Tylko tu i teraz - Nina Majewska-Brown

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Noga pod gipsem swędziała tak, jakby mrówki obrały sobie za sprawę honoru urządzić na niej defiladę. Wściekła Klara siedziała na kanapie w swoim mieszkanku, zastanawiając się, czy jest jakiś sposób, by podrapać się po łydce, i doszła do wniosku, że Nobla powinien dostać ten, kto wymyśli tego typu drapaczkę.

Nie potrafiła na niczym się skupić, zwłaszcza na pracy, którą od niemal czterech tygodni wykonywała w domu. Kolejny raz doszła do wniosku, że księgowość jest wyjątkowo nudnym zajęciem, i uświadomiła sobie, że nie umie robić nic innego, co mogłoby przynieść jej comiesięczny dochód pozwalający się utrzymać na dotychczasowym poziomie. Nie żeby ten poziom był szczególnie wyśrubowany. Mieszkanie odziedziczyła co prawda po babci, ale musiała opłacić rachunki i z czegoś żyć.

W dodatku metamorfoza zafundowana jej przez przyjaciółki zbierała żniwo i Klara coraz częściej rozważała zakup jakiegoś nowego fatałaszka czy kosmetyku. W rzeczywistości jednak jej myśli zajmowała tylko jedna rzecz - tęsknota za mężczyzną, z którym spędziła kilka upojnych dni, może tygodni. Nie potrafiła oszacować, jak długo byli razem, ale nie miała najmniejszych wątpliwości, że były to najlepsze chwile w jej szarym życiu.

Żołądek boleśnie się jej skręcał na wspomnienie jego ciepłych, pachnących tytoniem ust, bezpiecznych, mocnych ramion i tego wyjątkowego uczucia, które dawała sama jego obecność.

Tylko że zostawiła go daleko za sobą - w innym świecie, a nawet w innej epoce. Z perspektywy wygodnej, dopiero zakupionej w IKEA kanapy zaczęła nawet tęsknić za sztywnym gorsetem, płytkim oddechem i pobolewaniem uciskanych żeber. Za marudną Ludwiką i brakiem prądu. Zapachem świec, spokojem i ciszą, której nie burzyły ani esemesy, ani pokusa sprawdzenia na którymś z internetowych portali, co słychać w wielkim świecie. Jedynymi rzeczami, do których nie wracała z sentymentem, były brak toalety i suszarki oraz piskliwe, rzewne pieśni wyśpiewywane wieczorami przez kolejne pokolenia dziewcząt liczących na zainteresowanie wyelegantowanych dziedziców fortun.

Przymknęła oczy i fala wspomnień zalała ją z podwójną mocą, sprawiając, że serce zamarło jej z bólu. Tak bardzo chciałaby przytulić się do Konstantego, taka się czuła samotna. Westchnęła głośno i najchętniej pozostałaby w majakach, wsuwając dłoń w koronkowe figi i dając sobie słodką rozkosz. Zanim jednak zdecydowała się na jakikolwiek ruch i wysupłała z pamięci najbardziej upojną chwilę z kochankiem, zadzwonił telefon. Ponieważ jak zwykle upchnęła go między poduszkami kanapy, teraz zaskoczona aż wzdrygnęła się, słysząc wibrujący, głośny dźwięk. Nim udało jej się wydostać komórkę spod pośladka, przestała dzwonić, obwieszczając niebiesko podświetloną wizytówką, że matka Klary właśnie sobie o niej przypomniała.

Klara rozważała, czy oddzwonić, czy odłożyć kontakt z rodzicielką na później, gdy komórka ponownie zawibrowała, dając do zrozumienia, że matka jednak ma jakąś pilną sprawę.

Klara automatycznie się wyprostowała, jakby rozmówczyni mogła zobaczyć, że się garbi, i poprawiła opadającą na czoło grzywkę.

- Cześć, mamo.

- No nareszcie. Dzwonię i dzwonię. Co ty, dziecko, robisz, że nie możesz odebrać telefonu od starej matki?

- Nic szczególnego, tylko nie zdążyłam dojść do...

- Właśnie. Kiedy ty wreszcie zdejmiesz ten gips?

- Gdyby to ode mnie zależało, zrobiłabym to trzy tygodnie i sześć dni temu.

- Takie są skutki gapiostwa. Gdybyś miała wygodniejsze buty i choć trochę na siebie uważała, to z pewnością... - Matka rozpędzała się jak pendolino, jak zwykle zakładając, że bez jej zacnych rad i mądrości płynącej z życiowego doświadczenia córka będzie kompletnie niezaradna i przez swoją naiwność narażona na wiele nieszczęść.

- Mamo, daj spokój, już to przerabiałyśmy. Takie rzeczy po prostu się zdarzają.

- Jak żyję na tym świecie, to ani mnie, ani tacie jakoś nic podobnego się nie przytrafiło. Zresztą twojemu rodzeństwu również nie.

- To macie szczęście.

- Nie o szczęście chodzi, tylko o rozsądek.

- Tak, oczywiście.

Najwyraźniej matka nie dosłyszała ironii w jej głosie i niestrudzenie, osiągając coraz wyższe tony, perorowała dalej:

- Z tobą zawsze było skaranie boskie. Jak się nie skaleczyłaś, to guza sobie nabiłaś, aż się dziwię, że dopiero teraz sobie coś złamałaś.

- Mamo, po co dzwonisz?

- Jak to po co? Żeby wyrazić swoją troskę o ciebie.

- A poza tym?

- Tak przy okazji chciałam ci przypomnieć, że w sobotę są chrzciny Samanty, Sandry i Sary.

- Już? Przecież mają dopiero miesiąc.

- Trzy tygodnie. Gdybyś choć trochę się nami interesowała, tobyś wiedziała. No ale czego można się spodziewać po kimś, kto wybrał miasto i zapomniał o swoim pochodzeniu. Violetka uważa...

- Mamo, nie zapomniałam, po prostu mam sporo na głowie.

- Przecież złamałaś nogę, to co ty, dziecko, możesz mieć na głowie?

- Przypomnę ci, że nadal pracuję, tyle że w domu.

- Tak, pewnie, pieniądze są najważniejsze.

- Przecież wiesz, że nie, ale jakoś żyć trzeba.

- Mogłaś zostać z nami, jakoś by to było.

- Nie po to kończyłam studia. - Klara, wpatrzona w stojącą na ławie filiżankę po herbacie, była coraz bardziej zmęczona połajankami matki, której głos z każdym słowem stawał się coraz bardziej szorstki i obcesowy, co mówiącej zupełnie nie przeszkadzało.

- Lepiej byś sobie znalazła jakiegoś kawalera. Dzieci rodzić, dom prowadzić - to rzeczy, w których my, kobiety, odnajdujemy się najlepiej.

- Najwyraźniej nie wszystkie.

- Wiem, kochana, co mówię. No, ale co ty możesz o tym wiedzieć! Zresztą twój czas już dawno minął. Przegapiłaś w życiu najważniejsze rzeczy, skupiając się na karierze. I na co ci to było? Zobacz, teraz siedzisz sama...

- Mamo, skończ, proszę!

- A skąd ten ton?

- Mam dosyć twoich wiecznych uwag.

- Jeśli tak odbierasz moje dobre rady...

- To nie są rady, tylko zwykłe pretensje.

Zapadła cisza, podczas której matka zręcznie przegrupowywała siły, by zaatakować ze zdwojoną mocą z innej flanki.

- Rozumiem, że na chrzcinach będziesz.

- Nie, nie będę. Jak mam z tym gipsem telepać się pociągiem?

- Ludzie na wózkach jakoś się przemieszczają, a tobie gips przeszkadza?

- Tak. Przeproś, proszę, Violę. Zresztą sama do niej zadzwonię.

- Rób, jak uważasz, ale zła energia do ciebie wróci, zobaczysz. Z rodzoną siostrą...

- Mamo, daj spokój. Skoro tak się o mnie troszczysz, to przyjedź i trochę ze mną posiedź.

- Żartujesz? Mam ważniejsze sprawy, chrzciny, bliźniaki, trojaczki, myślisz, że twoje siostry nie potrzebują wsparcia?

