Rozdział 1
Tajemnicza łąka
"Nie wszystko, co prawdziwe, wydarza się na jawie".
Autor nieznany
Stała przed ogromną bramą prowadzącą na rozświetloną i promieniującą wszystkimi kolorami tęczy łąkę. Blask był wręcz oślepiający. Musiała zmrużyć swoje duże, zielone oczy. Miejsce wydawało się bardzo spokojne i ciche. Powoli przyzwyczaiła się do lśniącej łuny nad łąką, która przestała ją razić. Rozejrzała się wokół, ale w pobliżu nie było nikogo.
Wciągnęła głęboko powietrze. Unosił się w nim zapach wiosny - świeżo skoszonej trawy i kwitnących ziół.
Usłyszała cichy, delikatny śpiew. Głos był tak aksamitny i ciepły, że przez chwilę wsłuchiwała się w jego ton zauroczona. Na pewno należał do kobiety. Nie rozumiała słów tej pięknej pieśni, ale nie mogła przestać jej słuchać. Brzmienie tego głosu było wzruszające, smutne, a jednocześnie jakby napawające otuchą.
W oddali, w głębi łąki, widać było wspaniały wodospad, który spływał do niewiarygodnie błękitnego stawu lub jeziora. Obok znajdował się ogromny ogród. Stała jednak zbyt daleko, by dostrzec więcej niż okazałe drzewa z bujnymi koronami i mnóstwo gęstych, kwitnących krzewów.
Nie widziała całej łąki - jedynie fragment przed sobą oraz to, co się znajdowało po obu bokach. Widoczne były tam jakby wejścia, przysłonięte bujną winoroślą, prowadzące zapewne do tajemniczych ogrodów lub sadów. Z zewnątrz były niemal niewidoczne. Jednak ona jakimś cudem dostrzegła w gęstwinie starą, drewnianą furtkę ukrytą wśród liści. Ponad winoroślą w oddali majaczyły czubki drzew - być może za ogrodem znajdował się też las.
Tajemnicza łąka i cała okolica przyciągały ją swoim spokojem. Miała ochotę wejść do środka od razu. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że zamiast się przyglądać, już dawno powinna była to zrobić. Zastanawiała się, czy to prywatny park, czy może za żywopłotem stała jakaś rezydencja. "Może to tam mieszkała kobieta o aksamitnym głosie?".
Zbliżyła się do okazałej bramy i spojrzała w górę. Konstrukcja zachwycała bogactwem zdobień - liczne strzeliste wieżyczki zwieńczone iglicami wznosiły się ku niebu, a same iglice oplatały misternie wykonane ornamenty kwiatowe i detale wyrzeźbione z niezwykłą precyzją, między innymi zwinięte listki oraz pączki kwiatowe.
Po obu stronach bramy wznosiły się dwa olbrzymie filary. Na każdym z nich stał marmurowy posąg stworzenia o ciele ptaka oraz kobiecej głowie i piersiach.
Posągi wyglądały jak żywe istoty. Piękne skrzydła potężnego ptaka były złożone, a długi pióropusz ogona delikatnie opadał na kolumnę. Alabastrowa skóra lśniła delikatnym odcieniem różu, przypominając prawdziwą. Postacie miały zamknięte oczy - wyglądały, jakby spały.
Niżej, pod posągami tych dziwnych, lecz pięknych stworzeń, znajdowały się wyrzeźbione ludzkie twarze i zwierzęce pyski - wtopione w kolumny, tworząc z nimi jedność.
Jeszcze niżej umieszczono płaskorzeźby przedstawiające sceny z życia ludzi. Nadawało to całej bramie nieco groźny i tajemniczy wygląd. Metalowe drzwi były bogato zdobione motywami roślinnymi, zwierzęcymi oraz licznymi złotymi liśćmi i pnączami. Były lekko uchylone - jakby ktoś zapomniał ich zamknąć. Pomyślała, że tylko na chwilę zajrzy do środka. "Może to rzeczywiście jakiś ogród lub park miejski?".
Dotknęła delikatnie bramy i nagle do jej uszu dobiegły trele wszystkich znanych jej ptaków. Usłyszała kukułkę, sikorkę, drozda, kosa, rudzika oraz wiele, wiele innych. Ptaki śpiewały urzekające pieśni. Miała wrażenie, że rozumie ich treść. Świergot ptaków mieszał się z aksamitnym głosem, który słyszała już wcześniej. Wybrzmiewała piękna pieśń, której chciała słuchać w nieskończoność.
Weszła do środka i poczuła, jak jej problemy znikają - wszystko stało się proste i oczywiste. Spojrzała w głąb łąki i w oddali dostrzegła postacie, których przedtem tam nie było. Pojawili się nie wiadomo skąd - w licznej grupie.
Przeszył ją chłód - aż się wzdrygnęła. Przeszła jej przez głowę myśl, że chyba nie powinna była tam wchodzić. Istoty wyglądały, jakby chodziły w kółko w jakimś dziwnym rytuale. W tej samej chwili jedna z nich podniosła głowę i spojrzała w jej kierunku, a zaraz potem wszystkie odwróciły się w jej stronę i stanęły w bezruchu.
Ewa poczuła mocny podmuch wiatru, a postacie ruszyły w jej stronę z niesamowitą szybkością. Nie biegły - wyglądały, jakby frunęły nad łąką. Ich długie szaty poruszały się na wietrze, kładły trawę i kwiaty, nie niszcząc ich. Wystraszyła się. Nie rozumiała tego, co widziała.
Stała przez chwilę zahipnotyzowana, po czym nagle ocknęła się ze strachem. Nie mogła się ruszyć - ciało odmawiało jej posłuszeństwa. W tle cały czas słyszała tajemniczy śpiew, który teraz wydawał się być ostrzeżeniem.
W końcu wróciła do rzeczywistości, jakby budząc się z letargu. Zerwał się silny wiatr i zaczął targać jej brązowe, błyszczące, gęste włosy, które teraz zasłaniały jej oczy. Nic nie widząc, zrobiła szybki krok do tyłu, gdy niespodziewanie oślepił ją niesamowity blask w oddali.
W tym samym momencie zjawy były już prawie przy bramie i próbowały ją pochwycić. Cofnęła się gwałtownie i poczuła, że się przewraca - wpadła tyłem w jakąś przepaść. Wszystko działo się tak szybko, że nie była w stanie nic zrobić. Coś próbowało chwycić ją za nogę.
Wydawało się jej, że spadała w nieskończoność. Krzyczała z przerażenia wewnątrz niesamowicie głębokiego leja. Z ogromną siłą uderzyła o ziemię, dalej wrzeszcząc. Była pewna, że ma pogruchotane wszystkie kości.
Cały czas miała wyciągnięte przed siebie ręce i - dalej krzycząc - otworzyła oczy. Była w łóżku, z otwartymi ustami, z których wydobywał się jeszcze jej przerażający krzyk.
Serce dudniło jej jak oszalałe. Jeszcze nigdy tak długo nie spadała. Wszystko ją bolało - czuła wszystkie mięśnie i kości. Tym razem nie płakała. Była cała zlana potem. Zacisnęła mocno powieki, aż poczuła ból. Zaciskała je coraz bardziej, aż miała wrażenie, że pękną jej oczy. Nie chciała tych snów - nie wiedziała, co one oznaczają. Bała się ich. "Kim były postacie na łące i dlaczego ją goniły?".
Potrzebowała chwili, żeby zrozumieć, gdzie jest. Dopiero teraz dotarło do niej, że to był tylko sen. Zły sen.
Znowu jeden z tych dziwnych, niejasnych snów, które coraz częściej się pojawiały. Zazwyczaj ich nie rozumiała. Nie wiedziała, co się za nimi kryje, chociaż próbowała to sprawdzać w sennikach. Twory z jej snów wyrastały z lęków z dzieciństwa. Przychodziły nocą, bez twarzy, nie tłumacząc swojego istnienia. Tyle lat miała spokój, a teraz znowu wróciły. "Dlaczego ścigały ją właśnie tam? Nie powinna była wchodzić do tego miejsca - należało do świata zamkniętego dla żywych".
Ale zawsze, po takich snach, wiedziała jedno: "Coś się zbliża. Coś mrocznego i tajemniczego".
***
Było jeszcze zbyt wcześnie, by wstawać. Poprzedniego dnia nie nastawiła budzika - w końcu była sobota i miała wolne. Nie chciała sprawdzać godziny. Wiedziała, że jeśli to zrobi, już nie zaśnie. Sięgnęła ręką po butelkę wody. Nie było jej tam, gdzie zawsze - na nocnej szafce. Zazwyczaj wieczorem brała małą butelkę wody do sypialni, bo często miała zaschnięte gardło. Chrapała - wiedziała o tym - co dodatkowo potęgowało uczucie suchości.
Próbowała przypomnieć sobie poprzedni wieczór. Myśli uciekały. Pamiętała, że coś czytała... Ale nie mogła sobie przypomnieć co.
W domu panowała cisza. Całe szczęście, że nie obudziła dziewczynek, które spały w swoich pokojach. Piotr miał kolejną nocną zmianę w fabryce - tych zmian nie znosiła najbardziej.
Leżała jeszcze chwilę, dopóki jej oddech nie uspokoił się na tyle, żeby mogła wstać i udać się do kuchni po wodę. Nie lubiła wstawać w nocy, ale i tym razem zostawiła zapalone światełka na parapecie. Dawały jej poczucie bezpieczeństwa.
Wciąż, będąc pod wpływem koszmaru, czuła się nieswojo, idąc do kuchni. Nie miała pojęcia, dlaczego jej sny są tak realistyczne i intensywne. Niekiedy, budząc się, miała pewność, że naprawdę tam była.
Zawsze po wejściu do kuchni jej wzrok padał na ścianę, na której zawiesiła piękne słowa, przypominające jej o tym, co jest w życiu najważniejsze. Stały się one jej życiowym mottem.
"Bądź zawsze blisko tych, których kochasz, mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz...2" - przeczytała w myślach po raz setny, a może i tysięczny.
Gdy miała gorszy dzień, obraz przypominał jej o tym, co ważne. Sama go zrobiła - ze starej deski do krojenia - i zawiesiła na kuchennej ścianie. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby się uspokoić.
Nawet będąc w największej złości, gdy tylko spojrzała na te słowa, coś w niej miękło. Zawsze potem krytykowała samą siebie. Czasem nawet mówiła do siebie, próbując się opanować: "Co ja, do cholery, robię? Czemu nie potrafię po prostu ugryźć się w język?".
Przez moment miała wrażenie, że słowa lekko się poruszyły, jakby migotały w świetle lampek z parapetu. Westchnęła cicho i odwróciła wzrok.
Wyciągnęła szklankę z szafki i szybko nalała sobie wody z kranu. Nie lubiła takiej nieprzefiltrowanej. Wypiła jednak całość duszkiem i nalała sobie kolejną porcję. Usiadła na stołku, żeby się trochę uspokoić. Spojrzała jeszcze raz na motto. Trzymała szklankę w dłoniach, co jakiś czas pijąc łyk wody. Ręce lekko jej drżały. Dopiła wodę i odstawiła naczynie ostrożnie do zlewu, jakby się bała, że stukot obudzi domowników.
Cały czas była podenerwowana snem, który był bardzo realistyczny. Oparła się rękami o blat i zamknęła oczy. Jeszcze czuła zapach snu - trawy i kwiatów. Pamiętała słońce, coś znajomego, ale nieuchwytnego, dziwną bramę, śpiew, postacie na łące... I ten moment, kiedy coś niemal ją pochwyciło. Czuła, jakby była tam naprawdę.
"Czemu one znowu wracają? Czyżby... coś się miało wydarzyć?" - przemknęło jej przez głowę.
Może to tylko stres. W ostatnim czasie miała go zbyt wiele. Często się denerwowała z byle powodu.
Wiedziała, dlaczego tak się dzieje. Już niedługo zbliżał się ten dzień. Ciągle się zastanawiała, czy dobrze robi. Czy podejmuje właściwą decyzję. Co może zyskać, a co stracić. Była rozstrojona. Zła na siebie. Wiedziała, że wybucha z byle powodu - za szybko i za ostro. Wszystko to znajdowało swoje ujście w snach.
Do czerwoności potrafiły ją rozpalić naczynia wrzucone do zlewu, które nie zostały od razu wsadzone do zmywarki. Bałagan zrobiony w pokoju, zresztą gdziekolwiek w mieszkaniu. A przecież to mało istotne rzeczy i to nie one były w życiu najważniejsze. Mimo że o tym wiedziała, to i tak nieraz musiała panować nad swoimi emocjami.
Życie jest zbyt krótkie. Zbyt kruche i ulotne. Nie warto marnować go na drobiazgi.
Lepiej zająć się czymś przyjemniejszym i pożytecznym. Niepotrzebnie zaśmiecamy nasze umysły sprawami mało znaczącymi. Bardziej powinniśmy się skupić na życiu toczącym się wokół nas, naszych bliskich, rodzinie, przyjaciołach.
2 Gabriel García Márquez, List do przyjaciół.