ROZDZIAŁ I
Jego kroki były lekkie i czujne. Gdzieś w zakamarkach świadomości czuł zwierzęcy strach. Był doświadczonym policjantem, a wewnętrzne zwierzę, zwane przez niektórych sceptyków po prostu intuicją, alarmowało go o niebezpieczeństwie, którego zmysły wciąż nie dostrzegały.
Znajdował się w nieodnowionym szesnastowiecznym palazzo. W sercu Wenecji. Ach, Wenecja... tak bardzo by chciał, by była tu razem z nim Suji! Jak na zawołanie telefon, który miał w kieszonce z prawej strony, delikatnie zawibrował. Tak, to ona! Uśmiechnął się i odebrał przekonany, że cały budynek został już sprawdzony. Głos ukochanej rozkojarzył go, uciszając wewnętrzne zwierzę, które w dalszym ciągu - bez racjonalnego uzasadnienia - podnosiło mu ze strachu włosy na karku.
- Suji, kochana? - wyszeptał.
- Grom, co ty tam robisz? Tak tęsknię! Wiesz, że...
Nie usłyszał dalszego ciągu, coś spadło na niego od tyłu i całym swoim ciężarem powaliło na ziemię. Cudem nie upuścił telefonu. Połączenie z Polską wciąż trwało.
- Suji - wycharczał z trudem, bowiem napastnik najpierw usiłował zmiażdżyć mu kark, a potem krtań - chrrrrrrr... - Już nie słuchał, co mówiła, puścił telefon i zaczął bronić się obiema rękami. Był to w istocie ostatni moment, żeby ratować życie. I mógłby je stracić w tamtej chwili, ale tuż obok pojawił się niezawodny Francesco. Wprawdzie teraz walczyli dwóch na jednego, ale wagowo siły te wciąż były ledwie wyrównane. Napastnik okazał się dorodnym osobnikiem rasy czarnej o wadze przekraczającej, na oko Groma, sto pięćdziesiąt kilogramów, czyli niewiele mniej, niż ważył on i Francesco do spółki. Przeklinał swoją matkę i jej ciągłe uwagi, bo, nieoczekiwanie, podczas gwałtownej szamotaniny, przyszło mu do głowy, że nie powinien używać, nawet w myślach, określenia rasa czarna.
Wreszcie, wśród sapania i rzężenia, udało im się obezwładnić przeciwnika. Siedzieli na nim obaj, dopóki Francesco nie założył mu kajdanek. Grom masował sobie szyję, uciskając delikatnie okolice krtani i sprawdzając, czy wszystkie części chrząstne pozwalają na przełykanie, podczas gdy jego włoski przyjaciel wezwał posiłki przeszukujące budynek na niższych piętrach. On także oparł się plecami o ścianę, nie spuszczając jednak nawet przez sekundę wzroku z unieruchomionego napastnika. Podobnie jak Grom obmacywał ostrożnie te części ciała, które sprawiały mu największy ból.
Kiedy na piętro wbiegli mundurowi, a Francesco załatwiał wstępne formalności, Grom wyjrzał przez okna budynku, w którym się znajdowali. Mimo że zaczął się już listopad, miasto pławiło się w słońcu i osiemnastostopniowym cieple. Rozmarzył się. A gdyby tak poprosić Suji, by dołączyła do niego? Nigdy wcześniej nie była w Wenecji, a przecież pora i okoliczności sprawiały, że otrzymanie kilku dni urlopu byłoby rzeczą wykonalną. Wprawdzie miał tylko zakończyć z Francesco, kolegą z Interpolu, starą sprawę sprzed kilku lat, jednak przyjazd służbowy mógł, przy sprzyjającej okazji, przerodzić się w pobyt prywatny. Uśmiechnął się na samą myśl o Suji w Wenecji i odruchowo sięgnął po telefon.
Leżał poobijany, ale na szczęście wciąż sprawny. Na pulpicie wyświetliło się powiadomienie o siedemdziesięciu nieodebranych połączeniach. Przestraszył się, gdy pomyślał, co mogła czuć, kiedy gwałtownie przerwał rozmowę. Natychmiast oddzwonił.
Zamiast Suji odebrała Damrawa, jej ośmioletnia bratanica, i enigmatycznie wyjaśniła, że "ciocia jest niedysponowana". Pomimo nalegań nie chciała podać jej telefonu, ale pod naciskiem przyznała, że zaaplikowała cioci "chyba za dużo zioła na uspokojenie". Damrawa z upodobaniem używała liczby pojedynczej "zioło" na każdą możliwą mieszankę, niemającą zupełnie nic wspólnego z odurzającymi specyfikami. Kiedy zdesperowany zagroził, że zadzwoni do jej ojca, oddała wreszcie telefon Suji, która powolnym głosem powiedziała, że go kocha i cieszy się, że żyje, ale ona teraz będzie spać. Gdy znowu usłyszał głos Damrawy, poprosił ją, żeby już więcej nie eksperymentowała na ciotce i przykazał, by się nią opiekowała. Potem zadzwonił jeszcze do Marka Mistrasa, ojca Damrawy, a swojego najlepszego przyjaciela, aby miał pieczę nad całą sytuacją. Westchnął. To chyba jednak nie był dogodny czas na improwizowanie romantycznego pobytu z ukochaną w Wenecji. Sprawa zamknięta.
- Co robimy, Francesco? - zapytał kumpla, który nie godząc się na wezwanie karetki, kończył samodzielne zakładanie opatrunku na zakrwawionym przedramieniu. Włoch wyszczerzył w uśmiechu śnieżnobiałe zęby i w odpowiedzi mrugnął łobuzersko okiem.
Wenecję Grom znał dość dobrze, bo z niewiadomych przyczyn jego matka żywiła bałwochwalczą wręcz miłość do tego miasta. Kiedy tylko byli we Włoszech, bez względu na to, czy jechali na Sycylię, czy pod Neapol, i tak za każdym razem zahaczali o Wenecję. Pomimo tego nieznośnego "ciągania po Wenecji", jak to już określali w tradycji rodzinnej, musiał przyznać, że właśnie dzięki matce postrzegał to miasto nie jak typowy turysta - który rano wjeżdżał, a pod wieczór wyjeżdżał stąd, konstatując, że są tam tłumy i śmierdzi z kanałów - ale jak ktoś, kto powoli przez lata poznawał jego wyjątkową specyfikę. Przede wszystkim - nocował tutaj. Pamiętał pierwszą noc spędzoną w tym mieście, kiedy całą rodziną zatrzymali się u zakonnic na wyspie Giudecca. Przyjechali latem, było parno. Nie mógł zasnąć, ale nie ze zmęczenia długą podróżą, lecz przez hałas fal uderzających o mury klasztoru mocno i natarczywie. Miał wrażenie, że śpi w łodzi na środku jeziora. Niepokoiło go to, ale jednocześnie kołysało. W końcu ten dźwięk płynący z otwartych na oścież okien uśpił go. Obudził się rano, słysząc jeszcze wyraźniej uderzenia wody o mury i chyba wtedy właśnie zrozumiał wyjątkowość tego miasta.
Matka nauczyła go jeszcze jednej ważnej rzeczy. Od ósmej rano do dwudziestej wieczorem unikać Piazza San Marco, według Napoleona najpiękniejszego salonu Europy. A właściwie całego sestiere - dzielnicy San Marco. Właśnie w tych godzinach przez serce Wenecji przewalał się ocean turystów, którzy traktowali ją jak żywe muzeum. Albo skansen. Prawdziwe miasto tętniło życiem w sestierii obok, w bocznych uliczkach i zakamarkach oddalonych od placu. Tam właśnie ukrywali się, znużeni uciążliwą obecnością turystów, mieszkańcy miasta.
Od morza wiał silny wiatr. Odetchnęli nim z Francesco pełną piersią tuż po wyjściu z palazzo, który chociaż nie zostawił im miłych wspomnień, to znajdował się w urokliwym sestiere San Polo. Na pytanie, gdzie zjedzą późny obiad, Włoch znowu mrugnął łobuzersko okiem i wykonał jeden krótki telefon, zapraszając go jednocześnie gestem do malutkiego baru, gdzie zamówił wyłącznie wodę. Grom patrzył na niego pytająco, posłusznie się nawadniając, kiedy podszedł do nich smagły wyrostek z dużym wiklinowym koszem. Bez słowa przekazał go Francesco.
- To teraz uważaj, Grom. Zjesz obiad w takim miejscu, za które zapłaciłby spore pieniądze niejeden bogacz. Briatore, Trussardi, a nawet sam Armani. Chodźmy!
Szli dobre dwadzieścia minut wąskimi uliczkami, cały czas przedzierając się przez tłum turystów. Grom wiedział już, że niebezpiecznie zbliżają się do zatłoczonego San Marco, ale przezornie nic nie mówił, czekając na spełnienie obietnicy.
- Poczekaj, gdzie to było...? - mruczał Francesco, zadzierając w górę głowę. - Jest!
Wskazał dłonią na pięknie zdobiony budynek, przekazał Gromowi koszyk, a sam zadzwonił na domofon.
- Proszę otworzyć, policja.
Grom chciał coś powiedzieć, zaprotestować, ale Francesco gestem dłoni nakazał milczenie. Po chwili cichy brzęczek domofonu otworzył ciężkie drzwi palazzo. W budynku była winda. Francesco nacisnął na przycisk czwartego, najwyższego piętra. Na górze czekała już na nich starsza kobieta. Francesco pokazał jej legitymację służbową, a następnie poinformował, że muszą wejść na poddasze, ponieważ jest podejrzenie, że jakiś czas temu ktoś pozostawił tam niebezpieczne materiały. Tak, powiedział: "ktoś", "niebezpieczne", "kiedyś". Kobieta bez słowa podała mu klucze do drzwi poddasza i szybko zamknęła się w mieszkaniu.
- Zapraszam - powiedział szarmancko Włoch, puszczając Groma przodem. Bez problemu znalazł wąskie wejście na dach, przez które przecisnęli się jednak z niemałym trudem. Ale było warto. Stali na dachu jednego z najwyższych budynków Wenecji. Z wrażenia koszyk omal nie wypadł Gromowi z rąk. Francesco odebrał go delikatnie, podczas gdy Polak rozglądał się dookoła z niekłamanym zachwytem. Widział z góry całe miasto i nie były to okratowane okna Campanile. Miał przed sobą jeden z najpiękniejszych widoków na świecie.
Tymczasem Francesco, rozkładając na obrusie w kratkę wiktuały, które znajdowały się w środku, tłumaczył beztrosko:
- Czasem tak robię... Zawsze mam na oku parę budynków i kiedy chcę zjeść ekskluzywny posiłek, dzwonię, pokazuję legitymację, tłumaczę, że zaistniała natychmiastowa konieczność, a potem zjadam to, co przyniosłem, w otoczeniu najpiękniejszych włoskich widoków. Otworzysz? - Rzucił w kierunku przyjaciela dobrze schłodzone vino bianco.
Grom kręcił głową, z podziwem zastanawiając się, czy taki numer przeszedłby w Polsce. Chyba nie. Spojrzał na kumpla.
- Wiesz, myślałem, że twoja kariera skończy się postrzałem, a tymczasem ty sam zrujnujesz ją przekroczeniem uprawnień. Wariat.
- No, ale powiedz, czy nie warto?
Westchnął, tego nie mógł powiedzieć. Niewiele osób miało okazję jadać obiad z widokiem na zapierającą dech panoramę Wenecji. Wznieśli toast za pomyślność, a potem jedli w milczeniu. Wszystkie zmysły zostały zaspokojone.
Tę sielankową i wręcz nierealną atmosferę mąciły coraz ciemniejsze, kłębiące się nad nimi chmury i coraz silniejszy wiatr od morza. Francesco spokojnie wyjaśnił, że to zjawisko normalne o tej porze roku i jednocześnie odwrócił uwagę od pogody, pytając o książkę, którą Grom chwilę wcześniej kupił w malutkim antykwariacie, który mijali po drodze.
Włoskie antykwariaty były kolejnymi miejscami odwiedzin, do którego już od dzieciństwa przyzwyczaiła go matka. Nieważne, w którym z romańskich krajów gościli - tradycją było to, że zawsze tam wchodziła, ciągnąc za sobą całą rodzinę. Grom podziwiał i szanował ojca, że ten rozumiał naukowe pasje matki. Zawsze potrafili znaleźć równowagę - odwiedzić kultową nadmorską plażę, zwiedzić najważniejsze zabytki, napić się najlepszego lokalnego wina - i odnaleźć każdy zagubiony w wąskich uliczkach Hiszpanii, Francji czy Włoch antykwariat. Idąc z Francesco na obiad, zupełnie odruchowo zwrócił uwagę na napis Antiquariato i tak samo odruchowo do niego wszedł. Nie żałował, bo, ku swojemu zdziwieniu, jedną z pierwszych książek, która wpadła w jego ręce podczas rutynowego przeglądania woluminów, było pierwsze tłumaczenie Rodziny Połanieckich Henryka Sienkiewicza na język włoski. Nie miał wątpliwości, że książka, wydana w 1900 roku w Neapolu, jedyny przekład autoryzowany przez Sienkiewicza - ponieważ wszystkie pozostałe tłumaczenia były komercyjną namiastką - będzie dla matki niezwykłym prezentem.
Francesco przeglądał książkę, ze zdziwieniem przyznając, że tytuł Quo vadis kojarzył bardzo dobrze, ale tytułu La famiglia Polanieski nigdy nie słyszał. Grom delikatnie odebrał z jego rąk ponadstuletni tom, przekartkował, znalazł odpowiedni fragment i dał przyjacielowi znak, aby usiadł i słuchał.
Francesco posłusznie usiadł obok i wpatrzony w granatowozielone wody laguny i czerwone dachy palazzoni, z ciekawością słuchał tekstu polskiego noblisty.
L'acqua parea dormisse, il giorno era calmo, limpido, ma senza sole. Il Canal Grande, bellissimo, avea la tranquillita d'un cimitero; i palazzi sembravano vuoti e dimenticati, e quell'immobile loro riflesso sullo specchio dell'onde spirava non so che profonda tristezza[1].
Francesco nie mógł uwierzyć, że wciąż tę samą, nostalgiczną, zatopioną w pętli czasu, atmosferę porannej Wenecji polski pisarz oddał już sto dwadzieścia lat wcześniej. Jednak żywiołowa natura nie pozwoliła na dłuższe refleksje nad literaturą. Wyjął z plecaka mały głośniczek, a z telefonu, poprzez kanał Youtube, wybrał piosenkę, nie dając Gromowi czasu na jakikolwiek protest. W niebo wzbiła się bezpretensjonalna melodia zespołu Ricchi e poveri.
E vola, vola si sa
Sempre pi? in alto si va
E vola, vola con me
Il mondo ? matto perché...
Grom przez chwilę boczył się na przyjaciela, bo muzyka italo disco na weneckim dachu wydawała mu się co najmniej nieodpowiednia. Gdyby to był Vivaldi albo chociażby Rondo Veneziano!
- Apage[2], profanie! - krzyczał do Włocha z udawaną urazą. Po chwili jednak śmiał się głośno, obserwując, jak Francesco, brawurowo naśladujący styl tańca Johna Travolty, potknął się o dachówkę i stłukł kieliszek z winem. To natychmiast uspokoiło jego muzyczne i taneczne zapędy. Usiadł grzecznie obok Groma i dokończył wino, tyle tylko że pił je z butelki.
Siedzieli w milczeniu, chłonąc pejzaż miasta. Niebo stopniowo przybierało niepokojącą sinoczarną barwę, a od morza wiał coraz silniejszy wiatr, który wzburzał fale w kanałach, a w ludziach budził jakiś niewytłumaczalny niepokój. Grom czuł go podskórnie. Włączył fragment Czterech pór roku Vivaldiego. Lato, jego ulubiony. Komponował się doskonale, pomimo jesiennej już pory, z zapadającym zmierzchem, silnymi porywami wiatru i z coraz gwałtowniejszymi uderzeniami fal o fundamenty domów.
- Boże, jak ja kocham to miasto - wyrwał go z zamyślenia głos Francesco, który czuł się z dziada pradziada weneckim obywatelem, co wielokrotnie podkreślał z dumą.
Pochodził z oddalonego od Wenecji o ponad dwieście kilometrów Bergamo, które już w XV wieku zostało podbite przez Republikę Wenecką i swoją niepowtarzalną historyczną urodę zawdzięczało właśnie jej protektoratowi. Grom musiał złożyć uroczystą przysięgę, że w odwiedziny do Bergamo przyjedzie razem ze swoją piękną narzeczoną. Francesco był zachwycony zdjęciami Suji, które pokazał mu Grom, chociaż ten dobrze wiedział, że włoski przyjaciel jest rozkochany w południowym typie kobiecej urody, zupełnie odmiennym od urody jego wybranki. Na szczęście.
Następny dzień poświęcony był stricte przedsięwzięciom zawodowym związanym z podpisywaniem raportów i sprawozdań. Po złożeniu ostatniego podpisu Grom zastanawiał się, wychodząc z budynku questura[3] di Venezia, czy na pewno dobrze robi, odmawiając w tak zdecydowany sposób propozycji powrotu do Interpolu, którą dopiero co otrzymał. Wiedział, że ta praca ma sens. Może była żmudna, nienormowana, co kładło się cieniem na życiu domowym, sukcesy rzadko prezentowano w świetle dziennikarskich fleszy, ale dawała ogromną satysfakcję i przede wszystkim eliminowała prawdziwe zło. Oczywiście był realistą, dobrze wiedział, że w miejsce jednej zlikwidowanej grupy organizującej przemyt ludzi z Afryki za chwilę powstanie kolejna, ale mimo to czuł satysfakcję, jeżeli jego śledztwa doprowadzały do zatrzymania przestępców i ratowania kobiet lub dzieci, które zmuszano do pracy ponad siły albo do prostytucji.
Zatrzymał się na chwilę na ostatnim stopniu schodków kwestury i odwrócił w stronę wejścia, ale tylko na moment. Nie był już idealistą. Powrót do pracy w Interpolu wywróciłby do góry nogami upragnioną stabilizację. Już dość, zrobił więcej, niż od niego wymagano, zamknął nawet starą sprawę, która nie dawała mu spokoju. Czas wrócić na Mazury i zostać przykładnym mężem, a może nawet ojcem.
[1] Ruchu było jeszcze, z powodu wczesnej godziny, mało, woda jakby śpiąca, dzień cichy, przeźroczysty, ale niezbyt słoneczny, jeden z takich, w których Canal Grande przy całej swej piękności ma spokój cmentarza; pałace zdają się puste i zapomniane, a w nieruchomym ich odbiciu w toni jest jakiś głęboki smutek rzeczy martwych. Fragment Rodziny Połanieckich Henryka Sienkiewicza w przekładzie Federigo Verdinoisa, La famiglia Polanieski, Neapol 1900 rok.
[2] (łac.) precz, uciekaj
[3] kwestura, włoski urząd administracji państwowej odpowiedzialny za bezpieczeństwo