Tylko Cross - Sylvia Day

Kup ebooka

31.50 zł
26.15 zł (22,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Nowy Jork ni­gdy nie śpi. Moje miesz­ka­nie w Upper West Side było wyci­szone w takiej mie­rze, jakiej się ocze­kuje po war­tej wiele milio­nów dola­rów nie­ru­cho­mo­ści, ale dźwięki mia­sta i tak prze­ni­kały do środka - ryt­miczny szum opon toczą­cych się po znisz­czo­nych uli­cach, pro­test zmę­czo­nych hamul­ców i bez­u­stanne trą­bie­nie klak­so­nów tak­só­wek.

Gdy wyszłam z kawiarni na rogu ulicy i wkro­czy­łam na jak zwy­kle pełen ludzi Broad­way, ogar­nął mnie miej­ski pośpiech. Jak uda­wało mi się żyć bez kako­fo­nii Man­hat­tanu?

Jak uda­wało mi się żyć bez niego?

Gideon Cross. Uję­łam w dło­nie jego twarz i poczu­łam, jak się do nich przy­tula. Wzru­szył mnie ten pokaz bez­bron­no­ści i czu­ło­ści. Jesz­cze kilka godzin wcze­śniej myśla­łam, że się ni­gdy nie zmieni, że będę musiała zdo­być się na zbyt wielki kom­pro­mis, aby móc z nim żyć. A teraz sta­łam w obli­czu jego odwagi i wąt­pi­łam w swoją.

Czy wyma­ga­łam od niego wię­cej niż od sie­bie? Zawsty­dzała mnie myśl, że naci­ska­łam na niego, by się roz­wi­jał, pod­czas gdy ja sama upar­cie trwam w miej­scu.

Stał przede mną, taki wysoki i silny. W dżin­sach, koszulce polo i bejs­bo­lówce nasu­nię­tej nisko na czoło był nie do pozna­nia. Nikt by się nie domy­ślił, że to Gideon Cross, znany na całym świe­cie biz­nes­men. Był jed­nak tak fascy­nu­jący, że zwra­cał na niego uwagę każdy, kto go mijał. Kątem oka widzia­łam, że ludzie zer­kali na niego prze­lot­nie, by po chwili znów mu się przy­glą­dać.

Bez względu na to, czy Gideon był ubrany na spor­towo, czy miał na sobie szyty na miarę trzy­czę­ściowy gar­ni­tur, co tak bar­dzo lubił, moc oddzia­ły­wa­nia jego szczu­płego, choć musku­lar­nego ciała była nie­za­prze­czalna. Postawa, auto­ry­tet, jakim ema­no­wał za sprawą nie­na­gan­nego pano­wa­nia nad sobą, nie pozwa­lały mu sto­pić się z oto­cze­niem.

Nowy Jork połyka wszystko, co znaj­dzie się w jego obrę­bie, ale Gideon pro­wa­dził to mia­sto na pozła­ca­nej smy­czy.

I był mój. Mia­łam na palcu obrączkę, ale na­dal w pew­nych chwi­lach trudno mi było w to uwie­rzyć.

Ni­gdy nie będzie po pro­stu face­tem. Był bru­tal­no­ścią w otoczce ele­gan­cji, dosko­na­ło­ścią nazna­czoną wadami. Ogni­wem spa­ja­ją­cym mój świat, spa­ja­ją­cym w ogóle cały świat.

Poka­zał, że się ugnie i podda do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści, aby być ze mną. A to odno­wiło we mnie posta­no­wie­nie, by udo­wod­nić, że jestem warta bólu, z któ­rym musiał się przeze mnie zmie­rzyć.

Wokół nas ponow­nie otwie­rano sklepy przy Broad­wayu. Uliczny ruch zaczął się nasi­lać, czarne samo­chody i żółte tak­sówki pod­ska­ki­wały jak sza­lone na nie­rów­nej nawierzchni. Miesz­kańcy tej czę­ści mia­sta wyszli z domów - wypro­wa­dzali psy albo szli w kie­runku Cen­tral Parku, żeby pobie­gać, wykra­da­jąc na tę czyn­ność tyle czasu, ile tylko mogą, nim rzucą się w wir pracy.

Dotar­li­śmy do kra­węż­nika i w tym samym momen­cie zatrzy­mał się przy nim mer­ce­des. Za jego kie­row­nicą sie­dział postawny Raul. Angus zapar­ko­wał ben­tleya tuż za nim. Jeden przy­je­chał po mnie, drugi po Gide­ona. Każde z nas jechało do innego domu. Czy tak wygląda mał­żeń­stwo?

Nasze mał­żeń­stwo tak wła­śnie wyglą­dało, choć żadne z nas tego nie pra­gnęło. Musia­łam wyty­czyć pewne gra­nice, gdy Gideon zwer­bo­wał do swo­jej firmy mojego pra­wie już byłego szefa z agen­cji rekla­mo­wej, w któ­rej pra­co­wa­łam.

Rozu­mia­łam, dla­czego mój mąż chciał, bym dołą­czyła do rze­szy pra­cow­ni­ków Cross Indu­stries, ale że pró­bo­wał mnie do tego zmu­sić, dzia­ła­jąc za moimi ple­cami? Nie mogłam na to pozwo­lić, nie w przy­padku takiego czło­wieka jak Gideon. Albo będziemy razem - i wspól­nie będziemy podej­mo­wać decy­zje - albo dystans mię­dzy nami będzie zbyt duży, by nasz zwią­zek miał szanse powo­dze­nia.

Odchy­li­łam głowę i spoj­rza­łam na jego olśnie­wa­jącą twarz. Dostrze­głam w niej wyrzuty sumie­nia i ulgę. A także miłość. Mnó­stwo miło­ści.

Był tak przy­stojny, że aż bra­ko­wało mi tchu. Jego oczy były błę­kitne jak morze na Kara­ibach, a gęste czarne włosy muskały koł­nie­rzyk. Jakaś pełna czu­ło­ści ręka ukształ­to­wała każdą powierzch­nię i zała­ma­nie na jego twa­rzy, czy­niąc ją nie­ska­zi­telną i do tego stop­nia hip­no­tyczną, że trudno przy nim myśleć racjo­nal­nie. Jego wygląd urzekł mnie, w chwili gdy go ujrza­łam, i na­dal stwier­dzam, że moje synapsy od czasu do czasu nie­ocze­ki­wa­nie się prze­grze­wają. Gideon mnie olśnie­wał.

Waż­niej­szy był jed­nak czło­wiek kry­jący się w środku, jego nie­stru­dzona ener­gia i siła, bły­sko­tliwa inte­li­gen­cja i bez­względ­ność połą­czone z ser­cem, które potra­fiło być tak łagodne...

- Dzię­kuję. - Musnę­łam pal­cami ciemny łuk jego brwi i poczu­łam w opusz­kach mro­wie­nie, jak zawsze gdy doty­ka­łam jego skóry. - Że do mnie zadzwo­ni­łeś. I opo­wie­dzia­łeś mi swój sen. I się ze mną spo­tka­łeś.

- Spo­tkał­bym się z tobą wszę­dzie. - Jego słowa brzmiały jak przy­sięga wypo­wie­dziana z żarem i gor­li­wo­ścią.

Wszy­scy mamy swoje demony. Te prze­śla­du­jące Gide­ona były zamknięte w oko­wach jego żela­znej woli. O ile nie spał, bo kiedy spał, nękały go w bru­tal­nych, gwał­tow­nych kosz­ma­rach. Tak wiele nas łączyło, lecz prze­moc, jakiej doświad­czy­li­śmy w dzie­ciń­stwie, była dra­ma­tem, który nas do sie­bie przy­cią­gał i rów­no­cze­śnie odpy­chał. Utrud­niała mi walkę. Ci, któ­rzy nas prze­śla­do­wali, zabrali nam już zbyt wiele.

- Evo... Jesteś jedyną siłą, która potrafi mnie z tego wycią­gnąć.

- Za to też ci dzię­kuję - wymru­cza­łam, czu­jąc ucisk w piersi. - Wiem, że nie było ci łatwo dopu­ścić mnie do sie­bie, ale tego potrze­bo­wa­li­śmy. I wiem, że mocno na cie­bie naci­ska­łam...

- Zbyt mocno.

Usta wykrzy­wiły mi się w pod­kówkę na dźwięk lodo­wa­tego tonu jego głosu. Gideon nie przy­wykł spo­ty­kać się z odmową, gdy cze­goś chciał.

- Wiem. A ty mi na to pozwo­li­łeś, bo mnie kochasz.

- To coś wię­cej niż miłość. - Chwy­cił mnie za nad­garstki i trzy­mał tak mocno, że całą sobą się pod­da­łam.

Przy­tak­nę­łam, bo już się nie bałam przy­znać, że potrze­bo­wa­li­śmy sie­bie w taki spo­sób, jaki ktoś mógłby nazwać nie­zdro­wym. Tacy jed­nak byli­śmy, to mie­li­śmy do zaofe­ro­wa­nia. I było to cenne.

- Poje­dziemy do dok­tora Peter­sena razem. - Jego wypo­wiedź zabrzmiała niczym komenda, ale patrzył na mnie, tak jakby zadał mi pyta­nie.

- Ależ jesteś wład­czy. - Dro­czy­łam się z nim, bo chcia­łam, żeby­śmy oboje roz­stali się w dobrych nastro­jach.

I z nadzieją. Od coty­go­dnio­wego spo­tka­nia z naszym tera­peutą dok­to­rem Lyle'em Peter­se­nem dzie­liło nas zale­d­wie kilka godzin, i trudno było o lep­sze zrzą­dze­nie losu. W naszych rela­cjach nastą­pił prze­łom. Przyda nam się tro­chę pomocy w okre­śle­niu, jak powinny wyglą­dać nasze dal­sze kroki.

Poło­żył dło­nie na mojej talii.

- Uwiel­biasz to.

Chwy­ci­łam brzeg jego koszulki i zmię­łam miękki dżer­sej.

- Uwiel­biam cie­bie.

- Evo.

Objął mnie mocno i pew­nie. Czu­łam na szyi jego roze­dr­gany, gorący oddech. Man­hat­tan nas ota­czał, ale nie mógł nam prze­szko­dzić. Gdy byli­śmy razem, nie ist­niało nic wię­cej.

Zamru­cza­łam z pożą­da­nia, a każda cząstka mnie, która go pra­gnęła, drżała z roz­ko­szy, kiedy znowu tak na mnie napie­rał. Chło­nę­łam go, głę­boko oddy­cha­jąc, i doty­ka­łam twar­dych mię­śni jego ple­ców. Ogar­nęło mnie upa­ja­jące pod­nie­ce­nie. Byłam od niego uza­leż­niona - ser­cem, duszą i cia­łem - a przez wiele dni musia­łam się bez niego obyć, roz­trzę­siona, wytrą­cona z rów­no­wagi, nie­zdolna do wła­ści­wego funk­cjo­no­wa­nia.

Nik­nę­łam w jego znacz­nie więk­szym i tward­szym od mojego ciele. W jego obję­ciach czu­łam się bez­pieczna, kochana i chro­niona. Nic nie mogło mnie dotknąć ani zra­nić, gdy mnie tulił. Chcia­łam, by czuł się w moim towa­rzy­stwie rów­nie bez­piecz­nie. Musiał wie­dzieć, że może zre­zy­gno­wać z czuj­no­ści, ode­tchnąć, a ja nas ochro­nię.

Musia­łam być sil­niej­sza. Mądrzej­sza. Bar­dziej prze­ra­ża­jąca. Mie­li­śmy wro­gów i Gideon na razie zma­gał się z nimi sam. Opie­kuń­czość była jego wro­dzoną cechą, którą głę­boko podzi­wia­łam. Musia­łam jed­nak zacząć poka­zy­wać ludziom, że potra­fię być rów­nie zatrwa­ża­jąca i groźna jak mój mąż.

Co waż­niej­sze, musia­łam to udo­wod­nić Gide­onowi. Wtu­li­łam się w niego i chło­nę­łam jego cie­pło. Miłość.

- Do zoba­cze­nia o sie­dem­na­stej, mistrzu.

- I ani minuty póź­niej - pole­cił surowo.

Zaśmia­łam się wbrew sobie, zauro­czona każ­dym prze­ja­wem jego szorst­kiej strony.

- Bo co? - zapy­ta­łam.

Odsu­nął się ode mnie i spoj­rzał na mnie, tak że aż pod­kur­czy­łam palce stóp.

- Bo cię dorwę.

***

Do apar­ta­mentu ojczyma powin­nam była wejść wyjąt­kowo cicho, bo o tej porze - kilka minut po szó­stej - z dużym praw­do­po­do­bień­stwem mogłam zostać przy­ła­pana na pota­jem­nym wśli­zgi­wa­niu się do domu. Ja jed­nak celowo wkro­czy­łam do niego dum­nie, zajęta myślami o tym, co będę musiała zmie­nić.

Mia­łam czas na prysz­nic - nie­wiele, ale jed­nak - lecz posta­no­wi­łam go nie brać. Gideon od tak dawna mnie nie doty­kał. Upły­nęło zbyt dużo czasu od chwili, gdy jego dło­nie sunęły po mojej skó­rze, a jego ciało było w moim. Nie chcia­łam zmy­wać z sie­bie wspo­mnie­nia jego dotyku. Już tylko to dawało mi siłę, któ­rej potrze­bo­wa­łam, żeby zro­bić to, co muszę.

Lampka na sto­liku roz­bły­sła świa­tłem.

- Eva? Pod­sko­czy­łam.

- Jezus Maria!

Obró­ci­łam się w miej­scu i zoba­czy­łam matkę sie­dzącą na jed­nym z foteli w salo­nie.

- Prze­ra­zi­łaś mnie - rzu­ci­łam oskar­ży­ciel­sko, przy­kła­da­jąc dłoń do łomo­czą­cego serca.

Wstała. Się­ga­jący do ziemi saty­nowy szla­frok w kolo­rze kości sło­nio­wej lśnił i muskał smu­kłe, lekko opa­lone nogi. Byłam jej jedy­nym dziec­kiem, ale wyglą­da­ły­śmy jak sio­stry. Monica Tra­mell Bar­ker Mit­chell Stan­ton obse­syj­nie o sie­bie dbała. Mło­dzień­czy wygląd był narzę­dziem zapew­nia­ją­cym powo­dze­nie tej kobie­cie, która wzięła ślub dla sta­tusu i miała być ozdobą swo­jego męża.

- Zanim zaczniesz - powie­dzia­łam - ow­szem, musimy poroz­ma­wiać o weselu. Ale naprawdę muszę się spa­ko­wać, żeby móc dzi­siaj wró­cić do domu.

- Masz romans?

To obce­sowe pyta­nie zszo­ko­wało mnie bar­dziej niż to, że urzą­dziła na mnie zasadzkę.

- Słu­cham? Nie!

Wes­tchnęła, a jej barki wyraź­nie się roz­luź­niły.

- Dzięki Bogu. Powiesz mi, co się dzieje? Jak poważna była twoja kłót­nia z Gide­onem?

Poważna. Przez chwilę się mar­twi­łam, że swoją decy­zją Gideon dopro­wa­dzi do naszego roz­sta­nia.

- Pra­cu­jemy nad tym, mamo. To było tylko utrud­nie­nie na naszej dro­dze.

- Utrud­nie­nie, które kazało ci uni­kać go przez wiele dni? Nie tak należy sobie radzić z pro­ble­mami, Evo.

- To długa histo­ria... Skrzy­żo­wała ręce na pier­siach.

- Ni­gdzie się nie spie­szę.

- Ale ja tak. Muszę się szy­ko­wać do pracy.

Zro­biła minę świad­czącą o tym, że ją ura­zi­łam, a ja natych­miast poczu­łam wyrzuty sumie­nia.

Kie­dyś myśla­łam, że gdy doro­snę, będę taka jak moja matka. Godzi­nami prze­bie­ra­łam się w jej gar­de­ro­bie, poty­ka­łam w jej szpil­kach, sma­ro­wa­łam twarz jej dro­gimi kre­mami i kolo­ro­wymi kosme­ty­kami. Sta­ra­łam się naśla­do­wać jej lekko chro­pawy głos i zmy­słowy manie­ryzm, prze­ko­nana, że matka jest naj­wspa­nial­szą i naj­do­sko­nal­szą kobietą na świe­cie. To, jak trak­to­wała męż­czyzn, jak oni na nią patrzyli i zaspo­ka­jali jej potrzeby... Cóż, też chcia­łam posiąść tę magiczną moc.

W rezul­ta­cie wyro­słam na jej podo­bi­znę. Róż­niły nas tylko fry­zury i kolor oczu. Jed­nak nasze podo­bień­stwo koń­czyło się na wyglą­dzie. Nie mogły­by­śmy się bar­dziej róż­nić jako kobiety i, nie­stety, byłam z tego dumna. Prze­sta­łam ją pro­sić o radę, chyba że cho­dziło o ubiór albo wystrój wnętrz.

To się miało jed­nak zmie­nić. Od teraz.

W związku z Gide­onem wypró­bo­wa­łam wiele róż­nych tak­tyk, ale nie pro­si­łam o radę bli­skiej mi osoby, która wie­działa, że mam wyjść za mąż za zna­czą­cego i potęż­nego czło­wieka.

- Potrze­buję two­jej rady, mamo.

Moje słowa zawi­sły w powie­trzu, a potem dostrze­głam, że do niej dotarły. Zdu­miona otwo­rzyła sze­roko oczy. Chwilę póź­niej opa­dła na kanapę, jakby ugięły się pod nią kolana. Jej szok był dla mnie moc­nym cio­sem i uświa­do­mił mi, jak bar­dzo się od niej odcię­łam.

Żołą­dek skrę­cił mi się w supeł, gdy sia­da­łam naprze­ciwko niej na kana­pie. Nauczy­łam się uwa­żać na to, co mówię mamie, i robi­łam wszystko, co mogłam, by zataić infor­ma­cje, które mogłyby roz­po­cząć jedną z dopro­wa­dza­ją­cych mnie do szału dys­ku­sji.

Nie zawsze tak było. Nathan ode­brał mi cie­pło i bli­skość związku z matką, podob­nie jak ode­brał mi nie­win­ność. Kiedy mama dowie­działa się, co zaszło, zmie­niła się i stała się nado­pie­kuń­cza do tego stop­nia, że czu­łam się prze­śla­do­wana i przy­tło­czona. Była pewna wszyst­kiego w swoim życiu - z wyjąt­kiem mnie. O mnie zawsze się bała i była wścib­ska, a cza­sami wręcz reago­wała histe­rią. Z bie­giem lat zmu­si­łam się, by w imię wła­snego spo­koju nazbyt czę­sto roz­mi­jać się z prawdą i zata­jać sekrety przed wszyst­kimi kocha­nymi mi ludźmi.

- Nie wiem, jak mam być żoną, któ­rej potrze­buje Gideon - wyzna­łam.

Ścią­gnęła łopatki, a cała jej postawa wyra­żała obu­rze­nie.

- Czy ma romans?

- Nie. - Zaśmia­łam się nie­chęt­nie. - Żadne z nas nie ma romansu. Nie zro­bi­li­by­śmy sobie cze­goś takiego. Nie mogli­by­śmy. Prze­stań się o to mar­twić.

Musia­łam się zasta­no­wić, czy jej ostatni akt nie­wier­no­ści z moim ojcem nie był przy­pad­kiem praw­dzi­wym źró­dłem jej stra­pie­nia. Czy to jej cią­żyło? Kwe­stio­no­wała swój zwią­zek ze Stan­to­nem? Nie wie­dzia­łam, co o tym myśleć. Bar­dzo kocha­łam tatę, ale byłam też prze­ko­nana, że to mój ojczym jest ide­al­nym mężem dla mamy.

- Evo...

- Kilka tygo­dni temu wzię­li­śmy z Gide­onem pota­jemny ślub. - Boże, jak wspa­niale było to powie­dzieć.

Popa­trzyła na mnie i zamru­gała. Raz. Drugi.

- Słu­cham?

- Jesz­cze nic nie mówi­łam tacie - cią­gnę­łam. - Ale zamie­rzam do niego dzi­siaj zadzwo­nić.

W jej oczach zalśniły łzy.

- Dla­czego? O Boże. Evo... Jak to moż­liwe, że się tak od sie­bie odda­li­ły­śmy?

- Nie płacz. - Wsta­łam z kanapy, pode­szłam do niej i usia­dłam obok. Uję­łam ją za ręce, ale ona mnie gorąco uści­skała.

Wdy­cha­łam bli­ski mi zapach i czu­łam spo­kój, jaki można zna­leźć tylko w obję­ciach matki. Przy­naj­mniej przez kilka chwil.

- Nie pla­no­wa­li­śmy tego, mamo. Wyje­cha­li­śmy na week­end. Gideon zapy­tał, czy bym się zgo­dziła, wszystko zor­ga­ni­zo­wał... To było spon­ta­niczne. Pod­ję­li­śmy tę decy­zję pod wpły­wem chwili.

Odsu­nęła się ode mnie. Ujrza­łam jej zalaną łzami twarz i ogni­ste spoj­rze­nie.

- Oże­nił się z tobą bez umowy przed­ślub­nej? Wybu­chłam śmie­chem. Nie potra­fi­łam się powstrzy­mać. Moja matka musiała się sku­pić na kwe­stiach finan­so­wych. Pie­nią­dze od dawna były siłą napę­dową jej życia.

- Pod­pi­sa­li­śmy inter­cyzę.

- Evo Lau­ren! A czy się jej przyj­rza­łaś? Czy też pod­pi­sa­łaś ją spon­ta­nicz­nie?

- Prze­czy­ta­łam każde słowo.

- Nie jesteś praw­niczką! Boże, Evo... Wycho­wy­wa­łam cię na mądrzej­szą kobietę!

- Te sfor­mu­ło­wa­nia zro­zu­miałby nawet sze­ścio­la­tek - wypa­li­łam, ziry­to­wana tym, co sta­no­wiło praw­dziwy pro­blem w moim związku z Gide­onem: zbyt wielu ludzi wtrą­cało się do naszych spraw i absor­bo­wało uwagę, przez co nie mie­li­śmy czasu, by zająć się tym, co naprawdę tego wyma­gało. - Nie martw się o inter­cyzę.

- Powin­naś była popro­sić Richarda, żeby ją prze­czy­tał. Nie rozu­miem, dla­czego tego nie zro­bi­łaś. To takie nie­od­po­wie­dzialne. Po pro­stu...

- Widzia­łem ją, Moniko.

Oby­dwie się odwró­ci­ły­śmy na dźwięk głosu mojego ojczyma. Stan­ton wszedł do pokoju gotów roz­po­cząć nowy dzień. Wyglą­dał ele­gancko w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze i żół­tym kra­wa­cie. Wyobra­zi­łam sobie, że Gideon w jego wieku będzie bar­dzo do niego podobny: fizycz­nie sprawny, dys­tyn­go­wany samiec alfa.

- Czy­ta­łeś ją? - zapy­ta­łam zasko­czona.

- Cross prze­słał mi ją kilka tygo­dni temu. - Stan­ton pod­szedł do mojej matki i wziął ją za rękę. - Nie dał­bym rady wyne­go­cjo­wać lep­szych warun­ków.

- Warunki zawsze mogą być lep­sze, Richar­dzie! - rzu­ciła ostro mama.

- Umowa prze­wi­duje bonusy w związku z waż­nymi wyda­rze­niami, takimi jak rocz­nice i uro­dze­nie dzieci. Nie ma też słowa o karach dla Evy, za to jest wzmianka o ewen­tu­al­nej tera­pii mał­żeń­skiej, gdyby oka­zała się potrzebna. Gdyby doszło do roz­wodu, podział majątku będzie wię­cej niż spra­wie­dliwy. Mia­łem ochotę zapy­tać, czy praw­nicy Crossa prze­glą­dali tę umowę. Wyobra­żam sobie, że gło­śno pro­te­sto­wali.

Matka sie­działa chwilę w mil­cze­niu i ana­li­zo­wała to, co usły­szała. Potem zerwała się na równe nogi i wybu­chła:

- Wie­dzia­łeś, że biorą pota­jemny ślub? Wie­dzia­łeś i nic nie powie­dzia­łeś?

- Nic nie wie­dzia­łem. - Stan­ton przy­tu­lił ją i mówił cicho jak do malut­kiego dziecka. - Pomy­śla­łem, że się przy­go­to­wuje z wyprze­dze­niem. Zazwy­czaj nego­cjo­wa­nie warun­ków umowy przed­ślub­nej zaj­muje wiele mie­sięcy. Cho­ciaż w tym przy­padku nie mógł­bym pro­sić o nic wię­cej. Wsta­łam. Musia­łam się spie­szyć, jeśli mia­łam zdą­żyć do pracy. Szcze­gól­nie tego dnia nie chcia­łam się spóź­nić.

- Dokąd to? - Matka odsu­nęła się od Stan­tona. - Nie skoń­czy­ły­śmy roz­mowy. Nie możesz zrzu­cać na mnie takiej bomby, a potem po pro­stu wyjść!

Odwró­ci­łam się w jej stronę i szłam tyłem do drzwi.

- Naprawdę muszę się już szy­ko­wać. Może spo­tkamy się w porze lun­chu i poroz­ma­wiamy?

- Nie możesz...

- Corinne Giroux - prze­rwa­łam jej.

Matka naj­pierw otwo­rzyła sze­roko oczy, a póź­niej je przy­mknęła. Jedno nazwi­sko. Nie musia­łam mówić nic wię­cej.

Była kobieta Gide­ona to pro­blem, który nie wymaga dal­szych wyja­śnień.

***

Rzadko się zda­rza, by ktoś przy­jeż­dżał na Man­hat­tan i nie czuł się tu od razu swo­bod­nie. Linia hory­zontu tej czę­ści Nowego Jorku została uwiecz­niona w nie­zli­czo­nych fil­mach i pro­gra­mach tele­wi­zyj­nych roz­po­wszech­nia­ją­cych na całym świe­cie infor­ma­cję, że nowo­jor­czycy kochają swoje mia­sto.

Nie byłam wyjąt­kiem.

Podzi­wia­łam ele­gan­cję budynku Chry­slera wznie­sio­nego w stylu art déco. Potra­fi­łam okre­ślić swoją pozy­cję wzglę­dem Empire State Buil­ding. Podzi­wia­łam zapie­ra­jącą dech w pier­siach wyso­kość Sta­tui Wol­no­ści, która góruje nad mia­stem. Budy­nek Cross­fire też jest klasą samą w sobie. I uwa­ża­łam tak, zanim jesz­cze zako­cha­łam się w czło­wieku, któ­rego wizja dopro­wa­dziła do jego stwo­rze­nia.

Gdy Raul zapar­ko­wał mer­ce­desa przy chod­niku, podzi­wia­łam sza­fi­rowe szkło ota­cza­jące bryłę Cross­fire o kształ­cie ostro­słupa. Odchy­li­łam głowę i spoj­rza­łam na lśniącą ścianę, bie­gnąc wzro­kiem na samą górę, na zalany świa­tłem szczyt, gdzie znaj­do­wała się firma Cross Indu­stries. Mijali mnie prze­chod­nie - na chod­niku roiło się od męż­czyzn i kobiet idą­cych do pracy z aktów­kami i tor­bami na zakupy w jed­nej ręce i kub­kami z paru­jącą kawą w dru­giej.

Poczu­łam obec­ność Gide­ona, zanim go zoba­czy­łam. Całe moje ciało wibro­wało świa­do­mo­ścią jego obec­no­ści, gdy wysiadł ze swo­jego ben­tleya, który zatrzy­mał się za mer­ce­de­sem. Powie­trze wokół mnie było nała­do­wane, czuć w nim było ener­ge­ty­zu­jącą ener­gię, która zwia­stuje nad­cią­ga­jącą burzę.

Nale­ża­łam do nie­licz­nych osób, które wie­działy, że tę burzę kar­mił nie­po­kój znę­ka­nej duszy Gide­ona.

Odwró­ci­łam się w jego stronę i uśmiech­nę­łam. Nasze jed­no­cze­sne przy­by­cie nie było zbie­giem oko­licz­no­ści. Zorien­to­wa­łam się, zanim potwier­dziło to jego spoj­rze­nie.

Gideon miał na sobie gra­fi­towy gar­ni­tur, białą koszulę i srebrny kra­wat z mate­riału o sko­śnym splo­cie. Kosmyki ciem­nych wło­sów muskały linię jego szczęki i koł­nie­rzyk w sek­sow­nie zawa­diacki spo­sób. W jego spoj­rze­niu na­dal tliła się gorąca gwał­tow­ność, która na początku mnie parzyła, ale w jego błę­kit­nych oczach były też czu­łość i otwar­tość, które zna­czyły dla mnie znacz­nie wię­cej niż wszystko, co Gideon mógłby mi kie­dy­kol­wiek dać.

Szedł ku mnie, więc i ja ruszy­łam w jego stronę.

- Dzień dobry, Mroczny i Groźny.

Uśmiech­nął się. Roz­ba­wie­nie jesz­cze bar­dziej ocie­pliło jego spoj­rze­nie.

- Dzień dobry, żono.

Wycią­gnę­łam do niego rękę i poczu­łam, jak w poło­wie drogi mocno ujmuje moją dłoń.

- Dzi­siaj rano powie­dzia­łam matce... że się pobra­li­śmy.

Zdu­miony, uniósł ciemną brew, a potem posłał mi trium­falny uśmiech.

- To dobrze.

Śmie­jąc się z jego nie­po­skro­mio­nej zabor­czo­ści, dałam mu lek­kiego kuk­sańca w ramię. Przy­cią­gnął mnie do sie­bie i poca­ło­wał w kącik roze­śmia­nych ust - ruszał się jak bły­ska­wica.

Jego radość była zaraź­liwa. Czu­łam, jak we mnie kwit­nie i roz­ja­śnia wszyst­kie miej­sca, które od kilku dni spo­wi­jała ciem­ność.

- W cza­sie pierw­szej prze­rwy zadzwo­nię do taty.

I prze­każę mu wia­do­mość.

Spo­waż­niał.

- A dla­czego dopiero teraz, nie wcze­śniej?

Mówił łagod­nym gło­sem, cicho, dba­jąc o naszą pry­wat­ność. Wokół prze­pły­wał stru­mień pra­cow­ni­ków biu­ro­wych, ale nie zwra­cali na nas uwagi. Jed­nak waha­łam się z odpo­wie­dzią, bo czu­łam się zanadto wysta­wiona na widok publiczny.

A potem... jesz­cze ni­gdy nie było mi tak łatwo wyja­wić prawdy. Tak dużo ukry­wa­łam przed ludźmi, któ­rych kocha­łam. Cho­dziło o dro­bia­zgi, ale i o ważne sprawy. Sta­ra­łam się utrzy­mać sta­tus quo, a rów­no­cze­śnie mia­łam nadzieję na zmianę, któ­rej potrze­bo­wa­łam.

- Bałam się - odrze­kłam.

Pod­szedł bli­żej i patrzył na mnie badaw­czo.

- A teraz już się nie boisz?

- Nie.

- Dziś wie­czo­rem powiesz mi dla­czego. Przy­tak­nę­łam.

- Powiem.

Objął mnie za szyję. Jego dotyk był rów­no­cze­śnie zabor­czy i czuły. Pozba­wiona wyrazu twarz niczego nie zdra­dzała, ale oczy... te błę­kitne oczy... kipiały emo­cjami.

- Damy radę, aniele.

Miłość zalała mnie gorącą falą niczym odu­rze­nie wywo­łane świet­nym winem.

- Bez dwóch zdań.

***

Dziw­nie się czu­łam, prze­kra­cza­jąc próg firmy Waters Field & Leaman, skoro odli­cza­łam w myślach dni, w cza­sie któ­rych będę mogła jesz­cze mówić, że pra­cuję w tej pre­sti­żo­wej agen­cji rekla­mo­wej. Megumi Kaba poma­chała mi zza biurka recep­cjo­nistki. Postu­kała w słu­chawkę, żeby dać mi znać, że pro­wa­dzi roz­mowę tele­fo­niczną i nie możemy poroz­ma­wiać. Odma­cha­łam jej i ruszy­łam zde­cy­do­wa­nym kro­kiem w stronę swo­jego sta­no­wi­ska. Mia­łam sporo pracy i cze­kało na mnie nowe wyzwa­nie.

Należy jed­nak zaczy­nać od początku. Wrzu­ci­łam torebkę i torbę do dol­nej szu­flady, usia­dłam w fotelu i zaczę­łam prze­glą­dać stronę kwia­ciarni. Wie­dzia­łam, czego chcę. Dwa tuziny bia­łych róż w wyso­kim wazo­nie z czer­wo­nego krysz­tału.

Biel to sym­bol czy­sto­ści. Przy­jaźni. Wiecz­nej miło­ści. A także pod­da­nia się. Wyraź­nie poka­za­łam, na czym mi zależy, gdy wymu­si­łam sepa­ra­cję mię­dzy mną a Gide­onem. I wygra­łam. Ale nie chcia­łam wojo­wać z moim mężem.

Nawet nie sili­łam się na wymy­śle­nie jakiejś mądrej notki na bile­ciku dołą­czo­nym do kwia­tów, jak to robi­łam w prze­szło­ści. Po pro­stu napi­sa­łam prawdę. Sta­wało się to łatwiej­sze z każdą minutą.

Jest Pan cudowny, Panie Cross. Ubó­stwiam Pana i kocham.

Pani Cross

Strona inter­ne­towa kazała mi sfi­na­li­zo­wać trans­ak­cję. Klik­nę­łam "zamów" i przez chwilę wyobra­ża­łam sobie, co Gideon pomy­śli o tym pre­zen­cie. Mia­łam nadzieję, że pew­nego dnia zoba­czę, jak dostaje ode mnie kwiaty. Czy się uśmiech­nie, gdy mu je przy­nie­sie jego sekre­tarz Scott? Czy prze­rwie wypo­wiedź w cza­sie spo­tka­nia, które aku­rat pro­wa­dzi, żeby prze­czy­tać liścik ode mnie? A może czeka na jedną z nie­licz­nych chwil pry­wat­no­ści?

Uśmie­cha­łam się lekko, roz­wa­ża­jąc różne moż­li­wo­ści.

Uwiel­bia­łam dawać Gide­onowi pre­zenty.

A nie­ba­wem będę miała wię­cej czasu, by je wybie­rać.

***

- Odcho­dzisz?

Mark Gar­rity z nie­do­wie­rza­niem ode­rwał wzrok od mojego wypo­wie­dze­nia. Spoj­rzał na mnie. Ści­snęło mnie w żołądku na widok wyrazu twa­rzy szefa.

- Tak. I prze­pra­szam, że nie mogłam zro­bić tego z więk­szym wyprze­dze­niem.

- Jutro przy­cho­dzisz po raz ostatni? - Opadł na opar­cie fotela. Oczy Marka miały odcień cze­ko­lady i były nieco jaśniej­sze od jego kar­na­cji. Wyra­żały zasko­cze­nie i nie­po­kój. - Dla­czego, Evo?

Wes­tchnę­łam i pochy­li­łam się, by oprzeć łok­cie na kola­nach. Po raz kolejny powie­dzia­łam prawdę.

- Wiem, że jest to bar­dzo nie­pro­fe­sjo­nalne, ale... Muszę teraz zmie­nić prio­ry­tety i nie mogę poświę­cać pracy całej swo­jej uwagi. Przy­kro mi, Mark.

- Ja... - Gło­śno ode­tchnął i prze­cze­sał dło­nią ciemne mocno skrę­cone loki. - Cho­lera... Co mam powie­dzieć?

- Że mi wyba­czysz i nie będziesz miał mi tego za złe. - Zaśmia­łam się śmie­chem pozba­wio­nym weso­ło­ści. - Wiem, że pro­szę o wiele.

Zdo­był się na cierpki uśmiech.

- Nie chcę cię tra­cić, Evo. Wiesz o tym. Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek uświa­do­mi­łem ci, jak wiele wnio­słaś do firmy. Dzięki tobie lepiej pra­cuję.

- Dzię­kuję, Mark. Doce­niam to. - Boże, to było trud­niej­sze, niż myśla­łam, choć wie­dzia­łam, iż jest to naj­lep­sza i jedyna decy­zja, jaką mogę pod­jąć.

Popa­trzy­łam na okno za ple­cami mojego szefa. Jako młod­szy opie­kun klienta miał mały gabi­net z wido­kiem na budy­nek po dru­giej stro­nie ulicy, ale mimo to jego biuro było tak samo nowo­jor­skie jak prze­stronny gabi­net Gide­ona Crossa na naj­wyż­szym pię­trze.

Podział na pię­tra pod wie­loma wzglę­dami odzwier­cie­dlał to, jak defi­nio­wa­łam swój zwią­zek z Gide­onem.

Wie­dzia­łam, kim był: czło­wie­kiem będą­cym klasą samą w sobie. To w nim kocha­łam i nie chcia­łam, żeby się zmie­nił. Chcia­łam wyłącz­nie wspiąć się na jego pię­tro dzięki wła­snym zasłu­gom. Nie bra­łam pod uwagę faktu, iż moja uparta odmowa zaak­cep­to­wa­nia tego, że nasze mał­żeń­stwo zmie­niło plan, ścią­gała go na swój poziom.

Nie zasłynę z tego, że wspię­łam się na szczyt w swo­jej dzie­dzi­nie. Według nie­któ­rych osób zawsze będę kobietą, która wyszła za mąż dla pozy­cji spo­łecz­nej. Będę musiała z tym żyć.

- Dokąd odcho­dzisz? - zapy­tał Mark.

- Szcze­rze mówiąc, na­dal się nad tym zasta­na­wiam.

Wiem tylko, że nie mogę tu zostać.

Moje mał­żeń­stwo nie wytrzyma więk­szej pre­sji, a ja pozwo­li­łam, by zna­la­zło się na kra­wę­dzi, bo sta­ra­łam się zacho­wać dystans, bo chcia­łam być na pierw­szym miej­scu.

Gideon Cross był głę­boki i wielki jak ocean. Odkąd go ujrza­łam, bałam się, że w nim utonę. Teraz już nie mogłam się tego bać. Nie po tym, gdy zro­zu­mia­łam, że jesz­cze więk­szy strach budzi we mnie myśl, że mogę go stra­cić.

Sta­ra­jąc się zacho­wać neu­tral­ność, prze­ska­ki­wa­łam z jed­nej strony na drugą. I choć bar­dzo mnie to wku­rzało, nie pomy­śla­łam, że jeśli pra­gnę kon­troli, to po pro­stu powin­nam ją prze­jąć.

- Czy Lan­Corp jest przy­czyną? - docie­kał Mark.

- Po czę­ści.

Wygła­dzi­łam spód­nicę ołów­kową w prążki, men­tal­nie pozby­wa­jąc się w ten spo­sób żalu do Gide­ona, który zwer­bo­wał Marka. Kata­li­za­to­rem było to, że Lan­Corp zwró­cili się do Waters Field & Leaman z prośbą, żeby ich kam­pa­nią zaj­mo­wał się Mark, a przez to także ja, do czego Gideon odniósł się podejrz­li­wie. Dzia­ła­nia Geof­freya Crossa Pon­ziego uszczu­pliły for­tunę rodziny Lan­do­nów i choć Ryan Lan­don i Gideon odbu­do­wali to, co ich ojco­wie stra­cili, Lan­don na­dal pra­gnął zemsty.

- Waż­niej­sze są jed­nak powody oso­bi­ste - powie­dzia­łam.

Mark się wypro­sto­wał, oparł łok­cie o biurko i pochy­lił się w moją stronę.

- To nie moja sprawa i nie będę wścib­ski, ale wiesz, że Ste­ven, Shawna i ja zawsze będziemy przy tobie, jeśli będziesz nas potrze­bo­wała. Bar­dzo cię lubimy.

Ten przy­pływ szcze­ro­ści spra­wił, że oczy zaszły mi łzami. Jego narze­czony Ste­ven Elli­son i jego sio­stra Shawna stali mi się bli­scy w ciągu tych kilku mie­sięcy pobytu w Nowym Jorku. Dołą­czyli do grupy przy­ja­ciół, którą stwo­rzy­łam w swoim nowym życiu. Bez względu na wszystko nie chcia­łam tra­cić związku z ludźmi, któ­rych poko­cha­łam.

- Wiem. - Uśmiech­nę­łam się ze smut­kiem. - Jeśli będę was potrze­bo­wała, zadzwo­nię. Obie­cuję. Wszystko będzie dobrze. Dla każ­dego z nas.

Mark roz­luź­nił się i uśmiech­nął.

- Ste­ven zemdleje z wra­że­nia. Może to ty powin­naś mu prze­ka­zać wia­do­mość.

Myśl o postaw­nym, towa­rzy­skim przed­się­biorcy budow­la­nym odgo­niła wszel­kie smutki. Ste­ven da mi popa­lić za to, że rezy­gnuję z pracy dla jego part­nera, ale zrobi to z czy­stej sym­pa­tii.

- Daj spo­kój - dro­czy­łam się z Mar­kiem. - Chyba mi tego nie zro­bisz? Już i tak jest mi ciężko.

- Nie mam nic prze­ciwko, żeby ci to tro­chę utrud­nić.

Zaśmia­łam się. O, tak. Będzie mi bra­ko­wało Marka i tej pracy. Bar­dzo.

***

Gdy zaczęła się pierw­sza prze­rwa, w Oce­an­side w Kali­for­nii na­dal było wcze­śnie, więc zamiast dzwo­nić, wysła­łam do taty wia­do­mość: "Daj mi znać, kiedy się obu­dzisz, dobrze? Muszę Ci o czymś powie­dzieć". Wie­dzia­łam, że jako ojciec i poli­cjant Vic­tor Reyes miał skłon­ność do mar­twie­nia się, więc doda­łam: "To nic złego. Po pro­stu muszę Ci coś powie­dzieć".

Tele­fon zaczął dzwo­nić, led­wie go odło­ży­łam na blat w pokoju socjal­nym, żeby zro­bić sobie kawę. Na ekra­nie poja­wiła się przy­stojna twarz taty. Miał szare oczy, które po nim odzie­dzi­czy­łam.

Nagle poczu­łam zde­ner­wo­wa­nie. Się­gnę­łam po tele­fon trzę­sącą się ręką. Bar­dzo kocha­łam oboje rodzi­ców, ale zawsze uwa­ża­łam, że tata był wraż­liw­szy od mamy. O ile mama zawsze bez waha­nia mówiła, w jaki spo­sób mogła­bym pozbyć się wad, tata zda­wał się ich nie dostrze­gać. Na samą myśl o tym, że mogła­bym go roz­cza­ro­wać, zra­nić, czu­łam się okrutna.

- Cześć, tato! Jak się masz?

- To ja chcę cię o to zapy­tać, kocha­nie. U mnie wszystko po sta­remu. Co u cie­bie? Co się dzieje?

Pode­szłam do naj­bliż­szego sto­lika i usia­dłam na krze­śle, żeby się uspo­koić.

- Pisa­łam ci, że nie stało się nic złego, a ty i tak wyda­jesz się zanie­po­ko­jony. Obu­dzi­łam cię?

- Mar­twie­nie się to moja spe­cjal­ność - odparł z ser­decz­nym roz­ba­wie­niem w gło­sie. - Szy­ko­wa­łem się do jog­gingu przed pracą, więc mnie nie obu­dzi­łaś. Powiedz, o co cho­dzi.

Zaschło mi ustach i ciężko prze­łknę­łam ślinę.

- Rany, to trud­niej­sze, niż myśla­łam. Powie­dzia­łam Gide­onowi, że mar­twię się bar­dziej o mamę i że z tobą będzie łatwiej, a teraz pró­buję...

- Evo.

Wzię­łam głę­boki wdech.

- Wzię­li­śmy z Gide­onem pota­jem­nie ślub.

Po dru­giej stro­nie zapa­dła cisza.

- Tato?

- Kiedy?

Jego zachryp­nięty ton mnie dobi­jał.

- Kilka tygo­dni temu.

- Zanim przy­je­cha­łaś się ze mną spo­tkać?

- Tak.

Cisza.

Boże. Jakie to okrutne. Zale­d­wie kilka tygo­dni wcze­śniej powie­dzia­łam mu o tym, czego dopu­ścił się Nathan, i to go pra­wie zała­mało. A teraz to...

- Tato, dopro­wa­dzasz mnie do szału. Byli­śmy na wyspie. Było pięk­nie, wręcz cudow­nie. Ośro­dek, w któ­rym się zatrzy­ma­li­śmy, orga­ni­zuje śluby, więc cała sprawa oka­zała się bar­dzo łatwa. Jak w Las Vegas. Jest tam peł­no­eta­towy urzęd­nik i ktoś, kto zaj­muje się pozwo­le­niami. To był ide­alny moment. - Głos mi się zała­mał. - Tato... powiedz coś.

- Nie wiem, co.

Po policzku spły­nęła mi gorąca łza. Mama wybrała bogac­two zamiast miło­ści, a Gideon był dosko­na­łym przy­kła­dem typu męż­czy­zny, jakiego wolała od mojego ojca. Wie­dzia­łam, że tata będzie musiał się zmie­rzyć ze swoim uprze­dze­niem, a teraz poja­wiło się jesz­cze to utrud­nie­nie.

- I tak urzą­dzimy wesele - powie­dzia­łam i prze­rwa­łam, żeby odchrząk­nąć. - Chcemy wygło­sić swoje przy­sięgi w obec­no­ści przy­ja­ciół i rodziny.

- Tego się spo­dzie­wa­łem - mruk­nął. - Cho­lera! Mam wra­że­nie, jakby Cross mi coś ukradł! Mia­łem mu prze­ka­zać moją córeczkę, pra­co­wa­łem nad tym, a on po pro­stu sobie cie­bie wziął. I nic mi nie powie­dzia­łaś. Byłaś tu, w moim domu i nie wspo­mnia­łaś o tym ani sło­wem. To mnie boli, Evo. Boli.

Nie potra­fi­łam powstrzy­mać łez po takich sło­wach.

Zalały mnie gorącą falą. Widzia­łam jak przez mgłę i mia­łam ści­śnięte gar­dło.

Pod­sko­czy­łam na dźwięk otwie­ra­nych drzwi. Do pokoju wszedł Will Gran­ger.

- Pew­nie jest tutaj - powie­dział kolega. - No i pro­szę... Urwał na widok mojej twa­rzy, a z oczu za kwa­dra­to­wymi opraw­kami oku­la­rów znik­nęła weso­łość.

Ręka oble­czona w ciemny mate­riał odsu­nęła go na bok. Gideon. Wypeł­nił świa­tło drzwi, jego spoj­rze­nie spo­częło na mnie i zlo­do­wa­ciało. Nagle przy­po­mi­nał anioła zemsty, a w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze wyglą­dał kom­pe­tent­nie i nie­bez­piecz­nie. Rysy jego twa­rzy zasty­gły i przy­po­mi­nały piękną maskę.

Zamru­ga­łam, a mój mózg sta­rał się okre­ślić, jakim cudem i dla­czego się tu zna­lazł. Zanim mi się to udało, stał przede mną i trzy­mał w dłoni mój tele­fon. Popa­trzył na ekran, po czym przy­ło­żył go do ucha.

- Vik­to­rze. - Imię mojego ojca zabrzmiało jak ostrze­że­nie. - Zdaje się, że zde­ner­wo­wa­łeś Evę, więc teraz poroz­ma­wiasz ze mną.

Will wyco­fał się i zamknął za sobą drzwi.

Gideon mówił ostrym tonem, lecz jego palce gła­dzące mnie po policzku były nie­by­wale deli­katne. Patrzył na mnie, a błę­kit jego oczu migo­tał lodo­watą wście­kło­ścią, na któ­rej widok pra­wie zaczę­łam dygo­tać.

Jasny gwint, ale się wściekł. Mój tata rów­nież. Nie musia­łam trzy­mać słu­chawki przy uchu, by usły­szeć, jak krzy­czy.

Chwy­ci­łam Gide­ona za nad­gar­stek i pokrę­ci­łam głową, czu­jąc nagły przy­pływ stra­chu, że dwóch męż­czyzn, któ­rych kocham naj­bar­dziej na świe­cie, nagle się znie­lubi, a może nawet znie­na­wi­dzi.

- Nic się nie stało - szep­nę­łam. - Nic mi nie jest. Zmru­żył oczy i bez­gło­śnie powie­dział, że to nie­prawda.

A kiedy znowu się ode­zwał do mojego ojca, mówił sta­now­czo, w pełni opa­no­wany, przez co brzmiał jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jąco.

- Masz prawo się zło­ścić i mieć poczu­cie krzywdy, to prawda. Ale nie pozwolę, by z tego powodu moja żona się dener­wo­wała... Oczy­wi­ście, nie mam dzieci i nie potra­fię sobie tego wyobra­zić.

Wytę­ża­łam słuch i mia­łam nadzieję, iż cich­szy ton ozna­czał, że tata się uspo­ka­jał, a nie nakrę­cał jesz­cze bar­dziej.

Gideon nagle zesztyw­niał i odsu­nął ode mnie dłoń.

- Nie, nie był­bym szczę­śliwy, gdyby moja sio­stra wyszła pota­jem­nie za mąż. Ale nie na niej bym się wtedy wyży­wał.

Jęk­nę­łam. Mój mąż i mój tata mieli pewną wspólną cechę: obaj byli nie­sa­mo­wi­cie opie­kuń­czy wobec osób, które kochali.

- W każ­dej chwili pozo­staję do usług, Vik­to­rze. Mogę nawet do cie­bie przy­je­chać, jeśli tego potrze­bu­jesz. Kiedy poślu­bi­łem twoją córkę, wzią­łem na sie­bie pełną odpo­wie­dzial­ność zarówno za nią, jak i za jej szczę­ście. Jeśli muszę ponieść tego kon­se­kwen­cje, nie będę się uchy­lał.

Zmru­żył oczy i słu­chał.

Następ­nie usiadł naprze­ciwko mnie, poło­żył tele­fon na sto­liku i włą­czył gło­śnik.

- Evo? - Głos ojca wypeł­nił pomiesz­cze­nie.

Wzię­łam głę­boki, choć ury­wany oddech i ści­snę­łam dłoń Gide­ona, którą do mnie wycią­gnął.

- Jestem tu, tato.

- Kocha­nie... - Ojciec też zaczerp­nął głę­boko powie­trza. - Nie dener­wuj się, dobrze? Ja... Potrze­buję czasu, żeby to do mnie dotarło. Nie spo­dzie­wa­łem się tego i... Muszę to sobie jakoś poukła­dać w gło­wie. Możemy poroz­ma­wiać wie­czo­rem? Gdy skoń­czę pracę?

- Oczy­wi­ście.

- To dobrze - zamilkł.

- Kocham cię, tato.

W moim gło­sie sły­chać było płacz. Gideon przy­su­nął bli­żej krze­sło i ści­snął udami moje nogi. To nie­sa­mo­wite, ile mi dawał siły i jaką ulgę czu­łam, wie­dząc, że jest dla mnie opar­ciem. To było coś innego od wspar­cia Cary'ego. Z moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem mogłam podzie­lić się każ­dym pomy­słem, kibi­co­wał mi, a gdyby zaszła taka potrzeba, to przy­ło­żyłby komuś w moim imie­niu. Gideon był tar­czą.

Musia­łam mieć dość siły, by przy­znać, gdy potrze­bo­wa­łam tej tar­czy.

- Też cię kocham, dzie­cinko - powie­dział tata tonem, w któ­rym pobrzmie­wały ból i smu­tek. Aż zakłuło mnie serce. - Zadzwo­nię póź­niej.

- Dobrze... - Co innego mogłam powie­dzieć? W tej chwili nie wie­dzia­łam, jak napra­wić sytu­ację. - Cześć.

Gideon zakoń­czył roz­mowę, a następ­nie przy­trzy­mał moje drżące ręce. Nie odry­wał ode mnie wzroku, a lód stop­niowo ustę­po­wał miej­sca czu­ło­ści.

- Nie możesz się wsty­dzić, Evo. Zro­zu­miano? Przy­tak­nę­łam.

- Nie wsty­dzę się.

Ujął w dło­nie moją twarz, kciu­kami ocie­ra­jąc łzy pły­nące mi po policz­kach.

- Nie mogę patrzeć, jak pła­czesz, aniołku.

Zdu­si­łam w sobie smu­tek, spy­cha­jąc go do kącika, w któ­rym będę mogła się nim póź­niej zająć.

- Dla­czego tu jesteś? Skąd wie­dzia­łeś?

- Przy­sze­dłem podzię­ko­wać ci za kwiaty - wymru­czał.

- Och. A podo­bają ci się? - Zdo­by­łam się na uśmiech. - Chcia­łam, żebyś o mnie pomy­ślał.

- Myślę o tobie bez­u­stan­nie. W każ­dej minu­cie. - Chwy­cił mnie za bio­dra i przy­su­nął bli­żej.

- Wystar­czyło przy­słać wia­do­mość.

- Ach. - Na widok jego sła­bego uśmie­chu krew zaczęła szyb­ciej krą­żyć w moich żyłach. - Nie prze­ka­za­łaby tego.

Wziął mnie na kolana i namięt­nie poca­ło­wał.

***

"Wra­camy dzi­siaj do domu?", zapy­tał Cary w SMS-ie, gdy cze­ka­łam na windę, żeby zje­chać do lobby. Mama już tam na mnie cze­kała, a ja pró­bo­wa­łam pozbie­rać myśli. Mia­ły­śmy sporo do nad­ro­bie­nia.

Boże, mia­łam nadzieję, że pomoże mi pora­dzić sobie z tym wszyst­kim.

"Taki mam plan", odpi­sa­łam mojemu kocha­nemu, choć cza­sami wku­rza­ją­cemu współ­lo­ka­to­rowi. Wsia­dłam do windy. "Po pracy mam spo­tka­nie, a potem jem kola­cję z Gide­onem. Może być późno".

"Kola­cję? Musisz mi to wytłu­ma­czyć". Uśmiech­nę­łam się. "Oczy­wi­ście".

"Dzwo­nił Trey".

Wypu­ści­łam szybko powie­trze, jak­bym przez cały czas wstrzy­my­wała oddech. Pew­nie w jakimś sen­sie tak było. Nie mogłam winić chło­paka Cary'ego, z któ­rym łączyła go burz­liwa rela­cja, za to, że się wyco­fał, gdy się dowie­dział o ciąży dziew­czyny Cary'ego. Trey musiał się pogo­dzić z bisek­su­ali­zmem Cary'ego, a poja­wie­nie się dziecka ozna­czało, że w ich związku zawsze będzie ktoś trzeci.

Nie mam wąt­pli­wo­ści, że Cary powi­nien był wcze­śniej się zaan­ga­żo­wać w zwią­zek z Treyem, zamiast pod­trzy­my­wać inne opcje, ale rozu­mia­łam strach sto­jący za jego poczy­na­niami. Wie­dzia­łam nazbyt dobrze, o czym myśli czło­wiek, gdy prze­cho­dzi przez to, co spo­tkało Cary'ego i mnie, a mimo to spo­tyka kogoś wspa­nia­łego, kto go kocha.

Kiedy sprawy ukła­dają się zbyt dobrze, to dzieją się naprawdę?

Rozu­mia­łam też Treya i jeśli posta­nowi odejść, to usza­nuję jego decy­zję. Jed­nak zwią­zek z Treyem był naj­wspa­nial­szą rze­czą, jaka spo­tkała Cary'ego od dawna. Byłoby mi bar­dzo przy­kro, gdyby im się jed­nak nie udało. Wystu­ka­łam szybko wia­do­mość: "Co powie­dział"?

"Powiem Ci, gdy się spo­tkamy".

"Cary! To okrutne".

Dosta­łam odpo­wiedź, dopiero gdy poko­ny­wa­łam obro­tową bramkę w lobby.

"No coś Ty"?

Zanie­po­ko­iłam się, bo to nie zapo­wia­dało dobrych wie­ści. Sta­nę­łam z boku, żeby nie blo­ko­wać przej­ścia i napi­sa­łam: "Kocham Cię sza­leń­czo, Cary Tay­lo­rze".

"Ja Cie­bie też, mała".

- Evo!

Mama poko­nała dzie­lącą nas odle­głość, stu­ka­jąc nie­wiel­kimi obca­sami swo­ich san­dał­ków. Tej kobiety nie da się nie zauwa­żyć nawet w tłu­mie ludzi wycho­dzą­cych i wcho­dzą­cych do budynku Cross­fire. Monica Stan­ton była drobna i powinna się gubić w morzu gar­ni­tu­rów, ale zwra­cała na sie­bie zbyt dużo uwagi, aby to było moż­liwe. Cha­ry­zma. Zmy­sło­wość. Deli­kat­ność. Ta kom­bi­na­cja uczy­niła gwiazdę z Mari­lyn Mon­roe i uosa­biała moją matkę. Ubrana w gra­na­towy kom­bi­ne­zon bez ręka­wów Monica Stan­ton nie wyglą­dała na swoje lata i miała w sobie wię­cej pew­no­ści sie­bie niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Pan­tery od Car­tiera na szyi i nad­garstku komu­ni­ko­wały, że mama nie musi liczyć się z pie­niędzmi.

Pode­szła i wzięła mnie w obję­cia, co mnie dosyć zasko­czyło.

- Mamo.

- Nic ci nie jest? - Odsu­nęła się, by przyj­rzeć się mojej twa­rzy.

- Słu­cham? Nie. A dla­czego?

- Dzwo­nił twój ojciec.

- Och. - Spoj­rza­łam na nią z rezerwą. - Nie przy­jął dobrze tej wia­do­mo­ści.

- Zga­dza się.

Wzię­łam ją pod rękę i wyszły­śmy z budynku.

- Przej­dzie mu - cią­gnęła mama. - Nie był jesz­cze gotów, by cię komuś oddać.

- Bo przy­po­mi­nam mu cie­bie.

Według mojego ojca to matka od niego ode­szła. Na­dal ją kochał, nawet po dwu­dzie­stu latach osob­nego życia.

- Bzdura. Ow­szem, jeste­śmy do sie­bie podobne, ale ty jesteś znacz­nie cie­kaw­sza.

To mnie roz­ba­wiło.

- Gideon twier­dzi, że jestem inte­re­su­jąca - przy­zna­łam.

Uśmiech­nęła się pro­mien­nie, a mija­jący nas męż­czy­zna potknął się o wła­sne nogi.

- Oczy­wi­ście. Jest kone­se­rem kobiet - zauwa­żyła. - Wyglą­dasz olśnie­wa­jąco, ale potrzeba było cze­goś wię­cej niż urody, żeby cię poślu­bił.

Zatrzy­ma­łam się przed obro­to­wymi drzwiami, żeby puścić mamę przo­dem. Ude­rzyła we mnie fala par­nego upału, gdy dołą­czy­łam do niej na chod­niku, a moja skóra natych­miast zwil­got­niała. Cza­sami wąt­pi­łam, czy kie­dy­kol­wiek przy­wyknę do tej wil­got­no­ści, ale dopi­sy­wa­łam to do listy kosz­tów, które muszę ponieść, by miesz­kać w mie­ście, które tak bar­dzo poko­cha­łam. Wio­sna w Nowym Jorku była piękna i wie­dzia­łam, że jesień też taka będzie. To ide­alna pora roku, by odno­wić śluby, jakie zło­ży­łam męż­czyź­nie, który posiadł moją duszę i serce.

Dzię­ko­wa­łam Bogu za kli­ma­ty­za­cję, gdy zoba­czy­łam szefa ochrony Stan­tona cze­ka­ją­cego na nas przy czar­nym samo­cho­dzie, który stał przy kra­węż­niku.

Ben­ja­min Clancy ski­nął mi głową na powi­ta­nie z typową dla niego pewną sie­bie non­sza­lan­cją. Jak zwy­kle, zacho­wy­wał się pro­fe­sjo­nal­nie, a ja byłam mu tak wdzięczna, że z tru­dem się powstrzy­my­wa­łam, żeby go nie uca­ło­wać.

Gideon zabił Nathana, żeby mnie chro­nić. Clancy zadbał o to, żeby Gideon ni­gdy za to nie odpo­wie­dział.

- Cześć - powie­dzia­łam na powi­ta­nie, patrząc na swój uśmiech odbi­ja­jący się w jego lot­ni­czych oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych.

- Evo, jak miło cię widzieć.

- Wza­jem­nie.

Nie uśmiech­nął się do mnie wprost, bo to nie było w jego stylu. Ale wyczu­łam jego uśmiech.

Mama wsia­dła pierw­sza. Dołą­czy­łam do niej na tyl­nym sie­dze­niu. Zanim Clancy zdą­żył obejść samo­chód, obró­ciła się w moją stronę i wzięła mnie za rękę.

- Nie martw się ojcem. Ma wybu­chowy laty­no­ski tem­pe­ra­ment, ale jego wybuch ni­gdy nie trwa długo. Chce wyłącz­nie two­jego szczę­ścia.

Deli­kat­nie ści­snę­łam jej palce.

- Wiem. Ale naprawdę mi zależy, by tata i Gideon się doga­dy­wali.

- To dwaj bar­dzo nie­ustę­pliwi męż­czyźni, kocha­nie.

Od czasu do czasu będą się spie­rać.

Miała rację. Marzy­łam o tym, że będą się kum­plo­wać, jak to faceci, i roz­ma­wiać o spo­rcie i samo­cho­dach, tro­chę się z sie­bie nabi­ja­jąc i pokle­pu­jąc po ple­cach. Musia­łam jed­nak spoj­rzeć na sprawę real­nie, bez względu na to, co to ozna­czało.

- Masz rację - przy­zna­łam. - Obaj są już dużymi chłop­cami. Jakoś się doga­dają. - Oby. Z wes­tchnie­niem wyj­rza­łam przez okno. - Chyba wymy­śli­łam spo­sób na Corinne Giroux.

- Evo, musisz prze­stać myśleć o tej kobie­cie. Poświę­ca­jąc jej uwagę, dajesz jej wła­dzę, na jaką nie zasłu­guje.

Popa­trzy­łam na mamę.

- Dali­śmy jej wła­dzę choćby przez to, że ota­czamy nasze życie taką tajem­nicą. Świat jest cie­kaw wszyst­kiego, co doty­czy Gide­ona. Jest wspa­niały, bogaty, sek­sowny, bły­sko­tliwy. Ludzie chcą wie­dzieć o nim wszystko, ale on strzeże swo­jej pry­wat­no­ści do tego stop­nia, że w zasa­dzie nie wie­dzą nic. A Corinne wyko­rzy­stała to, by napi­sać swoją bio­gra­fię z cza­sów, gdy była z Gide­onem.

Spoj­rzała na mnie stra­piona.

- Co suge­ru­jesz?

Wycią­gnę­łam z torebki mały tablet.

- Potrze­bu­jemy wię­cej rze­czy tego rodzaju.

Usta­wi­łam ekran, tak żeby widziała zro­bione zale­d­wie kilka godzin wcze­śniej zdję­cie przed­sta­wia­jące Gide­ona i mnie sto­ją­cych przed Cross­fire. Gideon obej­mo­wał mnie za szyję czule i wład­czo zara­zem, a moja zwró­cona w jego stronę twarz wyra­żała miłość i uwiel­bie­nie. W żołądku mnie ści­snęło na widok tak oso­bi­stej sceny wysta­wio­nej na żar­łoczne spoj­rze­nia całego świata, ale musia­łam się z tym oswoić. Musia­łam dać ludziom wię­cej takich scen.

- Powin­ni­śmy prze­stać się ukry­wać - cią­gnę­łam. - Musimy się poka­zy­wać. Zbyt dużo czasu spę­dzamy za zamknię­tymi drzwiami. Publika pra­gnie miliar­dera play­boya, który nagle został księ­ciem z bajki. Ludzie chcą patrzeć na bajki i szczę­śliwe zakoń­cze­nia. Muszę dać im taką opo­wieść, jakiej pra­gną, bo w porów­na­niu z nią Corinne i jej książka wypadną żało­śnie.

Mama wzru­szyła ramio­nami.

- Potworny pomysł.

- Wcale nie.

- Jest okropny, Evo! Nie sprze­daje się ciężko wypra­co­wa­nej pry­wat­no­ści za nic. Jeśli zacznie­cie zaspo­ka­jać ten głód publiki, będzie się tylko nasi­lał. Na Boga, chyba nie chcesz zostać boha­terką z tablo­idów!

Zaci­snę­łam szczęki.

- Do tego nie doj­dzie.

- Ale dla­czego aż tak ryzy­ku­jesz? - zapy­tała pod­nie­sio­nym, piskli­wym tonem. - Z powodu Corinne Giroux? Jej książka zdo­bę­dzie popu­lar­ność, która prze­mi­nie rów­nie szybko, za to ty ni­gdy nie uwol­nisz się od uwagi, którą na sie­bie zwró­cisz!

- Nie rozu­miem cię. Nie mogę być żoną Gide­ona i nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Rów­nie dobrze mogę prze­jąć nad tym kon­trolę i dyry­go­wać sceną.

- Ist­nieje róż­nica mię­dzy zna­czącą osobą a boha­terką z por­talu TMZ!

Wark­nę­łam w duchu.

- Mam wra­że­nie, że dra­ma­ty­zu­jesz. Pokrę­ciła prze­czącą głową.

- Mówię ci, to jest zły spo­sób na pora­dze­nie sobie z sytu­acją. Prze­dys­ku­to­wa­łaś to z Gide­onem? Jakoś nie wie­rzę, że przy­stał na coś takiego.

Patrzy­łam na nią, szcze­rze zasko­czona jej reak­cją. Sądzi­łam, że mnie poprze, zwa­żyw­szy na jej sto­su­nek do kwe­stii dobrego zamąż­pój­ścia i wszyst­kiego, co się z tym wiąże.

Dopiero wtedy dostrze­głam strach, przez który zaci­snęła usta i który zachmu­rzył jej wzrok.

- Mamo - ode­zwa­łam się łagod­niej­szym tonem, a w myślach dałam sobie kuk­sańca za to, że wcze­śniej tego nie dostrze­głam. - Już nie musimy się oba­wiać Nathana.

Teraz to ona mi się przy­glą­dała.

- To prawda - przy­znała, ale ani tro­chę się nie uspo­ko­iła. - Ale obna­ża­nie wszyst­kiego, co robisz... co mówisz i posta­na­wiasz, by świat mógł to ana­li­zo­wać ku swo­jej ucie­sze może być samo w sobie kosz­ma­rem.

- Nie zamie­rzam pozwa­lać, by inni ludzie decy­do­wali o tym, jak ja i moje mał­żeń­stwo mamy być postrze­gani!

Mia­łam dość czu­cia się jak... ofiara. Chcia­łam przejść do ofen­sywy.

- Evo, nie jesteś...

- To podaj mi inny pomysł, który nie spro­wa­dzałby się do sie­dze­nia z zało­żo­nymi rękami. Albo zamy­kamy temat. - Odwró­ci­łam się od niej. - Nie osią­gniemy zgody, a ja nie zmie­nię zda­nia, o ile nie zoba­czę innego planu.

Prych­nęła sfru­stro­wana, po czym zamil­kła.

Palce mnie świerz­biły, tak bar­dzo chcia­łam wysłać Gide­onowi wia­do­mość i dać upust emo­cjom. Powie­dział mi kie­dyś, że dosko­nale bym sobie radziła z zarzą­dza­niem sytu­acjami kry­zy­so­wymi. Zasu­ge­ro­wał, żebym uży­czyła swo­ich talen­tów Cross Indu­stries.

Dla­czego nie mia­ła­bym zacząć od cze­goś bar­dziej oso­bi­stego i waż­niej­szego?

2

- Kolejne kwiaty? - Arash Madani zapy­tał, gdy wkro­czył do mojego gabi­netu przez otwarte podwójne szklane drzwi.

Mój główny peł­no­moc­nik pod­szedł do usta­wio­nych przy kana­pach bia­łych róż od Evy. Posta­wi­łem je na sto­liku kawo­wym, żeby móc na nie patrzeć. Sku­tecz­nie odcią­gały moją uwagę od noto­wań gieł­do­wych, które prze­su­wały się po ścia­nie pła­skich ekra­nów wiszą­cych za nimi. Dołą­czony do róż bile­cik leżał na wyko­na­nym z przy­dy­mio­nego szkła bla­cie biurka. Wzią­łem go do ręki i po raz setny prze­czy­ta­łem wypi­sane na nim słowa. Arash wyjął jedną z róż i przy­tknął do nosa.

- Co trzeba zro­bić, żeby dosta­wać takie kwiaty? Odchy­li­łem się i w zamy­śle­niu zwró­ci­łem uwagę na to, że jego szma­rag­dowy kra­wat pasuje do ozdo­bio­nych klej­no­tami kara­fek sto­ją­cych na barku. Zanim Arash wszedł do mojego gabi­netu, jedy­nymi jaskra­wymi pla­mami w tym mono­chro­ma­ty­czym wnę­trzu były te karafki i czer­wony wazon od Evy.

- Trzeba być z wła­ściwą kobietą. Wsu­nął kwiat z powro­tem do wazonu.

- No, Cross, opo­wia­daj.

- Wolę trium­fo­wać w mil­cze­niu. Chcesz mi coś powie­dzieć?

Pod­cho­dząc do biurka, uśmie­chał się w spo­sób suge­ru­jący, że uwiel­biał swoją pracę, choć ja ni­gdy w to nie wąt­pi­łem. Jego instynkt łowcy był pra­wie tak silny jak mój.

- Dopra­co­wu­jemy umowę z Mor­ga­nem. - Popra­wił dopa­so­wane spodnie i usiadł na jed­nym z dwóch foteli sto­ją­cych naprze­ciw biurka. Nosił się tro­chę bar­dziej krzy­kli­wie niż ja, ale bez zarzutu. - Dopie­ści­li­śmy naj­waż­niej­sze punkty. Na­dal sie­dzimy nad nie­któ­rymi klau­zu­lami, ale powin­ni­śmy być gotowi w przy­szłym tygo­dniu.

- Dobrze.

- Jesteś oszczędny w wypo­wie­dziach. Spę­dzi­cie razem ten week­end?

Pokrę­ci­łem głową.

- Być może Eva będzie chciała gdzieś wyjść. Jeśli tak, prze­ko­nam ją, żeby tego nie robiła.

Arash się roze­śmiał.

- Spo­dzie­wa­łem się, że pew­nego dnia się ustat­ku­jesz. Każdy z nas w końcu to robi, ale myśla­łem, że mnie ostrze­żesz.

- Też tak myśla­łem.

To nie była do końca prawda. Nie przy­pusz­cza­łem, że z kim­kol­wiek będę dzie­lił życie. Ni­gdy nie zaprze­cza­łem, że moja prze­szłość kła­dła się cie­niem na teraź­niej­szo­ści, ale zanim poja­wiła się Eva, nie widzia­łem potrzeby dzie­le­nia się z kimś tą prze­szło­ścią. Nie można jej było zmie­nić, więc po co do niej wra­cać?

Wsta­łem, pod­sze­dłem do jed­nej z dwóch prze­szklo­nych od pod­łogi do sufitu ścian i spoj­rza­łem na to wspa­niałe mia­sto roz­cią­ga­jące się za oknami.

Wcze­śniej nie wie­dzia­łem o ist­nie­niu Evy i bałem się nawet marzyć o zna­le­zie­niu tej jedy­nej, która zaak­cep­to­wa­łaby i poko­chała wszyst­kie aspekty mojej oso­bo­wo­ści. Jak to moż­liwe, że zna­la­złem ją tutaj, na Man­hat­ta­nie, w budynku, który wybu­do­wa­łem wbrew dobrym radom innych, tak wiele ryzy­ku­jąc? Mówiono, że jest zbyt kosz­towny i zbędny. Zale­żało mi jed­nak, by upa­mięt­nić nazwi­sko Cross i by ludzie znów zaczęli je koja­rzyć z czymś wspa­nia­łym. Mój ojciec zmie­szał je z bło­tem, ja zaś wznio­słem je na wyżyny w naj­waż­niej­szym mie­ście na świe­cie.

- Nic nie suge­ro­wało, że się do tego skła­niasz - ode­zwał się Arash, sta­jąc za mną. - O ile dobrze pamię­tam, spo­ty­ka­łeś się z dwiema kobie­tami, gdy sza­le­li­śmy pod­czas Cinco de Mayo1, a kilka dni póź­niej popro­si­łeś mnie o spo­rzą­dze­nie inter­cyzy suge­ru­ją­cej, że osza­la­łeś.

Przy­glą­da­łem się mia­stu, wyko­rzy­stu­jąc rzadką oka­zję do patrze­nia na nie z per­spek­tywy, jaką zapew­niały mi wyso­kość budynku Cross­fire i moja pozy­cja.

- Czy jestem znany z tego, że odwle­kam fina­li­za­cję przed­się­wzięć? - zapy­ta­łem.

- Czym innym jest wzbo­ga­ca­nie swo­jego port­fo­lio, a czym innym reor­ga­ni­za­cja życia w ciągu jed­nej nocy. - Roze­śmiał się. - Jakie masz plany? Chcesz kupić nowy dom przy plaży?

- Świetny pomysł.

Zamie­rza­łem zabrać żonę na Outer Banks. Kiedy mia­łem ją tylko dla sie­bie, czu­łem się jak w nie­bie. Oży­wiała mnie, spra­wiała, że pra­gną­łem życia, jakiego ni­gdy nie wio­dłem.

Stwo­rzy­łem swoje impe­rium, pamię­ta­jąc o prze­szło­ści. A teraz, dzięki Evie, będę je roz­bu­do­wy­wał dla przy­szło­ści. Na sto­ją­cym na biurku tele­fo­nie roz­bły­sła dioda. To był Scott. Na pierw­szej linii. Wci­sną­łem guzik i usły­sza­łem przez gło­śnik jego głos:

- W recep­cji jest Corinne Giroux. Twier­dzi, że potrze­buje tylko kilku minut, żeby coś ci prze­ka­zać. To sprawa pry­watna, więc chce się widzieć z tobą oso­bi­ście.

- No jasne - wypa­lił Arash. - Może to kolejne kwiaty. Spoj­rza­łem na niego.

- To zła kobieta.

- Gdyby wszyst­kie złe kobiety wyglą­dały jak Corinne.

- Pamię­taj o tym, gdy pój­dziesz do recep­cji po to, co przy­nio­sła, cokol­wiek to jest.

Uniósł brwi.

- Serio? Auć!

- Jeśli chce roz­ma­wiać, może roz­ma­wiać z moim praw­ni­kiem.

Wstał i ruszył w stronę drzwi.

- Tak jest, sze­fie.

Zer­k­ną­łem na zegar. Była za kwa­drans sie­dem­na­sta.

- Na pewno to sły­sza­łeś, Scott, ale dla jasno­ści powtó­rzę, że sprawą zaj­mie się Madani.

- Tak, panie Cross.

Przez szklaną szybę oddzie­la­jącą mój gabi­net od reszty pię­tra patrzy­łem, jak Arash znika za rogiem w dro­dze do recep­cji, a potem posta­no­wi­łem prze­stać o tym myśleć. Nie­długo będę z Evą, a to jest coś, na co cze­ka­łem od początku dnia.

Natu­ral­nie, nie mogło być tak łatwo.

Błysk cze­goś kar­ma­zy­no­wego, co dostrze­głem kątem oka, kazał mi spoj­rzeć znowu na kory­tarz. Zoba­czy­łem Corinne masze­ru­jącą w stronę mojego gabi­netu i Ara­sha dep­czą­cego jej po pię­tach. Unio­sła pod­bró­dek, gdy nasze spoj­rze­nia się spo­tkały i sze­rzej roz­cią­gnęła usta w ner­wo­wym uśmie­chu, przez co z pięk­nej zamie­niła się w olśnie­wa­jącą. Mogłem ją podzi­wiać, tak jak podzi­wia­łem wszystko z wyjąt­kiem Evy - obiek­tyw­nie, bez­na­mięt­nie.

Jako szczę­śliwy mąż mogłem w pełni dostrzec, jakim potwor­nym błę­dem byłoby poślu­bie­nie Corinne. Wszy­scy cier­pie­li­śmy przez to, że ona nie chciała tego zauwa­żyć.

Wsta­łem i obsze­dłem biurko. Spoj­rze­nie, które posła­łem Ara­showi i Scot­towi, powstrzy­mało ich od dal­szych dzia­łań. Jeśli Corinne chciała się zmie­rzyć ze mną, to dam jej ostat­nią szansę, żeby zro­biła to, co należy.

Weszła do gabi­netu. Jej czer­wone szpilki miały ten sam odcień co sukienka bez ramią­czek, pod­kre­śla­jąca zarówno dłu­gie nogi, jak i bladą skórę. Pasemka czar­nych roz­pusz­czo­nych wło­sów muskały nagie ramiona. Była dokład­nym prze­ci­wień­stwem mojej żony i lustrza­nym odbi­ciem każ­dej innej kobiety, która prze­wi­nęła się przez moje życie.

- Gide­onie. Na pewno możesz poświę­cić kilka minut swo­jej byłej przy­ja­ciółce.

Przy­sia­dłem na biurku i skrzy­żo­wa­łem ramiona.

- Będę na tyle uprzejmy, że nie wezwę ochrony. Stresz­czaj się, Corinne.

Uśmiech­nęła się, ale jej oczy w kolo­rze akwa­ma­ryny były smutne.

Trzy­mała pod pachą małe czer­wone pudełko. Gdy do mnie pode­szła, podała mi je.

- Co to jest? - zapy­ta­łem, ale nie wycią­gną­łem po nie ręki.

- Zdję­cia, które ukażą się w książce.

Unio­słem brwi. Się­gną­łem po pude­łeczko, powo­do­wany cie­ka­wo­ścią. Byli­śmy razem jesz­cze nie tak dawno temu, ale ja rzadko pamię­tam szcze­góły. Zostały mi wra­że­nia, wznio­słe chwile i żal. Byłem taki młody i nie­bez­piecz­nie naiwny.

Corinne odło­żyła torebkę na biurko w taki spo­sób, by otrzeć się o mnie ramie­niem. Ostroż­nie naci­sną­łem przy­cisk, który kon­tro­lo­wał sto­pień przy­ciem­nie­nia szkla­nej ściany.

Jeśli chciała tu urzą­dzić jakieś przed­sta­wie­nie, posta­no­wi­łem zadbać, by nie miała widowni.

Otwo­rzy­łem pudełko i zoba­czy­łem zdję­cie przed­sta­wia­jące Corinne i mnie sple­cio­nych w uści­sku przed ogni­skiem. Poło­żyła mi wtedy głowę w zgię­ciu łok­cia i zwró­ciła do mnie twarz, bym mógł ją poca­ło­wać w usta.

Wspo­mnie­nie natych­miast wró­ciło. Poje­cha­li­śmy na jeden dzień do domu przy­ja­ciela w Hamp­tons. Było chłodno - jesień ustę­po­wała zimie.

Na zdję­ciu wyglą­da­li­śmy na szczę­śli­wych i zako­cha­nych i przy­pusz­czam, że w pew­nym sen­sie tak było. Odrzu­ci­łem jed­nak jej zapro­sze­nie, by wspól­nie spę­dzić noc, a Corinne była wyraź­nie roz­cza­ro­wana. Nie mógł­bym spać przy niej nękany kosz­ma­rami. I nie mógł­bym się z nią pie­przyć, choć wie­dzia­łem, że tego wła­śnie chciała, bo od pokoju hote­lo­wego, który wyna­ją­łem w tym celu, dzie­liło nas wiele kilo­me­trów.

Tak wiele zaha­mo­wań. Tyle kłamstw i wybie­gów. Wzią­łem głę­boki wdech i pozwo­li­łem prze­szło­ści odpły­nąć.

- Trzy tygo­dnie temu wzię­li­śmy z Evą ślub. Zesztyw­niała.

Odło­ży­łem pudełko na biurko i się­gną­łem po smart­fon. Poka­za­łem jej zdję­cie na tape­cie wyświe­tla­cza: Eva i ja cału­jemy się, aby przy­pie­czę­to­wać naszą przy­sięgę.

Corinne odwró­ciła głowę. Się­gnęła do pudełka, wyjęła kilka zdjęć z wierz­chu, żeby dostać się do foto­gra­fii przed­sta­wia­ją­cej nas na plaży.

Sta­łem zanu­rzony po pas w wodzie. Corinne oplo­tła mnie nogami od przodu, obej­mo­wała mnie i zanu­rzała dło­nie w moich wło­sach. Odchy­liła głowę do tyłu, śmie­jąc się. Zdję­cie pro­mie­nio­wało jej rado­ścią. Trzy­ma­łem ją mocno i na nią patrzy­łem. Moja twarz wyra­żała wdzięcz­ność i zachwyt. Czu­łość. Pożą­da­nie. Obcy ludzie uzna­liby, że to miłość.

Wła­śnie na tym zale­żało Corinne. Twier­dzi­łem, że przed Evą nikogo nie kocha­łem, co było prawdą. Corinne pra­gnęła udo­wod­nić mi, że się myli­łem, a wybrała w tym celu naj­bar­dziej publiczny spo­sób z moż­li­wych.

Pochy­liła się, spoj­rzała na zdję­cie, potem na mnie. Jej ocze­ki­wa­nie było wręcz nama­calne, jakby miało na mnie spły­nąć wiel­kie obja­wie­nie. Bawiła się naszyj­ni­kiem. Zauwa­ży­łem, że to pre­zent ode mnie: małe złote serce na pro­stym łań­cuszku.

Cho­lera! Nawet nie pamię­ta­łem, kto zro­bił to prze­klęte zdję­cie i gdzie wów­czas byli­śmy, co nie miało zresztą zna­cze­nia.

- Co mają udo­wod­nić te zdję­cia, Corinne? Cho­dzi­li­śmy ze sobą. I zerwa­li­śmy. Ty wyszłaś za mąż, teraz ja się oże­ni­łem. Nic nie zostało.

- To dla­czego tak się dener­wu­jesz? Nie pod­cho­dzisz do tego z obo­jęt­no­ścią, Gide­onie.

- Nie. Iry­tuje mnie to. I dzięki temu jesz­cze bar­dziej doce­niam swój zwią­zek z Evą. Świa­do­mość, że to ją zrani jak dia­bli, pozba­wia mnie sen­ty­men­tal­nego sto­sunku do prze­szło­ści. To jest nasze osta­teczne poże­gna­nie, Corinne. - Wytrzy­ma­łem jej spoj­rze­nie i zadba­łem, by dostrze­gła moją deter­mi­na­cję. - Jeśli przyj­dziesz tu ponow­nie, ochrona cię nie wpu­ści.

- Już tu nie wrócę. Będziesz musiał... Zadzwo­nił Scott. Ode­bra­łem.

- Słu­cham?

- Przy­szła panna Tra­mell.

Pochy­li­łem się nad biur­kiem, żeby wci­snąć przy­cisk otwie­ra­jący drzwi. Chwilę póź­niej do gabi­netu weszła Eva.

Czy nasta­nie taki dzień, w któ­rym na jej widok nie poczuję, że zie­mia usuwa mi się spod nóg?

Zatrzy­mała się gwał­tow­nie, dzięki czemu mogłem napa­wać się jej wido­kiem. Była natu­ralną blon­dynką. Jasne kosmyki wło­sów oka­lały jej deli­katną twarz i pod­kre­ślały ciem­no­szare oczy, w które mógł­bym się wpa­try­wać godzi­nami. Była drobna, ale nie­bez­piecz­nie ponętna, a jej ciało roz­kosz­nie mięk­kie, gdy zma­ga­li­śmy się razem w łóżku.

Mógł­bym ją nazwać aniel­sko piękną, gdyby nie jej zmy­sło­wość, przez którą potra­fi­łem myśleć tylko o sza­leń­czo dzi­kim sek­sie.

Wspo­mnie­nie jej zapa­chu i dotyku skóry wypeł­niło mój umysł. Gar­dłowy śmiech budził we mnie radość, a wybu­chowy tem­pe­ra­ment mnie nakrę­cał. Każda moja cząstka wibro­wała wolą życia - takiego przy­pływu ener­gii i świa­do­mo­ści nie odczu­wa­łem w obec­no­ści nikogo innego.

Corinne ode­zwała się pierw­sza:

- Witaj, Evo.

Zje­ży­łem się. Pra­gnie­nie, by chro­nić tę, która jest naj­waż­niej­sza w moim życiu, było dla mnie sprawą nad­rzędną.

Wypro­sto­wa­łem się, wrzu­ci­łem zdję­cie do pudełka i pod­sze­dłem do żony. W porów­na­niu z Corinne była ubrana skrom­nie: miała na sobie czarną spód­nicę w prążki i jedwabną, poły­sku­jącą per­łowo bluzkę bez ręka­wów. Zale­wa­jąca mnie fala gorąca była wystar­cza­ją­cym dowo­dem na to, która z tych kobiet była bar­dziej sek­sowna.

Eva. Teraz i zawsze.

Prze­peł­niało mnie takie pra­gnie­nie, że prze­mie­rzy­łem pokój dłu­gimi, szyb­kimi kro­kami.

Anioł.

Nie wypo­wie­dzia­łem tego słowa na głos, bo nie chcia­łem, by Corinne to usły­szała. Widzia­łem jed­nak, że Eva je wychwy­ciła. Ują­łem jej dłoń i poczu­łem mro­wie­nie, które kazało mi ści­snąć ją moc­niej.

Skie­ro­wała spoj­rze­nie na kobietę, która by­naj­mniej nie była jej rywalką.

- Corinne.

Nie odwró­ci­łem się w jej stronę.

- Czas na mnie. - Usły­sza­łem za ple­cami głos Corinne. - Te odbitki są dla cie­bie, Gide­onie.

Nie potra­fi­łem ode­rwać wzroku od Evy i rzu­ci­łem przez ramię:

- Zabierz je. Nie chcę ich.

- Powi­nie­neś przej­rzeć jej do końca - zaopo­no­wała i pode­szła bli­żej.

- A po co? - Spoj­rza­łem na nią z wście­kło­ścią, gdy zatrzy­mała się obok nas. - Jeśli będę chciał je obej­rzeć, mogę prze­cież prze­kart­ko­wać twoją książkę.

Uśmiech­nęła się ner­wowo.

- Do widze­nia, Evo. Gide­onie.

Po jej wyj­ściu zro­bi­łem jesz­cze jeden krok w kie­runku mojej żony, poko­nu­jąc resztę dzie­lą­cej nas odle­gło­ści. Ują­łem jej drugą dłoń i pochy­li­łem się, żeby wcią­gnąć w noz­drza zapach per­fum. Poczu­łem, że ogar­nia mnie spo­kój.

- Cie­szę się, że przy­szłaś - szep­ną­łem, muska­jąc ustami jej czoło, bo pra­gną­łem mieć z nią jak naj­wię­cej kon­taktu. - Tak bar­dzo za tobą tęsk­nię.

Przy­mknęła oczy i przy­tu­liła się do mnie z wes­tchnie­niem.

Wyczu­łem w niej napię­cie, więc moc­niej uści­sną­łem jej dło­nie.

- Nic ci nie jest?

- Nie spo­dzie­wa­łam się jej zoba­czyć.

- Ja rów­nież. - Nie chcia­łem się od niej ode­rwać, ale też nie mogłem znieść myśli o tych zdję­ciach.

Pod­sze­dłem do biurka, zamkną­łem pudełko i wraz z zawar­to­ścią wrzu­ci­łem je do kosza na śmieci.

- Odcho­dzę z pracy - powie­działa Eva. - Jutro idę tam po raz ostatni.

Na tym mi zale­żało. Według mnie był to dla niej naj­lep­szy i naj­bez­piecz­niej­szy krok. Ale wie­dzia­łem, że dla Evy to była bar­dzo trudna decy­zja. Uwiel­biała swoją pracę i ludzi, z któ­rymi pra­co­wała.

Wie­dzia­łem, jak dobrze mnie zna, więc sta­ra­łem się zacho­wać neu­tralny ton.

- Tak?

Patrzy­łem na nią.

- Co teraz zamie­rzasz?

- Muszę się zająć orga­ni­za­cją wesela.

- Aha. - Uśmiech­ną­łem się. Przez wiele dni bałem się, że się roz­my­śliła i chce się roz­stać, więc sły­sząc te słowa, poczu­łem ulgę. - Dobrze to wie­dzieć.

Przy­wo­ła­łem ją do sie­bie ski­nie­niem palca.

- Spo­tkajmy się w poło­wie drogi - rzu­ciła z wyzy­wa­ją­cym bły­skiem w oczach.

Jak mógł­bym się jej oprzeć? Spo­tka­li­śmy się na środku pokoju.

To dla­tego wyj­dziemy z tej opre­sji i każ­dej innej, jaką napo­tkamy na swej dro­dze. Zawsze się spo­tkamy w poło­wie drogi.

Eva ni­gdy nie będzie potulną żoną, jakiej życzył mi mój przy­ja­ciel Arnoldo Ricci. Była zbyt nie­za­leżna, gwał­towna. Nie­by­wale zazdro­sna. Wyma­ga­jąca i uparta, i nie zga­dzała się ze mną tylko po to, aby dopro­wa­dzić mnie do szału.

Wszystko to dzia­łało na mnie w spo­sób, w jaki nie dzia­łało w przy­padku żad­nej innej kobiety, bo Eva była mi pisana. Wie­rzy­łem w to jak w nic innego na świe­cie.

- Czy to jest coś, czego chcesz? - zapy­ta­łem, szu­ka­jąc odpo­wie­dzi w jej twa­rzy.

- Chcę cie­bie. Cała reszta to logi­styka.

Nagle zaschło mi w ustach, a serce zaczęło bić jak sza­lone. Gdy pod­nio­sła rękę, żeby odgar­nąć mi włosy z czoła, chwy­ci­łem ją za nad­gar­stek i przy­ci­sną­łem dłoń do policzka. Zamkną­łem oczy i chło­ną­łem jej dotyk.

Cały miniony tydzień odpły­nął. Dni, które spę­dzi­li­śmy oddziel­nie, godziny mil­cze­nia, para­li­żu­jący strach... Przez cały dzień poka­zy­wała mi, że jest gotowa iść naprzód, że pod­ją­łem dobrą decy­zję, roz­ma­wia­jąc z dok­to­rem Peter­se­nem. I z nią.

Nie odwró­ciła się ode mnie. Co wię­cej, pra­gnęła mnie jesz­cze bar­dziej. I nazy­wała cudow­nym?

Wes­tchnęła. Poczu­łem, że opusz­cza ją resztka napię­cia. Sta­li­śmy tak i napa­wa­li­śmy się bli­sko­ścią, czer­piąc z tego potrzebną nam siłę. Świa­do­mość, że mogę dać jej tro­chę spo­koju, dogłęb­nie mną wstrzą­snęła.

A co ona mi dawała? Wszystko.

***

Nie potra­fił­bym opi­sać wzru­sze­nia, które mnie ogar­nęło, gdy zoba­czy­łem, jak twarz Angusa roz­pro­mie­nia się na widok Ewy wycho­dzą­cej razem ze mną z budynku Cross­fire. Angus McLeod był cichy z natury, jego wyszko­le­nie też nie sprzy­jało wylew­no­ści. Rzadko kiedy oka­zy­wał emo­cje, ale dla Evy robił wyją­tek.

A może nie potra­fił nic na to pora­dzić? Bóg mi świad­kiem, że ja nie potra­fiłem.

- Angu­sie. - Eva posłała mu swój pro­mienny, szczery uśmiech. - Wyglą­dasz dzi­siaj wyjąt­kowo ele­gancko.

Patrzy­łem, jak męż­czy­zna, któ­rego kocha­łem niczym ojca, przy­tyka dłoń do daszka czapki szo­fera i uśmie­cha się z zabaw­nym zakło­po­ta­niem.

Po samo­bój­czej śmierci ojca moje życie sta­nęło na gło­wie. W trak­cie kolej­nych cha­otycz­nych lat jedy­nym sta­bil­nym punk­tem opar­cia był dla mnie Angus, czło­wiek zatrud­niony w roli kie­rowcy i ochro­nia­rza, który oka­zał się moją liną ratun­kową. Kiedy czu­łem się samotny i zdra­dzony, kiedy nawet rodzona matka nie chciała uwie­rzyć, że tera­peuta, któ­rego zatrud­niła, żeby mi pomógł się dosto­so­wać, wie­lo­krot­nie mnie gwał­cił, Angus był dla mnie niczym kotwica. Ni­gdy we mnie nie zwąt­pił. A kiedy się usa­mo­dziel­ni­łem, poszedł za mną.

Gdy smu­kłe, opa­lone nogi mojej żony znik­nęły za tyl­nymi drzwiami ben­tleya, Angus się ode­zwał:

- Tym razem tego nie schrzańmy, stary. Uśmiech­ną­łem się smutno.

- Dzięki za zaufa­nie - odpar­łem.

Dołą­czy­łem do Evy, zaś Angus obszedł samo­chód i usiadł na miej­scu kie­rowcy. Poło­ży­łem dłoń na kola­nie żony i pocze­ka­łem, aż się odwróci w moją stronę.

- Chciał­bym cię zabrać w ten week­end do domu na plaży.

Wstrzy­mała na uła­mek sekundy oddech, po czym pospiesz­nie odpo­wie­działa:

- Mama zapro­siła nas na week­end do West­port. Stan­ton zapro­sił swo­jego sio­strzeńca Mar­tina i jego dziew­czynę Lacey. Nie wiem, czy pamię­tasz, ale mieszka razem z Megumi... Cary też tam będzie, rzecz jasna. Powie­dzia­łam, że przy­je­dziemy.

Wal­czy­łem z roz­cza­ro­wa­niem.

- Dzi­wię się, że się zgo­dzi­łaś - powie­dzia­łem ostroż­nie.

- Ja też. - Jej mięk­kie usta roz­cią­gnęły się w uśmie­chu, a ja wie­dzia­łem, że ulżyło jej w związku z tym, że się z nią nie spie­ra­łem.

Choć nie zamie­rza­łem odpusz­czać...

- Myślę, że powin­ni­śmy utrzy­my­wać kon­takty z rodziną - cią­gnęła Eva. - Poza tym mama chcia­łaby poroz­ma­wiać o moim pla­nie.

Wysłu­cha­łem jej rela­cji o roz­mo­wie z Moniką. Eva przy­glą­dała się bacz­nie mojej twa­rzy, gdy koń­czyła swoją opo­wieść:

- Twier­dzi, że ten pomysł ci się nie spodoba, ale prze­cież już kie­dyś wyko­rzy­sta­łeś papa­raz­zich, wtedy gdy dopa­dłeś mnie na chod­niku i cało­wa­łeś tak długo, aż nie mogłam myśleć. Zale­żało ci na tym zdję­ciu.

- No tak, ale oka­zja sama się nada­rzyła. Nie szu­ka­łem jej. Twoja matka ma rację. Ist­nieje pewna róż­nica.

Jej usta wygięły się w pod­kówkę, więc zre­wi­do­wa­łem stra­te­gię. Chcia­łem, żeby się zaan­ga­żo­wała i miała we wszyst­kim aktywny udział. Powi­nie­nem ją zachę­cać i oka­zy­wać uzna­nie, a nie sta­wiać przed nią prze­szkody.

- Masz też tro­chę racji, aniołku. Jeżeli jest zapo­trze­bo­wa­nie na książkę Corinne, to zna­czy, że na rynku jest luka, którą powin­ni­śmy wypeł­nić.

Posłany mi uśmiech był dla mnie nagrodą.

- Pomy­śla­łam sobie, że Cary mógłby nam zro­bić w ten week­end jakieś słod­kie zdję­cia - powie­działa. - Uwiecz­nić nas w bar­dziej pry­wat­nych i swo­bod­nych sytu­acjach. Te foto­gra­fie, które spodo­bają nam się najbar­dziej, mogli­by­śmy udo­stęp­nić mediom, a dochód prze­ka­zać na rzecz Cros­sro­ads.

Zało­żona przeze mnie fun­da­cja cha­ry­ta­tywna nie narze­kała na brak pie­nię­dzy, ale rozu­mia­łem, że prze­ka­za­nie wpły­wów ze sprze­daży zdjęć było dodat­kową korzy­ścią planu Evy, który miał na celu osła­bie­nie wra­że­nia wywo­ła­nego przez książkę Corinne. Było mi przy­kro, że cała ta sytu­acja nara­żała moją żonę na ból, dla­tego byłem gotów wspie­rać ją w każdy moż­liwy spo­sób, ale to nie ozna­czało, że nie zamie­rza­łem wal­czyć o week­end z nią sam na sam.

- Możemy poje­chać tam na jeden dzień - zapro­po­no­wa­łem, zaczy­na­jąc nego­cja­cje od eks­tre­mal­nej pro­po­zy­cji, co dawało mi moż­li­wość spusz­cze­nia z tonu. - Możemy być w Karo­li­nie Pół­noc­nej od piąt­ko­wego wie­czoru do nie­dzieli rano, a potem spę­dzić nie­dzielę w West­port.

- Mamy jed­nego dnia jechać z Karo­liny Pół­noc­nej do Con­nec­ti­cut, a potem na Man­hat­tan? Zwa­rio­wa­łeś?

- No to od piątku wie­czór do soboty wie­czór.

- Nie możemy spę­dzać czasu tylko we dwoje, Gide­onie - powie­działa łagod­nie, kła­dąc dłoń na mojej. - Musimy przez jakiś czas postę­po­wać zgod­nie z zale­ce­niami dok­tora Peter­sena. Powin­ni­śmy uma­wiać się na randki, cho­dzić w miej­sca publiczne, wymy­ślić, jak zająć się... róż­nymi spra­wami, nie ucie­ka­jąc się do seksu.

Patrzy­łem na nią.

- Chyba nie mówisz poważ­nie.

- Tylko do czasu ślubu. To nie będzie...

- Evo, już jeste­śmy mał­żeń­stwem. Nie możesz pro­sić, żebym cię nie doty­kał.

- Wła­śnie o to pro­szę.

- Nie.

Jej twarz drgnęła.

- Nie możesz odmó­wić.

- To ty nie możesz odmó­wić - odpa­ro­wa­łem. Serce zaczęło mi walić jak sza­lone, dło­nie zwil­got­niały i zaczą­łem odczu­wać przy­pływ sła­bej paniki. To było irra­cjo­nalne i wku­rza­jące. - Pra­gniesz mnie tak samo mocno jak ja cie­bie.

- Cza­sami odno­szę wra­że­nie, że pra­gnę cię bar­dziej, ale to mi nie prze­szka­dza. Dok­tor Peter­sen ma jed­nak rację. Dzia­łamy tak szybko, że wpa­damy na wszyst­kie progi zwal­nia­jące z pręd­ko­ścią stu sześć­dzie­się­ciu kilo­me­trów na godzinę. Odno­szę wra­że­nie, że teraz mamy moż­li­wość zwol­nić. Tylko na kilka tygo­dni, do czasu ślubu.

- Kilka tygo­dni? Chry­ste Panie, Evo!

Odsu­ną­łem się od niej i prze­cze­sa­łem włosy pal­cami. Odwró­ci­łem twarz i wyglą­da­łem przez okno. W gło­wie mi szu­miało. Co to zna­czyło? Dla­czego pro­siła o coś takiego?

Cho­lera, jak mam ją od tego odwieść?

Poczu­łem, że się przy­su­nęła, a następ­nie do mnie przy­tu­liła.

- Czy to nie ty wspo­mi­na­łeś o korzy­ściach wypły­wa­ją­cych z odra­cza­nia gra­ty­fi­ka­cji? - zapy­tała szep­tem.

Posła­łem jej zna­czące spoj­rze­nie.

- I jaki był efekt?

Tam­ten wie­czór był jedną z naj­więk­szych pomy­łek w naszym związku. Zaczął się ostro, a póź­niej­sze nie­ocze­ki­wane poja­wie­nie się Corinne wszystko zepsuło i dopro­wa­dziło do mojej naj­gor­szej kłótni z Evą - kłótni jesz­cze bar­dziej gwał­tow­nej z powodu napię­cia ero­tycz­nego, które celowo pod­sy­ca­łem, nie pozwa­la­jąc przy tym na zaspo­ko­je­nie.

- Wtedy byli­śmy innymi ludźmi. - Eva odsu­nęła się i nie odry­wała ode mnie swo­ich czy­stych sza­rych oczu. - Nie jesteś tym samym czło­wie­kiem, który igno­ro­wał mnie przy kola­cji.

- Nie igno­ro­wa­łem cię.

- A ja już nie jestem tą samą kobietą - cią­gnęła. - Ow­szem, dzi­siej­sze spo­tka­nie z Corinne wytrą­ciło mnie nieco z rów­no­wagi, ale wiem, że ona mi nie zagraża.

Wiem, że jesteś mi oddany... Jeste­śmy sobie oddani. I dla­tego możemy to zro­bić.

Prze­cią­gną­łem się, roz­sta­wia­jąc sze­rzej nogi.

- Nie chcę.

- Też tego nie chcę. Ale uwa­żam, że to dobry pomysł. - Uśmiech zła­go­dził jej minę. - Cze­ka­nie do nocy poślub­nej jest takie sta­ro­świec­kie i roman­tyczne. Pomyśl, jaki wspa­niały będzie wtedy nasz seks.

- Evo, nasz seks nie musi być ani tro­chę wspa­nial­szy.

- Powi­nien być czymś, czemu się odda­jemy dla przy­jem­no­ści, a nie dla­tego że trak­tu­jemy go jak łączące nas spo­iwo.

- Jest i jed­nym, i dru­gim i nie ma w tym nic złego.

Rów­nie dobrze mogłaby pro­sić, żebym prze­stał jeść, na co chęt­niej bym przy­stał, jeśli miał­bym taki wybór.

- Gide­onie, mię­dzy nami ist­nieje coś wspa­nia­łego. Warto pod­jąć wysi­łek i popra­co­wać nad tym, żeby­śmy pod każ­dym wzglę­dem byli twar­dzi jak skała.

Pokrę­ci­łem głową. Iry­to­wało mnie to, że czu­łem lęk. Tra­ci­łem kon­trolę, a nie mogłem sobie na to pozwo­lić. Nie tego potrze­bo­wała.

Pochy­li­łem się do przodu i przy­ło­ży­łem usta do jej ucha.

- Aniołku, skoro nie bra­kuje ci mojego kutasa w tobie, to muszę dzia­łać, a nie się wstrzy­my­wać.

Zadrżała, a ja uśmiech­ną­łem się w duchu. Mimo to odpo­wie­działa szep­tem:

- Pro­szę, posta­raj się. Dla mnie.

- Kurwa. - Opa­dłem na sie­dze­nie. Chcia­łem jej odmó­wić, ale nie mogłem. Nawet w tej kwe­stii. - Cho­lera.

- Nie wście­kaj się. Nie pro­si­ła­bym cię o to, gdy­bym nie myślała, że warto spró­bo­wać. A to tak krótko.

- Evo, nawet pięć minut byłoby za dłu­gie. A ty mówisz o kilku tygo­dniach.

- Kocha­nie... - Zaśmiała się cicho. - Robisz nadą­saną minę. To uro­cze. - Pochy­liła się i przy­tknęła usta do mojego policzka. - I naprawdę mi schle­bia. Dzię­kuję.

Zmru­ży­łem oczy.

- Nie zamie­rzam ci tego uła­twiać. Prze­su­nęła pal­cami po moim kra­wa­cie.

- Oczy­wi­ście, że nie. Posta­ramy się, żeby było faj­nie. Niech to będzie wyzwa­nie. Zoba­czymy, kto pęk­nie pierw­szy.

- Ja - burk­ną­łem. - Nie mam naj­mniej­szej moty­wa­cji, by wygrać.

- A co byś powie­dział na mnie? Ubraną tylko w kokardę w ramach pre­zentu uro­dzi­no­wego?

Jęk­ną­łem. Nic nie mogło uczy­nić tego łatwiej­szym, nawet wyobra­że­nie sobie Evy wyska­ku­ją­cej nago z tortu.

- A jaki to ma zwią­zek z moimi uro­dzi­nami?

Eva posłała mi swój olśnie­wa­jący uśmiech, przez który zapra­gną­łem jej jesz­cze bar­dziej. Była moim słoń­cem i ogrze­wała mnie w każ­dej chwili, ale gdy leżała pode mną, wiła się z roz­ko­szy i jęczała, żebym moc­niej... głę­biej...

- Wtedy weź­miemy ślub.

Potrze­bo­wa­łem chwili, żeby jej słowa dotarły do mojego spa­ra­li­żo­wa­nego żądzą mózgu.

- Nie wie­dzia­łem.

- Też nie wie­dzia­łam, aż do dzi­siaj. Pod­czas ostat­niej prze­rwy w pracy zaj­rza­łam do Inter­netu, żeby spraw­dzić, czy we wrze­śniu lub w paź­dzier­niku jest jakieś wyda­rze­nie, które powin­nam wziąć pod uwagę, usta­la­jąc datę. Bie­rzemy ślub na plaży, więc nie może być zbyt zimno. Dla­tego musimy wziąć ślub w tym mie­siącu lub następ­nym.

- Dzięki Ci, Boże, za zimę - mruk­ną­łem.

- Ty waria­cie! W każ­dym razie Google prze­słał mi powia­do­mie­nie doty­czące cie­bie...

- Na­dal to robisz?

- I zoba­czy­łam wpis na nasz temat na fan­page'u.

- Fan­page'u?

- Ow­szem. Ist­nieją całe strony i blogi na twój temat. Ludzie piszą, w co się ubie­rasz, z kim się spo­ty­kasz, w jakich wyda­rze­niach uczest­ni­czysz.

- Jezu...

- Na stro­nie, na którą weszłam, zna­la­złam infor­ma­cje o twoim wzro­ście, wadze, dacie uro­dze­nia. Szcze­rze mówiąc, wku­rza mnie tro­chę to, że ktoś obcy wie o tobie rze­czy, któ­rych ja nie wiem. To kolejny powód, dla któ­rego powin­ni­śmy czę­ściej cho­dzić na randki i ze sobą roz­ma­wiać...

- Nie mogę poda­wać takich infor­ma­cji, kiedy się pie­przymy. Pro­blem roz­wią­zany.

Uśmiech­nęła się z zachwy­tem.

- Wykoń­czysz mnie. Uwa­żam, że ślub w dniu two­ich uro­dzin to dobry pomysł, nie sądzisz? Ni­gdy nie zapo­mnisz o naszej rocz­nicy.

- Nasza rocz­nica wypada jede­na­stego sierp­nia - zauwa­ży­łem cierpko.

- Będziemy obcho­dzić oby­dwie. - Zmierz­wiła mi włosy, a mnie pod­sko­czyło ciśnie­nie. - Albo jesz­cze lepiej, będziemy świę­to­wać przez cały czas mię­dzy nimi.

Od jede­na­stego sierp­nia do dwu­dzie­stego dru­giego wrze­śnia - bli­sko pół­tora mie­siąca. Myśl o tym pra­wie wystar­czyła, by kolejne kilka tygo­dni było do znie­sie­nia.

***

- Evo, Gide­onie. - Dok­tor Lyle Peter­sen wstał i uśmiech­nął się do nas, gdy weszli­śmy do jego gabi­netu. Był wyso­kim męż­czy­zną i musiał sporo opu­ścić wzrok, aby dostrzec, że trzy­mamy się za ręce. - Dobrze wyglą­da­cie.

- Dobrze się czuję - powie­działa Eva moc­nym, pew­nym sie­bie gło­sem.

Ja nie ode­zwa­łem się sło­wem, poda­łem mu tylko rękę. Dobry dok­tor wie­dział o mnie rze­czy, któ­rych wcze­śniej nie chcia­łem nikomu wyja­wiać. Z tego powodu nie czu­łem się w pełni kom­for­towo w jego towa­rzy­stwie pomimo koją­cego oddzia­ły­wa­nia neu­tral­nych kolo­rów i wygod­nych mebli w gabi­ne­cie. Dok­tor Peter­sen nato­miast zacho­wy­wał się swo­bod­nie i czuł się dobrze we wła­snej skó­rze. Schlud­nie ostrzy­żone siwe włosy nada­wały łagod­ność jego twa­rzy, ale nie odwra­cały uwagi od jego prze­ni­kli­wo­ści i spo­strze­gaw­czo­ści.

Święto obcho­dzone w celu upa­mięt­nie­nia zwy­cię­stwa wojsk mek­sy­kań­skich nad fran­cu­skimi w bitwie pod Pueblą 5 maja 1862 roku (przyp. tłum.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki