Rozdział 2 - Ucieczka
Ledwo zdążyła się odwrócić, gdy usłyszała ten dźwięk.
Nie było w nim nic ludzkiego. Skrzypienie, jakby łamano wilgotne gałęzie i miażdżono czaszki. Do tego chrapliwy, nierówny oddech. Zbyt ciężki. Zbyt głęboki. Jakby ktoś oddychał ziemią.
Potwory.
Wystarczył jeden rzut oka przez ramię. Nie musiała liczyć. Było ich dziesiątki. Może setki. Poruszały się jak jedna masa, ale każda istota była inna - i wszystkie były koszmarem.
Utkane z ciemności. Ich ciała zmieniały kształt z każdym ruchem - raz przypominały ludzi, raz zwierzęta, raz coś zupełnie obcego. Smolista substancja sączyła się z ich kończyn, znacząc ślady na ziemi wypalonymi runami. Falowały, drgały, przeskakiwały między formami. Jak dym z popiołu, jak wspomnienia, które nie chcą umrzeć.
Szepty.
Słyszała je teraz wyraźnie. Setki głosów mówiących jednocześnie - zbyt wiele, by je zrozumieć. Przypominały modlitwę wypowiedzianą odwrotnie. Jakby każde słowo było przekleństwem. Jakby powtarzały imię, którego nie wolno wymawiać.
Nie czekała.
Odwróciła się i rzuciła do biegu.
Las był gęsty, splątany, ale adrenalina wlała się w mięśnie jak ogień. Biegła, czując, jak serce próbuje wydostać się z klatki piersiowej. Przeskakiwała przez korzenie, ślizgała się po wilgotnych kamieniach, rozdzierała kolanami zbutwiałe liście. Gałęzie smagały ją po twarzy jak bicze. Kolce rozdzierały materiał na ramieniu. Las był żywy. Próbował ją zatrzymać.
Każdy krok był walką. Każdy oddech - walką jeszcze większą.
Za nią - szuranie. Skrzypienie. Dźwięki, które nie powinny istnieć.
Cienie sunęły między pniami. Niektóre poruszały się jak ranne zwierzęta. Inne jak pijani ludzie. Jeszcze inne w ogóle nie dotykały ziemi - płynęły nad nią, zostawiając po sobie chłód. Gdy ich szepty przeniknęły jej myśli, jęknęła. Jakby coś próbowało rozedrzeć jej głowę od środka. Wślizgnąć się przez ucho. Włożyć w usta słowa, których nie znała.
A potem - zapach.
Nie ognia. Ale jakby ziemia została spalona od środka. Jak wnętrze trumny, otwartej po zbyt wielu latach. Zimno i stęchlizna.
Wiedziała, że jeśli się przewróci - jeśli chociaż zwolni - coś ją złapie. I nie wypuści.
Zacisnęła zęby.
Czuła w dłoniach narastającą energię - znajomą. Własną. Magię. Jej pierwsze zaklęcie. Jedyna broń, która nigdy jej nie zawiodła.
Błyskawica.
Wyrzuciła rękę w górę. Cała moc poszła w ten gest. Nie kalkulowała. Nie celowała. Po prostu - wystrzeliła. Rozdarcie nieba. Jasne pasmo światła. Dźwięk eksplozji w jej czaszce. Odpowiedź na ciemność.
Uderzyła.
Niektóre potwory zawyły. Zatrzymały się. Cofnęły.
Ale tylko na moment.
Potem ruszyły dalej - szybciej. Jakby ból tylko je podsycił. Jakby to była gra. I teraz naprawdę się rozkręcała.
Wiktoria sapnęła. Nie mogła tego powstrzymać. Miała za mało siły. Za mało czasu. Za dużo wrogów.
Potrzebowała czegoś więcej.
Czegokolwiek. Byleby wyjście. Byleby kierunek.
I wtedy - zobaczyła to.
Między drzewami, gdzieś daleko, majaczyło światło. Nie blade i zimne, jak to w tym lesie. Nie. To światło było ciepłe. Ruchome. Jak ogień świecy. Jak promień słońca o świcie. Żywe.
Nadzieja.
Rzuciła się w jego stronę, ignorując ból w udach i kolanach. Nie miała planu. Miała tylko ten kierunek.
Czuła, jak potwory skracają dystans. Ich cienie rozciągały się przed nimi, sięgały jej kostek. Szarpały powietrze.
Ale ona nie zwalniała.
Wyciągnęła rękę. Jeszcze trochę. Jeszcze tylko kilka kroków. Była blisko. Tak blisko. I wtedy... Wypadła z lasu.
Światło eksplodowało w oczach. Oślepiające. Bezlitosne. Jakby patrzyła prosto w słońce po latach w ciemności.
Zachwiała się. Kolana ugięły się pod nią. Niemal padła. Ale stała. Jeszcze.
Zamrugała gwałtownie. Rozmazane obrazy ustępowały jasności.
Spojrzała za siebie.
Potwory zatrzymały się tuż za linią drzew. Ich ciała dymiły, pulsowały, traciły formę. Jakby granica światła była dla nich barierą. Nie przekroczyły jej. Ale patrzyły. I nienawidziły.
I wtedy...
Spadła.
Rozdział 3 - Źródło
Ból był ostry jak szkło.
Wiktoria leżała na ziemi, niezdolna się poruszyć. Każda część jej ciała zdawała się krzyczeć. Tępy ciężar na piersi, piekące rozdarcie w biodrze, a noga... noga pulsowała w rytmie jej przerażonego serca. Złamana? Zwichnięta? Nie miała siły tego sprawdzać.
Liczyło się tylko jedno: nie poddać się ciemności, która spływała na nią jak nocna mgła.
Ale było już za późno.
Świat zaczął się rozpływać. Obraz drżał. Wszystko stawało się rozmytym cieniem. Myśli urywały się w połowie. Czuła, jak coś ją zabiera - nie fizycznie, ale głębiej. Jakby rzeczywistość sypała się jak popiół.
I wtedy nastała cisza.
Nie pamiętała momentu, w którym straciła przytomność. Po prostu... zgasła.
Ale coś się zmieniło.
Powietrze stało się inne. Rześkie. Chłodne. Pachniało wilgotnym mchem i czymś jeszcze - nutą, która przypominała zapach pierwszego deszczu w lipcu. Albo burzy, tuż przed uderzeniem pioruna.
Otworzyła oczy.
Srebrny Jeleń stał nad nią. Jego rogi lśniły w świetle księżyca, jakby były utkane z czystego światła. Obok niego, niemal niewidoczny w cieniu, trwał biały wilk. Milczący. Jego oczy miały w sobie spokój pradawnych lasów i dzikość rzeczy, których nie da się oswoić. Nie było w nich litości - tylko prawda.
Niemożliwe.
W normalnym świecie te dwa stworzenia nigdy nie stałyby razem. Ale to nie był normalny świat.
Wilk ruszył pierwszy. Cicho, bezszelestnie. Podszedł do niej. Pochylił łeb. Ciepło jego oddechu musnęło jej policzek. Pachniał jak ziemia po deszczu. Jak noc, która nie zagraża.
A potem - delikatnie, z niepojętą siłą - wsunął się pod nią. Podniósł ją na grzbiet, jakby była lekka jak piórko. Nie jęknęła. Nie zaprotestowała. Nie mogła.
Była w transie.
Chciała zapytać: Dokąd mnie zabieracie? Ale słowa nie przyszły. Nie były potrzebne. Odpowiedź tliła się gdzieś głęboko, na krawędzi zrozumienia.
Jeleń ruszył pierwszy. Jego kroki były spokojne, precyzyjne, jakby znał drogę od zawsze. Wilk poszedł za nim, niosąc ją ostrożnie, ale bez zwątpienia. Ich ruchy były zsynchronizowane. Dwa oddechy. Dwa serca. Dwóch strażników.
Las się zmieniał. Z ciemności wyłaniały się światła - drobne, tańczące iskry. Jakby same drzewa oddychały magią. Wiktoria leżała bez ruchu, ale w środku coś zaczynało się budzić. Coś głębokiego. Coś, co znała, ale zapomniała.
Nad jeziorem zatrzymali się.
Woda lśniła w blasku gwiazd, jakby nie odbijała nieba, lecz była jego częścią. Tafla drżała lekko, jakby pod spodem coś oddychało.
Wilk pochylił się. Zsunął ją powoli na miękką trawę. Nie bolało. Była zbyt odrętwiała, by czuć cokolwiek poza drżeniem wewnątrz.
Spojrzała na jezioro.
Było żywe.
Woda pulsowała. Migotała. Świeciła nie swoim światłem - ale światłem, które znała z dawnych snów. Błękitnym. Głębokim. Prawdziwym.
Wilk dotknął jej ramienia nosem. Delikatnie. Jak znak.
Nie musiał mówić. Wiktoria zrozumiała.
Z trudem uniosła się na rękach. Poczołgała się do wody. Jej powierzchnia nie stawiała oporu. Zanurzyła dłonie. A potem twarz. A potem całe ciało.
Lodowaty chłód wniknął do niej jak cień, ale nie bolał. Był oczyszczający. Jakby całe cierpienie zostało z niej wypłukane. Rana w nodze - przestała pulsować. Ból - rozpłynął się. Ciało - stało się lekkie. Serce - uspokoiło się.
Woda zaczęła wokół niej wirować. Najpierw powoli. Potem szybciej. Bombelkowała, kręciła się jak w tanecznym kręgu. Jakby chciała ją objąć. Albo zabrać. Ale nie bała się. Czuła energię. Czystą. Surową. Dobrą.
Jej ciało chłonęło ją jak gąbka. Każda komórka rozświetlała się od środka. Czuła, jak coś wraca. Jakby odzyskiwała fragment siebie, który zgubiła dawno temu. Może jeszcze zanim przeszła przez portal.
Wyszła z wody powoli, jakby rodziła się na nowo. Na brzegu czekali. Wilk i Jeleń. Nieruchomi, cisi, Strażnicy.
Spojrzała na nich. Nie umiała tego opisać, ale wiedziała, że była bezpieczna. Że dzięki nim żyje.
- Dziękuję - wyszeptała. Nie wiedziała, do którego. Może do obu. Może do samego miejsca.
Wilk spojrzał na nią. Długo. Głęboko. A potem zniknął między drzewami.
Jeleń skinął lekko głową i również odszedł, jakby ich rola dobiegła końca.
Została sama. Ale nie czuła się już samotna. Tylko pełna zdziwienia i cichej wdzięczności.
Rozdział 1- Przejście
Upadła na kolana.
Ziemia poddała się miękko, jakby sama bała się zakłócić ciszę, która zawisła nad tym miejscem niczym zbyt gruby koc. Mokra, pachnąca butwieniem ściółka przyjęła jej ciężar bez oporu. Mgła przylgnęła do skóry jak zimny pot, a powietrze smakowało pleśnią i wilgocią, jakby las oddychał stęchłym oddechem dawnych czasów.
Ostatni potwór rozpadł się w smugę czarnego pyłu. I choć już go nie było, w jej żyłach wciąż huczał ogień walki. Adrenalina śmigała po ciele jak dziki koń, przypalając wspomnienia: pustka w oczach bestii, ich szpony wgryzające się w ciało. Szpony, które jeszcze przed chwilą rwały powietrze z przeraźliwym świstem.
Jeszcze przed chwilą słyszała krzyki. Czyj głos przebijał się przez kakofonię chaosu? Kuba? Michał? A może Ola? A co z Adamem i Natalią! Wszyscy krzyczeli. Ona też. W oczach migotały błyski. W uszach dźwięczał mechaniczny zgrzyt - rytmiczny, wwiercający się w czaszkę. Portal w oddali pulsował, w połowie zamknięty, niestabilny. Obok - stalowe urządzenie, bijące czarnym światłem, jakby samo było sercem całego zła. Czuła, że to ono trzyma otwartą bramę. Że jeśli coś może ją uratować - to właśnie jego zniszczenie.
Ból. Ciemność. Gęsta substancja, która otulała ją jak trujący śluz. Dusiła. Odbierała siły. Ale zebrała się w sobie. Jeszcze raz. Ostatni.
Uderzyła.
Eksplozja rozerwała mechanizm z hukiem, który przeszył wszystko - świat, umysł, ciszę. Portal zawirował, skurczył się jak ściśnięte źrenice, aż wreszcie... zniknął. Świat zadrżał.
I wtedy zapadła pustka.
Ból nie był fizyczny. To nie mięśnie ani kości płakały - to coś głębiej. Jakby ktoś przeciął nitkę, która wiązała ją z domem, z życiem. Przeciął ją nagle. Bez uprzedzenia.
Ostatnia myśl przed skokiem?
"Jeśli mam zginąć... niech to chociaż będzie po coś."
A teraz... była tutaj.
Las. Cień. Milczenie. Obca rzeczywistość.
Odwróciła się. Portal zniknął. Jakby nigdy go nie było. Tylko ślady walki: połamane gałęzie, wypalona trawa, pył po monstrualnym ciele, który rozwiewał się w ciszy. Jak popiół po zgasłym ognisku.
Droga powrotna była zamknięta.
Może na chwilę. Może na zawsze.
Dotknęła ramienia. Ból przypomniał jej, że żyje. Rana po szponach pulsowała rytmicznie, jakby wciąż słyszała echo tamtej walki. Krew zasychała na skórze, lepka i drażniąca. Musiała wstać.
Oparła się o pień drzewa. Zimna, gładka kora była jak dotyk nieznajomego - twardy, obcy, bezlitosny. Drzewo wyglądało na martwe, choć nadal stało. Tak jak cały ten las - stał, ale nie żył.
Rozejrzała się.
Drzewa wznosiły się nad nią jak kościotrupy, wyciągające ku niebu palce bez końców. Nagie gałęzie splatały się wysoko, tworząc ponurą kopułę, przez którą przedzierały się jedynie blade strużki światła. Widziane z dołu wyglądały jak żyły pod cienką skórą. Liście - jeśli w ogóle można je tak nazwać - miały barwę atramentu i kształt ostrzy. Niektóre poruszały się same z siebie, jakby coś niewidzialnego szeptało im do ucha.
Panował tu wieczny zmierzch. Cienie były gęste i lepkie jak smoła. Zapach ziemi mieszał się z nutą czegoś słodkiego i zgniłego. Czegoś, co przyprawiało o mdłości. Czegoś nie na miejscu. Z głębi lasu dochodził tylko jeden dźwięk - szelest, zbyt regularny, by był dziełem wiatru. A jednak... żadnych ptaków. Żadnych owadów. Żadnego życia.
Tylko cisza.
I wtedy ją poczuła.
Magia.
Nie delikatna, nie ukryta. Namacalna. Gęsta jak mgła. Wibrowała w powietrzu. Przepływała pod ziemią, pod skórą, między włóknami roślin. Przesączała się przez każdy liść, każdą cząstkę powietrza. Czuła ją całym ciałem - nie jak dotyk, ale jak wewnętrzne światło, jakby serce nagle zaczęło bić w rytm tego miejsca.
Przez ułamek chwili zapomniała o bólu. O strachu. O krwi na ramieniu.
Zamknęła oczy.
I oddychała.
Czuła, jak magia ją leczy, jak koi spięte mięśnie. Jakby las akceptował jej obecność. Jakby nie była tu wbrew jego woli.
Ale wiedziała, że to złudzenie.
Nie powinna przeżyć. Nie powinna tu być.
Wciąż widziała twarz potwora - jego puste oczodoły, szpony rozrywające jej ciało, ogień wokół. W ostatnim geście rzuciła w niego całą swoją moc. Wszystko, co miała. I wskoczyła w portal. Wraz z nim.
Czy udało jej się go pokonać?
Czy był tu, gdzie ona?
Gdzie są inni?
Serce zacisnęło się w piersi.
Kuba, Michał, Ola, Natalia i Adam - byli tam. Po drugiej stronie. Otoczeni chaosem. Ognistą ścianą. Cieniami, które zabijały bez dźwięku. Nie wiedziała, czy przeżyli. Ale musiała wierzyć, że tak. Nie mogła sobie pozwolić na inną wersję. Ich porażka oznaczała, że wszystko było na nic.
Zrobiła krok. Ziemia jęknęła pod jej ciężarem.
Rozejrzała się. Nie widziała Mrocznego Mężczyzny. Nie czuła jego obecności.
Czy to znaczy, że go pokonała?
Czy naprawdę udało się zamknąć portal?
Mogłaby teraz uciec. Odpocząć. Ale coś nie dawało jej spokoju.
Las był zbyt cichy.
Zbyt idealny w swojej martwocie.
Zbyt... pusty.
W prawdziwym lesie słychać życie. Śpiew ptaków. Szmery, kapanie wody, brzęczenie owadów. Tutaj - nic. Jakby świat wstrzymał oddech. Jakby wszystko czekało. Ale na co?
Na nią.
To miejsce ją obserwowało. Czuła to pod skórą - ciarki pełzły wzdłuż kręgosłupa. Każdy cień wydawał się mieć oczy. Każdy ruch był śledzony.
Nie była tu sama. Wyostrzyła zmysły. Napięła ciało.
W ciemności coś się poruszyło.
Wysunęła rękę przed siebie, gotowa do walki. Puls znów przyspieszył. Powietrze zgęstniało. Drzewo za nią zadrżało pod dotykiem niewidzialnego oddechu.
I wtedy to zobaczyła. Coś patrzyło.
Rozdział 5 - Spotkanie
Tygodnie zlewały się w jedno, odmierzane wschodami i zachodami słońca nad obcym lasem. Wiktoria i Cień, jej niemy towarzysz, nie spotkali ani jednej ludzkiej twarzy. Nie wiedzieli nawet, czy w tym świecie istnieją inni ludzie. Dni kurczyły się i rozciągały w rytmie treningu, polowania i nauki. Instynkty Wiktorii ostrzyły się jak nóż na kamieniu. Czuła, jak siła wzbiera w jej mięśniach, jak nowa zręczność wlewa się w ruchy. Rosła. Szybciej, niż wydawało się to możliwe.
Las stał się jej nauczycielem, surowym i milczącym. Ale nie tylko ciało chłonęło lekcje. Coś budziło się w jej wnętrzu, dar rozkwitający w ciszy. Wilcza czujność i jelenia wrażliwość - dary od duchów lasu - otworzyły jej oczy na niewidzialne. Zaczęła dostrzegać dusze. Nie jak mgliste kształty, ale jak żywe światła. Patrzyła na ptaka zrywającego się do lotu i widziała iskrę pulsującą pod piórami, czystą energię życia. Obserwowała płaza nieruchomego na liściu i czuła bijące od niego ciepło istnienia. Jasne, klarowne, piękne.
Ale nie wszystko w tym lesie jaśniało.
Czasem natrafiała na inne byty. Smoliste, poskręcane kształty sączące mrok. Potwory. Ich dusze były jak dziury w rzeczywistości, czarne plamy pożerające światło. Czuła emanujący z nich chłód, zastałą nienawiść, która kładła się na płucach jak trujący gaz. Z czasem, gdy jej wewnętrzny wzrok się wyostrzał, zaczęła rozpoznawać echa starych opowieści. Strzyga - jej spojrzenie było jak lodowaty szpon sięgający po duszę. Zmora - cień przemykający między drzewami, obietnica koszmaru dla nieostrożnych śpiących. Licho - skulona postać na skraju widzenia, zwiastun pecha, który czaił się jak zaraza. Uczyła się ich unikać, czując ich obecność na długo przedtem, zanim mogła je zobaczyć.
Pewnego popołudnia, gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, malując niebo na pomarańczowo i fioletowo, zapuścili się dalej niż zwykle. W gęstwinie, niemal wrośnięta w otoczenie, stała chata. Mech jak zielony kożuch pokrywał spróchniałe belki, dach uginał się pod ciężarem liści i gałęzi. Wyglądała staro, jakby pamiętała czasy, gdy drzewa wokół były tylko siewkami. Ale biło od niej coś więcej niż tylko zapomnienie. Słaby zapach dymu unosił się w powietrzu, zmieszany z czymś innym. Zioła, tak. Ale też coś cięższego, słodkawego. Niepokojącego.
Podeszli bliżej, stąpając cicho po zeschłych liściach. Drzwi zaskrzypiały przeciągle, jak jęk umierającego drzewa, i otworzyły się do środka. W progu stanęła kobieta. Staruszka. Siwe włosy upięła niedbale z tyłu głowy. Jej oczy miały kolor letniego nieba tuż przed burzą - jasne, przejmujące, zbyt bystre. Uśmiechała się, a jej twarz pokrywała siatka zmarszczek. Uśmiech wydawał się ciepły, zapraszający. Ale coś było nie tak. Wiktoria wciągnęła powietrze. Nic. Staruszka nie miała zapachu. Żadnego. Ani potu, ani starości, ani nawet dymu, który snuł się z komina. Pustka tam, gdzie powinien być zapach. To było nienaturalne. Jak cisza w środku krzyku.
- Witaj, dziecko. Wyglądasz na strudzoną drogą - jej głos był łagodny, melodyjny jak kołysanka. - Wejdź, ogrzej się. Mam gorącą strawę i kąt do spania.
Nagle Nyxar zesztywniał. Sierść na karku uniosła mu się jak kolce jeża. Z gardła wydarł mu się niski warkot, a kły błysnęły bielą w gasnącym świetle.
- Nyxar? - szepnęła Wiktoria, kładąc dłoń na jego grzbiecie. Czuła drżenie napiętych mięśni.
Pies nie spuszczał wzroku ze staruszki. Jego oczy, zwykle mądre i spokojne, teraz płonęły ostrzegawczym ogniem. Instynkt wył, alarmując o czymś, czego ludzkie zmysły Wiktorii jeszcze nie zarejestrowały.
Ona mnie nie wpuści, dotarła do Wiktorii myśl Nyxara, ostra jak odłamek lodu. A nawet gdyby, nie chcę tam wchodzić. Coś tu cuchnie... chociaż nie ma zapachu.
- Ach, twój towarzysz... - staruszka westchnęła, a jej uśmiech na moment stracił blask. - Niestety, musi zostać na zewnątrz. W mojej skromnej chacie nie ma miejsca dla takich... stworzeń. Na pewno będzie mu lepiej pod gołym niebem.
Lód w żołądku Wiktorii zaczął rosnąć. Nyxar nigdy się nie mylił. Jego instynkt był kompasem w tym dziwnym świecie. Ale była tak cholernie zmęczona. Każdy mięsień bolał od treningu, a kości ciążyły jak kamienie. Perspektywa ciepłego posiłku i dachu nad głową... choćby na chwilę. Tylko na chwilę odpocząć.
- Dobrze, Nyxar. Poczekaj tutaj - powiedziała cicho, starając się, by głos jej nie drżał. Czuła jego niechęć, jego napięcie. - Tylko sprawdzę, co i jak. Zaraz wrócę.
Wślizgnęła się do środka. Drzwi zamknęły się za nią z trzaskiem, który podskoczył jej w piersi. Dźwięk był zbyt głośny, zbyt ostateczny.
Wnętrze chaty uderzyło ją falą ciepła i zapachów. Zioła. Suszone pęczki zwisały z belek pod sufitem - lawenda, bylica, piołun, dziurawiec - ich aromaty mieszały się, tworząc gęstą, niemal oszałamiającą woń. Było tu... przytulnie. Niemal zbyt przytulnie. Jak pułapka zastawiona miękkim futrem. Ściany zdobiły tkane makaty o skomplikowanych wzorach - splątane korzenie, wijące się gałęzie, cienie czające się wśród liści. Przy kominku stały dwa wysłużone fotele, drewniane podłokietniki lśniły od dotyku rąk przez lata. Na półkach rzędem stały buteleczki z ciemnymi płynami, opatrzone wyblakłymi etykietami z niezrozumiałymi symbolami. Masywny kredens pod ścianą miał lekko uchylone szuflady, ukazując skrawki zawartości - kłębki nici, ogarki świec, drobne drewniane figurki przypominające ludzkie sylwetki. Światło kilku świec tańczyło na ścianach, rzucając długie, ruchliwe cienie. Wyglądały, jakby żyły własnym życiem. Na stole stał parujący garnek i miski z leśnymi owocami - jagody lśniły jak klejnoty, grzyby pachniały ziemią i wilgocią.
Ale powietrze było ciężkie. Każdy dźwięk wydawał się nienaturalnie głośny. Bulgotanie zupy w garnku brzmiało jak szmer wielu szeptów. W kącie, na półce, siedział rząd lalek. Porcelanowych. Wiktoria poczuła zimny dreszcz pełznący po plecach. Każda lalka była inna. Miały różne stroje, różne włosy. Ale to ich twarze... Niektóre uśmiechały się szeroko, nienaturalnie. Inne miały wyraz smutku, rezygnacji. Jeszcze inne... wyglądały na przerażone. Ich szklane oczy zdawały się wbijać w nią spojrzenie.
- Sama je robię - odezwała się staruszka tuż za jej plecami. Wiktoria drgnęła. - Każda ma swoją historię. Może opowiem ci którąś później?
Niepokój zacisnął się w żołądku Wiktorii jak zimna pięść. Wspomnienie smolistych potworów z lasu mignęło jej przed oczami. Coś było tutaj bardzo, bardzo nie tak.
- Pachnie... cudownie - wymusiła uśmiech, starając się zapanować nad drżeniem głosu. Trzeba grać. Udawać. Na razie.
Staruszka uśmiechnęła się szerzej, ale jej oczy pozostały zimne, ciemne jak studnie bez dna.
- Oczywiście! Specjalnie na takie chłodne wieczory jak ten - odparła słodko. Za słodko.
Wiktoria usiadła przy stole. Miska z owocami kusiła. Żołądek skręcał się z głodu. Tęskniła za smakiem czegoś innego niż znalezione owoce, grzyby i korzonki. Za czymś... normalnym.
- Dziękuję za gościnność - powiedziała, starając się, by brzmiało to szczerze.
Staruszka nalała zupy do glinianej miski i postawiła przed nią. Wiktoria zawahała się tylko przez moment, potem wzięła łyżkę. Pierwszy kęs był eksplozją smaku. Ciepło rozlało się po jej ciele. Zupa była gęsta, aromatyczna, pełna ziół i leśnych nut. Przypomniała jej coś odległego, coś z innego życia - smak domowego obiadu. Pochłonęła kilka łyżek, zanim rozsądek zdążył zaprotestować.
Z każdą chwilą spędzoną w chacie, Wiktoria czuła coraz większy dysonans. Przytulność tego miejsca była jak cienka zasłona, za którą czaiło się coś innego. Coś starego i cierpliwego. Wiedziała, że powinna wyjść, wrócić do Nyxara, do zimnej, ale uczciwej nocy w lesie. Ale zmęczenie ciągnęło ją w dół. I ta zupa... była taka dobra.
Zostanę na noc, zdecydowała nagle, czując wyrzuty sumienia wobec Nyxara. Jestem wykończona. Muszę odpocząć. Nawet jeśli to miejsce jest dziwne. Bezpieczeństwo wydawało się iluzją, ale tak bardzo go pragnęła. Może ta noc przyniesie odpowiedzi.
Wymknęła się na zewnątrz. Nyxar czekał przy drzwiach, nieruchomy jak posąg. Powietrze na dworze było rześkie, czyste. Przekazała mu swoją decyzję szeptem. Pies tylko spojrzał na nią głęboko, a potem skinął łbem. Nie było w tym zgody, tylko akceptacja. Będzie czekał. Czuwał. Gdyby coś...
Kiedy wróciła do chaty, staruszka krzątała się przy półce z lalkami, poprawiając ich stroje, układając je w rzędzie. Teraz Wiktoria mogła im się przyjrzeć bliżej. Każda była unikatem. Długie sukienki z koralikami, proste tuniki, misternie haftowane detale, wyblakłe jak wspomnienia. Porcelanowe twarze lśniły w drżącym świetle świec. Szklane oczy, głębokie i nieruchome, zdawały się kryć nieme sekrety. Niektóre miały rumiane policzki i delikatne uśmiechy. Inne wyglądały na zastygłe w bólu, strachu, jakby uwięziono je w momencie największego przerażenia. Ręcznie malowane rzęsy rzucały długie cienie. Cienkie, porcelanowe palce zastygały w niemych gestach - prośby? Ostrzeżenia? Czasem wydawało jej się, że widzi kątem oka, jak któreś spojrzenie przesuwa się powoli w jej stronę. Że te lalki nie są martwe. Nie do końca.
Noc zapadła gęsta jak smoła. Wiatr szeptał w gałęziach za oknem, a cienie w chacie tańczyły coraz niespokojniej. Czuła Nyxara za drzwiami, jego czujną obecność jak tarczę przeciwko mrokowi.
Staruszka usiadła naprzeciwko niej i zaczęła opowiadać. O lalkach. Mówiła o nich jak o osobach, które znała. Opowiadała ich historie - strzępki losów, imiona szeptane jak zaklęcia. Wiktoria słuchała, starając się wyłowić coś istotnego, jakiś klucz do zrozumienia tej kobiety, tego miejsca. Ale słowa staruszki były jak mgła, otulały, usypiały.
W końcu opowieści ucichły. W chacie panowała tylko cisza przerywana trzaskaniem ognia w kominku i zawodzeniem wiatru. Wiktoria czuła, jak powieki jej ciążą. Zmęczenie, ciepło, pełny żołądek... a może coś jeszcze? Postanowiła poddać się senności. Położyła się na wskazanej przez staruszkę pryczy przykrytej miękkimi skórami.
Zasypiała z kłębowiskiem myśli. O tym dziwnym świecie, o mocy rosnącej w jej żyłach, o Nyxarze czuwającym za drzwiami i o staruszce z oczami jak studnie. I o lalkach. Przede wszystkim o lalkach. Co przyniesie ranek? Odpowiedzi? Czy kolejne pytania? Zamknęła oczy, czując, jak ciemność chaty otula ją niczym ciężki, wełniany koc.
Rozdział 6 - Porcelanowa prawda
Obudziła się powoli, jak wynurzając z głębokiej, mętnej wody. Przez ułamek sekundy czuła tylko miękkość pod głową, ciepło otulające ciało. Prawie uwierzyła. Prawie dała się zwieść myślom o domu, o własnym łóżku, o tym, że to wszystko - ten las, te potwory, ta chatka - było tylko koszmarem. Ale potem uderzył ją zapach. I wspomnienie.
Powietrze było gęste od aromatów. Zioła, świeżo pieczony chleb, duszone grzyby, słodka woń jagód. Zapach tak intensywny, że aż kręciło w nosie, a ślina napływała do ust. Zbyt intensywny. Zbyt doskonały. Otworzyła oczy.
Stół uginał się pod ciężarem jedzenia. Parująca zupa w glinianym garnku, rumiane bochenki chleba o chrupiącej skórce, misy pełne lśniących owoców, złociste kapelusze grzybów smażone na maśle. Uczta godna króla, zastawiona w sercu dziczy. Coś tu zgrzytało. Coś wołało o ostrożność.
A nad tym wszystkim krzątała się ona. Staruszka. Jej pomarszczona twarz promieniała dziś rano niemal anielską dobrocią. Poruszała się z zaskakującą energią, nucąc coś pod nosem. Jak babcia z bajki. Tej o piernikowej chatce i dzieciach w klatce.
- Obudziłaś się, kochana! - zawołała promiennie, dostrzegając Wiktorię. Głos miała słodki jak miód. - Mam nadzieję, że spałaś dobrze. I że jesteś głodna! Śniadanie gotowe!
Zapach kusił, burczało jej w brzuchu, ale nagle poczuła ukłucie winy, ostre jak szpilka. Nyxar. Czekał całą noc. Sam, na zimnie, bez jedzenia. A ona spała w cieple, zajadała zupę. Wstyd zapiekł ją pod powiekami.
Zerwała się z pryczy, ignorując protestujące mięśnie. Zaczęła nerwowo chodzić po izbie, unikając wzroku staruszki i spojrzenia stołu.
- Och, pachnie... niesamowicie - wymamrotała, starając się nadać głosowi entuzjazm, którego nie czuła. - Ale ja... ja już muszę iść. Bardzo dziękuję za gościnę, za wszystko. Naprawdę.
Staruszka odwróciła się od paleniska. Uśmiech na jej twarzy lekko przygasł, a w oczach, tych jasnych, burzowych oczach, pojawił się cień. Ledwie zauważalny, ale był tam. Niezadowolenie?
- Tak szybko? - spytała, przechylając głowę. - Dopiero świta. Zjedz chociaż kawałek chleba. Nabierzesz sił. Droga przed tobą pewnie długa.
- Naprawdę bym chciała - skłamała Wiktoria, czując, jak narasta w niej niepokój. Coś w tej przesadnej gościnności było lepkie, jak pajęcza sieć. - Ale... obiecałam komuś. Czeka na mnie. Nie chcę, żeby się martwił.
Staruszka westchnęła. Dźwięk był długi, przeciągły, jakby wypuszczała powietrze z miecha. Pokręciła głową, a na jej twarz wrócił ten słodki, babciny uśmiech.
- Rozumiem, rozumiem - powiedziała łagodnie. Głos znów był jak kołysanka. - Rodzina to ważna rzecz. Albo przyjaciele. Nie będę cię zatrzymywać siłą. Ale... zanim pójdziesz, weź ode mnie mały podarunek. Na drogę.
Wiktoria zesztywniała. Zimny dreszcz przebiegł jej po karku. Nie chciała niczego od tej kobiety. Absolutnie niczego. Ale odmowa mogła ją sprowokować. Czuła to w powietrzu, w napięciu, które nagle zgęstniało w chacie.
Staruszka podeszła do rzeźbionej, ciemnej skrzyni stojącej w kącie. Położyła na niej pomarszczoną dłoń, pogładziła wieko. Jakby delektowała się tą chwilą. Potem, z gestem pełnym teatralności, uniosła ciężkie wieko. Zapach naftaliny i ziół uderzył w nozdrza Wiktorii.
- Chłodne dni idą - powiedziała staruszka, wyciągając ze skrzyni futro. - To cię ogrzeje w drodze.
Było piękne, trzeba przyznać. Gęste, lśniące, o głębokim, kasztanowym kolorze. Wyglądało na miękkie i ciepłe. Ale gdy staruszka podeszła bliżej, trzymając je przed sobą, Wiktoria poczuła falę odrazy. Futro wydawało się... żywe. Zbyt ciepłe, jakby wciąż tlił się w nim żar skradzionego życia. Ciężkie. Duszne.
- Och, nie trzeba było - bąknęła Wiktoria, cofając się o krok. - Naprawdę, mam w co się ubrać. Jest mi ciepło.
- Ależ nalegam! - Staruszka zignorowała jej protest. Jej uśmiech stał się szerszy, bardziej natarczywy. - Leżało w skrzyni i czekało. Na kogoś takiego jak ty. Przymierz je chociaż. Zobaczysz, jak dobrze leży.
Wiktoria znalazła się w pułapce. Nie chciała jej dotykać, nie chciała tego futra na sobie. Ale spojrzenie staruszki było twarde, wyczekujące. Niechętnie, czując, jak skóra jej cierpnie, pozwoliła staruszce zarzucić futro na swoje ramiona.
I wtedy świat runął.
Najpierw zawrót głowy. Ostry, gwałtowny. Podłoga zakołysała się pod jej stopami. Potem powietrze zgęstniało, wciskając się w płuca jak ciężka, mokra szmata. Dusiła się. Obraz przed oczami zaczął falować, kolory rozlewać się jak akwarele na mokrym papierze. Dźwięki - trzaskanie ognia, tykanie zegara, którego wcześniej nie zauważyła - stały się głuche, odległe. Serce waliło jak młotem o żebra, ale nogi miała jak z waty. Osunęła się na kolana, łapiąc spazmatycznie powietrze.
A staruszka zaczęła się śmiać.
To nie był już ciepły, serdeczny chichot. To był wysoki, piskliwy, histeryczny rechot triumfu. Dźwięk, który drapał pazurami po wnętrznościach. Przeszył Wiktorię na wylot lodowatym dreszczem.
- Głupia! Głupia dziewczynka! - wysyczała staruszka, a jej twarz wykrzywił grymas czystej złośliwości, odsłaniając dziąsła. Zniknęła babcina maska, została tylko chciwość i okrucieństwo. - Myślałaś, że stara baba przygarnie cię z dobroci serca? W tym świecie nie ma nic za darmo!
Futro! To futro! Czymś je nasączyła. Czuła to teraz - lepki, słodkawy zapach wnikający w skórę, paraliżujący wolę. Trucizna. Powolna, podstępna. Taka, która nie zabija od razu. Tylko osłabia. Czyni bezbronną. Ułatwia... wydobycie esencji. Do tych jej lalek.
- Będziesz moją najpiękniejszą laleczką! Taką żywą, taką pełną światła! - wrzasnęła staruszka, podchodząc bliżej. W jej oczach płonęło szaleństwo.
Ale staruszka nie wiedziała wszystkiego. Nie wiedziała o małej, kolorowej żabce z bagien. O jej darze. O odporności, która płynęła teraz w żyłach Wiktorii, walcząc z trucizną. Oszołomiona, na granicy utraty przytomności, ale wciąż świadoma. Musiała walczyć.
Rozpaczliwie rozejrzała się po izbie. Broń. Cokolwiek. Jej wzrok padł na półkę. Na rząd pustych, szklanych oczu wpatrzonych w nią z porcelanowych twarzy. Lalki.
Oddech miała płytki, świszczący. Serce łomotało w piersi. Czas uciekał. Drżącą ręką, zbierając resztki sił, sięgnęła po najbliższą lalkę. Tę z pęknięciem na policzku. Była ciężka, zimna. Coś zagrzechotało w jej pustym wnętrzu.
Bez chwili namysłu, z siłą zrodzoną z paniki, zamachnęła się i uderzyła. Prosto w skroń zbliżającej się staruszki.
Trzask! Ostry dźwięk pękającej porcelany odbił się echem w małej izbie. Drobne, białe odłamki posypały się na drewnianą podłogę.
Krzyk. Przeraźliwy, pełen bólu i zaskoczenia. Staruszka zachwiała się, zatoczyła do tyłu, łapiąc się za głowę. Z jej palców pociekła krew, barwiąc siwe włosy na czerwono. Oczy, utkwione w Wiktorii, płonęły teraz czystą nienawiścią.
Wiktoria nie czekała. Adrenalina płynęła w niej gorącą falą, zmywając resztki trucizny. Furia i strach dodały jej sił. Rzuciła się na pozostałe lalki. Chwytała je i ciskała o podłogę, o ściany, o nogi stołu. Porcelana pękała z suchym trzaskiem, szklane oczy rozpryskiwały się w pył. Z każdego rozbitego naczynia dobiegał jakby cichy szept, westchnienie ulgi. Jakby uwięzione dusze w końcu odzyskiwały wolność.
Gdy ostatnia lalka rozsypała się w kawałki, staruszka osunęła się bezwładnie na ziemię. Leżała nieruchomo wśród potrzaskanych fragmentów swoich "dzieci".
Cisza. Gęsta, ciężka, przerywana tylko świszczącym oddechem Wiktorii. Podeszła ostrożnie. Pochyliła się, drżącą ręką dotknęła szyi staruszki. Nic. Żadnego pulsu. Zimna skóra.
Nie żyła. Czy od uderzenia? Czy jej życie było splecione z tymi lalkami, gasnąc wraz z ostatnią z nich? Wiktoria nie wiedziała. I chyba nie chciała wiedzieć.
Przez chwilę stała nieruchomo, wpatrując się w ciało na podłodze. Potem, jakby wyrwana z transu, jej umysł przełączył się na tryb przetrwania. Rozejrzała się po chacie. Wiedziała, że musi uciekać, ale nie mogła odejść z pustymi rękami. Potrzebowała rzeczy. Podbiegła do skrzyni, z której staruszka wyciągnęła futro. W środku, pod kilkoma innymi skórami, znalazła prostą, płócienną torbę. Zaczęła gorączkowo pakować. Scyzoryk leżący na stole. Kilka suchych kromek chleba ze stołu, owiniętych w szmatkę oraz trochę owoców. Znalazła też zapasową, grubą koszulę i spodnie, które wyglądały na jej rozmiar. Wszystko, co mogło się przydać w drodze. Działała mechanicznie, starając się nie myśleć o tym, co właśnie zrobiła, ani o tym, czyje były te rzeczy. Liczyło się tylko przetrwanie.
Fala szoku uderzyła ją dopiero teraz, gdy torba była już na jej ramieniu. Zabiła. Broniła się, tak. Musiała. Ale zabiła. Widok nieruchomego ciała, krwi na podłodze... Żołądek podszedł jej do gardła.
Wybiegła z chaty, potykając się o próg. Świeże powietrze uderzyło ją w twarz. Cień! Gdzie jest Nyxar? Znalazła go kilka kroków dalej, przyczajonego pod drzewem. Czekał. Gotowy.
- Musimy iść. Stąd. Teraz - wydyszała, a głos jej drżał niekontrolowanie. - Ona... ona nie żyje.
Nyxar spojrzał na nią swoimi mądrymi oczami. Nie pytał. Podniósł się i podszedł, trącając ją nosem. Czuł jej strach, jej szok.
Ruszył przodem, w głąb lasu, a ona podążyła za nim, wciąż drżąc. Oddalali się od chaty pełnej śmierci i rozbitych marzeń, zostawiając za sobą koszmar. Ale obraz martwej staruszki nie chciał zniknąć z jej pamięci. Była zła. Chciała ją skrzywdzić, uwięzić. A jednak... ciężar tego, co zrobiła, przygniatał ją do ziemi.
Zabiła człowieka. Pierwszego w swoim życiu.
Czy to już? Czy tak wygląda przetrwanie w tym świecie? Czy musiała stać się potworem, by walczyć z potworami?
Pytania wirowały jej w głowie, odbijały się echem od drzew mijanych w pośpiechu. A świadomość, że odebrała życie, ciążyła jej na duszy jak kamień. Jak piętno, którego nigdy się nie pozbędzie.
Rozdział 9 - Burmistrz
Morian zsunął kaptur z głowy, pozwalając, by chłodne, wilgotne powietrze owiało mu twarz. Wciągnął je powoli przez nos, filtrując zapachy. Dym z kominów - gryzący, torfowy. Błoto - wszechobecne, lepkie, cuchnące zgnilizną i czymś jeszcze, co zawsze towarzyszyło ludzkim osadom stłoczonym zbyt blisko siebie. I strach. Ten zapach był najsubtelniejszy, ale dla Moriana najbardziej znajomy. Unosił się nad tą wioską jak niewidzialna mgła.
Rozejrzał się bez zainteresowania. Kilka krzywych, drewnianych chat, skleconych naprędce z nierównych bali, z dachami łatatanymi mchem i słomą. Spękana, błotnista droga, która udawała główną ulicę, prowadząca do czegoś, co szumnie nazywano placem - kawałka ubitej ziemi między karczmą a czymś, co mogło być kuźnią. Widział to już setki, może tysiące razy - ten sam wzór błota, strachu i daremnych nadziei, powtarzany w nieskończoność jak zdarta płyta. Wioski takie jak ta były bliznami na ciele świata, pełnymi ludzi, którzy rodzili się, żyli i umierali w tym samym błocie, przekonani o własnej wyjątkowości.
Ludzie. Wszędzie tacy sami. Przerażeni wszystkim, co nieznane, a jednocześnie dumni ze swojej małej, brudnej rzeczywistości. Ufni wobec tych, którzy prawili im komplementy, a gotowi wbić nóż w plecy sąsiadowi za garść miedziaków, jeśli tylko nadarzyła się okazja. Nie obchodziło go to. Nie czuł do nich ani sympatii, ani nienawiści. Byli po prostu elementem krajobrazu, jak drzewa czy kamienie. Przewidywalni w swojej małości. Nie miał zamiaru zostawać tu dłużej, niż wymagało zlecenie.
Skierował kroki w stronę największej chaty, tej z wywieszonym nad drzwiami wyblakłym znakiem kufla piwa. Karczma. Serce każdej wioski, bijące rytmem plotek, pijackich przechwałek i cichych transakcji. Drzwi zaskrzypiały żałośnie, gdy je pchnął. Wnętrze uderzyło go falą stęchłego powietrza - mieszaniną kwaśnego piwa, taniego tytoniu, potu i czegoś nieokreślonego, co przypominało zapach mokrej sierści psa. Gęste, duszne, niemal do krojenia nożem. Kilka łojowych świec, wetkniętych w żelazne uchwyty na ścianach, rzucało drżące, pomarańczowe światło na zakurzone belki stropowe i brudne stoły.
Rozmowy ucichły natychmiast. Kilka par oczu - mętnych od alkoholu, zaciekawionych, podejrzliwych - uniosło się znad glinianych kufli, by zmierzyć go od stóp do głów. Ocena. Kalkulacja. Czy jest zagrożeniem? Czy ma pieniądze? Czy można go okraść? Znał ten taniec spojrzeń. W takich miejscach każdy obcy był potencjalnym wrogiem lub potencjalną ofiarą. Zignorował ich.
Karczmarz, starszy, przysadzisty mężczyzna z brudnym fartuchem przewiązanym na wydatnym brzuchu, ledwo uniósł wzrok znad szynkwasu, który polerował szmatą o wątpliwej czystości. Jego spojrzenie było obojętne, zmęczone. Widział już takich jak Morian zbyt wielu. Ale ktoś inny czekał.
Za ladą, oparty o nią nonszalancko, ale z napięciem widocznym w zaciśniętych dłoniach, stał mężczyzna, który wyraźnie tu nie pasował. Niski, krępy, ale ubrany w kaftan z lepszego materiału niż reszta bywalców. Może nawet z aksamitnymi wstawkami przy kołnierzu, choć teraz lekko poplamionymi. Twarz miał mięsistą, pooraną zmarszczkami wokół małych, czujnych oczu. Usta zaciskał w cienką linię. Burmistrz. Morian rozpoznał ten typ od razu. Zawsze wyglądali podobnie - za dobrze ubrani jak na warunki, w których żyli, z oczami błyszczącymi chciwością i wiecznym niezadowoleniem. Ten tutaj miał jeszcze dodatkowy bonus - lekki, nerwowy tik w lewym kąciku ust, który drgał co kilka sekund. Zdradzał więcej, niż człowiek chciałby pokazać. Człowiek z sekretami. Zazwyczaj brudnymi.
- Łowca - mruknął burmistrz, odstawiając na ladę kufel, którego zawartość ledwo tknął. Głos miał niski, lekko schrypnięty, jakby od ciągłego wydawania poleceń. - Dobrze, że jesteś. Czekaliśmy.
Morian skinął krótko głową, nie siląc się na uprzejmości. Podszedł do lady, czując na plecach spojrzenia ciekawskich. Oparł się o zimne, lepkie drewno, dając burmistrzowi do zrozumienia, że nie ma czasu na pogaduszki.
- Mów, co masz.
Burmistrz rozejrzał się nerwowo po karczmie, jakby obawiał się, że ściany mają uszy. Pochylił się lekko w stronę Moriana, ściszając głos do konspiracyjnego szeptu. Zapachniało czosnkiem i tanim winem.
- Wąż - powiedział, a głos nabrał sztucznie zatroskanego tonu, podczas gdy tik w kąciku ust zdradzał napięcie. - Wielki jak pień drzewa, prawdziwa plaga, mówię ci. Zadomowił się przy wodospadzie. Straszy ludzi. Już dwie owce poszły na straty! A wczoraj... wczoraj znaleziono tam martwą kobietę. Jedną z naszych. Rozszarpaną. To musiała być ta bestia. Kto wie, co będzie dalej... może kolejne ofiary? Trzeba działać szybko, łowco, zanim dojdzie do prawdziwej tragedii.
Kłamiesz, przemknęło przez umysł Moriana. Tym razem poczuł to jeszcze wyraźniej. Zimny, twardy węzeł fałszu w głosie burmistrza. Wąż mógł straszyć ludzi, mógł kraść owce. Ale zabójstwo kobiety? Coś tu śmierdziało na kilometr. Ten tik, te nerwowe spojrzenia, ten sztuczny ton. Burmistrz wiedział więcej, niż mówił. Albo krył kogoś. Albo sam miał coś na sumieniu. Kobieta nie została zabita przez węża, pomyślał Morian z lodowatą pewnością. Ale to nie moja sprawa. Zlecenie dotyczyło węża. Proste zadanie, prosta zapłata. Nie miał zamiaru mieszać się w lokalne brudy i morderstwa.
- Coś jeszcze? - zapytał chłodno, jego głos był pozbawiony emocji, jakby nie usłyszał o tragedii.
Burmistrz zmrużył oczy, wyraźnie zaskoczony brakiem reakcji Moriana na wieść o śmierci. Jego spojrzenie stało się twardsze, bardziej podejrzliwe, ale i jakby z nutą ulgi.
- To wszystko, co musisz wiedzieć. Znajdź go. Zabij. Przynieś łeb jako dowód. Zapłata czeka.
Łowca pozwolił sobie na cień kpiącego uśmiechu, który ledwo uniósł kącik jego ust. Wyprostował się, odsuwając od lady.
- W takim razie to wszystko, co musisz zapłacić. Z góry. Połowę teraz.
Burmistrz zawahał się, tik znów zatańczył na jego twarzy. Widać było walkę - chciwość kontra potrzeba pozbycia się problemu (lub zatuszowania czegoś). W końcu niechętnie skinął głową i sięgnął do sakiewki ukrytej pod kaftanem. Odliczył kilka monet, rzucając je na ladę z brzękiem, który na moment przyciągnął uwagę wszystkich w karczmie.
Morian zgarnął monety bez słowa, sprawdzając ich wagę w dłoni. Nie czekał na dalsze instrukcje ani pożegnania. Odwrócił się i ruszył do wyjścia, ignorując spojrzenia i nagle ożywiony gwar rozmów za plecami. Drzwi zaskrzypiały ponownie, wypuszczając go na chłodne, błotniste powietrze wioski. Ruszył w stronę lasu, zostawiając za sobą smród ludzkich kłamstw i strachu. Las przynajmniej był uczciwy w swoim milczeniu.
Nie spodziewał się jednak, że tego dnia, tropiąc rzekomego potwora przy wodospadzie, natknie się na coś znacznie dziwniejszego. Coś, co na moment zachwieje jego ugruntowanym cynizmem.
Las pachniał inaczej niż wioska. Czystą ziemią, wilgotnym mchem, żywicą. Szum pobliskiego wodospadu narastał z każdym krokiem, tworząc monotonne, uspokajające tło. Morian poruszał się bezszelestnie, jego wysokie, skórzane buty ledwo zostawiały ślady na miękkiej ściółce. Zmysły miał wyostrzone, oczy przeszukiwały zarośla, uszy wyłapywały każdy nietypowy dźwięk. Szukał śladów wielkiego gada - połamanych gałęzi, śluzu na kamieniach, charakterystycznego zapachu. Na razie nic.
I wtedy ją zobaczył.
Stała na niewielkiej polanie niedaleko ścieżki prowadzącej do wodospadu. Dziewczyna. Młoda, może kilkunastoletnia, ubrana w proste, podróżne szaty. Ale to nie ona przykuła jego uwagę. To jej towarzystwo. Wielki, czarny jak noc pies siedział u jej boku, spokojny i czujny. A nad jej głową krążył kruk, co jakiś czas lądując na jej ramieniu. I mówił. A raczej - skrzeczał. Morian słyszał wyraźnie pojedyncze, ludzkie słowa, wyrzucane z kruczego gardła w przypadkowej kolejności, jakby ptak bezmyślnie powtarzał zasłyszane frazy. "Ładnie!", "Złodziej!", "Głupi!". Typowe dla oswojonego kruka czy papugi. Nic nadzwyczajnego. Morian zmarszczył brwi, bardziej zirytowany niż zaciekawiony.
Dziewczyna mówiła do nich. Cicho, spokojnie. Jej głos ginął w szumie wodospadu, ale Morian widział ruch jej warg. A zwierzęta... reagowały. Pies przekrzywiał łeb, jakby słuchał uważnie. Kruk, między swoimi "słowami", zdawał się odpowiadać jej serią kraknięć i gestów.
Wariatka, pomyślał Morian, a pierwszą jego reakcją była irytacja. Kolejna wiejska dziwaczka, gadająca do zwierząt, które tresuje, by udawały rozmowę. Strata czasu. Już miał się wycofać, wrócić do poszukiwania węża, gdy pies uniósł łeb. I spojrzał w jego stronę.
Nie było w tym spojrzeniu zwykłej zwierzęcej ciekawości. Była inteligencja. Świadomość. I coś jeszcze - przenikliwość tak głęboka, tak niepokojąco ludzka, że Morian poczuł się na moment obnażony, przejrzany na wylot. Trwało to tylko ułamek sekundy, zanim pies odwrócił łeb z powrotem do dziewczyny, ale wystarczyło. Morian zamarł za pniem potężnego dębu, czując dziwny chłód pełznący wzdłuż kręgosłupa.
Obserwował ich przez dłuższą chwilę, ukryty, niemal wstrzymując oddech. Dziewczyna nie tylko mówiła do zwierząt. One zdawały się jej odpowiadać. Nie słowami, które on mógłby zrozumieć - słyszał tylko szczeknięcia psa, czasem ciche warknięcie, i te bezsensowne, powtarzane przez kruka słowa. Ale ich interakcja była płynna, naturalna. Kruk zniżył lot, otarł się łebkiem o jej policzek, a ona uniosła dłoń i pogłaskała go w geście, który wyglądał na odpowiedź w jakiejś niemej rozmowie. Pies trącił jej nogę nosem, a ona spojrzała na niego i skinęła głową.
Coś poruszyło się w zakamarkach pamięci Moriana. Obraz zakurzonej biblioteki w odległym mieście. Zapach starego pergaminu i wyschniętego atramentu. Ciężkie, oprawione w skórę księgi, których strony szeleściły pod palcami. Czytał kiedyś o nich. O Władcach Zwierząt. Legendarnym rodzie ludzi, którzy potrafili rozmawiać ze zwierzętami, rozumieć ich myśli, dowodzić nimi. Ród, który podobno wyginął wieki temu, starty na proch przez tych, którzy bali się ich mocy.
Nie, to bzdura, skarcił się w myślach. Przesądy. Bajki dla dzieci i starych bab. Świat był prosty, brutalny i pozbawiony magii w takim romantycznym wydaniu. Liczyła się stal, spryt i siła. Nie gadające zwierzęta.
A jednak... Coś w tym, co zobaczył, nie dawało mu spokoju. Ten sposób, w jaki pies na niego spojrzał. Ta dziwna harmonia między dziewczyną a jej towarzyszami. Ziarenko niepewności, małe i twarde jak kamyk w bucie, zostało zasiane w jego umyśle. I wbrew jego woli, wbrew jego cynizmowi i doświadczeniu, zaczęło kiełkować.
Rozdział 10 - Wąż
Słońce wspięło się wysoko, zalewając dolinę płynnym złotem. Powietrze drgało od ciepła, nasycone zapachem nagrzanych skał, wilgotnej ziemi i słodką wonią dzikich kwiatów porastających zbocza. Dolina, wciśnięta między strome, surowe klify, zdawała się być osobnym, zapomnianym światem. Przez jej środek, niczym srebrna nić, wił się strumień - krystalicznie czysty, zimny, pełen życia. W pewnym miejscu, jakby zmęczony spokojnym biegiem, spadał gwałtownie w dół, tworząc wodospad. Huk spadającej wody odbijał się echem od skał, zagłuszając inne dźwięki. Tysiące kropelek rozpryskiwało się w powietrzu, tworząc migotliwą, ruchomą tęczę, która tańczyła w słonecznych promieniach tuż nad powierzchnią niewielkiego jeziora u stóp kaskady. Szmaragdowa roślinność oplatała wilgotne kamienie, a na spokojnej tafli wody kołysały się leniwie wielkie, białe kwiaty lilii wodnych, jakby drzemiąc w południowym słońcu.
Wiktoria stała na skalnej półce tuż przy krawędzi urwiska, wpatrzona w kipiel u dołu. Stąd wodospad wydawał się jeszcze potężniejszy, a huk wody niemal ogłuszający. Czuła na twarzy chłodną mgiełkę unoszącą się znad jeziora. Nyxar stał tuż obok niej, napięty, jego bursztynowe oczy czujnie lustrowały okolicę, a uszy poruszały się, wyłapując każdy szelest. Guzik, jak zwykle niespokojny, krążył nerwowo nad ich głowami.
- O nie, nie, nie! Mówię wam, to śmierdzi! - zakrakał, wykonując gwałtowny zwrot w powietrzu. - Ta woda jest... jest podejrzanie mokra! Zbyt mokra! I te tęcze! Zwykła podpucha! Na pewno na dnie czai się coś wielkiego, śliskiego i zębatego, co tylko czeka, żeby nas schrupać! Jakieś wodne duchy, albo gorzej, wodne potwory bez poczucia humoru!
- Guziku, czy cokolwiek poza tobą ma według ciebie odpowiednie poczucie humoru? Albo maniery? - zapytała Wiktoria, odrywając wzrok od hipnotyzującego tańca wody.
- Oczywiście! Ja! - odparł kruk z niezachwianą pewnością siebie, lądując na pobliskiej gałęzi. - Zawsze mówię "przepraszam", zanim chapnę coś błyszczącego! To się nazywa kultura osobista!
Wiktoria przewróciła oczami, ale na jej ustach pojawił się cień uśmiechu. Spojrzała z powrotem na jezioro. Coś w tej wodzie, w jej głębi, w szumie wodospadu, przyciągało ją z siłą, której nie potrafiła wytłumaczyć. Czuła tam obecność. Spokojną, potężną, starą. To nie był strach, raczej ciekawość i dziwne poczucie pokrewieństwa.
- Idę tam - powiedziała nagle, bardziej do siebie niż do towarzyszy. Zaczęła szybko ściągać buty i cięższą, wierzchnią tunikę, zostając tylko w lekkiej koszuli i spodniach. Skóra zareagowała gęsią skórką na chłodny powiew znad wody.
- Że co proszę?! Chyba ci piórka zaszkodziły! - wrzasnął Guzik, o mało nie spadając z gałęzi z wrażenia. - Oszalałaś do reszty?! Tam może być... no wiesz... COŚ! Wielka, zębata, łuskowata rzecz, która uważa ludzi za przekąskę! Albo przynajmniej za zabawkę do gryzienia!
Nyxar podszedł bliżej, trącając jej rękę nosem. W jego oczach malowała się troska. Uważaj, usłyszała w myślach jego ciche ostrzeżenie, brzmiące jak głęboki pomruk. Nie podoba mi się to miejsce.
Wiktoria uśmiechnęła się do niego uspokajająco.
- Będę ostrożna - obiecała, choć sama nie była pewna, co ją czeka. Wzięła głęboki oddech, czując jak serce zaczyna jej bić szybciej - mieszanką ekscytacji i niepewności. I skoczyła.
Powietrze świsnęło jej w uszach przez krótką chwilę lotu. Potem uderzyła w powierzchnię wody. Chłód był szokujący, ale nie nieprzyjemny. Woda otoczyła ją miękko, tłumiąc dźwięki zewnętrznego świata. Cisza podwodnego królestwa była niemal absolutna, przerywana tylko bulgotaniem powietrza.
Zanurkowała głębiej, otwierając oczy. Światło słoneczne przesączało się przez wodę, tworząc ruchome, zielonkawe smugi w półmroku głębin. Rozglądała się, pozwalając, by woda niosła ją powoli. I wtedy go zobaczyła.
Wąż.
Był niewyobrażalnie wielki. Jego cielsko, grube jak pień starego drzewa, wiło się w spokojnym, hipnotyzującym rytmie. Łuski lśniły tysiącem odcieni - od głębokiej, szmaragdowej zieleni po płynne złoto, mieniąc się przy każdym ruchu, jakby były utkane ze światła słonecznego i cienia głębin. Płynął powoli, majestatycznie, władca tego podwodnego królestwa. Jego głowa, szeroka i płaska, ozdobiona była wzorem przypominającym koronę. A oczy... Oczy były wielkie, stare i zdumiewająco inteligentne. Pełne spokojnej mocy, bez śladu agresji czy dzikości. Patrzyły na nią bez lęku, z ciekawością.
Wiktoria poczuła to całą sobą - to nie był potwór z opowieści burmistrza. To była prastara, mądra istota, która znalazła tu swój dom, swoje sanktuarium. Czuła jej spokój, jej siłę, jej głębokie połączenie z tym miejscem.
I wtedy ciszę przerwał krzyk. Ostry, gniewny, rozkazujący. Dźwięk tak obcy w tej spokojnej scenerii, że aż zabolał.
- WYNOCHA Z WODY! NATYCHMIAST!
Wynurzyła się gwałtownie, kaszląc i łapiąc powietrze. Na brzegu, tuż przy krawędzi jeziora, stał on. Morian.
Wyglądał jak ucieleśnienie burzy w pogodny dzień. Wysoki, barczysty, ubrany w ciemną skórę i stal. Stał mocno rozstawionych nogach, emanując aurą zimnej, skupionej siły i niebezpieczeństwa. Jego twarz, naznaczona starymi bliznami, była jak mapa trudnego życia - każda linia opowiadała historię walki, straty, przetrwania. Ciemne włosy, sięgające ramion, opadały mu częściowo na czoło, a oczy - zimne, szare jak stal przed burzą - wpatrywały się w nią, a potem przeniosły się na wynurzającą się za nią głowę węża. W jego spojrzeniu nie było strachu, tylko determinacja łowcy, który namierzył cel. W potężnej dłoni ściskał rękojeść ciężkiego miecza, którego klinga nosiła ślady niezliczonych bitew. Każdy jego mięsień był napięty, gotowy do działania.
Gdy zobaczył węża w pełnej krasie, jego postawa stała się jeszcze bardziej niebezpieczna. Bez chwili wahania ruszył do przodu, podnosząc miecz, gotów zadać cios.
- NIE! - krzyknęła Wiktoria, w ostatniej chwili gramoląc się na brzeg i stając pomiędzy nim a wężem. Rozłożyła ręce, osłaniając stworzenie własnym ciałem, choć drżała na całym ciele od zimna i emocji. - Zostaw go!
Morian zatrzymał się gwałtownie, jego stalowe oczy zwęziły się gniewnie.
- Odsuń się, dziewczyno! - warknął, a jego głos był twardy jak kamień. - Nie masz pojęcia, z czym masz do czynienia! To potwór! Bestia! Pożre cię, zanim zdążysz mrugnąć!
- To chyba ty nie masz pojęcia! - odparła Wiktoria, unosząc podbródek. Czuła za sobą spokojną obecność węża, który wynurzył się bardziej, obserwując scenę swoimi mądrymi oczami. - On mnie nie skrzywdzi! To nie jest potwór, tylko zwierzę! Czuję to! Ma duszę! Nie zrobił nic złego! A ty chcesz go zabić tylko dlatego, że jest wielki i inny?!
Morian zacisnął palce na rękojeści miecza tak mocno, aż zbielały mu knykcie. W jego oczach pojawił się błysk czegoś więcej niż tylko gniewu - frustracji, może nawet zmęczenia.
- Wiesz, ile razy słyszałem takie bzdury? - Jego głos był teraz niższy, bardziej znużony, ale wciąż niebezpieczny. - Ile razy ludzie płakali mi nad "niewinną istotką", którą potem znajdowałem w kawałkach razem z nimi? Nie zaryzykuję życia dla twoich sentymentów! Ktoś mnie wynajął, żebym pozbył się zagrożenia! Powiedziano mi, że ta bestia zabiła kobietę!
- Kłamstwo! - słowo wyrwało jej się z piersi, głośniejsze niż zamierzała. Poczuła, jak drżenie rąk ustępuje miejsca fali gorącego sprzeciwu. Wyprostowała się, patrząc mu prosto w oczy. - A widziałeś to? Byłeś tam? Czy po prostu ślepo wierzysz w opowieści tych, którzy się boją albo mają coś do ukrycia? Ktoś ci zapłacił, żebyś go zabił, prawda? Więc po co sprawdzać fakty? Łatwiej jest machnąć mieczem i uznać sprawę za załatwioną!
Morian zamarł. Jego oczy na moment straciły swoją stalową twardość, zastąpioną przez cień niepewności. Wspomnienie kłamliwego tonu burmistrza, jego własne podejrzenia... Spojrzał na dziewczynę - przemoczoną, drżącą, ale zdeterminowaną. Potem jego wzrok powędrował na węża. Stworzenie wciąż obserwowało ich spokojnie z wody. Nie było w nim cienia agresji. Tylko czujna inteligencja.
- To nie ma znaczenia - powiedział w końcu, ale jego głos był cichszy, pozbawiony wcześniejszej pewności. Napięcie wciąż jednak było wyczuwalne. - Nawet jeśli teraz jest spokojny, to tylko kwestia czasu. Taka jest ich natura. Natura potwora.
- A jeśli się mylisz? - Wiktoria zrobiła krok w jego stronę, nie spuszczając z niego wzroku. - Jeśli twoja "prawda" jest tylko strachem i uprzedzeniem? Ile niewinnych istot już zabiłeś, wierząc w takie "prawdy"?
Morian milczał przez długą chwilę, wpatrując się w nią przenikliwie, jakby próbował przejrzeć ją na wylot. Wiatr szumiał w koronach drzew, mieszał się z hukiem wodospadu. W końcu wypuścił powietrze długim, powolnym westchnieniem i powoli, bardzo powoli, opuścił miecz, wbijając jego czubek w miękką ziemię u swoich stóp.
- Jeśli się mylę... - zaczął cicho, głos stracił dawną twardość. Urwał na moment, wpatrując się w dal, jakby ważył słowa. - ...to po prostu dzisiaj nie zarobię. - Wzruszył lekko ramionami, ale w jego oczach pojawił się cień goryczy. - I będę musiał dodać kolejną wątpliwość do kolekcji.
Zapanowała cisza, ciężka od niewypowiedzianych słów. Wiktoria nie odzywała się. Wiedziała, że to nie koniec. To była tylko chwila zawieszenia, moment, w którym jego światopogląd został zachwiany.
Wtedy wąż poruszył się w wodzie, podpływając bliżej brzegu, niemal do jej stóp. Wiktoria odwróciła się od łowcy i uklękła na wilgotnej ziemi. Powoli, bez lęku, wyciągnęła rękę w stronę potężnej głowy. Zamknęła oczy, wsłuchując się nie tylko w szum wody, ale w cichy rytm życia pulsujący wokół niej, w energię płynącą od tej niezwykłej istoty. Czuła pod palcami delikatne drżenie skóry węża, jakby przekazywał jej coś więcej niż tylko swoją obecność.
Wąż zawahał się tylko przez moment, a potem powoli opuścił głowę i delikatnie oparł ją na jej wyciągniętej dłoni. Dotyk jego łusek był chłodny i gładki. Wiktoria poczuła przepływającą przez nią falę spokoju i zrozumienia. Pozwoliła sobie na całkowite otwarcie, na połączenie.
Nie tylko dotyk. To było jak zanurzenie w innym wymiarze percepcji. Fala ciepła przepłynęła przez jej ciało, a przed jej zamkniętymi oczami pojawiły się obrazy - nie wspomnienia, lecz czyste odczucia. Świat widziany oczami węża. Pulsujące barwy energii życiowej. Woda mieniąca się wszystkimi odcieniami błękitu i zieleni, skały pulsujące czerwienią i złotem ukrytego w nich ciepła. Czuła przepływ życia w strumieniu, w roślinach, w najmniejszych owadach. Czuła prądy wody muskające jej łuski, powolne, miarowe bicie potężnego serca w jej własnej piersi. Huk wodospadu brzmiał inaczej - jak głęboka, wibrująca pieśń ziemi. Czuła smak czystej wody i zapach mokrych kamieni, intensywniejsze, pierwotne. Czuła prastary spokój tego miejsca i głęboką więź węża z nim. Czuła jego samotność, jego siłę i jego wiekowe zmęczenie.
Morian stał jak wryty, obserwując. Zmarszczył brwi, próbując znaleźć w tym jakiś podstęp, sztuczkę. Ale niczego nie dostrzegał. Tylko dziewczynę i węża w cichej komunii. Poczuł dziwny ucisk w piersi - mieszaninę irytacji i czegoś, czego nie potrafił nazwać. Wspomnienie starych ksiąg wróciło z nową siłą. Zacisnął dłoń na rękojeści miecza, jakby szukając oparcia w znajomym ciężarze stali.
Po chwili, która mogła trwać wieczność, odwrócił się na pięcie. Bez słowa, bez jednego spojrzenia w ich stronę, ruszył w głąb lasu, znikając między drzewami równie cicho, jak się pojawił.
Wiktoria otworzyła oczy, czując na dłoni ciężar głowy węża. Wiedziała, że łowca odszedł. Ale czuła też, że to nie było pożegnanie. To była tylko przerwa. Ich ścieżki miały się jeszcze skrzyżować. A pytanie, czy można ufać potworom - lub ludziom - pozostało bez odpowiedzi.
Rozdział 12 - Sojusz
Ciało strzygi leżało nieruchomo na wilgotnej ściółce. Kwaśny, mdlący zapach śmierci i rozkładu unosił się nad nim, mieszając z czystą wonią mokrej ziemi i żywicy. Morian spojrzał na poskręcane zwłoki z obojętnością wyrytą na twarzy, jakby widok martwego potwora był dla niego równie codzienny co wschód słońca. Bez pośpiechu schował miecz, sięgnął do pasa i wyjął krótki, zakrzywiony nóż. Ostrze błysnęło w przefiltrowanym przez liście świetle. Przyklęknął przy potworze i szybkim, wprawnym ruchem odciął jeden z nienaturalnie długich, szponiastych palców. Przeciął twardą skórę i ścięgna z cichym chrzęstem, który zginął w leśnej ciszy. Zrobił to z precyzją chirurga, bez cienia wahania czy obrzydzenia.
Wiktoria przyglądała się temu w milczeniu, czując, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Czekała, aż Morian schowa makabryczną zdobycz do małej, skórzanej sakwy przy pasie. Dopiero wtedy odezwała się cichym, ale stanowczym głosem:
- Po co ci to?
Morian nawet na nią nie spojrzał, zajęty ocieraniem ostrza noża o skraj skórzanego płaszcza.
- Dowód - odparł beznamiętnym tonem, jakby mówił o pogodzie. - Że to strzyga zabijała, a nie ten twój wąż znad wodospadu. Teraz burmistrz będzie musiał mi zapłacić. Nawet jeśli nie za węża, to za to.
- Sprzedajesz... części potworów? - Wiktoria zmarszczyła brwi, próbując zrozumieć logikę stojącą za tym chłodnym pragmatyzmem.
- Trofea przekonują ludzi - wzruszył ramionami, prostując się. Na jego ustach pojawił się lekki, cyniczny uśmiech. - Przekonują, że problem został rozwiązany. A przekonani ludzie chętniej płacą. I rzadziej zadają niewygodne pytania.
Wiktoria zamilkła. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Coś w niej buntowało się przeciwko takiemu podejściu, przeciwko sprowadzaniu walki na śmierć i życie do poziomu transakcji. Ale brutalna rzeczywistość tego świata, którą dopiero zaczynała poznawać, uderzyła ją z nową siłą. Dla niego to była praca. Sposób na przetrwanie. Zimny, praktyczny, pozbawiony złudzeń.
Morian spojrzał na nią kątem oka, chowając nóż. Była dziwna. Zbyt spokojna jak na kogoś, kto dopiero co walczył ze strzygą. Zbyt pewna siebie. A jednocześnie naiwna w swoim oburzeniu. Coś w niej jednak nie dawało mu spokoju. Ta szybkość, ta koordynacja w walce...
Nyxar podkradł się bliżej Moriana, węszył ostrożnie wokół jego nóg, nisko warcząc. Łowca rzucił krótkie, badawcze spojrzenie w stronę psa, ale nie odsunął się ani nie wykonał żadnego groźnego gestu.
- A to co? Twój pies obronny? - zapytał w końcu, bardziej stwierdzając niż pytając.
- To Nyxar - powiedziała Wiktoria. - Mój przyjaciel. I przewodnik.
- Przewodnik? - Morian uniósł brew, ale nie drążył tematu. Jego uwaga skupiła się z powrotem na dziewczynie. - Kim ty właściwie jesteś?
Wiktoria zawahała się tylko przez moment. Postanowiła być szczera, przynajmniej częściowo.
- Jestem... powiedzmy, że z innego świata - powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. - W moim świecie nie ma takich stworzeń jak to. - Wskazała podbródkiem na martwą strzygę. - Nie znam się na potworach, które mogą czaić się w cieniu. Ale mam pewną zdolność...
- Tak? - prychnął lekceważąco, choć jego oczy pozostały czujne. - I jaka to cudowna moc objawiła się naszej bohaterce?
Ignorując jego sarkazm, Wiktoria kontynuowała spokojnie:
- Potrafię rozróżnić. Wiem, które istoty są po prostu zwierzętami, nawet jeśli groźnymi, a które są... czymś innym. Potworami. Zwierzęta mają duszę, instynkty. Działają, by przetrwać, polują z głodu, bronią terytorium. Tak jak każde żywe stworzenie. Ale potwory... - Zadrżała lekko, przypominając sobie pustkę w oczach strzygi. - One są inne. Puste w środku. Pełne zimnej, mrocznej energii. Nie żyją tak jak my czy zwierzęta. Ich istnienie to... pomyłka natury. Zniszczenie.
Morian uniósł brew, ale tym razem nie skomentował od razu. Jej słowa były dziwaczne, brzmiały jak fragment jakiejś zapomnianej legendy. A jednak... w jakiś pokrętny sposób miały sens. Wiele razy w swojej karierze spotykał stworzenia, których działania wymykały się logice instynktu czy potrzeby przetrwania. Były jak ślepa furia, jak cień śmierci, których jedynym celem zdawało się być sianie zniszczenia. Może ta dziewczyna, mimo swojego dziwactwa, dostrzegała coś, czego on, polegając tylko na stali i doświadczeniu, nie potrafił nazwać? Bzdura, warknął na siebie w myślach, ale ziarno wątpliwości, zasiane nad wodospadem, nie chciało zniknąć.
- Chcę, żebyś mnie uczył - dodała Wiktoria nagle, a jej głos nabrał siły. - Jak walczyć. Jak przetrwać w tym świecie. W zamian... podzielę się z tobą swoją wiedzą. Moją zdolnością. Może to ci się przyda. Oszczędzi ci zabijania czegoś, co nie zasługuje na śmierć. Albo ostrzeże przed prawdziwym złem.
Morian parsknął krótkim, pozbawionym wesołości śmiechem.
- Uważasz, że ja potrzebuję nauczyciela? Zwłaszcza takiego jak ty?
- Myślę, że potrzebujemy siebie nawzajem - odparła prosto Wiktoria.
Łowca milczał przez dłuższą chwilę, mierząc ją wzrokiem. Każda cząstka jego doświadczenia, każdy instynkt łowcy krzyczał, że to głupi, niebezpieczny pomysł. Dziewczyna była młoda, niedoświadczona, związana z dziwnymi zwierzętami i gadająca o duszach potworów. Była problemem, którego nie potrzebował. Mógłby jej odmówić. Mógłby po prostu odejść, zostawić ją samą sobie - robił to przez całe życie. Samotność była bezpieczniejsza.
Ale coś w niej... coś w tym, jak walczyła, jak bez wahania rzuciła się między niego a węża, jak teraz stała przed nim, proponując ten absurdalny układ... było inne. Nie była gotowa na ten świat, to widział wyraźnie. Ale nie była też zwyczajna. I ta jej dziwna pewność co do natury potworów... Może jednak było w tym coś więcej niż tylko młodzieńcza fantazja?
Westchnął ciężko, przecierając dłonią zmęczoną twarz. Spojrzał na nią raz jeszcze - na tę mieszankę naiwności i niepokojącej siły. Ryzyko, pomyślał. Ale może inne niż te, które znam.
- W porządku - powiedział w końcu niechętnie. - Spróbujemy. Ale na moich zasadach. I jeśli będziesz mi przeszkadzać, jeśli narazisz mnie na niebezpieczeństwo przez swoją głupotę, zostawiam cię tam, gdzie stoisz. Zrozumiano?
- Jasne - na twarzy Wiktorii pojawił się nieśmiały, ale szczery uśmiech ulgi.
Guzik, który przez całą rozmowę siedział cicho na gałęzi, przechylił łebek, obserwując ich swoimi bystrymi, paciorkowatymi oczami.
- Oho! Sojusz zawarty! Historyczna chwila! Czas na pieczęć z krwi! Albo przynajmniej jakiś uroczysty uścisk dłoni! Czy skrzydła? - zakrakał wesoło, podlatując bliżej.
Morian zmrużył oczy, patrząc na ptaka z wyraźną irytacją. Wiktoria parsknęła cichym śmiechem.
- Ruszajmy - mruknął łowca, ignorując kruka i odwracając się w stronę lasu.
I ruszyli w głąb gęstniejącego mroku, niepewni, co przyniesie im ten dziwny, wymuszony sojusz.
Rozdział 13 - Korzenie mroku
Morian odzyskał resztę zapłaty od burmistrza. Szpon strzygi był wystarczającym dowodem, by zamknąć usta chciwemu urzędnikowi i oczyścić reputację węża znad wodospadu - przynajmniej na jakiś czas. Z zimną satysfakcją przyjął monety, nie poświęcając burmistrzowi ani jednego zbędnego słowa. Tak rozpoczęła się ich wspólna, niepewna podróż.
Morian, choć z natury milczący i zamknięty w sobie, czasami dzielił się z Wiktorią swoją wiedzą. Rzucał krótkie, rzeczowe opisy potworów, które mogli spotkać, mówił o ich słabościach, o śladach, jakie zostawiają. Robił to oschle, jakby od niechcenia, ale Wiktoria chłonęła każde słowo, próbując zrozumieć brutalne zasady rządzące tym światem. Mimo jego ostrzeżeń, ich wspólna droga była jak dotąd zaskakująco spokojna. Krajobraz zmieniał się powoli, lasy ustępowały miejsca wzgórzom, a potem znów gęstniały. Aż pewnego dnia, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, trafili na kolejną osadę.
Już przy pierwszym kroku postawionym między pierwszymi domami oboje poczuli, że coś jest fundamentalnie nie tak. Powietrze było nienaturalnie gęste i ciężkie, lepkie od wilgoci, która osiadała na skórze niczym niewidzialna rosa, mimo że niebo nad nimi pozostawało czyste... Domy wyglądały na zwyczajne, niektóre nawet zadbane, z małymi ogródkami i równo ułożonym drewnem przy ścianach. Ale panowała wokół nich złowroga, nienaturalna cisza. Zbyt głęboka, zbyt martwa, jak na miejsce, gdzie powinni mieszkać ludzie, gdzie powinien rozbrzmiewać gwar codziennego życia. Morian zmarszczył brwi, czując coś jeszcze - subtelny, nieprzyjemny posmak w powietrzu. Jak stęchlizna, ale nie zwykła. Była to woń magii, ale spaczonej, zgniłej. Coś, co udawało życie, ale było tylko jego plugawą imitacją. Jego rzadki dar, zdolność wyczuwania magicznych emanacji, alarmował go cichym, nieprzyjemnym mrowieniem na karku.
W centrum wioski, na niewielkim placu, rosło olbrzymie, prastare drzewo. Jego korona była niezwykle gęsta, tworząc mroczny baldachim nawet w świetle dnia. Ciemna, niemal czarna kora zdawała się dziwnie połyskiwać, jakby była wiecznie wilgotna. Wiktoria przystanęła gwałtownie, czując zimny dreszcz pełznący po plecach. Coś w tym drzewie budziło w niej pierwotny lęk.
- Coś ci się nie podoba? - mruknął Morian, zatrzymując się obok niej. Spoglądał na nią spod przymrużonych powiek, jego twarz jak zwykle była nieprzenikniona. On też to czuł, teraz silniej. Zgniła magia pulsowała wokół drzewa jak chore serce.
- To drzewo... - wyszeptała Wiktoria, ściszając głos, jakby bała się, że potężne konary mogą ją usłyszeć. - Ono... jest złe. Ciemne. Utkane z mroku.
Morian zmarszczył brwi, patrząc sceptycznie na drzewo.
- Bzdury. To tylko stare drzewo. Pewnie widziało niejedno - powiedział, bardziej próbując przekonać samego siebie niż ją.
Ale gdy przyjrzał mu się uważniej, sam poczuł lekkie ukłucie niepokoju. To nie był tylko niepokój. To była pewność, płynąca z jego daru. Magia tego miejsca była stara, potężna i skażona. Trująca. Coś w jego masywnym pniu, w splątanych konarach, w tej nienaturalnej czerni kory, było odpychającego. Coś, co nie pasowało do reszty otoczenia.
Z pobliskiego domu wyszła kobieta. Poruszała się powoli, ociężale, jakby każdy krok sprawiał jej ból lub wymagał ogromnego wysiłku. Jej oczy miały dziwny, mętny odcień, pozbawione blasku, jakby nie spała od wielu tygodni. Podniosła na nich wzrok, ale jej spojrzenie było puste, nieobecne, jakby patrzyła przez nich, a nie na nich.
- Goście - wymamrotała cicho, a jej głos był monotonny, pozbawiony jakichkolwiek emocji. - Nie mieliśmy gości od dawna.
Wiktoria spojrzała na nią uważnie, sięgając swoim darem. Poczuła to wyraźnie - ledwie tlącą się iskrę życia, przygaszoną, wyssaną. Kobieta była jak pusta skorupa.
- Oni... oni tu są tylko ciałem - powiedziała cicho do Moriana. - Coś zabrało z nich resztę. Duszę. Energię.
Morian zacisnął usta. Zgnilizna magiczna wysysała życie z tej wioski. Nienawidził takich spraw. Magia, klątwy, pasożyty umysłu - rzeczy, których nie można było po prostu przebić mieczem i załatwić sprawy. Wymagały finezji, wiedzy, której często mu brakowało. Jego dar pozwalał wyczuć zagrożenie, ale nie zawsze podpowiadał, jak je zwalczyć.
- Musimy odpocząć - powiedział krótko. Zmęczenie dawało o sobie znać po długim marszu. - A potem się tym zajmiemy. Cokolwiek to jest.