- Niewątpliwie, ale ja też tu jestem.

- Ale na własne życzenie wpakowałaś się w kabałę.

- Słuchaj, muszę kończyć...

- Oczywiście, praca jest ważniejsza od starej matki.

Klara pospiesznie się rozłączyła. Miała ochotę krzyczeć, wrzeszczeć ze złości, bezradności i rozpaczy. Czym sobie zasłużyła na takie traktowanie? Rodzice, zamiast być dumni, że jako jedyna z rodziny skończyła studia, jest samodzielna i jakoś sobie radzi, nie prosząc ich o finansowe czy jakiekolwiek inne wsparcie, wiecznie zalewają ją tsunami pretensji.

Miała wrażenie, że tylko ona nie spełnia ich oczekiwań, zawodzi na każdej płaszczyźnie i jest zakałą rodziny. Wszystko to wpędzało ją w poczucie winy i nieraz myślała o tym, że może rzeczywiście jest zupełnie do niczego. Że podejmowane przez nią decyzje były błędne i że może powinna być w zupełnie innym miejscu. Na przykład w domu z rodziną, udzielając wsparcia wszystkim dookoła. Tylko że ona nie chciała tak żyć. Pod presją, pod pantoflem. Chciała mieć prawo do własnego zdania i spełniania własnych marzeń, a nie oczekiwań matki.

Im dłużej nad tym myślała, tym bardziej czuła, że pod powieki wciskają się pierwsze łzy, które po chwili strumykami zalały jej policzki, tak że musiała sięgnąć po leżącą na ławie paczkę chusteczek. Głośno wytarła nos i ponownie opadła na kanapę. Zapadała się w sobie coraz głębiej i coraz poważniej rozważała, na ile sama jest odpowiedzialna za to wszystko, co działo się w jej życiu. Relacje z matką, z rodzeństwem, stosunek marzeń do możliwości i wreszcie to, że miłość jej życia pozostaje gdzieś poza nią. Nawet nie sposób nikomu opowiedzieć o tym, co ją spotkało w tysiąc osiemset osiemdziesiątym pierwszym roku. Z pewnością ludzie zaczęliby się zastanawiać, na jakie zaburzenia psychiczne cierpi, i doszliby do wniosku, że schizofrenia najlepiej tłumaczy jej stan.

Tymczasem gdy kilka tygodni temu na powrót ocknęła się w dwudziestym pierwszym wieku, okazało się, że czas jakby stanął w miejscu. Daty, dni tygodnia zgadzały się niemal co do godziny. I gdyby zaczęła się zwierzać przyjaciółkom, prawdopodobnie by uznały, że zwariowała.

Dlatego tym trudniej było znieść myśl o tym, że się zakochała, poznała smak szczęścia, radość seksu, bliskości i czułości. Tęsknota za Kostkiem stała się niewyobrażalnie dojmująca.

Klara najwyraźniej musiała przysnąć, bo gdy ponownie zadzwonił telefon, cała zesztywniała otworzyła oczy i spojrzała na zegar. Trzynasta trzydzieści siedem. Cholera! Już dawno powinna się zebrać.

- Halo?

- Cześć, kochana, a ty co, śpisz?

- Nie, skąd - wybełkotała, starając się, by jej głos zabrzmiał w miarę rześko i trzeźwo. Usiłowała wyprostować kręgosłup, ale ten tylko jęknął, więc ponownie opadła na poduszki kanapy.

- Nie ściemniaj, przecież cię znam. Co jest?

- Nic szczególnego. Jestem po rozmowie z matką.

- Aha, to tłumaczy wszystko. Jesteś gotowa?

- Jakoś nieszczególnie.

- Nie żartuj, o wpół do trzeciej mamy być u lekarza, pamiętasz?

- Tak, jasne. Zaraz się ogarnę.

- To szybciutko. Mamy dla ciebie niespodziankę.

- O, nie! - Klara doskonale pamiętała poprzedni tajemniczy prezent, który podarowały jej przyjaciółki, i niespecjalnie miała ochotę na kolejne wyzwania.

- Nic takiego, nie stresuj się! Porywamy cię na wielką kawę i małe ciasteczko.

