Tylko nie święta - B.A. Feder

Kup ebooka

40.90 zł
32.72 zł (40,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1 grudnia

? Father Christmas - The Kinks

Avery

Edmonton, Kanada

Nigdy nie wierzyłam w Boga, po prawdzie w żadne inne nadprzyrodzone byty także, ale przysięgam, że gdyby istniały, to byłyby mi świadkami, że nienawidzę świąt Bożego Narodzenia. A gdy mówię, że nienawidzę, to nie mam na myśli, że za nimi nie przepadam lub że mam do nich ambiwalentny stosunek. O, nie, nie. Ja ich po prostu szczerze i z całego serca nie trawię.

Tak, jestem naczelną hejterką świąt, i to nie tylko w rodzinie - w której zresztą uchodzę za czarną owcę między innymi przez wzgląd na mój stosunek do dwudziestego piątego grudnia - ale także wśród znajomych i przyjaciół czy kolegów z pracy. Każdy, kto mnie choć trochę zna, nazywa mnie chodzącym Grinchem.

Jakże byłoby pięknie, gdybym mogła krzyknąć niczym ten zielony stwór z filmu: "Świąt nie będzie!", i pstryk, przeklęty cyrk zwany przez moją toksyczną matkę "najwspanialszym czasem w roku" zniknąłby raz na zawsze, a ja miałabym w końcu upragniony spokój. Święty, podkreślam, ŚWIĘTY spokój. Niestety nie mam takich mocy, a szkoda, bo wykorzystałabym je w dobrych celach.

Od dziecka zadaję sobie pytanie, dlaczego ludzie tak uwielbiają świętować. Większość otaczających mnie osób wprost chłonie grudniową atmosferę, lecz nikt nie raczy zważać na koszty, jakie w tym okresie ponosi nasza planeta. Gdy na ulicach pojawiają się pierwsze ozdoby, oczy błyszczą im niczym te paździerzowe kolorowe światełka na choinkach.

Swoją drogą, biedne drzewa. Może nie jestem ekologicznym maniakiem, ale zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo krzywdzimy miejsce, które nazywamy domem. Co za bałwan wymyślił chory zwyczaj ścinania płuc ziemi tylko po to, abyśmy mogli ustawiać je sobie w salonach i ozdabiać jak na jarmarku?!

Ale o czym to ja...? A, tak. Ludzie wpadają w zakupowy szał już z początkiem listopada, a wiem to jak nikt inny, ponieważ pracuję w branży, o której można powiedzieć, że jest szczególnie wymagająca podczas świąt, czyli robię w handlu (czytaj: NARODOWE SZALEŃSTWO), o zgrozo. Cóż, w końcu trzeba się pokazać i wydać co najmniej dwie pensje na horrendalnie drogie prezenty, jakby to był konkurs pod tytułem "kto da więcej". A potem, gdy wreszcie nadejdzie gwiazdka, wszyscy obżerają się przy zdecydowanie zbyt suto zastawionych stołach jedynie po to, by po fetowaniu wyrzucić tony zmarnowanego jedzenia.

I ja się pytam: po jaką cholerę?

Być może śpiewałabym inaczej, gdyby w moim rodzinnym domu święta w istocie oznaczały spotkanie z najbliższymi w ciepłej, pełnej miłości atmosferze. Tyle że to nigdy tak nie wyglądało, wręcz przeciwnie.

Moja matka, która była i wciąż jest przodującą egocentryczką, czego najlepszym dowodem jest fakt, że nadała mi swoje imię (co za rodzic tak w ogóle robi?!), skutecznie zamienia każdą uroczystość w torturę. Nie przesadzam. Avery Langford to diabeł odziany w ludzką skórę.

Każde spotkanie zaczyna od przesłuchania. Mógłby się od niej uczyć niejeden agent specjalny, przyrzekam. Ta kobieta to urodzona manipulantka, w dodatku skuteczna. Zetknięcie z jej pełnym pogardy i przeszywającym na wylot spojrzeniem oraz syczącym głosem odchorowuję przez następny tydzień, próbując znów pozbierać do kupy swoją kwiczącą samoocenę.

"Dlaczego włożyłaś te kozaki do takiej długiej sukienki? Niczego cię nie nauczyłam, Avery? Kozaki nosi się do miniówek. Teraz wyglądasz jak jakaś bezkształtna masa, w dodatku bezdomna".

Wzdrygam się na samo wspomnienie tych słów.

"Mówiłaś, że ta twoja koleżanka, Dove, ma narzeczonego, tak? A ty zamierzasz się ustatkować przed pięćdziesiątką czy jednak wybierasz los starej panny z kotem? Chociaż kot przynajmniej będzie ci wierny, nie tak jak mężczyźni, których do tej pory wybierałaś. Masz naprawdę okropny gust do facetów".

Nie żebym miała kota, a do wspomnianej pięćdziesiątki zostało mi jeszcze dwadzieścia lat, ale co tam, każdy powód jest dobry, by wypomnieć mi wiek... A w kwestii mężczyzn to ten kiepski gust jest u nas chyba dziedziczny. Mój ojciec uciekinier raczej nie był mężem roku (ani ojcem).

"Jak długo jeszcze będziesz pracowała w tym sklepie z biżuterią? Naprawdę nie stać cię na nic lepszego? Syn sąsiadki jest inżynierem, buduje mosty. Córka tego wrednego rudzielca z naprzeciwka została dyplomowaną pielęgniarką, a ja czym się mogę pochwalić? Tym, że moja córka stoi za ladą i jedyne, co potrafi, to dobrać rozmiar pierścionka oraz obsłużyć terminal?"

Oczywiście matka nigdy nie wspomina, że niedawno awansowałam na menadżera salonu Diamond-Verse - w jej oczach to żadne wyróżnienie. Zresztą cokolwiek bym robiła, nigdy nie będę dla niej wystarczająco dobra. Mogłabym nawet wynaleźć lek na raka trzustki, a ona i tak zapytałaby, dlaczego nie stworzyłam medykamentu, który leczy wszystkie rodzaje nowotworów. Tak, ukochana mamusia... Zawsze było za mało, za słabo, gorzej w porównaniu z innymi. W mniemaniu Avery jestem chodzącą porażką. Jej porażką.

Co więcej, kiedyś, gdy byłam zaledwie nastolatką, po kilku głębszych - a ma w zwyczaju pić niemal codziennie - wyznała mi, że zmarnowała swój potencjał, bo musiała "wypchnąć mnie ze swojego idealnego ciała, które już nigdy nie wróciło do poprzedniego stanu". Jestem zatem odpowiedzialna nie tylko za zniszczenie jej urody, ale także za złamanie kariery (matka planowała zostać fotomodelką).

Zatem tak, nienawidzę świąt, ponieważ Avery Langford wyżywa się na mnie wówczas ze zdwojoną siłą, co trwa przez kilka dni.

Ale nie w tym roku. Nie. Dość chowania głowy w piasek. Tym razem po raz pierwszy w życiu stawiam na siebie i swoje potrzeby. W tym roku nie będę odbierała telefonów od matki i próbowała się nieudolnie tłumaczyć, dlaczego nie stawię się na jej świąteczne wezwanie. Nie będę kłamała, że muszę zostać w pracy, jak dwa lata temu, ani nie będę symulowała choroby, która niby to zaatakowała mnie dokładnie dzień przed świętami, jak w ubiegłym roku.

W tym roku nie zamierzam też dać się nabrać na łzawe gadki Avery o chorym sercu, nadciśnieniu ani o tym, że jest samotna, a ja jestem jej coś winna, ponieważ mnie urodziła. Nie wzbudzi we mnie wyrzutów sumienia, a żeby tak się stało, po raz pierwszy, odkąd pracuję w Diamond-Verse, odważyłam się poprosić szefa o dłuższy urlop. Planuję spędzić większość pieprzonego grudnia w pięknych, dzikich okolicznościach przyrody Kolumbii Brytyjskiej, w urokliwym drewnianym domku na uboczu. Z dala od wszystkich i wszystkiego. Sama, w błogiej ciszy i ciesząc się komfortem psychicznym.

Obiecałam sobie, że to będą moje najlepsze święta, i nie pozwolę, aby coś je zepsuło, choćbym miała sczeznąć, do diabła.

***

Tanner

Calgary, Kanada

- I co planujesz z tym zrobić? Powiesz im teraz prawdę? - Ochrypły głos mojego kumpla, Chucka, dobiega do mnie z głośnika telefonu leżącego nieopodal na blacie.

Odcedzam makaron, mieszam go z sosem, po czym całość przekładam na talerz. Następnie sprzątam wszystko z blatu, a do jedzenia zabieram się dopiero, kiedy kuchnia już lśni. Nie umiem inaczej. Tak, jestem pedantem. I nie, nie zjem spokojnie, dopóki wokół panuje bałagan. Żarcie stanęłoby mi w gardle.

- Pogięło cię? Nie ma mowy - odpowiadam. - Dobrze wiesz, że moi rodzice kochają Siennę. Wątpię, aby dobrze przyjęli wiadomość o naszym rozstaniu. Matka się załamie. A ojciec... - Ucinam. - Znasz go. Będzie mną zawiedziony.

- Tobą? - pyta z niedowierzaniem. - Tanner, przecież to nie twoja wina, do cholery! To ta zdradziecka...

- To nieistotne. - Nie pozwalam przyjacielowi dokończyć. - Nie będę ich tym obarczał, a już na pewno nie przed świętami.

Chuck pokasłuje i gdybym nie wiedział, że jest przeziębiony, założyłbym, że zrobił to z przekąsem.

- I serio uważasz, że zwalenie na nich informacji o zerwanych zaręczynach dopiero w momencie, gdy się spotkacie, to lepszy plan, tak? Jesteś idiotą.

Krzywię się, przewracając oczami.

- Powtarzasz się, stary - odburkuję. - Dzięki za wsparcie i dobre słowo, ale i tak zrobię po swojemu...

- Czyli jak zawsze, ty uparty ośle - wchodzi mi w zdanie.

- Owszem. A teraz kończę, bo mam służbę. Zdrowiej.

- Jasne, idź. Chociaż znając ciebie, to jak zwykle będziesz przed czasem. Cholerny służbista - mówi ciszej, ale tak, abym na pewno usłyszał. - Zadzwoń jutro, to jeszcze pogadamy. Przemówię ci do rozsądku, zobaczysz.

- Chyba śnisz. - Parskam. - Strzała.

Rozłączam się, zanim znów zacznie ciosać mi kołki na głowie.

Znalazł się specjalista od relacji rodzinnych...

Kocham Chucka jak brata, ale z dużym prawdopodobieństwem jest ostatnim facetem na świecie, który mógłby pouczać kogokolwiek w takich kwestiach. On sam nie utrzymuje przecież kontaktu ze swoim ojcem ani siostrą. Odciął się od nich tuż po śmierci matki. Z tego, co wiem, nigdy nawet nie próbował zażegnać konfliktu, który dotyczył spadku po matce. Krótko mówiąc, Chuck raczej nie jest mistrzem przeprowadzania trudnych rozmów.

Nie żebym ja nim był. Przecież właśnie sram po gaciach na samą myśl o tym, że mógłbym rozczarować rodziców, wyznając im prawdę o zakończeniu wieloletniego związku ze Sienną, która za parę miesięcy miała zostać moją żoną. Problem polega na tym, że jestem typowym monogamistą, ale moja była narzeczona najwidoczniej nie widziała niczego złego w pieprzeniu się ze mną, a chwilę później z moim kumplem z pracy. Tym samym on bezpowrotnie stracił status mojego kumpla - zwłaszcza po tym, jak dostał ode mnie w pysk, kiedy po raz pierwszy w życiu nie zdołałem utrzymać nerwów na wodzy, za co wciąż jestem na siebie wściekły - a ona nie jest już moją partnerką.

Mimowolnie zaciskam pięści, gdy przed oczami stają mi obrazy z wieczora, kiedy ich nakryłem, i to we własnym mieszkaniu, na cholernej kanapie, na którą zresztą uparła się Sienna. Ja nie znoszę tego paskudnego szałwiowego koloru. Co to w ogóle za odcień, do cholery? A tak, facet w salonie meblowym mówił coś o tym, że to "subtelna, zgaszona zieleń z wyraźną domieszką szarości, a czasem błękitu lub beżu". Pierdolenie. Na tej właśnie szałwiowej sofie wspólnie oglądaliśmy filmy i snuliśmy plany na przyszłość, rozmawialiśmy o dzieciach, psie oraz kocie.

Kurwa.

Mam trzydzieści cztery lata, stabilną pracę detektywa w policji, znośny apartament, całkiem niezły samochód, a mimo to odnoszę wrażenie, że wcale nie jestem na właściwej ścieżce. Legła w gruzach wizja życia, którą do tej pory starannie pielęgnowałem.

A może w tym tkwi cały problem? Może gdybym tak usilnie się nie starał, by wszystko było idealne, skończylibyśmy inaczej?

- Chrzanić to - mówię do siebie pod nosem. Nie zamierzam rozkładać tego na czynniki pierwsze. Co się stało, to się nie odstanie.

Zerkam na zegarek. I tak muszę się zbierać do roboty, nawet jeśli z trudem przyznaję, że Chuck miał rację... Znów będę sporo przed czasem.

2 grudnia

? The Little Boy That Santa Claus Forgot - Nat King Cole

Avery

Edmonton, Kanada

Na ostatnią chwilę wpadam przez ciężkie drzwi z przydymionego szkła. W przedsionku przed głównym wejściem bezgłośnie witam się z ochroniarzem Diamond-Verse, Owenem.

Zerkam na zegarek w telefonie dokładnie w momencie, kiedy przekraczam próg salonu. Dwie minuty spóźnienia. Klasyka.

Czasami się zastanawiam, jakim cudem szef awansował mnie na menadżerkę, skoro jestem zakręcona niczym paczka drutu. Jeszcze większą tajemnicą jest to, jak udaje mi się zarządzać tym miejscem, skoro miewam problemy z ogarnięciem własnego malutkiego mieszkania, nie wspominając już o sprawach urzędowych ani o tym, że wiecznie czegoś zapominam, na przykład opłacać rachunki na czas.

Tłumaczę sobie, że skoro w pracy muszę być zorganizowana, to na życie prywatne po prostu nie starcza mi sił. Kiepska wymówka, ale zawsze jakaś, prawda? Lepszej w tym momencie nie mam.

Za każdym razem, gdy uzmysłowię sobie, jaka jestem nieposkładana, mam ochotę rzucić się na Roberta, właściciela sklepu, i go wycałować, bo jest chyba jedyną osobą na świecie, która mimo moich licznych wad dostrzegła we mnie potencjał.

Biegnę na zaplecze w swoich zabójczo seksownych kozakach Bvlgari, które dorwałam w zeszłym sezonie w ulubionym second-handzie nieopodal (i na które odkładałam kilka miesięcy), rzucam płaszcz, gdzie popadnie, wygładzam czarną kopertową sukienkę, przypinam do niej złotą tabliczkę z imieniem, po czym spokojniejszym krokiem wkraczam w główną przestrzeń salonu. Jednocześnie staram się nie wyglądać, jakbym właśnie nieomal wyzionęła ducha.

Kocham wystrój tego sklepu. Czarny włoski marmur pokrywający posadzkę kontrastuje z jasnym kamieniem oraz elementami ze szczotkowanego mosiądzu. Na pierwszy rzut oka widać, że to miejsce stworzone w stylu old money, tak samo zresztą jak cała 124 Street, na której się znajduje. Ta okolica nie musi nikomu niczego udowadniać. Daleko jej do chaosu wielkich błyszczących centrów handlowych. To artystyczna dzielnica dla zamożnych, lecz przede wszystkim tych, którzy preferują quiet luxury, a nie wielkie krzykliwe loga drogich marek. Szanuję to, choć jestem boleśnie świadoma, że w życiu nie osiągnę takiego statusu. Nie żeby mi na tym zależało. Prawdę mówiąc, pieniądze nie mają dla mnie większego znaczenia. Po prostu chcę godnie żyć, tylko tyle i aż tyle.

Obrzucam wnętrze krytycznym spojrzeniem. Natychmiast wyłapuję ślady tłustych opuszków na jednej ze szklanych witryn z diamentowymi pierścionkami zaręczynowymi. Wzdycham i właśnie wtedy w korytarzu po lewej pojawia się Elliott, kierownik zmiany. Uśmiecham się do niego szeroko i łapię go pod ramię. On w tym czasie ostentacyjnie puka w zegarek na nadgarstku.

- Och, jak miło, że pani menadżer do nas dołączyła w ten jakże ponury, choć wspaniały dzień - wytyka mi z kąśliwym uśmieszkiem.

Gnojek...

Uwielbiam go, jest moim jedynym przyjacielem płci przeciwnej. Co do zasady nie wierzę w przyjaźnie damsko-męskie, tyle że Elliott jest gejem, zatem naszej relacji nie zagrażają żadne romantyczne dramaty. No, chyba że to ja bym się w nim zakochała, ale na szczęście nie jest w moim typie. Zdecydowanie wolę wyższych i takich, którzy dbają o kondycję fizyczną.

To wszystko nie zmienia jednak faktu, że Elliott to złośliwa menda, i pewnie właśnie dlatego tak dobrze się dogadujemy - cóż, ze mnie także jest sarkastyczna zołza.

- Miło, że pan kierownik przypilnował, aby salon prezentował się nienagannie na dzisiejsze otwarcie - odbijam piłeczkę, a następnie dramatycznym ruchem wskazuję na pobrudzone szkło.

Elliott się krzywi, opuszcza ramiona i bez słowa z powrotem rusza w stronę zaplecza, zapewne w poszukiwaniu ściereczek z mikrofibry.

Z przyjemnością wciągam do nozdrzy zapach naszej autorskiej mieszanki drewna sandałowego oraz geranium. Perfumiarz z naprzeciwka przygotował tę recepturę specjalnie dla nas.

Niegdyś rozstawialiśmy podgrzewane kominki z olejkiem, aby w salonie unosił się ich aromat, ale nieskromnie mówiąc, to ja wpadłam na pomysł, by zamiast tego nasączać esencją filtry do wentylacji. Dzięki temu oszczędzamy produkt, a zapach jest cały czas obecny i nie wietrzeje.

- Zabiję wczorajszą zmianę - narzeka Elliott.

Przed chwilą wrócił i od razu zabrał się do czyszczenia witryn. Mamrocze coś pod nosem, zapewne przekleństwa lub rzuca na dziewczyny klątwy. Elliott ma indiańskie korzenie i jest święcie przekonany, że odziedziczył po babce nadprzyrodzone moce.

Odrywam się od swojego kalendarza, w którym na bieżąco zapisuję wizyty klientów VIP. Na szczęście na dzisiejsze popołudnie mam umówione tylko jedno takie spotkanie.

- Może jesteś dla nich zbyt pobłażliwy - sugeruję cicho, segregując raporty z wczoraj. - Upomnij je, zamiast po nich sprzątać. W końcu to ty jesteś ich bezpośrednim przełożonym.

- A nie mogłabyś ty tego zrobić? - prosi udręczonym głosem. - Wiesz, że nie znoszę wydawać ludziom poleceń.

Śmieję się cicho, z niedowierzaniem kręcąc głową.

Taki z niego kierownik jak ze mnie baletnica.

- Jasne.

Wzdycham i już nawet nie wchodzę z nim w dyskusję. Odkąd pamiętam, przerzuca na mnie odpowiedzialność za wiele ze swoich obowiązków. Zdążyłam się do tego przyzwyczaić. W efekcie to ja zazwyczaj odgrywam w pracy rolę złego policjanta. Sama nie przepadam za ganieniem innych, ale ktoś musi to robić.

- Później sprawdzę, która wczoraj zamykała, i z nią pogadam - dodaję. - A teraz idę zrobić sobie kawę. Chcesz?

- Boże, tak! Potrzebuję kofeiny, zwłaszcza przy tej aurze. - Wskazuje na szalejący za oknem zamarzający deszcz ze śniegiem.

Już pod koniec listopada Edmonton prezentuje się zwykle w typowo zimowej scenerii, a wraz z nadejściem grudnia opady stają się jeszcze intensywniejsze, fale mrozu potrafią zaś obniżyć temperaturę nocą nawet do minus piętnastu stopni.

- To, co zawsze? - dopytuję, a Elliott potakuje.

Niespiesznie podchodzę do marmurowej konsoli, na której stoi ekspres na kapsułki. W Diamond-Verse klienci mogą napić się kawy w dowolnie wybranym przez siebie momencie. Mamy nawet specjalnie przygotowany kącik z welurowymi fotelami, kanapą oraz długim szklanym stołem, tak aby goście mogli raczyć się kofeiną i jednocześnie dokonywać wyboru biżuterii. Z kolei ścianę za konsolą zdobi wąska wnęka, wypełniona po brzegi wszelkimi dostępnymi na rynku kapsułkami o różnych smakach.

Przyznaję, to także była jedna z moich sugestii. W salonie od zawsze panował zwyczaj proponowania klientom czegoś do picia, ale wcześniej to my musieliśmy się tym zajmować. Dzięki temu, że ekspres jest dostępny dla wszystkich, żaden pracownik nie lata już niczym kot z pęcherzem na zaplecze, by przygotować napoje. W końcu naszym głównym zadaniem jest pomoc w wyborze wymarzonych i drakońsko drogich diamentów. Nikt nie zatrudniał nas na kelnerów.

Gdy jakiś czas temu nieśmiało podsunęłam Robertowi ten pomysł, zwłaszcza po tym, kiedy jedna z koleżanek miała wypadek i wylała na siebie świeżo zaparzoną kawę, a co gorsza, oblała również klienta, szef skwitował to stwierdzeniem: "To doskonały plan. Jeśli goście sami siebie obleją, to już nie nasza wina. Będziemy mogli umyć od tego ręce. Dobra, robimy to. Dopilnuj wszystkiego, Avery". Tym sposobem po kilku podobnych sytuacjach Robert oświadczył, że mianuje mnie menadżerką, a następnie podsunął mi aneks do umowy. Dodał także, że nie przyjmuje odmowy.

Skubaniec, dobrze mnie zna. Oczywiście, że moim pierwszym odruchem było postawienie weta. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym kimkolwiek zarządzać. Tymczasem mam pod sobą dziesięcioosobowy zespół. Czasami wciąż podaję w wątpliwość, czy aby na pewno nadaję się na to stanowisko, choć powoli uczę się uciszać krytyczny głos w mojej głowie, który dziwnym trafem brzmi dokładnie jak moja matka...

Biorąc pod uwagę fakt, jak wiele zaufania oraz wiary pokłada we mnie Robert, mam szczerą nadzieję, że naprawdę nie ma mi za złe grudniowego urlopu. Oczywiście poinformowałam go o tym z dużym wyprzedzeniem. Chciałam być w stosunku do niego fair, tak by mógł przygotować personel na moją nieobecność. Szczerze mówiąc, przyjął to lepiej, niż zakładałam, bo powiedział tylko: "Avery, nie patrz na mnie tak, jakbym miał cię zaraz zbesztać. Pracujesz tutaj od ponad pięciu lat i do tej pory brałaś tylko pojedyncze wolne dni. Masz jeszcze zaległy urlop, a ja teoretycznie powinienem już dawno dopilnować, abyś go wykorzystała. Należy ci się przerwa od pracy. Jedź, a my sobie poradzimy, nie zamartwiaj się tym, okej?". Po tych słowach tym bardziej nabrałam ochoty, by go wyściskać. Oprócz tego łzy wzruszenia stanęły mi w oczach, bo poczułam się doceniona. Przysięgam, że mam najfajniejszego szefa na świecie.

Obiecałam Robertowi, że w nagłych sytuacjach i tak będę pod telefonem, chociaż nie chciał tego słyszeć. Niniejszym zamierzam wyjechać czwartego grudnia do absolutnej dziczy. Zresztą nie ma już odwrotu. Długo nie mogłam się zdecydować na żadną lokalizację, aż przedwczoraj w nocy ostatecznie zarezerwowałam domek na obrzeżach miasteczka Golden. Byłam w szoku, że okazał się dostępny, choć biorąc pod uwagę, że to koniec świata, w dodatku mało turystyczny, w zasadzie nie powinno mnie to dziwić. Moje szczęście. Im mniej ludzi, tym lepiej.

Przyznaję, wciąż gryzą mnie wyrzuty sumienia. W końcu zamierzam zostawić salon na głowie kolegów, i to w tak pracowitym okresie, jednak naprawdę potrzebuję tej przerwy. Jestem zmęczona, wypalona i marzę o czasie tylko dla siebie. Mam wrażenie, że ostatnio żyję na pół gwizdka. Czuję się niczym zaprogramowany robot.

Mój świat skurczył się do sklepu, spania i jedzenia o nieregularnych porach. Odpuściłam nawet siłownię, bo nie miałam na nią czasu ani tym bardziej energii. Od kilku miesięcy nie przeczytałam żadnej książki, nie obejrzałam w całości serialu. Na spotkania ze znajomymi również brakuje mi doby, a po zakończeniu ostatniego związku - co prawda luźnego, ale mimo wszystko - nie byłam na żadnej randce.

Chcę znów poczuć się sobą, tą może i nieco zakręconą, ale korzystającą z przywilejów młodości dziewczyną. A że kryzys zastał mnie dokładnie w okresie świąt, to tym lepiej. Kolejny argument za tym, żeby stąd spieprzyć i gdzieś się zaszyć.

- Ziemia do Avery. - Elliott macha mi dłonią przed twarzą. - Znowu uciekłaś gdzieś myślami. Coś cię gryzie.

Przewracam oczami i upijam łyk espresso.

- Stwierdzasz czy pytasz?

- Stwierdzam, oczywiście. Przecież nie jestem ślepy i znam cię jak nikt inny - odpowiada z prychnięciem. - Gadaj, póki jeszcze jest spokój. - Wskazuje na pusty salon.

Przyjaciel ma rację. Jeśli chcemy poplotkować, została nam najwyżej godzina. Po jedenastej przeważnie zaczynają się pojawiać pierwsi klienci i tak do zamknięcia. Momentami goście są tak absorbujący, że nie mamy nawet chwili, by wyskoczyć do toalety.

Z rezygnacją wypuszczam powietrze z płuc.

- Dobra, powiem ci, tylko...

Elliott robi wielkie oczy i w mgnieniu oka łapie mnie za łokieć, więc milknę.

- Gdzie ukryłaś ciało? - pyta śmiertelnie poważnie, a ja po chwili wybucham śmiechem.

- Jesteś nienormalny. Musisz przestać słuchać tyle tych kryminalnych podcastów. - Kręcę głową. - Ciała jeszcze nie ma... - ściszam głos - ale tam, gdzie jadę, spokojnie dałoby się je dobrze ukryć.

Kolega najpierw nie reaguje, tylko wpatruje się we mnie bez słowa swoimi dużymi brązowymi oczami, a po chwili energicznie klepie mnie po plecach.

- W końcu coś zarezerwowałaś, tak?! Moja dziewczynka! - kwituje. - Mów, dokąd się wybierasz! A tak w ogóle, to chwała, że wreszcie podjęłaś jakąś decyzję - papla. - Przez chwilę myślałem, że zamierzasz zamknąć się w tej swojej zapyziałej kawalerce na czas urlopu - ciągnie dalej. - I miejmy nadzieję, że jak wrócisz, to już bez tej markotnej miny niezadowolonej księżniczki.

Że co, przepraszam?!

Marszczę brwi i trącam palcem tak szczupły, że aż wklęśnięty tors Elliotta.

- Ja ci zaraz pokażę zapyziałą kawalerkę i księżniczkę, ty...

- Dobra, dobra, przestań straszyć, bo wcale się nie boję. - Ucisza mnie uniesieniem dłoni. - A teraz opowiadaj. Liczę, że poszłaś za moją radą i wybierasz się tam z jakimś dopiero co poznanym przystojniakiem. - Znacząco porusza brwiami.

- Jadę sama - odpowiadam ku jego wyraźnemu rozczarowaniu. - I to jest w tym wszystkim najlepsze, Ell. Nikt nie będzie niczego ode mnie chciał, rozumiesz? Zamierzam odciąć się od social mediów i znów poczuć połączenie z matką naturą. Poza tym tam i tak pewnie nie będę miała dostępu do sieci.

Na samą myśl o błogim spokoju wznoszę oczy ku sufitowi.

- Ty, matka natura i brak dostępu do internetu? - Wybucha śmiechem. - Już to widzę! Poza tym nie wytrzymasz tygodnia bez skontrolowania, czy w salonie wszystko w porządku. Możemy się nawet założyć.

Zaciskam wargi. Jeszcze sekunda, a przyłożę mu w tę idealnie ogoloną gębę, przyrzekam.

- Po pierwsze, to wcale nie jestem control freakiem, jeśli chodzi o pracę! - Celuję oskarżycielskim palcem w przyjaciela. - A po drugie, na takim zadupiu, jakim jest Golden w Kolumbii Brytyjskiej, internet z pewnością będzie znikomy. Wiesz, jakie tam panują warunki w grudniu? Śnieżyca pogania śnieżycę! Zamierzam codziennie palić w kominku, pić gorącą herbatę z goździkami, czytać książki i nadrabiać seriale. Tak mi dopomóż... - Ucinam, bo niby kogo miałabym wymienić? - No, ktokolwiek.

Elliott niemal krztusi się ze śmiechu, choć próbuje to ukryć.

- Owszem, żaden z ciebie maniak kontroli, jeśli mówimy o utrzymywaniu porządku w mieszkaniu... - uśmiecha się kąśliwie, zapewne na wspomnienie burdelu w mojej kawalerce - ale co do roboty, to się absolutnie nie zgadzam. Odkąd Robert cię awansował, chodzisz spięta jak agrafka. Pierwsze, co robisz po wejściu do salonu, to kontrola czystości, Avery - wymienia. - Później sprawdzasz raporty, a jak coś się nie zgadza, panikujesz i rozpętujesz piekło. Nie przyznasz się do tego, ale boisz się, że ktoś zarzuci ci, iż nie dopełniasz obowiązków menadżera. Winię za to twoją powaloną matkę. To ona wbiła ci do tej ślicznej główki - puka mnie palcem w skroń - że jesteś nic niewarta. A to zjada cię żywcem, droga przyjaciółko.

- Ale ja...

- Nie - znów mi przerywa - nie ma żadnego "ale". Już bez naszych zwyczajowych uszczypliwości, to bardzo się cieszę, ze względu na ciebie. Potrzebujesz odpoczynku i trochę dystansu do tego wszystkiego, żebyś mi się nie wykończyła. Więc jedź, niczym się nie przejmuj i korzystaj! Ach, no i pomogę ci się pakować.

Krzyżuję ramiona na piersi.

- Z tym chyba sobie sama poradzę - fukam.

- Wątpię. - Cmoka. - Znając życie, zapomnisz o najważniejszych rzeczach, potem będzie płacz, a że wyruszasz sama, to nie będzie miał cię kto ratować. Dlatego przestań ględzić, tylko powiedz, kiedy mam się u ciebie zjawić. Oczywiście z butelką wina - dodaje naprędce.

Przekrzywiam głowę, bo nie rozumiem, do czego zmierza.

- Będziemy pić i pakować walizkę? - dopytuję sceptycznie. - No to nie wróżę nam sukcesu.

Oboje mamy słabe głowy, a Elliott doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Po każdej imprezie, na której raczej nie wylewaliśmy za kołnierz, obiecywaliśmy sobie, że już nigdy więcej nie sięgniemy po alkohol. Oczywiście zawsze łamaliśmy dane słowo.

- Słoneczko, na trzeźwo nie wysiedzę na tych twoich zagraconych czterdziestu metrach kwadratowych. - Wzdryga się w typowy dla siebie sposób.

I to on śmie mnie nazywać księżniczką?

- Jesteś dupkiem - stwierdzam i z całej siły próbuję przybrać marsową minę.

- Owszem. - Wyszczerza zęby. - Twoim ulubionym dupkiem, w dodatku takim, który zna cię na wylot.

- Niestety nie mogę się z tobą nie zgodzić... - przyznaję.

- Wiem. Przecież ja zawsze mam rację.

Przewracam oczami, z wdzięcznością całuję go w policzek, po czym wreszcie zabieram się do pracy. Przerwa na kawę i tak trwała stanowczo zbyt długo.

Wystawa sama się nie udekoruje, a już najwyższy czas, aby przystroić salon świątecznymi ozdobami. Nie mogę tego odwlekać w nieskończoność, nawet gdybym chciała.

Ugh...

3 grudnia

? Fairytale of New York - The Pogues feat. Kirsty MacColl

Tanner

Calgary, Kanada

Nienawidzę czekania na oficjalne wyniki autopsji denata. Przypuszczam, że w tym wypadku nie było to samobójstwo, na jakie miało wyglądać... I chyba właśnie dlatego tak mocno mnie to wykańcza. Wieczne domniemywanie, gdybanie, domysły, strzępki nieoficjalnych informacji od patologów i tak w kółko. Do czasu, aż nadejdzie ostateczny raport, który potwierdzi lub obali moją teorię. A to zawsze trwa. Długo.

Zatem tak, czekanie to coś, czego szczerze nie trawię w tej robocie. Bardziej przeraża mnie jedynie konieczność rozmowy z rodziną ofiary. Na szczęście, odkąd pracuję z Norą, to ona przejęła ten obowiązek. Zresztą nie tylko ja jestem jej za to wdzięczny, bliscy poszkodowanych z pewnością również. Ja nie potrafię z empatią rozmawiać z obcymi ludźmi w takich sytuacjach.

Co do zasady nie przeszkadzają mi nawet piętrzące się na biurku teczki, spisywanie raportów, odbieranie telefonów o trzeciej w nocy, miliony procedur czy oględziny miejsca zbrodni. Lubię ład, szanuję porządek, więc radzę sobie z papierologią lub obszernym timeline'em - najważniejszą składową każdego śledztwa, tak znienawidzoną przez niektórych moich kumpli.

Zdążyłem się już też uodpornić na możliwie wiele przykrych scenariuszy. Poza tym, nawet jeśli nie doszło do krwawego morderstwa, to tak czy inaczej, widok czyjegoś ciała nie należy do przyjemnych. Trzeba to po prostu przełknąć, zagryźć zęby i jak najlepiej wykonywać swoją pracę.

Nawiasem mówiąc, gdy zaczynałem w CPS1 jako patrolowy - będąc dwudziestodwuletnim gówniarzem - a później przeszedłem do wydziału narkotykowego oraz walki z gangami, naoglądałem się chyba jeszcze gorszego gówna pod względem psychicznym. Teraz zajmuję się wyłącznie zabójstwami. Nie interweniuję już przy przemocy domowej (także tej w bogatych dzielnicach Calgary, do której wbrew pozorom dochodzi nader często), uprowadzeniach rdzennej ludności (głównie kobiet) i nie mierzę się z powszechnie znaną zarazą: dragami, z których najbardziej zjadliwy jest zalewający Albertę fentanyl.

Wielu moich kolegów narzeka na to, że droga od pospolitego patrolowca do śledczego jest długa i wyboista, lecz ja nigdy nie rozumiałem ich podejścia. Nie żałuję ani minuty spędzonej na ulicach miasta, choć bywało brutalnie, wręcz wykańczająco. Jednak doświadczenie uliczne jest niezastąpione. Bez niego nie byłbym na tyle odporny, by należycie wykonywać obowiązki detektywa.

Mimo wszystko poniekąd cieszę się z faktu, że z czasem dane mi było zejść z ulicy. Z wiekiem zrozumiałem, że to między innymi przez ciągłe patrole, dwunastogodzinne zmiany, bezsenne noce, pracę ponad normę - bo mamy wieczne braki kadrowe - oraz emocjonalne odcięcie ucierpiał mój związek z Sienną. Co nie zmienia faktu, że to ona dopuściła się zdrady...

Carrick, weź się w garść.

Bez zbędnej analizy natychmiast wracam do teraźniejszości i po raz enty zerkam na smartfon. Cisza. Patolog wciąż milczy niczym zaklęty.

Zaczynam przechadzać się po pokoju z kubkiem czarnej kawy w dłoni - już nie rejestruję, której z kolei - cały czas zaciskając palce drugiej ręki na telefonie.

Muszę to rozchodzić, bo oszaleję. Raport miał być gotowy ponad godzinę temu. Nienawidzę, gdy ludzie nie trzymają się ustalonego przez siebie deadline'u.

Nagle drzwi pomieszczenia otwierają się z impetem, a w progu staje Nora, moja niepisana partnerka. Co prawda zdarza mi się dzielić sprawy z innymi śledczymi, jednak najczęściej pracuję właśnie z Norą Tremblay.

Obrzucam wzrokiem koleżankę. Wkracza w nieotrzepanych ze śniegu butach. Wnosi breję do środka, w ogóle nie zawracając sobie głowy tym, że moczy i tak wiecznie ubabraną szarą wykładzinę. Jak tak dalej pójdzie, w końcu będziemy tutaj brodzić.

Kobieta z westchnięciem opada na fotel przy swoim biurku, po czym zdejmuje wełnianą czapkę i bezceremonialnie rzuca ją na środek wytartego blatu. Jeszcze się nie nauczyła, że na parterze, tuż za recepcją oraz sekcją patrolowców, gdzie odbywają się odprawy, jest szatnia, z której może korzystać każdy wydział.

Nora patrzy na mnie podkrążonymi oczami. Dostrzegam, że jest czerwona na twarzy od wysiłku. Zapewne znów biegła, żeby się nie spóźnić. Na próżno. Jak zwykle jest po czasie. Siadam na swoim fotelu, tuż przy niej - siedzimy obok siebie biurko w biurko w tym wiecznie zawalonym open spasie dla detektywów, na czwartym piętrze. Nie muszę chyba dodawać, że przestrzeń Nory prezentuje się dokładnie tak samo, jak całe wnętrze: nieco niechlujnie i zdecydowanie niezorganizowanie.

Sam nie wiem, jakim cudem jestem w stanie się tutaj w ogóle skupić. Gdzie nie spojrzeć, stoją kubki po kawie z Tim Hortons - na parapecie, blatach, a nawet regale z segregatorami. Po podłodze często walają się opakowania po fast foodach, bo któryś z kolegów nie trafił do kosza. Nie wspominając już o stertach rozwalonych akt. Jestem przekonany, że w razie konieczności nikt nie byłby w stanie tam niczego odnaleźć. Ręce opadają.

Porzuciłem już jednak próby porządkowania czegokolwiek dookoła. Reszta skutecznie psuje efekty moich starań, ilekroć się za to zabiorę. Syzyfowa praca.

- Nie spałaś - zauważam i podsuwam Norze pod nos kubek z kawą. Jeszcze nie zdążyłem się jej napić, ale moja koleżanka ewidentnie bardziej potrzebuje kofeiny.

Błyskawicznie bierze łyk, po czym uśmiecha się z wdzięcznością.

- Spostrzegawczy jak zawsze.