PROLOG
Noc nad Brzegowcem była cicha.
Zbyt cicha.
Jezioro wyglądało, jakby spało. Gładkie, ciemne, nieruchome - jak lustro, w którym nikt nie chciał się przejrzeć.
Tylko że to była cisza, która nie uspokajała.
Tylko taka, która zapowiadała, że coś zaraz się wydarzy.
Silnik łodzi pracował nisko, prawie bezgłośnie. Światła były zgaszone. Tylko cienka linia księżyca odbijała się na wodzie, prowadząc ich jak ścieżka, której lepiej byłoby nie widzieć.
- Zwolnij - padło cicho.
Głos był spokojny.
Zbyt spokojny jak na sytuację, w której się znajdowali.
Mężczyzna przy sterze nie odpowiedział od razu. Zmniejszył prędkość, ale nie zatrzymał się całkiem. Spojrzał przed siebie, jakby próbował dostrzec coś więcej niż tylko ciemność.
- Jesteśmy na miejscu.
To nie było pytanie.
Z tyłu łodzi ktoś się poruszył. Cień oddzielił się od reszty, prostując powoli. W ręku trzymał coś, co w świetle księżyca błysnęło krótko.
Metal.
- Spóźnili się - powiedział.
- Albo już tu są - odpowiedział drugi.
Cisza wróciła. Gęstsza niż wcześniej.
Brzeg był blisko. Zarys pomostu majaczył w ciemności, nieruchomy, pusty.
Jakby czekał.
Jakby wiedział.
Łódź uderzyła lekko o drewno. Bez hałasu i pośpiechu.
Wyszli pierwsi.
Buty stuknęły głucho o deski. Echo poniosło się po wodzie i zgasło, zanim zdążyło wrócić.
- Nie podoba mi się to - mruknął ktoś z tyłu.
- Nie musi - padła odpowiedź.
Ciche kroki zburzyły ciszę jeziora.
I wtedy - z ciemności padł pierwszy strzał.
Krótki. Ostry. Nie pozostawiający miejsca na pomyłkę.
Jezioro drgnęło.
Ptaki poderwały się gdzieś daleko, a echo rozlało się po wodzie jak pęknięcie, którego nie dało się cofnąć.
Ktoś zaklął. Ktoś upadł.
A potem wszystko potoczyło się za szybko.
Światło.
Krzyk.
Kolejne strzały.
I cisza, która wróciła chwilę później - cięższa niż wcześniej.
Głucha i bezkompromisowa.
Na pomoście zostało coś, czego nie dało się już ukryć.
Coś, co prędzej czy później miało wypłynąć.
Bo Brzegowiec potrafił milczeć.
Ale nie zapominał.
A to, co wydarzyło się tej nocy - miało wrócić.
I zabrać ze sobą wszystko, co jeszcze wydawało się bezpieczne.
Bo gdzieś w tym samym czasie, nieświadome jeszcze niczego,
cztery osoby żyły swoim życiem, wierząc, że to tylko kolejny zwyczajny dzień.
Jeszcze nie wiedzieli, że ta noc już ich wybrała, a ich drogi skrzyżują się szybciej, niż powinni.
Od tego momentu - nic nie będzie już przypadkowe.
Rozdział 9
Poranek w Brzegowcu nie był już tak spokojny jak jeszcze kilka dni temu.
Powietrze było ciepłe, jezioro niemal nieruchome, a światło miękko rozlewało się po tafli wody - a jednak coś wisiało w powietrzu. Coś, czego nie dało się nazwać, ale dało się poczuć.
Plotki.
Zaczęło się niewinnie. Jedna rozmowa na rynku. Jedno zdanie rzucone przy piekarni. Jedno "a słyszałaś...?" wypowiedziane półgłosem.
Teraz mówiło już całe miasteczko.
Kornelia zauważyła to jeszcze zanim dotarła do kawiarni.
Szła dobrze znaną drogą z torbą przewieszoną przez ramię, jak każdego poranka, ale coś było inaczej.
Ludzie rozmawiali ciszej.
Za cicho.
Głowy pochylały się ku sobie, ramiona zbliżały, jakby każde słowo miało wagę czegoś zakazanego. Rozmowy urywały się nagle, kiedy przechodziła obok - jakby ktoś niewidzialny przecinał je nożem.
Przy piekarni dwie kobiety szeptały coś gorączkowo. Jedna z nich ściskała w dłoniach papierową torbę tak mocno, że aż się gniotła. Kiedy zauważyła Kornelię, urwała w pół zdania.
Ich spojrzenia spotkały się na sekundę.
Za długą.
Na rynku grupka mężczyzn stała w półkolu. Jeden z nich mówił szybko, nerwowo, dłonie pracowały w powietrzu, jakby próbował coś odgonić.
- Mówię ci, to nie są żarty... - usłyszała urywek.
- Jeśli to prawda, to wszystko się zmieni - odpowiedział drugi, ciszej, ale z czymś ciężkim w głosie.
Kornelia zwolniła.
Nie zatrzymała się, ale jej krok stracił pewność.
Zmarszczyła lekko brwi.
To nie były zwykłe plotki.
To było coś większego.
Coś, co zaczynało obejmować całe miasteczko, rozlewać się jak fala - powoli, ale nieuchronnie.
Ścisnęła mocniej uchwyt torby.
Nie lubiła tego uczucia.
Tego napięcia, które wkradało się pod skórę bez wyraźnego powodu.
Ruszyła dalej, ale myśl już nie dawała jej spokoju.
Kiedy kilka minut później stanęła przed Leśną Przystanią, wiedziała jedno:
coś się zaczynało.
I nie była pewna, czy to coś dobrego.
Leśna Przystań była pełna ludzi.
Taras tętnił życiem - dźwięk filiżanek, śmiechy, rozmowy, zapach kawy i świeżych ciast mieszały się w jedną, gęstą, niemal namacalną atmosferę.
Ale pod tym wszystkim było coś jeszcze.
Pośpiech.
Nerwowość.
Jakby ludzie próbowali zagadać coś, czego nie chcieli nazwać.
Marta była w samym środku tego chaosu.
Poruszała się szybko, niemal nerwowo - jakby próbowała nadążyć za wszystkim jednocześnie. Jej włosy wymykały się z niedbale związanego kucyka, kosmyki przyklejały się do skroni.
Mimo wczesnej pory zdążyła już potłuc dwie filiżanki i jeden spodeczek.
Każdy dźwięk tłuczonej porcelany był jak mały wybuch.
- Dwa serniki i szarlotka! - rzuciła przez ramię, zapisując coś w notesie, ale jej pismo było poszarpane, nierówne.
- Już się robi! - odpowiedziała Kornelia zza baru, zerkając na nią uważnie.
Marta odwróciła się gwałtownie, niemal wpadając na stolik.
- Marta, zwolnij trochę, bo za chwilę naprawdę będziemy musiały zamówić nową porcelanę - powiedziała spokojniej, niż się czuła.
Marta tylko machnęła ręką.
- Przepraszam, przepraszam - rzuciła szybko do gości i Kornelii, ale już jej tam nie było.
Oddychała szybciej.
Za szybko.
Jej oddech rwał się, jakby nie nadążała za własnym ciałem.
Wzięła tacę.
Za ciężką.
Zdecydowanie za ciężką.
Trzy talerze, dwie filiżanki, szklanki, sztućce.
Palce zacisnęły się na uchwycie.
Ruszyła.
Jeden krok.
Drugi.
Taca lekko się przechyliła.
- O nie... - syknęła pod nosem.
Jej nadgarstek zadrżał.
I wtedy-
czyjeś dłonie pojawiły się nagle pod tacą.
Pewne.
Szybkie.
Stabilne.
Igor.
Złapał ją dokładnie w momencie, w którym wszystko mogło runąć.
Marta zamarła.
Czuła jego dłonie.
Blisko.
Za blisko.