Tyłki. Historia ciała od zaplecza - Heather Radke

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (31,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wpro­wa­dze­nie

Pierw­szą pupą, którą za­pa­mię­ta­łam w ży­ciu, była pupa mo­jej matki. W dzie­ciń­stwie zwy­kłam wcho­dzić do ła­zienki, sia­dy­wać na plu­szo­wej na­kładce na se­des i przy­glą­dać się ma­mie szy­ku­ją­cej się do wyj­ścia. Stała przed lu­strem w bie­liź­nie i wcie­rała w skórę bal­sam do ciała. W krót­kie brą­zowe włosy wplą­ty­wała ter­mo­loki: kilka po­kaź­nych ró­żo­wych na gó­rze, parę mniej­szych zie­lo­nych po bo­kach. Uchy­lała okno, wy­mie­nia­jąc parę spod prysz­nica na stru­mień zim­nego po­ran­nego po­wie­trza. To mnie bu­dziło. "Za­mknij oczy", zwra­cała się do mnie, co po­spiesz­nie czy­ni­łam. Wtedy mama ob­fi­cie spry­ski­wała włosy la­kie­rem. Wstrzy­my­wa­łam od­dech ze stra­chu przed za­krztu­sze­niem się tym lep­kim ustroj­stwem. Po zdję­ciu oku­la­rów mama od­wra­cała się do lu­stra. Sto­jąc z wy­piętą pupą, pod­krę­cała rzęsy.

Jako młoda dziew­czyna nie wi­dzia­łam nago in­nej do­ro­słej ko­biety niż moja mama. Wy­obra­ża­łam so­bie, że wszyst­kie wy­glą­dają tak samo jak ona: kształtne, ni­skie, z peł­nymi pier­siami i wy­pu­kłą pupą, le­dwo miesz­czącą się w ja­ką­kol­wiek parę spodni. Cał­kiem po­do­bało mi się my­śle­nie, że pew­nego dnia i moje ciało bę­dzie tak wy­glą­dać - a był to los nie­unik­niony ni­czym doj­rze­wa­nie czy pierw­sza mie­siączka. Mama pod­czas po­ran­nej to­a­lety była wolna i piękna.

Moja dzie­cięca otwar­tość po­zwa­lała mi na po­strze­ga­nie ma­mi­nej pupy jako cze­goś zwy­kłego - ot, część ciała jak każda inna, coś do ko­cha­nia, bo prze­cież była czę­ścią uko­cha­nej osoby. Ni to prze­kleń­stwo, ni bło­go­sła­wień­stwo. Po pro­stu fakt.

To, o czym nie mia­łam wtedy po­ję­cia, to wie­lo­znacz­ność tego te­matu. Pupy wszak nie są, jak ko­lana czy łok­cie, ty­powo funk­cyj­nymi czę­ściami ciała, nie­ko­ja­rzą­cymi nam się z ni­czym wię­cej. Z pu­pami jest ina­czej - choć wy­da­wać się mogą czymś try­wial­nym, niosą ze sobą nie­zwy­kle zło­żoną sym­bo­likę, z mnó­stwem zna­czeń i niu­an­sów, wy­peł­nioną hu­mo­rem i sek­su­al­no­ścią, hi­sto­rią i wsty­dem. Ko­biece pupy były przez lata wy­ko­rzy­sty­wane do two­rze­nia i umac­nia­nia hie­rar­chii ra­so­wych, sta­no­wiły też ba­ro­metr cnoty pra­co­wi­to­ści czy mier­nik sek­su­al­nej atrak­cyj­no­ści oraz do­stęp­no­ści. Po­mimo (a może wła­śnie z tego po­wodu) że bez in­ter­wen­cji chi­rurga nie je­ste­śmy w sta­nie szcze­gól­nie zmie­nić wy­glądu na­szych pup, ich kształt i roz­miar był przez wiele lat wy­kład­ni­kiem na­szej na­tury - na­szej mo­ral­no­ści, ko­bie­co­ści, a na­wet czło­wie­czeń­stwa.

Pupę jed­nak nie­ła­two obej­rzeć. Sam fakt, że znaj­duje się z tyłu, spra­wia, że zdaje się nam nieco obca, lecz dla in­nych jest wi­doczna w ca­łej oka­za­ło­ści. Aby zer­k­nąć na wła­sną pupę, mu­simy oto­czyć się kor­do­nem lu­ster w przy­mie­rzalni albo - to już w za­ci­szu na­szych sy­pialni - dzi­wacz­nie wy­giąć się z lu­ster­kiem lub smart­fo­nem w ręku. A kiedy w końcu na nią spoj­rzysz - przy­naj­mniej tak jest w moim przy­padku - za­wsze to­wa­rzy­szy temu ele­ment za­sko­cze­nia. A więc to jest to, co wciąż za mną cho­dzi? Jest w tym nutka upo­ko­rze­nia - ni­gdy do końca nie wiemy, co ma przed sobą osoba pa­trząca na nasz ty­łek, a to czyni nas bez­bron­nymi. W pew­nym sen­sie też da­jemy tej oso­bie coś z sie­bie - można wręcz po­wie­dzieć, że pupa pod wie­loma wzglę­dami na­leży bar­dziej do oglą­da­ją­cego niż oglą­da­nego. A może być i pod­glą­dana w ta­jem­nicy, i ubó­stwiana pry­wat­nie, i ana­li­zo­wana w przy­pra­wia­jący o dresz­cze, od­rzu­ca­jący spo­sób. Żeby do­wie­dzieć się, jak leżą na mnie przy­mie­rzane wła­śnie spodnie, mu­szę za­py­tać eks­pe­dientki, jak wy­gląda w nich moja pupa - prze­cież sama tego nie zo­ba­czę. Ko­bieta mija męż­czy­znę na ulicy, a ten ogląda się za jej pupą. Mimo że wszy­scy inni świad­ko­wie tej sy­tu­acji do­strze­gają po­żą­dliwe spoj­rze­nie, sama ko­bieta może wcale nie być go świa­doma. Nie do­strzega, że jest oce­niana, kry­ty­ko­wana, trak­to­wana przed­mio­towo, po­żą­dana.

Na­wet na­sze okre­śle­nia pup nie­ko­niecz­nie są ja­sne. Za­zwy­czaj za­miast mó­wić wprost, uży­wamy eu­fe­mi­zmów. Do­ra­sta­jąc, na­zy­wa­łam te dwie kule tłusz­czu przy­cze­pione do mo­ich bio­der "pupą". To dość dzie­cinne słowo, które mo­gła­byś usły­szeć z ust na­mol­nego brata. "But­thead!" (dosł. "Pu­po­głowy"), "But­t­face!" (dosł. "Pu­po­twarz!"). Brzmi to ko­micz­nie - mieć pupę w miej­scu twa­rzy - ale obe­lga ta traci moc, gdy koń­czysz dzie­sięć lat. Wy­raz "pupa" jest za­bawny, jed­nak mie­ści się w gra­ni­cach po­czci­wego, nie­win­nego, nie­malże ro­dzin­nego hu­moru. Gość idzie i na­gle upada na pupę; roz­lega się śmiech z offu. Gdyby słowo "pupa" było dźwię­kiem, by­łoby trą­bie­niem cyr­ko­wego klak­sonu, ewen­tu­al­nie pusz­cze­niem bąka.

Z wie­kiem za­czę­łam eks­pe­ry­men­to­wać z in­nym ro­dza­jem słow­nic­twa. "Dupa" było sło­wem nieco bar­dziej do­ro­słym, bar­dziej ob­sce­nicz­nym - na­le­żało wszak do ka­te­go­rii, którą okre­ślamy mia­nem "wul­ga­ry­zmów". Ale to jed­nak nie­winne prze­kleń­stwo, naj­lżej­sze ze słow­nych wy­kro­czeń. Mo­żesz po­wie­dzieć "dupa" w te­le­wi­zji, ale już nie "du­pek". Do wy­boru mamy też inne okre­śle­nia oma­wia­nej czę­ści ciała. W an­gielsz­czyź­nie od­miany bry­tyj­skiej na­zy­wają ją bum, w ji­dysz zaś tu­chus. Co bar­dziej sno­bi­styczni An­glo­sasi wy­bie­rają fran­ko­foń­skie der­ri­?re, a po­słu­gu­jący się slan­giem dzien­ni­ka­rze ta­blo­idów i pre­zen­te­rzy talk-show - bo­oty oraz ba­don­ka­donk. Dwa ostat­nie wy­razy po­cho­dzą z kul­tury hip-ho­po­wej i od­no­szą się do rasy, sek­sow­no­ści i fry­wol­no­ści. Jest też cały zbiór okre­śleń od­wo­łu­ją­cych się do fi­zycz­nego umiej­sco­wie­nia oma­wia­nej par­tii ciała: "ty­łek", "ty­łe­czek", "za­dek", "sie­dze­nie".

Ale które ze słów jest tym wła­ści­wym? Tym naj­waż­niej­szym? Ja­kie słowo jest neu­tral­nym okre­śle­niem "tej mięk­kiej, mię­si­stej czę­ści ciała, na któ­rej sie­dzimy"? Mimo że znamy ta­kie słowa jak "cycki", "ba­lony" czy "bim­bały", wiemy, że po­prawny jest wy­raz "biust". Mę­ski or­gan płciowy mo­żemy na­zy­wać "ku­ta­sem" czy "fiu­tem", ale osta­tecz­nie zda­jemy so­bie sprawę z tego, że ist­nieje "wła­ściwe" słowo i że brzmi ono: "pe­nis". Oczy­wi­stym wy­bo­rem wy­dają się "po­śladki", nie jest to jed­nak zbyt czę­sto uży­wany wy­raz. Ra­czej nie po­wiemy, że po in­ten­syw­nym tre­ningu na si­łowni bolą nas po­śladki, nie spy­tamy też, czy na­sze po­śladki do­brze wy­glą­dają w tych spodniach. Kie­dyś za­py­ta­łam zna­jo­mego chi­rurga, jak le­ka­rze na­zy­wają tę część ciała, w na­dziei, że w końcu po­znam naj­bar­dziej prak­tyczne okre­śle­nie. Od­po­wie­dział mi, że więk­szość prok­to­lo­gów - czyli osób, które chyba naj­czę­ściej roz­ma­wiają o czte­rech li­te­rach - używa ta­kich słów jak "ty­łek" czy "pupa". Je­den z jego ko­le­gów z pracy sto­suje bar­dzo na­ukowe sfor­mu­ło­wa­nie "bruzda mię­dzy­po­ślad­kowa" w zna­cze­niu "ro­wek", inny z ko­lei nie­zmien­nie mówi o "sie­dze­niu". Jak wi­dać, na­wet u le­ka­rza nie wy­zbę­dziemy się eu­fe­mi­zmów. Jest też na­zwa "mię­sień po­ślad­kowy wielki", ale ter­min ten od­nosi się tylko do ścię­gni­stej wiązki włó­kien, która roz­ciąga się od ko­ści mied­nicy do uda. Z ko­lei war­stwa tłusz­czowa ulo­ko­wana na gó­rze to masa tłusz­czowa po­ślad­kowo-udowa. Z tym że nikt jej tak nie na­zywa.

Ma­jąc na uwa­dze ten skom­pli­ko­wany, pe­łen eu­fe­mi­zmów zwią­zek, jaki czę­sto mamy z na­szymi tył­kami (wła­śnie to słowo uzna­łam za naj­prost­sze), na­sze wy­obra­że­nia na ich te­mat czę­sto mó­wią nam wię­cej o oglą­da­ją­cym niż o oglą­da­nym, a ich zna­cze­nie za­leży od tego, kto pa­trzy, kiedy pa­trzy i dla­czego to robi. Jak ujął to hi­sto­ryk San­der Gil­man: "Po­śladki mają cią­gle zmie­nia­jącą się war­tość sym­bo­liczną. Są one zwią­zane z or­ga­nami re­pro­duk­cyj­nymi, wy­da­la­niem, a także z po­ru­sza­niem się. Ni­gdy nie re­pre­zen­tują sa­mych sie­bie"[1].

Ta wła­śnie idea - że ty­łek ni­gdy nie re­pre­zen­tuje sam sie­bie - czyni go oso­bli­wym i szcze­gól­nie po­cią­ga­ją­cym przed­mio­tem ba­dań. Liczne sko­ja­rze­nia, ja­kie ludz­kość ma z tą czę­ścią ciała, spra­wiają, że prze­sie­wa­nie i ba­da­nie ob­fi­to­ści zna­czeń tyłka może do­star­czyć nam wie­dzy o wielu in­nych za­gad­nie­niach: o tym, co lu­dzie po­strze­gają jako nor­malne, co jako po­żą­dane, co jako od­py­cha­jące i co jako trans­gre­syjne. Pupa jest mier­ni­kiem, a uczu­cia, które wo­bec niej ży­wimy, za­zwy­czaj są wskaź­ni­kiem in­nych na­szych od­czuć - tych wo­bec rasy, płci, sek­su­al­no­ści - które u każ­dego z nas są inne.

Nasz sto­su­nek do wła­snego ciała w do­ro­słym ży­ciu wiąże się z in­dy­wi­du­alną hi­sto­rią każ­dego z nas. Moja wy­ła­nia się - ni­czym ze zdjęć prze­cho­wy­wa­nych w al­bu­mie - z mgli­stych wspo­mnień tych chwil, kiedy moje ciało było wi­dziane przez in­nych lu­dzi. Ale moje naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nia do­ty­czące ciała po­cho­dzą z cza­sów na chwilę przed okre­sem doj­rze­wa­nia, kiedy moje mię­śnie i koń­czyny wy­da­wały się uży­teczne i od­porne, nie zaś stwo­rzone do by­cia oce­nia­nymi. Pę­dzi­łam ro­we­rem po osie­dlu, zjeż­dża­łam z górki, a wil­gotny letni wia­te­rek ła­sko­tał mi noz­drza. Pew­nego lip­co­wego po­po­łu­dnia wal­nę­łam głową o kie­row­nicę i za­dra­pa­łam po­liczki i czoło na be­to­nie, roz­ci­na­jąc wę­dzi­dełko. Krew lała się na chod­nik, a po­tem w kuchni, gdzie sie­dzia­łam na bla­cie ze zwi­sa­ją­cymi no­gami, pod­czas gdy moja matka przy­kła­dała mi do ust lód. Na­stęp­nego ranka, gdy ja­dłam płatki śnia­da­niowe ubrana w po­lie­strowy strój ba­let­nicy, by­łam go­towa po­now­nie wsko­czyć na ro­wer. Mój oj­ciec zro­bił mi wtedy zdję­cia, uśmie­cham się na nich od ucha do ucha. Nie na­le­ża­łam do naj­bar­dziej nie­ustra­szo­nych dzie­cia­ków, ale uzna­wa­łam swoje ciało za coś, co bę­dzie się go­iło, ro­sło, za­bie­rało mnie w roz­ma­ite miej­sca. Za­nim tata wy­wo­łał zdję­cia, zo­stało mi już tylko kilka strup­ków.

Kiedy mia­łam osiem lat, po­szłam z ko­le­żanką na ba­sen w klu­bie fit­ness na­le­żą­cym do jej ro­dzi­ców. Wtedy pierw­szy raz zna­la­złam się w szatni peł­nej ko­biet - na­gich, pół­na­gich, ubra­nych. Do­świad­czy­łam tam róż­no­rod­no­ści ludz­kiego wy­glądu, a że jesz­cze nie na­uczy­łam się ka­te­go­ry­zo­wać ciał, nada­wać im miana złych bądź do­brych, je­dyne, co mo­głam zro­bić, to ob­ser­wo­wać. "To tak mogą wy­glą­dać piersi? - my­śla­łam, wi­dząc czę­ści ciała, które nie wy­glą­dały tak, jak u mo­jej mamy. - Bio­dra mogą być wą­skie? Tyłki ko­ści­ste?" Ko­biety w tej szatni wy­da­wały mi się ja­kieś nie­kształtne. W ubra­niu wy­glą­dały zna­jomo, ale pod spodem skry­wały całe spek­trum dziw­no­ści, w każ­dym moż­li­wym kształ­cie.

Gdy jako dzie­się­cio­latka jeź­dzi­łam ro­we­rami z przy­ja­ciółką, na tym sa­mym po­dwórku, które okrą­ża­ły­śmy od lat, dwóch chłop­ców krzyk­nęło na nas z za­ro­śli. "Nie­złe ku­perki!" - usły­sza­ły­śmy. Ten ko­men­tarz był okrutny, ale niósł ze sobą też coś in­nego - nowe i nie­bez­pieczne uczu­cie, które dziś do­brze znam, uczu­cie szcze­gól­nego nie­po­koju zwią­za­nego z oglą­da­niem i ko­men­to­wa­niem mo­jego ciała przez nie­zna­jo­mego męż­czy­znę.

Fakt, że oni sko­men­to­wali, nie­pro­szeni, na­sze tyłki, spra­wił, że po­czu­łam się nie­kom­for­towo i dziw­nie. Tyłki nie były jedną z tych czę­ści ciała, które można było okre­ślić mia­nem faj­nych. Wie­dzia­łam, że są par­tie ciała uzna­wane za piękne i sek­sowne i do­ce­niane, ale nie mia­łam po­ję­cia, że tyłki też do nich na­leżą. Czu­łam się tak, jakby tych dwóch przy­ła­pało nas bez maj­tek - jakby na­prawdę zo­ba­czyli na­sze pupy w wy­niku ja­kie­goś za­baw­nego i ośmie­sza­ją­cego zbiegu oko­licz­no­ści. Gdy wró­ci­ły­śmy do domu, opo­wie­dzia­ły­śmy ro­dzi­com, co się nam przy­da­rzyło. W ja­kiś spo­sób udało im się na­mie­rzyć wi­no­waj­ców - dwóch na­sto­lat­ków w ko­szul­kach ze­spo­łów he­avy­me­ta­lo­wych, jeż­dżą­cych na de­sko­rol­kach. Nasi ro­dzice oznaj­mili im, że do­pu­ścili się mo­le­sto­wa­nia słow­nego, ale chłopcy od­po­wie­dzieli, że krzy­czeli "Nie­złe ro­werki!". Po raz ko­lejny po­czu­łam się za­wsty­dzona. Oczy­wi­ście, że pupy nie mogą być "nie­złe". Zde­cy­do­wa­nie nie jest to rzecz, którą można by­łoby ob­wiesz­czać gło­śno na całą ulicę.

W gim­na­zjum by­łam szat­nia­nym dzi­wo­lą­giem. Nie by­łam gruba - a to wła­śnie ten przy­miot­nik niósł ze sobą naj­więk­szą styg­ma­ty­za­cję w pach­ną­cych ku­rzem ko­ry­ta­rzach Gim­na­zjum Ki­nawa - ale moje ciało zde­cy­do­wa­nie nie wy­glą­dało jak trzeba. Co­raz bar­dziej przy­po­mi­nało ono ciało mo­jej mamy: urósł mi ty­łek, a bio­dra się za­okrą­gliły. Sto­jąc na­prze­ciw szkol­nych sza­fek w ko­lo­rze spa­lo­nej po­ma­rań­czy, nie czu­łam już za­chwytu róż­no­rod­no­ścią ko­bie­cych ciał; te­raz do­brze zda­wa­łam so­bie sprawę z tego, że ist­nieje ka­non piękna i że ani moje, ani mo­jej mamy ciało się w niego nie wpi­suje.

Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie na lek­cjach WF-u po­dzie­lono nas na chłop­ców i dziew­czynki na po­trzeby za­jęć z na­uki pły­wa­nia w cuch­ną­cym chlo­rem szkol­nym ba­se­nie. Do­sta­ły­śmy od szkoły, chyba w ja­kimś nad­zwy­czaj­nym ge­ście ni­we­lo­wa­nia róż­nic kla­so­wych, nie­roz­cią­gliwe, czarne ba­weł­niane stroje ką­pie­lowe. Le­żały po­ukła­dane roz­mia­rami w sza­rych pla­sti­ko­wych po­jem­ni­kach, a wszyst­kie stroje wy­da­wały się opo­wia­dać hi­sto­rię prze­my­sło­wych pralni i ca­łych po­ko­leń trzę­są­cych się z zimna dziew­cząt. Każdy z roz­mia­rów miał inny ko­lor szwów: żółte były naj­mniej­sze, dla dziew­czyn z wciąż dzie­cię­cymi cia­łami. Naj­bar­dziej po­żą­da­nym ko­lo­rem był po­ma­rań­czowy - prze­zna­czony dla uczen­nic, które choć już doj­rzałe, nie miały krą­gło­ści. Na­stępny w ko­lejce był czer­wony, duży, i biały, jesz­cze więk­szy. To dla tych z nas, które miały i piersi, i bio­dra, i uda, i brzuszki. Dla tych "zdro­wych". Czarny ma­te­riał okry­wa­jący na­sze ciała od pach po po­łowę uda roz­luź­niał się pod wpły­wem wody. Mój strój miał czer­wone szwy, ale widmo zbli­ża­ją­cego się bia­łego wy­koń­cze­nia śniło mi się po no­cach. Co to bę­dzie mó­wić o moim ciele, atrak­cyj­no­ści, miej­scu w sze­regu?

W li­ceum sta­nę­łam twa­rzą w twarz z jesz­cze bar­dziej kon­kret­nymi do­wo­dami na to, że moje ciało jest w ja­kiś spo­sób złe. Mimo że nie na­le­ża­łam do naj­lep­szych spor­t­sme­nek, lu­bi­łam spę­dzać czas ze szkolną dru­żyną bie­gów prze­ła­jo­wych. Spo­ty­ka­li­śmy się przed za­wo­dami, je­dli­śmy kle­isty ma­ka­ron z so­sem z puszki i plot­ko­wa­li­śmy o tym, co się działo w szkole. Pew­nego dnia jedna z ko­le­ża­nek wzięła mnie na stronę, aby wy­ja­wić mi se­kret - z ro­dzaju tych, któ­rych nikt nie może wy­ga­dać. Zdra­dziła mi, że pod­słu­chano, jak jedna z dziew­czyn z dru­żyny na­rze­kała na tre­ningu na to, że robi się co­raz grub­sza i ja­kie to jej bio­dra są wiel­kie. Na to inna dziew­czyna za­śmiała się w głos i sko­men­to­wała: "Przy­naj­mniej nie masz tak ogrom­nego tyłka jak He­ather".

By­łam wstrzą­śnięta. Wy­obra­zi­łam so­bie te wszyst­kie po­są­gowe, atrak­cyjne blon­dynki z dru­żyny śmie­jące się per­li­ście i zja­dli­wie z jed­nej rze­czy, co do któ­rej nikt nie miał wąt­pli­wo­ści: tak, He­ather Radke miała wielki ty­łek. Uff, jak do­brze, że one nie.

Prawdę mó­wiąc, hi­sto­ria mo­jej re­la­cji z cia­łem nie na­leży do szcze­gól­nie dra­ma­tycz­nych, jest ra­czej ty­powa, i wła­śnie dla­tego tak mnie in­te­re­suje. Nie do­świad­czy­łam upo­rczy­wego nę­ka­nia ani nie cier­pia­łam na za­bu­rze­nia od­ży­wia­nia. Nie przy­da­rzyło mi się nic trau­ma­tycz­nego po­nad wstyd za­tru­wa­jący umysł każ­dej siód­mo­kla­sistki, ten upiorny ry­tuał przej­ścia, któ­rego tak wiele ko­biet mu­siało do­świad­czyć, aby stać się w miarę do­brze funk­cjo­nu­ją­cymi do­ro­słymi. Tak jakby oce­nia­nie ciał - i całe to za­wsty­dza­nie, upo­ka­rza­nie i spa­dek wiary w sie­bie - było nor­malne, na­tu­ralne. Tak jakby rze­czy­wi­ście ist­niały ciała lep­sze i gor­sze.

W 2003 roku po raz pierw­szy usły­sza­łam, że moja pupa jest sexy. Mia­łam wtedy dwa­dzie­ścia lat i sie­dzia­łam so­bie pew­nego let­niego dnia w ka­wiarni w jed­nym z uni­wer­sy­tec­kich miast Środ­ko­wego Za­chodu. By­łam ubrana w pli­so­waną gra­na­tową spód­niczkę z po­lie­stru i ku­pioną w lum­pek­sie żółtą ko­szulkę, w któ­rej po­głę­bi­łam no­życz­kami de­kolt, żeby wy­glą­dała bar­dziej pun­kowo. Włosy mia­łam zwią­zane; spo­co­nej szyi ła­two cze­piały się dro­biny mie­lo­nej kawy. Od czasu li­ceum moja pupa tylko uro­sła. Każda para spodni zda­wała się le­dwo na mnie pa­so­wać: gdy w tyłku były wą­skie, to w ta­lii za luźne. Prze­ska­ki­wa­łam po roz­mia­rach, od S do M, po­tem L i XL. Gdy trzeba było ści­snąć się grupą na tyl­nym sie­dze­niu auta, za­zwy­czaj mó­wi­łam, że mój ty­łek jest za duży, żeby to mo­gło się udać, więc ktoś bę­dzie mu­siał usiąść mi na ko­la­nach. Pew­nego dnia je­den z mo­ich ko­le­gów z pracy w ka­wiarni - typ ci­chego mu­zyka flir­cia­rza - za­py­tał: "Czy wiesz, co to zna­czy ru­ben­sow­skie kształty?". Wie­dzia­łam. Uczy­łam się o tym na ma­turę, do dziś pa­mię­tam fiszkę z tym wy­ra­że­niem, jak i to, że tro­chę mnie za­wsty­dziło. To zna­czy "mieć piękne, ale więk­sze ciało". Po­dej­rze­wa­łam, że mó­wią tak hi­sto­rycy sztuki, gdy opi­sują dzieła. "Ty, skar­bie, masz ru­ben­sow­skie kształty", do­po­wie­dział ro­man­tyczny mu­zyk. W jego ustach brzmiało to nie­zręcz­nie, jakby na­uczył się tego na pa­mięć ni­czym uczeń przed eg­za­mi­nem. Mimo to by­łam na­prawdę po­ru­szona. Nie na­śmie­wał się ze mnie. To był szczery kom­ple­ment.

Ten chło­pak był tylko jedną z wielu osób, które w ciągu na­stęp­nych kil­ku­na­stu lat po­strze­gały mój kształtny ty­łek nie jako man­ka­ment, lecz jako atut. Moja pupa była przed­mio­tem mo­le­sto­wa­nia słow­nego i ko­men­ta­rzy fa­ce­tów z pracy; obiek­tem za­chwytu szep­czą­cego słod­kie słówka ko­chanka; tą czę­ścią ciała, która spra­wiała, że obcy lu­dzie oglą­dali się za mną na ulicy. In­nymi słowy, za­czy­na­łam zda­wać so­bie sprawę z tego, że mój ty­łek stał się, czy ra­czej sta­wał się (kiedy nie pa­trzy­łam), obiek­tem sek­su­al­nym, przed­mio­tem po­żą­da­nia in­nych (nie­któ­rych in­nych, nie wszyst­kich in­nych).

A tymi in­nymi pra­wie za­wsze oka­zy­wali się męż­czyźni. Mimo że je­stem qu­eer, mimo że zda­rzało mi się rand­ko­wać i z męż­czy­znami, i z ko­bie­tami, zmiana po­strze­ga­nia mo­jej pupy przez in­nych lu­dzi wy­da­wała się wy­pły­wać pro­sto z rdze­nia he­te­ro­sek­su­al­nej, ma­in­stre­amo­wej kul­tury. Tak, cał­kiem sporo ko­biet ko­men­to­wało mój ty­łek, ale w więk­szo­ści były to ko­biety he­tero pa­pu­gu­jące me­dialne ka­nony piękna. Coś w stylu tej la­ski z dru­żyny, która tak się cie­szyła, że ma mniej­szą pupę ode mnie. Tyle że na od­wrót.

Choć pró­bo­wa­łam so­bie wma­wiać, że to, co inni lu­dzie (zwłasz­cza męż­czyźni) my­ślą o moim ciele, nie po­winno mieć zna­cze­nia, prawda była zu­peł­nie inna - to miało zna­cze­nie. Ta sama część ciała, z po­wodu któ­rej mnie za­wsty­dzano, zu­peł­nie znie­nacka stała się wła­śnie tą czę­ścią ciała, któ­rej po­żą­dano. Oczy­wi­ście nie chcia­łam być po­dzi­wiana wy­łącz­nie za to, ja­kie mam ciało, jed­nak pra­gnę­łam po­dziwu dla mo­jego ciała. Jak każdy czło­wiek, chcia­łam być chciana. A by­cie chcianą przez ten sam typ lu­dzi, któ­rzy wy­śmie­wali mnie w li­ceum, miało do­dat­kowy smak.

Za­sta­na­wiam się, jak to się stało, że gdy by­łam w li­ceum, mój typ fi­gury nie wpi­sy­wał się w ka­non piękna, a dzie­sięć lat póź­niej wiele z tych sa­mych osób, które wtedy go od­rzu­cały, za­częło mieć na jego te­mat zu­peł­nie prze­ciwne zda­nie. Ja­kim cu­dem po­strze­ga­nie cze­goś ta­kiego jak pupa mo­gło zmie­nić się tak ra­dy­kal­nie i tak szybko? Ja­kim cu­dem ta sama część ciała może bu­dzić tak od­mienne sko­ja­rze­nia u róż­nych osób? Wła­śnie te py­ta­nia stały się im­pul­sem do na­pi­sa­nia tej książki.

Za­nim zo­sta­łam pi­sarką, przez kilka lat pra­co­wa­łam jako ku­stoszka w za­ło­żo­nym przez Jane Ad­dams chi­ca­gow­skim mu­zeum Hull-Ho­use, które jest nie tylko zbio­rem hi­sto­rycz­nych eks­po­na­tów, ale też prze­strze­nią dla twór­ców sztuki współ­cze­snej oraz miej­scem spo­tkań lo­kal­nych ak­ty­wi­stów. Do mo­ich za­dań na­le­żało przy­go­to­wy­wa­nie wy­staw oraz pre­zen­to­wa­nie zwią­za­nych z nimi hi­sto­rii i do­świad­czeń kul­tu­ral­nych, za po­mocą któ­rych wy­ja­śnia­łam więk­sze zmiany i nurty po­ja­wia­jące się na prze­strzeni dzie­jów. Ni­niej­sza książka oparta jest na po­dob­nym za­my­śle: będę przed­sta­wiać wam wy­da­rze­nia z prze­szło­ści i te­raź­niej­szo­ści, opo­wia­dać kon­kretne hi­sto­rie zwią­zane ze zmia­nami po­strze­ga­nia pup w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i Eu­ro­pie Za­chod­niej na prze­strzeni ostat­nich dwu­stu lat.

Tyłki. Hi­sto­ria ciała od za­ple­cza sta­nowi próbę od­na­le­zie­nia zna­czeń ota­cza­ją­cych tę enig­ma­tyczną część ciała, po nitce do kłębka, i wy­ja­śnie­nia, jak owe zna­cze­nia ewo­lu­owały i jak re­zo­nują w dzi­siej­szej rze­czy­wi­sto­ści. Moje po­dej­ście jest głów­nie hi­sto­ryczne, jed­nak ma pod­stawy na­ukowe, za­sta­na­wiam się bo­wiem nad tym, czym, tak na­prawdę, ana­to­micz­nie i fi­zjo­lo­gicz­nie, jest ty­łek. Choć pupy były z nami od za­wsze, po­szu­ki­wa­nia roz­po­czy­nam od hi­sto­rii Sa­rah Ba­art­man, zna­nej nie­gdyś jako "Ho­ten­tocka We­nus". Okrutne, wręcz upiorne trak­to­wa­nie tej po­staci (za­równo za ży­cia, jak i po śmierci) sta­no­wiło fun­da­ment na­szego my­śle­nia o pu­pach przez ostat­nie dwa stu­le­cia. Na­stęp­nie przejdę do dwu­dzie­sto- i dwu­dzie­sto­pierw­szo­wiecz­nych te­ma­tów, przyj­rzę się hi­sto­rii mody, rasy, na­uki, fit­nessu i po­pkul­tury. Przed­sta­wię wam osoby, które miały wpływ na to, co my­ślimy o pu­pach - ilu­stra­torkę, która stwo­rzyła słynny styl pod­lotka, mo­delkę, któ­rej pupa sta­nowi wzo­rzec dla nie­mal każ­dej pary spodni do­stęp­nej na rynku, ar­ty­stę eu­ge­nika, który wy­rzeź­bił mo­dele "nor­mal­nych" ko­biety i męż­czy­zny, tre­nera od "sta­lo­wych po­ślad­ków", osoby szy­jące wkładki po­więk­sza­jące pupę drag qu­een, a także grube in­struk­torki fit­nessu wy­ko­rzy­stu­jące ae­ro­bik jako formę buntu (i spo­sób na czer­pa­nie ra­do­ści z ży­cia). Na ko­niec opi­szę zmie­nia­jące się po­dej­ście do tył­ków, które mie­li­śmy oka­zję ob­ser­wo­wać w ciągu mi­nio­nych trzech de­kad. Był to czas, kiedy spo­rych roz­mia­rów pupy za­częły być wi­doczne w ma­in­stre­amie, a biały ideał piękna i przy­własz­cza­nie wi­ze­runku i kul­tury afro­ame­ry­kań­skiej wznio­sły się na wy­żyny po­pu­lar­no­ści.

W tej książce nie zdo­łam jed­nak wy­ja­śnić wszyst­kiego. Nie od­po­wiem na py­ta­nie: Jaka hi­sto­ria i zna­cze­nie kryją się za każdą parą po­ślad­ków? Sku­piam się na hi­sto­rii i sym­bo­lice zwią­za­nej z ko­bie­cymi po­ślad­kami z pro­stej przy­czyny - je­stem ko­bietą, a ni­niej­szą książkę za­czę­łam pi­sać z chęci zgłę­bie­nia tego, jak ko­bie­cość jest kon­stru­owana, de­kon­stru­owana i wzmac­niana na prze­strzeni lat.

Moje po­szu­ki­wa­nia do­ty­czą też pupy per se - tych dwóch od­sta­ją­cych kul mię­śni i tłusz­czu umiej­sco­wio­nych mię­dzy udami a dolną czę­ścią ple­ców. Nie będę po­świę­cać czasu te­ma­towi od­bytu i od­byt­nicy, na rynku bo­wiem znaj­dziemy kilka zna­ko­mi­tych ksią­żek do­ty­czą­cych tych czę­ści ciała, ich funk­cji i so­cjo­lo­gicz­nych kon­tek­stów z nimi zwią­za­nych. Zdaję so­bie sprawę z tego, że w spo­łe­czeń­stwie czę­sto łą­czymy pupę i od­byt, jed­nak ko­biece po­śladki mają wła­sną sym­bo­likę, nie­ko­niecz­nie bez­po­śred­nio zwią­zaną z roz­ma­itymi funk­cjami (sek­su­al­nymi bądź in­nymi) od­bytu.

Moje za­in­te­re­so­wa­nie tył­kami do­ty­czy w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze głów­no­nur­to­wej, he­ge­mo­nicz­nej kul­tury Za­chodu - kul­tury osób po­sia­da­ją­cych wła­dzę po­li­tyczną i go­spo­dar­czą, osób za­rzą­dza­ją­cych me­diami, two­rzą­cych oraz pro­mu­ją­cych kul­tu­rowe trendy i stan­dardy.

Ozna­cza to, że czę­sto ana­li­zuję, jak lu­dzie biali, he­te­ro­sek­su­alni i męż­czyźni two­rzyli stan­dardy, pre­fe­ren­cje i ide­olo­gie wo­kół po­ślad­ków ko­biet wszyst­kich ras, a także spo­soby my­śle­nia o ko­bie­tach bę­dące re­zul­ta­tem tych pro­ce­sów. Ja­sne, są to ka­te­go­rie ogólne, co może su­ge­ro­wać bi­nar­ność tam, gdzie jej nie ma - do­świad­cze­nie "ży­cia w ciele" za­wsze bo­wiem nie­sie ze sobą wiele krzy­żu­ją­cych się toż­sa­mo­ści - hi­sto­ria po­ka­zuje jed­nak, że ludźmi bę­dą­cymi u wła­dzy i kształ­tu­ją­cymi na­sze my­śle­nie o pu­pach oka­zy­wali się za­zwy­czaj he­te­ro­sek­su­alni i/lub biali męż­czyźni.

Dla­czego sku­piam się na ma­in­stre­amo­wych kon­cep­cjach do­ty­czą­cych ko­bie­cych pup? Po­nie­waż chcia­ła­bym zro­zu­mieć i w pro­sty spo­sób wy­ja­śnić, skąd wzięły się na­sze skry­wane uprze­dze­nia i sto­jące za nimi idee. Ze względu na wła­dzę, którą przez lata mieli w na­uce, po­li­tyce, me­diach i kul­tu­rze, osoby białe, osoby he­tero oraz męż­czyźni za­wsze po­sia­dali nad­mierny wpływ na rze­czy­wi­stość i spra­wo­wali kon­trolę nad tym, ja­kie zna­cze­nia przy­pi­sy­wane są cia­łom. To oni usta­lali, co jest nor­malne, a co od­mień­cze, co jest "ma­in­stre­amowe", a co mar­gi­nalne. Mam na­dzieję, że przy­glą­da­jąc się temu, jak lu­dzie bę­dący u wła­dzy two­rzyli te zna­cze­nia, będę mo­gła uwi­docz­nić to, co czę­sto zdaje się nie­wi­doczne: głę­bo­kie ko­rze­nie roz­ma­itych, wie­lo­krot­nie sprzecz­nych ze sobą, spo­so­bów my­śle­nia o ko­bie­cych po­ślad­kach. Chcia­łam zro­zu­mieć, dla­czego pupy zna­czą tak wiele, choć prze­cież mo­głyby nie zna­czyć zu­peł­nie nic.

Jed­nym z mo­ty­wów, które prze­wi­jały się przez cały czas, gdy zbie­ra­łam ma­te­riały do książki, była rasa. Roz­mowy na te­mat tył­ków pra­wie za­wsze oka­zują się roz­mo­wami o ra­sie, w szcze­gól­no­ści o bia­ło­ści i czar­no­ści. Już od naj­wcze­śniej­szych lat ko­lo­nia­li­zmu eu­ro­pej­scy od­krywcy i na­ukowcy sto­so­wali pseu­do­nau­kowe teo­rie do­ty­czące wiel­kich pup czar­nych ko­biet ce­lem kon­stru­owa­nia i eg­ze­kwo­wa­nia hie­rar­chii ras i ra­si­stow­skich ste­reo­ty­pów (zwłasz­cza ste­reo­typu roz­sek­su­ali­zo­wa­nych czar­nych ko­biet). Tego typu my­śle­nie upo­wszech­niło się w XIX wieku, tuż po śmierci Sa­rah Ba­art­man. Za­równo czarna, jak i biała ko­bie­cość sta­no­wią idee kształ­to­wane przez ste­reo­typy ciała i pupy, stwo­rzone przez osiem­na­sto- i dzie­więt­na­sto­wiecz­nych na­ukow­ców, ste­reo­typy, które do­ty­kają nie tylko czarne i białe ko­biety, ale rów­nież przed­sta­wi­cielki wszyst­kich po­zo­sta­łych ras. To wła­śnie dla­tego ni­niej­sza książka sta­nowi w szcze­gól­nym wy­mia­rze eks­plo­ra­cję bia­ło­ści i czar­no­ści.

Ja­sne jest, że cała wie­dza, którą mam na te­mat pupy i tego, co ta część ciała ozna­czała w spo­łecz­no­ściach lu­dzi nie­bia­łych, w ob­cych dla mnie kra­jach czy w daw­nych cza­sach, jest za­po­śred­ni­czona, zdo­byta dzięki pracy ba­daw­czej i re­por­ter­skiej i jako taka nie sta­nowi do­świad­cze­nia z pierw­szej ręki. Moje do­świad­cze­nie ży­cia w ciele jest czymś in­dy­wi­du­al­nym, a wstyd zwią­zany z wiel­ko­ścią mo­jej pupy wy­ni­kał z kon­kret­nego kon­tek­stu cza­sów, w któ­rych do­ra­sta­łam. To nie jest do­świad­cze­nie uni­wer­salne. Wiele osób, z któ­rymi roz­ma­wia­łam pod­czas pracy nad książką, ko­cha swoje pupy czy też do­ra­stało w kul­tu­rach zu­peł­nie ina­czej pod­cho­dzą­cych do tej czę­ści ciała. Bar­dzo za­le­żało mi na przy­wo­ła­niu gło­sów zu­peł­nie in­nych niż mój, a prze­pro­wa­dza­nie roz­mów z ko­bie­tami i oso­bami nie­bi­nar­nymi po­cho­dzą­cymi z róż­nych śro­do­wisk uwa­żam za klu­czowy ele­ment ba­dań. Jed­nak ko­niec koń­ców to moja książka. Jest za­pi­sem kwe­stii, które to mnie naj­bar­dziej za­in­te­re­so­wały w związku z tył­kami: kwe­stii płci, rasy, kon­troli, spraw­no­ści, mody i na­uki. Nie sta­nowi ona en­cy­klo­pe­dii pup ani na­wet nie pró­buje być wy­czer­pu­jąca. Nie jest także ostat­nim sło­wem, które może paść na ten te­mat, wszak ist­nieje mnó­stwo nie­opi­sa­nych tu, a fa­scy­nu­ją­cych ob­sza­rów do zba­da­nia zwią­za­nych z tył­kami. Mam na­dzieję, że po­ka­zu­jąc za­równo kon­tek­sty hi­sto­ryczne, jak i moje od­czu­cia i do­świad­cze­nia, ko­biety szcze­rze zma­ga­ją­cej się z wła­snym cia­łem, po­mogę wam do­strzec to, czego nie na­zy­wamy, a co po­zo­sta­jąc nie­na­zwane, ma na nas ol­brzymi wpływ. W tym sen­sie ni­niej­sza książka jest pro­jek­tem po­li­tycz­nym; jed­nym ze spo­so­bów na wy­cią­gnię­cie na świa­tło dzienne i zba­da­nie po­zo­sta­ją­cych w ukry­ciu me­cha­ni­zmów wła­dzy.

"Nie uwa­żam, żeby moja pupa była sek­sowna. Zdaję so­bie sprawę z tego, że jest spora - mówi biała ko­bieta po trzy­dzie­stce[2]. - To prze­ra­ża­jące, że jest w moim ży­ciu ktoś, kto bar­dzo do­brze wie, jak ona wy­gląda. Jed­nak dość dużo ob­cych fa­ce­tów da­wało do zro­zu­mie­nia, że mój ty­łek jest sexy. Już jako młoda dziew­czyna wie­dzia­łam, że są męż­czyźni, któ­rym po­do­bają się moje kształty. Męż­czyźni z róż­nych grup spo­łecz­nych poza jedną. Poza chu­dymi, bia­łymi fa­ce­tami".

"Gdy­bym była biała, pew­nie uwa­ża­ła­bym swój ty­łek za zja­wi­skowy - zwie­rza mi się pięć­dzie­się­cio­pa­ro­let­nia czarna ko­bieta. - To jedna z rze­czy, które spra­wiają, że nie czuję się au­ten­tycz­nie czarna. Lu­dzie spi­nają się, gdy sły­szą te słowa. My­ślą, że prze­sa­dzam z sa­mo­kry­tyką. A mi cho­dzi tylko o to, że od dzie­ciaka wtła­czano mi do głowy, że nie je­stem wy­star­cza­jąco czarna".

Z ko­lei inna biała ko­bieta po trzy­dzie­stce opi­suje swoje wy­obra­że­nie ide­al­nego ciała jako "ko­biece, ale tak an­dro­gy­niczne, jak to tylko moż­liwe, małe piersi, zero bio­der. Ty­powa an­dro­gy­niczna lesba. Jenny Shi­mizu". Jed­nak ją samą po­cią­gają ko­biety o wy­dat­nych po­ślad­kach. "Moja pierw­sza dziew­czyna miała wielki ty­łek, do dziś go wspo­mi­nam. Faj­nie wy­gląda, jest miły w do­tyku. Prze­ci­wień­stwo mo­jego ciała". Ostat­nio roz­my­ślała o tym, czy ten wy­ide­ali­zo­wany ob­raz jest dla niej pro­ble­mem. "Za­sta­na­wiam się, ile z tego mo­jego ide­ału ma zwią­zek ze zin­ter­na­li­zo­waną mi­zo­gi­nią. Dla­czego my­ślimy, że ko­biece ciało nie może być do­mem dla elo­kwen­cji i sar­ka­zmu? Dla­czego tak kur­czowo trzy­mam się tego sek­si­stow­skiego my­śle­nia?"

Ame­ry­kanka chiń­skiego po­cho­dze­nia opi­suje swój ty­łek jako "nie­złą wy­pu­kłość" w jej "de­sce". Do­daje: "Cią­gle mnie za­ska­kuje, że mój ty­łek bu­dzi sko­ja­rze­nia sek­su­alne. Oba­wiam się, że mój sek­sa­pil może wy­ni­kać z tego dziew­czę­cego ciała. Za­sta­na­wiam się, czy to nie jest cza­sami ja­kiś ro­dzaj pe­do­fi­lii, coś w stylu sek­su­ali­za­cji uczen­nicy w mun­durku szkol­nym". Ni­gdy nie roz­ma­wiała na ten te­mat z part­ne­rem, ale za­wsze ma tę myśl z tyłu głowy.

Przez cały okres mo­ich ba­dań za­ska­ki­wało mnie, jak jedna część ludz­kiego ciała może kryć w so­bie tyle róż­nych zna­czeń. A mimo to kilka ko­biet opo­wie­działo mi po­dobne hi­sto­rie o tym, jak za­częły ro­zu­mieć swoje ciała. Ważną rolę czę­sto od­gry­wały matki i babki: jedne ka­zały cór­kom i wnucz­kom się za­kry­wać, inne za­chę­cały je do afir­ma­cji swo­ich krą­gło­ści. Słowne mo­le­sto­wa­nie na uli­cach czy szkolne wy­zwi­ska po­ka­zy­wały dziew­czy­nom ich miej­sce w sze­regu. Prak­tycz­nie każda z ko­biet, z któ­rymi roz­ma­wia­łam, nie­za­leż­nie od kształtu i roz­miaru pupy, opo­wie­działa swoją wer­sję tej sa­mej hi­sto­rii. Hi­sto­rii o szkol­nej szatni i o do­łu­ją­cym po­czu­ciu, że ni­gdy nie znaj­dzie się pa­su­ją­cej pary spodni.

Pupy spra­wiają, że od­wra­camy wzrok, chi­cho­czemy w za­wsty­dze­niu, prze­wra­camy oczami. Za­czy­na­jąc pracę nad ni­niej­szą książką, roz­wa­ża­łam, co by się stało, gdy­bym za­miast po­świę­cać tyle uwagi sa­memu tył­kowi, prze­kie­ro­wała ją na hi­sto­rię tej czę­ści ciała. Gdy­bym za­częła za­da­wać eks­per­tom i eks­pert­kom - na­ukow­czy­niom, drag qu­een, in­struk­tor­kom tańca, hi­sto­rycz­kom, ar­chi­wist­kom - po­ważne py­ta­nia o to, czym pupy są i ja­kie mają zna­cze­nie. Ro­biąc to, od­kry­łam opo­wie­ści o tra­ge­dii, zło­ści, opre­sji, po­żą­da­niu i ra­do­ści. Do­wie­dzia­łam się też, że na­sze ciała no­szą w so­bie hi­sto­rie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki