2
Mattis był z pozoru zwykłym chłopcem, bawił się na brzegu i w niewielkim gospodarstwie ojca, na łąkach, w lesie i w śnieżnych zaspach, biegał, śmiał się i płakał jak inne dzieci, nie różniąc się od nich, tak że w zasadzie jedynie rodzice byli w stanie rozpoznać go z daleka. Aż nagle zmienił się pod koniec maja, z dnia na dzień, z taką szybkością, z jaką potrafi się zmienić jedynie dziecko.
Dzień ten zaczął się tak, że kiedy chłopiec otworzył oczy, Johannes Hartvigsen siedział na brzegu łóżka, mały ujrzał więc pobrużdżoną, brodatą twarz ojca, ponurość mężczyzny, który nie zdaje sobie sprawy ze swojego wyglądu i w ogóle się nad nim nie zastanawia, a towarzyszyło temu bębnienie deszczu o zardzewiały blaszany dach. Mattis zwykle nazywał je grzmotem i tak też powiedział teraz.
A ojciec znów go poprawił, powtórzył, że chłopiec nigdy dotąd nie słyszał grzmotu, bo w tych rejonach kraju rzadko grzmi.
- To deszcz słyszysz, ulewę.
A teraz Mattis musi wstać, ubrać się i iść z ojcem na łódź, nie będzie żadnej zabawy z Olem i Ostatkiem, bo mama wyjechała.
- Mama?
- Tak, mama.
- No a gdzie ona jest? Gdzie jest mama?
Johannes nie miał żadnej wiedzy, aby odpowiedzieć na to pytanie, nie znalazł też w sobie sił na zbyt wnikliwe spekulacje i zgłębianie przyczyn, dla których jego żona Olavia ich opuściła. Skarżyła się wprawdzie, że Johannes to człowiek z "ciężką głową" pełną "ciężkich myśli", którymi zaraża otoczenie, czyli ją, nieświadomą, jak twierdziła, tej cechy przed ślubem. Twierdziła także, iż można było odnieść wrażenie, że Johannes źle się czuje we własnym domu i wolałby być wolnym ptakiem na morzu.
Sam Johannes uważał to za stek bzdur. Pływanie kutrem z mleczarni, które przejął po ojcu, stanowiło jedynie źródło dochodu, wywołujące otępienie. Prawdę mówiąc, kiedy się kręcił po tej swojej idiotycznej sterówce, myślał wyłącznie o Olavii i chłopcu, i o tym, jak dobrze będzie pod koniec jeszcze jednego beznadziejnego dnia przycumować, przejść tych sto trzydzieści metrów do domu, zdjąć z siebie buty z cholewami i robocze ubranie, wyszorować pobrudzone smarem palce i usiąść przy nakrytym stole razem z Olavią i Mattisem, z najdroższymi, Johannes nigdy nie miał nic równie cennego.
Takie słowa były co prawda dla niego zbyt wielkie; Johannes napawał się w prywatnym milczeniu swoją żoną, mydlanymi zapachami zamożności i nieosiągalnego wielkopaństwa, jej gestami, strojami, włosami i dłońmi, zwłaszcza dłońmi, wydelikaconymi, wąskimi, białymi, nawet po latach pracy w gospodarstwie, o której całkiem nie miała pojęcia, lecz mimo wszystko wykonywała ją mniej więcej z taką samą powściągliwością i powątpiewaniem jak jej poprzednicy, rodzice Johannesa.
Ale nie urodziło się więcej dzieci. Johannesa z czasem zaczęło to dziwić, bo bliskość między nimi była taka, jak powinna być między kobietą a mężczyzną, przynajmniej na tyle, na ile potrafił to ocenić. Na dodatek w ciągu tych lat po wiosce zaczęły krążyć plotki na temat dysproporcji w jego domu, plotki, które z czasem dotarły również do Johannesa, przypuszczalnie jako ostatniego. Przede wszystkim nasuwało się złowróżbne pytanie o to, w jaki sposób ktoś taki jak on zdołał złowić nieosiągalną Olavię Storm, jedną z niewielu kobiet na Hoved?ya, które naprawdę mogły wybierać i przebierać - tymczasem ona podobno jeszcze wyszła za niego wbrew woli rodziców, ale czy Johannes naprawdę był jej ukochanym, wybrankiem? Kto może, niech wierzy.
Mattis miał miedzianobrązowe włosy, zielone oczy i ładne, niemal dziewczęce rysy. Wcześnie zaczął wyraźnie wypowiadać słowa, był gibki, silny i nigdy nie chorował. Zęby wyrżnęły mu się w czas, szybko przestał korzystać z pieluch i odkąd nauczył się mówić, lubił wszystko tłumaczyć i uzasadniać. Od małego trudno go było karcić, nie wykazywał przy tym irytującego uporu, po prostu elegancko obchodził wszelkie pouczenia i zakazy, jak gdyby w ogóle nie istniały. Był samodzielnym i niezależnym chłopcem.
Już w wieku trzech lat nabrał zwyczaju relacjonowania Olavii ze szczegółami swoich przeżyć w ciągu dnia, potrafił opowiadać o tym, czym zajmują się sąsiedzi, a także o ruchu na drogach i w porcie. Olavia nazywała go gadułą, a u Johannesa niezwykłe obserwacje chłopca i jego umiejętność dostrzegania dziwnych szczegółów nie raz, nie dwa wywoływały uśmiech, czuł wtedy prawdziwą dumę.
Ale kiedy Mattis skończył cztery lata i jego fantazja jeszcze bardziej wybujała, ojciec, przebywając z synem, zaczął odczuwać coś nieprzyjemnego; w niektórych momentach uczucie to było tak konkretne, że zastanawiał się, czy w domu nie pojawiło się przypadkiem jakieś ciało obce, a nie wierna kopia jego samego.
Istnieje co prawda wiele różnych wyjaśnień na to, dlaczego jabłko pada daleko od jabłoni, a niektóre mogą nawet uspokoić: między innymi fakt, że rodzina Olavii przez pokolenia miała i czas, i pieniądze, aby się uszlachetnić i wznieść wysoko, wysoko ponad innych mieszkańców tych okolic.
Ale istnieją także mniej uspokajające wyjaśnienia, na przykład takie, że niemieccy okupanci założyli swoją bazę właśnie we dworze Stormów, że zarówno Olavia, jak i jej siostry posługiwały w kasynie oficerskim, a oprócz tego całe dnie spędzały w swoich wytapetowanych panieńskich pokojach w oczekiwaniu, aż zostaną zauważone, tak jak młode damy ich stanu przesiadywały przez stulecia, kiedy nie było wojny.
No ale teraz wojna była. A potem się skończyła i ludzie zaczęli gadać, że może Mattis wcale nie jest rodzonym synem Johannesa. Że Johannes to tylko zabezpieczenie dalekowzrocznej kobiety, która - podobnie jak wiele innych, także obdarzonych silniejszym charakterem niż Olavia - w czasie pokoju miała czego żałować, miała coś do wyprostowania albo do ukrycia.
Plotki nie osłabły przez fakt, że dwie inne kobiety, które służyły w niemieckiej bazie wojskowej, wróciły do pracy w składzie rybackim i podjęły swoją wcześniejszą babską działalność w najmniej przychylnym znaczeniu tego słowa: dwie przekwitłe stare panny przesiadywały na rampie na mleko przed sklepem Markusa, chętne do pogawędki z każdym, kto przechodził, przyprawiały każde zdanie imponującymi przekleństwami, wysyłały żebrzące listy do kasy ubogich i fałszywie śpiewały w kościelnym chórze, a w oczekiwaniu na pojawienie się śledzia i ponowne otwarcie fabryki konserw nie miały nic lepszego do roboty niż przesiadywanie na tej rampie i sugerowanie, że prawda nie jest akurat tym, co się rzuca w oczy, gdy spoczną na córce kupca Storma, która popełniła taki mezalians, i na jej synu Mattisie.
Johannes zauważył, że całe to gadanie daje pożywkę wmawianej mu melancholii, a zaczęło to przypominać stan, który przeżywał przez pierwsze lata po śmierci matki, gdy jako dwunastolatek musiał wypływać z ojcem na morze, początkowo na połów otwartym f?ringiem, a później kutrem z mleczarni - taki sam los miał przypaść w udziale jego synowi, z tą jednakże dramatyczną różnicą, że Mattis miał zaledwie pięć lat.
Dziwne było to, że Johannes w tamten pierwszy poranek w roli porzuconego małżonka, idąc na przystań z synem u boku, aby również tego dnia wywiązać się ze swoich obowiązków, uświadomił sobie, że właściwie wszystko poszło tak, jak należało się spodziewać. Olavia była dla niego zbyt dobra, aby mogła być prawdziwa - była snem, który teraz się skończył.
Johannes czuł, że nie jest to wcale prosta myśl na początek dnia, ale przynajmniej dało się ją wytrzymać, tak jak można się ucieszyć ostatecznym rozsądnym zdiagnozowaniem czegoś tajemniczego, z czym człowiek męczy się od dłuższego czasu, nawet jeśli to rak. I może właśnie ta paradoksalna świadomość spowodowała, że Johannes nie poruszył natychmiast nieba i ziemi, aby odszukać czy wyśledzić Olavię, nie próbował się też dowiadywać, czy zostawiła jakiś pisemny ślad. Rozjaśniło mu się w głowie już w ciągu pierwszych minut w kuchni - gdy stwierdził, że w nieodwołalny sposób zniknęły jej ubrania i walizka, a drzwi wejściowe pozostawiono uchylone, wiedział, że niczego tu nie znajdzie.
To, że Olavia nie zostawiła żadnego listu, oczywiście mówiło coś o niej, a to, że Johannes nie zaczął natychmiast takiego listu szukać, przypuszczalnie mówiło coś o nim. Zaskakująco jasne natomiast było dla niego to, że jedno i drugie łącznie mówiło zapewne to, co należało powiedzieć o małżonkach Hartvigsen.
Dopiero cztery dni później Johannes zabrał się do przeszukiwania skrytek w domu, głównie po to, by mieć jakieś zajęcie w bezczynną niedzielę, a także by zastanowić się, kim właściwie była Olavia - przedmioty, które ze sobą zabrała, mogły być może powiedzieć mu coś, czego jeszcze o niej nie wiedział, naprowadzić na jakieś wyjaśnienie.
Przede wszystkim brakowało jej odświętnych trzewików, pary butów z czarnej lakierowanej skóry, których nie włożyła nawet do ślubu, ze srebrnymi klamerkami przy kostkach; Johannes parokrotnie zastał Olavię czyszczącą z poważną miną te klamerki razem z odrobiną sreber, które przyniosła tu z dworu Stormów. Johannes nie miał sreber. A srebra Olavii, podobnie jak te buty, nie były nigdy używane.
Teraz uświadomił sobie, jak niewiele właściwie zabrała ze sobą z rodzinnego domu ta trzecia pod względem wieku córka, za to najbardziej kochana ze wszystkich czterech i pierwsza, która wyszła za mąż. Oprócz trzewików i sreber zniknęły jedynie dwie sukienki, zostały natomiast jej wymyślne zabawki: żółty drewniany konik, pomalowana na czerwono łódka, liczydła, którymi Olavia z takiego czy innego powodu nie pozwalała się bawić Mattisowi, bo był na to za mały, jak twierdziła z tą samą poważną miną, z którą czyściła buty i srebra.
Zniknęła też wspomniana walizka, leżąca wcześniej obok pudełka z jej butami na najwyższej półce w schowku w sypialni; Johannes dopiero teraz uświadomił sobie, że nigdy nie widział, by Olavia ją otwierała. Sam czasami ją przesuwał, kiedy chciał wyjąć swoje kwity z mleczarni, które przechowywał w drewnianej skrzyneczce na tej samej półce, i myślał wówczas, że walizka jest dziwnie ciężka, ale nigdy bliżej nie sprawdził jej zawartości.
Czy było więcej takich rzeczy, których bliżej nie sprawdził lub które go nie zdziwiły, chociaż powinny?
Zanotował sobie w pamięci, że zostało wszystko, co Olavia nabyła w trakcie ich wspólnego życia. Większość ubrań wisiała albo leżała na swoich miejscach, były zegar ścienny i waga szalkowa, którą wyprosiła na ostatnią Gwiazdkę, oprawiona w ramkę fotografia małego, kilka kraciastych fartuchów, zdaniem Johannesa zbyt drogich, więc Olavia zapłaciła za nie z własnej kieszeni - z kieszeni, nad którą Johannes nie miał kontroli, lecz wcale mu to nie przeszkadzało. Zapewne jednak z tych właśnie środków sfinansowała także podróż, prawda? W każdym razie niczego nie brakowało w puszce po ciastkach, którą traktowali jako wspólną domową kasę, wciąż leżały w niej te same trzydzieści trzy korony, które Johannes przeliczał w ubiegłą niedzielę.
Został również sposób, w jaki Olavia składała ręczniki i pościel, jej porządek w sztućcach i talerzach, w ubraniach chłopca, jej porządek w spiżarni i w pokoju, jej czystość. Olavia była pedantyczna, drobiazgowa i skłonna do irytacji, a Johannesowi się to podobało. Wiadra na wodę stały w tym samym miejscu, w którym stanęły, gdy tylko weszła do tego domu i oświadczyła, że nie będą stać tam, gdzie stały wcześniej. Tak samo było z wiadrami do sprzątania, ze szczotkami i ścierkami wiszącymi na rozmaitych sznurkach w sieni, na jej sznurkach, w jej porządku.
Johannes wrócił na dół do paradnej izby i zobaczył, że Olavia zostawiła także dwa przywiezione ze Storm chodniki, tworzące na podłodze kształt krzyża. Johannes już wcześniej się zastanawiał: czy to nie dziwne, dwa chodniki ułożone na krzyż?
Olavia, sprowadziwszy się tu, popatrzyła na niego z krzywą miną, odsunęła na bok stół i krzesła, a potem ułożyła chodniki jeden obok drugiego, tak aby małżonkowie wspólnie mogli stwierdzić, iż są za długie do tego pomieszczenia, że dom Johannesa Hartvigsena nie jest dostatecznie duży na to, aby dwa chodniki należące do dynastii Stormów pozwoliły się rozwinąć na całą swoją długość.
Teraz starał się nie robić sobie złudzeń tym, że te dwa chodniki ciągle tu leżą, no bo kto ucieka z domu, w którym są dwa chodniki?
Przez te lata, kiedy Johannes mieszkał sam, podtrzymywał zwyczaj matki - każdej wiosny napełniał ziemią podłużną drewnianą skrzynię i sadził w niej polne kwiaty, aby ożywiały balustradę ganku. Skrzynkę tę Olavia natychmiast opróżniła i schowała do szopy, w której Johannes przechowywał narzędzia, koks i stary sprzęt rybacki należący do ojca. Teraz poszedł do szopy, odszukał skrzynkę i postawił ją z powrotem na balustradzie ganku z zamiarem ponownego napełnienia jej ziemią i posadzenia kwiatów. Chociaż krótki rzut oka w pustkę powiedział mu, że raczej skończy się na zamiarze.
Mniej więcej w połowie tej niedzieli spytał Mattisa, siedzącego po turecku na chodnikach w izbie, czy nie chciałby iść się pobawić z Ostatkiem i Olem, nie widział przecież kolegów od blisko tygodnia, odkąd został marynarzem.
Chłopiec nie chciał.
Johannes nie wymyślił nic rozsądnego, co by pozwalało kontynuować tę rozmowę, na przykład:
Dlaczego nie?
Poza tym była chyba najwyższa pora na powiadomienie rodziny Stormów. Gudrun z sąsiedniej zagrody zdążyła zajrzeć do niego już dwa razy i spytać o Olavię ze swoją zwykłą podejrzliwością w zmrużonych, wiecznie pochmurnych oczach, chociaż nie przyjaźniła się z żadnym z nich. Gudrun była raczej jedną z bab na rampie na mleko, dostrzegających możliwości, jakie niosą i wojna, i pokój.
Johannes zastanawiał się, czy nie powinien napisać listu i wysłać go na północ jutrzejszym autobusem, ale doszedł do wniosku, że lepiej wybrać się osobiście, to przecież tylko trochę ponad dziesięć kilometrów, mógłby chyba pożyczyć konia ze składu, jedno z pociągowych zwierząt, które tego dnia nie miało nic do roboty.
Odłożył jednak wyjazd jeszcze na pewien czas, zrobił parę kolejnych rundek po domu i po podwórzu, omiatając wzrokiem gospodarstwo, którym powinien zajmować się troskliwiej, co przychodziło mu do głowy za każdym razem, gdy mu się przyglądał, ale nie było na to czasu; rozważał przy tym, czy powinien zabrać ze sobą małego, aż w końcu wniosek nasunął się sam: nie miał żadnego wyboru.
Ojciec z synem zaszli do składu, gdzie pożyczyli najstarszego konia i wóz, i wyruszyli na północ; Johannes głuchy na przeciągające się milczenie chłopca, pogrążony w myślach o tym, jak przebiegnie ponowne spotkanie z rodziną żony, niewidzianą od kilku lat z wyjątkiem szwagierek, które z rzadka zaglądały do Olavii w Hartvika, na ogół jednak znikały, gdy tylko Johannes wracał z morza, w zasadzie więc ich nie znał.
Zanim dotarli do dworu, zrozumiał, że musi wyprzedzić własną opieszałość, oświadczył więc wprost Elisabeth, która im otworzyła, najmłodszej córce w tej rodzinie, że przyjechał zabrać Olavię do domu.
Elisabeth niczego nie rozumiała. Zaprowadziła jednak gości do salonu, w którym zmieściłyby się chodniki o dowolnej długości; teściowie Johannesa, oboje w jego wieku, co również warto zauważyć, siedzieli tam wpatrzeni w siebie ponad filiżankami z kawą, stojącymi na ogromnym wypolerowanym do połysku stole, przypuszczalnie po smacznym posiłku. Ledwie odwrócili głowy i rzucili jedynie ukradkowe spojrzenia na Mattisa, który stał bosy obok ojca i wodził wzrokiem po ścianach w górę i w dół, aż w końcu zatrzymał go na zwisającym z sufitu żyrandolu.
Elisabeth uklękła, prawie nie poznając chłopca, powiedziała jednak, że zrobił się jeszcze bardziej podobny do matki, niż zapamiętała to z zimy, dodała też mnóstwo innych słów, które nie dotarły do Johannesa, zajętego obserwowaniem reakcji teścia na to, co mu przed chwilą powiedział - mianowicie że Olavia, córka Alfreda Storma, zniknęła, Johannes zaś sądził, że jest tutaj, może dlatego, że nudziła się w Hartvika, a może chciała zobaczyć się z rodziną?
Teść odsunął spekulacje na bok. Wstał i spytał, kiedy dokładnie Olavia wyjechała.
Johannes zauważył, że stary nie użył tego samego określenia co on, nie powiedział, że zniknęła.
- Nie ma jej tutaj? - powtórzył.
- Oczywiście, że nie.
Johannes podał dokładną datę zniknięcia.
- We wtorek, aha - mruknął Alfred Storm i odliczając dni wstecz, poszedł po almanach, po czym stojąc przy stole jak nauczyciel, stwierdził, że było tak, jak przypuszczał, owszem, we wtorek o świcie statek z suszoną rybą wypłynął ze składu do Bergen. Połowa ładunku, prawdę mówiąc, należała do niego, Storm znał nawet brakarza, niejakiego Jakobsena z Troms?, jakby to miało związek ze sprawą, a może Johannes wie, czy Olavia miała jakiś kontakt z załogą albo znała rozkład rejsów?
- Skąd miałbym wiedzieć - odparł Johannes, świadom czającego się uczucia, że zniknięcie Olavii również na ten dom nie spadło jak bomba, lecz zostało przyjęte raczej z wyczekiwaną rezygnacją, przemieszaną z pełną wstydu ulgą, a także z mglistym gadaniem, które przypuszczalnie miało utrzymać porzuconego małżonka w niepewności.
Spytał, czy któraś z pozostałych osób przy stole znała plany ucieczki. Teściowa, Amalie, długimi i w uszach Johannesa pokrętnymi zdaniami zapewniła, że nikt o tym nie wiedział; dalej siedziała przy stole i lekko drżącą dłonią zasłaniała usta. Amalie pochodziła z ?lesund i wzbudzała w Johannesie niepokój zarówno swoim dialektem, jak i tą drżącą dłonią, ponowił więc pytanie, tym razem kierując je do najmłodszej siostry Olavii: czy może Elisabeth o czymś wie?
- Nie.
Ona jednak wyglądała przynajmniej na zmartwioną, szczerze wzburzoną, o ile Johannes potrafił to ocenić, chociaż spojrzenie, które kierowała ku rodzicom, wydawało się bardziej błagalne niż oskarżycielskie, jakby rozumiała, że coś ukrywają, co być może zechcą jej zdradzić, byle tylko ten szwagier się stąd wyniósł. Ale zaraz się pozbierała i znów położyła rękę na głowie Mattisa, wypełniając swój uśmiech taką ilością delikatnego współczucia, że chłopczyk zdołał odpowiedzieć jej uśmiechem.
Johannes poczuł, że zrobił swoje, tu przynajmniej nikt nie obwiniał go o zniknięcie córki, ale towarzyszył temu wstyd, kiedy odkrył, że jednym z motywów jego wizyty tutaj była chęć poproszenia tej rodziny o wybaczenie, które, jak teraz uznał, uzyskał chyba samym swoim przybyciem. Johannes nie znał się na ludziach, pozostało mu jedynie pożegnać się i odejść.
Elisabeth odprowadziła ich do bramy, potem stanęła za białym płotem z desek i powiedziała:
- Przyjdźcie znów niedługo.
Ostatni raz zmierzwiła Mattisowi włosy i pomachała im na pożegnanie, jak gdyby byli tu mile widziani.
Ojciec i syn wracali do domu w równie napiętym milczeniu jak to, z którym przyjechali; Johannes miał w głowie tyle zagadek, iż nawet nie rozzłościł się, że nie zaproponowano mu choćby filiżanki kawy.
Oddali konia i wóz, ruszyli do siebie w jasny letni wieczór, a potem stanęli przed swoim niewielkim domem, jakby po to, żeby mu się przyjrzeć, żeby wchłonąć w siebie znaczenie tego domu, to nasz dom.
Johannes Hartvigsen poświęcił całą niedzielę na rozpoznanie zmian zaszłych w tym domu, tak drobnych, że dla każdego innego spojrzenia niż jego własne byłyby prawdopodobnie niewidoczne. Tylko on widział, że to już nie jest jego dom i nigdy więcej nim nie będzie. Albo że to właśnie jego dom, ale tylko jego, i taki już pozostanie.
- Jutro poniedziałek - powiedział do Mattisa, który od zniknięcia matki nie wydał z siebie żadnego dźwięku. - Wypłyniemy na morze.