Tylko dobrzy ludzie zostali - Aldona Reich
35.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
OD AUTORKI
Szanowna Czytelniczko, Szanowny Czytelniku!
Powieść "Tylko dobrzy ludzie zostali" była moim debiutem, który miał szansę zaistnieć dzięki wielu życzliwym osobom. Pierwsza jej wersja wydana została moim własnym, niedużym nakładem i - mimo wielu niedociągnięć - spotkała się z niezwykle życzliwym przyjęciem. Potem, już nakładem Wydawnictwa Vectra, ukazały się kolejne powieści mojego autorstwa ("Bebok", "Życie 2.0", "Strzyga" oraz "Utopiec"), a ja niespodziewanie zatęskniłam za bohaterami swojego debiutu. Zwłaszcza że miałam już pomysł na kontynuację ich losów.
Powieść, którą trzymasz w ręku, ukazała się nakładem Wydawnictwa Vectra. To już wersja poprawiona, poszerzona i ze specjalnym bonusem. Nie wszyscy wiedzą, że pierwowzorem wsi, w której rozgrywa się akcja tej powieści jest Szalowa, autentyczna, rodzinna wieś mojego Ojca, położona w urokliwym Beskidzie Sądeckim. Jakkolwiek wszystkie przedstawione w powieści wydarzenia i osoby są całkowitą fikcją i nie mają żadnego odniesienia w rzeczywistości, to sama wieś posłużyła jako doskonała scenografia dla fabuły. Dokładnie w tych miejscach, o których piszę, jest dworek, kościół, cmentarz, sklep, szkoła, a przede wszystkim dom, w którym toczy się akcja.
Zapraszam do obejrzenia minigalerii zdjęć, która kryje się na wewnętrznej stronie okładki - mam nadzieję, że uwieczniona na fotografiach urokliwa Szalowa pozwoli lepiej wyobrazić sobie miejsca, o których mowa w powieści "Tylko dobrzy ludzie zostali" oraz w... jej kontynuacji.
Aldona Reich
22 WRZEŚNIA, SOBOTA
1.
- Napędowy? - zapytał pracownik stacji benzynowej.
Drgnęłam, jakby wyrwał mnie z letargu.
- Pytam, czy lać olej napędowy? - powtórzył, dając mi jednocześnie do zrozumienia, że powinnam się ogarnąć, bo to nie najlepsze miejsce na bezczynne dumanie. Zerknęłam za siebie i zobaczyłam czekające w kolejce do dystrybutora dwa samochody.
- Tak, tak, napędowy proszę... - uśmiechnęłam się przepraszająco. - Pan będzie tankował? - zdziwiłam się, bo z przyzwyczajenia sięgałam już po pistolet.
- Skoro tu stoję... - odparł. - To ile lejemy? - drążył, ale już nie był taki zasadniczy.
- Pod korek poproszę. Ja już idę do kasy - powiedziałam i poszłam w kierunku budynku.
Po drodze wyciągnęłam karty i od razu ruszyłam po lurę z kawomatu. Obrzydliwość, ale zaczynałam czuć zmęczenie, a raczej unikam napojów energetycznych, zawierających wszystkie możliwe konserwanty. Chwilę jeszcze pokręciłam się między regałami, przymierzyłam przecenione już okulary przeciwsłoneczne, nieuważnie przeleciałam wzrokiem tytuły magazynów. Nic ciekawego.
- Który? - rzuciła zmęczonym głosem dziewczyna przy kasie, gdy już tamten pracownik skończył dokarmiać moje auto.
- Trójka - w lot pojęłam kontekst.
- Karta? Faktura? - kontynuowała ten pseudo-język, oparty na kodach znanych wszystkim przedstawicielom handlowym i maksymalnie oszczędzający jakże cenny czas. - Poproszę sto siedemdziesiąt dwa...
- Bez faktury - rzuciłam szybko i pokazałam kartę. Boże, dlaczego im wszystkim tak się spieszy? Do czego? - I bez potwierdzenia - uprzedziłam, przykładając plastik do czytnika, a potem wbiłam PIN. Dla czystego sumienia jeszcze rozejrzałam się po ladzie, żeby upewnić się co do ewentualnych zakupów: leciwe hot-dogi, podeschnięte i podgrzewane w nieskończoność bułki, obok batony i prezerwatywy, krótko mówiąc: artykuły pierwszej potrzeby, ale nic dla mnie. Z niechęcią odwróciłam głowę i wyszłam z budynku. Odebrałam od pracownika kluczyki i pod pręgierzem niechętnych spojrzeń kierowców oczekujących w kolejce wsiadłam do samochodu.
2.
Wyjechałam na drogę i włączyłam radio. Na jednej ze stacji nabrzmiały nienaturalnym entuzjazmem głos, pewnie należący do nieco wyleniałego, za to nałogowego mentalnie nastolatka, wbijał się w uszy z komentarzem: "To jak?! Słuchacie?! To słuchajcie! Mamy dla was kolejny konkurs! Wyślij SMS-a i...". Wyłączyłam ten wrzask z narastającą irytacją. Do odtwarzacza wsunęłam płytę z kojącą muzyką, wręcz stworzoną do podróży: przed wyjazdem wpadłam jeszcze do Empiku i dzięki temu impulsowi podróżowałam z ciepło otulającym głosem Emeli Sandé, sączącym się z głośników.
Rozejrzałam się po wnętrzu samochodu i kolejny raz stwierdziłam, że wart był każdej cholernej, niewolniczo wypracowanej złotówki. Pachniał nowością i czymś, co wzbudzało we mnie spokój i długo oczekiwane poczucie bezpieczeństwa. My car is my castle... Pomyślałam, że jeszcze do niedawna podróż samochodem na południe, a dokładnie na drugi koniec Polski byłaby czystym szaleństwem. Najdalej wyjeżdżałam zwykle do granic województwa, bo strach przed idiotami na drodze dosłownie mnie paraliżował. Teraz taka droga paradoksalnie stała się prawdziwą przyjemnością i nawet debile za kółkiem mieli dziś u mnie taryfę ulgową.
3.
Było już grubo po północy, gdy w jednym z mijanych miast postanowiłam zrobić sobie krótki postój.
Wbiłam w nawigację nazwę całodobowej gastronomicznej sieciówki i po chwili pomarańczowa linia bezbłędnie doprowadziła mnie do centrum, o tej porze niemal wymarłego.
Zaparkowałam tuż pod witryną jednego z tych miejsc, które nigdy nie śpią, a wejście do tego nocnego świata równoległego zwykle pachnie kawą i szumi przyciszonymi rozmowami. Kiedy młody, ewidentnie niewyspany chłopak w niezbyt twarzowym daszku z logo sieci szykował moje zamówienie, rozejrzałam się po zaskakująco wypełnionej, choć cichej sali. Pomyślałam, że powinnam chwycić swoją porcję antysnu ze spienionym mlekiem i ruszyć dalej, ale... skusiła mnie powszechna anonimowość i poczucie, że cokolwiek zrobię, tu właśnie będzie mi odpuszczone. Bo tej nocy pasowałam do tego wszystkiego jak nigdy wcześniej. Przecież nic mnie nie goni, nikt mnie tu nie zna, a wszyscy o mnie zapomną, gdy tylko zamkną się za mną drzwi. Więc mogę usiąść i pomyśleć. Tyle i aż - jak wszyscy inni nocni goście, zanurzeni w męczącej bezsenności, samotni, a może właśnie samotności poszukujący?
Usiadłam obok faceta pogrążonego w ekranie laptopa. Przystojny, modnie ostrzyżony, z obowiązkową od kilku sezonów brodą. Lekko szpakowaty, może w moim wieku? Nawet na mnie nie spojrzał, nerwowo stukając w klawiaturę. To nawet lepiej: nie muszę nawiązywać żadnych znajomości, nie muszę rozmawiać, nawet nie chcę, ale tutaj to chyba zrozumiałe. Żaden z tych nocnych gości nie przychodzi tu na pogawędki, bo choć z pewnością ma swoją historię, to nikomu jej nie opowie. Ja też.
Sięgnęłam po swojego smartfona i wraz z innymi wpadłam w ten otępiały stan, zatopiona w ekranie. Fejs, insta, poczta i... od początku, i znów, i jeszcze raz, choć wiedziałam, że nie znajdę tam tego, czego w tej chwili potrzebowałam najbardziej.
Minęło niemal pół godziny, gdy dopiłam już zimną kawę i wstałam. Zbierając ze stolika swoje rzeczy, podchwyciłam spojrzenie brodacza, który nagle mnie zauważył, może nawet się zdziwił? Miał ładne, zielone oczy w ciemnej oprawie. Uśmiechnął się zachęcająco, pewnie nie pierwszy raz tu był i z powodzeniem ćwiczył ten sport. Nawet obrączki nie chciało mu się chować. Takie lekarstwo na ewentualne skrupuły: wabik na naiwniary, ilustrujący bezmiar nieszczęścia i uwikłanie w toksyczny związek, wymagający natychmiastowej terapii. Najlepiej na tylnej kanapie samochodu, bez wątpienia zaparkowanego nieopodal.
Wyszłam z kawiarni z ulgą, mocno wciągając w płuca rześkie, nocne powietrze. Wsiadłam do samochodu i włączyłam nawigację. Jeszcze kilka godzin i będę mogła zweryfikować zasadność tej wyprawy, a może raczej... ucieczki?
Zaczynało świtać. Był już pierwszy dzień jesieni.