Tylko dziś jest twoje - Ilona Szumowska

Kup ebooka

24.90 zł
21.17 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Czasami nie zdajemy sobie sprawy, że mamy ogromne szczęście mieć obok siebie swoich bliskich. Kogoś, kto siada z nami przy stole. Niekiedy narzeka, czasem się śmieje, nieraz płacze albo tylko milczy. Jednak, gdy tego potrzebujemy, zawsze jest obok nas. Rodzina.

Wydaje nam się, że wszystko będzie trwało wiecznie.

Myślimy, że mama zawsze będzie się krzątać w kuchni, przygotowując posiłek. Ojciec, jak co dzień, wróci zmęczony z pracy. Jesteśmy pewni, że jutro znów nastanie dzień, ale kolejne dni mijają zbyt szybko, nie dając nam chwili wytchnienia. Ciągle jesteśmy w biegu za czymś ulotnym i złudnym - bez czasu dla najbliższych. Wszystko zawsze odkładamy na "później".

A później czas przestaje istnieć.

Bo przychodzi dzień, który nagle się kończy, jeszcze zanim zdążymy powiedzieć to, co dla nas jest najważniejsze. Zostaje tylko cisza i pustka.

Pustka, której nic nie potrafi wypełnić, i cisza, która rozdziera nam serce. Czasem mam wrażenie, że ta cisza oddycha, a nocą ktoś powraca.

Gdy w końcu zamykam oczy, przychodzą cicho we śnie. Zawsze, gdy coś ma się wydarzyć, czuję ich przy sobie. Ich głosy, spojrzenia, samą ich obecność. Czasem trudno odróżnić, czy to tylko sen, przeczucie, czy jedynie zamglone wspomnienie. A może to po prostu jakiś znak albo ukryta wskazówka?

A potem... nad ranem... wszystko się rozmywa. Granica dzieląca to, co realne, od tego, co nieznane, rozciąga się jak cienka nić. I wtedy świat staje się podwójny - ten, który widać, i ten, który jest pomiędzy. Czas dobiega końca albo przestaje istnieć.

"Jutro nie jest zagwarantowane nikomu - ani młodemu, ani staremu. Być może, że dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Dlatego nie zwlekaj, uczyń to dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra, będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by przekazać im ostatnie życzenie1".

Piękne słowa Gabriela Garcíi Márqueza to cała prawda naszego tu i teraz.

Jak bardzo nie doceniamy życia, chwili, momentu - naszego czasu? Pojawiliśmy się na Ziemi i myślimy, że będziemy trwać wiecznie, jakby nic nie mogło nam zaszkodzić ani nas złamać. Czujemy się jak niezniszczalni herosi. Wystarczy jednak jedna chwila, w której wszystko może się zmienić.

Najpełniej zrozumiałam te słowa dopiero po przeczytaniu pięknego i bardzo poruszającego listu. Właściwie swoistego testamentu Gabriela Garcíi Márqueza, wybitnego kolumbijskiego pisarza i laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury z 1982 roku.

W swoim "Liście do przyjaciół" opisał uczucia tak dogłębnie, że zasiał w moim sercu ziarenko, które z czasem zaczęło kiełkować i dojrzewać coraz bardziej.

Nic jeszcze nie było stracone. To miłość dodaje siły, a wiara i nadzieja tylko tę miłość wzmacniają.

1 Cytat z Listu do przyjaciół autorstwa kolumbijskiego pisarza Gabriela Garcíi Márqueza.

Rozdział 1

Tajemnicza łąka

"Nie wszystko, co prawdziwe, wydarza się na jawie".

Autor nieznany

Stała przed ogromną bramą prowadzącą na rozświetloną i promieniującą wszystkimi kolorami tęczy łąkę. Blask był wręcz oślepiający. Musiała zmrużyć swoje duże, zielone oczy. Miejsce wydawało się bardzo spokojne i ciche. Powoli przyzwyczaiła się do lśniącej łuny nad łąką, która przestała ją razić. Rozejrzała się wokół, ale w pobliżu nie było nikogo.

Wciągnęła głęboko powietrze. Unosił się w nim zapach wiosny - świeżo skoszonej trawy i kwitnących ziół.

Usłyszała cichy, delikatny śpiew. Głos był tak aksamitny i ciepły, że przez chwilę wsłuchiwała się w jego ton zauroczona. Na pewno należał do kobiety. Nie rozumiała słów tej pięknej pieśni, ale nie mogła przestać jej słuchać. Brzmienie tego głosu było wzruszające, smutne, a jednocześnie jakby napawające otuchą.

W oddali, w głębi łąki, widać było wspaniały wodospad, który spływał do niewiarygodnie błękitnego stawu lub jeziora. Obok znajdował się ogromny ogród. Stała jednak zbyt daleko, by dostrzec więcej niż okazałe drzewa z bujnymi koronami i mnóstwo gęstych, kwitnących krzewów.

Nie widziała całej łąki - jedynie fragment przed sobą oraz to, co się znajdowało po obu bokach. Widoczne były tam jakby wejścia, przysłonięte bujną winoroślą, prowadzące zapewne do tajemniczych ogrodów lub sadów. Z zewnątrz były niemal niewidoczne. Jednak ona jakimś cudem dostrzegła w gęstwinie starą, drewnianą furtkę ukrytą wśród liści. Ponad winoroślą w oddali majaczyły czubki drzew - być może za ogrodem znajdował się też las.

Tajemnicza łąka i cała okolica przyciągały ją swoim spokojem. Miała ochotę wejść do środka od razu. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że zamiast się przyglądać, już dawno powinna była to zrobić. Zastanawiała się, czy to prywatny park, czy może za żywopłotem stała jakaś rezydencja. "Może to tam mieszkała kobieta o aksamitnym głosie?".

Zbliżyła się do okazałej bramy i spojrzała w górę. Konstrukcja zachwycała bogactwem zdobień - liczne strzeliste wieżyczki zwieńczone iglicami wznosiły się ku niebu, a same iglice oplatały misternie wykonane ornamenty kwiatowe i detale wyrzeźbione z niezwykłą precyzją, między innymi zwinięte listki oraz pączki kwiatowe.

Po obu stronach bramy wznosiły się dwa olbrzymie filary. Na każdym z nich stał marmurowy posąg stworzenia o ciele ptaka oraz kobiecej głowie i piersiach.

Posągi wyglądały jak żywe istoty. Piękne skrzydła potężnego ptaka były złożone, a długi pióropusz ogona delikatnie opadał na kolumnę. Alabastrowa skóra lśniła delikatnym odcieniem różu, przypominając prawdziwą. Postacie miały zamknięte oczy - wyglądały, jakby spały.

Niżej, pod posągami tych dziwnych, lecz pięknych stworzeń, znajdowały się wyrzeźbione ludzkie twarze i zwierzęce pyski - wtopione w kolumny, tworząc z nimi jedność.

Jeszcze niżej umieszczono płaskorzeźby przedstawiające sceny z życia ludzi. Nadawało to całej bramie nieco groźny i tajemniczy wygląd. Metalowe drzwi były bogato zdobione motywami roślinnymi, zwierzęcymi oraz licznymi złotymi liśćmi i pnączami. Były lekko uchylone - jakby ktoś zapomniał ich zamknąć. Pomyślała, że tylko na chwilę zajrzy do środka. "Może to rzeczywiście jakiś ogród lub park miejski?".

Dotknęła delikatnie bramy i nagle do jej uszu dobiegły trele wszystkich znanych jej ptaków. Usłyszała kukułkę, sikorkę, drozda, kosa, rudzika oraz wiele, wiele innych. Ptaki śpiewały urzekające pieśni. Miała wrażenie, że rozumie ich treść. Świergot ptaków mieszał się z aksamitnym głosem, który słyszała już wcześniej. Wybrzmiewała piękna pieśń, której chciała słuchać w nieskończoność.

Weszła do środka i poczuła, jak jej problemy znikają - wszystko stało się proste i oczywiste. Spojrzała w głąb łąki i w oddali dostrzegła postacie, których przedtem tam nie było. Pojawili się nie wiadomo skąd - w licznej grupie.

Przeszył ją chłód - aż się wzdrygnęła. Przeszła jej przez głowę myśl, że chyba nie powinna była tam wchodzić. Istoty wyglądały, jakby chodziły w kółko w jakimś dziwnym rytuale. W tej samej chwili jedna z nich podniosła głowę i spojrzała w jej kierunku, a zaraz potem wszystkie odwróciły się w jej stronę i stanęły w bezruchu.

Ewa poczuła mocny podmuch wiatru, a postacie ruszyły w jej stronę z niesamowitą szybkością. Nie biegły - wyglądały, jakby frunęły nad łąką. Ich długie szaty poruszały się na wietrze, kładły trawę i kwiaty, nie niszcząc ich. Wystraszyła się. Nie rozumiała tego, co widziała.

Stała przez chwilę zahipnotyzowana, po czym nagle ocknęła się ze strachem. Nie mogła się ruszyć - ciało odmawiało jej posłuszeństwa. W tle cały czas słyszała tajemniczy śpiew, który teraz wydawał się być ostrzeżeniem.

W końcu wróciła do rzeczywistości, jakby budząc się z letargu. Zerwał się silny wiatr i zaczął targać jej brązowe, błyszczące, gęste włosy, które teraz zasłaniały jej oczy. Nic nie widząc, zrobiła szybki krok do tyłu, gdy niespodziewanie oślepił ją niesamowity blask w oddali.

W tym samym momencie zjawy były już prawie przy bramie i próbowały ją pochwycić. Cofnęła się gwałtownie i poczuła, że się przewraca - wpadła tyłem w jakąś przepaść. Wszystko działo się tak szybko, że nie była w stanie nic zrobić. Coś próbowało chwycić ją za nogę.

Wydawało się jej, że spadała w nieskończoność. Krzyczała z przerażenia wewnątrz niesamowicie głębokiego leja. Z ogromną siłą uderzyła o ziemię, dalej wrzeszcząc. Była pewna, że ma pogruchotane wszystkie kości.

Cały czas miała wyciągnięte przed siebie ręce i - dalej krzycząc - otworzyła oczy. Była w łóżku, z otwartymi ustami, z których wydobywał się jeszcze jej przerażający krzyk.

Serce dudniło jej jak oszalałe. Jeszcze nigdy tak długo nie spadała. Wszystko ją bolało - czuła wszystkie mięśnie i kości. Tym razem nie płakała. Była cała zlana potem. Zacisnęła mocno powieki, aż poczuła ból. Zaciskała je coraz bardziej, aż miała wrażenie, że pękną jej oczy. Nie chciała tych snów - nie wiedziała, co one oznaczają. Bała się ich. "Kim były postacie na łące i dlaczego ją goniły?".

Potrzebowała chwili, żeby zrozumieć, gdzie jest. Dopiero teraz dotarło do niej, że to był tylko sen. Zły sen.

Znowu jeden z tych dziwnych, niejasnych snów, które coraz częściej się pojawiały. Zazwyczaj ich nie rozumiała. Nie wiedziała, co się za nimi kryje, chociaż próbowała to sprawdzać w sennikach. Twory z jej snów wyrastały z lęków z dzieciństwa. Przychodziły nocą, bez twarzy, nie tłumacząc swojego istnienia. Tyle lat miała spokój, a teraz znowu wróciły. "Dlaczego ścigały ją właśnie tam? Nie powinna była wchodzić do tego miejsca - należało do świata zamkniętego dla żywych".

Ale zawsze, po takich snach, wiedziała jedno: "Coś się zbliża. Coś mrocznego i tajemniczego".

***

Było jeszcze zbyt wcześnie, by wstawać. Poprzedniego dnia nie nastawiła budzika - w końcu była sobota i miała wolne. Nie chciała sprawdzać godziny. Wiedziała, że jeśli to zrobi, już nie zaśnie. Sięgnęła ręką po butelkę wody. Nie było jej tam, gdzie zawsze - na nocnej szafce. Zazwyczaj wieczorem brała małą butelkę wody do sypialni, bo często miała zaschnięte gardło. Chrapała - wiedziała o tym - co dodatkowo potęgowało uczucie suchości.

Próbowała przypomnieć sobie poprzedni wieczór. Myśli uciekały. Pamiętała, że coś czytała... Ale nie mogła sobie przypomnieć co.

W domu panowała cisza. Całe szczęście, że nie obudziła dziewczynek, które spały w swoich pokojach. Piotr miał kolejną nocną zmianę w fabryce - tych zmian nie znosiła najbardziej.

Leżała jeszcze chwilę, dopóki jej oddech nie uspokoił się na tyle, żeby mogła wstać i udać się do kuchni po wodę. Nie lubiła wstawać w nocy, ale i tym razem zostawiła zapalone światełka na parapecie. Dawały jej poczucie bezpieczeństwa.

Wciąż, będąc pod wpływem koszmaru, czuła się nieswojo, idąc do kuchni. Nie miała pojęcia, dlaczego jej sny są tak realistyczne i intensywne. Niekiedy, budząc się, miała pewność, że naprawdę tam była.

Zawsze po wejściu do kuchni jej wzrok padał na ścianę, na której zawiesiła piękne słowa, przypominające jej o tym, co jest w życiu najważniejsze. Stały się one jej życiowym mottem.

"Bądź zawsze blisko tych, których kochasz, mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz...2" - przeczytała w myślach po raz setny, a może i tysięczny.

Gdy miała gorszy dzień, obraz przypominał jej o tym, co ważne. Sama go zrobiła - ze starej deski do krojenia - i zawiesiła na kuchennej ścianie. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby się uspokoić.

Nawet będąc w największej złości, gdy tylko spojrzała na te słowa, coś w niej miękło. Zawsze potem krytykowała samą siebie. Czasem nawet mówiła do siebie, próbując się opanować: "Co ja, do cholery, robię? Czemu nie potrafię po prostu ugryźć się w język?".

Przez moment miała wrażenie, że słowa lekko się poruszyły, jakby migotały w świetle lampek z parapetu. Westchnęła cicho i odwróciła wzrok.

Wyciągnęła szklankę z szafki i szybko nalała sobie wody z kranu. Nie lubiła takiej nieprzefiltrowanej. Wypiła jednak całość duszkiem i nalała sobie kolejną porcję. Usiadła na stołku, żeby się trochę uspokoić. Spojrzała jeszcze raz na motto. Trzymała szklankę w dłoniach, co jakiś czas pijąc łyk wody. Ręce lekko jej drżały. Dopiła wodę i odstawiła naczynie ostrożnie do zlewu, jakby się bała, że stukot obudzi domowników.

Cały czas była podenerwowana snem, który był bardzo realistyczny. Oparła się rękami o blat i zamknęła oczy. Jeszcze czuła zapach snu - trawy i kwiatów. Pamiętała słońce, coś znajomego, ale nieuchwytnego, dziwną bramę, śpiew, postacie na łące... I ten moment, kiedy coś niemal ją pochwyciło. Czuła, jakby była tam naprawdę.

"Czemu one znowu wracają? Czyżby... coś się miało wydarzyć?" - przemknęło jej przez głowę.

Może to tylko stres. W ostatnim czasie miała go zbyt wiele. Często się denerwowała z byle powodu.

Wiedziała, dlaczego tak się dzieje. Już niedługo zbliżał się ten dzień. Ciągle się zastanawiała, czy dobrze robi. Czy podejmuje właściwą decyzję. Co może zyskać, a co stracić. Była rozstrojona. Zła na siebie. Wiedziała, że wybucha z byle powodu - za szybko i za ostro. Wszystko to znajdowało swoje ujście w snach.

Do czerwoności potrafiły ją rozpalić naczynia wrzucone do zlewu, które nie zostały od razu wsadzone do zmywarki. Bałagan zrobiony w pokoju, zresztą gdziekolwiek w mieszkaniu. A przecież to mało istotne rzeczy i to nie one były w życiu najważniejsze. Mimo że o tym wiedziała, to i tak nieraz musiała panować nad swoimi emocjami.

Życie jest zbyt krótkie. Zbyt kruche i ulotne. Nie warto marnować go na drobiazgi.

Lepiej zająć się czymś przyjemniejszym i pożytecznym. Niepotrzebnie zaśmiecamy nasze umysły sprawami mało znaczącymi. Bardziej powinniśmy się skupić na życiu toczącym się wokół nas, naszych bliskich, rodzinie, przyjaciołach.

2 Gabriel García Márquez, List do przyjaciół.

Rozdział 2

Jutro

"Przeznaczenie rozdaje karty, a my tylko gramy".

Arthur Schopenhauer

Przygotowania do wyjazdu były prawie zakończone. Ewie zostało jeszcze kilka spraw do załatwienia, ale już teraz zaczynało jej brakować cierpliwości. Ustalili, że na początku pojedzie sama - znając podstawy języka, miała większe szanse na odnalezienie się w nowej rzeczywistości. Wiedziała, że będzie trudno, jednak jej największym zmartwieniem była opieka nad dziećmi.

Nie umiała się z nimi rozstać. Sama myśl o wyjeździe wywoływała w niej strach i wątpliwości: "Czy sobie poradzi? Czy powinna zostawiać dzieci i Piotra?". Czuła, że zostawia go z problemami, które powinni rozwiązywać razem. Im bliżej dnia wyjazdu, tym więcej miała obaw. Starała się jednak nie okazywać tego po sobie.

Postanowiła podjąć pracę jako opiekunka osoby starszej - to była jedna z niewielu dostępnych opcji. Coraz trudniej było im związać koniec z końcem. Finanse były w opłakanym stanie, a powrót po urlopie wychowawczym do pracy w centrum handlowym nie napawał optymizmem.

Znowu miały ją czekać dojazdy, praca zmianowa, przekładanie towarów na półkach... Zawód bez pasji, bez powołania.

Pamiętała, jak mama goniła ją do książek, ale ona wolała marzyć i bujać w obłokach. Teraz miała za swoje - sama dokonała wyborów, których konsekwencje właśnie odczuwała.

Za niepowodzenia mogła winić tylko siebie.

Padło na zachodnich sąsiadów i tak zdecydowała się na wyjazd do Niemiec - najbliższy kierunek. W razie potrzeby można było szybko wrócić. Choć rozważała inne kraje, nie chciała być zbyt daleko od domu. Zawsze była zapobiegliwa, przygotowana na każdą ewentualność. Znajoma, która regularnie wyjeżdżała do takiej pracy, poleciła jej sprawdzone biuro pośrednictwa pracy. Po krótkim przeszkoleniu z zakresu opieki oraz teście językowym miała wyruszyć... gdzieś w nieznane.

Nie wiedziała, w jakim mieście będzie pracować. W agencji pracy zaznaczyła jedynie, że maksymalny czas pobytu to cztery tygodnie. Próbowano ją namówić na dłuższy wyjazd, ale Ewa była nieugięta. W końcu dostała szczegóły: adres rodziny i datę wyjazdu. Planowanie wszystkiego było istnym koszmarem. W Niemczech znała tylko kuzynkę - Hanię, z którą jednak od lat nie miała kontaktu. Próby zdobycia do niej numeru telefonu kończyły się ścianą milczenia. Dalsza rodzina, zasłaniając się "niepamięcią", obiecywała, że "poda później" - nigdy się to jednak nie wydarzyło.

Mimo przeciwności udało się wszystko zorganizować. To była szansa na wyjście z długów, nowy początek. Najbardziej bolesne było jednak pozostawienie dzieci i Piotra na kilka tygodni.

Miała jednak ogromne szczęście - Piotr był zaradny, pracowity, czuły. Nie było rzeczy, której nie potrafiłby zrobić. Kochała go, nie wyobrażała sobie innego mężczyzny u swego boku. Była niesamowicie wdzięczna losowi za to, że go poznała.

Pamiętała dokładnie ich pierwsze spotkanie - jakby złapała Pana Boga za nogi. Był dla niej wsparciem, nawet w najtrudniejszych chwilach. Oboje byli po nieudanych i burzliwych związkach. Żadne z nich nie szukało miłości. Potrzebowali odpoczynku od jakichkolwiek romantycznych relacji. Jednak życie potrafi płatać figle. Odnaleźli się przypadkowo w najmniej oczekiwanym momencie i los ich połączył.

Poznali się u wspólnych znajomych w miasteczku przy granicy. Padał deszcz, gdy Piotr wszedł do ich mieszkania - szczupły, z lekkim zarostem, cały przemoknięty. Spojrzała w jego błękitne oczy i wtedy... wiedziała. Nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego doznała takiego dziwnego uczucia i wręcz pewnego przekonania. Oznajmiła koleżance:

- On zostanie moim mężem.

Ta wybuchła wtedy głośnym śmiechem i powiedziała, że jest szalona. A oni od tego czasu nie rozstawali się ze sobą i dwa lata później zostali małżeństwem. Potem pojawiła się długo wyczekiwana córeczka, o którą tak naprawdę starali się prawie cztery lata. Pierwsze dziecko Ewa straciła kilka lat wcześniej w początkowym etapie ciąży.

Wciąż pamiętała, jak trudno było jej się położyć na fotelu ginekologicznym, aby lekarz mógł usunąć "martwy płód" - jak się wyraził.

Dla niej było to ukochane dzieciątko, które nigdy nie pojawiło się na świecie. Nie chciała o tym wtedy myśleć, czuła się pusta. Potem miała problemy z zajściem w ciążę. Starali się bardzo długo. Leczenie nic nie pomagało, biegali od lekarza do lekarza i płacili za prywatne wizyty. Jeden z profesorów stwierdził nawet, że problem leży w jajnikach i trzeba je usunąć. Nie miała pojęcia, na jakiej podstawie tak wnioskował. Zobaczył ją wtedy pierwszy raz. Podczas krótkiego wywiadu lekarskiego z jego ust szybko padła taka diagnoza. W każdym razie nigdy już do niego nie wróciła.

Dalej starali się o dziecko. Uważała na swoje zdrowie i przestrzegała wszystkich zaleceń innego lekarza. Faszerowała się medykamentami pomagającymi zajść w ciążę i dalej nic. Miała już tego dość i w końcu wyrzuciła wszystkie leki do śmieci. Pomyślała wtedy, że jeśli nie może mieć dzieci, to trudno, chociaż serce pękało jej z rozpaczy. Po miesiącu nagle się okazało, że jest w ciąży. Byli niesamowicie szczęśliwi. Musiała jednak bardzo uważać i brać lekarstwa podtrzymujące ciążę.

***

Najtrudniejsze było znalezienie kogoś, kto pomoże w opiece nad córkami. Nagle się okazało, że rodzice też mogą mieć z tym problem. Niedługo miała wyjechać, a ta najważniejsza sprawa nie została załatwiona. "Może to był znak, że powinna jednak zostać?" - myślała.

Chodziło głównie o poranki - kto zaprowadzi je do szkoły i przedszkola? Obie jej córki bardzo dobrze sobie ze wszystkim radziły, ale musiały być jeszcze pod opieką kogoś dorosłego.

Bardzo liczyła na rodziców, a najbardziej na mamę. Okazało się jednak, że mama raczej nie będzie mogła jej pomóc. Odkąd pamiętała, szwankowało jej zdrowie, a najgorszą chorobą, jakiej doświadczyła jej rodzicielka, była depresja. Kiedyś myślała, że to objaw lenistwa, jednak prawda była inna.

Ojciec Ewy jako jedyny miał szczerą chęć udzielenia im pomocy. Jeszcze wtedy pracował, chociaż był już na hutniczej emeryturze.

Takie były realia i trzeba było zawsze gdzieś dorabiać. Miał jednak zamiar zwolnić się z dodatkowej pracy w piekarni. Powiedział jej wtedy, że nadszedł już czas na odpoczynek i że wiecznie nie ma zamiaru pracować.

Pod koniec sierpnia Ewa niesamowicie się zdenerwowała na mamę. Stało się to podczas zwykłego rodzinnego spotkania u nich w domu. Zwykłe odwiedziny rodziców, ale ona postanowiła jeszcze raz poprosić mamę o pomoc. Chciała tylko, żeby chociaż spróbowała przyjechać i zaprowadzić dziewczynki do szkoły i przedszkola. Wiedziała jednak, że może to być dla jej mamy trudne, bo wyprowadzili się z ojcem kilka lat temu do Piekar Śląskich. Miasteczko było oddalone tylko o piętnaście kilometrów, ale jazda tramwajem trwała prawie godzinę, a potem jeszcze kilometr piechotą - to nie to samo, co jazda samochodem. Przeszła jej nawet przez głowę myśl, że mama mogłaby na jakiś czas zamieszkać u nich, gdy ona wyjedzie.

- Nie dam rady, jestem ciągle zmęczona. Jak sobie to wyobrażasz? Taki kawał drogi codziennie tramwajem - odpowiedziała po raz kolejny mama.

Nie wiadomo kiedy, ale od słowa do słowa i znowu się posprzeczały. Ewa była zła i zawiedziona, że mama nawet nie chciała spróbować. Potem miała pojechać z ojcem pozałatwiać parę spraw w związku z jej wyjazdem. Do końca życia nie zapomni chwili, gdy wsiedli do samochodu oraz tego, co powiedziała wtedy do ojca.

- Tato, do cholery, zrób coś z tym! Mama musi coś w końcu zrobić ze swoim zdrowiem, zmienić lekarza, cokolwiek! Zobacz, jeśliby cię teraz zabrakło, różnie przecież w życiu bywa, to ona sobie nie poradzi. - Przepełniało ją rozczarowanie i złość. Cała była roztrzęsiona, a emocje aż w niej kipiały.

- Daj w końcu spokój, poradzimy sobie przecież - powiedział spokojnym głosem tata. Tak, jakby nic się nie stało.

- Niby jak?! W jaki niby sposób? Ja nie widzę rozwiązania. - Aż jej zabrakło tchu ze złości.

- Przecież powiedziałem, że wam pomogę, to pomogę. Będzie dobrze - skwitował jak zawsze.

Nigdy nie zapomniała tej rozmowy. Wracała do niej wielokrotnie. Czasem myślała, czy to nie ona niechcący wykrakała najgorsze.

"Dlaczego akurat takie słowa przeszły jej przez usta?". Już po kilku tygodniach okazało się, że tata - dotąd wzór zdrowia, praktycznie nigdy niechorujący, poza drobnymi przeziębieniami czy zabiegami - stanął w obliczu najgorszego z wrogów: ukrytego, złośliwego, zdradzieckiego i podstępnego.

Gdy Ewa wyjeżdżała za granicę, nie miała pojęcia, co ich jeszcze czeka.