Rozdział I
- Natasza, Natasza! - Dawaj skoriej!
Tęgi, piękny głos wolał rozpaczliwie w centrali telefonicznej.
Telefonistka, silna i zdrowa dziewczyna z ciężko podkrążonymi, zmęczonymi
oczami, wzywała Nataszę, naciskając kolejno guziki kontaktów, bez skutku.
Przechodzący obok martwej, szklanej wyspy biednie ubrani mężczyźni nie
zwracali uwagi na telefonistkę i szli dalej w głąb gmachu, tupiąc
wojskowymi butami po kamiennej posadzce.
- Natasza! Natasza! No, jesteś nareszcie! Idź prędko pod trzynasty! Wzywają
cię. Doktor gniewa się bardzo, że cię jeszcze nie ma.
Miękki, aksamitny, czuły głos odpowiadał płynnie telefonistce. Słychać
było, jak przedziera się sennie przez szklane ściany, usprawiedliwiając
się, ciepły i niewinny.
- Już idę. Idę! Cóż to? Nowa partia?
- Tak, tak - szybko krzyczała dziewczyna z centrali. - Nie wiem zresztą.
Idź już, idź!
Obok znowu szli inni, biednie ubrani ludzie i stukali ciężko butami,
znikając jak ich poprzednicy w ciemnych korytarzach. Telefonistka odłożyła
słuchawkę. Oparła się o parapet i ukryła twarz w dłoniach. Niedługo jednak
siedziała nieruchomo. Zadzwoniły znów brzęczki i na tablicy rozdzielczej
pryskały, świecąc chwilę, zielone, czerwone, żółte i fioletowe sygnały.
Łączyła kontakty, chwytała za słuchawkę i głos jej dudnił głucho w szklanym
dzwonie budy.
- Łączę z siedemnastym, doktor Nikitin. Proszę mówić! - Trzynastka mówi. -
Ewidencja? Dwunasty przy telefonie.
Sygnały paliły się nerwowo, to znów gasły spazmatycznie. Z tablicy
wyskakiwały wciąż światła. Wciskała zwięźle wtyczki, rozłączała linie, a
oczy podkrążały się jej po każdej takiej dłuższej fali alarmów coraz
bardziej. Wyglądały jak ciemne, metalicznie lśniące koła. Na zgrabnym nosie
pojawiły się kropelki potu.
- Z kim połączyć? Kto mówi? - Dziesiąty posterunek NKWD? Już łączę. - Z
doktorem Nikitinem? Zajęty. Zajęty, mówię.
Sprawne ręce znowu wciskały wtyczki, gasiły sygnały, uciszały brzęczki.
Poza zimne szkło centrala wyrzucała swą drażniącą, monotonną muzykę. Kabina
z aparaturą wmurowana była nisko w róg budynku stojącego w ciemnej, gęstej
nocy, poza którą nie było obecnie nic, ani gwiazd, ani życia. Tylko
ciemność, ponura czerń malarska, a w niej, w szklanej wnęce, ta dziewczyna
siedząca na wysokim stołku.
Czyjeś buty zadudniły znowu. Inni, nowi, również biednie ubrani mężczyźni
przechodzili obok i szli dalej korytarzami. Spośród nich wyskoczyła
niespodzianie wysoka dziewczyna w długich, lakierowanych butach, otulona w
grubą, wełnianą chustkę. Mignęła koło szklanego rogu, lecz nie poszła w
głąb budynku, tylko otworzyła drzwi i weszła szybko do centrali.
- Aa, jesteś nareszcie! - zawołała radośnie telefonistka i zeskoczyła z
podniesienia.
- Ach! - powiedziała dziewczyna, zdejmując chustkę z głowy i ramion,
zwracając rumianą, czerstwą twarz ku niej.
- Już dwunasta. Idź do domu.
Potem zaszczebiotała:
- Co nowego? Jest nowa partia?
Dziewczyna o podkrążonych oczach ziewnęła, po czym zaczęła powoli upinać
włosy, bure i dzikie jak pióra jastrzębia, a gdy ujęła je w węzeł, ziewnęła
jeszcze raz, wpięła spokojnie prosty, gruby grzebień w złotawy puch na
czubie i zaczęła podciągać pończochy.
- Chce mi się ogromnie spać! - Nie! Nic specjalnego nie ma. Pod trzynasty
przywieźli partię. Będziesz miała dużo roboty. Nikitin tam jest. - Natasza
dziś dyżuruje.
Pończochy nie chciały się trzymać i dziewczyna, opierając nogę o podstawkę
centrali, podniosła wysoko spódnicę, usiłując zapiąć podwiązkę.
- Co te podwiązki są teraz warte! Patrz! Znowu się zerwała.
Nowa zerknęła ukradkiem i niespodzianie powiedziała:
- Et, co tam podwiązki! U ciebie nogi jak samo zdrowie! Marfa, ilekroć cię
widzę, chciałabym być chłopcem, aby spać z tobą.
Nie zdołała odpowiedzieć. Obie dziewczyny odwróciły głowy równocześnie i
krzyknęły naraz. Do szyby przylgnęła męska twarz. Wesoły śmiech rozległ się
za szklaną budą. A potem wołanie:
- Zdrawstwuj, Marfa Nikołajewna.
- Zdorow, Misza! - zawołały razem dziewczęta.
Marfa nadal próbowała zawiązać podwiązkę, lecz nagle opuściła spódnicę i
zaczęła się śmiać. Misza śpieszył się, pobiegł i znikł w ciemnych
korytarzach.
- Pilnuj, Misza, trzynastego! - krzyknęła jeszcze za biegnącym.
- A co takiego na trzynastce? - Zdziwiła się nowa.
- Dali tam tę świeżą partię, którą przywieźli w nocy. Podobno sami Polacy.
Może tam chłopaka znajdziemy?
- Dobrze. Ja też będę pilnować - mówiła z uśmiechem nowa. Nie skończyła
zdania, bo na tablicy zabłysły sygnały i rozszalały się brzęczki.
Wyskoczyła na podniesienie, siadła na stołku, założyła słuchawki i łączyła
linie. Marfa stała jeszcze chwilę, zawijała się starannie w grubą chustkę,
patrząc na palce koleżanki zwinnie i szybko operujące wtyczkami. Uspokoiło
się, tylko jeden punkt wciąż wzywał, świecąc niecierpliwie.
- Kto mówi? - wołała telefonistka. - Tu - powtarzała - Trzeci Szpital
Chorób Zakaźnych. Tu Trzeci Szpital Chorób Zakaźnych, centrala. Centrala. -
Kto mówi? Nic nie słyszę. Proszę mówić głośniej!
Głos dochodził z dala. Brzmiał cicho, bardzo cicho. Echowo. Przeszkadzały
mu inne głosy na linii.
- Stacja Siemionowskaja? Siemionowskaja? - Tu Trzeci Szpital Chorób
Zakaźnych. Tak jest. Da! Da! Da! - Łączę. Łączę. Zaraz łączę.
Marfa czekała chwilę, patrząc na tablicę. Powiedziała cicho:
- Do swidanija, Sasza. Do swidanija.
Wyszła z centrali i kilka kroków dalej, tuż za drzwiami, wpadła od razu w
ogromną ciemność i deszcz. Nie było widać na krok. Strugi biły głucho ze
wszystkich stron. Huczały na dachach. Trzaskały w ciemnościach. Poczuła, że
wpadła w kałużę. Krzyknęła, prędko się odwróciła i pobiegła z powrotem do
centrali.
- Zapomniałam kalosze!
Włożyła je, gdy właśnie tablica rozdzielcza lśniła od ogni, a następczyni
łączyła linie, siedząc z płonącymi policzkami na wysokim stołku. Marfa
zamknęła drzwi, przebiegła przez korytarz, wpadła w deszcz i nie oglądając
się za siebie, szła szybko do domu.
Przystanęła na końcu głównej ulicy, by odpocząć. Z daleka centrala
wyglądała jak szklana czaszka wmurowana w ciemną noc i w róg budynku.
Deszcz siekł po przezroczystych ścianach. Marfa opamiętała się i pobiegła
naprzód. Kałuże chlupały i mlaskały głośno, potem ucichły.
W wielkim, zakrytym ciemnościami gmachu pracowała i czuwała nie tylko
centrala telefoniczna. Misza, mijając szklany róg, nie miał czasu spojrzeć
na smukłe, zwięzłe łydki Marfy. Pozdrowiwszy szybko dziewczęta, biegł
ciemnymi korytarzami aż do dużych, gęsto okratowanych drzwi. Odźwierny
czekał już z kluczami i natychmiast otworzył bramę, zasalutował i zamknął
ją za nim. Misza przebiegł jeszcze szybciej ogromny hall zalany jaskrawym
światłem elektrycznym, przepraszając po drodze białe pielęgniarki. Wbiegł
pędem do dyżurki. Czekał tam już na niego, paląc papierosa, doktor Nikitin.
- Co? Jakżeż? - zawołał Misza, otwierając pośpiesznie szafę, wyjmując
kitel, białą czapkę, rękawiczki.
Nikitin palił spokojnie i patrzył na niego, gdy się ubierał. Po chwili
dopiero powiedział:
- Na trzynastym będziecie mieli kłopot. Bardzo mi się nie podoba ta nowa
partia, którą przysłali przed północą. Myślałem nawet zostać, aby wam
pomóc, ale cóż ja pomogę...?
Zamyślił się, strząsnął zgrabnie długą laskę popiołu na linoleum.
- Co ja tu pomogę? Co wy tu możecie pomóc? Co my tu w ogóle wszyscy możemy
pomóc?
Misza spojrzał na niego uważnie.
- I wy to mówicie, sławny Nikitin? Pamiętacie, doktorze, jak mnie tu
przysłali po ukończeniu moskiewskiego uniwersytetu?
Nikitin zaśmiał się.
- Pamiętam znakomicie. Mówiliście wtedy: "Choroby zakaźne, epidemia,
czerwonka, biegunka, ospa, tyfus plamisty! Ech, to wszystko brednie i
nieprzyjazne wymysły medycznych ignorantów. Uczyła was stara, głupia szkoła
- powtarzaliście - nie rozumiejąca społecznej medycyny. W naszym kraju,
dziś, gdy lud rządzi i ma swoje własne państwo, ludowe metody higieny
państwowej wygnały od nas na zawsze wszelkie epidemie. Tyfus plamisty,
ospa, dur brzuszny, czerwonka - istnieją tylko w waszej wyobraźni, starych,
zacofanych społecznie lekarzy. Sporadyczne wypadki wyolbrzymiacie do
rozmiarów narodowych katastrof. W naszym dzisiejszym państwie nie ma
epidemii, nie może być epidemii. Nasz kraj używa teraz mydła. Gdzie używa
się powszechnie mydła, tam epidemie istnieć nie mogą...".
- Tak mówiliście wtedy, pamiętacie? - zakończył łagodnie Nikitin.
Misza słuchał, lecz się nie uśmiechał. Zapinał kitel, dociskał rękawy,
obciągał kołnierz.
- Tak, tak, drogi doktorze. Tak też i wtedy myślałem... Hm, mówiliśmy o
mydle. Ee, żebym nie zapomniał. Tam w górnej szafce schowałem dla was
maleńki kawałeczek, który przyrzekłem wam dać... - No, więc co jest z tymi
chorymi?
Doktor Nikitin pomyślał chwilę i mówił potem powoli:
- Partia, którą przyjąłem, jest rzeczywiście nieszczególna. Są tam różne
skomplikowane wypadki. Prawdopodobnie nie tylko tyfus plamisty, lecz
również czerwonka, tyfus brzuszny i szkorbut. Niektórzy mogą mieć oba
przypadki. Najważniejszym ich obciążeniem jest to, że wszyscy byli
więźniami na Północy i przebywali po zwolnieniu w drodze około półtora
miesiąca.
- Młodzi?
- Nie. To znaczy, nie wszyscy młodzi. Jest kilku starszych. Nie mogłem
zresztą dokładnie rozpoznać, gdyż ich stan fizyczny jest poniżej naszej
lekarskiej znajomości ludzkiego wyczerpania i charłactwa.
- Dużo przytomnych?
- Kilku.
- Czy wszystkie dane zostały zebrane?
- Częściowo tak. Możecie je wcześniej przeglądnąć w ewidencji. Nie wszyscy,
jak wiecie, mogli być rozpytani w takich okolicznościach. Nie wszyscy mogli
zeznawać. Wśród nich jest chłopak, może to nawet nie chłopak, który stracił
przytomność po kąpieli. To ciekawy chłopak... Jego dokument z łagru jest też
bardzo ciekawy.
- Czy pamiętacie jego nazwisko?
- Nie. Natasza może wam powie. Ona powinna pamiętać, bo upadł jej, gdy go
prowadziła, i krew mu pociekła z nosa akurat na jego własną kartę
ewidencyjną. Cieszę się, że Natasza ma dziś dyżur z wami. To znakomita
pielęgniarka. Jeszcze o tym chłopaku. Intryguje mnie ten chłopak. Jak się
podniósł z podłogi, przeprosił Nataszę, że krwią poplamił jej ręce i
fartuch. No, to by było tyle. Wszystkiego dobrego, kolego. Muszę iść do
domu dobrze się wyspać. Rano was zmienię. Miejcie dobrą i spokojną noc.
Włożył czapkę i wyszedł. Szedł przez hall, bramę, ciemne korytarze, skręcił
ku szklanej centrali. Spojrzał na straszliwe ciemności, podniósł kołnierz
kurtki i wpadł w noc zatrzaśniętą lejącym deszczem.
Misza był już gotów do pracy. Podniósł słuchawkę. Szepnął:
- Proszę siostrę Nataszę.
- Natasza, Natasza! -- Dawaj skoriej! - wołała Sasza, wiercąc się
na wysokim stołku. - Doktor Fomin prosi do dyżurki.
- Misza? - Zaśmiała się w słuchawce.
- Ty się nie śmiej, Natasza, lecz idź natychmiast! - Zimno ucięła. - Idź
zaraz.
Natasza powiesiła wolno słuchawkę. Poprawiła kasztanowate, bujne włosy,
ściślej nasunęła na nie biały czepek. Zarzuciła pled na ramiona i cichutko
stąpając w filcowych, szpitalnych pantoflach, zajrzała przez szklany występ
osłonięty daszkiem, umieszczony w drzwiach, do trzynastki. Przeszła potem
przez korytarz do jaskrawo oświetlonego hallu.
Zapukała lekko.
- Proszę!
Weszła zarumieniona.
- O, Natasza! Dobrze, żeście przyszła. Co tam u was na oddziale?
Nie odpowiedziała od razu. Popatrzyła na Miszę błękitnymi oczami. Rzęsy
czarne i długie słodko zatrzepotały. Zakłapała jeszcze raz jedwabnymi
oczami i powiedziała cicho:
- Mamy wielkie nieszczęście z tą nową partią.
- Dlaczego nieszczęście? Nieszczęście jest ze wszystkimi ciężko chorymi.
Podeszła bliżej. Lampa oświetlała ją teraz ze wszystkich stron. Włosy
zaświeciły się szybko od lampy mokrymi, gorącymi blaskami na skroniach i na
mocnym, białym karku. Czepek wyróżniał się, jeszcze bardziej śnieżny w
porównaniu z tą złocistą, pałającą miedzią. Oczy o nieskazitelnym błękicie
paliły się jak płomienie pokusy. Cała postać tryskała zdrowiem i siłą. Tak
samo ciemnowiśniowe, może nieco za pulchne usta.
Doktor spojrzał na te wilgotne usta i aż się wzdrygnął. Ochłonął i myśląc
wciąż o jej młodych wargach, powiedział zmieszany:
- Spokojnie. Spokojniej, Natasza. Muszę przecież wszystko o nich wiedzieć.
I to dokładnie. Chcę im naprawdę pomóc. Czy nieprzytomni?
- Kilku jest całkowicie nieprzytomnych. Kilku zaś przytomnych tylko
wówczas, kiedy wołają pić. Wśród nich jest jeden, który...
Przerwał jej:
- Ilu ich jest wszystkich? Myślę, ilu ich przywieźli?
- Nowych przywieźli trzynastu. Starych było dziesięciu, razem jest...
- Dobrze, dobrze. Dziękuję, proszę mówić dalej, bo wam przerwałem.
- Jest między nimi - mówiła poruszona - bardzo młody chłopiec, a może to
nie jest wcale młody chłopiec, tylko straszliwie wychudzony, że nie można
się zorientować w jego wieku, który nie odzyskał przytomności po kąpieli i
jest...
- Wiem, wiem. - Przerwał nerwowo po raz drugi Misza. - Mówił mi o nim
doktor Nikitin.
- Ten właśnie jest najciężej chory i beznadziejny - powiedziała.
- Czy wszyscy oni to Polacy?
- Zdaje się, że tak. Ten młody, beznadziejny, jest na pewno Polakiem.
Leciał mi przez ręce, gdy go podnosiłam. Mówił coś niepojętego w gorączce,
także mówił coś po polsku. Śmieszny, biedny chłopiec. Leży w malignie i
bredzi bez przerwy.
- No tak. Idźcie na oddział. Przyjdę później przeglądnąć ewidencję. To
ciekawe, hm, ciekawe - mruczał pod nosem.
Miała już odejść. Raptem obrócił się i spytał miękko:
- Natasza, czy Osipowa jest w dyżurce pod dwunastym?
- Nie. Jest teraz w mojej dyżurce i również uważa na mój oddział.
- A to dobrze. - Ucieszył się. - Natasza, pójdziecie wobec tego do
ewidencji i przeglądniemy razem dokumenty.
Zakłapała znów rzęsami. W oczach trysnął wesoły ogień. Zdrowa jej postać
jeszcze bardziej jakby wyrosła, zaświeciwszy jak fosforyzacją grubym węzłem
bogatych, kasztanowatych włosów.
Zawołał centralę.
- Osipowa? Tu doktor Fomin. Co, śpicie podczas dyżuru? Nie? Dobrze, dobrze.
Żartuję przecież. Osipowa, uważajcie, proszę, na oddział Nataszy. Zabieram
ją na dół. Tam mnie szukajcie, gdyby zaszło coś nagłego.
Stara cichutko westchnęła i tak samo cichutko powiesiła słuchawkę.
- Idziemy - powiedział. - Nie mamy czasu.
Wyszła pierwsza. Z hallu, jak iskry z ogniska, pryskały na wszystkie strony
przejścia, tunele, kanały, korytarze. Szpital był zbudowany jak forteca.
Wszędzie bramy, schody, galerie, nieoczekiwane wgłębienia, wnęki, cała sieć
rozgałęzień powiązanych ze sobą przewrotną i mądrą konstrukcją. Wszędzie
można było dojść, ale nie można było nigdzie dojść, by nie być zauważonym
czy zatrzymanym przez dyżurnych lub straż.
Boczne korytarze prowadziły do głównego, który wiódł na dół jak do
rozkopanej na spodzie, głębokiej studni. Na samym dole, w jednej z licznych
sal podziemia, mieściła się ewidencja i centrala przyjęć. Ze wszystkich
pawilonów, a z których każdy z osobna liczył po pięć oddziałów, szli
lekarze, by przeczytać dokładnie listy przyjęć, pierwsze obserwacje i
zapiski dyżurnej lekarki, zanim zostaną one wyciągnięte z książki i
odesłane na górę.
Martwy na pozór gmach, gdy widziało się go z zewnątrz w ciemnościach nocy,
tętnił w środku czułym życiem. Wszystkie telefony brzmiały rozpaczliwymi
sygnałami. Raz po raz podchodzili do nich lekarze lub pielęgniarki. Ich
ruchy były akuratne jak dźwięk dzwonków.
Na dole, w dużej, kamiennej sali, światło lamp wmurowanych w gładkie, zimne
sufity, lało się mleczną miazgą, powlekając ludzi i przedmioty miękkim
tuszem. Na stołach leżały książki służbowe pawilonów i poszczególnych
oddziałów. Wśród nich najgrubsza, otwarta szeroko księga przyjęć ze świeżo
zapisanymi stronami.
Obok ogromnej szafy stało biurko. Siedziała przy nim wysoka, siwa pani o
orlim profilu, udzielająca wyjaśnień ostrym, suchym głosem. Ta siwa była
właśnie naczelnym lekarzem ewidencji.
Natasza wzięła książkę, przejrzała ją pośpiesznie, otworzyła na
przedostatniej stronie. Nachylając się nad Fominem, który usiadł, pokazała
zapisane kartki.
- Tutaj jest ich ewidencja.
Młody lekarz zaczął czytać. Doszedł do ciekawiącego go punktu i podniósł
oczy na Nataszę. Stała obok czujna i naprężona. Wskazał coś palcem.
Nachyliła się szybko i niechcący dotknęła piersią jego ramienia. Cofnęła
się momentalnie. Lekarz zmieszał się, po czym przywołał ją znowu.
- O, tu właśnie jest jego wypadek.
Zbliżyła się. Zapachniały jej włosy. Lekko, jak najlżej, ale ściśle
przycisnęła piersi do jego ramienia i nie cofnęła ich, póki nie poruszył
się i nie powiedział zdławionym głosem:
- Natasza, co się dzieje z wami?
- Nic. Ze mną nic się nie dzieje, Michaił Pawłowicz. Słucham naprawdę tego,
co mówicie. Z rozkoszą słucham.
Zamknął książkę. Popatrzył na siostrę całą w rumieńcach. Wstał.
- Posłuchamy, co o tym mówi doświadczona lekarka.
Uśmiechnęła się lekko. Szła pierwsza.
Siwa pani poprosiła ich, by usiedli.
- Tę nową partię - mówiła oschle, sucho jak zwykle, stara lekarka - tych
trzynastu Polaków przywieziono bardzo późno, około godziny jedenastej w
nocy. Nie chciałam już nikogo przyjąć. Przyjmujemy chorych tylko do godziny
dziewiątej i to w nadzwyczajnych wypadkach.
Fomin potakiwał głową.
- Szofer ambulansu lotnego patrolu sanitarnego oświadczył stanowczo, że
otrzymał rozkaz zawieźć ich do pierwszego lepszego szpitala epidemicznego i
wrócić zaraz po nową partię.
Natasza sięgnęła po chusteczkę do nosa, wyjęła ją i trzymała w ręce.
- Ta trzynastka pochodzi z transportu, który opuścił Kotłas nad północną
Dźwiną półtora miesiąca temu, będąc w drodze do dnia dzisiejszego. Myślę,
że niektórzy zachorować mogli już na Uralu.
- Nie jest wykluczone więc, że u nich możemy spodziewać się kryzysu tej
nocy - spokojnie powiedział Fomin.
- Tej lub przyszłej. A jakie mamy środki? Możemy im dać czas i łóżko.
Dobrze, że mamy łóżko. Powiedzmy ściślej, mamy łóżko dla nich na tydzień,
dwa. Po dwóch, po trzech na jeden siennik.
Kaszel Nataszy zerwał się jak stuk młotka.
- Uważaj na siebie, maleńka. Kaszlesz podejrzanie - powiedziała siwa
lekarka beznamiętnie. - O bronchit łatwo przy tutejszych przeciągach. - Czy
umrą? Oczywiście, że wielu z nich umrze. Nie mam żadnych złudzeń. Wielu nie
miało sił, by podać dane osobiste i umrze bez tych danych, jak tyle tysięcy
umarło tu już przedtem. Dla mnie zjawisko to jest typowe. Widziałam je w
najbardziej upiornych blaskach lat 1914-1924 w Odessie, Moskwie,
Leningradzie. Potem przeżyłam to samo w latach 1927-1931 na całej naszej
pięknej Ukrainie... Później co roku już na Uralu, na całej Syberii, w
centralnej Azji i na Dalekim Wschodzie... Czyj organizm będzie bardziej
odporny, ten przetrzyma gorączkę przesilenia, a czyj nie...
Lekarz poruszył się gwałtownie:
- Przepraszam was, doktorze, ja to wszystko teraz rozumiem, lecz...
- Lecz co? - Uniosła się. - Lecz...! Ech, wy wszystko rozumiecie... Ja tu nic
nie rozumiem, a wy rozumiecie...! Tysiące depesz, próśb, zapotrzebowań,
wszystko wysyłaliśmy na czas. Wysyłamy teraz. I co? I co?
Zdenerwowana Natasza wytarła szybko usta chusteczką i patrzyła z
przerażeniem na starą.
- Otrzymałam wyjaśnienia z Moskwy. Krótkie. O, wyjątkowo krótkie i jasne:
"Są lokalne zapadnięcia na chorobę, epidemii nie ma i być nie może!".
- Trzeba ich jeszcze raz zaalarmować! - powiedział twardo.
- Zaalarmowaliśmy. Odpowiedź też już przyszła. Prosta. Bardzo jasna:
"Przestańcie nas zasypywać swymi nędznymi urojeniami!".
Milczeli wszyscy troje. Siwa uśmiechnęła się blado, jakby do własnych
myśli.
- Najlepszy był szofer - powiedziała. - "Otrzymałem rozkaz dowieźć ich
tutaj i wyładować, a jeśli nie przyjmiecie, wszystkich zwalę do błota na
podwórzu". Myślałam, że nie będzie śmiał. Zwalił i odjechał. Czy wiecie, że
sygnalizują znowu siedem eszelonów? Czekają na stacji kolejowej o
pięćdziesiąt kilometrów stąd. Jutro ich zwalać będą pokotem na podwórzu. A
więc zgodnie z miarodajnym wyjaśnieniem z Moskwy chorujemy na urojenia.
Przerwała gniewny wybuch i zakończyła cicho:
- Dosyć na dzisiaj! Przepraszam was, Michaił Pawłowicz. Lubię prawdę i nie
poświęcę jej dla nikogo.
Wstała i zaczęła się ubierać.
- Czas i mnie iść do domu spać. Dobranoc, dorogoj! Dobranoc, mili.
Jak biały duch zjawiła się dyżurna pielęgniarka i delikatnie dotknęła
ramienia Fomina.
- Doktorze, wzywają na górę.
Wstał szybko i skinął na Nataszę. Szli długimi, wąskimi korytarzami.
Pożegnali dyżurną i skręcili na oddział. Nie doszli jeszcze do dyżurki, gdy
stanęła przed nimi Osipowa i cierpko powiedziała:
- Dwóch z nowego transportu dogorywa w kryzysie. Umarło trzech z
poprzedniego, przykryłam ich właśnie prześcieradłem. Czy mogę zadzwonić, by
ich wynieśli? Nie słyszałam nawet - dodała bezradnie - kiedy kończyli.
- Dzwońcie, proszę - powiedział machinalnie. Położył ciężko rękę na
ramieniu Nataszy. - Natasza, strzykawkę i ampułki, tylko szybko.
Wszedł od razu na trzynasty oddział. Straszliwy zaduch gorączkujących,
spalonych ciał ciągnął na mdłości. Podszedł do nakrytych. Odsunął
prześcieradło. Szare upiory ciał leżały ciche i skurczone. Zęby obnażone po
śmierci pożółkły i poczerniały, przeświecając przez opuchłe, ohydnie
opuszczone wargi. Nakrył je z powrotem. Spojrzał jeszcze raz na salę, w
której panoszył się ciężki smród, jakby zalatujący ze starej, żołnierskiej
latryny, wzdrygnął się i śmiało przeszedł następnie do tych nowych,
dogorywających chorych.
Stara Osipowa miała słuszność. Dwu, o których mówiła, było rzeczywiście w
agonii. Wziął za puls. Długo próbował.
- Tak - szepnął cicho - z tych istotnie nic nie będzie do rana. Szkoda!
Wyjął słuchawkę, odkrył koszulę pierwszego i cofnął się nagle. Pierś
mężczyzny była płaska jak deska obciągnięta suchą, żółtą, prawie
przezroczystą skórą. Lecz co było więcej przerażające, to serce omal
przezierające przez skórę. Widać je było jak nienaturalnie spłaszczoną,
krwawą, karykaturalną ośmiornicę, która się wije, walcząc, bijąc i
zamierając, rozszerzając się i kurcząc, płaszcząc i rosnąc, zamierając
coraz wolniej, bijąc coraz ciszej, ciszej.
Drugi leżał na wznak i dyszał ciężko. Czoło jego było rozpalone jak cegła
wyjęta z pieca.
Weszła Natasza, niosąc strzykawkę i ampułki. Doktor wziął narzędzia i
szklany skarb, dając jej znak.
- Obejrzyjcie resztę chorych.
Podszedł do stolika, gdzie stała ostro świecąca lampa i leżały różne
szpitalne drobiazgi. Usiadł, wyjął kilka maleńkich ampułek, przejrzał je
pod światło, wyciągnął strzykawkę i igły.
Natasza tymczasem obchodziła po kolei łóżka. Tu poprawiła słomianą
poduszkę, tam podciągnęła koc, gdzie indziej nalała wody do glinianego
garnuszka stojącego na drucianym stoliku.
Jakiś chory prosił o kaczkę. Kaczka - było to szpitalne, użytkowe naczynie.
Nie mógł wstać. Był tak słaby. Podźwignęła go ostrożnie, podsunęła mu
naczynie i ułożyła z powrotem na łóżku. Inny, leżący obok, jęczał
strasznie, potem mamrotał coś niezrozumiałego w gorączce. Znowu ktoś wzywał
Nataszę. Filcowe podeszwy sunęły bezszelestnie po posadzce. Fomin skończył
przeglądanie instrumentów i śledził jej ruchy.
Obeszła wszystkich i zatrzymała się koło młodego, nieznajomego Polaka,
który stracił zaraz po kąpieli przytomność. Przestraszyła się nie na żarty.
Chłopak, nieprzytomny dotychczas, wpatrywał się w nią czarnymi,
błyszczącymi od gorączki oczami. Chciała w nagłym przestrachu zapytać o
coś, lecz stała niemo. Przyglądała mu się, a jego oczy wbite w nią
uporczywie pałały niesamowitym blaskiem. On sam też musiał być bardzo
zdziwiony, usiłował przypomnieć sobie coś, jednak nie mógł i patrzył, aż ją
przeszedł dreszcz.
- Skolko wriemia? - zapytał znienacka po rosyjsku.
Nie odpowiedziała, tak ją zaskoczył. Zapytał znowu:
- Która godzina?
Trochę ochłonąwszy, podeszła bliżej łóżka.
- Proszę nic nie mówić, o nic nie pytać, tylko leżeć spokojnie.
- Skolko wriemia tiepier'? - uparcie powtarzał.
- Trzecia godzina - powiedziała i pobiegła natychmiast do Fomina.
- Michaił Pawłowicz - mówiła szybko - ten czarny Polak odzyskał
przytomność. Jakżeż się cieszę!
Spojrzał na nią.
- Nie ma się czego cieszyć. To chwilowe. Natasza, musicie mieć więcej
spokoju w ocenie choroby. Takie nawroty jak ten zdarzają się czasem, potem
przychodzi nowa fala gorączki, kryzys, upadek sił, serce nie wytrzymuje i...
Machnął żałośnie ręką.
- O niego boję się więcej niż o kogo innego. To bardzo niebezpieczny typ
fizyczny ten młody człowiek!
- Doktorze, proszę, czy nie można by właśnie spróbować uratować go, choćby
dla samego doświadczenia?
- Mam tu setki takich - powiedział zimno. - Dobrze, zmieniam zdanie. Jeśli
chcecie, myślę, że warto go ratować za wszelką cenę!
- Jest zupełnie przytomny, tak mi się wydaje - szeptała.
- Nie! Mylicie się, Natasza, nie jest zupełnie przytomny, ale rzeczywiście
jego postanowiłem uratować.
Słuchała z twarzą rozpromienioną jak nigdy jeszcze. Po raz pierwszy
widziała młodego, zazwyczaj burkliwego i nieprzystępnego, opryskliwego i
bez serca - jak mówiła o nim stara lekarka z ewidencji - moskiewskiego
lekarza, gdy w jego głosie zadrgało ciepło i stanowczość. Widząc jej
radość, uśmiechnął się wyrozumiale.
- Masz dobre serce. Ono cię zgubi. Zaświeć maszynkę, Natasza, zagotuj wodę,
przesterylizuj strzykawkę i igły. Prędko!
Drżały jej ręce. Zapaliła podręczną maszynkę spirytusową stojącą na stole,
nalała wody do emaliowanej miski i postawiła ją na płomieniu. Doktor
podszedł tymczasem do chorego. Ujął go za puls, przyłożył potem słuchawkę
do serca i słuchał. Biło nieregularnie, urywanym biciem. Walczyło z
trucizną gorączki i nie chciało ustać. Chory leżał cicho. Oczy świeciły mu
tym samym suchym blaskiem. Ukończywszy badanie, odsunął koc i obnażywszy
chorego, przywołał Nataszę.
- Natasza, proszę się dobrze przyjrzeć prawdziwemu okazowi tyfusu
plamistego. Można by go sfotografować jako przykład w kolorach i rozesłać
do klinik dla nauki studentów.
Patrzyła szeroko otwartymi oczami.
- O, widzicie? Wiązanie linii liliowych, wiotkich cieni z kolorowanymi
rozgałęzieniami wiodące od szyi do żołądka, rozplakatowane w zygzakach aż
na biodra. Czerwono-błękitne, koralowe plamy na brzuchu, delikatne jak
kiście bzu mapy plamiste, które można spotkać tylko tu u nas, w Rosji albo
w centralnej Azji, w tak czystym, nienagannym wydaniu.
Przyglądała się z lękiem i ciekawością. Ciało mężczyzny przerażająco chude,
obnażone jeszcze silniej przez ostre światło lampy, pokryte było
straszliwymi, tyfoidalnymi znakami jak tajemniczym, różowym pismem. Wtem
Fomin zauważył jeszcze coś innego.
- Natasza, proszę podnieść i przysunąć bliżej do światła jego prawą nogę.
Patrzył długo na brązowe, jakby wyżarte przez złośliwy liszaj, zgrubienia
na skórze.
- Dosyć. Wystarczy.
Ułożyła chorego z powrotem. Przypadkowo dotknęła jego uda. Cofnęła rękę
raptownie, gdyż było jak rozpalone żelazo.
- Hm, tak - mruknął do siebie Fomin - ślady niedawnego, przewlekłego
szkorbutu. Tak, to w ogóle ciężki przypadek. Zobaczymy. Zobaczymy...
Chory być może zrozumiał coś z tej rozmowy, otworzył usta, chciał coś
powiedzieć. Lecz zdołał tylko poruszyć lekko wargami.
Strzykawka i igły były już wysterylizowane.
- Czy to kamfora? - spytała.
- Tak. Nie mam nic innego. Mam wprawdzie cztery ampułki kofeiny, ale muszę
je schować na później. Kamfora mu znakomicie teraz pomoże. Przy takim
wyczerpaniu serca nawet świetnie. Zresztą jak i te wyjdą, to koniec mojej
apteki!
Uśmiechnęła się smutnie, odpiłowując szklany łebek ampułki.
Powoli wciągnął żywiczny, ożywczy płyn do strzykawki i nachylił się nad
chorym. Krąg lampy padał prosto na jego ramię. Zręcznym ruchem zwinęła
Natasza rękaw koszuli, przeciągnęła skórę jodyną. Spirytus i zapach jodu
ulotniły się momentalnie. Fomin szybko wbił igłę w suchą skórę, umiejscowił
i nacisnął tłoczek. Ostry sok kamfory rozlał się w mięśniu. Zagrał iskrami
w żyłach. Chory otworzył usta, chwycił oddech. Potem zaczął oddychać
szybciej i głośniej. Jego pałające oczy złagodniały i zwilgotniały. Ciało
się rozprężyło. Na wargach pojawił się uśmiech omal dziecinny.
Lekarz wyjął igłę i Natasza natychmiast zajodynowała nakłute miejsce.
Odszedł zadowolony. Miły zapach jodu pulsował jeszcze w powietrzu. Odwrócił
lampę, czekając na Nataszę.
Upłynęło kilkanaście, nie więcej jednak jak kilkadziesiąt sekund i wtedy
stało się coś, czego się w ogóle obecnie nie spodziewała. Chory chwycił ją
za rękę, przycisnął gorące wargi, aż ją przeszedł całą żar jego gorączki.
Potem zapytał:
- Którego dzisiaj?
- Pierwszego lutego.
- A który to rok?
- Który rok? - powtórzyła.
- Tak - szepnął - który to rok?
- Pierwszego lutego tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku.
Popatrzył na nią smutnie, oczy mu pociemniały i znowu się jasno zapaliły.
Jeszcze raz usiłował się podnieść. Opadł. Jakby zmalał na łóżku. Począł
szeptać nieprzytomnie do siebie.
- Pierwszego lutego tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku.
Pierwszego... lutego... tysiąc dziewięćset... czterdziestego drugiego roku...
Ucichł potem i zapadł w febrę tyfusową.
Natasza i Fomin stali długo nad jego łóżkiem, słuchając chorych majaczeń i
dręczących snów, które opowiadał a od których nie było teraz ucieczki, i w
których nie było żadnego ratunku.
Rozdział II
Wyśmienity blask; mogło to być czyste światło księżyca albo może światło
jakiejś dużej gwiazdy; zasrebrzył dokładnie górne szyby wyglądające teraz
jak płaty ze stężałej rtęci. Lecz nie był to blask ani księżyca, ani
wielkiej gwiazdy, tylko wczesne światło świtu.
Świt rozlewał się na suficie i wsiąkał zaraz w woskowe, żółte płomyki
żarówek, bure i nieprzyjemne.
Na oddziale trzynastym, akurat tak samo jak i na wszystkich innych z oknami
wychodzącymi na wschód, przenikanie świtu przez górne szyby było podobnie
silne.
Chorzy jęczeli skuleni pod kocami, majacząc lub rzężąc; czasem krzycząc w
gorączce w różnych niezrozumiałych językach i narzeczach. Na kocach
tworzyły się kałuże światła idącego powoli brzasku. Siniały, potem
błękitniały, a kiedy różowa, zdrowa, zimna zorza zapaliła okna, w fałdach
koców, na łóżkach i na twarzach chorych cienie i ich załomy błyszczały
podniecającymi, szkarłatnymi barwami.
Noc przeszła i zaczynał się dzień. Za oknami, na dole, na podwórzu i na
szerokiej drodze obok pchały się w oczy śnieżne, nieoczekiwane, białe pola.
Dziwny był widok, gdy górą padały na sufit i na ściany ruchome słupy
świtowego różu, a na dolne szyby oraz na podłogę sali wchodził równocześnie
inny, biały, kredowy chłód od śnieżnych pól.
Za oknami rzeczywiście leżał śnieg. Dziwił się teraz temu czarny chłopak
przyniesiony tu ostatniej nocy stycznia podczas zaciekłej wichury i
deszczu. Obudził się i jeśli w ogóle pamiętał cokolwiek w tej chwili,
śledził ostrożnie miejsce, w którym znowu się znalazł - nie wiadomo jak i
nie wiadomo kiedy. Patrzył na sąsiednie łóżka, marszczył czoło, mrugał
zabawnie powiekami, coś sobie chyba rzeczywiście przypominał, lecz trudno
było mu zorientować się od razu, skąd się tu wziął, co robił poprzednio i
dlaczego tu jeszcze jest teraz.
Żywsza, następna fala różowego już światła wlała się zwinnie w okna.
Chory próbował unieść się na rękach i popatrzeć w okienną różaność.
Gramoląc się spod koca, uniósł się nieco i nagle ujrzał białe, nisko leżące
tuż za dolną szybą, oślepiające pole śniegu. Chciał coś powiedzieć, kogoś
zawołać, lecz nie mógł się zdobyć na żaden wysiłek. Twarz jego była szara,
wszystka krew z niej ściekła. Strasznie śmieszne, różowe światło świtu
odbiło się zabawnie na skórze jego policzków, że wyglądały jak pomazane
czerwoną farbą policzki drewnianej maski.
Na sali nie było nic ciekawego. Łóżka stały w rzędach, nakryte niebieskimi
lub czarnymi kocami, pod którymi wili się, jęcząc, jacyś nieznani ludzie.
Obok stolika siedziała na krześle stara, zmęczona kobieta. Może spała?
Jedną rękę miała opartą martwo o róg stołu. Lampa oświecała jej pół twarzy
z kurczowo przymkniętym lewym okiem, druga połowa była w niebieskim cieniu.
W przeciwległym końcu sali stały trzy łóżka nakryte straszliwie białymi
prześcieradłami. Chory mrugał powiekami, patrząc uporczywie na te trzy
przykryte łóżka, lecz niczego nie mógł sobie przypomnieć.
Wtem zadzwonił ostro dzwonek na korytarzu i zaraz potem w całym gmachu
zatupotały ciężkie kroki. Siwa, stara kobieta zerwała się, zgasiła
natychmiast lampę, podeszła do drzwi, przekręciła kontakt i zgasły również
te wszystkie bure, nieprzyjemne żarówki. Na sali został najpierw wapienny,
potem niebieski mrok. Różowe szyby na górze też zgasły od razu, a dolne, te
śnieżne, jeszcze bardziej wybielały, naciągając salę zimnem.
Otwarły się cicho drzwi i weszła grupa ludzi w białych kitlach i w takich
samych białych płaszczach. Wśród nich był doktor Nikitin. Stara widać dawno
czekała na to, bo podeszła i mówiła monotonnym głosem:
- Trzech trzeba wynieść natychmiast; czy mogę zadzwonić?
- Nie trzeba. Cmentarnicy już wiedzą i zaraz przyjdą.
- Ten chłopak pod oknem, na drugim łóżku, prawdopodobnie odzyskał
przytomność.
- Aa. - Ożywił się Nikitin - Czy jesteście tego pewna?
- Tak, oczywiście.
- A może przywidziało się wam we śnie, Nadieżda Pietrowna? Oczywiście,
spaliście znowu - mówił żartobliwie.
- Niet, jej Bohu, niet - widziałam wyraźnie, że
jest przytomny, na własne oczy widziałam, Włodimir Nikołajewicz.
- Dobrze, dobrze - mówił doktor - zaraz to stwierdzimy - dziękuję wam. -
Możecie już iść spać spokojnie do domu.
Stara ukłoniła się i lekko, szybkim, kokosim kroczkiem podreptała ku
drzwiom.
Poranny przegląd zaczynał się wcześnie. Wielka ilość chorych, ciężki stan
wielu pacjentów, brak wystarczającego personelu medycznego - to wszystko
zmuszało do tym czujniejszej obserwacji pozostałych przez lekarzy i
pielęgniarki. Nikitin nie tracił czasu, lecz dawał niezbędne
rozporządzenia, pytał po kolei tych, co byli przytomni, o ich samopoczucie,
przyśpieszał polecenia w sprawie uprzątnięcia zmarłych, liczył wolne łóżka
dla przyjęcia nowych, czuwał nad pielęgniarkami i mierzeniem gorączki.
Na salę weszły kamfoterki, duże, chude kobiety w szarych kitlach i
rozpoczęły od razu czyszczenie i mycie podłogi, wynoszenie kubłów i wiader.
Pielęgniarki myły tymczasem chorych, budząc ich i nachylając nisko nad
dużymi, blaszanymi miednicami. Niektórzy byli jednak tak słabi, że tylko
można im było obmyć ręce i wytrzeć twarz mokrym płótnem. Okropny zaduch
zionął z odkrytych łóżek, na których często widać było ludzkie odchody
pozostałe z nocy. Jedno łóżko specjalnie zaciekawiło doktora. Leżał tam
obrośnięty nieludzko siwą szczeciną stary człowiek, któremu kał przysechł
do ciała, świecąc podejrzanymi, czerwonymi plamami.
- Jak dawno on tu leży? - spytał.
- Cztery dni.
- Czy był badany na czerwonkę?
- Nie, lecz wiadomo, że ma również czerwonkę.
- Czy jest jeszcze trochę kwasu solnego w apteczce?
- Nie. Już nie ma, Włodimir Nikołajewicz - odparła pielęgniarka i dodała
potem szybko: - Mamy przecież w naszym pawilonie dwunastu ludzi chorych na
czerwonkę i tyfus równocześnie. To z transportu białoruskiego.
Uciekinierzy.
- Proszę zapisać - powiedział spokojnie. - Zarządzam przeniesienie na
oddział dwunasty. Można go już przykryć kocem. - Która godzina?
- Dochodzi siódma.
- Dobrze. Idźmy dalej.
Przechodzili kolejno łóżka. Pytał ustalonym zwyczajem o zdrowie. Chorzy
bąkali coś albo żalili się, lub, narzekając, dodawali płaczliwie:
- Ot, koniec, dorogoj wracz.
Uśmiechał się, mówiąc zawsze:
- Nic się nie bój, dziecko, wszystko będzie w najlepszym porządku. Przecież
przywieźli cię tu na wyzdrowienie, a nie na śmierć.
Wielu dziękowało doktorowi z przejęciem, a on szedł dalej, od łóżka do
łóżka, i wszystkim mówił to samo.
O czym w istocie myślał po drodze Włodimir Nikołajewicz Nikitin, nikt -
nawet jego najbliżsi - nie wiedzieli.
Cmentarnicy weszli na salę podstępnie, cicho i bezszelestnie. Postawili
nosze, przewinęli zręcznie łóżka, nakryli nosze tymi samymi
prześcieradłami, które tak przedtem bielały, i zniknęli również cicho, jak
weszli, tylko czarne koce zasłane teraz gładko świadczyły, że łóżka są
puste. Za cmentarnikami znikły kamfoterki, unosząc swoje wiadra, blaszane
miednice i szmaty do wycierania podłóg.
Zrobiło się prawie jasno. Pierzchły stare cienie i barwy, znikły jaskrawe,
pierwsze kolory, sala wróciła do zwykłego, zimnego wyglądu szpitalnego.
Przegląd miał się ku końcowi. Zostały jeszcze trzy łóżka. Doktor Nikitin
spoglądał coraz częściej w stronę drzwi.
Wreszcie drzwi uchyliły się i ktoś stanął w nich - słychać było, jak
jeszcze rozmawia dźwięcznym głosem na korytarzu. Wszystkie pielęgniarki
zwróciły głowy w tę stronę.
Weszła Natasza. Chorzy poruszyli się w łóżkach.
- Dzień dobry! - powiedziała.
- Dzień dobry! - odpowiadali wszyscy, a ona szła od łóżka do łóżka, każdego
wesoło, dźwięcznie pozdrawiając, rumiana, krzepka i przeraźliwie zdrowa.
Mrużąc błękitne oczy, uśmiechała się; a na białym, mocnym karku wiła się ta
szczególnie złota miedź jej włosów, która żywo podkreślała śnieżność czepka
i sztywnego, białego kołnierza.
Podeszła do Nikitina, przywitała się i poprosiła o termometr. Dał jej
termometr i patrzył zdziwiony. Wyglądała świeża i wypoczęta jak rzadko
kiedy. Bujna jej uroda krzyczała na ponurej sali radosnym głosem zdrowia,
szczęścia i młodości. Zauważył, że ma na szyi jedwabny, drukowany w
czerwone, dzikie maki piękny szal, który widział raz w mieszkaniu Miszy,
gdy przyjechał z Moskwy.
Natasza podchwyciła spojrzenie Nikitina. Wziąwszy termometr, odeszła zaraz,
kierując się prosto ku łóżku nowego, czarnego chłopaka.
Powiedziała "dzień dobry". Odpowiedział tak samo i spojrzał na nią szybko
czarnymi, pałającymi oczami. Wsunęła mu delikatnie termometr pod pachę,
poleciła trzymać ostrożnie i wróciła do Nikitina. Stanęła cicho i
wpatrywała się w śnieżne pole za oknami, jakby po raz pierwszy zauważyła
śnieg.
Zamyślenie przerwał Nikitin:
- Czy on zdaje sobie sprawę z tego, gdzie jest?
- Chyba nie - odpowiedziała z wahaniem.
- Czy mogę zobaczyć wykres jego gorączki?
- O, o, tu jest wykres. Ależ oczywiście, proszę!
Doktor wpatrywał się pilnie w kartę, na której trzy razy dziennie, a często
dwukrotnie w nocy, wpisywały dyżurne wysokość gorączki pacjenta,
zakreślając następnie linię od jednego punktu do drugiego. Krzywa tyfusowej
gorączki biegła zawsze w nagłych skrętach. Niebieski ołówek oznaczał ilość
stopni według Celsjusza, a czerwona linia zygzaków skręcała się w nagłych
spiralach i rzadko kiedy spadała niżej trzydziestu ośmiu stopni, wijąc się
przeważnie między trzydziestym dziewiątym a czterdziestym, skacząc czasem
raptownie do czterdziestego pierwszego.
Gorączka nowego wykazywała dwa raptowne spadki do trzydziestu siedmiu i
pięć dziesiątych nocą pierwszego lutego oraz do trzydziestu ośmiu stopni,
również nocą, trzeciego lutego. W kilka godzin jednakże potem krzywa
podeszła i zatrzymała się na czterdziestu.
- Czy mogę zobaczyć również inne karty?
- Leżą tu wszystkie.
Oglądanie odbywało się w milczeniu.
- Nie ma w wykresach nadzwyczajnych różnic - powiedziała Natasza. - Często
ci, którzy umierali, miewali tylko trzydzieści dziewięć stopni Celsjusza, a
ci - zrobiła ruch ręką - jak na przykład on, mieli powyżej czterdziestu i
serce wytrzymało.
- Serce? - Podchwycił doktor. - To nie serce, droga Nataszo! To chyba coś
więcej. Właśnie to "coś więcej" jest dla mnie medyczną zagadką. - Właściwie
oni wszyscy powinni umrzeć według wszelkiego prawdopodobieństwa jeszcze
przed normalnym kryzysem tyfusowym. Jedno jest pewne, że ci, którzy nie
dostają dodatkowo zapalenia płuc lub mózgu, wychodzą zdrowi. Czy nie
dziwne?
- Tak, to prawda - mówiła - lecz dziewięćdziesiąt procent dostaje zapalenia
płuc, mózgu lub opon mózgowych już po pięciu dniach.
Lekarz znowu spojrzał uważnie na nią i zapytał tym samym rzeczowym tonem:
- Czy on wie o tym, że od jego przybycia minęło pięć dni i nocy; i że
podczas tego był tylko krótką chwilę dwukrotnie przytomny?
- Nie. Jestem pewna, że nic nie wie. Nie pamięta także swego imienia i
nazwiska ani niczego ze swej choroby. - Czy wy myślicie, Włodzimierzu
Nikołajewiczu, że można go uchronić od zapalenia mózgu lub płuc i - że
przeżyje?
- Prawdopodobnie. Prawdopodobnie. - Możliwe, wszystko możliwe - mruczał
doktor, oglądając z zaciekawieniem coraz to inne karty.
Przerzucił wszystkie i wziął następnie leżącą na samym wierzchu jego kartę
i czytał ją półgłosem. Zamyślił się i zwracając się potem do Nataszy,
akcentował każde słowo osobno:
- Czy dane te są wzięte z oficjalnego dokumentu?
- Tak. Wzięte są z udostowierienia wydanego przez NKWD Ucht-Iżm-Łagieriej, z których go wypuścili.
- Polacy mają dziwaczne nazwiska. Nieprawdaż? Cóż to za nazwisko: "Jan
Stanisławowicz Rawa"? Rawa - Rawa. - Dziwne, prawda? - A może to jego
nieprawdziwe nazwisko? Czy myślicie, że tak?
Natasza była zaskoczona tym, co mówił doktor. Nie myślała nawet, czy
nazwisko byłego więźnia jest prawdziwe czy po prostu skłamane. Cóż to miało
zresztą do rzeczy!
- Swoją drogą - zaniepokoiła się teraz - Rawa, Rawa; tak, to rzeczywiście
dziwne nazwisko.
Przypomniała sobie nagle, że chory od dawna trzyma termometr pod pachą i że
najwyższy czas zobaczyć wysokość gorączki. Przeprosiła Nikitina i podeszła
do Rawy.
Leżał spokojnie i śledził uważnymi, nieco nerwowymi oczami jej postać i
ruchy. Czuła, że jakaś niezrozumiała dla niej, wielka energia zaczaiła się
w tych oczach, które chcą ją zapamiętać, zapamiętać tak strasznie. O samym
chorym Natasza nic nie wiedziała, prócz tego może, że obserwowała go, nie
wiedząc dlaczego, bardziej uważnie przez oba dyżury, pierwszego i trzeciego
lutego. Jedno wiedziała z całą pewnością: nikt, żaden chory nie tracił tak
bardzo głęboko przytomności jak właśnie on.
Noc trzeciego lutego zaliczała Natasza do najgorszych nocy, jakie w ogóle
spędziła w ciągu trzech lat pracy w szpitalach. Umarło bowiem na jej sali
siedmiu ludzi; prawda - pięciu z nich było nie do uratowania w ogóle i
zmarli oni jeszcze przed kryzysem, na zapalenie płuc, lecz dwóch szalało w
agonii, rzężąc na cały pawilon tak, że trzeba ich było nakryć ciężkimi
kocami, gdyż reszta chorych słuchała ich śmiertelnego wycia w najwyższym
przestrachu. Uciszyło się na chwilę, kiedy cmentarnicy, wezwani
niezwłocznie, uprzątali ruchami hien zasłane zwłokami łóżka; i wówczas
zaczęła się sprawa Rawy.
Zmierzyła mu gorączkę. Gorączka nie była nawet specjalnie wysoka, bo miał
tylko trzydzieści osiem stopni Celsjusza. Otarła mu twarz chłodnym
ręcznikiem, obmyła ręce.
Zdziwiło ją jednak, że miał u lewej ręki dwa palce sztywne, jak z drewna.
Nacisnęła boleśnie jeden, aby się przekonać, czy czuje cokolwiek.
Palec był zimny, sztywny; bez czucia.
Dłoń i ciało chorego żarzyły się gorące, suche, rozpalone i tylko te dwa
palce - jak kredowe, pożółkłe trupki - wisiały martwo i niezgrabnie,
lodowato zimne.
Lecz takie lokalne paraliże zdarzają się zresztą przy wysokiej gorączce. Co
innego zastanowiło poważnie Nataszę: oczy. Oczy Rawy, jeśli czasem kryły
się w cieniu, płonęły rozpaczliwie fioletowym blaskiem, tak bardzo
fioletowym, że mroźny połysk padał na rzęsy. Przestraszyła się, gdyż
zdarzyło się jej to widzieć po raz pierwszy.
Ułożyła go wygodnie. Był spokojny, pozwalał się obsługiwać, myć, podnosić,
przykrywać i milczał cały czas. Zostawiła go więc i odeszła do tych, którym
już nic pomóc nie mogła, lecz przy których powinna była czuwać.
Bez przesady, lęku czy podniecenia, z zawodową, ludzką, spokojną
zręcznością narzucała białe prześcieradła na zmarłych i uspakajała sąsiadów
leżących obok, że wszystko jest w porządku i że nic się nie stało.
Przez chwilę tylko czuła fizyczne obrzydzenie. Było to może chwilowe
osłabienie i dlatego światło żarówek płonących pod sufitem wydawało jej się
odrażająco ohydne. Napiła się, nie zastanawiając się nad tym, zimnej wody z
dzbana stojącego na stole, umyła ręce i usiadła na krześle.
Nie długo jednak siedziała.
Gdy cmentarnicy uprzątnęli już ostatnie zwłoki i zniknęli z noszami na
korytarzu, rozległ się na sali długi, wstrząsający krzyk.
Z początku nie wiedziała, kto krzyczał. Przelękła się, że może krzyknął na
korytarzu któryś z wyniesionych przez cmentarników, co się czasem zdarzało.
Lecz nie. Krzyk dochodził z sali.
Zerwała się z krzesła i usłyszała nieprzytomne wołanie Rawy:
- Siostra! Siostra! Siostrzyczka!
Pobiegła natychmiast. Nigdy jeszcze nie widziała tak strasznych,
przerażonych oczu. Świeciły czerwono jak oczy królika. Chory był przytomny;
szara piana lśniła na jego skrwawionych, spękanych wargach.
Nachyliła się nad nim, aby mu obetrzeć pianę i zwilżyć wodą twarz. Chwycił
ją za rękę i ścisnął mocno. Mówił coś niezrozumiale, szybko, z lękiem.
Potem głos stał się czysty z powrotem.
Puścił jej rękę, mówiąc bez przerwy:
- Nie odchodź nigdzie. Zostań przy mnie. Nie odchodź. - Nie odchodź
nigdzie!
Mówił jeszcze jakiś czas i znowu złapał jej rękę, i ująwszy ją obiema
dłońmi, nie chciał puścić. Zęby mu szczękały, ciało drżało w konwulsjach.
Szeptał:
- Nie opuść mnie teraz. Bądź przy mnie.
Nachyliła się, jak tylko było można blisko, gdyż gnuśny zapach gorączki
odpychał ją nieznośną wonią, i powiedziała wprost, nie zdając sobie sprawy,
co mówi:
- Nie opuszczę cię, nie opuszczę. - Będę z tobą. Ciszej! Ciszej! - Wszystko
będzie dobrze. Czy słyszysz, co mówię?
Ściskał jej rękę i mówił, śpiesząc się, rwąc wyrazy, kalecząc akcent.
- Słyszę, słyszę! Jak to dobrze, że ja cię słyszę tak blisko.
- O, dobrze, tak dobrze! - mówiła Natasza, uspakajając go i trzymając rękę
w jego gorących, suchych dłoniach, bezskutecznie chciała się wyrwać z żaru,
który buchał od niego.
W chwilę potem wydawało się jej, że uspokoił się. Wszystko istotnie
wskazywało na to.
Zaniepokojeni z początku krzykiem i hałasem chorzy ułożyli się z powrotem
pod kocami, każdy osobno, każdy nieludzko samotny ze swą własną tragedią; i
sala znowu zasypiała.
Nie trwało to jednak długo. Rawa dostał znowu gwałtownych konwulsji. Był to
dziwny szok, który zaczynał się w okolicy kręgów szyjnych i, rozdwajając
się na dwa nurty, atakował równocześnie kręgosłup i czaszkę.
Drgał, podrzucony nagłymi zrywami, otrząsał się i znowu się uspokajał, ale
zaraz potem ponownie skurcz przeszywał go na wskroś.
Po trzecim ataku, najdłuższym ze wszystkich, Natasza uwolniła wreszcie rękę
z jego rozpalonych dłoni i usiłowała wytrzeć mu twarz.
Drżał wstrząsany równomiernymi podrzutami, trząsł się w dzikiej febrze,
szczękał zębami.
Potem na chwilę znów się uspokoił.
Gdy najmniej spodziewała się tego, nastąpiło najstraszniejsze. W pewnej
chwili zaczął błądzić rękami po kocu, szukając czegoś, następnie wodził po
powietrzu palcami. I jakby nic, niespodzianie powiedział zupełnie normalnym
głosem:
- Siostrzyczko, siostrzyczko! Siostro! - Gdzie jesteś?
- Gdzie jesteś? - powtórzył.
- Tu, koło ciebie jestem - odpowiedziała. - Tu, jestem przy tobie.
- Słyszę cię, lecz cię nie widzę! - powiedział, a potem zaczął krzyczeć: -
Siostro, słyszę cię, lecz cię nie widzę.
Stanęła na wprost i nachyliwszy się bliżej, powiedziała:
- Czy widzisz mnie teraz?
- Nie, nie widzę cię, choć cię słyszę.
Przeszło ją obce, wielkie zimno. Czyżby to już był początek końca?
Opanowała się z wysiłkiem i powiedziała bardzo głośno:
- Nie myśl o tym, to drobiazg. Tu jest ciemno. Nie możesz mnie widzieć. -
Zaraz zapalę lampę i znowu mnie zobaczysz.
Podeszła do stolika i skierowała jaskrawy krąg prosto w jego twarz.
- No, a teraz mnie widzisz?
Nie otrzymała odpowiedzi. Przerażona spojrzała w jego oczy. Były szeroko
otwarte, lecz martwe, suche, bez błysku.
- Czy mnie widzisz? - spytała. - Słuchaj, powiedz, widzisz mnie? - Musisz
mnie teraz widzieć.
Nie odpowiedział. Zobaczyła, że krąg płonącej lampy objął jego źrenice,
wypełnił je całkowicie swym martwym światłem, ale nie czuły one już ani
światła, ani blasku.
- Słyszę! Słyszę! - Łamał się coraz cichszy głos. - Lecz mów głośniej, bo
gdzieś bardzo daleko odeszłaś. - Zbliż się do mnie, słabo cię słyszę.
Tu urwał się szept. Natasza, umoczywszy ręcznik w wodzie, wyżymała go
pośpiesznie, potem przykryła mu mokrym płótnem twarz, postawiła z powrotem
lampę na dawnym miejscu i natychmiast wyszła. Weszła do dyżurki.
- Centrala? - Doktora Fomina, proszę. Szybko! Tu oddział trzynasty.
- Michaił Pawłowicz, bardzo proszę, jak najszybciej. Natychmiast. Potrzeba
co najmniej dwa zastrzyki.
- Agonia?
- Zdaje się, tak. - Czegoś podobnego jeszcze nie widziałam.
Maszynka paliła się i już woda bulgotała w miseczce na stole, gdy przyszedł
Misza. Bez słowa oddał Nataszy strzykawkę, igły, ampułki, a sam podszedł do
łóżka chorego.
Rawa dyszał, oddychając ciężko pod mokrym ręcznikiem. Lekarz dotknął z
przyzwyczajenia pulsu.
- Tak być może, że to agonia.
Wrócił do stolika i wziąwszy od Nataszy strzykawkę, spokojnie zakładał
igłę.
- Jodyna, wata; czy macie wszystko przygotowane?
- Jodyny już nie ma ani kropli. Wczoraj wyszła wszystka. Jest trochę
drzewnej waty.
- Nic nie potrzeba, jak nie ma! Obejdzie się! - burknął gniewnie. -
Przygotujcie chorego.
Zdjęła szybko ręcznik z jego twarzy i przeraziła się znowu. Ręcznik był
gorący. Rawa leżał nieruchomo z otwartymi, zastygłymi oczami.
Ręka lekarza mocowała się z suchą, twardą, wapienną skórą. Nie namyślając
się długo, Fomin wbił igłę, lecz ugięła się od razu. Pchnął ją jeszcze raz
bardzo zręcznie, ale igła nie chciała w ogóle wejść w mięsień.
Syknął:
- Ot, ścierwo nie igła, złamała się, widzicie?
- Jeszcze mamy dwie igły wszystkiego. - Ech, nieprzyjemny wypadek!
Wstał z gniewem i podszedł do stolika, wyjął z wody drugą igłę, umocował
ją, wrócił i jednym drapieżnym ruchem wbił ją w mięsień przedramienia tak
mocno, że obok igły pojawiła się natychmiast bladoróżowa kropelka krwi.
- Otwórzcie drugą kofeinę - powiedział. - Tylko szybko!
Sprawnie wciągnął czystą, kroplistą rosę do strzykawki, błyszczącą w niej
jak perlista woda, i nie czekając długo, wbił znowu igłę tuż obok
bladoróżowej, krwawej kropli i powoli, nieustępliwie naciskał tłoczek.
- Natasza!
Głos jego był czuły jak najdelikatniejszy błysk muzyczny.
- Proszę, otwórzcie również jeszcze jedną kofeinę. Szybko!
- Michaił Pawłowicz - błagalnie szepnęła i nie wiedziała, co powiedzieć. -
Michaił Pawłowicz - ależ nie można tyle naraz. Proszę, poprzestańcie na
tym.
W jej głosie drżał lęk.
Misza spojrzał ostro, że się jeszcze bardziej przeraziła. Skończył zastrzyk
i powtórzył, przedrzeźniając jej szept:
- Nie można. - Nie można. - Otwieraj następną kofeinę! Otwieraj
natychmiast!
Delikatne, cienkie szkło dźwięczało żałośnie, gdy piłowała maleńki łebek
ampułki, trzymając drżącymi rękami kruchą probówkę.
Doktor wciągnął do ostatniej kropli lekarstwo, odstąpił na krok od łóżka i,
jakby to była demonstracja w klinice, powiedział sucho:
- Proszę teraz odwrócić pacjenta, Natalia Karolewna, i przygotować do
zastrzyku pośladkiem do góry. Ten zastrzyk damy w pośladek dla większej
pewności. Jasne?
Machinalnie, nawykła do posłuchu, wykonała wszystkie polecenia zręcznie i
bez zarzutu. Przewróciła chorego, który był obecnie bez woli i czucia.
Zastrzyk odbył się spokojniej, lecz znowu wokół igły pojawiła się taka sama
maleńka kropelka krwi, nie bladoróżowa jak tamta, lecz czerwona i gęsta jak
farba.
- Położyć go na prawy bok, poprawić głowę, podłożyć poduszkę, by płuca były
swobodne. - Ot i wszystko zakończone spokojnie jak trzeba, Natalia
Karolewna...
Przykryła Rawę kocem. Leżał bez ruchu, lecz oddech znowu się pojawił nieco
głośniejszy i bardziej intensywny.
Przy stoliku już czekał Misza.
Podeszła do niego, nie śmiejąc mu spojrzeć w oczy. Powiedziała cicho:
- Bardzo was przepraszam, Michaił Pawłowicz.
On jakby czekał rzeczywiście na to. Uśmiechnął się wesoło i z ulgą.
Przysunął się do dziewczyny, wpatrzył się w jej błękitne oczy i mówił
prosto i szczerze:
- Śmierć jest zawsze okrutna i straszna. - Życie jest prześliczne. -
Prześliczne jest zdrowe, młode ciało. - Prześliczne jest niebo, rzeki i
kwiaty. - I szczęśliwe oczy są też prześliczne...
Słuchała niespodziewanego zwierzenia z prawdziwą rozkoszą, tym większą i
pełniejszą, ponieważ wokół leżały same cienie: cienie nocy na ścianach i
cienie ludzi na łóżkach.
To, co mówił Fomin po wszystkim, co tu zaszło, było tak wstrząsające,
świeże, prawdziwe! Natasza poczuła, iż robi się jej słabo z rozkoszy.
Zachwiała się i byłaby może upadła, gdyby mocne ręce nie objęły jej szybko.
- Przemęczona? Chora? - spytał.
- Nie. Nie - szeptała. - Już wszystko w porządku.
Uśmiechnęła się.
- Tak, być może, byłam zanadto zmęczona.
Usiadła. Fomin patrzył na nią. Gdy zauważył, że jest jej lepiej,
powiedział:
- Och, cóż za okropny smród i lęk wiszą w tej sali!
Potem położył jej rękę na ramieniu. Nachylił się i mówił:
- Nat, proszę przyjść rano do mojej dyżurki po skończeniu pracy. -
Chciałbym tym razem o was, Natia, pomówić...
Oczy zabłysły jej zdziwieniem. Wargi napłynęły pąsowym, tkliwym ciepłem.
Spojrzała gorąco na Fomina i obnażając w uśmiechu wszystkie zęby,
zatrzepotała rzęsami.
- Do swidanija - Natasza.
- Wsiego choroszego, Michaił Pawłowicz - szeptem odpowiedziała,
patrząc za odchodzącym.
Nachylając się obecnie nad Rawą, Natasza przypomniała sobie tę noc tak
wyraźnie, że na wspomnienie jej czuła znowu trwogę.
- Prześliczne jest zdrowe, młode ciało. - I szczęśliwe oczy są też
prześliczne.
Oglądnęła się bezwiednie, ulegając złudzeniu, że Misza stoi i mówi do niej
teraz właśnie, a ona słucha go z rozkoszą przenikającą do głębi.
- Misza! Doktor Fomin! - Ha, ha! - Zaśmiała się nagle głośno, że wszyscy,
chorzy, pielęgniarki, doktor Nikitin oglądnęli się równocześnie i spojrzeli
na nią. - Misza! - Miły chłopak... - Żeby tylko tak nie biegał za Marfą
Nikołajewną, telefonistką o różowych, tęgich, smukłych nogach i dzikich,
burych włosach.
Wyciągnęła termometr i ucieszyła się szczerze. Wskazywał trzydzieści osiem
stopni i dwie dziesiętne Celsjusza.
Poszła z tą wiadomością do Nikitina.
Tymczasem weszła już obsługa ze śniadaniem złożonym z wywaru ziołowego,
maleńkiego cukierka zamiast cukru i lekkiej, niedużej porcji sucharów
chlebowych. Chorzy gorączkujący i przechodzący kryzys nie mogli jeść nawet
tego. Natomiast chętnie pili wywar, byleby był zimny jak lód.
Najchętniej zaś piliby kryształową, świeżą wodę prosto ze źródła, w której
pływałyby grube kostki lodu.
Wszystkie ręce wyciągnęły się od razu do wody. Umierający nawet budzili się
w środku ostatniej walki i prosili o napój. Instynkt życia, zdławiony
trawiącą śmiertelną chorobą, budził się ponownie, gdy tylko słychać było w
blaszanym kotle głuchy bulgot płynu i później rozkoszny szmer napoju
rozlewanego przez służbę na gliniane miski.
Dzisiejszego ranka sprawiono wszystkim prawdziwą, miłą niespodziankę.
Zamiast zwyczajnego wywaru ziołowego przyniesiono kocioł polewki z
suszonych śliwek. Kwaskowaty, rzeźwiący zapach owocu rozszedł się po sali i
przytłumił na jakiś czas zgniły, zabójczy zaduch potu i ludzkich odchodów.
Nikitin śledził chorych z uwagą. Taki kryzys jak dzisiaj utworzył się w
szpitalu chyba po raz pierwszy od dwu miesięcy, gdy zwaliła się tutaj
gwałtowna fala tragicznej epidemii.
Doktor musiał kończyć obchód. Śpieszył się na inne oddziały. Wysłuchał
sprawozdania Nataszy, odesłał pielęgniarki na następny oddział i wziąwszy
ją pod ramię, podszedł do łóżka Rawy.
- Dzień dobry - powiedział wesoło - no, czujemy się dobrze, prawda?
Chory odpowiedział cicho, po czym usiłował sobie przypomnieć, gdzie widział
przedtem tego człowieka. Lecz niczego nie mógł sobie przypomnieć. Gdy
zobaczył również Nataszę, uśmiechnął się do obojga.
- Panie doktorze, nie wiem, co się stało, bardzo mało słyszę teraz w dzień.
Słyszę tylko w nocy i to gdy huczą samoloty. Samoloty ciągle latają nad
moją głową. Strasznie mnie to męczy. - Czy nie można by poprosić, panie
doktorze, aby lotnicy przestali latać nocą nad naszą salą.
Doktor spojrzał pytająco na Nataszę, a potem, uśmiechnąwszy się, rzekł,
bagatelizując całą sprawę:
- Jest przecież wojna, to lotnicy muszą latać - nic nie poradzimy. - Może
mają właśnie nocne ćwiczenia?
- Ależ nie, panie doktorze; oni nie mają wcale nocnych ćwiczeń, bo ja ich
słyszę w nocy, jak oni latają w jasny dzień. Wiem, że to jest noc, a ja ich
widzę w dzień i to mnie tak właśnie strasznie męczy.
- Bagatelka - powiedział Nikitin. - Chciałem pana o coś innego zapytać. -
Czy czasem boli pana głowa?
- Głowa mnie bardzo boli, a zwłaszcza mocno boli mnie tył czaszki. - Zdaje
mi się ciągle; czuję wyraźnie, że w mym mózgu świeci zielony promień ropy.
- Gdzie pan to odczuwa? - Gdzie, mówi pan, świeci w pańskim mózgu zielony
promień ropy?
Nikitin był zaskoczony. Szybko jednak wrócił do przerwanego badania i
spytał:
- Czy pan wie to na pewno czy pan to tylko czuje, czy pan to tylko myśli?
- Być może, że ja to tylko myślę. - Lecz ja czuję, że gdy to myślę, właśnie
mnie tak strasznie boli.
- Hm. - Doktor zamyślił się. - Zielony promień ropy! - A czy duży jest ten
promień?
- Nie; nie jest duży... Jest on tylko długi może, na palec, w samym tyle
czaszki. Taka zielona nitka długości może palca.
- Dobrze, dobrze, to też jest drobiazg. - Proszę o tym również nie myśleć.
- A jeszcze chciałem pana zapytać o jedno: - czy pan czuje go również, jak
ma pan gorączkę? Wie pan o tym, że ma pan czasem nawet dość dużą gorączkę.
Zastanowił się i odpowiedział dopiero po chwili:
- Właśnie jak mam gorączkę, to myślę i w mózgu zbiera się ropa, i ten
promień wtedy świeci.
- A jak się pan czuje teraz? Czy świeci teraz?
- Nie; teraz jestem w porządku, tylko mnie bolą uszy wewnątrz.
- To też jest drobiazg. Kochani, siostra Natasza będzie panu przepłukiwała
uszy codziennie, kiedy tylko będzie miała dyżur. To panu ulży doskonale. -
A jeszcze chciałem zapytać o jedno: - czy pan wie, ile dni jest pan u nas?
- Nie. Nie pamiętam.
- Dobrze. - A czy pamięta pan miejsce, z którego pan przybył?
- Nie. Niestety, panie doktorze, też nie pamiętam.
- A imię, otczestwo i swoje nazwisko pamięta pan?
- Zaraz. - Zaraz sobie przypomnę. - Pamiętam. - Nazywam się Jan Rawa.
- A otczestwo?
- W Polsce nie używamy otczestwa.
- Wiem o tym. - Ale może pamięta pan wobec tego imię ojca?
- Ojca? - Ojciec mój nie żyje. - Imię ojca? - Ależ oczywiście... pamiętam.
Stanisław. Teraz wiem. - Nazywam się Jan Stanisławowicz Rawa.
- Bardzo dobrze. Bardzo dobrze. - Czy pan zna dobrze język niemiecki? - Sprechen Sie Deutsch?
- Ja! Jawohl!
- Proszę teraz słuchać uważnie, co będę mówił do pana.
- Będę słuchał uważnie, panie doktorze.
Doktor Nikitin mówił bardzo powoli, wyraźnie, choć z cudzoziemskim
akcentem:
- Herr Rawa, Sie müssen gesund sein.
Słuchał z wielkim zajęciem. Nie zrozumiał jednakże tego zdania.
- Czy pan doktor nie mógłby powtórzyć jeszcze raz?
- Owszem, powtórzę. - Herr Rawa, Sie müssen gesund sein.
Zastanawiał się długo, myśl jego pracowała uporczywie, nie mogła złapać
normalnego biegu. Mózg wyniszczony doszczętnie gorączką, nieodżywiany
należycie podczas obłędnych ataków febry tyfusowej, reagował słabo na
nerwowe podniety i nie mógł uporać się z łatwym zadaniem wykraczającym
jednak teraz poza szpitalną rzeczywistość.
Myślał; myślał długo, wreszcie, kiedy zaniepokojona Natasza, biorąc jego
milczenie za dowód zaniku pamięci, miała już prosić doktora o zaniechanie
tych pytań, powiedział bezbłędnie po rosyjsku:
- Panie Rawa, pan musi być zdrów.
I uśmiechnął się łagodnie po tych słowach.
- Dziękuję. Dziękuję - wołał ucieszony Nikitin. - A teraz do widzenia.
Zobaczymy się przy następnej wizycie.
Doktor ukłonił się z uśmiechem i szybko opuścił salę.
Siostry skończyły rozdawać śniadanie. Rawa wziął miskę ze śliwkową polewką
i pił chciwie. Gdy nasycił pierwsze pragnienie, położył ją na drucianym
stoliku i przykrywszy się kocem, zaczął drzemać.
Widząc, że zasypia, Natasza podeszła cichutko do niego i patrzyła. Wówczas
na szelest jej kroków poruszył się i jakimś chrapliwym, zmienionym głosem
szepnął jakby do siebie z wielkim smutkiem:
- Znowu zaczyna świecić...
- Co zaczyna świecić? - spytała.
- Zielony promień zaczyna świecić. - Ach, jak mnie boli głowa! - Aaa...! -
Aaa...!
Jęczał zrazu cicho, potem głośniej i skronie jego znowu paliły ognie
powrotnej, tyfusowej gorączki.