Wprowadzenie
Pierwszą pupą, którą zapamiętałam w życiu, była pupa mojej matki. W dzieciństwie zwykłam wchodzić do łazienki, siadywać na pluszowej nakładce na sedes i przyglądać się mamie szykującej się do wyjścia. Stała przed lustrem w bieliźnie i wcierała w skórę balsam do ciała. W krótkie brązowe włosy wplątywała termoloki: kilka pokaźnych różowych na górze, parę mniejszych zielonych po bokach. Uchylała okno, wymieniając parę spod prysznica na strumień zimnego porannego powietrza. To mnie budziło. "Zamknij oczy", zwracała się do mnie, co pospiesznie czyniłam. Wtedy mama obficie spryskiwała włosy lakierem. Wstrzymywałam oddech ze strachu przed zakrztuszeniem się tym lepkim ustrojstwem. Po zdjęciu okularów mama odwracała się do lustra. Stojąc z wypiętą pupą, podkręcała rzęsy.
Jako młoda dziewczyna nie widziałam nago innej dorosłej kobiety niż moja mama. Wyobrażałam sobie, że wszystkie wyglądają tak samo jak ona: kształtne, niskie, z pełnymi piersiami i wypukłą pupą, ledwo mieszczącą się w jakąkolwiek parę spodni. Całkiem podobało mi się myślenie, że pewnego dnia i moje ciało będzie tak wyglądać - a był to los nieunikniony niczym dojrzewanie czy pierwsza miesiączka. Mama podczas porannej toalety była wolna i piękna.
Moja dziecięca otwartość pozwalała mi na postrzeganie maminej pupy jako czegoś zwykłego - ot, część ciała jak każda inna, coś do kochania, bo przecież była częścią ukochanej osoby. Ni to przekleństwo, ni błogosławieństwo. Po prostu fakt.
To, o czym nie miałam wtedy pojęcia, to wieloznaczność tego tematu. Pupy wszak nie są, jak kolana czy łokcie, typowo funkcyjnymi częściami ciała, niekojarzącymi nam się z niczym więcej. Z pupami jest inaczej - choć wydawać się mogą czymś trywialnym, niosą ze sobą niezwykle złożoną symbolikę, z mnóstwem znaczeń i niuansów, wypełnioną humorem i seksualnością, historią i wstydem. Kobiece pupy były przez lata wykorzystywane do tworzenia i umacniania hierarchii rasowych, stanowiły też barometr cnoty pracowitości czy miernik seksualnej atrakcyjności oraz dostępności. Pomimo (a może właśnie z tego powodu) że bez interwencji chirurga nie jesteśmy w stanie szczególnie zmienić wyglądu naszych pup, ich kształt i rozmiar był przez wiele lat wykładnikiem naszej natury - naszej moralności, kobiecości, a nawet człowieczeństwa.
Pupę jednak niełatwo obejrzeć. Sam fakt, że znajduje się z tyłu, sprawia, że zdaje się nam nieco obca, lecz dla innych jest widoczna w całej okazałości. Aby zerknąć na własną pupę, musimy otoczyć się kordonem luster w przymierzalni albo - to już w zaciszu naszych sypialni - dziwacznie wygiąć się z lusterkiem lub smartfonem w ręku. A kiedy w końcu na nią spojrzysz - przynajmniej tak jest w moim przypadku - zawsze towarzyszy temu element zaskoczenia. A więc to jest to, co wciąż za mną chodzi? Jest w tym nutka upokorzenia - nigdy do końca nie wiemy, co ma przed sobą osoba patrząca na nasz tyłek, a to czyni nas bezbronnymi. W pewnym sensie też dajemy tej osobie coś z siebie - można wręcz powiedzieć, że pupa pod wieloma względami należy bardziej do oglądającego niż oglądanego. A może być i podglądana w tajemnicy, i ubóstwiana prywatnie, i analizowana w przyprawiający o dreszcze, odrzucający sposób. Żeby dowiedzieć się, jak leżą na mnie przymierzane właśnie spodnie, muszę zapytać ekspedientki, jak wygląda w nich moja pupa - przecież sama tego nie zobaczę. Kobieta mija mężczyznę na ulicy, a ten ogląda się za jej pupą. Mimo że wszyscy inni świadkowie tej sytuacji dostrzegają pożądliwe spojrzenie, sama kobieta może wcale nie być go świadoma. Nie dostrzega, że jest oceniana, krytykowana, traktowana przedmiotowo, pożądana.