- Ale ja...

- Nic nie wymyślaj, trzeba jakoś uczcić twoje odzyskanie wolności.

- Yhm. - Klarze przemknęło przez głowę, że może dziewczyny jakimś cudem wiedzą o jej związku z Kostkiem, ale nim zdążyła pokusić się o jakąś uwagę, Kaśka z animuszem dodała:

- No, uwolnienie nogi z tego gipsowego sarkofagu.

- Ach, to.

- A o czym myślałaś?

- O niczym.

- Coś mi się zdaje, że matka ci porządnie nagadała.

- Jak zwykle...

- Daj spokój, nawet nie chcę o tym słuchać. Tyle razy ci mówiłyśmy, że powinnaś się odciąć, a ty ciągle swoje.

- To nie takie proste.

- Oczywiście, nikt nie mówi, że jest proste, ale jeśli dalej to będzie trwało, zwyczajnie się wykończysz. Na dłuższą metę to nie do zniesienia.

- Tylko że to moja...

- Tak, tak, wiem. Matka! I co z tego? Czy pozwoliłabyś komukolwiek innemu na takie traktowanie?

- Nie, jasne, że nie.

- To czemu tu się godzisz?

- Bo...

- Przestań! Masz czterdzieści lat i prawo do własnego życia, poglądów i marzeń, nawet jeśli odbiegają od wyobrażeń twoich starych. Odklej się wreszcie od tego, że traktują cię jak dziecko, i przestań im na to pozwalać.

- Ale oni oczekują... Jezu, nie wiem, będą zawiedzeni.

- Oni mają prawo do oczekiwań i poglądów, a ty nie? Zaprojektowali własne życie, może gdzieś po drodze wpadli na pomysł, jak ma wyglądać twoje albo jak powinnaś pozycjonować się w ich świecie, żeby byli szczęśliwi. Ale problem polega na tym, że to ty masz być szczęśliwa! Rozumiesz?

- Teoretycznie to proste, ale w praktyce...

- Dobra, porozmawiamy później, teraz lepiej się zbieraj i zadbaj o siebie, bo wychodzisz z nami.

- Okej.

- Żebyśmy się dobrze zrozumiały: fajna kiecka, makijaż, bo inaczej znowu będziemy musiały wziąć cię w obroty.

- Kumam.

- No to pa, jestem za dwadzieścia minut.

Klara rzuciła telefon na kanapę i zamarła, gdy zobaczyła, jak aparat powoli zsuwa się po poduszce i ląduje pod meblem.

- Cholera jasna!

Z trudem się schyliła, żeby wygrzebać go spod kanapy, przy okazji napotykając wielki kłąb kurzu i zapomnianą skarpetkę. Mimowolnie przemknęła jej przez głowę myśl o tym, co matka by powiedziała na takie wykopalisko. Obiecała sobie, że jak tylko pozbędzie się gipsowej skorupy, skrupulatnie posprząta całe mieszkanie, ze szczególnym uwzględnieniem miejsc za i pod meblami.

Teraz jednak musiała się skupić na wyjściu z dziewczynami, które za szczytny cel postawiły sobie wydobycie jej z życiowego i modowego marazmu.

Podczas czterotygodniowego uziemienia przytyła ze dwa kilo i chwilę zajęło jej podjęcie decyzji, w której z luźnych sukienek najlepiej da się ukryć nieco wystający brzuch. Wreszcie zdecydowała się na luźną, butelkowozieloną, dresową sukienkę, pod którą można było ukryć niejeden mankament figury.

Pokuśtykała do łazienki i ze zdumieniem odkryła, że przyjemność sprawia jej nakładanie na twarz kolejnych warstw pudrów i cieni. Właściwie delikatny makijaż bardziej kamuflował niedoskonałości cery niż podkreślał urodę, ale i tak była zadowolona ze swojego dzieła. Gdy właśnie z otwartymi ustami zbliżyła twarz do lustra, by wytuszować rzęsy, rozległo się wibrowanie telefonu, które przeszło w dziką melodyjkę.

- Kaśka?

- A niby kto? Jestem na dole. Pomóc ci?

- Nie, dam radę.

- Dobra, to czekam.

Pospiesznie chwyciła stojący w kuchni zawiązany czarny worek ze śmieciami i pokuśtykała do drzwi. Przez chwilę szamotała się z zamkiem i wreszcie znalazła się na korytarzu, gdzie niemal zderzyła się ze zbiegającym po schodach sąsiadem.

- Najmocniej przepraszam. - Cofając się, przekręciła klucz w zamku i schowała go do torby.

- To ja przepraszam. - Chłopak spojrzał na jej nogę i zatrzymał się w pół kroku. - Może pani pomóc?

- Nie, dziękuję, nie trzeba.

- Naprawdę to nie kłopot. - To mówiąc, sięgnął po worek. Niestety, zrobił to tak niefortunnie, że folia się rozerwała i na wycieraczkę wysypały się obierki po ziemniakach, zasmarkane chusteczki i zużyta podpaska zawinięta w zielone opakowanie.

Klara oblała się pąsem i miała ochotę zapaść się pod ziemię.

- O cholera, przepraszam. - Chłopak rzucił się, żeby pozbierać śmieci, ale Klara mimo gipsu okazała się szybsza i zablokowała go. Była wściekła. Po co łapał za worek, jeśli... W głowie miała pustkę i nie bardzo wiedziała, co począć. W dodatku w kieszeni ponownie zawibrowała komórka. Przyjaciółka najwyraźniej się niecierpliwiła.

- Proszę to zostawić.

- Nie, nie, to moja wina, pomogę pani.

- Nie ma mowy. Proszę już iść.

- Pomogę chociaż pozbierać...

- Nie będzie mi pan grzebał w śmieciach!

- Najmocniej przepraszam.

- Stało się. Proszę już iść, zajmę się tym. - Odwróciła się do niego plecami. Była zła, czuła się upokorzona i w dodatku poważnie spóźniona. Posprzątanie bałaganu zabrało jej chwilę. W akcie desperacji wstawiła worek na powrót do mieszkania i pokuśtykała po schodach do drzwi wyjściowych.

Pół godziny później Kaśka parkowała pod przychodnią, a Klara się zastanawiała, czy w tym wieku byłaby jeszcze w stanie zrobić prawo jazdy i czy odważyłaby się prowadzić samochód po zatłoczonym Poznaniu. Może gdyby unikała szybkich i niebezpiecznych autostrad, mogłaby dojechać nawet do rodzinnego domu? Mimowolnie uśmiechnęła się na myśl o zszokowanej minie matki i zdziwieniu ojca. Pewnie niczego by to nie zmieniło w ich sposobie myślenia o niej, ale przynajmniej sama zyskałaby nieco swobody, co byłoby bardzo satysfakcjonujące.

Zdejmowanie gipsu było emocjonalnym koszmarem. Klara miała wrażenie, że lekarz w każdej chwili może niewielką elektryczną piłą przeciąć skórę, i niemal mdlała ze strachu, że gips zamieni na szwy.

Gdy noga wreszcie została uwolniona, okazało się, że jest nie tylko chudsza, ale i bledsza. Klara niepewnie oparła na niej ciężar ciała i powoli ruszyła przed siebie. Miała ochotę pozbyć się również uciążliwej kuli, ale lekarz stanowczo wcisnął ją w jej dłonie, tłumacząc, że przez jakiś czas chodzenie z nią będzie bezpieczniejsze. Mimo że Klara nie była do tego przekonana, bez większego marudzenia zgodziła się ją zabrać, postanawiając, że zostawi ją w samochodzie przyjaciółki.

* * *

Spotkanie przy kawie z dziewczynami, choć miało lekko optymistyczne zabarwienie, w końcu sprowadziło się do trudnej rozmowy na temat tego, co właśnie się przetaczało miażdżącym wszystko walcem przez życie Kaśki.

- Zupełnie nie mogę pojąć, jak Andrzej to sobie wyobraża. Mam wrażenie, że zgłupiał do reszty.

- Co się dzieje? - dopytywała Anka.

- To ty nic nie słyszałaś?

Anka sprawiała wrażenie nieco odklejonej od rzeczywistości. Jej złote loki sprężynowały przy każdym najmniejszym ruchu głowy, natomiast ona wydawała się całkowicie statyczna, co zupełnie do niej nie pasowało. Była zamyślona i Klara w pierwszej chwili sądziła, że przyjaciółka nareszcie się zakochała. W obecności wścibskiej i roznoszącej plotki Kaśki nie chciała jednak pytać o szczegóły.

- Obawiam się, że nie.

- Przecież cały Poznań o tym huczy!

- Najwyraźniej do nas nic nie dotarło.

Klara, Anka i Ela wbiły wzrok w niebieskie oczy przyjaciółki, usiłując z nich wyczytać źródło tak niecodziennych emocji.

- No wyobraźcie sobie, że zażądał ode mnie alimentów.

- Że co?

- Właśnie! - Kaśka skinęła na kelnerkę i zamówiła butelkę cavy. - Ja pierdzielę, muszę się napić.

- Przecież przyjechałaś samochodem. - Klara z niedowierzaniem przyglądała się temu, co działo się przy ich stoliku, w panice obmyślając plan, na wypadek gdyby Kaśce tak odbiło, że upierałaby się przy prowadzeniu swojej czarnej toyoty RAV4, którą kupiła miesiąc temu głównie po to, żeby kłuła w oczy byłego męża. Jak większość kobiet liczyła na to, że wzbudzi w nim zazdrość i żal z powodu odejścia. I w myśl filozofii "niech zobaczy, co stracił", niechcący rozbudziła roszczenia finansowe ze strony byłego partnera.

- Spoko, wezmę taksówkę albo zamówię odprowadzanie.

- Okej.

- Nie mów, że podejrzewałaś, że będę chciała prowadzić.

Klara się zmieszała i uciekając wzrokiem, wydukała:

- Nie, skąd, tylko że z tobą nigdy nic nie wiadomo i wolałam...

- Obrażasz mnie.

- Sorry, nie miałam...

- Dobra, nieważne. O czym to mówiłam?

- O alimentach. - Anka, choć wydawała się skupiona wyłącznie na rolowaniu białej papierowej serwetki, wykazała się czujnością.

- A, oczywiście. No więc ten gnój niemyty po tym, jak mnie zdradzał, doprowadził na skraj emocjonalnej przepaści, teraz rości sobie prawo do alimentów!

- Ale na jakiej podstawie? - zapytała Klara z niedowierzaniem.

- Na jakiej? A na takiej, że mu się stopa życiowa obniżyła! Dobre sobie. Do żadnej roboty nie idzie, bo za trzy tysie pracować nie będzie, ale ode mnie żąda pięciu.

- Nie?

- O cholera, nie mogę!

- I co teraz?

- A bo ja wiem? Niech pani postawi to tutaj, nie, nie tutaj, tam. I proszę od razu nalać do pełna do kieliszków. Mam nadzieję, że butelka jest porządnie schłodzona.

- Oczywiście - zapewniła, zaciągając po kresowemu, wystraszona dziewczyna i drżącą ręką zaczęła nalewać złociste, pełne bąbelków wino do wysokich kieliszków.

- Ostatnio to nie było takie oczywiste.

- Jeszcze raz przepraszam za tamten incydent, kolega był pierwszy dzień w pra...

- A co mnie to obchodzi?! Powinien być przeszkolony!

- Naprawdę przepraszam.

Kelnerka pospiesznie oddaliła się w stronę baru i usiłowała jakoś ukryć się za ladą, tak by Kaśka przypadkiem nie zażyczyła sobie podania czegoś jeszcze. Dziewczyny zaraz po wejściu zamówiły sałatki i teraz od niechcenia dziobały w nich widelcami. Każda najchętniej rzuciłaby się na krwisty stek, ale w duchu zgodnie uznały, że w gronie przyjaciółek zielona sałata wypada zdecydowanie lepiej i szykowniej. Przy niej łatwiej jest narzekać na zbędne kilogramy, nie narażając się na surowy osąd pozostałych.

- Kochane, za to, co najważniejsze, czyli za nas.

Stuknęły się kieliszkami, z przyjemnością wsłuchując się w brzęk szkła. Ten drobny gest nieodmiennie sprawiał, że Klara czuła się jakoś tak bardziej światowo i elegancko. Niespiesznie zanurzyła usta w cavie, delektując się jej chłodnym, wytrawnym aromatem. Poczuła przyjemny smak na języku i przymykając oczy, delektowała się chwilą. Niespodziewanie przypomniała sobie, jak piła szampana z Kostkiem w jego wielkiej, wyłożonej ciemną boazerią sypialni, i poczuła kolejną falę tęsknoty przetaczającą się przez jej ciało.

- A ty co? Masz orgazm?

Klara gwałtownie otworzyła oczy i niespokojnie spojrzała na koleżanki.

- Nie. Dlaczego?

- To co tak odpłynęłaś?

- Nie przesadzaj. Po prostu rozkoszuję się chwilą.

- Mówił ci ktoś, że jesteś dziwna?

- Nie raz. - Klara nie rozumiała, skąd w tej życzliwej i pomocnej kobiecie tyle złośliwości i sarkazmu. Kaśka najchętniej rzuciłaby się każdemu do aorty, no, prawie każdemu, kto ma inne zdanie niż ona. Klara nie mogła też pojąć, jak to się dzieje, że od lat, choć tak się różnią, tak bardzo się przyjaźnią.

Ela, jak zwykle przewrażliwiona na punkcie wagi i wyglądu, maniakalnie przeliczająca spożyte kalorie na potencjalne nowe dekagramy masy ciała, z niepokojem spojrzała na sos wypływający z sałaty, który niczym bagniste jeziorko osiadł na dnie talerza.

- Myślicie, że zrobili go na bazie majonezu?

- A skąd mam wiedzieć? - Kaśka spojrzała wrogo na przyjaciółkę w obawie, że jej problem z byłym mężem zblednie w obliczu dietetycznych rozterek Eli. - Przecież zamówiłam coś innego.

- No tak, ale to nie wygląda na lekki dressing.

- Jezu, to zawołaj kelnerkę i zapytaj albo po prostu nie jedz.

Ela się wahała, czy zaspokoić piszczący z głodu żołądek i zapchać go sałatą oblaną gęstym sosem, czy raczej posłuchać głosu rozsądku i odsunąć talerz. Wreszcie podjęła trudną decyzję - uznała posiłek za zakończony i skinęła na kelnerkę, by zabrała naczynie.

- Dziękuję.

Nim zestresowana dziewczyna odeszła od stolika, Kaśka ponownie przystąpiła do ataku:

- Dlaczego jej nie zapytałaś?

- To bez znaczenia, już skończyłam.

- Ja na twoim miejscu bym tego nie zostawiła. Skoro miał być lekki dressing, to ten sos należało wylać kucharzowi na głowę, a nie tak po prostu rezygnować z dania.

- Daj spokój.

- O nie, moja droga. Niech ludziom się nie wydaje, że mogą byle jak odwalać swoją robotę, ja się na to nie zgadzam. W końcu my płacimy za dania i de facto oni żyją dzięki nam. I jeszcze chcą napiwków. Phi! Popraw mnie, jeśli się mylę.

Klara patrzyła na koleżankę i nie była w stanie pojąć, po co się spotkały, skoro Kaśka wybucha po każdej niewinnej uwadze. Anka, jak nie ona, w milczeniu przyglądała się tej scenie i niespiesznie sączyła kolejny kieliszek cavy.

- Kasia, co się dzieje?

- Nie mów do mnie Kasia! Wiesz, jak tego nie znoszę.

- Sorry, Kaśka, o co chodzi?

Choć miały świętować pozbycie się przez Klarę gipsu, teraz wszystkie uważnie przyglądały się Kaśce, która zaczęła hiperwentylować, a w końcu uderzyła w płacz, ewoluujący po chwili w niedający się powstrzymać szloch.

- Kobieto, co się dzieje? - Ela, która siedziała najbliżej, położyła dłoń na spazmatycznie drgających plecach przyjaciółki, a drugą ręką zaczęła przekopywać wielką i nieporęczną torbę w poszukiwaniu chusteczek.

- Bo ja już nie mogę! Mam dosyć wszystkiego.

- Nie przesadzaj.

- Nic nie rozumiecie! Jestem sama. Nie mam siły na walkę z tym idiotą.

- Masz nas.

- To nie to samo.

- Więc wolałabyś być z jakimś kolejnym facetem i liczyć na niego, a nie na nas? - Klara była nieco urażona słowami koleżanki i znów zaczęła się zastanawiać, czy aby słusznie nazywa ich relację przyjaźnią.

- Żebyś wiedziała.

- Niby czym się różnimy, poza tym, że nie uprawiamy z tobą seksu?

Kaśka na nanosekundę się opanowała i oburzona spojrzała na przyjaciółkę.

- Jezu! Wszystkim. Mogłabym na niego liczyć, na jego pomoc, nie musiałabym sama tyrać na wszystko, on by się o mnie troszczył, przynosił pieniądze do domu, nie musiałabym się martwić o wszystko w pojedynkę. W dodatku chłopcy...

- Co z nimi?

- Wykańczają mnie. Co chwilę czegoś ode mnie chcą, potrzebują, żądają! Dasz mi jeszcze jedną chusteczkę? - To mówiąc, ostentacyjnie wydmuchała nos w resztki serwetki i ponownie zalała się łzami. - Ja już tego nie zniosę. Najchętniej wyjechałabym stąd w cholerę, na drugi koniec świata, ale nie mogę, bo mam dzieci. On, oczywiście, może robić, co mu się żywnie podoba! A ja nie! Niech sobie bierze tych swoich synalków i da mi święty spokój! Dlaczego facet może odejść od rodziny i nie troszczyć się o potomstwo, a ja nie mam takiego prawa?

- Może gdybyś odeszła pierwsza i zostawiła mu dzieci, wszystko wyglądałoby inaczej. - Ela, która za wszelką cenę starała się zajść w ciążę, mieć dzieci, być matką i spełnioną w macierzyństwie kobietą, nie mogła się powstrzymać od jadowitej riposty.

Dziewczyny spoglądały na nią oniemiałe, ale Kaśka jakby nigdy nic wyrzucała z siebie kolejne inwektywy pod adresem Andrzeja oraz Bogu ducha winnych Piotrusia i Pawełka i coraz bardziej się nakręcała. Nie dało się jej w żaden sposób uspokoić, aż wreszcie, nie zważając na niepokój i konsternację koleżanek, oświadczyła, że musi spadać, bo na dwudziestą pierwszą ma umówioną wizytę masażysty w jej własnym domu, po czym nie czekając na nic i nikogo, zamówiła taksówkę i odjechała.

Klara postanowiła zrobić to samo i niedługo potem weszła do mieszkania z głośnym trzaśnięciem drzwi, za co zrugała się w myślach. Zdążyła zdjąć buty, gdy rozległo się pukanie.

- Cholera jasna, kogo licho nadało? - mruknęła pod nosem niezadowolona. - Nie spoglądając w wizjer, szarpnęła za klamkę i stanęła oko w oko z wielką żółtą różą.

- Chciałem panią przeprosić. Głupio wyszło. - Zza róży wychynął sąsiad.

Klara nie miała ochoty na pogawędkę, więc nie zastanawiając się, chwyciła kwiat i wymruczała:

- Nie trzeba było. - Wypowiedziawszy te słowa, zatrzasnęła sąsiadowi drzwi przed nosem.

Prychnęła, nalała wody do wysokiej szklanki, postawiła ją na blacie w kuchni i włożyła do niej różę. Pewnie byłaby nią zachwycona, gdyby została jej wręczona przez Kostka, ale o czym tu mówić? Poza tym Kostek przecież podarowałby jej wielki bukiet róż, a nie jeden kwiat, który pewnie do jutra zwiędnie. Pomyślała, jak bardzo zmieniły się czasy, że savoir-vivre odchodzi do lamusa, a potem... jak to ona, zaczęła się martwić, że tak obcesowo potraktowała chłopaka. Ostatecznie postanowiła, że w przyszłości będzie go unikać.