Tylko dla dziewcząt - Magdalena Samozwaniec

Reflow text when sidebars are open.
W modlitwach starozakonnych jest następujące zdanie: "Dziękuję Ci, Panie Boże, żeś mnie nie stworzył kobietą". Dopiero teraz to podziękowanie jest aktualne. Nowoczesne czasy nałożyły na kobietę ciężary ponad siły. "Ziemskie wczasy" zaczynają się bardzo atrakcyjnie, póki kobieta jest młodą dziewczyną, ale potem! "Składa dzieci", "znosi" męża i cały dom nosi na głowie, pracując przy tym zarobkowo. Zdawałoby się, że nie ma się do czego pchać. Tymczasem zwykle jest wprost przeciwnie - dzisiaj wychodzą za mąż osiemnasto - i dziewiętnastolatki, zupełnie jak gdyby im groziło staropanieństwo. A przecież nasze dziarskie chłopaki nigdy by do tego nie dopuściły. Przypominają się czasy prababek, kiedy panienki wychodziły za mąż, mając kilkanaście lat, a kobieta trzydziestoletnia była już matroną. Oto co poeta Seweryn Goszczyński pisze w wierszu do trzydziestoletniej:
Chodź tu, chodź tu, moja miła,
I twarz w twarz, łono do łona -
Niech żar, niech uściska siła
Twe usta, twą pierś przekona,
żeś jeszcze kobietą.
.................................
Zrzuć więc na twe lata skargę,
Chodź śmiało w moje ramiona.
.................................
Jeszcze dawniej Krasiński napisał "modlitwę, aby umrzeć młodo", przeznaczoną dla swojej "sympatii", pani Bobrowej. "Daj mi umrzeć, o Panie, w trzydziestym drugim roku życia" - łka rzewnie poeta w imieniu ukochanej kobiety. Nawiasem mówiąc, pobożne życzenie nie spełniło się i pani Bobrowa dożyła sędziwego wieku. Przed wojną najgroźniejsze wampy "zaczynały się" w wieku 27-28 lat. Na podlotki albo tak zwane wówczas "siksy" nikt nie zwracał uwagi. Uczyły się, nosiły mundurki, długie warkocze i marzyły o tym, aby wreszcie dorosnąć i zacząć się tak ubierać, jak mama. (Wprost przeciwnie niż dzisiaj, kiedy matki pragną tak się stroić i czesać, jak ich córki). Nie rozumiemy więc zupełnie, skąd ten pośpiech u dziewcząt, aby wyjść za mąż za pierwszego adoratora i, mówiąc poetycznie, zmienić swoje życie jak kwitnący ogródek przy rodzicielskim domku - na coś w rodzaju "Argedu": garnki, lodówka, waga do ważenia niemowlęcia, wózek "sportowy" (nazwa pochodząca nie wiadomo skąd) etc.
Przed ślubem dziewczyna zazwyczaj "chodzi" ze swoją "sympatią". (Nie mamy nic przeciwko "chodzeniu", byle tylko nie zaszła za daleko). W Anglii takie "sympatie" nazywają się boyfriends i rodzice z całym zaufaniem powierzają im swoje córki. Taka przymiarka - czy pasuje, czy "dobrze leży" - jest nawet sensowna. Dawniej "chodzenie" nazywało się narzeczeństwem, a "sympatia" - narzeczonym. Nie należy sądzić, że dawniejsze panny były o wiele cnotliwsze od dzisiejszych. Wieczorami pod osłoną drzew całowały się z ukochanym tak zawzięcie, że aż milkły okoliczne słowiki, króliki i bociany. Były tylko ostrożniejsze... Zrywały nieraz z narzeczonymi, ale za to małżeństwa były bardziej stabilne. Dzisiaj nasi chłopcy bez głębszego zastanowienia kupują "kociaka w worku", a kociaki - chłopców. Ledwo się poznali - i już jazda do urzędu stanu cywilnego, chociaż zdawałoby się, że do małżeństwa cywilnego też potrzeba cywilnej odwagi. A potem szybko dziecko, pogrzeb miłości przy dźwiękach big-beatu i dość łatwy dzisiaj do uzyskania rozwód. Nowe małżeństwo, drugie dziecko z nowym mężem i często drugi rozwód. A wszystko wina tempa! Dziewczęta widzą, jak szybko pędzą po ulicach samochody, jak szybko moda się zmienia, jak prędko kończy się telewizor (po ostatniej spłaconej racie) i boją się, aby chłopak nie umknął im sprzed nosa jak taksówka.
O twardej doli dzisiejszej mężatki nie myślą w tym pośpiechu. Nie zdają sobie też sprawy, że dzisiejszy mężczyzna dąży do tego, aby utrzymać żonę za jej własne pieniądze. Więc będzie musiała pracować zarobkowo. Wszystko, byle prędzej, byle już. I dziecko też od razu. A przecież dla młodych świat dzisiaj wysypuje cały róg obfitości, wszystkie radości życia są tylko i wyłącznie dla nich: stypendia, wyjazdy zagraniczne, wycieczki motocyklem we dwoje na Mazury w białych nocniczkach na głowie, występy estradowe, kluby młodzieżowe etc... A tu, nie wiadomo dlaczego, machnięcie ręką na te wszystkie radości życia i zamiana na zamieszkanie u rodziców "matrymonialnie". Osiemnastolatka przyprowadza któregoś dnia do domu faceta z brodą starego profesora, ale za to z grzywką pazia, w kapelusiku odgiętym po obu bokach, którego widok budzi w rodzicach najgorsze przeczucia, i oświadcza kategorycznie, że to jej przyszły mąż. Rodzice z lęku i szacunku dla młodych starają się najpierw być bardzo uprzejmi.
- Może pan się czegoś napije?
- Ja nie piję.
- To może pan coś przekąsi?
- Nie przekąszam.
- To może porozmawiamy?
- Nie rozmawiam.
- A co pan robi?
- Jestem poetą.
- To może nam pan zadeklamuje albo przeczyta coś ze swoich utworów?
Młodzieniec tylko na to czekał. Wyciąga z kieszeni zmiętą ćwiartkę papieru i z namaszczeniem zaczyna czytać:
Twoje piersi biją jak dzwony...
- Przepraszam - przerywa mu ojciec - kogo biją?
- Tatusiu, proszę nie przerywać. Sylwek, czytaj dalej...
Potrząsam twą ręką
Jak dzwonnik sznurem
A piersi kołyszą się, dzwonią,
Póki nie opadną
Z bezgłośnym hukiem -
wówczas podpełza strach.
I tylko twe oczy dzwonią
Jak cicha, bezgwiezdna noc.
Tatuś krztusi się od śmiechu, udając, iż się mocno zaciągnął papierosem. Mama z oburzenia dostała wypieków.
- Czy pan tę poezję napisał do mojej córki?
- Zgadza się.
- To pan jej widocznie nie widział w stroju kąpielowym, ona ma piękne piersi, nie żadne "dzwony"... I ja jako matka wypraszam sobie...
- Jolka, idziemy, to nie jest klimat dla nas. Dno!
Córka spogląda na rodziców z pogardą i rozżaleniem. Wychodzą oboje. Wieczorem matka chce z nią porozmawiać poważnie.
- Co ty masz w głowie, dziewczyno! Chcesz wyjść za mąż za tego grafomana?
- Nie wolno ci wyrażać się o nim w ten sposób. Wydał już tomik wierszy i miał w telewizji cały recital swoich poezji z łaskawym współudziałem Kociniaka i Kobuszewskiego!
- To już wiem, dlaczego nie mamy w domu telewizora. A ja ci za niego nie pozwolę wyjść za mąż - i już. Oświadczę mu to sama.
- A cóż ty masz do gadania, moja stara. Jak mi będziesz robić głupie kawały, to ucieknę z domu.
Dawniej rodzice grozili dzieciom różnymi karami, jak stanie w kącie, klęczenie na grochu i tym podobne - dzisiaj dzieci grożą rodzicom ucieczką z domu. Jest to kara, której biedni rodzice najbardziej się boją. Mało już było podobnych wypadków? U państwa X zdarzyła się taka historia. Matka sprzeciwiała się kategorycznie małżeństwu córki z takim jednym "młodzieżowym", który jeszcze nie zdał matury, ale za to występował w estradowych zespołach jako przyszły Paul Anka - no i dziewczyna uciekła z domu. Rodzice pochorowali się ze zmartwienia, a mama posiwiała, bo przestała chodzić do fryzjera. W końcu po dwóch tygodniach dziewczyna wróciła do domu, blada, wychudzona i milcząca.
Po trzech szklankach herbaty i pięciu serdelkach przyznała się, że są już dawno po ślubie. Ona mieszka w akademiku, a on kątem u rodziców. I cóż mieli robić biedni państwo X? Wzięli ich do siebie i dali im ten drugi pokój.
Giraudoux powiedział, że "świat jest tępy, ograniczony i pełen dzieci". W myśl tej maksymy owa parka dodała światu po kilku miesiącach nowego obywatela. Dzieciak ryczy, przyszły Paul Anka śpiewa przy dźwięku gitary elektrycznej, przytupując nogą, jako że należy do zespołu New Ochota Stompers. Mama przeniosła się do kuchenki ze swoją maszyną do pisania. Nad nią suszą się pieluszki niemowlaka, wydając woń nie "Soir de Paris", ale "Pissoir de Varsovie". Wszyscy są nieszczęśliwi z wyjątkiem młodego małżonka, który sobie gwiżdże... na wszystko.
A dlaczego tak się dzieje? Bo młodzi raczej już skłonni są przypuszczać, że kiedyś umrą, niż żeby kiedykolwiek mieli się zestarzeć. Gdyby córki wierzyły w to, że kiedyś też będą miały dorosłe córki, a te córki zrobią je babkami, to może nie byłyby tak wielkimi egoistkami.
Dawniej rodzice brali się na różne sposoby, aby zniechęcić córkę do jakiegoś starającego się, którego nie uważali za odpowiedniego dla niej męża. Najlepszym sposobem było obrzydzenie jej do tego stopnia, aby sama z nim zerwała. W moich starych szpargałach znalazłam króciutką scenkę na ten temat pod tytułem Zaręczyny Florci. Oto ona:
Obraz I
MAMA
(otwierając list od córki) Masz tobie! Florcia się zaręczyła! Ciotka jej nie dopilnowała. A mówiłam - nie puszczać jej samej...
TATA
A kto to taki? Jak się nazywa?
MAMA
Reginald Hetmański! Pewnie mieszczuch, bo my, szlachta, nie potrzebujemy aż tak się nazywać.
TATA
Z pewnością nie. Czytaj dalej, Maryleczko. (zagląda do listu)
MAMA
Jest skończonym agronomem (czyta), elegancki, sportowy, gra na fortepianie... Słyszysz, Zbychu?
TATA
Na szczęście jeszcze słyszę... he, he, he! Ale mogło być gorzej, mogła się zaręczyć z jakimś oficerem od artylerii albo z mieszczuchem kupczykiem.
MAMA
Zjem jeszcze jednego kotleta, zdenerwowałam się. Mój Boże, taka młoda i już jej się zachciewa twardych obowiązków małżeńskich. Fe!
TATA
No, nie taka znowu młoda, skończyła 22 lata...
MAMA
Nasza córka ma dwadzieścia lat i proszę, aby Zbych o tym pamiętał. Ach, te córki zawsze na świat przychodzą za wcześnie! Nie wiem, kto to jest ten pan Senatorski, ale zanadto się sprzeciwiać nie możemy. Florcia ma blednicę, a na to tylko małżeństwo pomaga... A tak pragnęłam dla niej kogoś z naszego mondu, ale cóż, ta młodzież dzisiaj sama decyduje o swoim losie... Takie czasy. Ale i tak, jeśli nie zechcemy... gdy nam się nie spodoba... No, zobaczymy, nie przesądzajmy sprawy.
TATA
No i co jeszcze pisze Florcia?
MAMA
(zagląda do listu)...że go kocha... że on będzie bogaty po najdłuższym życiu. Słyszysz - "po najdłuższym życiu", ha, ha, ha, ha! I że jest najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. "Kobietą". Odkąd to młode panienki z dobrych domów mówią o sobie "kobieta"? To widocznie już wpływ tego młodzieńca. Ano (wzdycha) trudno. Trzeba przyjąć ten dopust Boży. Pisze, że jutro przyjadą koleją żelazną o godzinie piątej po południu. Oczywiście pójdziemy po nich na stację.
Obraz II
Na stacji
(Mama rzuca się na wychodzącą z wagonu młodą pannę w sukni do kostek, z różami na słomianym kapeluszu. Uściski, babski jazgot itp. Za córką wychodzi z wagonu młodzieniec w ciemnym ubraniu, w słomianym kapeluszu. Jest wysmukły, przystojny mimo małych baczków.)
MAMA
No, pokaż się! Obróć się! Pocałuj mnie jeszcze raz. Zmężniałaś, pobyt na wsi doskonale ci zrobił. A czy to służący wujcia? To ładnie, że wujek użyczył ci go do noszenia rzeczy.
FLORCIA
Psst! Gotów usłyszeć, to mój narzeczony! Reggie, podejdź, przywitaj się z moją mamą.
REGINALD
(całuje mamę w rękawiczkę glacé). Moje uszanowanie łaskawej pani. (krzyczy) Numerowy! Proszę tu do nas!
MAMA
(cicho do córki) Ależ ma głosik! Żeby tylko w przyszłości tak na ciebie nie krzyczał. (do numerowego, który taszczy walizy) Zapomnieliście wziąć z przedziału kwiaty i bomboniery.
NUMEROWY
Co było, to wzionem, czego nie było, to nie wzionem.
MAMA
No dobrze, dobrze. Panowie z tatą i numerowym niech idą naprzód do dorożki, a my sobie pomalutku za nimi. No i co? Zaręczyło się dziecko bez mamy. Taka ta dzisiejsza młodzież... No cóż, bylebyś była szczęśliwa.
FLORCIA
(gorąco) Ach, mamciu, już jestem szczęśliwa. A cóż dopiero będzie po ślubie... To jest prawdziwy skarb!
MAMA
Ale czy ten skarb ma "flotę"?
FLORCIA
Na razie nie bardzo, ale on majątek nosi w sobie. Taki zdolny, otrzyma posadę agronoma w dobrach hrabiego Przedpełka.
MAMA
(obejmuje córkę) Moje biedactwo. No, ale skoro go kochasz...
FLORCIA
I mamcia go pokocha, jak go bliżej pozna. To taka piękna dusza, jasny człowiek.
MAMA
Jasny może, ale ciemnego ubrania do pociągu nie powinien był kłaść... i do tego słomiany kapelusz, tr?s mauvais genre [1]. Ale poza tym wygląda na poczciwinę. I co mi się w nim podoba - to, że jest oszczędny. Nie wydał pieniędzy ani na kwiaty dla ciebie, ani na czekoladki. O, spójrz, jak się teraz z numerowym targuje, będzie dobrym mężem, który się liczy z każdym groszem. Tatko nigdy nie mógł się tego nauczyć, a do podróży zawsze kładł pumpy z angielskiego materiału.
Obraz III
Znowu obiad
MAMA
Florciu, nie kręć kulek z chleba, to jest w bardzo złym stylu.
FLORCIA
A czy ja kręcę? Coś się mamie przywidziało.
MAMA
Przepraszam cię, dziecko, rzeczywiście się pomyliłam, to nasz kochany gość... Ale pana matka to musiała mieć z panem wieczny kłopot... Może jeszcze kotlecika?
REGINALD
Dziękuję uprzejmie. Ale dlaczego moja matka miała mieć ze mną kłopot? Byłem raczej spokojnym dzieckiem.
MAMA
(słodziutko) Och, nie wątpię. Florciu, nie garb się! Przy stole należy siedzieć prosto!
FLORCIA
(ze zdumieniem) Przecież ja siedzę prosto.
MAMA
(wypinając lorgnon [2] na narzeczonego) To jest w najgorszym guście garbić się i trzymać łokcie na stole...
(Reginald, zrozumiawszy, że mama pije do niego, prostuje się i zdejmuje łokcie z blatu stołu.)
FLORCIA
Napijmy się, przecież to nasz zaręczynowy obiad!
MAMA
Ale czy pan zaręcza, że Florcia będzie z panem szczęśliwa?
REGINALD
Postaram się... dołożę wszelkich starań.
TATA
Przepraszam, drogi panie, że panu zwrócę uwagę, ale pański krawat otrzymał dodatkowy deseń w formie makaronu!
MAMA
(zanosząc się od śmiechu) Dodatkowy deseń? Ha, ha, ha! Już jak ten Zbych coś powie!
REGINALD
(zmieszany) Faktycznie... nie zauważyłem (strzepuje makaron na podłogę)
MAMA
Od tego jest popielniczka... faktycznie... (Mama z tatą spoglądają na siebie i dławią się od śmiechu)
REGINALD
Czy mogę poprosić o sól...?
MAMA
Ależ naturalnie... nawet cała solniczka stoi przed panem.
REGINALD
(coraz bardziej nieswój) Faktycznie...
TATA
Ej, dystrakt [3] z tego pana Reginalda, dystrakt faktycznie. (Reginald, coraz bardziej speszony, bierze solniczkę tak niezręcznie, że cała sól wysypuje się na obrus, porywa swój kieliszek czerwonego wina i wylewa go na stół.)
MAMA
Panie! Co pan robi! Czy pan oszalał? Mój najcieńszy haftowany obrus wyprawny! Nieee, tego już za wiele!
REGINALD
(zupełnie załamany) Ja strasznie przepraszam... ale mi się pomyliło. U nas w domu, gdy ktoś wylał na obrus czerwone wino, to się plamy szybko zasypywało solą...
TATA
(z wesołą ironią) No, to całkiem zrozumiałe, że pan przypuszczał, iż u nas robi się wprost przeciwnie - ha, ha, ha! Koncept, którego by panu pozazdrościł sam Charlie Chaplin.
REGINALD
Ja faktycznie... nie wiem, co mi strzeliło do głowy. Strasznie mi przykro... doprawdy...
MAMA
Trudno, zdarza się... ale nie w najlepszych rodzinach. Tylko obrusa szkoda...
TATA
(ubawiony) No, ale wypijmy zdrowie młodej pary i oby wam życie popłynęło tak barwnie, jak to czerwone wino przed chwilą. (podnosi kieliszek do góry) Prosit! [4]
MAMA
Byle nie na wyprawnych obrusach naszej córki! Wasze zdrowie!
REGINALD
(wstaje bardzo blady) Państwo wybaczą... Ale ja już dłużej nie mogę... Źle się czuję. Ja wiem, że to nie wypada odchodzić od zaręczynowego obiadu... ale muszę wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza. (szybko wychodzi z jadalni)
MAMA
Nie wiecie, co mu się stało? Tak nagle wstać od stołu!
TATA
Obraził się na nas... czy co?
MAMA
Nie mam pojęcia, o co mu poszło, to ja powinnam była wstać od stołu po tym, co zrobił z moim obrusem... Ale my mamy na to za duże poczucie humoru. Mógł wstać obrażony po skończonym obiedzie, ale nie w trakcie...
FLORCIA
(płaczliwie) Biedny Reggie. Byliście dla niego niegodziwi! Jesteście bezwzględni i pozbawieni serca. Wstanę i pobiegnę za nim. Przeproszę go za was!
MAMA
Siedź! Mężczyźnie nigdy nie należy pokazywać, że nam tak na nim zależy. To najgorsza taktyka i w złym guście.
FLORCIA
Ale zrozumcie, że ja go kocham!
MAMA
Po ślubie będziesz go kochać, a teraz jedz pieczyste, bo ci ostygnie, i pamiętaj, że tylko szewcy uciekają od stołu. C'est tr?s mauvais genre. [5]
Finał
MAMA
No i gdzież ten twój ulubieniec? Mam nadzieję, że poszedł kupić ci różę... bo dotychczas poza fiołkiem alpejskim w doniczce nie przyniósł ci złamanego kwiatka... Gdyby tatko jako narzeczony ośmielił się zamiast róż nicejskich przynieść takie coś, tobym mu chyba tą doniczką rozbiła głowę.
FLORCIA
Nie wiem, gdzie poszedł, ale to mi jest najzupełniej obojętne. Nie będziemy sobie przecież deptać po piętach...
MAMA
Szczególnie gdy jedna para pięt - to platfusy.
FLORCIA
Nieprawda! On nie ma żadnych platfusów.
MAMA
Może mi się tylko zdawało, może on tylko tak stąpa całą stopą, tak ciężko... Ale w gruncie rzeczy to bardzo poczciwy chłopczyna.
FLORCIA
Właśnie, taki poczciwy... I z początku wydawał mi się bardzo przystojny... a teraz...
MAMA
Twoje szczęście. Przystojny mąż to tragedia dla kobiety. Inne na niego dybią. Najlepszy... to taki sobie przeciętny, tuzinkowy.
FLORCIA
Więc mama uważa, że on jest taki tuzinkowy. Nie przyszło mi to dawniej do głowy.
MAMA
Miłość oślepia. No, trudno, orłem nie jest, ale może być bardzo zacnym mężem. Tylko nie pozwól mu nosić sztuczkowych spodni i dzwonić łyżeczką po dnie szklanki z herbatą.
FLORCIA
Kiedy... ja już go nie kocham.
MAMA
Bardzo dobrze, wyjdziesz za mąż z rozsądku. Małżeństwa z miłości zwykle bywają nieszczęśliwe.
FLORCIA
(tragicznie) Obrzydziliście mi go!
MAMA
A cóż to za miłość, którą tak łatwo można obrzydzić! Radzę ci nie robić fochów, tylko wyjść za niego spokojnie za mąż, a nuż ci się nikt inny nie trafi?
FLORCIA
(wybuchając płaczem) Trudno. Przepadło. Koniec! Zostanę starą panną!
MAMA
Pokłóciliście się?
FLORCIA
(płacząc) Niee... tylko on powiedział, że ma tego wszystkiego dosyć i... zwiał... po angielsku...
MAMA
Ja uważam, że bardzo po polsku, bo żaden Anglik by tego nie zrobił. Ale Bogu chwała, bo jeśli już teraz zwiał, to co by dopiero było po ślubie!
Koniec
I. Proroczy sen
O godzinie ósmej budziły się codziennie do życia dwie siostry: Józinka i Helunia. Najstarsza "panna na wydaniu", Maniusia albo Mańcia, miała już własny panieński pokoik. Za oknem świeciło lipcowe słońce roku 1910. Służąca weszła i postawiła z hałasem na progu dwie pary wysokich, czarnych jak smoła bucików. Zapinanie ich na guziki było poranną lekcją cierpliwości. Helunia, wielki flejtuch, zapinała tylko co drugi guzik. Józinka klęła, szukając haczyka, ale tylko w myślach, gdyż inaczej mama usłyszałaby jeszcze i byłaby awantura. Uporawszy się w końcu z bucikami, stanęła przed lustrem i zaczęła z trudem upinać na głowie wałek z włosia, który trzeba było małymi i ostrymi szpileczkami przypiąć omalże do skóry, by nie wyzierał spod włosów jak mysz spod miotły i nie wybrzuszał się nad czołem jak okap przy każdym żywszym poruszeniu. W ogóle wszystkie trzy doszły już dawno do przekonania, że do życia trzeba zdrowia! A to mycie! To opryskiwanie się zimną wodą w starej spiżarni, opuszczonej przez myszy i konfitury, to szorowanie się "do połowy" czerwonym mydłem glicerynowym, bo wszystkie inne pachnące mydełka uważała mama za szkodliwe dla skóry i w ogóle dla panienek niestosowne.
Józinka miała w czeluściach swojej szuflady różowy puder, ale wytłumaczono jej, że ciotka Aniela dlatego wygląda na siedemdziesiąt lat, mając zaledwie sześćdziesiąt pięć, że całe życie używała pudru, w którym jest, jak wiadomo, bizmut i kwas pruski. Kosmetykami pewnymi i dozwolonymi były: gliceryna, wazelina i mydło dziegciowe.
Ku wielkiemu niezadowoleniu mamy Helunia myła głowę raz na miesiąc, zamiast raz na rok.
- Stracisz włosy - mówiono jej. - Będzie w trzydziestym roku życia musiała nosić perukę, jak ciocia Rózia.
Józinka znów upierała się, żeby nosić suknie tak krótkie, że jej prawie cały bucik było widać.
- Prawdziwie dobrze wychowane panny nóg nie mają - mawiała ciocia-babcia.
Mama była już troszkę bardziej postępowa.
- Owszem - twierdziła - można mieć nogi, ale nie trzeba ich pokazywać, bo to i niemiłe, i nieciekawe dla patrzącego.
Ile razy któraś z panien odsłoniła nieco czarną pończochę, mama powtarzała sławną historię o pani Szpotańskiej, bohaterce towarzyskiego skandalu, która na balu ośmieliła się założyć nogę na nogę i pokazać kostkę. Było to w Krakowie podczas karnawału. Hrabina Żniwożęcka podeszła do pani Szpotańskiej i zapytała wyniośle, czy czeka ona na szewca, aby jej wziął miarę. Pani Szpotańska, blada jak trup, natychmiast opuściła salony hrabiny i od tego czasu nigdzie nie bywa. (Mama też jej nie oddała wizyty. Czasem tylko spotyka ją na ulicy).
- Co za tupet pokazywać się na ulicy, po której spacerują panienki z dobrych domów - mówiła kiedyś mama do ojca.
Piękna jednak była ta pani Szpotańska, nie ma co ukrywać. Na głowie tok wielkości beczułki, cały z fiołków, cienka w pasie i te perfumy przed nią i za nią!
- Okropność! - otrząsała się mama. - Przyzwoita osoba używa takich perfum, że ich nawet najwrażliwszy nos nie poczuje. Ale taka dama jak ona to wszystkim pragnie zwracać na siebie uwagę. Nie patrzcie na nią, moje dziewczynki, to nie jest widok stosowny dla panien.
Józinka nie tylko patrzyła, ale nawet oglądała się za panią Szpotańską. Była ona przecież "nie dla panien", jak francuska powieść w żółtej okładce, jak powieści pani Grot-Bączkowskiej, drukowane w tygodniku "Świat". Prawdziwa rozwódka! Słowa tego, zdaniem mamy, nie wypadało panience używać. A w ogóle to z rozmyślania nad tego rodzaju damami należało się spowiadać ojcu Fijałkowskiemu.
Siostry kończyły się ubierać. Helunia wyszła ze spiżarki i nałożyła długą, niezgrabną koszulę płócienną, a na nią gorset-pancerz, szary, miejscami czarny (bo przecież gorsetów się nie prało). Zwykle po spacerze Helunia ściągała z siebie to narzędzie tortur i, dysząc ciężko, kładła się na łóżku - nareszcie wyzwolona i szczęśliwa, z pręgami wkoło bioder; widniały one również na jej szyi od sztywnego kołnierzyka. Myślała ze zgrozą: "Co by było, gdyby mnie jakiś mężczyzna ujrzał w takim negliżu! Powód niemal do samobójstwa!".
Usiadła na łóżku i zaczęła wciągać olbrzymie majtasy z falbanami, w które wpychało się koszulę.
- Włóż je przez głowę! - zaśmiała się Józinka.
- Głupia jesteś - mruknęła Helunia i stanęła w szerokich majtkach z falbanami, w których wraz z pancerzem gorsetu wyglądała jak Hiszpan. Na ów strój nałożyła szumiącą haleczkę, nieco podartą (ale tego przecież nie było widać), na gorset zaś - staniczek pięknie haftowany w rodzaj dziurek od nosa, zapinany z tyłu na niciane guziczki.
- Zapnij mi - poprosiła siostrę, stając do niej tyłem. Resztę stroju stanowiła długa, fałdowana spódnica płócienna (bo przecież było lato) i bluzka wpuszczona do spódnicy ze sztywnym męskim kołnierzykiem. Helunia ścisnęła się skórzanym paskiem, przy którym wisiały "breloczki", a więc srebrne miniaturowe kierpce góralskie, muchomorek z kości słoniowej, malutka srebrna książeczka z kartkami białego papieru i cieniutkim ołóweczkiem oraz zielony emaliowany listek koniczyny. Szykiem było mieć przy pasku jak najwięcej breloczków, które brzęczały przy każdym kroku. Dziewczęta nieraz zamieniały między sobą breloczki.
- Ja ci dam dzwonek, a ty mi daj muchomorek.
- Za nic, muchomorek to mój porte-bonheur [6]. Mogę się z tobą zamienić na świnkę.
- Zwariowałaś! Świnkę za srebrny dzwoneczek! Taka świnka z podkową w ryjku jest warta co najmniej dwa breloki. Dodaj słonia!
- Jak myślisz - zapytała Józinka, wciągając na siebie strój podobny do ubioru siostry - czy hrabia Czmiel oświadczy się Maniusi?
- Mama już obiecała dać na mszę za duszę babci, jeśli się wreszcie oświadczy.
- Oni się bardzo kochają, prawda? A jak ty myślisz (w tym miejscu przyciszyła głos), czy się całują?
- Może się i całują... tylko że przed ślubem to podobno ciężki grzech. Ale mama tak ich pilnuje. Gdy tylko siedzą razem, wchodzi do saloniku pod jakimś pretekstem. A raz, gdy ich zastała siedzących blisko siebie na tej małej kozetce, to wypięła na nich lorgnon i powiedziała lodowatym tonem: "Czy nie uważasz, Marie, że ta kanapka jest za mała na dwoje?". Odskoczyli od siebie, jakby siedzenie pod nimi się zapaliło. - Ha, ha, ha! To coś takiego, jak z tym indykiem, co to na jednego za wiele, a na dwoje za mało.
- Mnie też kazała im wczoraj "szapronować", gdy poszli wieczorem do parku. Mańcia machała na mnie ręką, bym sobie poszła, ale ja się bałam wymówek mamy, więc szłam za nimi w przyzwoitej odległości. A jak ci się podoba jego lokaj, przystojny, prawda?
- Czy domestique [7] może być przystojny? Ja na ludzi nie zwracam uwagi.
- Ale filut z niego, kilka razy zauważyłam, jak podsłuchuje pod drzwiami. I boję się, że rozumie po francusku, bo gdy mama z tatą, jak zwykle przy służbie, zaczęli rozmawiać ze sobą po francusku, to się tak jakoś dziwnie uśmiechał...
- Tego tylko brakuje, aby człowiek znał jakieś obce języki. - Józinka stanęła przed małym lustrem wiszącym na ścianie.
- Nigdy nie nauczę się wiązać krawata. Muszę do tego znaleźć męża.
- Tak, i zwariujesz podczas nocy poślubnej, jak biedna Kasia Zdamięcka.
- Chyba z radości. Ach, mąż... - zawołała histerycznie. - Ale wiesz, mam wrażenie, że w małżeństwie dzieją się rzeczy, o których mama nie ma zielonego pojęcia, inaczej by nigdy na to nie pozwoliła.
Józiuchna zaśpiewała, zapinając staniczek z tyłu i wykręcając się przy tym, arię z operetki Rozwódka. Lecz na to z drugiego pokoju odezwał się surowy głos mamy:
- Józia słyszała już tyle razy, że nie należy nucić tych niestosownych dla panienek melodii.
Józiuchna przestała śpiewać i przyciszonym głosem rzekła do siostry:
- Heluniu, opowiedz mi znowu jakiś sen o przyszłości.
Helunia, dziewczę blade, często krościaste, dręczone gorsetem, podwiązkami, kołnierzykami i staniczkami, od dawna już jak fakir, który udręcza ciało, ażeby wyzwolić ducha, czuła wzbierające w sobie zdolności do telepatii i jasnowidzenia. Miewała sny fantastyczne, w których zjawiał się nieznajomy imieniem Kacper, ukazując jej jakieś wizje przyszłości.
Mama mawiała do ojca:
- Przejdzie jej to, gdy wyjdzie za mąż. Ale jeśli ty, mój kochany, nie będziesz nigdy rzucał młodym ludziom, którzy u nas bywają, biletów, to nie wiem, jak to będzie.
- Tak - zaczęła Helunia i przymknęła oczy - dzisiaj miałam sen o przyszłości. - Szalenie dziwny, ale tak nieprzyzwoity, że wprost nie śmiem go opowiedzieć...
- Musisz opowiedzieć.
- Ale ty jeszcze komuś powtórzysz... Mańci.
Józinka położyła rękę na sercu.
- Jak mamę kocham, nikomu nie powiem.
Było to najsilniejsze zaklęcie, którego nie wolno było złamać.
- Więc śniło mi się, że mama w krótkiej sukni... takiej krótkiej, jakie miewają baletnice...
- Nie wymawiaj tak głośno słowa "baletnica", bo jeszcze kto wejdzie.
- Więc mama w sukni ledwie zakrywającej kolana...
- Ciszej...
- ...poszła z jakimś panem w jednym kierunku, a ja w takiej samej krótkiej sukience z innym panem w drugim kierunku: mama zawołała z daleka: "Spotkamy się w "Esplandzie" na dansingu". We śnie rozumiałam, co znaczą te słowa, teraz już nie bardzo. Poza tym mama miała krótko obcięte włosy i ja też... Widać przez Europę przeszła epidemia tyfusu. Miałyśmy obie odkryte ramiona i szyje.
- Jak to? Nie było kołnierzyka? To musiało być strasznie goło koło szyi.
- Było goło, ale mimo to czułyśmy się obie świetnie. Potem goniłam się po parku z młodym człowiekiem, szalenie przystojnym. Kacpra nie było. Całowaliśmy się...
- A nie bałaś się, że mama z daleka zobaczy?
- Nie, bo mama na pewno robiła to samo.
- Boże drogi, będziesz się musiała spowiadać z takich snów.
- Ale to jeszcze nic. Śnił mi się bal, zwany tak jakoś śmiesznie "dansingiem". Mama nie siedziała pod ścianą...
- Moja droga, mów ciszej...
- ...tańczyła, a ja przeważnie siedziałam, bo mama zabrała mi mojego partnera.