Nawet nasze określenia pup niekoniecznie są jasne. Zazwyczaj zamiast mówić wprost, używamy eufemizmów. Dorastając, nazywałam te dwie kule tłuszczu przyczepione do moich bioder "pupą". To dość dziecinne słowo, które mogłabyś usłyszeć z ust namolnego brata. "Butthead!" (dosł. "Pupogłowy"), "Buttface!" (dosł. "Pupotwarz!"). Brzmi to komicznie - mieć pupę w miejscu twarzy - ale obelga ta traci moc, gdy kończysz dziesięć lat. Wyraz "pupa" jest zabawny, jednak mieści się w granicach poczciwego, niewinnego, niemalże rodzinnego humoru. Gość idzie i nagle upada na pupę; rozlega się śmiech z offu. Gdyby słowo "pupa" było dźwiękiem, byłoby trąbieniem cyrkowego klaksonu, ewentualnie puszczeniem bąka.
Z wiekiem zaczęłam eksperymentować z innym rodzajem słownictwa. "Dupa" było słowem nieco bardziej dorosłym, bardziej obscenicznym - należało wszak do kategorii, którą określamy mianem "wulgaryzmów". Ale to jednak niewinne przekleństwo, najlżejsze ze słownych wykroczeń. Możesz powiedzieć "dupa" w telewizji, ale już nie "dupek". Do wyboru mamy też inne określenia omawianej części ciała. W angielszczyźnie odmiany brytyjskiej nazywają ją bum, w jidysz zaś tuchus. Co bardziej snobistyczni Anglosasi wybierają frankofońskie derri?re, a posługujący się slangiem dziennikarze tabloidów i prezenterzy talk-show - booty oraz badonkadonk. Dwa ostatnie wyrazy pochodzą z kultury hip-hopowej i odnoszą się do rasy, seksowności i frywolności. Jest też cały zbiór określeń odwołujących się do fizycznego umiejscowienia omawianej partii ciała: "tyłek", "tyłeczek", "zadek", "siedzenie".
Ale które ze słów jest tym właściwym? Tym najważniejszym? Jakie słowo jest neutralnym określeniem "tej miękkiej, mięsistej części ciała, na której siedzimy"? Mimo że znamy takie słowa jak "cycki", "balony" czy "bimbały", wiemy, że poprawny jest wyraz "biust". Męski organ płciowy możemy nazywać "kutasem" czy "fiutem", ale ostatecznie zdajemy sobie sprawę z tego, że istnieje "właściwe" słowo i że brzmi ono: "penis". Oczywistym wyborem wydają się "pośladki", nie jest to jednak zbyt często używany wyraz. Raczej nie powiemy, że po intensywnym treningu na siłowni bolą nas pośladki, nie spytamy też, czy nasze pośladki dobrze wyglądają w tych spodniach. Kiedyś zapytałam znajomego chirurga, jak lekarze nazywają tę część ciała, w nadziei, że w końcu poznam najbardziej praktyczne określenie. Odpowiedział mi, że większość proktologów - czyli osób, które chyba najczęściej rozmawiają o czterech literach - używa takich słów jak "tyłek" czy "pupa". Jeden z jego kolegów z pracy stosuje bardzo naukowe sformułowanie "bruzda międzypośladkowa" w znaczeniu "rowek", inny z kolei niezmiennie mówi o "siedzeniu". Jak widać, nawet u lekarza nie wyzbędziemy się eufemizmów. Jest też nazwa "mięsień pośladkowy wielki", ale termin ten odnosi się tylko do ścięgnistej wiązki włókien, która rozciąga się od kości miednicy do uda. Z kolei warstwa tłuszczowa ulokowana na górze to masa tłuszczowa pośladkowo-udowa. Z tym że nikt jej tak nie nazywa.
Mając na uwadze ten skomplikowany, pełen eufemizmów związek, jaki często mamy z naszymi tyłkami (właśnie to słowo uznałam za najprostsze), nasze wyobrażenia na ich temat często mówią nam więcej o oglądającym niż o oglądanym, a ich znaczenie zależy od tego, kto patrzy, kiedy patrzy i dlaczego to robi. Jak ujął to historyk Sander Gilman: "Pośladki mają ciągle zmieniającą się wartość symboliczną. Są one związane z organami reprodukcyjnymi, wydalaniem, a także z poruszaniem się. Nigdy nie reprezentują samych siebie"[1].
Ta właśnie idea - że tyłek nigdy nie reprezentuje sam siebie - czyni go osobliwym i szczególnie pociągającym przedmiotem badań. Liczne skojarzenia, jakie ludzkość ma z tą częścią ciała, sprawiają, że przesiewanie i badanie obfitości znaczeń tyłka może dostarczyć nam wiedzy o wielu innych zagadnieniach: o tym, co ludzie postrzegają jako normalne, co jako pożądane, co jako odpychające i co jako transgresyjne. Pupa jest miernikiem, a uczucia, które wobec niej żywimy, zazwyczaj są wskaźnikiem innych naszych odczuć - tych wobec rasy, płci, seksualności - które u każdego z nas są inne.
Nasz stosunek do własnego ciała w dorosłym życiu wiąże się z indywidualną historią każdego z nas. Moja wyłania się - niczym ze zdjęć przechowywanych w albumie - z mglistych wspomnień tych chwil, kiedy moje ciało było widziane przez innych ludzi. Ale moje najwcześniejsze wspomnienia dotyczące ciała pochodzą z czasów na chwilę przed okresem dojrzewania, kiedy moje mięśnie i kończyny wydawały się użyteczne i odporne, nie zaś stworzone do bycia ocenianymi. Pędziłam rowerem po osiedlu, zjeżdżałam z górki, a wilgotny letni wiaterek łaskotał mi nozdrza. Pewnego lipcowego popołudnia walnęłam głową o kierownicę i zadrapałam policzki i czoło na betonie, rozcinając wędzidełko. Krew lała się na chodnik, a potem w kuchni, gdzie siedziałam na blacie ze zwisającymi nogami, podczas gdy moja matka przykładała mi do ust lód. Następnego ranka, gdy jadłam płatki śniadaniowe ubrana w poliestrowy strój baletnicy, byłam gotowa ponownie wskoczyć na rower. Mój ojciec zrobił mi wtedy zdjęcia, uśmiecham się na nich od ucha do ucha. Nie należałam do najbardziej nieustraszonych dzieciaków, ale uznawałam swoje ciało za coś, co będzie się goiło, rosło, zabierało mnie w rozmaite miejsca. Zanim tata wywołał zdjęcia, zostało mi już tylko kilka strupków.
Kiedy miałam osiem lat, poszłam z koleżanką na basen w klubie fitness należącym do jej rodziców. Wtedy pierwszy raz znalazłam się w szatni pełnej kobiet - nagich, półnagich, ubranych. Doświadczyłam tam różnorodności ludzkiego wyglądu, a że jeszcze nie nauczyłam się kategoryzować ciał, nadawać im miana złych bądź dobrych, jedyne, co mogłam zrobić, to obserwować. "To tak mogą wyglądać piersi? - myślałam, widząc części ciała, które nie wyglądały tak, jak u mojej mamy. - Biodra mogą być wąskie? Tyłki kościste?" Kobiety w tej szatni wydawały mi się jakieś niekształtne. W ubraniu wyglądały znajomo, ale pod spodem skrywały całe spektrum dziwności, w każdym możliwym kształcie.
Gdy jako dziesięciolatka jeździłam rowerami z przyjaciółką, na tym samym podwórku, które okrążałyśmy od lat, dwóch chłopców krzyknęło na nas z zarośli. "Niezłe kuperki!" - usłyszałyśmy. Ten komentarz był okrutny, ale niósł ze sobą też coś innego - nowe i niebezpieczne uczucie, które dziś dobrze znam, uczucie szczególnego niepokoju związanego z oglądaniem i komentowaniem mojego ciała przez nieznajomego mężczyznę.
Fakt, że oni skomentowali, nieproszeni, nasze tyłki, sprawił, że poczułam się niekomfortowo i dziwnie. Tyłki nie były jedną z tych części ciała, które można było określić mianem fajnych. Wiedziałam, że są partie ciała uznawane za piękne i seksowne i doceniane, ale nie miałam pojęcia, że tyłki też do nich należą. Czułam się tak, jakby tych dwóch przyłapało nas bez majtek - jakby naprawdę zobaczyli nasze pupy w wyniku jakiegoś zabawnego i ośmieszającego zbiegu okoliczności. Gdy wróciłyśmy do domu, opowiedziałyśmy rodzicom, co się nam przydarzyło. W jakiś sposób udało im się namierzyć winowajców - dwóch nastolatków w koszulkach zespołów heavymetalowych, jeżdżących na deskorolkach. Nasi rodzice oznajmili im, że dopuścili się molestowania słownego, ale chłopcy odpowiedzieli, że krzyczeli "Niezłe rowerki!". Po raz kolejny poczułam się zawstydzona. Oczywiście, że pupy nie mogą być "niezłe". Zdecydowanie nie jest to rzecz, którą można byłoby obwieszczać głośno na całą ulicę.
W gimnazjum byłam szatnianym dziwolągiem. Nie byłam gruba - a to właśnie ten przymiotnik niósł ze sobą największą stygmatyzację w pachnących kurzem korytarzach Gimnazjum Kinawa - ale moje ciało zdecydowanie nie wyglądało jak trzeba. Coraz bardziej przypominało ono ciało mojej mamy: urósł mi tyłek, a biodra się zaokrągliły. Stojąc naprzeciw szkolnych szafek w kolorze spalonej pomarańczy, nie czułam już zachwytu różnorodnością kobiecych ciał; teraz dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, że istnieje kanon piękna i że ani moje, ani mojej mamy ciało się w niego nie wpisuje.
Mniej więcej w tym samym czasie na lekcjach WF-u podzielono nas na chłopców i dziewczynki na potrzeby zajęć z nauki pływania w cuchnącym chlorem szkolnym basenie. Dostałyśmy od szkoły, chyba w jakimś nadzwyczajnym geście niwelowania różnic klasowych, nierozciągliwe, czarne bawełniane stroje kąpielowe. Leżały poukładane rozmiarami w szarych plastikowych pojemnikach, a wszystkie stroje wydawały się opowiadać historię przemysłowych pralni i całych pokoleń trzęsących się z zimna dziewcząt. Każdy z rozmiarów miał inny kolor szwów: żółte były najmniejsze, dla dziewczyn z wciąż dziecięcymi ciałami. Najbardziej pożądanym kolorem był pomarańczowy - przeznaczony dla uczennic, które choć już dojrzałe, nie miały krągłości. Następny w kolejce był czerwony, duży, i biały, jeszcze większy. To dla tych z nas, które miały i piersi, i biodra, i uda, i brzuszki. Dla tych "zdrowych". Czarny materiał okrywający nasze ciała od pach po połowę uda rozluźniał się pod wpływem wody. Mój strój miał czerwone szwy, ale widmo zbliżającego się białego wykończenia śniło mi się po nocach. Co to będzie mówić o moim ciele, atrakcyjności, miejscu w szeregu?
W liceum stanęłam twarzą w twarz z jeszcze bardziej konkretnymi dowodami na to, że moje ciało jest w jakiś sposób złe. Mimo że nie należałam do najlepszych sportsmenek, lubiłam spędzać czas ze szkolną drużyną biegów przełajowych. Spotykaliśmy się przed zawodami, jedliśmy kleisty makaron z sosem z puszki i plotkowaliśmy o tym, co się działo w szkole. Pewnego dnia jedna z koleżanek wzięła mnie na stronę, aby wyjawić mi sekret - z rodzaju tych, których nikt nie może wygadać. Zdradziła mi, że podsłuchano, jak jedna z dziewczyn z drużyny narzekała na treningu na to, że robi się coraz grubsza i jakie to jej biodra są wielkie. Na to inna dziewczyna zaśmiała się w głos i skomentowała: "Przynajmniej nie masz tak ogromnego tyłka jak Heather".
Byłam wstrząśnięta. Wyobraziłam sobie te wszystkie posągowe, atrakcyjne blondynki z drużyny śmiejące się perliście i zjadliwie z jednej rzeczy, co do której nikt nie miał wątpliwości: tak, Heather Radke miała wielki tyłek. Uff, jak dobrze, że one nie.
Prawdę mówiąc, historia mojej relacji z ciałem nie należy do szczególnie dramatycznych, jest raczej typowa, i właśnie dlatego tak mnie interesuje. Nie doświadczyłam uporczywego nękania ani nie cierpiałam na zaburzenia odżywiania. Nie przydarzyło mi się nic traumatycznego ponad wstyd zatruwający umysł każdej siódmoklasistki, ten upiorny rytuał przejścia, którego tak wiele kobiet musiało doświadczyć, aby stać się w miarę dobrze funkcjonującymi dorosłymi. Tak jakby ocenianie ciał - i całe to zawstydzanie, upokarzanie i spadek wiary w siebie - było normalne, naturalne. Tak jakby rzeczywiście istniały ciała lepsze i gorsze.
W 2003 roku po raz pierwszy usłyszałam, że moja pupa jest sexy. Miałam wtedy dwadzieścia lat i siedziałam sobie pewnego letniego dnia w kawiarni w jednym z uniwersyteckich miast Środkowego Zachodu. Byłam ubrana w plisowaną granatową spódniczkę z poliestru i kupioną w lumpeksie żółtą koszulkę, w której pogłębiłam nożyczkami dekolt, żeby wyglądała bardziej punkowo. Włosy miałam związane; spoconej szyi łatwo czepiały się drobiny mielonej kawy. Od czasu liceum moja pupa tylko urosła. Każda para spodni zdawała się ledwo na mnie pasować: gdy w tyłku były wąskie, to w talii za luźne. Przeskakiwałam po rozmiarach, od S do M, potem L i XL. Gdy trzeba było ścisnąć się grupą na tylnym siedzeniu auta, zazwyczaj mówiłam, że mój tyłek jest za duży, żeby to mogło się udać, więc ktoś będzie musiał usiąść mi na kolanach. Pewnego dnia jeden z moich kolegów z pracy w kawiarni - typ cichego muzyka flirciarza - zapytał: "Czy wiesz, co to znaczy rubensowskie kształty?". Wiedziałam. Uczyłam się o tym na maturę, do dziś pamiętam fiszkę z tym wyrażeniem, jak i to, że trochę mnie zawstydziło. To znaczy "mieć piękne, ale większe ciało". Podejrzewałam, że mówią tak historycy sztuki, gdy opisują dzieła. "Ty, skarbie, masz rubensowskie kształty", dopowiedział romantyczny muzyk. W jego ustach brzmiało to niezręcznie, jakby nauczył się tego na pamięć niczym uczeń przed egzaminem. Mimo to byłam naprawdę poruszona. Nie naśmiewał się ze mnie. To był szczery komplement.
Ten chłopak był tylko jedną z wielu osób, które w ciągu następnych kilkunastu lat postrzegały mój kształtny tyłek nie jako mankament, lecz jako atut. Moja pupa była przedmiotem molestowania słownego i komentarzy facetów z pracy; obiektem zachwytu szepczącego słodkie słówka kochanka; tą częścią ciała, która sprawiała, że obcy ludzie oglądali się za mną na ulicy. Innymi słowy, zaczynałam zdawać sobie sprawę z tego, że mój tyłek stał się, czy raczej stawał się (kiedy nie patrzyłam), obiektem seksualnym, przedmiotem pożądania innych (niektórych innych, nie wszystkich innych).
A tymi innymi prawie zawsze okazywali się mężczyźni. Mimo że jestem queer, mimo że zdarzało mi się randkować i z mężczyznami, i z kobietami, zmiana postrzegania mojej pupy przez innych ludzi wydawała się wypływać prosto z rdzenia heteroseksualnej, mainstreamowej kultury. Tak, całkiem sporo kobiet komentowało mój tyłek, ale w większości były to kobiety hetero papugujące medialne kanony piękna. Coś w stylu tej laski z drużyny, która tak się cieszyła, że ma mniejszą pupę ode mnie. Tyle że na odwrót.
Choć próbowałam sobie wmawiać, że to, co inni ludzie (zwłaszcza mężczyźni) myślą o moim ciele, nie powinno mieć znaczenia, prawda była zupełnie inna - to miało znaczenie. Ta sama część ciała, z powodu której mnie zawstydzano, zupełnie znienacka stała się właśnie tą częścią ciała, której pożądano. Oczywiście nie chciałam być podziwiana wyłącznie za to, jakie mam ciało, jednak pragnęłam podziwu dla mojego ciała. Jak każdy człowiek, chciałam być chciana. A bycie chcianą przez ten sam typ ludzi, którzy wyśmiewali mnie w liceum, miało dodatkowy smak.
Zastanawiam się, jak to się stało, że gdy byłam w liceum, mój typ figury nie wpisywał się w kanon piękna, a dziesięć lat później wiele z tych samych osób, które wtedy go odrzucały, zaczęło mieć na jego temat zupełnie przeciwne zdanie. Jakim cudem postrzeganie czegoś takiego jak pupa mogło zmienić się tak radykalnie i tak szybko? Jakim cudem ta sama część ciała może budzić tak odmienne skojarzenia u różnych osób? Właśnie te pytania stały się impulsem do napisania tej książki.
Zanim zostałam pisarką, przez kilka lat pracowałam jako kustoszka w założonym przez Jane Addams chicagowskim muzeum Hull-House, które jest nie tylko zbiorem historycznych eksponatów, ale też przestrzenią dla twórców sztuki współczesnej oraz miejscem spotkań lokalnych aktywistów. Do moich zadań należało przygotowywanie wystaw oraz prezentowanie związanych z nimi historii i doświadczeń kulturalnych, za pomocą których wyjaśniałam większe zmiany i nurty pojawiające się na przestrzeni dziejów. Niniejsza książka oparta jest na podobnym zamyśle: będę przedstawiać wam wydarzenia z przeszłości i teraźniejszości, opowiadać konkretne historie związane ze zmianami postrzegania pup w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej na przestrzeni ostatnich dwustu lat.
Tyłki. Historia ciała od zaplecza stanowi próbę odnalezienia znaczeń otaczających tę enigmatyczną część ciała, po nitce do kłębka, i wyjaśnienia, jak owe znaczenia ewoluowały i jak rezonują w dzisiejszej rzeczywistości. Moje podejście jest głównie historyczne, jednak ma podstawy naukowe, zastanawiam się bowiem nad tym, czym, tak naprawdę, anatomicznie i fizjologicznie, jest tyłek. Choć pupy były z nami od zawsze, poszukiwania rozpoczynam od historii Sarah Baartman, znanej niegdyś jako "Hotentocka Wenus". Okrutne, wręcz upiorne traktowanie tej postaci (zarówno za życia, jak i po śmierci) stanowiło fundament naszego myślenia o pupach przez ostatnie dwa stulecia. Następnie przejdę do dwudziesto- i dwudziestopierwszowiecznych tematów, przyjrzę się historii mody, rasy, nauki, fitnessu i popkultury. Przedstawię wam osoby, które miały wpływ na to, co myślimy o pupach - ilustratorkę, która stworzyła słynny styl podlotka, modelkę, której pupa stanowi wzorzec dla niemal każdej pary spodni dostępnej na rynku, artystę eugenika, który wyrzeźbił modele "normalnych" kobiety i mężczyzny, trenera od "stalowych pośladków", osoby szyjące wkładki powiększające pupę drag queen, a także grube instruktorki fitnessu wykorzystujące aerobik jako formę buntu (i sposób na czerpanie radości z życia). Na koniec opiszę zmieniające się podejście do tyłków, które mieliśmy okazję obserwować w ciągu minionych trzech dekad. Był to czas, kiedy sporych rozmiarów pupy zaczęły być widoczne w mainstreamie, a biały ideał piękna i przywłaszczanie wizerunku i kultury afroamerykańskiej wzniosły się na wyżyny popularności.
W tej książce nie zdołam jednak wyjaśnić wszystkiego. Nie odpowiem na pytanie: Jaka historia i znaczenie kryją się za każdą parą pośladków? Skupiam się na historii i symbolice związanej z kobiecymi pośladkami z prostej przyczyny - jestem kobietą, a niniejszą książkę zaczęłam pisać z chęci zgłębienia tego, jak kobiecość jest konstruowana, dekonstruowana i wzmacniana na przestrzeni lat.
Moje poszukiwania dotyczą też pupy per se - tych dwóch odstających kul mięśni i tłuszczu umiejscowionych między udami a dolną częścią pleców. Nie będę poświęcać czasu tematowi odbytu i odbytnicy, na rynku bowiem znajdziemy kilka znakomitych książek dotyczących tych części ciała, ich funkcji i socjologicznych kontekstów z nimi związanych. Zdaję sobie sprawę z tego, że w społeczeństwie często łączymy pupę i odbyt, jednak kobiece pośladki mają własną symbolikę, niekoniecznie bezpośrednio związaną z rozmaitymi funkcjami (seksualnymi bądź innymi) odbytu.
Moje zainteresowanie tyłkami dotyczy w przeważającej mierze głównonurtowej, hegemonicznej kultury Zachodu - kultury osób posiadających władzę polityczną i gospodarczą, osób zarządzających mediami, tworzących oraz promujących kulturowe trendy i standardy.
Oznacza to, że często analizuję, jak ludzie biali, heteroseksualni i mężczyźni tworzyli standardy, preferencje i ideologie wokół pośladków kobiet wszystkich ras, a także sposoby myślenia o kobietach będące rezultatem tych procesów. Jasne, są to kategorie ogólne, co może sugerować binarność tam, gdzie jej nie ma - doświadczenie "życia w ciele" zawsze bowiem niesie ze sobą wiele krzyżujących się tożsamości - historia pokazuje jednak, że ludźmi będącymi u władzy i kształtującymi nasze myślenie o pupach okazywali się zazwyczaj heteroseksualni i/lub biali mężczyźni.
Dlaczego skupiam się na mainstreamowych koncepcjach dotyczących kobiecych pup? Ponieważ chciałabym zrozumieć i w prosty sposób wyjaśnić, skąd wzięły się nasze skrywane uprzedzenia i stojące za nimi idee. Ze względu na władzę, którą przez lata mieli w nauce, polityce, mediach i kulturze, osoby białe, osoby hetero oraz mężczyźni zawsze posiadali nadmierny wpływ na rzeczywistość i sprawowali kontrolę nad tym, jakie znaczenia przypisywane są ciałom. To oni ustalali, co jest normalne, a co odmieńcze, co jest "mainstreamowe", a co marginalne. Mam nadzieję, że przyglądając się temu, jak ludzie będący u władzy tworzyli te znaczenia, będę mogła uwidocznić to, co często zdaje się niewidoczne: głębokie korzenie rozmaitych, wielokrotnie sprzecznych ze sobą, sposobów myślenia o kobiecych pośladkach. Chciałam zrozumieć, dlaczego pupy znaczą tak wiele, choć przecież mogłyby nie znaczyć zupełnie nic.
Jednym z motywów, które przewijały się przez cały czas, gdy zbierałam materiały do książki, była rasa. Rozmowy na temat tyłków prawie zawsze okazują się rozmowami o rasie, w szczególności o białości i czarności. Już od najwcześniejszych lat kolonializmu europejscy odkrywcy i naukowcy stosowali pseudonaukowe teorie dotyczące wielkich pup czarnych kobiet celem konstruowania i egzekwowania hierarchii ras i rasistowskich stereotypów (zwłaszcza stereotypu rozseksualizowanych czarnych kobiet). Tego typu myślenie upowszechniło się w XIX wieku, tuż po śmierci Sarah Baartman. Zarówno czarna, jak i biała kobiecość stanowią idee kształtowane przez stereotypy ciała i pupy, stworzone przez osiemnasto- i dziewiętnastowiecznych naukowców, stereotypy, które dotykają nie tylko czarne i białe kobiety, ale również przedstawicielki wszystkich pozostałych ras. To właśnie dlatego niniejsza książka stanowi w szczególnym wymiarze eksplorację białości i czarności.
Jasne jest, że cała wiedza, którą mam na temat pupy i tego, co ta część ciała oznaczała w społecznościach ludzi niebiałych, w obcych dla mnie krajach czy w dawnych czasach, jest zapośredniczona, zdobyta dzięki pracy badawczej i reporterskiej i jako taka nie stanowi doświadczenia z pierwszej ręki. Moje doświadczenie życia w ciele jest czymś indywidualnym, a wstyd związany z wielkością mojej pupy wynikał z konkretnego kontekstu czasów, w których dorastałam. To nie jest doświadczenie uniwersalne. Wiele osób, z którymi rozmawiałam podczas pracy nad książką, kocha swoje pupy czy też dorastało w kulturach zupełnie inaczej podchodzących do tej części ciała. Bardzo zależało mi na przywołaniu głosów zupełnie innych niż mój, a przeprowadzanie rozmów z kobietami i osobami niebinarnymi pochodzącymi z różnych środowisk uważam za kluczowy element badań. Jednak koniec końców to moja książka. Jest zapisem kwestii, które to mnie najbardziej zainteresowały w związku z tyłkami: kwestii płci, rasy, kontroli, sprawności, mody i nauki. Nie stanowi ona encyklopedii pup ani nawet nie próbuje być wyczerpująca. Nie jest także ostatnim słowem, które może paść na ten temat, wszak istnieje mnóstwo nieopisanych tu, a fascynujących obszarów do zbadania związanych z tyłkami. Mam nadzieję, że pokazując zarówno konteksty historyczne, jak i moje odczucia i doświadczenia, kobiety szczerze zmagającej się z własnym ciałem, pomogę wam dostrzec to, czego nie nazywamy, a co pozostając nienazwane, ma na nas olbrzymi wpływ. W tym sensie niniejsza książka jest projektem politycznym; jednym ze sposobów na wyciągnięcie na światło dzienne i zbadanie pozostających w ukryciu mechanizmów władzy.
"Nie uważam, żeby moja pupa była seksowna. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest spora - mówi biała kobieta po trzydziestce[2]. - To przerażające, że jest w moim życiu ktoś, kto bardzo dobrze wie, jak ona wygląda. Jednak dość dużo obcych facetów dawało do zrozumienia, że mój tyłek jest sexy. Już jako młoda dziewczyna wiedziałam, że są mężczyźni, którym podobają się moje kształty. Mężczyźni z różnych grup społecznych poza jedną. Poza chudymi, białymi facetami".
"Gdybym była biała, pewnie uważałabym swój tyłek za zjawiskowy - zwierza mi się pięćdziesięcioparoletnia czarna kobieta. - To jedna z rzeczy, które sprawiają, że nie czuję się autentycznie czarna. Ludzie spinają się, gdy słyszą te słowa. Myślą, że przesadzam z samokrytyką. A mi chodzi tylko o to, że od dzieciaka wtłaczano mi do głowy, że nie jestem wystarczająco czarna".
Z kolei inna biała kobieta po trzydziestce opisuje swoje wyobrażenie idealnego ciała jako "kobiece, ale tak androgyniczne, jak to tylko możliwe, małe piersi, zero bioder. Typowa androgyniczna lesba. Jenny Shimizu". Jednak ją samą pociągają kobiety o wydatnych pośladkach. "Moja pierwsza dziewczyna miała wielki tyłek, do dziś go wspominam. Fajnie wygląda, jest miły w dotyku. Przeciwieństwo mojego ciała". Ostatnio rozmyślała o tym, czy ten wyidealizowany obraz jest dla niej problemem. "Zastanawiam się, ile z tego mojego ideału ma związek ze zinternalizowaną mizoginią. Dlaczego myślimy, że kobiece ciało nie może być domem dla elokwencji i sarkazmu? Dlaczego tak kurczowo trzymam się tego seksistowskiego myślenia?"
Amerykanka chińskiego pochodzenia opisuje swój tyłek jako "niezłą wypukłość" w jej "desce". Dodaje: "Ciągle mnie zaskakuje, że mój tyłek budzi skojarzenia seksualne. Obawiam się, że mój seksapil może wynikać z tego dziewczęcego ciała. Zastanawiam się, czy to nie jest czasami jakiś rodzaj pedofilii, coś w stylu seksualizacji uczennicy w mundurku szkolnym". Nigdy nie rozmawiała na ten temat z partnerem, ale zawsze ma tę myśl z tyłu głowy.
Przez cały okres moich badań zaskakiwało mnie, jak jedna część ludzkiego ciała może kryć w sobie tyle różnych znaczeń. A mimo to kilka kobiet opowiedziało mi podobne historie o tym, jak zaczęły rozumieć swoje ciała. Ważną rolę często odgrywały matki i babki: jedne kazały córkom i wnuczkom się zakrywać, inne zachęcały je do afirmacji swoich krągłości. Słowne molestowanie na ulicach czy szkolne wyzwiska pokazywały dziewczynom ich miejsce w szeregu. Praktycznie każda z kobiet, z którymi rozmawiałam, niezależnie od kształtu i rozmiaru pupy, opowiedziała swoją wersję tej samej historii. Historii o szkolnej szatni i o dołującym poczuciu, że nigdy nie znajdzie się pasującej pary spodni.
Pupy sprawiają, że odwracamy wzrok, chichoczemy w zawstydzeniu, przewracamy oczami. Zaczynając pracę nad niniejszą książką, rozważałam, co by się stało, gdybym zamiast poświęcać tyle uwagi samemu tyłkowi, przekierowała ją na historię tej części ciała. Gdybym zaczęła zadawać ekspertom i ekspertkom - naukowczyniom, drag queen, instruktorkom tańca, historyczkom, archiwistkom - poważne pytania o to, czym pupy są i jakie mają znaczenie. Robiąc to, odkryłam opowieści o tragedii, złości, opresji, pożądaniu i radości. Dowiedziałam się też, że nasze ciała noszą w sobie historie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki