Tygrys, mysz i poziomka. 60 opowieści zen - Yuki Zenda

-
Proszę czekać

Prolog

Nasz świat pędzi w zawrot­nym tem­pie. Żyjemy auto­ma­tycz­nie, siłą roz­pędu, pochło­nięci stre­sem i zmar­twie­niami. Z całego serca pra­gnę, by niniej­sza ksią­żeczka stała się dla cie­bie oazą spo­koju. Masz przed sobą zbiór kla­sycz­nych opo­wie­ści zen, które od stu­leci prze­ka­zy­wane są z poko­le­nia na poko­le­nie. Nie­zmie­rzona, ponad­cza­sowa mądrość zawarta w tych krót­kich histo­riach pozwo­liła mi zacho­wać rów­no­wagę w burz­li­wych cza­sach. Mam nadzieję, że tobie rów­nież pomogą one żyć bar­dziej świa­do­mie i staną się prze­wod­ni­kiem na dro­dze ku wewnętrz­nemu spo­ko­jowi i szczę­ściu.

Opo­wia­da­nia zen, czę­sto enig­ma­tyczne, zaska­ku­jące i wie­lo­znaczne, są czymś znacz­nie wię­cej niż pro­stymi "opo­wiast­kami". Zachę­cam, byś trak­to­wał je raczej jak potężne narzę­dzia auto­re­flek­sji i samo­po­zna­nia.

Na początku swo­jej drogi przez liczącą tysiące lat mądrość zen odkry­jesz, że nie zawsze będziesz w sta­nie od razu roz­szy­fro­wać zna­cze­nie każ­dej z histo­rii. W wielu przy­pad­kach można inter­pre­to­wać je na roz­ma­ite spo­soby i wycią­gać z nich liczne wnio­ski - podob­nie jak z samego życia. Dzieje się tak dla­tego, że opo­wie­ści zen skła­niają nas do zaj­rze­nia w głąb sie­bie, przy­ję­cia odmien­nego punktu widze­nia i uak­tyw­nie­nia intu­icji. W związku z tym gorąco cię nama­wiam, byś po prze­czy­ta­niu każ­dej histo­rii naj­pierw poświę­cił chwilę na reflek­sję, bez żad­nych wstęp­nych zało­żeń i suge­stii. Pozwól swoim myślom swo­bod­nie pły­nąć i odkry­waj wła­sne odpo­wie­dzi i sensy.

W bud­dy­zmie i filo­zo­fii zen postać mistrza i jego przy­ka­za­nia mają być prze­wod­ni­kami w prak­tyce, nie zaś źró­dłem narzu­co­nych zasad. Nie zmie­nia to faktu, że nauczy­ciel i dawane przez niego lek­cje mają fun­da­men­talne zna­cze­nie, ale jed­no­cze­śnie powinny być prze­pusz­czane przez filtr oso­bi­stych docie­kań. Z tego względu - by zain­spi­ro­wać cię pod­czas sta­wia­nia pierw­szych kro­ków na tej ścieżce i przy­bli­żyć ci fun­da­men­talne prawdy zen - więk­szość histo­rii opa­trzy­łem prze­sła­niami, jakie zgod­nie z pod­sta­wo­wymi zało­że­niami filo­zo­fii zen mogą z nich pły­nąć. Jeśli masz ochotę, możesz je póź­niej prze­czy­tać. Są one opcjo­nalne i w żad­nym wypadku nie sta­no­wią jedy­nej moż­li­wej inter­pre­ta­cji - to raczej wska­zówki, które mają pomóc ci odna­leźć wła­sną drogę do zro­zu­mie­nia.

Niech mądrość zawarta w tych histo­riach posłuży ci jako źró­dło inspi­ra­cji i pogody ducha w naszym nie­spo­koj­nym świe­cie. Niech ta książka będzie latar­nią pro­wa­dzącą cię pod­czas podróży ku samo­po­zna­niu i życiu peł­nemu szczę­ścia, har­mo­nii i rów­no­wagi.

Twój

Yuki Zenda

1. Szczęście czy pech?

1

Szczę­ście czy pech?

Stary rol­nik codzien­nie zaprzę­gał swo­jego konia do pracy w polu, czym zapew­niał sobie obfite plony. Pew­nego dnia jed­nak koń uciekł.

Dowie­dziaw­szy się o tym, wszy­scy oko­liczni chłopi lito­wali się nad star­cem.

- To okropne, co za strasz­liwy pech!

- Pech albo szczę­ście, któż to wie? - odpo­wie­dział rol­nik.

Jego słowa nieco zbiły ich z tropu, ale nie przy­wią­zy­wali do nich wiel­kiej wagi.

Któ­re­goś popo­łu­dnia, parę tygo­dni póź­niej, obra­bia­jący pole rol­nik pod­niósł wzrok i na hory­zon­cie dostrzegł swo­jego konia. Zwie­rzę bie­gło ku niemu, nie wra­cało jed­nak samo - towa­rzy­szyło mu kilka innych. Teraz rol­nik miał do dys­po­zy­cji tuzin koni, które mogły poma­gać mu w gospo­dar­stwie.

- Ten to ma szczę­ście! - cie­szyli się chłopi, któ­rzy pode­szli, by mu pogra­tu­lo­wać.

- Szczę­ście albo pech, któż to wie? - odrzekł męż­czy­zna.

Minęło kilka kolej­nych tygo­dni. Rol­nika odwie­dził syn, który posta­no­wił na parę mie­sięcy zamiesz­kać z ojcem i odcią­żyć go w pra­cach przy obej­ściu. Kiedy jed­nak pró­bo­wał okieł­zać jed­nego z koni, spadł z jego grzbietu i zła­mał nogę.

- Potwor­ność! Co za pech! - współ­czuli chłopi, któ­rzy przy­szli zapy­tać o zdro­wie syna.

- Pech albo szczę­ście, któż to wie? - powtó­rzył rol­nik.

Mie­siąc póź­niej syn rol­nika wciąż docho­dził do sie­bie - nie mógł cho­dzić ani pra­co­wać fizycz­nie z ojcem w polu. Wów­czas do wio­ski wkro­czył regi­ment woj­ska, a wszy­scy zdolni do służby mło­dzieńcy mieli się do niego przy­łą­czyć. Kiedy woj­skowi zapu­kali do domu rol­nika i zoba­czyli, że jego syn ze zła­maną nogą spo­czywa na łóżku, po pro­stu ruszyli dalej. Oczy­wi­ście na tę wieść wszy­scy chłopi udali się do męż­czy­zny, by mu powin­szo­wać.

- Nie­sa­mo­wite! Ale szczę­ście cię spo­tkało!

- Szczę­ście albo pech, któż to wie? - odrzekł spo­koj­nie rol­nik.

Możliwe odczytania

Spokój

Rol­nik ze spo­ko­jem przyj­muje wszystko, co przy­nosi mu los. Akcep­tuje zarówno pozorne nie­szczę­ścia, jak i pozor­nie szczę­śliwe trafy, bo wie, że życie składa się zarówno z jed­nych, jak i z dru­gich.

Szczęście i nieszczęście są względne

Histo­ria ta poka­zuje nam, że postrze­ga­nie szczę­ścia i nieszczę­ścia jest zwy­kle cał­ko­wi­cie subiek­tywne. To, co na początku wydaje się dra­ma­tem, póź­niej może zmie­nić się w coś dobrego i vice versa - kiedy zamy­kają się przed nami drzwi, ktoś otwiera okno. Roz­róż­nie­nie mię­dzy szczę­ściem a nieszczę­ściem może nie być tak oczy­wi­ste, jak to się na pierw­szy rzut oka wydaje: cza­sem zależy nie tyle od rze­czy­wi­stych wyda­rzeń, ile od tego, jak na nie zare­agu­jemy, jaki przyj­miemy punkt widze­nia.

Momenty szczę­ścia i pocie­chy da się odna­leźć nawet w sytu­acji z pozoru bar­dzo nega­tyw­nej, i na odwrót - nie­które osoby czują się skraj­nie nie­szczę­śliwe, choć można by sądzić, że mają wszel­kie powody do rado­ści.

Akceptacja nieprzewidywalności życia

Rol­nik godzi się z nie­prze­wi­dy­wal­no­ścią życia i pozwala sobie pły­nąć z jego nur­tem. Wyda­rze­nia nie­rzadko roz­wi­jają się w spo­sób tak zaska­ku­jący, że pełne zro­zu­mie­nie ich kon­se­kwen­cji jest nie­moż­liwe, więc nawet się nad nimi nie zasta­na­wia - po pro­stu przyj­muje rze­czy takimi, jakimi są.

2. Dwa słowa

2

Dwa słowa

Przed wie­kami ist­niał klasz­tor o bar­dzo suro­wej regule. W obrę­bie jego sza­cow­nych murów obo­wią­zy­wały ści­słe śluby mil­cze­nia - jedy­nie raz na dzie­sięć lat mni­chom udzie­lano pozwo­le­nia na wypo­wie­dze­nie dwóch słów.

Po dzie­się­ciu latach odda­nej służby pewien mnich zbli­żył się do mistrza.

- Wła­śnie minęła dekada - przy­znał mistrz. - Jakie dwa słowa wypo­wiesz?

- Twarde łóżko - odparł mnich z kon­tem­pla­cyjną lako­nicz­no­ścią.

- Rozu­miem - zgo­dził się mistrz.

Minęło kolejne dzie­sięć lat i mnich znów zwró­cił się do mistrza.

- Jakie dwa słowa chciał­byś prze­ka­zać tym razem?

- Okropne jedze­nie.

- Bar­dzo dobrze - przy­tak­nął mistrz.

Upły­nęła kolejna dekada. Mnich kolejny raz sta­nął przed mistrzem.

- Powiedz mi: jakie dwa słowa zwień­czą to dzie­się­cio­le­cie?

- Odcho­dzę stąd - oświad­czył mnich.

- To oczy­wi­ste - oznaj­mił mistrz ze spo­ko­jem. - Nic tylko narze­ka­łeś, nic więc dziw­nego, że zno­sze­nie takiego życia prze­ra­stało twoje moż­li­wo­ści.

Możliwe odczytania

Komunikacja i potęga języka

Histo­ria ta pod­kre­śla siłę języka. Ogra­ni­cze­nie moż­li­wo­ści wypo­wie­dzi do zale­d­wie dwóch wyra­zów co dzie­sięć lat rodzi bar­dzo głę­bo­kie pyta­nia o zna­cze­nie słów w prze­ka­zy­wa­niu naszych myśli oraz o to, jak ich wybór kształ­tuje komu­ni­ko­wany przez nas prze­kaz - zarówno wobec innych, jak i w sto­sunku do samych sie­bie - a także nasze spoj­rze­nie na rze­czy­wi­stość.

Cierpienie i perspektywa

Choć mnich wie, że może wymó­wić jedy­nie dwa słowa na dekadę, za każ­dym razem decy­duje się za ich pomocą zako­mu­ni­ko­wać złe samo­po­czu­cie lub roz­cza­ro­wa­nie. Czę­sto zacho­wu­jemy się jak boha­ter tej histo­rii: sku­piamy się wyłącz­nie na tym, co złe, przez co osta­tecz­nie wpa­damy w błędne koło jało­wych narze­kań i cią­głego pesy­mi­zmu.

To wpływa na nas samych i oddzia­łuje nega­tyw­nie na chwile, które spę­dzamy z innymi. Czy uwzględ­nie­nie rów­nież pozy­tyw­nych stron sytu­acji nie przy­nio­słoby nam wię­cej korzy­ści? Albo czy przy­naj­mniej nie mogli­by­śmy wyko­rzy­stać danej nam oka­zji, by wnieść nową jakość, poszu­kać alter­na­tyw i coś zmie­nić?

Nie­zwy­kle ważne jest, by dać sobie czas na prze­ży­cie i zaak­cep­to­wa­nie nega­tyw­nych emo­cji. Rów­nie istotne jest jed­nak życie w spo­sób świa­domy. Warto zasta­no­wić się, czy cza­sem nie wpa­dli­śmy w nie­pro­wa­dzącą do niczego spi­ralę nega­tyw­no­ści i nie dzia­łamy auto­ma­tycz­nie. Tylko tak możemy "wci­snąć hamu­lec" i spró­bo­wać zerwać z tymi sche­ma­tami, celowo zastę­pu­jąc nie­ustanne narze­ka­nia kon­struk­tyw­nymi, war­to­ścio­wymi myślami.

3. Kamieniarz

3

Kamie­niarz

W daw­nych cza­sach żył sobie czło­wiek, który pra­co­wał w kamie­nio­ło­mie na odlu­dziu. Każ­dego ranka wspi­nał się na górę, by wyci­nać z niej bloki kamie­nia. Męż­czy­zna ten był szczę­śliwy, zawsze pod­czas pracy wesoło sobie pod­śpie­wy­wał. Choć był biedny, nie doty­kały go żadne zmar­twie­nia, a ponie­waż nie znał innego życia, nie potra­fił wyobra­zić sobie lep­szego losu.

Któ­re­goś dnia zle­cono mu wyko­na­nie posągu dla pew­nego zamoż­nego kupca. Kiedy prze­cho­dził przed drzwiami domu swo­jego klienta, zanie­mó­wił z wra­że­nia. Wów­czas po raz pierw­szy zapra­gnął innego życia. Pomy­ślał: "Och, gdy­bym i ja był taki bogaty! Nie musiał­bym codzien­nie wycho­dzić w góry i roz­łu­py­wać skał, zdany na łaskę pory­wi­stego wia­tru i bez­li­to­snej pogody".

Gdy tylko myśl ta prze­brzmiała w jego gło­wie, usły­szał głos, który mówił:

- Twoje życze­nie jest dla mnie roz­ka­zem! Od teraz twoje marze­nia staną się rze­czy­wi­sto­ścią.

Męż­czy­zna wzdry­gnął się z zasko­cze­nia, ale zbyt­nio się tym nie prze­jął i o zmierz­chu, po skoń­czo­nej pracy, jak zwy­kle szy­ko­wał się do powrotu do domu. Gdy dotarł na miej­sce, zdu­miał się, widząc w miej­scu swo­jej skrom­nej chaty wspa­niałą, olbrzy­mią posia­dłość. Od tej pory nie musiał już wra­cać w góry - wiódł życie boga­tego czło­wieka.

Po kilku tygo­dniach nad­szedł nie­zno­śnie gorący letni dzień. Upał i wil­goć były tak doj­mu­jące, że męż­czy­zna aż jęk­nął w duchu. Wtedy wła­śnie, wyglą­da­jąc przez okno swo­jej oka­za­łej rezy­den­cji, zoba­czył prze­jeż­dża­jący orszak kró­lew­ski.

Król podró­żo­wał w lek­tyce nie­sio­nej przez rze­szę słu­żą­cych, a przed nim i za nim szedł tłum towa­rzy­szą­cych mu kup­ców i żoł­nie­rzy.

Męż­czy­zna obser­wo­wał pochód w mil­cze­niu peł­nym zachwytu. Pomy­ślał sobie: "Och, gdy­bym i ja był kró­lem, i mógł sie­dzieć sobie na świe­żym powie­trzu".

Jego życze­nie speł­niło się natych­miast - w jed­nej chwili stał się kró­lem i zna­lazł się w lek­tyce. Nie było tam jed­nak wcale ani tak spo­koj­nie, ani tak rześko, jak sobie wyobra­żał.

Ziry­to­wany wyj­rzał na zewnątrz i spoj­rzał na słońce, które z wyso­kiego nieba opro­mie­niało wszystko bez­li­to­snym bla­skiem - jego moc prze­ni­kała nawet ota­cza­jące go ściany. Wów­czas pomy­ślał: "Och, gdy­bym i ja był...".

Nie zdą­żył nawet dokoń­czyć myśli, a już sam był słoń­cem. Z całych sił ema­no­wał świa­tłem i cie­płem, prze­ni­ka­jąc cały wszech­świat. Potęga i siła, jakie posia­dał, spra­wiały mu przy­jem­ność.

Poczu­ciem tym cie­szył się jed­nak zale­d­wie kilka dni. Gdy nad­szedł desz­czowy pora­nek, nie był w sta­nie prze­bić swo­imi pro­mie­niami gru­bej war­stwy chmur. Sfru­stro­wany, pomy­ślał: "Och, gdy­bym i ja był tak potężny jak chmury! Nawet słońce nie potrafi ich prze­nik­nąć".

Jego życze­nie się speł­niło i męż­czy­zna zmie­nił się w chmurę. Podo­bało mu się, że umie przy­sło­nić słońce, i śmiał się w duchu sam do sie­bie. Nie­mniej jed­nak z cza­sem stał się desz­czem, spadł na zie­mię i roz­bił się o skałę. Ta pozo­stała twarda i nie­wzru­szona - chcąc nie chcąc, deszcz musiał obmyć ją tylko z zewnątrz. To go zde­ner­wo­wało. Pomy­ślał: "Zwy­kły kamień? Potęż­niej­szy niż ja? W takim razie ja będę kamie­niem!".

W ten spo­sób prze­kształ­cił się w maje­sta­tyczną skałę, tkwiącą nie­wzru­sze­nie w zbo­czu góry. Nie zdą­żył nawet roz­sma­ko­wać się w swoim nowym życiu, kiedy poczuł u stóp oso­bliwe ude­rze­nia. Spoj­rzał w dół i ku swo­jemu znie­sma­cze­niu odkrył, że jakiś maleńki czło­wie­czek z mozo­łem roz­łu­puje go kawa­łek po kawałku. Zoba­czył kamie­nia­rza.

Wstrzą­śnięty, pomy­ślał: "Jak to moż­liwe? Tak nie­wiel­kie stwo­rze­nie potęż­niej­sze od skały? Och, gdy­bym i ja był takim czło­wiecz­kiem!".

I tak też się stało - na nowo został kamie­nia­rzem. Każ­dego ranka wspi­nał się na górę, by wyci­nać z niej bloki kamie­nia. Praca była wyczer­pu­jąca, ale wyko­ny­wał ją z rado­ścią, a jego serce prze­peł­niało zado­wo­le­nie, w końcu bowiem czer­pał satys­fak­cję z tego, kim był.

Możliwe odczytania

Poszukiwanie szczęścia w bogactwie i władzy

Histo­ria ta poka­zuje, jak czę­sto w momen­cie, gdy zaczy­namy porów­ny­wać się z innymi i marzyć o życiu, które z zewnątrz wydaje nam się lep­sze - bogat­sze, bar­dziej satys­fak­cjo­nu­jące i dające wię­cej wła­dzy - prze­sta­jemy czuć się szczę­śliwi. Zwy­kli­śmy łączyć szczę­ście z mate­rial­nym dostat­kiem i poczu­ciem kon­troli, choć tak naprawdę jedyna pro­wa­dząca do niego droga znaj­duje się w naszym wnę­trzu.

Ulotność dóbr materialnych, władzy i powodzenia

Choć kamie­niarz staje się bogaty i potężny, nie przy­nosi mu to upra­gnio­nego szczę­ścia, na które tak liczył. Koniec koń­ców dobra mate­rialne oka­zują się nie­trwałe, a rze­czy­wi­ste i nie­prze­mi­ja­jące speł­nie­nie można osią­gnąć dopiero wów­czas, gdy zdamy sobie sprawę, że szczę­ście nie leży gdzieś poza nami - że zależy nie od stanu posia­da­nia i oko­licz­no­ści, lecz od nas samych oraz tego, jak prze­ży­wamy wła­sne doświad­cze­nia.

Praw­dziwą peł­nię odnaj­du­jemy dopiero, gdy z otwar­tymi ramio­nami przyj­mu­jemy to, co daje nam życie, i doce­niamy chwilę obecną oraz wagę drob­nych rze­czy.

4. Debata

4

Debata

Zwy­czaj panu­jący w sta­ro­żyt­nych Chi­nach naka­zy­wał, by wędrowcy szu­ka­jący schro­nie­nia w klasz­to­rach i świą­ty­niach wzięli udział w deba­cie doty­czą­cej Dharmy. Jeśli udało im się ją wygrać, zyski­wali dach nad głową na jedną czy dwie noce.

W skrom­nej świą­tyni zarzą­dza­nej przez dwóch braci hoł­do­wano tej tra­dy­cji. Star­szy brat, inte­li­gentny i elo­kwentny, był tym, który uczest­ni­czył w deba­tach. Młod­szy, który miał tylko jedno oko i był czło­wie­kiem prost­szego uspo­so­bie­nia, nie zaj­mo­wał się tego typu kwe­stiami i w trak­cie dys­ku­sji trzy­mał się na ubo­czu.

Pew­nego dnia, gdy star­szego brata aku­rat nie było, w sank­tu­arium poja­wił się przy­bysz poszu­ku­jący noc­legu. Zgod­nie ze zwy­cza­jem musiał zaini­cjo­wać spór z czu­wa­ją­cym nad miej­scem młod­szym bra­tem. Po jakimś cza­sie wra­ca­jący do świą­tyni star­szy brat natknął się na wycho­dzą­cego z niej podróż­nika. Zain­try­go­wany, zapy­tał, czy może mu w czymś pomóc.

Nie­zna­jomy odparł, że choć pra­gnął zano­co­wać w tutej­szych murach, prze­grał dys­putę i nie pozo­stało mu nic, tylko odejść. Skon­ster­no­wany star­szy mnich popro­sił, by podróżny opo­wie­dział coś wię­cej.

- Wycią­gną­łem palec, który miał sym­bo­li­zo­wać Buddę, na co on odpo­wie­dział dwoma pal­cami, by zobra­zo­wać "Buddę i Dharmę" - wyja­śnił wędro­wiec. - Wtedy poka­za­łem mu trzy palce ozna­cza­jące "Buddę, Dharmę i San­ghę", ale wów­czas on wycią­gnął do mnie pięść, dając do zro­zu­mie­nia, że Budda, Dharma i San­gha są w rze­czy­wi­sto­ści jed­nym i tym samym. Musia­łem uznać się za poko­na­nego.

Zafra­po­wany tą rela­cją mnich wszedł do świą­tyni, gdzie jego młod­szy brat prze­cha­dzał się w tę i z powro­tem, wyraź­nie roz­draż­niony. Czu­jąc, że coś poszło nie tak, star­szy brat zapy­tał:

- Co cię tak wzbu­rzyło?

- Zja­wił się tu jeden wędro­wiec i nie oka­zał mi za grosz sza­cunku. Poka­zał mi jeden palec, naśmie­wa­jąc się z mojego jed­nego oka. Chcia­łem być uprzejmy, bo był cudzo­ziem­cem, wznio­słem więc dwa palce, żeby pod­kre­ślić, że jemu dopi­sało szczę­ście i może cie­szyć się dwoj­giem oczu. Ten nik­czem­nik posu­nął się jed­nak jesz­cze dalej: wycią­gnął trzy palce, by zasu­ge­ro­wać, że razem mamy troje oczu. - Obli­cze młod­szego brata stę­żało. - Byłem tak roz­gnie­wany, że zaci­sną­łem pięść, by go ude­rzyć, ale znik­nął tak szybko, że nie zdą­ży­łem.

Możliwe odczytania

Złożona natura komunikacji

Nasz spo­sób kre­owa­nia wła­snej wizji świata jest głę­boko oso­bi­sty i subiek­tywny. Każda osoba ina­czej odczy­tuje różne sytu­acje, szu­ka­jąc w nich sensu, który współ­grałby z jej per­spek­tywą.

Ma to odzwier­cie­dle­nie w zło­żo­no­ści ludz­kiej komu­ni­ka­cji. Pro­sty znak, słowo czy dzia­ła­nie mogą zostać róż­nie zin­ter­pre­to­wane, w zależ­no­ści od punktu widze­nia, oso­bi­stych prze­żyć czy szer­szego kon­tek­stu.

Tak jak młod­szemu bratu z powyż­szej histo­rii, który w gestach wędrowca dostrze­gał oznaki braku sza­cunku, nam rów­nież zda­rza się przej­mo­wać lub gnie­wać, gdy jeste­śmy prze­ko­nani, że ktoś powie­dział lub zro­bił coś z okre­śloną inten­cją. Nie­mniej jed­nak naj­czę­ściej po pro­stu nakła­damy na wyda­rze­nia nasz subiek­tywny filtr, zło­żony z wcze­śniej­szych doświad­czeń, lęków i ocze­ki­wań.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki