Rozdział 1
Sylwia Nowak, znana szerokiemu gronu pod
spektakularnym pseudonimem Amelia Diamond, oparła dłonie o biurko i zadzwoniła zestawem bransoletek, które zawsze poprawiała nerwowym gestem
w chwilach szczególnego napięcia. Światło świątecznych lampek szczodrą
ręką rozwieszonych w gabinecie zadrżało na rudych włosach o niezwykłym
złotym odcieniu.
Z głośników cicho płynęły dźwięki nastrojowej ballady o białych
świętach. Zbliżały się wielkimi krokami i wszędzie już czuło się
oczekiwanie na upragniony urlop.
Złote włosy Sylwii znów zamigotały w świetle lampek.
- Co my tam mamy jeszcze na dzisiaj? - zapytała ostro właścicielka tego
cudu natury.
Była bardzo zdenerwowana, choć starała się wszelkimi sposobami ukryć ten
fakt. Czekała jak na zbawienie na godzinę dziewiętnastą, by wreszcie móc
spokojnie zebrać myśli. Ale sporo jeszcze musiała zrobić.
Monika, miła, młoda asystentka westchnęła tak dyskretnie, że tylko
prawdziwy mistrz czytania ludzkich serc i gestów zdołałby dostrzec pod
jej uprzejmym uśmiechem najwyższe oburzenie. Patrzyła na swoją szefową i nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Sylwia ani
słowem nie wspomina o tym, co najważniejsze.
- Za piętnaście minut wywiad - odpowiedziała Monika na zadane wcześniej
pytanie, ukrywając swoje emocje. - Wszystko przygotowane. Pokój do zdjęć
urządzony, jak chciałaś... - Tu jak zawsze nastąpiła pauza.
Sylwia wymagała, by wszyscy pracownicy zwracali się do niej per ty.
Uważała, że to buduje wspaniałą atmosferę w zespole. Ale to nie była
prawda. Większość zatrudnionych przez nią osób czuła się niezręcznie w tej bezpośredniej relacji. Nikogo faktycznie nie łączyły z szefową
bliższe więzi. Mówienie jej po imieniu wywoływało odruchowy opór. Monika
zadrżała.
- Dzieci nie poszły dzisiaj do szkoły. - Odzyskała panowanie nad głosem.
- Czekały w domu. Opiekunka pilnowała, żeby wyglądały jak należy i dotrwały do wywiadu. Przywiozła je do firmy pół godziny temu. Twój mąż
trochę narzekał, że stawka dla niego jest za niska, ale dał się w końcu
namówić. - Ostatnie zdanie wyrwało jej się pod wpływem emocji. Zwykle
nie komentowała prywatnego życia szefowej. Wiedziała, że Sylwia tego nie
znosi.
- Najlepiej jest, kiedy każdy robi, co do niego należy - powiedziała
surowo szefowa i się zaczerwieniła. - On i tak najmniej.
Monika nie skomentowała tych słów. Lubiła pana Nowaka, choć nie do końca
szanowała. Był mocno uwięziony pod eleganckim pantoflem wpływowej,
sławnej żony i to sprawiało, że ludzie nie traktowali go poważnie.
Sylwia wstała energicznie. Wszystko robiła szybko i sprawnie. Być może
właśnie dlatego udało jej się osiągnąć tak wielki sukces. Znów zadrżały
bransoletki i chwilę trwało, zanim zdołała opanować się do tego stopnia,
by wydać kolejne polecenie. Monika się myliła, pozornie spokojna twarz
szefowej nie zdradzała większych emocji, ale to nie oznaczało, że ich
nie było.
- Dajcie mi jeszcze łyk kawy - zarządziła, chcąc odwrócić uwagę od spraw
bardziej istotnych. - Ale nie za mocnej. I proszę, żeby mleko kokosowe
tym razem było bezwzględnie świeże. Zobacz, czy moje szpilki błyszczą, i ruszajmy. Nie chcę się spóźnić. Dwa lata czekałam na ten wywiad. I wreszcie mnie zaprosili. To najważniejsze pismo w branży, do tego portal
z milionami obserwatorów. Narobimy dymu przed samymi świętami.
Monika doskonale o tym wiedziała. Znała zawodowe cele szefowej i zdawała
sobie sprawę, jak trudno było niektóre z nich osiągnąć. Towarzyszyła
Sylwii od początków jej kariery, ale nie była przyjaciółką ani
powierniczką. Tych szefowa nie miała. Nikogo nie dopuszczała do siebie
bliżej, niż było to konieczne.
Monika obserwowała ją każdego dnia i próbowała zrozumieć tę zagadkę.
Dlaczego akurat ta kobieta tak mocno się wybiła ponad inne? Tyle osób
codziennie robiło wszystko, by tylko móc zaistnieć w medialnym świecie.
Sprzedawali swoją prywatność, mówili o sprawach, które nigdy nie powinny
były ujrzeć światła dziennego. Sypiali z kochankami, którymi pogardzali.
Brali każdą rolę, bo ponoć od czegoś trzeba zacząć. Próbowali się
przebić. Ale im się nie udawało.
Sylwia weszła do tego świata przebojem. I świetnie sobie poradziła. Na
czym polegała tajemnica tego fenomenu? Im dłużej Monika się nad tym
zastanawiała, tym dalsza była od znalezienia odpowiedzi.
Szefowa skierowała się do wyjścia z gabinetu. Asystentka jeszcze
pospiesznie parzyła jej kawę, precyzyjnie wyliczając składniki. A przepis nie należał do łatwych. Świeżo mielone ziarna, mleko kokosowe,
cynamon, kurkuma i cukier brzozowy, wszystko w skomplikowanych
proporcjach.
- Ach! - odezwała się nagle Sylwia, jakby dopiero teraz sobie o tym
przypomniała. - Jak sprawy z pogrzebem? Wszystko załatwione?
Monika przełknęła ślinę i wzięła oddech, żeby zapanować nad głosem. Ręce
tak jej drżały, że kawa wylała się na spodek. Starła ją błyskawicznie,
żeby nie denerwować szefowej.
- Tak - potwierdziła spokojnie. - Wszystko przygotowane. Juto o dziewiątej rano. Cmentarz Powązkowski.
- Co za pora na pogrzeb?! Niedziela przed południem?! - zawołała Sylwia,
czepiając się czegokolwiek, byle tylko ukryć targające nią emocje.
Wyrzuty sumienia nie pozwalały jej spokojnie złapać tchu.
- Nie mogliśmy znaleźć innej - tłumaczyła się Monika. - Nie masz
właściwie pustych miejsc w planie dnia. Przesunęłam masażystę i próbę.
Jutro już o jedenastej zaczynasz zdjęcia do kolejnego odcinka serialu i do wieczora będą z pewnością trwać nagrania, a potem wywiad. Szpilki w kalendarz nie da się wetknąć, a co dopiero tak ważnej uroczystości. -
Odwróciła się dyskretnie, bo nie mogła patrzeć na to, w jaki sposób
szefowa podchodzi do śmierci swojej jedynej siostry.
- Wiem, że jestem zajęta - odparła Sylwia i wzięła kawę z jej rąk. -
Jeśli poproszę o urlop, zaczną się pytania. Muszę ci to tłumaczyć?
Monika nie odpowiedziała. Czuła, jak żołądek zwija jej się w ciasny
supeł.
- I tak będzie dostatecznie ciężko wygospodarować dwie godziny -
denerwowała się Sylwia. - Sukces ma swoją cenę. Na każdym kroku jestem
obserwowana. Zatrudniam cię, żebyś rozwiązywała za mnie takie problemy.
- Możesz przyjść do kaplicy później - zaproponowała Monika nieśmiało.
Gardło nadal miała zasznurowane wzruszeniem, które to nie ona powinna w takiej sytuacji odczuwać. To jej szefowa teraz, jak każdy człowiek,
miała czas na żałobę, smutek, wspomnienia, może refleksję.
- Masz rację. - Sylwia zastanowiła się chwilę nad tym pomysłem, choć to
absurdalne, że w ogóle wzięła go pod uwagę. - Najlepiej przyjść na
koniec. Zmarłemu i tak wszystko jedno.
- No nie wiem... - Asystentka tym razem nie mogła się przemóc, by się
zgodzić, choć zwykle robiła to dla spokoju.
Szefowa rzuciła w jej stronę groźne spojrzenie.
- Przepraszam - poprawiła się natychmiast dziewczyna.
- Ty nie przepraszaj, tylko lepiej powiedz, czy się pismaki o tym nie
zwiedziały. - Sylwia napiła się kawy i sprawdziła jakość napoju.
Asystentka na krótką chwilę wstrzymała oddech, ale niepotrzebnie się
obawiała. Szefowa miała myśli zajęte czym innym.
- Nie chcę wyciągać kolejnych spraw rodzinnych - dodała stanowczo. - Mam
prawo zachować coś dla siebie. I tak już wszyscy za daleko wchodzą w moje życie.
Monika westchnęła.
- Na razie spokój w sieci. Bartek wszystko monitoruje. Nikt jeszcze nie
wie, że twoja siostra zmarła. Inne nazwisko, nie było cię w szpitalu i w żadnym wywiadzie o niej nie opowiadałaś. Jest szansa, że sprawa
przejdzie cicho, choć punktem zapalnym jest oczywiście pogrzeb. Każdy ma
dzisiaj aparat w telefonie i każdy zna ciebie.
- Spluń przez lewe ramię - poradziła jej pragmatyczna zwykle Sylwia,
która w głębi serca wciąż wierzyła w przesądy, choć nigdy by się do tego
nie przyznała. - I nie kracz.
- Tak jest. - Monika kiwnęła głową, choć oczywiście nie zamierzała
spełniać absurdalnej prośby szefowej i pluć na elegancką wykładzinę
gabinetu. - Więc stan aktualny jest taki, że nikt nic nie wie -
zaraportowała.
- I bardzo dobrze - ucieszyła się Sylwia.- Choć jedna dobra wiadomość. -
To jednak było strategiczne zagranie: nie opowiadać za dużo o rodzinie.
A wszyscy mi inaczej radzili. Jak zawsze mam rację. - Sylwia pochwaliła
samą siebie z zapałem, bo otoczenie jakoś się do tego nie kwapiło. - A gdzie jest teraz Julka?
- Twoja siostrzenica czeka w hotelu. - Monika spojrzała na szefową z wyrzutem.
Ryzykowała nawet utratę pracy, a już z całą pewnością zły humor Sylwii,
a ten potrafił się dać we znaki. Ale nie zamierzała udawać, że zachwyca
ją fakt, iż nastoletnie dziecko w tak trudnej sytuacji musiało siedzieć
wśród obcych, zamiast znaleźć schronienie w domu cioci.
- Dobrze jej pilnują? - zapytała Sylwia. Tym razem nie zareagowała na
wyrzut wyraźnie słyszalny w tonie, choć z pewnością musiała go zauważyć.
- Tak. Oczywiście. Dwóch ochroniarzy cały czas stoi na korytarzu, a wykwalifikowana psycholożka jest z Julką w pokoju. Stawka za godzinę jak
u najlepszego nowojorskiego adwokata.
- Boże, co za kłopot! - Sylwia westchnęła ciężko.
Zwykle nie zwierzała się asystentce, ale emocje wzięły górę. Nie powinna
była teraz siedzieć tutaj sama. Gdzie jest mąż? Gdzie dzieci? Nikomu nie
przyszło do głowy, że przydałoby się wsparcie. Rozumiała, że na jej
wizerunek silnej kobiety nabierają się widzowie, ale najbliżsi powinni
byli chyba znać prawdę. Tylko czy ona miała jeszcze jakichś bliskich?
Spojrzała na światełka choinki stojącej w rogu gabinetu. To było
wyjątkowo piękne drzewko. Całe w złotych lampkach. Przez łzy wyglądały
jak gwiazdy. Sylwia szybko się opanowała i światełka zyskały normalny
wygląd.
- Mam nadzieję, że niedługo wszystko wróci na zwykłe tory - powiedziała
stanowczo. - Znalazłam już dyskretną szkołę z internatem, ale przecież
nie wyślę tam dziecka przed samymi świętami. To najgorszy możliwy czas.
I tak słono mnie to będzie kosztowało. Wszystko dzisiaj opiera się na
pieniądzach. A kto je musi zarobić? Ja oczywiście, bo innych chętnych
nie ma.
Monika znów powstrzymała się od komentarza.
- Przygotujcie mi wszystko na jutro. Jakieś ciemne ciuchy, tylko
twarzowe - zarządziła Sylwia. - Pojedziemy na sam koniec uroczystości i będziemy udawać, że byliśmy od początku. Okularów nie zapomnij. Nie mam
zamiaru tłumaczyć się, dlaczego mój makijaż przetrwał w nienaruszonym
stanie. Nikomu nic do tego, czy płaczę na pogrzebie siostry.
- Jak sobie życzysz.
- To idziemy. - Sylwia uśmiechnęła się do lustra. Była rewelacyjną
aktorką. Jej serdeczny uśmiech trafiał ludziom prosto do serc. To
właśnie na tym zbudowała swoją potęgę. Pokazując pełną ciepła i serdeczności twarz zwykłej kobiety. Ale cena za sukces okazała się
wysoka.
O tym jednak teraz nie chciała myśleć. Musiała się przygotować do
wywiadu.
* * *
Chwilę później zapomniała o zmartwieniach, była w swoim żywiole. Blask
fleszy podnosił jej poziom adrenaliny do bardzo przyjemnego stanu. Czuła
całą sobą, że idzie jej świetnie. Przygotowane wcześniej przez sztab
profesjonalistów odpowiedzi na pytania sprawiały wrażenie w pełni
spontanicznych i jej własnych. Starannie wymyślone przez zespół dowcipy
oraz puenty brzmiały jak stworzone na żywo, dopiero co. Amelia Diamond
nie bez powodu trzy razy z rzędu dostała nagrodę widzów dla
najpopularniejszej aktorki. Była dobra w swoim fachu. Udawać umiała jak
mało kto.
Trzy złote statuetki stały cały czas na jej biurku. Nie mogła się na nie
napatrzeć. Stanowiły namacalny dowód jej spełnionego marzenia. Tuż za
nimi znajdowało się rodzinne zdjęcie. Przedstawiało dwoje młodych,
patrzących sobie w oczy małżonków z kilkuletnią dziewczynką i uśmiechającym się serdecznie chłopcem. Dawne dzieje. Było coś
symbolicznego w fakcie, że obrazek stopniowo zasłaniały statuetki
nagród, aż stał się całkiem niewidoczny.
Nikt o tym jednak teraz nie myślał.
Kamery pracowały, poza ich zasięgiem kręciło się mnóstwo osób, które
dbały, by nagranie przebiegało bez zarzutu. Sylwia siedziała na stylowej
kanapie, tuż za nią mąż i dzieci dekorujący pierniki zamówione w pobliskiej piekarni. Udawali, że po pierwsze, osobiście je upiekli, a po
drugie, świetnie się przy tym bawią. Sylwia patrzyła na nich z doskonale
wystylizowanym ciepłym uśmiechem.
- Najważniejsza jest dla mnie rodzina - mówiła starannie modulowanym
głosem. - Mój mąż i moje dzieci.
Pan Nowak w tym momencie obejrzał swoje paznokcie, a dzieci skrzywiły
się mimowolnie, choć miały stanowczo przykazane robić dobrą minę do
końca nagrania. Kamerzysta zareagował błyskawicznie na ten nietakt,
odsunął się od nich i zrobił zbliżenie na ciasta oraz artystyczny nieład
na stole. Sylwia mogła nadal z pasją opowiadać o tym, jak przygotowuje
się do świąt. Prawiła o wspólnym pieczeniu ciast, krojeniu sałatek i dekorowaniu domu. O ciepłym blasku ognia w kominku, pełnym napięcia
oczekiwaniu na prezenty, ale przede wszystkim rodzinnym czasie
wypełnionym miłością.
Jej słowa miały w sobie moc, bo były prawdziwe, choć już mocno
nieaktualne. Dawno nie miała takich faktycznie rodzinnych świąt. Ale z tego Sylwia jakby nie do końca zdawała sobie sprawę.
Dziennikarka, która przyjechała, by przeprowadzić wywiad, była wielką
fanką Sylwii. Mimo widocznych przesłanek, że coś tu nie gra, wierzyła
bez zastrzeżeń, że oto rozmawia z kobietą niezwykłą, idolką, wzorem do
naśladowania. Zadając pytania, rozpływała się w uśmiechach i prawie
kłaniała w pas po każdej odpowiedzi. Wszyscy zdawali się zachwyceni.
Tylko asystentka Monika podeszła do okna, by choć na chwilę odwrócić się
od tego całego cyrku. Wiedziała, co nastąpi za moment i za kolejny.
Znała ten scenariusz na pamięć. Zmienią wystrój w specjalnym pokoju do
zdjęć. Był odpowiednio przygotowany na takie potrzeby. Na każdej ścianie
znajdowała się inna dekoracja. Stylizacja na kuchnię, salon i pokój
dziecięcy. To pomieszczenie udawało dom rodzinny słynnej aktorki. Często
zamieszczano w sieci zrobione w nim zdjęcia, sugerując, że pochodzą z prywatnych wnętrz, organizowano tutaj wywiady. Fani lubili zaglądać do
prawdziwego, jak sądzili, życia gwiazdy. Układano więc kubki na stole i świeże kwiaty w wazonie, stylista rzucał koszulę na oparcie krzesła,
żeby wszystko wyglądało naturalnie. I ludzie w to wierzyli. Cała rodzina
Nowaków odpowiednio ucharakteryzowana ustawiała się w wyreżyserowanych
pozach na właściwych tłach i udawała szczęśliwą, kochającą się, zgraną
drużynę.
Za chwilę odbędzie się kolejny akt tej sztuki. Dzieci zostaną posypane
mąką, przyniesione z cukierni pierniki będą imitować własnoręcznie
upieczone, a zakupione w tym celu surowe ciasto doda całości autentyzmu.
Tymczasem z tego, co Monika wiedziała, szefowa niczego nie upiekła od co
najmniej pięciu lat. W święta zamawiała menu z restauracji. Jak spędzała
te wyjątkowe dni, nikt nie wiedział. Nie opowiadała o tym, ale chyba nie
celebrowała ich zbyt mocno, bo w Wigilię do późna siedziała w biurze, a zaraz po Bożym Narodzeniu wracała do pracy. Wiele osób dostawało wtedy
zaległe odpowiedzi na maile, więc pewnie sporo czasu spędzała z komputerem. Co robiła jej rodzina, również nikt nie miał pojęcia. Ale
Monika trochę się domyślała.
Od momentu, gdy Sylwia dostała główną rolę w serialu "Trzecia miłość",
bardzo się zmieniła. Serial błyskawicznie wywindował ją na szczyty
popularności i przyniósł wielki sukces finansowy. Kręcono już piąty
sezon, a gaża głównej bohaterki rosła z każdą kolejną umową.
Sylwia grała tam ciepłą sympatyczną mamę trójki dzieci, która dzielnie
radzi sobie z przeciwnościami losu, kocha ponad wszystko swoich synów
oraz małą córeczkę i próbuje znaleźć prawdziwą miłość. Nie jest to
proste, bo owa kobieta na pierwszym miejscu stawia dobro dzieci.
Anna Janeczko, bo tak nazywała się główna bohaterka serialu, była
powszechnie lubiana. Sympatyczna, skromna, obdarzona licznymi zaletami
wspaniała kobieta. Na każdy kłopot miała sposób, a poczucie humoru
pomagało jej zwycięsko wychodzić z codziennych potyczek.
Sylwia grzała się w cieple sukcesu tej fikcyjnej, wymyślonej przez
scenarzystów, mocno wyidealizowanej postaci. Robiła to profesjonalnie.
Budowała swój wizerunek tak, by był zgodny z wizją z serialu. Wydawać by
się mogło, że w dobie internetu żadne kłamstwo długo się nie uchowa. A jednak paradoksalnie media społecznościowe bardzo pomagają w budowaniu
ułudy. Ludzie tak mocno wierzą we wszystko, co znajduje się na
zdjęciach, że nawet nie sprawdzają, jak to się ma do rzeczywistości.
Realny świat ich nie interesuje. Wolą piękną, medialną bajkę.
Papier przyjmie wszystko - mawiała babcia Moniki.
Miała rację. Tym razem także aparaty fotograficzne i kamery uchwyciły
wystylizowane sceny, jakby były one prawdziwe. Dzieci uśmiechały się do
matki, posypywały mąką i lepiły świąteczne ciasta. Mąż obejmował Sylwię
i patrzył jej czule w oczy. W tle błyskały złote światełka choinkowych
lampek. Pachniało świerkowymi gałązkami. Złocistorude włosy Sylwii
prezentowały się na tym tle wspaniale.
Kolejna bardzo udana sesja. Po jej zakończeniu, ledwo tylko zgasły
światła, Sara, córka Sylwii, natychmiast przestała się uśmiechać,
odwróciła się na pięcie i bez słowa wyszła. Szofer zawiózł ją do szkoły
językowej na dodatkowe kosztowne zajęcia. Ale nie można było mieć
pewności, że dziewczynka tam dotrze. Często robiła sobie nadprogramowe
wolne, także w szkole. Monika wiedziała o tym najlepiej, w przeciwieństwie do szefowej, bo wypisywała dziewczynce
usprawiedliwienia. Sylwia twierdziła, że nie ma głowy do takich
drobiazgów.
Kacper, starszy syn, też pospiesznie włożył buty, zarzucił na plecy
kurtkę, otrzepał się z mąki, zmył specjalną szmatką makijaż, upewnił się
kilka razy, że nie został żaden ślad, po czym taksówką pojechał na
trening. Nawet nie pomachał matce, ale złożyła to na karb pośpiechu.
Pan Nowak pożegnał się z żoną równie szybko i oschle.
- Prześlij im przypomnienie o pogrzebie! - zawołała do Moniki Sylwia,
wskazując dłonią na oddalającą się rodzinę.
Sama wciąż się uśmiechała. Z trudem wracała z perfekcyjnego świata
promocyjnej gry do prawdziwego życia. Przeciągnęła się z przyjemnością.
Chwila wytchnienia w bardzo trudnym czasie. To uczucie tuż po wywiadzie
było wspaniałe. Zmęczenie, ale takie słodkie. Satysfakcja, poczucie
zwycięstwa. Wszyscy ją podziwiali, słuchali każdego słowa, komentowali
strój, fryzurę i makijaż.
- Mam nadzieję, że jutrzejsza uroczystość odbędzie się w spokoju -
powiedziała. - Na razie wystarczy moich zdjęć w sieci. Potrzebuję
oddechu. - Realia życia wróciły do niej w tym momencie z całą mocą.
Adrenalina spadła i kłopoty w porównaniu z fikcyjnym pięknem wydały jej
się teraz jeszcze trudniejsze.
Monika mogłaby współczuć szefowej, która rzeczywiście w każdej, nawet
najbardziej prywatnej, sytuacji wystawiona była na obstrzał fotografów.
Nie tylko zawodowców czy łowców nowinek, lecz także zwykłych ludzi,
którzy na jej widok natychmiast wyciągali komórki i nie zawsze pytali o zgodę na zrobienie zdjęcia. To mogło być trudne.
- Skończyliście? - Bartek, chłopak odpowiedzialny za media, włożył głowę
przez drzwi.
Sylwia patrzyła na swoje błyszczące szpilki. Wciąż odbijały się w nich
światła choinkowych lampek. Najchętniej pozostałaby na planie już na
zawsze. W realnym życiu nie miała scenariusza. Nie mogła sobie
przerzucić kilku kartek dalej, by zobaczyć, co będzie potem. Nastawić
się psychicznie na dalszy ciąg. Jeśli coś jej bardzo nie odpowiadało na
planie filmowym, prosiła o zmianę. W życiu to nie działało.
- Tak, już po wszystkim - odpowiedziała i westchnęła. Lubiła tego
młodego rzutkiego chłopaka z mnóstwem pomysłów pod rozczochraną
czupryną, złożoną z jasnych, wiecznie potarganych włosów. To on
zaprojektował pokój do zdjęć i znacząco pomógł w budowaniu potęgi Amelii
Diamond. Chciała, żeby jej syn był taki, ale niestety Kacper nie
wykazywał nawet grama zainteresowania pracą matki. Może był jeszcze zbyt
młody?
- Sprawdziłem sieć - powiedział Bartek. - Na razie czysto. Nikt się nie
dowiedział, że Marta była twoją siostrą. Dobrze, że nie poszłaś do
szpitala. Na bank ktoś by cię rozpoznał.
Sylwia kiwnęła głową. W głębi serca poczuła gwałtowny ucisk. Mocną falą
napłynęły wspomnienia. Dwie dziewczynki ręka w rękę biegnące przez park.
Słońce przed nimi, a za plecami mrok. Uciekały razem. Zaraz potem
pojawił się kolejny obraz. Sylwia z siostrą w ciasnym pokoju dziecinnym,
wieczorne rozmowy, wspólne zabawki, zwierzenia. Ale także głód, bieda,
poplamione rajstopy, dziurawy piórnik, brak perspektyw.
I słowa ojca, które wwiercały się w głowę: "W naszej rodzinie nikt nie
osiągnie sukcesu. Nikomu się nie uda".
A potem przyszło najgorsze: dorosłość. Drogi sióstr się rozeszły, obie
miały ciężki start, codzienność dawała im w kość. Pojawiła się wzajemna
wrogość, następnie kłótnia o spadek, oszustwo, brak kontaktu. Nie
wybaczyły sobie w ostatniej chwili. Nie zdążyły.
Sylwia potrząsnęła pięknie ułożonymi włosami. Obrazy uleciały. Ale
ogromny smutek i poczucie żalu pozostały. To nieprawda, że wiadomość o śmierci Marty nią nie wstrząsnęła. Po prostu nie czuła potrzeby, by się
z tego zwierzać asystentce. Taki luksus jak szczerą rozmowę o własnych
uczuciach dawkowała sobie bardzo ostrożnie. Kiedy się osiąga sukces,
trzeba się liczyć z tym, że każdy może zdradzić. Im mniej ludzie wiedzą,
tym lepiej. Nie wykorzystają informacji.
Kiedyś, dawno temu, Sylwia zwierzała się siostrze, ale ten czas został
daleko za nią.
Nie rozmawiały ze sobą od pięciu lat. Od momentu, kiedy zmarł ich tata,
a wspólne mieszkanie zabrała Marta, zostawiając siostrę z niczym. Tu nie
chodziło tylko o pieniądze, choć one wtedy były tak bardzo potrzebne,
ale przede wszystkim o krzywdę, oszustwo. Sylwia liczyła na spore
wsparcie finansowe ze sprzedaży tego mieszkania. Znajdowali się wtedy z mężem niemal na skraju nędzy. Siostra brutalnie pozbawiła ją złudzeń.
To tego dnia Sylwia poczuła, że znalazła się na dnie, i kiedy następnego
wieczoru odeszła od bankomatu, z którego próbowała jeszcze wydobyć
choćby trzydzieści złotych na lekarstwo dla dziecka, zrozumiała, że
gorzej już być nie może i nigdy siostrze nie zapomni tej krzywdy. To od
tego poziomu się odbiła i tylko dlatego odważyła stanąć do castingu o rolę w serialu, choć nie była zawodową aktorką.
Miała w sobie tyle żaru i emocji, że pokonała wiele kandydatek z dyplomem, znajomościami i bogatym CV.
Od tej pory jej życie się zmieniło, ale siostrę straciła na dobre.
Czy mogła zrobić coś więcej? Wcześniej wyciągnąć rękę? Domyślić się, że
Marta choruje, udzielić jej pomocy? Może i mogła. Ania Janeczko,
bohaterka serialu, w którym grała, pewnie coś by wymyśliła, pogodziła
się z siostrą, zbudowała fajne relacje z jej córeczką, ale Sylwia tak
naprawdę nią nie była. Nie przewidziała, że nie zdąży porozmawiać z Martą. W życiu nie przyszłoby jej na myśl, że młoda, w pełni sił
dziewczyna od dłuższego czasu ma złe wyniki, siostra o niczym jej nie
powiedziała. A nawet gdyby wiedziała, nie podejrzewałaby, że to się tak
źle skończy.
Sylwia wstała. Nie do końca do niej docierało, co się właściwie
wydarzyło.
Nic się nie zmieni - pomyślała z nagłą nadzieją. - Pogrzeb się odbędzie,
a potem każdy wróci do swoich spraw.
Pozostało tylko pytanie, co z Julką? Dziewczynką, która została sama.
Jak Marta mogła do tego stopnia o nią nie zadbać?! Chorowała od pół
roku, musiała sobie zdawać sprawę z zagrożenia. Dlaczego nie poprosiła o opiekę nad dzieckiem? Nie przyznała się, że ma kłopoty?
Sylwię zaskoczono telefonem ze szpitala w samym środku nagrań. Była w szoku. Jedna po drugiej padały straszne nowiny. Słuchała wszystkiego na
wdechu, omal nie zemdlała, ale niczego nie dała po sobie poznać. Nie
mogła tak po prostu rzucić wszystko i wyjść. A może mogła, tylko nie
starczyło jej odwagi? Nie przyznała się nikomu, o co chodzi. Wysłała
asystentkę. Stan siostry był już bardzo poważny. Nie odzyskała
przytomności, więc w zasadzie i tak by to niczego nie zmieniło.
Tak się pocieszała, ale wyrzuty sumienia gryzły ją jak rozwścieczony rój
os.
Została też zaskoczona informacją, że mała Julka przebywa tymczasowo u sąsiadki i trzeba ją odebrać, została bowiem na świecie sama. Tego się
można było po Marcie spodziewać. Zawsze była tchórzem, nie miała odwagi
wprost poprosić o pomoc. Postawiła siostrę przed faktem dokonanym.
I co Sylwia miała z tym zrobić? Z jakiegoś dziwnego powodu panicznie
bała się osieroconego dziecka. Jakby stanowiło zagrożenie dla całego jej
świata. Nie wyobrażała sobie, że spojrzy małej w oczy i powie: "Cześć,
jestem twoją ciocią, choć wcale mnie nie znasz". A jeśli dziewczynka
jest podobna do mamy? Będzie się kłócić na każdym kroku i sprawiać
kłopoty?
Sylwia nie czuła się na siłach, by podjąć się wychowania kolejnego
dziecka. Już z tymi, które miała, nie rozumiała się ostatnio najlepiej.
Potrzebowała spokoju i czasu, by się nimi zająć. Chciała to zrobić,
bardzo kochała swoje dzieci, wszystko robiła dla nich.
Może gdzieś jest ojciec Julki, tylko trzeba go znaleźć?
Każdy ma przecież jakiegoś ojca. Siostra zachowała się trochę
egoistycznie w tej kwestii, najwyraźniej nie powiadomiła ojca dziecka o swojej ciężkiej chorobie.
A tym samym nie zadbała o córkę w tak trudnej sytuacji.
Rozdział 2
Biuro powoli pustoszało. Nie tylko trzy
pomieszczenia zajmowane przez Sylwię, lecz także pozostałe pokoje
należące do innych firm. Prawników, specjalistów od rozliczeń
podatkowych, agencji marketingowych i wziętych architektów. Cały
przekrój zamożnej części społeczeństwa. Ceny czynszu były tutaj wysokie
i to już w naturalny sposób selekcjonowało sąsiedztwo. Sylwia była
dumna, że ma w tym miejscu swój azyl. Nie każda aktorka wynajmuje biuro,
większość z nich do ról przygotowuje się w domu, a na wywiady umawia w kawiarniach na mieście. Ale ona chciała rozdzielić przestrzeń prywatną
od zawodowej, poza tym zawsze marzyła, by mieć pracę w takim miejscu.
Przechadzać się w szpilkach po eleganckim biurowcu.
Teraz siedziała na wygodnej sofie, przed nią leżał scenariusz z kwestiami, których miała się nauczyć na jutro. Ale nie patrzyła na
niego. Spoglądała na przemian to na zegarek, to zaraz potem na drzwi.
Czekała z coraz większą niecierpliwością. Było już sporo po siódmej,
powinna wracać do domu, przygotować się do ważnego dnia. Może
porozmawiać z rodziną? Jakoś tak pospiesznie wyszli, nawet z dziećmi nie
zdążyła zamienić słowa.
Ale nie mogła teraz wyjść. Czuła, że jeśli zamknie za sobą drzwi biura,
zaraz za progiem rozsypie się na milion kawałków.
Wreszcie usłyszała na korytarzu charakterystyczne stukanie, dźwięk
turkoczących kółeczek, brzęk wiaderka, po czym do jej gabinetu weszła
pani Zosia. Sprzątaczka, której został już tylko rok do emerytury i wiele osób w biurowcu nie wyobrażało sobie, jak to będzie, gdy ona
rzeczywiście odejdzie na dobre.
- Co tam, kwiatuszku? - Usłyszała Sylwia, kiedy tylko pani Zosia
przekroczyła próg i wtaszczyła swój wózek wyposażony we wszystkie
niezbędne akcesoria, by doprowadzić gabinet do stanu idealnej czystości.
Tylko że tutaj nie było co robić. Wszystko błyszczało.
- Może pani usiądzie? - To była kwestia zarezerwowana na najbardziej
poważne przypadki.
- O, widzę, że coś się stało. - Pani Zosia przygładziła siwe włosy,
rozejrzała się czujnie wokół, czy aby nie trzeba czegoś posprzątać, a ponieważ niczego nie znalazła, usiadła z prawdziwą ulgą. Bolały ją plecy
i kolana. Westchnęła, po czym uśmiechnęła się ciepło.
Sylwia odetchnęła.
W rozmowach z panią Zosią obowiązywały jasne zasady. Czas należało
szanować, bo pani Zosia była w pracy. Jeśli chciało się pogadać,
należało wcześniej wszystko uporządkować. To było niewiarygodne
zjawisko, jak wielu prezesów i zamożnych architektów samodzielnie
sprzątało tutaj swoje biura, by mieć panią Zosię choć przez moment dla
siebie. Trzymali nawet przenośne odkurzacze w szafach, byle tylko móc
chwilkę pogawędzić.
Sylwia też osobiście starła kurze i wyczyściła parapety. Nie poprosiła o to Moniki. Nie każdy musiał wiedzieć o tej małej tajemnicy.
- Moja siostra wczoraj zmarła - powiedziała i dopiero teraz poczuła łzy
pod powiekami. - Jutro odbędzie się pogrzeb.
- Rozumiem. - Pani Zosia położyła rękę na jej dłoni i uścisnęła ciepło.
Pokiwała głową i spojrzała z życzliwością.
Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund, ale wystarczało. To było jak
spotkanie z dobrą kochającą mamą. Taką, która jest blisko. Zna problemy,
wie, czym naprawdę się żyje i jest życzliwa. Wystarczy jej jedno zdanie,
by zrozumieć, o co chodzi. Sylwia nigdy nie doświadczyła ze strony mamy
takiego wsparcia. Mama co prawda nie zaniedbywała jej w dzieciństwie,
karmiła i zapewniała dach nad głową, ale kiedy tylko córki stały się
trochę starsze, bardziej samodzielne, uznała, że jej rola się skończyła
i zajęła się sobą.
Byłoby to naturalne, gdyby nie fakt, że zupełnie nie przygotowała swoich
dzieci do życia. Odchowała tylko, a potem z ulgą, że ta męka się
wreszcie skończyła, wypchnęła je w świat. I poszły dziewczynki, obie
trochę na oślep, po omacku ucząc się reguł obowiązujących w dorosłym
życiu, czasem na bardzo bolesnych błędach. A potem mama zmarła.
Sylwia całe życie tęskniła za prawdziwą matką. Taką, do której można się
przytulić, ale też poradzić w ważnej sprawie.
Pani Zosia trochę ją zastępowała.
- Pomódl się za jej duszę i proś o przebaczenie - powiedziała.
- Ja? - Sylwię aż zatchnęło z oburzenia.
- Wiem, wiem, wszystko pamiętam, co mi opowiadałaś, dziecko. Siostra cię
skrzywdziła. Ale śmierć kończy rachunki, konto się zeruje. Najlepsze, co
możesz zrobić, to wybaczyć, inaczej będziesz ten bagaż nieść przez całe
życie i tylko ciebie on obciąży.
Sylwia wstała. Łzy popłynęły jej po policzkach, czuła się ogromnie
rozczarowana.
- Tyle godzin na panią czekałam - powiedziała. - Tak ładnie
posprzątałam, nawet pod szafkami.
- Widzę. - Pani Zosia się uśmiechnęła. A jej pochwała to nie było byle
co. Miała takie oko do kurzu, że potrafiła go dostrzec nawet tam, gdzie
wzrok teoretycznie nie sięga.
- Liczyłam na kilka słów otuchy - pożaliła się Sylwia.
- Moja droga. Wiem, jak ci ciężko. Ale w życiu trzeba postępować
właściwie, choć czasem to bardzo trudne. Tyle razy cię prosiłam, żebyś
do niej poszła.
- Chciałam... ale nie zdążyłam.
- A co z dzieckiem? - Pani Zosia jak zawsze szybko skupiła się na
najważniejszym.
Sylwia milczała przez chwilę.
- Jest w hotelu pod dobrą opieką - powiedziała wreszcie. Przeczuwała, że
dostanie za to po głowie.
- Bój się Boga! - zdumiała się kobieta. - Zostawiłaś ją samą w takiej
sytuacji?!
- Nie samą. Jest z nią wykwalifikowana pani psycholog...
- Ale rodziny nie ma... - przerwała jej pani Zosia.
Aż jej zaschło w gardle z oburzenia. Pracowała tutaj od pięciu lat,
wdzięczna, że może doczekać do emerytury. Ludzie, których poznała,
stanowili dla niej wielką zagadkę, nigdy wcześniej z takimi nie miała
kontaktu. Nie umiała ukrywać swoich uczuć, a kiedy ktoś pytał, udzielała
prawdziwych odpowiedzi, choć bała się, że kiedyś szef ją z tego powodu
zwolni. Że w końcu ktoś się obrazi.
Ale ludzie lubili z nią rozmawiać. Była inna. Bezpretensjonalna, szczera
i bystra. Umiała celnie komentować otaczającą ją rzeczywistość. Udzielać
dobrych rad.
A ona też czasem nie umiała ugryźć się w język i mówiła, co myślała. Dla
niej było oczywiste, że kiedy ktoś bliski odchodzi, rodzina troskliwie
zajmuje się tymi, którzy zostali z bólem w sercu. Nawet przez myśl by
jej nie przeszło, żeby zostawić w takiej sytuacji siostrzenicę w hotelu.
Pokręciła głową.
- Już dobrze. - Sylwia miała ochotę pocieszyć Zosię, tak bardzo starsza
pani się zmartwiła. - Niech się pani tak nie przejmuje. Może to się
jakoś samo ułoży? Przecież nie mogę teraz adoptować dziecka. Nie radzę
sobie nawet ze swoimi.
- Wiem. - Pani Zosia pokiwała głową i znów pogładziła Sylwię po
ramieniu. Miała ochotę ją przytulić jak własną córkę, ale nigdy nie
przekraczała pewnych granic.
- Coś wymyślę - zaczęła szybko mówić Sylwia. - Mam dużo możliwości. Na
szczęście też trochę pieniędzy, zapewnię Julce dobrą przyszłość, choć
oczywiście nie zajmę się nią osobiście.
- Z pewnością coś wymyślisz. - Pani Zosia wstała. - Muszę iść dalej. To
twoje życie i nikt nie podejmie za ciebie decyzji. Ale dobrze się
zastanów, zanim cokolwiek postanowisz. To ważne. Jakoś tak czuję, że od
tej chwili wszystko się zmieni.
Poszła i zabrała ze sobą swój ciepły uśmiech, zrozumienie oraz wsparcie,
które kryło się nawet w słowach napomnienia. Zamknęła za sobą drzwi, a Sylwia odniosła wrażenie, jakby zgasło światło.
Rozdział 3
Zosia skończyła pracę o dwudziestej
drugiej. Posprzątała trzy biura, których właściciele pojechali o czasie
do domów, i odbyła cztery rozmowy z tymi najemcami, co woleli osobiście
poodkurzać, by choć przez chwilę móc pożartować, opowiedzieć, jak minął
dzień, z czym się zmagali, jakie osiągnęli sukcesy.
Każdemu starała się dać trochę ciepłych słów. Było to dla niej
oczywiste. To przecież nic nie kosztuje. Ma jednak ogromną wartość i w wielkim, pięknym, przeszklonym biurowcu jest towarem deficytowym.
Rozdawała go szczodrą ręką.
Wreszcie skończyła, przebrała się i jak co dzień stanęła na parkingu.
Mimo że nie napracowała się aż tak ciężko, do samochodu męża wsiadła
zmęczona.
- Cześć, promyku! - przywitał ją jak zawsze, od czterdziestu lat tymi
samymi słowami. - Jak ci minął dzień? Znów każdy chciał mieć choć na
chwilę moją żonę? - zapytał i pochylił się, by ją pocałować, choć plecy
miał już nie te, co dawniej, i niełatwo mu było utrzymać się w tej
niewygodnej pozycji.
- Troszkę by chcieli - powiedziała z uśmiechem. - Ale wiesz, że jestem
tylko twoja.
Kiwnął głową. Tak wiedział, oczywiście, ale wciąż sprawiało mu
przyjemność słyszeć o tym. Byli parą od zawsze. Poznali się w szkole
średniej. Ona była jego pierwszą dziewczyną, on jej pierwszym
chłopakiem. Wszystkiego uczyli się razem. Miłości, życia, rodzicielstwa.
Trwali obok siebie mimo upływającego czasu.
- Kto dzisiaj zrobił rzecz najdziwniejszą? - zapytał Kazik. Lubił
opowieści żony o świecie ze szkła. Nowoczesnym biurowcu, w którym
rządziły zasady całkowicie dla niego abstrakcyjne.
- Sama nie wiem - zastanowiła się Zosia. - O pierwsze miejsce walczy
piękna aktorka, która zostawiła dopiero co osierocone dziecko w hotelu,
i zamożny architekt z tabunem asystentek, który postanowił spędzać
więcej czasu z żoną i być jej wierny. Zadziwił mnie. Sądziłam, że jednak
pokusa wygra.
- Jest dobro na tym świecie! - zawołał energicznie Kazik, pokiwał głową,
po czym dodał gazu na skrzyżowaniu. Na cześć wiernego męża, jakże
cennej, a nieco ostatnio zagrożonej wartości.
- Oczywiście, że jest - potwierdziła Zosia. - Ładnie to powiedziałeś i to taka fajna myśl przed świętami.
- Dokładnie. Tym bardziej że pogoda coś nie dopisuje. Kolejny rok z grudniem bez śniegu.
Rozejrzał się po okolicy. Wbrew jego słowom było pięknie. Kolorowe
lampki oświetlały drzewa, a ulice zdawały się urokliwe w wieczornym
mroku.
- Może coś się jeszcze zmieni?
- Na to liczę. Wnuki przecież przyjeżdżają. Co to za dziadek, co nawet
jednego bałwana z nimi nie ulepi? Dziad, a nie dziadek.
- Nie mów tak - roześmiała się. - Jesteś wspaniały dla dzieciaków. Nawet
nie wiesz, ilu ludzi marzy o kimś takim.
- Mnie tam jedna tylko interesuje. - Spojrzał na nią i mrugnął
porozumiewawczo.
- Ty lepiej na drogę patrz. - Ostudziła nieco jego zapały. - Zważ na
PESEL. Oczy już nie te i koncentracja też nie jak za młodych lat.
- Ale to, co najważniejsze, wciąż działa sprawnie. - Nie dał się zbić z tropu. - A i nasz dom też niedaleko.
Nie powiedziała na głos tego, co jej się cisnęło na usta. Że bardzo dużo
wypadków ma miejsce właśnie niedaleko celu, kiedy człowiek na znajomej
drodze rozluźnia się i spada poziom jego uwagi. Nie chciała straszyć
męża ani wprowadzać niepotrzebnie smutnych wątków. Co ma być, to będzie.
A ona ufała jego umiejętnościom.
Kochała go tak mocno, że właściwie cały czas o niego drżała.
Powstrzymywała się i starała, by jej obawy nie były aż tak widoczne, bo
towarzyszyły jej w każdej minucie. Wiedziała, że coś takiego może
zniszczyć życie. Być może była to cena za miłość? Wieczny niepokój o ukochaną osobę? Jeśli tak, to Zosia była gotowa ją płacić.
Poczuła jednak ulgę, gdy bezpiecznie stanęli przed domem. A także
znajome ciepło w sercu na jego widok. Nie był może specjalnie piękny ani
nowoczesny. Zwykły mały budynek z trzema pokojami i niewielkim
ogródkiem. Ale należał do nich. Mieszkali tu całe życie. Wychowali troje
dzieci. W sumie niczego wielkiego nie osiągnęli. Nie zgromadzili
majątku, żadne z nich nie było sławne. Mąż całe lata pracował jako
kierowca autobusu, ona imała się różnych zajęć. Trochę sprzedawała w sklepie, stała przy taśmie w fabryce, a teraz sprzątała.
A jednak mieli coś niezwykłego. Spokój, wewnętrzne zadowolenie, miłość.
Zosia weszła do domu, zapaliła światło w kuchni i jak zawsze poczuła
radość, że znów tu jest. Pomalowane na żółto ściany uśmiechały się
słońcem mimo mroźnej aury za oknem. Na środku stał stół przykryty ceratą
w kratkę. Szybko pojawiły się na nim dwa kubki pełne gorącej herbaty i kanapki z żółtym serem. Kazik zawsze czekał z kolacją na żonę, mimo że
późno wracała z pracy. Choćby nie wiem, jak był głodny, wolał ssanie w żołądku od samotnego jedzenia. Mieli swoje miłe wieczorne zwyczaje.
Jedli, obejmowali się, opowiadali sobie o minionym dniu. Zosia nie
musiała szukać pocieszenia wśród znajomych z pracy. Miała je bowiem w domu.
Rozdział 4
Późnym wieczorem Sylwia zaparkowała
samochód w przestronnym garażu. Auta jej męża jeszcze nie było, co
przyjęła z pełnym rezygnacji westchnieniem. Przywykła do tego, że nie ma
pojęcia, gdzie Wojtek się podziewa całymi dniami i niestety także
nocami. Ale przyjemne to nie było. Mocno odbiegało od jej wyobrażeń o szczęśliwym związku.
Wciąż zadawała sobie to samo pytanie i nie potrafiła na nie
odpowiedzieć, mimo iż obracała je w głowie miesiącami. Czy powinna
odejść od człowieka, do którego nic już nie czuła? Jak wielkie i niezmierzone potrafi być to nic, wie tylko ten, kto przeżył kres
wielkiego uczucia.
Ale to wszystko nie było takie łatwe. Zwłaszcza w jej sytuacji. Zostawić
męża, zdecydować się na rozwód, oznaczałoby przyznać się do klęski.
Mocno nadszarpnąć piękny wizerunek. A co mogłaby zyskać?
I tak była w pełni niezależna. I tak żyli osobno. Mąż w niczym jej nie
przeszkadzał. Nie wtrącał się do życia zawodowego ani prywatnego. Miała
swoje pieniądze, sypialnię, łazienkę. Mijali się bezkolizyjnie. Nie
kłócili i nie wchodzili sobie w drogę. Od czasu do czasu współpracowali
na gruncie zawodowym. On się uśmiechał do zdjęć, wbijał w porządny
garnitur przed ważnym spotkaniem lub wręczał jej na pokaz kwiaty. Ona mu
za to płaciła. Dużo z jego punktu widzenia. Niewiele, jeśli wziąć pod
uwagę płynące z tego zyski w postaci świetnego wizerunku.
Układ pozornie idealny.
Wysiadła z samochodu. Dół długiego futra omiótł idealnie czystą podłogę.
Garaż przed świętami wypucowano na błysk. Był duży jak niejeden dom.
Sylwia dawno zostawiła za sobą czasy, w których długo wieczorem szukało
się wolnego miejsca parkingowego na zatłoczonym blokowisku. Albo rano
pracowicie skrobało zamarzniętą szybę, żeby w ogóle wyjechać. Nie było
już powrotu do tamtych realiów.
Mimo ciepłego futra zadrżała na samo wspomnienie. Wolała już obecne
kłopoty, jeśli miały być ceną za ucieczkę z tamtego koszmaru. Biedy,
wiecznych pożyczek, debetów, rat. Ale zrobiło jej się przykro, gdy
weszła do domu i zewsząd otoczyła ją pustka przestronnego wnętrza.
Gdzieś w głębi znajdowały się dzieci, które nie czekały na mamę.
Wynajęta opiekunka w zupełności im wystarczała. Kiedyś biegły, ledwo
tylko usłyszały skrzypnięcie drzwi. Dziś nie lubiły, kiedy Sylwia
zaglądała do ich pokoi. Miały wiele tajemnic.
Westchnęła. W czeluściach wielkiego domu był też pokój męża, zapewne
pusty, sądząc po braku samochodu. Usiadła w kuchni i zdjęła buty. Piękne
granatowe szpilki upadły na błyszczącą powierzchnię jasnych płytek.
Sylwia pomasowała sobie stopy. Bolały mocno po całym dniu na
niebotycznych obcasach. Ale z natury była niska, a standardy urodowe nie
mają litości.
Położyła czoło na blacie stołu. Myślała, że łzy popłyną od razu. Z rozpaczy i tęsknoty. Za wszystkim, co musiała oddać, by osiągnąć sukces.
Za siostrą tak nagle i gwałtownie pokonaną przez chorobę, za miłością,
dotykiem kogoś bliskiego. I wreszcie za rodziną. Nigdy jej nie miała.
Ani w dzieciństwie, ani teraz. Może dlatego właśnie grała z takim
zapałem? Plan filmowy był dla niej jedynym miejscem, w którym mogła
poczuć dłonie dzieci na szyi - choć to nie były jej własne dzieci,
pocałunek męża - choćby tylko serialowego, przyjemność rozmowy z przyjaciółką - choćby tylko według napisanego przez kogoś innego
scenariusza.
Wstała i poszła do łazienki. Nie mogła się zbyt długo nad sobą użalać.
Ciemne cienie pod oczami można oczywiście zlikwidować fachowym
makijażem, ale ogólna niedyspozycja zawsze jest widoczna. Błysku
świeżości w oczach i promiennego wyglądu nie da się na dłuższą metę
osiągnąć bez odpowiedniej ilości snu. Wiedziała o tym i trzymała się
swoich zasad z żelazną konsekwencją. Dzięki temu znajdowała się właśnie
w tym, a nie innym miejscu.
Kiedy wyszła spod prysznica otulona w ciepły szlafrok, zapukała do pokoi
dzieci, żeby im powiedzieć "dobranoc". To był właściwie jedyny i ostatni
rytuał, jaki został z dawnych czasów. Całowała dzieci w czoła, jak
wtedy, gdy jeszcze były malutkie. Dzisiaj było jednak inaczej. Na widok
ich jasnych główek ogarnęła ją ogromna czułość. Burzliwie wchodziły w wiek dorastania, choć wciąż były małe. Kacper miał dopiero czternaście
lat, a Sara dwanaście. Zachowywały się jednak jak typowe nastolatki z poradników opowiadających o tym, jak być mamą i nie zwariować.
Ania, główna postać serialu, w którym grała Sylwia, miała wspaniałe
kontakty ze swoimi dziećmi. Zawsze wiedziała, co powiedzieć, jak
zareagować w trudnej sytuacji. Z wdziękiem i ciepłem w niebieskich
oczach rozwiązywała wszelkie problemy.
W prawdziwym życiu to nie było takie proste. Gładkie zdania nie chciały
przychodzić do głowy na zawołanie. Dowcipne puenty również. Sylwia nie
chciała się do tego za nic przyznać, nawet w głębi własnego serca, ale
ostatnio bała się przekraczać progi dziecinnych pokoi. Nie wiedziała, co
tam zastanie, z jakimi trudnościami przyjdzie jej się zmierzyć, a przede
wszystkim jak reagować.
Kiedyś było inaczej. Wychowywanie dzieci sprawiało jej radość. Bawiła
się z nimi i rozumiała ich potrzeby. Zmiana przyszła nagle i szybko. Nie
był to długi proces, który daje rodzicowi szansę, by się przyzwyczaił,
przygotował do nowych reguł. Dzieci zaczęły dorastać błyskawicznie.
Prawie z dnia na dzień z domu zniknęły słodkie maluchy, a pojawiły się
istoty, które trudno przyporządkować do jakiejkolwiek grupy. Nie były to
już małe dzieciaki, słodkie przedszkolaki ani grzeczni uczniowie
początkowych klas szkoły podstawowej. Ale też jeszcze nie dojrzale
myślący licealiści. Coś pomiędzy nimi, z najgorszymi cechami jednej i drugiej grupy.
Sara i Kacper byli zbyt młodzi, by cokolwiek rozumieć, nie docierały do
nich argumenty dorosłych, a jednocześnie za duzi, by ich prowadzić za
rączkę i pakować do łóżka o ustalonej z góry godzinie. Buntowali się i próbowali po swojemu układać własne sprawy.
Sylwia nie umiała znaleźć do nich nowej drogi i czasem łapała się na
tym, że unika kontaktu z nimi. Chciała to przeczekać. Liczyła, że czas,
który odebrał jej miłe i grzeczne dzieci, odda je z powrotem. Takie
same, tylko nieco większe. Ale na razie były to tylko płonne nadzieje.
Uchyliła drzwi pokoju córki. Na jej widok z fotela podniosła się
Malwina, opiekunka. Była to kobieta w średnim wieku o aparycji tak
szarej, że nic właściwie o niej nie można było powiedzieć. Ubierała się
zwyczajnie, miała zwykłe włosy, cerę i oczy. Żadnych znaków
charakterystycznych. Pracowała tutaj już dwa lata i nigdy nie wdawała
się w pogawędki z szefową. Wtapiała się w tło, można było łatwo o niej
zapomnieć.
Była to jedna z cech bardzo pożądanych. Dyskrecja. Gdyby Sylwia nie
miała tajemnic, znalezienie opiekunki do dzieci nie byłoby problemem.
Ale w jej sytuacji, kiedy mnóstwo pismaków czy, pożal się Boże,
fotoreporterów tylko czyhało na jakieś prywatne zdjęcia, musiała mieć
kogoś zaufanego. Profesjonalistkę. Malwina taka była. Krążyły legendy na
temat tego, u kogo pracowała, jakie tajemnice zachowała wyłącznie dla
siebie. Ponoć największe gwiazdy wpuszczały ją do swoich domów. Widziała
w ciągu tych lat pracy wszystko.
Być może była to prawda, bo Sylwia nigdy nie zauważyła na jej twarzy
zdziwienia. Cokolwiek by się nie działo w tym domu, Malwina ze stoickim
spokojem wykonywała swoje obowiązki. Kosztowało to oczywiście sporą
sumę. Dyskrecja to dziś luksus. W świecie mediów najlepszy przyjaciel
bez mrugnięcia okiem sprzeda cię za czapkę gruszek, a bywa, że i taniej.
Nikt nikogo nie może być pewny. Zdrada czai się wszędzie.
Sylwia kiedyś przekonała się o tym naocznie. Miała wypadek samochodowy.
Wieść o tragicznym zdarzeniu błyskawicznie obiegła media. Dziennikarze
podkręcali na wyścigi relację o tym, jakie rzekomo okropne odniosła
obrażenia. Tymczasem jej nic się nie stało. Do dziś pamięta to
rozczarowanie na twarzach wielu koleżanek, kiedy następnego dnia rano
jak zwykle pojawiła się na planie. Już sobie ostrzyły zęby na jej
miejsce.
Westchnęła.
- Dzieci już śpią - powiedziała Malwina, wychodząc z pokoju, i zamknęła
Sylwii drzwi przed nosem.
- Powiem im dobranoc. - Sylwia położyła dłoń na klamce.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki