zeszłym tygo­dniu wpa­dłaś na dobry pomysł.

- Mia­ła­bym go od sie­bie odsu­nąć? - Wzru­szyła ramio­nami. - Gdy ostat­nio to zro­bi­łam, cho­dził jak struty i od razu się zła­ma­łam.

- Więc tym razem się nie łam.

Popa­trzyła na mnie dziw­nie, kiedy szły­śmy do budynku.

- Jasne, prze­cież to takie pro­ste - mruk­nęła.

- No dobrze, może to nie jest pro­ste. Może powin­naś sku­pić się na czymś innym.

- Na czymś innym?

- Tak jest. - Przy­po­mnia­łam sobie, na czym udało mi się sku­pić, kiedy Jake rand­ko­wał z Melissą. - Przy­dałby ci się Lowe - doda­łam z sze­ro­kim uśmie­chem.

- Hm, lubię gościa i w ogóle, ale nie pójdę z nim do łóżka.

- Nie cho­dzi mi o seks. - Popa­trzy­łam na nią z powagą. - Możesz mi wie­rzyć lub nie, ale Lowe to nie­wia­ry­god­nie wni­kliwy, wraż­liwy i cier­pliwy facet. Warto mieć takiego przy­ja­ciela.

- Chry­ste, czy Jake wie, że jesteś na wpół zako­chana w jego kum­plu?

- Nie kocham Lowe'a. Po pro­stu był pod ręką, kiedy go potrze­bo­wa­łam. Powin­naś spę­dzić z nim tro­chę czasu. Aha, i nie wyga­duj takich pier­dół przy Jake'u.

Uśmiech­nęła się chy­trze, a ja poczu­łam, jak nie­po­kój ustę­puje. Clau­dia zacho­wy­wała się pra­wie cał­kiem nor­mal­nie.

- Czy pan Caplin ma skłon­ność do zazdro­ści? - zapy­tała.

- Ow­szem, pra­wie tak silną jak ja - burk­nę­łam.

- I jesteś pewna, że prze­by­wa­jąc z Lowe'em, nie wzbu­dzę zazdro­ści w tobie?

Zasta­no­wi­łam się, pusz­cza­jąc Clau­dię przo­dem. Nie tak dawno temu durzy­łam się w Lowe'em, ale nic wię­cej nie mogło z tego wynik­nąć. To, co było mię­dzy mną a Jakiem, tra­wiło mnie do głębi. Ni­gdy w życiu nie czu­łam cze­goś takiego do innego faceta.

Jake był moim bra­ku­ją­cym ele­men­tem ukła­danki.

- Nie wywo­łasz - odpar­łam w końcu. - Lowe jest sek­sowny jak mało kto i go lubię, ale nie umywa się do Jacoba.

- Ach, Jacob... - wes­tchnęła, żeby się ze mną podraż­nić.

- Bar­dzo cię pro­szę, nie nazy­waj go tak.

- O ile mnie pamięć nie myli, to ty zaczę­łaś.

- Super. Teraz mnie zabije.

Clau­dia ze śmie­chem zatrzy­mała się przed drzwiami swo­jego pokoju.

- Dzięki, że popra­wi­łaś mi humor - powie­działa, gdy się uspo­ko­iła.

- Two­rzymy rodzinę. Cier­pię, kiedy ty cier­pisz.

W jej oczach zalśniły łzy.

- Kurde! - Pokrę­ciła głową, prze­krę­ca­jąc klucz w zamku. - Ta maskara nie jest wodo­od­porna!

Zatrza­snęła mi drzwi przed nosem, a ja wybuch­nę­łam śmie­chem.

- Zatem dobra­noc! - Powlo­kłam się do sie­bie.

Gdy byłam już w swoim pokoju, znów ści­snęło mnie w brzu­chu ze zde­ner­wo­wa­nia. Coraz bar­dziej zanie­po­ko­jona, usta­wi­łam lap­top na biurku i pod­łą­czy­łam się do inter­netu przez kabel. Po chwili otwo­rzył się Skype i usia­dłam na wąskim łóżku, żeby zacze­kać na połą­cze­nie.

Osiem lat temu całe mia­steczko zaczęło nazy­wać mnie Super­menką.

Miesz­kańcy Lan­ton w India­nie od razu tak myśleli na dźwięk mojego imie­nia i nazwi­ska. Cóż, ni­gdy się nie czu­łam tak odważna, jak mi wma­wiali ludzie. Z całą pew­no­ścią nie uwa­ża­łam się za super­bo­ha­terkę w tej chwili, cze­ka­jąc na swój kryp­to­nit w postaci rodzi­ców.

Naj­bar­dziej na świe­cie nie chcia­łam roz­cza­ro­wać Jima i Delii Red­for­dów. Rodzice zawsze mnie kochali i wspie­rali. Andie i ja nie­mal czu­ły­śmy się zobo­wią­zane do posłu­szeń­stwa i grzecz­no­ści. Pro­blem w tym, że gdy tylko wyja­wi­łam, kim chcę zostać, mama i tata sta­now­czo się temu sprze­ci­wili. Pew­nie jakoś by to prze­łknęli, gdy­bym miała zamiar zado­wo­lić się posadą zastępcy sze­ryfa w Lan­ton. W moim rodzin­nym mia­steczku prze­stęp­czość wła­ści­wie nie ist­niała. Ale nie - było dla nich oczy­wi­ste, że posta­no­wi­łam pry­snąć do aka­de­mii poli­cyj­nej w Chi­cago, aby pew­nego dnia dołą­czyć do zna­ko­mi­tych sze­re­gów tam­tej­szej poli­cji. Rick, narze­czony mojej sio­stry, był detek­ty­wem w tym mie­ście. Ponie­waż chcia­łam zdo­być spe­cja­li­za­cję, naj­chęt­niej w wydziale zabójstw, nie­chęć rodzi­ców była dla mnie zro­zu­miała. Nie dzi­wi­łam się, że wole­liby mnie widzieć na stu­diach praw­ni­czych.

Dopiero Jake uświa­do­mił mi, że mam po dziurki w nosie ustę­po­wa­nia rodzi­com we wszyst­kim...

Cztery dni wcześniej

- Czy można umrzeć z wyczer­pa­nia sek­su­al­nego? - wydy­sza­łam i opa­dłam bez­sil­nie na mokry od potu tors Jake'a.

- Powie­dział­bym, że i ow­szem. - Leni­wie gła­skał mnie po ple­cach.

- To było... - jęk­nę­łam, czu­jąc go w sobie.

- Nie­wia­ry­godne? - pod­su­nął, podej­rza­nie z sie­bie zado­wo­lony. - Prze­cież cię uprze­dza­łem.

- Jesteś strasz­nie pewny sie­bie. - Deli­kat­nie ugry­złam go w ramię.

- Co tak słabo? Spró­buj moc­niej! - Zaci­snął dło­nie na moim tyłku. - Chęt­nie wyja­śnię ludziom, skąd mam ślady zębów na ciele.

- Jakim ludziom? - wymam­ro­ta­łam. - Znaj­du­jesz się wła­śnie w jedy­nej oso­bie, która powinna widy­wać cię bez koszuli.

Zaśmiał się, a ja wtu­li­łam się moc­niej w jego szyję, delek­tu­jąc się niskim, gar­dło­wym dźwię­kiem.

- Ani chło­pa­kom, ani mnie nie prze­szka­dza, że cho­dzimy po miesz­ka­niu na wpół nadzy - wyja­śnił.

Pomimo wyczer­pa­nia zmo­bi­li­zo­wa­łam się na tyle, żeby się od niego ode­rwać, przy­ci­snąć dło­nie do jego piersi i gniew­nie zmarsz­czyć brwi.

- Innymi słowy, z roz­ko­szą wytłu­ma­czył­byś się ze śla­dów poką­sa­nia przed Lowe'em - wark­nę­łam.

Oswo­jony z moimi chmur­nymi minami, Jake zało­żył mi za ucho kosmyk dłu­gich pla­ty­no­wych wło­sów, a następ­nie prze­su­nął po nich pal­cami.

- Wie­działby, na czym stoi - zauwa­żył.

- I tak już wie. Wczo­raj wie­czo­rem ten zdrajca wła­ści­wie pchnął mnie w twoje ramiona.

- Fakt. - Jake uśmiech­nął się bez grama skru­chy.

Zanim zdą­ży­łam odpo­wie­dzieć, nie­spo­dzie­wa­nie oto­czył mnie ramio­nami i usiadł. Nasze usta nie­mal się zetknęły, kiedy przy­cią­gnął mnie do sie­bie. Wyczu­wa­jąc, że w naj­bliż­szym cza­sie ni­gdzie nie pójdę, prze­su­nę­łam kolana i oto­czyłam go nogami w pasie. Jego oczy pociem­niały.

- Nie wie­rzę - mruk­nę­łam. - To nie­moż­liwe, żebyś...

- Jesz­cze nie. - Przy­warł do mnie, szep­cząc słowa pro­sto w moje usta. - I tak mamy sprawy do obga­da­nia.

Natych­miast chcia­łam się odsu­nąć, ale poło­żył dłoń na moim karku. Szarp­nę­łam się gwał­tow­nie.

- Świet­nie, zaczniemy od tego - burk­nął ponuro. - Dla­czego cią­gle się ode mnie odsu­wasz?

- Powie­dzia­łam ci już, że nie lubię, kiedy mnie trzy­masz za kark. To dro­biazg.

Prze­ciw­nie, to wcale nie był dro­biazg, a Jake świet­nie o tym wie­dział. Nie miał tylko poję­cia, dla­czego mi to prze­szka­dza.

Cho­dziło o to, że kie­dyś trzy­mał mnie tak, gdy pra­gnął mojej cał­ko­wi­tej uwagi. Reago­wa­łam bar­dzo sil­nie, zde­cy­do­wa­nie sek­su­al­nie, i uwa­ża­łam, że pozwala sobie na to tylko ze mną. Któ­re­goś dnia zauwa­ży­łam jed­nak, że w iden­tyczny spo­sób trzyma za kark swoją byłą dziew­czynę Melissę. Wie­dzia­łam, że to głu­pie, ale mi to prze­szka­dzało, i to bar­dzo.

- Nie wie­rzę ci.

- Popro­szę o następne pyta­nie - wes­tchnę­łam, odsu­wa­jąc jego dłoń.

Jake nie wyda­wał się zachwy­cony, ale ustą­pił.

- Kiedy zamie­rzasz powie­dzieć o nas swoim rodzi­com? - spy­tał.

- No cóż. - Poru­szy­łam bio­drami i uśmiech­nę­łam się bez­czel­nie. - Chyba powin­ni­śmy naj­pierw roz­gryźć prze­bie­gły spi­sek jakie­goś superz­ło­czyńcy, żebyś mógł ura­to­wać świat. Wtedy moi rodzice będą zmu­szeni cie­szyć się naszym szczę­ściem. Ina­czej wyszłoby na to, że są małost­kowi.

- Sta­ram się zacho­wać powagę - oświad­czył, masu­jąc mi krzyż. - A nie mogę, kiedy sie­dzisz na mnie goła i się wygłu­piasz.

- W takim razie dopię­łam swego. - Poca­ło­wa­łam go namięt­nie. Jake przy­tu­lił mnie moc­niej i pogłę­bił poca­łu­nek z pomru­kiem, który uzna­łam za roz­kosz­nie pod­nie­ca­jący.

Obję­łam go, a wtedy ode­rwał ode mnie usta, chwy­cił mnie za ramiona i deli­kat­nie ode­pchnął.

- Graj fair - zażą­dał i spoj­rzał na mnie posęp­nie.

Roz­luź­ni­łam się.

- Niby dla­czego? - spy­ta­łam. - Ty nie grasz fair.

- Usi­łuję roz­ma­wiać z moją dziew­czyną. To ma być nie fair? - Zmru­żył oczy. - Jak to się stało, że role się odwró­ciły?

Ze śmie­chem prze­je­cha­łam pal­cami po jego wło­sach, z przy­jem­no­ścią zauwa­ża­jąc, że zmru­żył oczy, wyraź­nie zachwy­cony moim doty­kiem.

- To wszystko twoja robota - pod­kre­śli­łam.

- Mówię poważ­nie. - Odwró­cił się i poca­ło­wał mnie w nad­gar­stek. - Nie żądam od cie­bie, żebyś powie­działa rodzi­com. Pytam tylko, czy kie­dyś zamie­rzasz im powie­dzieć. - Ode­tchnął głę­boko i popa­trzył mi w oczy. - Nie możemy zro­bić kroku naprzód, dopóki nie wie­dzą.

- Wiem. Zro­bię to. Tylko... to trudne. Daj mi tro­chę czasu.

- Przy oka­zji poin­for­muj ich o aka­de­mii poli­cyj­nej. - Ponow­nie mnie przy­tu­lił, a jego gorący oddech owiał moje wargi. - Zrób to, pro­szę cię. Cho­dzi o twoje życie, Char­ley. Musisz żyć tak, jak chcesz. Cztery lata temu byłaś pewna swo­jej decy­zji. Nie wiem, czy to przeze mnie zwąt­pi­łaś. Być może to ja spra­wi­łem, że stra­ci­łaś wiarę w swoją zdol­ność doko­ny­wa­nia traf­nych wybo­rów... - Odchy­lił głowę i popa­trzył na mnie tak ufnie i z taką miło­ścią, że nie­mal się roz­pły­nę­łam. - Nie wolno sprze­nie­wie­rzać się swoim ide­ałom. Rodzice nie prze­staną cię kochać i na pewno zro­zu­mieją.

Gdy na ekra­nie lap­topa poja­wiło się okienko wywo­ła­nia roz­mowy, ode­tchnę­łam głę­boko i pamię­ta­jąc o sło­wach Jake'a, klik­nę­łam przy­cisk połą­cze­nia.

Rozdział trzeci

West Lafay­ette, sier­pień 2013

Cho­ciaż przej­mo­wa­łam się opusz­cze­niem rodzi­ców w chwili, gdy nasza rela­cja (a wła­ści­wie moja rela­cja z tatą) zna­la­zła się w zawie­sze­niu, łatwiej mi się oddy­chało po powro­cie do miesz­ka­nia w West Lafay­ette, które już wcze­śniej dzie­li­łam z Clau­dią. Mie­ściło się w malow­ni­czym budynku z czer­wo­nej cegły z bie­lo­nymi bal­ko­nami i wycho­dziło na skwer. Mia­ły­śmy tutaj basen i siłow­nię, a samo miesz­ka­nie było duże, nowo­cze­sne, z dwiema spo­rymi sypial­niami i łazienką. Za wyna­ję­cie go rodzice Clau­dii pła­cili co mie­siąc nie­wielką for­tunę. Cóż, mogli sobie na to pozwo­lić, a Clau­dia miała gdzieś to, że ich naciąga, bo jej zda­niem potra­fili oka­zać uczu­cia wyłącz­nie za pomocą pie­nię­dzy.

- Chyba się w końcu roz­pa­ko­wa­łam - oznaj­mi­łam, wcho­dząc do salonu połą­czo­nego z kuch­nią. Clau­dia słu­chała Car­rie Under­wood na lap­to­pie i jed­no­cze­śnie... - Dla­czego prze­sta­wiasz meble? - zdu­mia­łam się.

Prze­rwała na chwilę prze­py­cha­nie sofy i otarła pot z czoła.

- Nowy rok, nowy począ­tek. - Wyszcze­rzyła zęby, jakby te słowa cokol­wiek wyja­śniały.

- Lepiej uwa­żaj na krę­go­słup. - Z powąt­pie­wa­niem popa­trzy­łam na sofę obitą brą­zową skórą. - Ten mebel swoje waży, a ty go pchasz jakby ni­gdy nic.

- Spo­koj­nie, już skoń­czy­łam. - Poma­sze­ro­wała do kuchni i wyjęła z lodówki dwie butelki wody, po czym rzu­ciła jedną w moim kie­runku. - Dzwo­ni­łaś do rodzi­ców? - zapy­tała, gdy chwy­ci­łam butelkę.

Dosko­nale wie­działa, że tak.

- W ten week­end jadą do Chi­cago - odpar­łam. - Zwy­kle dobrze im to robi. Szkoda, że sytu­acja jest taka napięta. Mia­łam nadzieję, że wszystko w cudowny spo­sób wróci do nor­mal­no­ści, zanim wyjadę na uczel­nię.

- Może gdy­byś raz na jakiś czas wybrała się z nimi do Chi­cago...

- Prze­stań - wark­nę­łam.

- Dobra, już się zamy­kam.

Posta­no­wi­łam przejść do ofen­sywy.

- A skoro o rodzi­cach mowa... Roz­ma­wia­łaś ze swo­imi? - zapy­ta­łam.

Clau­dia wyraź­nie spo­chmur­niała.

- Z mamą - odparła. - Czę­ściej dzwoni, odkąd wró­ci­łam z Bar­ce­lony.

- To chyba dobrze? - zary­zy­ko­wa­łam, zdzi­wiona tym prze­ja­wem macie­rzyń­skiej tro­ski.

Clau­dia bez prze­ko­na­nia unio­sła brew.

- Zoba­czymy - mruk­nęła.

- Ostroż­no­ści ni­gdy za wiele. Bar­dzo roz­sąd­nie. - Rozej­rza­łam się po wyjąt­kowo czy­stym i schlud­nym salo­nie, wie­dząc, że ten widok się zmieni, gdy zaczniemy naukę. - Czyli... dziś spo­ty­kamy się z Ale­xem i Sha­ron, czy pla­nu­jemy coś innego na ten "nowy rok, nowy począ­tek", który tak lan­su­jesz?

Skrzy­wiła się, sły­sząc sar­kazm w moim gło­sie.

- Możesz sobie kpić, ale to ty pod­su­nę­łaś mi ten pomysł. Mówi­łaś, że chcesz nowego początku. No i mia­łaś rację. Zaczy­namy nie­mal od zera. Ja mam plan i ty też go potrze­bu­jesz.

- A niby na czym polega ten twój plan?

- Żyje się po to, żeby żyć, tak? - Uśmiech­nęła się, a jej zie­lone oczy zabły­sły. - W końcu zapro­szę Willa na randkę.

- Tego przy­stoj­nego asy­stenta? - Will McPher­son był asy­sten­tem pro­wa­dzą­cym zaję­cia na dru­gim roku kry­mi­no­lo­gii. Clau­dia od dawna się w nim pod­ko­chi­wała. - Myślisz, że na­dal uczy?

Natych­miast prze­stała się uśmie­chać.

- O tym nie pomy­śla­łam.

Odwró­ci­łam głowę, żeby ukryć roz­ba­wie­nie.

- Pew­nie uczy - powie­dzia­łam. - Nie trać nadziei. Twój plan zaję­cia się czym­kol­wiek, żeby zapo­mnieć o miło­ści do Becka, jesz­cze może wypa­lić.

- Prze­stań, bo zaraz zacznę gadać o Jake'u.

Mimo­wol­nie się skrzy­wi­łam.

- Super. Twój plan to umó­wić się z Wil­lem. Mój: zdać egza­miny kwa­li­fi­ka­cyjne na prawo.

- Mało pomy­słowe, ale skoro tego wła­śnie chcesz, to pomogę - oznaj­miła.

- Dzięki. A teraz właź pod prysz­nic. Za godzinę jeste­śmy umó­wione z Ale­xem i Sha­ron w Bre­who­use.

- Za godzinę? - Pocią­gnęła za lok lśnią­cych czar­nych wło­sów. - Godzinę to będę ukła­dała fry­zurę.

- No to lepiej już zacznij, Poca­hon­tas.

W Bre­who­use, barze nie­opo­dal cam­pusu, nie­spe­cjal­nie przej­mo­wano się spraw­dza­niem dowo­dów oso­bi­stych. W wielu innych oko­licz­nych loka­lach wiek klien­tów też nie miał zna­cze­nia, tyle że w Bre­who­use w week­endy wystę­po­wały kapele. Clau­dia przez cały czas narze­kała, że ni­gdy nie grają tam coun­try, cho­ciaż mówi­łam jej, że bywalcy baru raczej nie należą do wiel­bi­cieli tego rodzaju muzyki.

Od razu po wej­ściu zoba­czy­łam Alexa i Sha­ron. Alex popa­trzył na mnie i natych­miast poczu­łam się jak w domu. Kiedy parę mie­sięcy temu w pośpie­chu wró­ci­łam ze Szko­cji, żeby być z rodzi­cami, Alex już na mnie cze­kał. Przy­je­chał do Lan­ton z Pur­due. Nawet kiedy naj­gor­sze minęło, na­dal wpa­dał w week­endy, żeby się ze mną zoba­czyć.

Tego lata jed­nak zro­bił sobie wolne i razem z Sha­ron podró­żo­wał po Euro­pie. Tęsk­ni­łam za nim. Bra­ko­wało mi jego wspar­cia i bez­stron­no­ści. Tak naprawdę mia­łam ochotę rzu­cić mu się w ramiona i z całych sił go wyści­skać.

Cóż, choć Sha­ron była bar­dzo miła, nie­zbyt jej się podo­bały takie czu­ło­ści, a to dla­tego, że wcze­śniej cho­dzi­łam z Ale­xem. Mogłam to zro­zu­mieć i w jej obec­no­ści trzy­ma­łam się na dystans.

Alex jed­nak zda­wał się tego nie dostrze­gać.

Uśmiech­nął się sze­roko, wstał i z deter­mi­na­cją ruszył przez bar. Po chwili zamknął mnie w niedź­wie­dzim uści­sku. Ja też go przy­tu­li­łam, przy­my­ka­jąc oczy i wdy­cha­jąc zna­jomy zapach drzewa san­da­ło­wego i piżma.

- Dobrze cię widzieć, Char­ley - rzekł cicho Alex.

- Cie­bie też.

- A mnie nie uści­skasz? - roz­legł się głos Clau­dii.

Alex mnie puścił i uśmiech­nął się do niej nad moim ramie­niem.

- Oczy­wi­ście, że uści­skam.

Gdy się przy­tu­lali, pode­szła do nas Sha­ron. Była niską prze­śliczną blon­dy­neczką i o każ­dym miała coś miłego do powie­dze­nia. Pełna życia i słodka, sta­no­wiła moje cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo.

Uści­snęła mnie, a ja odwza­jem­ni­łam uścisk.

- Jak się mie­wasz? - zapy­tała, gdy się odsu­nęła.

- Jako tako - odpar­łam szcze­rze, choć wymi­ja­jąco. - A ty? Jak było w Euro­pie?

- Cudow­nie! - Jej błę­kitne oczy roz­bły­sły. - Mamy wam mnó­stwo do opo­wie­dze­nia.

Usie­dli­śmy przy sto­liku z drin­kami. Zauwa­ży­łam, że scena jest przy­go­to­wana do wie­czor­nego występu kapeli.

- Kto gra? - zapy­ta­łam.

Alex wzru­szył ramio­nami.

- Nie mam poję­cia - odparł. - Bar­dziej mnie inte­re­suje plotka, którą sły­sza­łem. Podobno chcesz zdać egza­min na prawo.

Zer­k­nę­łam na Clau­dię, która zro­biła nie­winną minę. Z wes­tchnie­niem odwró­ci­łam się do Alexa.

- Tak, dobrze sły­sza­łeś.

- Bar­dzo mnie to cie­szy. - Uśmiech­nął się z entu­zja­zmem.

- Spo­dzie­wa­łam się tego.

Kiedy byli­śmy razem, Alex upie­rał się, żebym poszła na prawo. Pomysł, że mogła­bym zostać gliną, nie podo­bał mu się tak samo jak moim rodzi­com.

- Uwaga, próba mikro­fonu!

Popa­trzy­li­śmy na Duke'a, trzy­dzie­sto­pa­ro­let­niego bar­mana, który od lat pra­co­wał w Bre­who­use. Nikt go wła­ści­wie nie znał, co Duke wyko­rzy­sty­wał, mówiąc o sobie "tajem­ni­czy bar­man", przez co jego zagad­ko­wość tra­ciła na atrak­cyj­no­ści.

Teraz stał na sce­nie i stu­kał w mikro­fon. Zado­wo­lony, mach­nął ręką za sie­bie.

- Dla nie­wta­jem­ni­czo­nych: w każdy pią­tek i sobotę mamy tutaj muzykę na żywo, więc jeśli liczy­cie na spo­koj­nego drinka, lepiej wpad­nij­cie do Tur­tle przy tej samej ulicy. Ale zarę­czam, że wybór kawał­ków w sza­fie gra­ją­cej jest tam rów­nie bez­na­dziejny jak obsługa. - Uśmiech­nął się w ocze­ki­wa­niu na śmie­chy, które nie nastą­piły. - Tak czy siak, chciał­bym teraz powi­tać na sce­nie miej­sco­wych chło­pa­ków, wła­ści­wie naszych sąsia­dów, z Chi­cago. Tego lata włó­czą się po Środ­ko­wym Zacho­dzie i zdo­by­wają sławę w barach. Powi­taj­cie gorąco grupę The Sto­len!

Co, do cho­lery...

Wstrzy­ma­łam oddech, patrząc jak Lowe, Beck, Matt i Denver wcho­dzą na scenę.

Co, do cho­lery...

Lowe oparł gitarę na ramie­niu i zbli­żył się do mikro­fonu. Wyglą­dał jak zawsze - miał oku­lary bez opra­wek, kol­czyk w war­dze i tatu­aże - tyle tylko, że po pię­cio­mie­sięcz­nej roz­łące wydał mi się bar­dziej atrak­cyjny niż zwy­kle. Tęsk­ni­łam za nim i za chło­pa­kami.

Lowe rozej­rzał się po barze, a gdy popa­trzył na nasz sto­lik, jego ramiona zauwa­żal­nie się roz­luź­niły. Nasze spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały i Lowe się uśmiech­nął.

- Dzię­kuję za zapro­sze­nie do Bre­who­use - powie­dział. - Przy­jem­nie tutaj. Na widowni jest kil­koro naszych przy­ja­ciół, więc dedy­ku­jemy im występ. Char­ley, Clau­dia, The Sto­len tęsk­niło za wami latem.

Gdy zaczął się występ, Beck spo­glą­dał na Clau­dię. Odwró­ci­łam się do niej i ujrza­łam, że gapi się na niego ze zdu­mie­niem. Innymi słowy, też nie miała poję­cia, kto dziś zagra.

- To są wasi przy­ja­ciele z Edyn­burga? - spy­tał Alex z zasko­cze­niem w gło­sie.

Clau­dia ode­rwała wzrok od Becka.

- Tak - przy­tak­nęła. - Wiele mie­sięcy temu mówi­łam Bec­kowi, że powinni tu zagrać. Naj­wy­raź­niej nie zapo­mniał.

Sha­ron zmarsz­czyła brwi.

- Myśla­łam, że są na uni­wer­sy­te­cie Nor­th­we­stern.

- Tak jest - odpar­łam, pró­bu­jąc uspo­koić serce.

Jeśli było tu The Sto­len, to zna­czy...

- Nad­ło­żyli kawał drogi na jeden występ.

- Hm... - Clau­dia chwy­ciła mnie za ramię i wska­zała głową bar. - Bo nie cho­dzi o jeden występ.

Moje serce galo­po­wało, jakby posta­no­wiło wyrwać się z piersi.

Jake.

Zesztyw­nia­łam, gdy szedł przez tłum w kie­runku naszego sto­lika. Wpa­try­wał się we mnie z bez­na­mięt­nym wyra­zem twa­rzy, a ja mia­łam wra­że­nie, że grunt usuwa mi się spod nóg.

Wresz­cie sta­nął przy sto­liku, tuż obok mnie, i popa­trzy­li­śmy na sie­bie w mil­cze­niu. Poże­ra­łam go wzro­kiem. Miał tro­chę dłuż­sze włosy, tak jak wtedy gdy byli­śmy dzie­cia­kami, i kil­ku­dniowy zarost. Wyda­wał się bled­szy niż zwy­kle i zmę­czony.

Chcia­łam wstać, zarzu­cić mu ręce na szyję, poczuć jego zapach. Każdy mię­sień ciała bolał mnie od tęsk­noty i nie wie­dzia­łam, czy się śmiać, czy pła­kać, kląć czy wrzesz­czeć. Do tej chwili nie docie­rało do mnie, jak bar­dzo za nim tęsk­ni­łam, jakby był inte­gralną czę­ścią mnie.

- Cześć, Jake. - Alex wstał i wycią­gnął rękę. - Kopę lat, stary.

Nie zmie­nia­jąc wyrazu twa­rzy, Jake uści­snął dłoń Alexa.

- Witaj, Alex.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki